Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
On ma reputację. Ona ma tajemnicę. Razem mają kłopoty.
Beth przyjeżdża do USA na ostatni rok liceum i chce tylko jednego: być niewidzialna. Tyle że w Royal High School nic nie umyka spojrzeniom, a plotki krążą szybciej niż myśli. Beth nosi na skórze ślad po wypadku i historię, której wolałaby nie opowiadać. Ale chęć ukrycia blizny tylko wzmaga ciekawość otoczenia. Wtedy na jej drodze pojawia się Emmet Ridley – szkolny ulubieniec, pewny siebie i niebezpiecznie pociągający. Za jego idealnym uśmiechem kryją się tajemnice, których nikt nie powinien poznać.
Z każdym dniem Beth jest coraz bardziej zafascynowana światem Ridleya. To świat wypełniony ryzykiem, układami i wyścigami, w których stawką bywa coś więcej niż reputacja. Ale dziewczyna nie zamierza grać według cudzych zasad. Bo czasem, żeby przestać uciekać, trzeba stanąć na starcie. I wybrać: ruszyć naprzód albo zostać w miejscu.
Przeczytaj jeśli lubisz:
„Elitę” Natalii Antczak
„For Sure Not You” Weroniki Ancerowicz
„Bad Friends” Aleksandry Negrońskiej
„Deviant King” Riny Kent
„I Wanna Fall” Aleksandry Nil
Paulina Stróżańska – tworzy postacie, które chcesz przytulić, a jednocześnie trzepnąć w głowę czymś ciężkim. Porusza trudne tematy, wbija kij w mrowisko i patrzy, jak świat płonie. Jej historie da się opisać trzema słowami: pikantne, poruszające, mroczne. Mieszka pod Gdańskiem. Obserwuj jej profil na Instagramie: @paulina.strozanska.pisarka
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 484
Data ważności licencji: 12/31/2030
Projekt okładkiNATALIA TWARDY
Fotografia/e na okładceBANG_ROZ/ADOBE STOCK Grafika stworzona przez człowieka.
Koordynacja projektuŁUKASZ CHMARA
Opieka redakcyjnaANNA HEINE
RedakcjaSZTAMBOOK / KAROLINA BOROWIEC-PIENIAK
KorektaANNA ZIENTEK
Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Copyright © Paulina Stróżańska, MMXXVI
Polish edition © Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved.
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7149-8
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Dla tych, których blizny wykraczają daleko poza cielesność
Beth
Może powinnam wrócić tu już teraz i nie czekać do studiów?
Przesuwający się za oknem samochodu obrazek strzelistych wieżowców przypomina mi o tym, że USA to kraj możliwości. Miałabym też pod ręką dwoje ludzi, których kocham ponad własne życie. Nie żeby to nie był główny powód moich rozważań.
Poprawiam bluzę z kapturem i ziewam w rękaw. Jestem wykończona.
– Nie chcę naciskać – zaczyna tata i zerka na mnie ukradkiem. – Ale może ostatnią klasę liceum zrobiłabyś tutaj? Strasznie za tobą tęsknię, Beth. Austin też, ale w życiu się do tego nie przyzna.
Uśmiecham się pod nosem – mnie i ojca od zawsze łączy dziwna, telepatyczna więź. Ja o czymś myślę, on mówi to na głos. Działa nawet wtedy, kiedy dzielą nas ocean i ogrom lądów. Najwidoczniej odległość nie jest przeszkodą dla naszej więzi.
– Wiem, miałabyś dużo różnic programowych i nadrabiania, ale... – Tata wzdycha. – Nie wiem, może to byłaby dobra opcja? Mógłbym pogadać z dyrektorem Royal High School, wisi mi przysługę, czas najwyższy ją odebrać. Mają dobre wyniki, może start na studia byłby łatwiejszy, jakbyś liznęła trochę wiedzy przed? Wiesz, tu mamy specjalne programy...
