Rachel - Z nakazu serca - Nora Roberts - ebook

Rachel - Z nakazu serca ebook

Nora Roberts

4,3

Opis

Mieszkający na Manhattanie były marynarz, Zack Muldoon, pilnie potrzebuje doświadczonego i sprytnego adwokata. Uważa, że piękna Rachel Stanislaski, obrońca z urzędu, nie da rady poprowadzić sprawy jego nastoletniego brata, który wpadł w poważne tarapaty. Po bliższym poznaniu pani adwokat Zack odkrywa, że jest ona nie tylko wyśmienitą prawniczką, ale też fascynującą kobietą...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 233

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (186 ocen)
103
49
24
8
2
Sortuj według:
Karina94_11

Nie oderwiesz się od lektury

polecam ❤
00
Magda692

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00

Popularność




RODZINA STANISLASKI

Nora Roberts

RachelZ nakazu serca

Tłumaczyła Agnieszka Bednarska

PROLOG

Nick nie był w stanie zrozumieć, jak mógł postąpić aż tak głupio. Zapewne przynależność do gangu była dla niego ważniejsza, niż chciał przyznać. Może po prostu złość na cały świat zmusiła go do skorzystania z szansy, jaką przyniosło życie. No i z pewnością straciłby twarz, gdyby się wycofał, kiedy Reece, TJ. i Cash już się zdecydowali.

A przecież nigdy wcześniej tak naprawdę nie złamał prawa.

No, niezupełnie, przypomniał sobie, przechodząc przez wybitą szybę na tyłach sklepu elektronicznego. Jednak dawniej to były tylko drobne wykroczenia. Gra w trzy karty dla naiwniaków i turystów, kradzież zegarków czy innych drobiazgów w salonie Gucciego na Piątej Alei, podrobienie kilku praw jazdy, żeby starczyło na piwo. Przez pewien czas pracował też w warsztacie przerabiającym kradzione samochody, ale przecież sam nie kradł. On tylko rozkładał je na części. Kilka razy został przyłapany na walce z Hombres, lecz to była sprawa honoru i lojalności.

Włamanie do sklepu i kradzież kalkulatorów oraz odtwarzaczy osobistych były poważnym skokiem. I choć wieczorem, przy piwie, wydawało się to dość zabawne, rzeczywistość była inna.

Nick widział siebie w pułapce, jak zresztą zawsze w życiu. Nie było łatwego wyjścia.

– Słuchaj, to lepsze niż kradzież czekoladek, co? – Chytre oczka Reece'a zlustrowały półki magazynu. Był niski, miał niezdrową cerę. Kilka ze swoich dwudziestu lat spędził w poprawczaku. – Będziemy bogaci.

T.J. zachichotał. W ten sposób wyrażał poparcie dla Reece'a. Cash, który zawsze miał własne zdanie, już wpychał kasety wideo do czarnej torby.

– Chodź, Nick. – Reece rzucił mu wojskowy plecak. – Załaduj go.

Zimny pot spłynął po plecach Nicka, gdy wpychał radia i magnetofony. Co on tu robi, u diabła? Okrada jakiegoś frajera, który po prostu próbuje zarobić na życie? To nie to samo co obrabianie turystów lub zabawa w pasera. To jest kradzież, na litość boską!

– Słuchaj, Reece, ja... – Urwał, kiedy Reece odwrócił się i zaświecił mu latarką w oczy.

– Masz problem, bracie?

Nick poczuł się jak w potrzasku. Jego rezygnacja nie powstrzyma innych. Wezmą to, po co przyszli, on natomiast będzie skończony.

– Nie, nie. – Chciał szybko mieć to za sobą, więc wepchnął więcej pudełek, nawet ich nie oglądając.

– Nie bądźmy zbyt pazerni, dobra? Musimy jeszcze wynieść towar i dać komuś do sprzedania. Powinno być tego tyle, żebyśmy dali radę.

– Dlatego właśnie cię trzymam. Masz łeb. – Reece uśmiechnął się szyderczo i klepnął Nicka w plecy. – Nie martw się sprzedażą. Mówiłem, że mam kontakty.

– Racja. – Nick oblizał suche wargi i przypomniał sobie, że jest Kobrą. Zawsze tak będzie.

– Cash i T.J., zabierzcie pierwszą partię do samochodu! – Reece zabrzęczał kluczykami. – I zamknijcie go dobrze. Nie chcemy przecież, żeby nam jakieś ciemne typy wszystko wykradły?