– Wiem, tato – przerywam mu i wyszczerzam zęby w uśmiechu. – Myślałam o tym.
– Och. No tak, wcale nie jestem zaskoczony – mamrocze i widzę, jak próbuje ukryć uśmiech. – Telepatia? – Stuka się w głowę, więc parskam śmiechem.
– Wyglądasz, jakbyś pokazywał, jaki jesteś stuknięty – wyduszam między chichotami.
– W takim razie ty też jesteś, motylku. – On także się uśmiecha. – Chcesz zajechać po S’mores Frappucinno?
– Na kokosowym? – pytam z nadzieją i nową energią, która chyba nie powinna się mnie trzymać po dziesięciogodzinnym locie z Frankfurtu do Seattle.
– Porzygasz się, ale co ja tam wiem. – Tata wzrusza ramionami i wcale nie ukrywa tego, że szczerzy zęby.
Brakowało mi tego. Przekomarzanek i dobrego humoru. Skręca mnie w sercu na myśl, że miałabym wrócić do mamy po wakacjach. Chyba... Wcale tego nie chcę.
– Nie porzygam! – zaperzam się. – Nie wiem, dlaczego w Europie nadal nie poznali się na wspaniałości tego napoju!
– No właśnie – mówi tata i zerka w lusterko wsteczne. – Napoju, bo to nie jest kawa.
– Jest – prycham. – Nie znasz się, bo jesteś starym dziadem i nie potrzebujesz cukru do życia.
Tata kręci głową z teatralnym niedowierzaniem, więc znów chichoczę.
– Cieszę się, że już jesteś. Austin wciągnął odkurzaczem wszystkie pająki z twojego pokoju.
– Jak przystało na starszego brata. Tęskniłam za wami.
Wzdycham i chłonę obraz twarzy ojca. Ciemny zarost, krótkie, kręcone włosy, lekkie zmarszczki i uśmiech, który zawsze poprawia mi humor. Do tego te przenikliwe spojrzenie jasnych oczu, które potrafiło wycisnąć prawdę z największych przestępców.
– My za tobą też, nawet nie wiesz, jak bardzo.
Wiem. Zdaję sobie sprawę, dlatego chyba pogadam z mamą o ostatniej klasie liceum tutaj. Pewnie się wścieknie, ale przecież mam już osiemnaście lat, a za rok i tak bym tu przyleciała. Spoglądam za okno i się zamyślam.
Rozwód rodziców jest trudnym przeżyciem. A już szczególnie wtedy, kiedy jeden z opiekunów chce wrócić do ojczyzny, obrażony na cały świat za porażkę małżeńską. Podzielenie się dziećmi może brzmiało cholernie krzywdząco, ale nie mogłam ich winić. Dzięki takiemu rozwiązaniu przynajmniej każde z nich miało któreś dziecko przy sobie. Austin został z ojcem, ja wróciłam z Celine do Niemiec.
Tata zajeżdża do Starbucksa i wręcza mi wielki kubek pełen cukru, pianek, trzech pompek syropu waniliowego i dodatkowego lodu. Siorbię napój, który rzeczywiście mało przypomina kawę.
Od spożytego cukru robię się senna i coraz mniej szczegółów rejestruję. Tata też milczy, pewnie chce dać mi odpocząć po locie. Zbliżamy się do Kent, zaczynam rozluźniać ciało z myślą o łóżku, które zaraz przywitam. Powieki mi się kleją, jestem ociężała i zmęczenie w końcu mnie dopada.
– Zamówimy coś na kolację, co ty na to? – proponuje tata, a ja coś mamroczę w odpowiedzi. – Może tacos albo...
Głos się urywa, zastąpiony zdławionym krzykiem, bo jakaś siła pcha samochód w bok. Serce podjeżdża mi do gardła, szeroko otwieram oczy, auto leci na pobocze. Pasy szarpią, ból rozlewa się po prawej stronie ciała, auto koziołkuje, coś we mnie uderza, aż w końcu pożera mnie ciemność.
Emmet
Smukłe palce Heather przesuwają się w górę mojego uda. Ignoruję ją, bo wkurza mnie nachalność, z jaką się do mnie dobiera. Poza tym prowadzę samochód i nie zamierzam spowodować wypadku, bo kapitanka Royals nie potrafi pohamować własnych potrzeb.
Poza tym niespecjalnie chcę z nią świętować pierwszy wygrany wyścig sezonu.
– Heather... – zaczynam ostrzegawczo i zrzucam bieg.
Silnik mruczy, uśmiecham się pod nosem i wciskam pedał gazu. Heather momentalnie odrywa ode mnie rękę, pęd wciska ją w fotel i jedyne, co może, to dławić się powietrzem. Zwilżam wargi językiem, dokładnie słyszę moment, w którym trzeba zmienić bieg.
Bach.
Obroty się zwiększają, ja wciąż wciskam pedał gazu, skrzyżowanie zbliża się z prędkością niemal stu jedenastu mil na godzinę. Światło zmienia się na czerwone, ale wciąż gnam przed siebie. Muzyka w głośnikach jest przygłuszona przez hałas silnika. To najlepsza melodia.
– Emmet! Spójrz!
Zerkam na Heather, która wyjmuje telefon. Usuwam ją z myśli. Wytężam zmysły, umysł zasnuwa mgła skupienia.
– Nie teraz – mruczę do niej, wbijam piąty bieg i po trzech sekundach jesteśmy już za skrzyżowaniem.
W akompaniamencie dziewczyńskich jęków i niknącego w oddali dźwięku klaksonu, bo ktoś musiał wyhamować. Krzyczę z radości i wyrzucam ręce w górę, mam ochotę ucałować kierownicę. Adrenalina krąży w żyłach jak narkotyk, od którego jestem kompletnie uzależniony.
– Jesteś kretynem – kwituje Heather, odkłada telefon i zakłada przedramiona na piersi.
Boże, jak ja jej nie znoszę. Szczególnie w takich chwilach. Szkoda tylko, że jesteśmy na siebie skazani.
– Ogarnij się – mówię do niej najspokojniej, jak potrafię. – Chcesz żebyśmy się rozbili? Nie musisz nagrywać i publikować w sieci każdej sekundy naszego życia. – Gromię ją wzrokiem i zwalniam, nie chcę niepotrzebnie przyciągać więcej uwagi. – Wiem, że jesteś pierwsza do chwalenia się, że nie przegrałem żadnego Race or Die, ale nie przesadzaj.
Dziewczyna mamrocze coś pod nosem.
Prycham. Heather dba wyłącznie o reputację i popularność. Nie ma dla niej nic ważniejszego niż poczucie bycia kimś i znaczenia czegoś.
– Chcesz poprowadzić swoją żałosną miniaturową wersję skutera na czterech kółkach na torze? Nie? To się zamknij.
Heather rzeczywiście się zamyka, skubie ze złością paproszki z welurowej bordowej sukienki. Wygląda w tym jak w zasłonie, ale nie zamierzam o tym mówić.
– Nie chcę, żebyś zginął, Em – stwierdza i ogląda swoje różowe paznokcie. – Mamy jeszcze tyle do zrobienia...
Parskam śmiechem. Nasz związek to farsa, pokazówka dla szkoły i uczniów. Kapitan drużyny futbolowej i kapitanka cheerleaderek. Musimy być razem.
– Co cię tak bawi? – Tupie, a ja się krzywię, bo nie mam pojęcia, gdzie wpycha obcasy swoich szpilek.
Moja Miata MX-5 stoi w rankingu miłości mojego życia o jakieś dziesięć punktów wyżej od Heather.
– Uważaj z tymi butami – warczę w jej stronę. – Bo niedługo będziesz jeździć boso. Albo sama.