– Oczywiście, proszę pana. – T.J. ryknął śmiechem. – Wszędzie teraz pełno złodziei. Prawda, Cash?

Cash jęknął w odpowiedzi i z trudem przelazł przez okno.

– Ten T.J. to idiota! – Reece z trudem podniósł pudło z magnetowidami. – Pomóż mi, Nick.

– Myślałem, że chodzi tylko o drobnicę.

– Zmieniłem zdanie. – Reece wepchnął karton w ręce Nicka. – Moja stara aż piszczy, żeby mieć coś takiego. – Zatrzymał się na chwilę. – Wiesz, jaki masz problem, stary? Za dużo wyrzutów sumienia. My, Kobry, jesteśmy rodziną. Tylko wobec rodziny musisz mieć sumienie. – Odebrał magnetowidy i zniknął w ciemnościach.

Rodzina... Reece ma rację. Kobry są jego rodziną.

Może na nich liczyć. Musi na nich liczyć. Zapomniał o wątpliwościach i zarzucił torbę na plecy. Powinien myśleć o sobie, no nie? Jego dola za ten skok wystarczy na czynsz za miesiąc lub dwa. Zapłaciłby za mieszkanie uczciwie, gdyby nie stracił pracy w bazie samochodowej.

Wszystkiemu winna jest zła gospodarka. Jeśli tylko za pomocą kradzieży może związać koniec z końcem, to z pretensjami powinien się zgłosić do rządu. Ten pomysł go rozbawił. Reece ma rację.

– Może pomóc?

Nick zamarł w pół drogi. W świetle latarni zobaczył lufę rewolweru i błysk odznaki. Przemknęło mu przez głowę, że mógłby cisnąć w policjanta plecakiem i uciec. Glina pokręcił głową i podszedł bliżej. Był młody, miał ciemne włosy. Wydawał się zmęczony, a wyraz jego oczu ostrzegł Nicka, że takie sztuczki zna już na pamięć.

– Powiedz sobie, że po prostu zabrakło ci szczęścia – zaproponował policjant.

Nick, zrezygnowany, postawił torbę na ziemi. Następnie odwrócił się i stanął twarzą do muru, czekając na rewizję.

– Czy szczęście w ogóle istnieje? – mruknął, gdy policjant recytował mu formułkę o jego prawach.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Z teczką w jednej ręce i niedojedzoną drożdżówką w drugiej Rachel wbiegała do gmachu sądu. Nie lubiła się spóźniać. Nie cierpiała. Sama ściągnęła sędziego Hatchet-Face'a Snydera na poranne przesłuchanie. Dlatego jeszcze bardziej była zdecydowana siedzieć na miejscu obrońcy o ósmej pięćdziesiąt dziewięć. Jeszcze trzy minuty. Byłaby wcześniej, gdyby nie zatrzymano jej w biurze.

Skąd mogła wiedzieć, że szef będzie czekał z jeszcze jedną sprawą? Stąd, że już od dwóch lat jesteś adwokatem, odpowiedziała sobie w myślach. Powinnaś się była czegoś nauczyć.

Spojrzała na tłum czekający na windy i wybrała schody. Przeklinając wysokie obcasy, biegła po dwa stopnie naraz. Jednocześnie kończyła drożdżówkę. Nie było sensu myśleć o kawie, której tak potrzebowała.

Zatrzymała się przed drzwiami. W ciągu dziesięciu sekund poprawiła niebieski żakiet i potargane, sięgające szyi włosy. Szybka kontrola wykazała, że klipsy są jeszcze na miejscu. Spojrzała na zegarek i odetchnęła z ulgą. Zdążyła.

Spokojnym krokiem weszła do sali sądowej. Jej klientkę, dwudziestoczteroletnią prostytutkę, właśnie doprowadzano na miejsce. Z aktu oskarżenia wynikało, że prokurator nie mógłby uzyskać więcej niż niewysokie odszkodowanie i krótki wyrok. Kradzież portfela pogorszyła sprawę.

Rachel zdążyła już wytłumaczyć rozgoryczonej klientce, że nie wszyscy mężczyźni są tak zażenowani, żeby milczeć, kiedy tracą dwieście dolarów i kartę kredytową.

– Proszę wstać!

Na salę wkroczył sędzia Hatchet-Face. Fałdy togi powiewały wokół jego potężnej sylwetki. Miał skórę koloru kawy cappuccino oraz twarz okrągłą i nieprzyjazną jak obnoszone w Halloween wydrążone dynie.