Heather mieli jakieś oburzone słowa. Wzruszam ramionami. Jest mi wszystko jedno, co sobie myśli. Droga robi się coraz bardziej oświetlona, a już niedługo Heather dołączy do reszty swojej drużyny, a ja do swojej. Wypiję i zapomnę o tym, że przez rok muszę męczyć się z tym blondwłosym koszmarem.
Jedyne, co daje mi radość, to tor.
– Wiesz, jak nie zaczniesz się zachowywać bardziej odpowiednio – ciągnie przesłodzonym głosikiem – to mogę sprawić, że samochód zniknie.
Zjeżdżam gwałtownie na pobocze. Heather piszczy, ale miarka się przebrała. Hamuję i zaciągam ręczny.
– Słucham? – rzucam wściekle. – Bo chyba się przesłyszałem. Próbujesz mnie szantażować? Grozić mi? – Wbijam w nią zezłoszczone spojrzenie, a ona kurczy się pod jego wpływem. – Powinnaś ostrożniej dobierać słowa.
Heather robi się czerwona, patrzy gdzieś nad moją głową, oczy jej się szklą. Jak zacznie płakać, to chyba ją wywalę z auta.
– Daję ci ściągać na niemal każdych zajęciach, daję moje wszystkie notatki tylko po to, żebyś... – Gryzę się w język i wzdycham. Nie ma sensu jej dokładać. Skoro jej jedynym życiowym celem jest utknięcie w tym zapchlonym miejscu, to nie moja sprawa. – Ledwo zdajesz z klasy do klasy, korzystasz z mojej pomocy i jeszcze mi grozisz? Myśl trochę.
– Po prostu potrzebuję czegoś więcej – odzywa się w końcu.
Biorę głęboki wdech i jej się przyglądam. Jest... obiektywnie ładna. Długie blond włosy, smukłe ciało, błękitne oczy otoczone gęstymi rzęsami. Ale co z tego, skoro naprawdę nie jest dla mnie? Skończyłem z chęcią zaimponowania kumplom i chodzenia z najpopularniejszą laską w liceum.
Kiedyś Heather znaczyła dla mnie wszystko. Ale czasy się zmieniły.
– To zakończmy tę farsę. – Wracam wzrokiem na jezdnię i ruszam.
Toczymy się powoli przez ulice Kent.
Może lepszym pomysłem jest przeżyć koszmar rozstania, niż brnąć w to gówno dalej? Oboje się męczymy, szczególnie że obiecaliśmy sobie żadnych skoków w bok. To dopiero spowodowałoby lawinę przygniatających plotek.
– Nie – mówi hardo Heather. – Nie, przecież to nas zniszczy. Nie tylko nas, ale też nasze drużyny. Wybuchnie skandal i będzie się za nami ciągnąć jak smród po gaciach. Nie.
Ma rację. Royal High School nie jest miejscem, które odpuszcza i klepie po pleckach. Nie nas. RHS wyciska i doi każdą plotkę. Do cna.
– To daj spokój i po prostu przeżyjmy ten rok.
– Kiedyś było inaczej – mówi cicho, a ja przymykam powieki na ułamek sekundy.
– Kiedyś tak było.
– I co się z nami stało, Emmet?
Postanawiam zmienić temat, bo ten do niczego nie prowadzi.
– Zajrzałaś do notatek na poniedziałek? Koshy zapowiedziała pogrom na ekonomii.
– Hmm... – Ja pierdolę... – Jakoś nie miałam czasu.
Właśnie. Dostaje wszystko pod nos, a nie chce jej się podjąć choć najmniejszego wysiłku.
– Heather... Jak nie będziesz się uczyć, to wykopią cię z drużyny. Nie pomoże to, że jesteś kapitanką.
– No wiem. – Wyczuwam w jej głosie irytację.
Jesteśmy w ścisłym centrum, więc przestrzegam przepisów drogowych, choć noga drga mi przy pedale gazu. Żałuję, że wyścigi na torze nie odbywają się częściej.