Sędzia Snyder nie tolerował spóźnień, impertynenckich uwag i wyjaśnień podczas posiedzeń. Rachel rzuciła okiem na zastępcę prokuratora, z którym mieli stanowić parę. Wymienili znaczące spojrzenia i zabrali się do pracy.

W przypadku prostytutki sukces był połowiczny. Wyrok brzmiał: dziewięćdziesiąt dni aresztu. Widać było, że klientka nie jest zadowolona. W drugiej sprawie Rachel miała więcej szczęścia...

– Wysoki Sądzie, mój klient w dobrej wierze zapłacił za gorący posiłek. Kiedy dostarczono pizzę, okazało się, że jest zimna. Wtedy mój klient zaoferował kawałek chłopcu, który ją przywiózł. Niestety, podał mu go zbyt, że tak powiem, serdecznie, no i w czasie szamotaniny pizza wylądowała na głowie dostawcy...

– Bardzo zabawne, pani mecenas. Pięćdziesiąt dolarów.

Rachel z trudem przetrwała przedpołudniową sesję. Kieszonkowiec, nałogowy pijak, dwa napady i drobna kradzież. Skończyli w południe. Ostatnia była sprawa złodzieja sklepowego, już trzeci raz złapanego na gorącym uczynku. Rachel wykorzystała chyba wszystkie umiejętności, żeby wymusić na sędzi zgodę na badania psychiatryczne.

– Zupełnie nieźle. – Prokurator był tylko o kilka lat starszy od Rachel, ale uważał się za starego wygę. – Udało się nam po równo.

– O, nie, Spelding. Wygrałam tylko sprawę tego złodzieja. – Uśmiechnęła się i zamknęła teczkę.

– Możliwe. – Szedł obok niej. Od tygodni bezskutecznie próbował umówić się z nią na randkę. – A jeśli okaże się, że on nie ma żadnych zaburzeń psychicznych?

– No oczywiście. Siedemdziesięciodwuletni facet kradnie tylko jednorazowe maszynki do golenia i kartki pocztowe, koniecznie z kwiatkiem. Na pierwszy rzut oka widać, że to postępowanie w pełni racjonalne.

– Wy, adwokaci, macie takie miękkie serca – zakończył łagodnie, ponieważ podziwiał styl, jaki Rachel demonstrowała na sali sądowej. Podziwiał również jej nogi. – Powiem ci coś. Postawię ci lunch, a ty spróbujesz mnie przekonać, dlaczego społeczeństwo powinno nadstawiać drugi policzek.

– Przykro mi. – Rzuciła mu krótki uśmiech i skierowała się w stronę schodów. – Klient na mnie czeka.

– W więzieniu?

Wzruszyła ramionami.

– Tak to zwykle bywa. Może następnym razem będziesz miał więcej szczęścia.

Na posterunku panował hałas i mocno pachniało zwietrzałą kawą. Rachel trzęsła się zimna. A wczoraj w prognozie zapowiadano babie lato. Nad Manhattan nadciągała ogromna, zwiastująca ulewny deszcz chmura. Żałowała, że nie wzięła płaszcza ani parasolki.

Przy odrobinie szczęścia za godzinę mogła być z powrotem w swoim biurze. Z dala od nadchodzącej ulewy. Wymieniła pozdrowienia ze znajomymi policjantami i sięgnęła po leżącą na biurku przepustkę dla odwiedzających.

– Nicholas LeBeck – powiedziała sierżantowi na dyżurze. – Usiłowanie włamania.

– Tak, tak... – Sierżant przerzucił papiery. – Twój brat go przyprowadził.

Rachel westchnęła. Posiadanie brata policjanta nie zawsze ułatwia życie.

– Słyszałam. Czy zatrzymany gdzieś dzwonił?

– Nie.

– Ktoś do niego przychodził?

– Nie.

– Wspaniale. – Rachel wzięła plik dokumentów. – Chciałabym go zobaczyć.

– Nie ma sprawy. Wydaje mi się, że czeka na ciebie kolejny przegrany. Idź do sali A.

– Dzięki.

Udało jej się wydębić kubek kawy; zabrała go z sobą do dużego pokoju, w którym królował długi stół i cztery zniszczone krzesła, a główną ozdobą były zakratowane okna. Usiadła i zaczęła przeglądać papiery dotyczące Nicholasa LeBecka.