Już mam skręcać w dudniącą ulicę, przy której mieszka Kenneth – organizator dzisiejszej imprezy – ale obok mnie śmiga rozmazana plama czerni.
– Co to było? – pyta Heather i wygina szyję.
Ten dźwięk rozbudza coś w moim wnętrzu. Pomruk, od którego włoski na ciele stają dęba, znika gdzieś przed nami.
Nie myśląc za wiele, wciskam gaz do dechy i gonię samochód, który musiał być Mustangiem. Shelby. GT500.
– Mieliśmy jechać do Kena! – krzyczy Heather, ale w tej chwili jej nie słucham.
Lecę na złamanie karku i próbuję dogonić maszynę marzeń. W głowie huczy tysiąc myśli, bo nie znam nikogo, kto mógłby być właścicielem tego wozu.
– Kto to jest? – pytam na głos, gdy skręcamy gwałtownie. Zarzuca tyłem, kręcę kierownicą w odwrotnym kierunku. – Nikt tu nie jeździ Mustangiem!
– Nie mam, kurwa, pojęcia!
Dojeżdżam do skrzyżowania, ale Mustanga już nie ma. Jest za to wóz szeryfa, który właśnie włączył światła, ale zamiast ruszyć za pędzącym Shelby, uwziął się na mnie. Macha mi dłonią, żebym zjechał na pobocze.
– Świetnie – mamrocze pod nosem Heather i wciska się w fotel.
Przyklejam najbardziej olśniewający uśmiech. Nikt nie oprze się urokowi Emmeta Ridleya.
– Mustang? Serio? – Chase wybałusza oczy i rozsiada się na kanapie.
Kiwam głową i zeruję piwo. Rozglądam się w poszukiwaniu Heather, bo jednak przyszliśmy tu razem i powinienem mieć na nią oko. Po alkoholu ma głupie pomysły, a te najgłupsze wciela w życie.
– Heather poszła na górę z Cindy i Hannah.
– W dupie to mam – mamroczę pod nosem i rozglądam się po salonie, po którym kręci się jakieś sto osób. – Co tu robią pierwszaki?
Przy kominku dostrzegam rozchichotane dziewczyny, które rzucają nam spojrzenia spod rzęs. Kena pojebało? Przecież ojciec Chase’a jest szeryfem. Unoszę brwi na widok czerwonych kubeczków, w których te dziewczynki pewnie mają alkohol.
– Nie wiem, zapytaj Kennetha. To on wpadł na pomysł sproszenia tutaj całego pierdolonego liceum.
Chase mruga do dziewczyn, które chichoczą jeszcze głośniej. Mierzę kumpla wzrokiem. Ma długie blond włosy, które wiąże w koka na czubku głowy. Czasem mam ochotę przeciągnąć go za te włosy po boisku, jak zaczyna odpierdalać. A ten debil pod czujnym okiem tych dziewczyn podnosi koszulkę, że niby się drapie, żeby odsłonić swój żałośnie blady sześciopak.
Rugam go wzrokiem i wstaję do tych małolat. Ktoś musi być rozsądny i ogarnąć imprezę, która zaczynała wymykać się spod kontroli. Widzę, że poza tymi trzema dziewczynami kręci się tu mnóstwo czternastolatków.
Gdzie, do kurwy, są ich rodzice?
Nie potrzebujemy problemów jako drużyna. Powinniśmy wręcz trzymać się od nich z daleka.
– Dobry wieczór, miłe panie – zagajam rozmowę z szelmowskim uśmiechem.
– Boże, przecież to Emmet – piszczą i podskakują jak małe piłeczki.
Jeeezu. Jedna z nich, zdecydowanie bardzo wstawiona, chucha mi w twarz wyziewem o zapachu wódki z colą. Lekko odsuwam ją od siebie i asekuracyjnie trzymam za ramiona. Wiesza się na mnie i wtula w mój bok.