Jej klient miał dziewiętnaście lat, nie pracował, wynajmował pokój gdzieś w Lower East Side. Lekko westchnęła, czytając listę jego przewinień. Nie było tam nic specjalnego, ale wszystko razem wskazywało, że chłopak ma skłonności do pakowania się w tarapaty. Włamanie to jednak poważniejsza sprawa i Rachel nie mogła liczyć na to, że zostanie potraktowany jako niepełnoletni. W jego torbie znaleziono sprzęt elektroniczny wartości kilku tysięcy dolarów. Złapał go detektyw Aleksij Stanislaski.

Z pewnością usłyszy coś od brata. Ucieranie jej nosa było jedną z jego największych przyjemności.

Piła kawę, kiedy otworzyły się drzwi. Obserwowała chłopaka wprowadzanego do pokoju przez znudzonego policjanta.

Prawie metr osiemdziesiąt, sześćdziesiąt parę kilo. Mógłby ważyć więcej. Zmierzwione ciemnoblond włosy prawie do ramion, usta wykrzywione w kpiącym uśmieszku. Gdyby nie to, mógłby być interesujący. W uchu błyszczał mały kamień. Oczy też byłyby ładne, gdyby nie czający się w nich pełen goryczy gniew.

– Dziękuję. – Skinęła głową. Policjant zdjął oskarżonemu kajdanki i zostawił ich samych. – Panie LeBeck, jestem Rachel Stanislaski i będę pana bronić.

– Ostatni adwokat, jakiego miałem, był niski, chudy i łysy. – Opadł na krzesło i usiadł tak, żeby móc je przechylić. – Tym razem mam szczęście.

– Raczej niewielkie. Został pan schwytany przy wychodzeniu przez okno z zamkniętego sklepu. Na dodatek miał pan przy sobie towar wartości około sześciu tysięcy dolarów.

– Nie do wiary, ile sobie liczą za ten szajs. – Nie jest łatwo utrzymać grymas na twarzy po nocy spędzonej w więzieniu, ale Nick był dumny. – Ma pani papierosa?

– Nie, panie LeBeck. Chcę jak najszybciej ruszyć tę sprawę, tak żeby mógł pan wyjść za poręczeniem. Chyba że woli pan nocować w więzieniu.

Wzruszył chudymi ramionami i próbował przybrać nonszalancką pozę.

– Nie chciałbym, kochanie. Zostawiam to tobie.

– To świetnie. A nazywam się Stanislaski. Pani Stanislaski. Dostałam pana sprawę dziś rano, kiedy wychodziłam z kancelarii do sądu. Miałam czas tylko na krótką rozmowę z prokuratorem. Ze względu na poprzednie postępowania sądowe i rodzaj przestępstwa, które tym razem pan popełnił, zdecydowano się na proces przeciwko osobie pełnoletniej. Aresztowanie odbyło się zgodnie z zasadami. Nic pana nie uratuje.

– Nawet na to nie liczyłem.

– Rzadko się to zdarza. – Złożyła dłonie na aktach. – Skoncentrujmy się na zatrzymaniu. Został pan złapany na gorącym uczynku i jeżeli zamierza pan opowiedzieć mi bajkę, że zobaczył pan wybite okno i wszedł, żeby samemu kogoś aresztować...

Nie mógł powstrzymać się od uśmiechu.

– Niezłe.

– To śmierdzi z daleka. Ponieważ policjant nie popełnił żadnego błędu i na swoje nieszczęście ma pan całą listę wcześniejszych wykroczeń, będzie pan musiał zapłacić. Ile, to już zależy od pana.

Nadal się bujał na krześle, choć po plecach zaczęły mu spływać strużki potu. Cela. Tym razem zamkną go w celi – nie na godziny, ale na całe miesiące lub lata.

– Słyszałem, że więzienia są przepełnione. Podatników to sporo kosztuje. Myślę, że prokurator mógłby nam pójść na rękę.

– Wspominaliśmy o tym. – Nie tylko gorycz. Nie zwykły gniew. W jego oczach zobaczyła również strach. Był młody i bał się, a ona nie wiedziała, w jakim stopniu będzie mogła mu pomóc. – Z tego sklepu wyniesiono towar wartości ponad piętnastu tysięcy dolarów. Grubo więcej niż to, co pan miał. Nie był pan sam w tym sklepie, panie LeBeck. Pan o tym wie, ja wiem, policja wie. A w związku z tym wie i prokurator. Proszę podać parę nazwisk, wskazać miejsce, gdzie policja to znajdzie, a być może uda mi się pana wyciągnąć.

Krzesło Nicka stuknęło o podłogę.

– A niech to diabli! Nie powiedziałem, że ktoś był ze mną. Nikt mi tego nie udowodni, tak samo jak tego, że wziąłem więcej, niż miałem przy sobie w momencie, kiedy wpadłem w łapy tego gliniarza.

Rachel pochyliła się. To dobre zagranie. Pod warunkiem, że oczy Nicka nie będą na nią patrzyły.

– Jestem pana adwokatem i jedyną rzeczą, której panu nie wolno robić, to kłamać. Jeżeli będzie pan kłamał, to bez litości zostawię pana samego. Zupełnie jak wczoraj pana kumple. – Jej głos był beznamiętny. Nick słyszał jednak złość, którą starała się ukryć. – Nie chce pan układu, to pańska sprawa. Będzie pan siedział od trzech do pięciu lat, a mógłby pan dostać sześć miesięcy i dwa lata nadzoru sądowego. W obu przypadkach wykonam swą pracę. Ale proszę nie bujać się na krześle i nie obrażać mnie, twierdząc, że pan zrobił to sam. Pan jest pionkiem, panie LeBeck. – Z przyjemnością dostrzegła na twarzy Nicka niepokój. Jego strach zaczął ją wzruszać. – Zabawy w oprychów i lepkie palce! Niech pan pamięta, że wszystko, co mi pan powie, utrzymam w tajemnicy, chyba że pan będzie chciał inaczej. Ale wobec siebie musimy być szczerzy. Albo odchodzę.

– Nie może pani odejść. Została mi pani przydzielona.

– Ale mogę być przydzielona komuś innemu. Wtedy będzie pan musiał przetrwać rozprawę z innym adwokatem. – Zaczęła układać papiery. – To byłaby duża strata. Bo ja jestem dobra. Naprawdę dobra.

– Jeżeli jest pani taka wspaniała, to dlaczego pracuje pani na państwowej posadzie?

– Powiedzmy, że spłacam dług. – Zamknęła teczkę. – A więc co pan postanowił?

Na jego twarzy przez moment widać było wahanie. Zanim się otrząsnął, sprawiał wrażenie młodego i wrażliwego chłopca.

– Nie wsypię kolegów. Nie ma układu.

Westchnęła z niecierpliwością.

– Kiedy pana aresztowano, miał pan na sobie kurtkę Kobry.

Zabrali mu ją na posterunku. Ten sam los spotkał portfel, pasek i drobne, które miał w kieszeni.

– No i co z tego?

– Zaczną poszukiwać kolegów. Tych samych, którzy teraz siedzą cicho i pozwalają panu samemu ponosić konsekwencje. Prokurator podciągnie to pod włamanie. Wtedy będzie panu grozić kara za kradzież towarów wartości dwudziestu tysięcy dolarów.

– Żadnych nazwisk. Żadnego układu.

– Pana lojalność jest godna podziwu, ale niewłaściwie ulokowana. Zrobię, co będę mogła, żeby zawężono oskarżenie i ustalono kaucję. Nie wydaje mi się, żeby wyniosła mniej niż pięćdziesiąt tysięcy. Czy może pan zebrać na początek choć dziesięć procent?

Pomyślał, że nie ma najmniejszej szansy, ale wzruszył ramionami.

– Mogę kazać sobie spłacić długi.

– W porządku. – Wstała i wyjęła z teczki wizytówkę. – Jeżeli będzie pan mnie potrzebował przed sprawą lub jeśli pan zmieni zdanie, proszę zadzwonić.

Zapukała w drzwi i zniknęła, kiedy się otworzyły. W tej samej chwili czyjeś ramię objęło ją w pasie. Instynktownie przyjęła postawę obronną, która okazała się niepotrzebna. Odwróciwszy głowę, zobaczyła uśmiechniętą twarz brata.

– Cześć, Rachel, dawno się nie widzieliśmy.

– Tak. Chyba jakieś półtora dnia.

– W złym humorze? – Wciągnął ją do pokoju policjantów. – Dobry znak. – Jego spojrzenie powędrowało nad jej ramieniem w stronę otwartych drzwi i krótko zatrzymało się na LeBecku, którego odprowadzano do celi. – Aha... To tobie go przydzielili. Ciężka sprawa, kochanie.

Trąciła go w żebra.

– Przestań gadać i daj mi lepiej kawy.

Oparta o jego biurko, bębniła palcami w akta. Niedaleko niski, okrągły człowieczek trzymał apaszkę przy skroni i cicho jęczał, składając zeznania. Ktoś mówił głośno i szybko po hiszpańsku. Kobieta z sińcem na policzku łkała, przytulając tłustego berbecia.