– Och – wzdycha i próbuje przesunąć palcami po moim brzuchu.
Krzywię się, łapię ją za nadgarstek i stanowczo od siebie odsuwam. Drink z jej drugiej ręki ochlapuje mi koszulkę na plecach. Wzdycham z irytacją.
Same kłopoty. Z Kenem są same, kurwa, kłopoty.
– Skarbie, wydaje mi się, że już ci wystarczy – mówię i odbieram z jej palców kubeczek.
Szatynka wbija we mnie maślane spojrzenie i znów wzdycha mi w koszulkę. Koleżanki wyjmują telefony, chcą nam zrobić zdjęcie. Wracam wzrokiem na kanapę, gdzie siedzi rozbawiony Chase i pokazuje uniesione kciuki. Kretyn.
– Chodź tu, debilu. – Podtrzymuję pijaną dziewczynę i kręcę głową z niecierpliwością. – Chase, kurwa, rusz dupsko!
– Nie wiem, o co ci chodzi, przecież są całkiem urocze! – Bierze w objęcia jedną z dziewczyn, która wygląda, jakby miała się posikać w gacie z radości.
Wystawia drżącą rękę do selfie, Chase pozuje do zdjęcia.
– Chase, kurwa, twój ojciec to szeryf – mamroczę pod nosem. Nie wiem, co Chase sobie myśli, ale tańczy na cienkiej linii. – No dobra, koniec tego.
Oddaję dziewczynę w ramiona Chase’a i wskakuję na stół w salonie.
– Kto nie ma szesnastu lat, ten wypierdala! – przekrzykuję muzykę. Spotykają mnie smutne twarze pełne rozczarowania. – Sorry, dzieciaki, nie chcemy kłopotów!
– No właśnie, już po dobranocce, zjeżdżajcie! – W końcu dołącza do mnie James, mój najlepszy kumpel.
On jako jedyny z drużyny ma łeb na karku, poza mną. Cała reszta to banda napalonych debili, którzy nie mają za grosz rozsądku.
– Ty też nie jesteś pełnoletni. – Przez tłum przeciska się mądrala w okularach.
– A ciebie kto tu zaprosił? – pyta Chase i przygląda się tej aberracji.
Kujony na imprezach? Szok.
– Kenneth zaprosił wszystkich, którzy widzieli jego InstaStories – mówi przemądrzale i poprawia okulary na nosie.
– A ja mówię, że wypierdalacie.
– Nie.
Imprezowicze wstrzymują oddech, a ja przygotowuje się do konfliktu, który przecież wygram. Schodzę ze stołu i podchodzę powoli do wystraszonego chłopaczka. Przełyka ślinę, widzę, jak jego grdyka nerwowo pracuje. Góruję nad nim – nie dość, że jestem w ostatniej klasie, to jeszcze gram na pozycji głównego rozgrywającego.
– Wiesz, jak załatwiamy takie spory? – pytam zaczepnie. – Jeśli coś ci się nie podoba...
– Race or die! – wrzeszczą wszyscy zgodnie.
Uśmiecham się szeroko. Nie było w tej szkole nikogo, kto ma ze mną szansę. Chuj z tym, że nie każdy ma auto zdolne do prześcignięcia mnie.
Ale ten Mustang...
– To jak? Wpisać cię na następna rundę? – pytam w końcu i zakładam ręce na piersi.
Wcale nie napinam przy tym szerokich bicepsów. Wcale a wcale.
– Raczej nie, chyba nie – miota się chłopak.
Klepię go po plecach, aż potyka się o własne nogi.
– Miło było was widzieć, do zobaczenia w poniedziałek! – krzyczę i czekam, aż wszyscy zirytowani i rozczarowani opuszczą dom Kennetha.
Muszę go znaleźć i opierdolić. A potem poprosić Chase’a, żeby zapytał ojca o tego Mustanga.
– Musimy pogadać – mamroczę do Jamesa, który kiwa głową ze zrozumieniem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