Pokój pachniał rozpaczą, złością i nudą. Rachel zawsze odnosiła wrażenie, że pod tymi wszystkimi nieszczęściami zapach sprawiedliwości jest ledwo wyczuwalny. Podobnie było w jej biurze, mieszczącym się tylko kilka przecznic dalej.

Przez chwilę pomyślała o Nataszy. W kuchni dużego, ładnego domu w Wirginii Zachodniej siostra właśnie jadła śniadanie. Lub otwierała swój kolorowy sklep z zabawkami. Ten obraz wywołał uśmiech na jej twarzy, tak jak obraz brata, który w swej słonecznej pracowni rzeźbi w drewnie coś porywającego lub pełnego fantazji. Albo pije kawę z żoną, zanim ta wyjdzie do pracy.

A ona tutaj, na posterunku pełnym zapachów nieszczęścia, czeka na lurę zwaną kawą.

Aleksij podał jej kubek i usiadł obok niej na biurku.

– Dzięki. – Upiła łyk i przyjrzała się kilku prostytutkom wychodzącym z aresztu. Po chwili minął ich prowadzony przez policjanta wysoki mężczyzna z mętnym spojrzeniem i całonocnym zarostem na twarzy. Rachel lekko westchnęła.

– Co w nas jest nie tak, Aleksij?

– Chodzi ci o to, że lubimy się kręcić wśród mętów społecznych za marne pieniądze i jeszcze marniejszą wdzięczność? Nic. Po prostu nic.

– Ty przynajmniej dostałeś awans. Detektyw Stanislaski.

– Nic na to nie poradzę, że jestem dobry. Ty z kolei robisz wszystko, żeby ci kryminaliści wychodzili stąd wolni. Ja ryzykuję zdrowie i życie, żeby ulice były bezpieczne.

– Większość ludzi, których bronię, próbuje tylko jakoś przeżyć – żachnęła się, krzywiąc wargi nad brzegiem papierowego kubka.

– Oczywiście... Kradnąc, oszukując, napadając.

– Poszłam dzisiaj do sądu, żeby bronić starego faceta, który zwinął parę jednorazowych maszynek do golenia. – Wpadła w złość. – Naprawdę rozpaczliwa sprawa. Domyślam się, że według ciebie powinni go zamknąć i wyrzucić klucz.

– A według ciebie można kraść pod warunkiem, że to, co się bierze, nie jest specjalnie cenne.

– Potrzebował pomocy. Nie wyroku.

– Jak ten odrażający drań, którego zwolniłaś w zeszłym miesiącu. Sterroryzował dwie stare właścicielki, zdemolował im sklep i ukradł nędzne sześćset dolarów?

To był okropny przypadek. Wspominała go z niechęcią. Ale prawo było jedno.

– Słuchaj, tamtą sprawę sami sknociliście. Oficer aresztujący nie przeczytał mu jego praw w jego języku ani nie zaangażował tłumacza. Mój klient ledwo rozumiał parę słów po angielsku. – Pokręciła głową, nim Aleksij zdołał rozpocząć jedną z ich bardziej namiętnych kłótni. – Nie mam czasu na rozważania o prawie. Muszę się popytać o Nicholasa LeBecka.

– O co? Masz raport.

– Ty go aresztowałeś.

– Tak... No więc? Wracałem do domu. Zauważyłem stłuczoną szybę i światło w środku. Poszedłem sprawdzić. Zobaczyłem faceta wychodzącego przez okno z wyładowaną torbą. Powiedziałem mu, jakie ma prawa, i przyprowadziłem na posterunek.

– A co z innymi?

– Nikogo więcej nie było. – Aleksij wzruszył ramionami i wypił resztę kawy Rachel.

– Przecież z tego sklepu zginęło dwa razy więcej niż to, co on miał przy sobie.

– Mnie też się wydawało, że ma pomocników, ale nikogo nie widziałem. A twój klient wybrał prawo do milczenia. Zresztą i tak ma już niezłe konto.

– Same głupstwa.

– Prawdziwy harcerzyk – zakpił Aleksij.

– Jest Kobrą.

– Owszem. Miał kurtkę – zgodził się. – I podejście do życia podobne jak oni.

– Jest po prostu przestraszonym dzieciakiem.

– Nie jest dzieciakiem, Rachel.

– Nie obchodzi mnie, ile ma lat. W tej chwili jest przerażonym chłopcem, który siedzi w celi i udaje twardziela. To mógłbyś być ty lub Michaił albo nawet Natasza czy ja, gdyby nie nasi rodzice.

– Daj spokój, Rachel.

– Bardzo prawdopodobne – upierała się. – Bez rodziny, bez ciężkiej pracy i poświęceń zostalibyśmy wciągnięci przez ulicę. Doskonale o tym wiesz.

Wiedział. Dlatego przecież został gliną.

– Problem polega na tym, że my nie wylądowaliśmy na ulicy. To podstawowa sprawa. Wiedzieć, co można i czego nie można.

– Niekiedy ludzie źle wybierają, bo nie ma przy nich nikogo, kto by im pomógł.

Mogliby tak godzinami rozmawiać o odcieniach sprawiedliwości, Aleksij jednak musiał iść do pracy.

– Masz za miękkie serce, Rachel. Mam nadzieję, że twój rozum okaże się twardy. Kobry to jeden z najbrutalniejszych gangów w mieście. Twój klient nie jest kandydatem na obóz młodzieżowy.

Rachel wyprostowała się, zadowolona, że brat nadal siedział niedbale na biurku.

– Czy miał broń?

– Nie.

– Opierał się?

– Nie. Ale to nie zmienia sprawy.

– Nie. Ale może coś powiedzieć o tym, jaki jest. Wstępna rozprawa jest o drugiej.

– Wiem.

– Zobaczymy się więc. – Pocałowała go.

– Hej, Rachel. – Odwróciła się w drzwiach. – Chcesz dzisiaj iść do kina?

– Oczywiście. – Wyszła i ledwo zrobiła dwa kroki, kiedy usłyszała swoje nazwisko. Tym razem wymówione bardziej oficjalnie.

– Pani Stanislaski?

Zatrzymała się i spojrzała przez ramię. To facet o zmęczonych oczach i zarośniętej twarzy, którego zauważyła wcześniej. Zresztą trudno go było nie dostrzec, gdy spieszył w jej stronę. Miał trochę ponad metr osiemdziesiąt. Sprane dżinsy, wystrzępione na dole i mocno wytarte, dobrze na nim leżały, zwłaszcza że nogi miał długie, a biodra szczupłe.

Trudno było nie zauważyć jego gniewu. Po prostu trząsł się ze złości. Zresztą wystarczyło spojrzeć w jego stalowe oczy, osadzone głęboko w surowej twarzy o zapadniętych policzkach.

– Rachel Stanislaski?

– Tak.

Chwycił jej dłoń i tak zaczął nią potrząsać, że przyciągnął ją jeszcze bliżej do siebie. Może i wyglądał na chudego nieboraka, ale łapę miał jak niedźwiedź.

– Jestem Zackary Muldoon – powiedział, jakby to miało wszystko tłumaczyć.

Rachel uniosła brwi. Wydawał się gotowy na wszystko, a ona, po tym jak poczuła jego siłę, nie miałaby ochoty z nim walczyć. Z drugiej strony niełatwo było ją zastraszyć, zwłaszcza tu, gdzie roiło się od policjantów.

– Czy mogę w czymś pomóc, panie Muldoon?

– Liczę na to. – Przeciągnął dłonią po wzburzonych włosach, równie ciemnych jak jej, zaklął i chwycił ją za łokieć. – Za ile go wypuścicie? I dlaczego, do cholery, zadzwonił do pani, a nie do mnie? Dlaczego, na Boga, pozwoliła mu pani całą noc przesiedzieć w celi? Co z pani za adwokat?

Rachel oswobodziła łokieć, co wcale nie było łatwe. Przygotowała się do użycia teczki, gdyby musiała się bronić. Słyszała już o temperamencie Irlandczyków. Ale Ukraińcy byli nie gorsi.

– Proszę pana, nie wiem, kim pan jest ani o czym pan mówi. Poza tym bardzo się spieszę. – Udało jej się zrobić dwa kroki, kiedy odwrócił ją twarzą do siebie. – Słuchaj, cwaniaczku...

– Nie obchodzi mnie, że jest pani zajęta. Żądam wyjaśnień. Jeżeli nie ma pani czasu, żeby pomóc Nickowi, będziemy musieli wziąć innego adwokata. Nie rozumiem, dlaczego wybrał babkę wystrojoną jak na pokazie mody.

Rachel poczerwieniała i próbowała się odsunąć.

– Babka? Licz się ze słowami, koleś, bo...

– Bo poprosisz swojego chłopaka, żeby mnie przymknął – dokończył Muldoon. Z niechęcią stwierdził, że bez wątpienia miała subtelną i ładną twarz. Piękna cera i oczy. Potrzebował fachowca, a dostał arystokratkę. – Nie wiem, jakiego rodzaju obrony Nick spodziewa się od kobiety, która całuje gliny i umawia się z nimi na randki.

– To nie pański interes, co ja... – Raptem przypomniała sobie Nicka. – Czy pan mówi o Nicholasie LeBecku?

– Oczywiście. A o kim, do diabła, mógłbym mówić? I lepiej będzie, jeżeli pani znajdzie jakiś sposób. Inaczej zostanie pani odsunięta od sprawy i znów wyląduje na tym swoim zgrabnym tyłeczku w...

– Rachel, czy wszystko w porządku? – spytał policjant przebrany za lumpa.

– Ależ tak. – Chociaż była zła, uśmiechnęła się lekko. – Dziękuję, Matt. – Zniżyła trochę głos. – Nie muszę odpowiadać. A obrażanie mnie nie pomoże, jeżeli chce pan zyskać moją współpracę.

– Płacą pani za to. Ile zamierza pani ściągnąć z chłopaka?

– Słucham?

– Jakie jest pani wynagrodzenie, kochanie?

Zacisnęła zęby. Jej zdaniem „kochanie” było niewiele lepsze od „babki”.

– Jestem adwokatem, któremu z urzędu wyznaczono sprawę LeBecka. Oznacza to, że on mi nie płaci.

– Adwokat z urzędu? – Niemalże przycisnął ją do ściany. – Na co, u diabła, Nickowi taki adwokat?

– Nie ma pieniędzy i nie pracuje. A teraz, proszę mi wybaczyć... – Położyła dłoń na jego piersi i spróbowała zmusić go, żeby się ruszył. Z równym efektem mogłaby poruszyć ścianę za plecami.

– Stracił pracę? Ale... – Nie dokończył. Tym razem w jego twarzy pojawiło się coś innego niż złość. Znużenie. Rozpacz. Rezygnacja. – Mógł przecież przyjść do mnie.

– A kim pan jest, do diabła? Muldoon przetarł dłonią twarz.

– Jego bratem.

Znała się trochę na gangach. Muldoon wyglądał krzepko, wręcz tryskał energią, ale chyba był jednak za stary, żeby należeć do Kobr.

– Czy w Kobrach nie ma limitu wieku?

– Słucham? – Spojrzał na nią ze zdumieniem. – Czy wyglądam na kogoś z ulicznego gangu?

Rachel przyjrzała mu się, od zniszczonych butów do rozwichrzonej ciemnej czupryny. Z pewnością miał powierzchowność ulicznika. Był mężczyzną, który mógł przemykać wąskimi zaułkami, okładając rywali wielkimi pięściami. Jego nieustępliwa twarz i pałające oczy nasunęły jej myśl, że sprawiałoby mu to przyjemność, zwłaszcza gdyby ona tam była. W roli ofiary oczywiście.

– Właściwie można tak uznać. Zwłaszcza te maniery... Jest pan niegrzeczny, szorstki i brutalny.

Nie obchodziło go, co Rachel myśli o jego wyglądzie i zachowaniu. Trzeba wyrównać rachunki.

– Jestem bratem Nicka. Przyrodnim, jeżeli chodzi o ścisłość. Jego matka wyszła za mojego ojca.

Jej oczy patrzyły chłodno, chociaż dostrzegł w nich cień zainteresowania.

– Powiedział, że nie ma krewnych.

Przez chwilę widziała w jego twarzy coś, co przypominało cierpienie. Trwało to ułamek sekundy.

– Ma mnie, czy tego chce, czy nie. I opłacę mu prawdziwego adwokata. Proszę podać mi niezbędne informacje. Biorę sprawy w swoje ręce.

– Jestem prawdziwym adwokatem, panie Muldoon. Jeżeli LeBeck życzy sobie kogoś innego, może, do cholery, sam o to poprosić.

Usiłował zdobyć się na cierpliwość, co zawsze przychodziło mu z trudem.

– Później się tym zajmiemy. Na razie chciałbym wiedzieć, co się stało.

– Dobrze – warknęła, spoglądając na zegarek. – Daję panu piętnaście minut, pod warunkiem, że coś zjemy. Za godzinę muszę być w sądzie.

Tytuł oryginału:

Falling for Rachel

Pierwsze wydanie:

Silhouette Books, 1994

Opracowanie graficzne okładki:

Kuba Magierowski

Redaktor prowadzący:

Grażyna Ordęga

Korekta:

Grażyna Henel

Falling for Rachel

© 1993 by Nora Roberts

© for the Polish edition by Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2002, 2012

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-238-9948-8

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.