Quincunx i inne opowiadania - Walter de la Mare - ebook

Quincunx i inne opowiadania ebook

Walter De La Mare

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska i Powiatowa biblioteka Publiczna w Kwidzynie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 321

Rok wydania: 1980

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Walter

de la Mare

QUINCUNX

I INNE OPOWIADANIA

 

Tytuł oryginału:

A Beginning and Other Stories by Walter de la Mare

© Latimer Trend & Co Ltd. Plymouth 1945 Best Stories of Walter de la Mare

© Purnell and Sons Limited. Paulton (Somerset) and London, 1947

© Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Literackie, Kraków 1980

 

ISBN 93-08-00278-1

Księżniczka

Czy na tym żałosnym i cynicznym świecie jest ktoś, dla kogo wspomnienia lat dziecinnych nie są czule strzeżonym skarbem? Nieistotny jest wtedy rodzaj tych wspomnień: mogą być sentymentalne, niemądre, budzące litość, tragiczne, namiętne czy odpychające realizmem. Nie przestajemy ogrzewać starzejących się dłoni przy nikłym płomyku ognia, który wygasł jakieś trzydzieści, czterdzieści, a może sześćdziesiąt lat temu.

Dlaczego tak się dzieje? Bo przeżycia te w ten sposób przechowywane dotyczą samego wnętrza naszej jaźni — są zamknięte w milczeniu i tkwią korzeniami głęboko, są nam najbliższe...

Takim przeżyciem będzie na przykład miłość nie tylko do ładniutkiej buzi, lecz również do jakiegoś obrazu, książki, bohatera z powieści — tak! nawet jakiejś zjawy ze snu. Lord Byron miał romantyczne przygody, wątpię jednak, czy kiedykolwiek zakochał się tak poważnie, bezinteresownie i wiernie jak w wieku około dziewięciu lat, kiedy jako mały chłopiec pokochał również małą dziewczynkę — Mary Duff.

Byron wyznając tę miłość przechwala się, drwi nawet z tego epizodu i wyśmiewa go jako dziecinny romans. Niemniej przyznał się do szoku, jakiego doznał w szesnastym roku życia, kiedy usłyszał, że Mary wyszła za mąż. Szok ten przywiódł go niemal do konwulsji! Nie inaczej: do konwulsji!

Ten rodzaj zaślepienia niekoniecznie musi dotyczyć drugiego dziecka. Jeden z moich przyjaciół zwierzył mi się kiedyś, że w dzieciństwie (nie mając jeszcze dziesięciu lat) przesiadywał bezczynnie całymi godzinami na starym ceglanym murze, ukryty w gałęziach dzikiej wiśni, w nadziei, że na moment ujrzy jasnowłosą młodą kobietę, dwudziestoośmioletnią wdowę mieszkającą w sąsiedztwie. Oczywiście ten romantyczny chochlik nigdy nie wyznał swej miłości ani nie wspominał złowróżbnej zapowiedzi o ,,robaku w kwiecie” — aż przestało to mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie, i przedwcześnie dojrzały nie przejmował się również, gdy został małoletnim wykolejeńcem.

Kwiat dzikiej wiśni jest równie delikatny jak zimowy szron, równie piękny i chłodny jak śnieg; jednak niewiele więcej można dodać na jego pochwałę, a o jego cierpkich i twardych owocach mogłyby nam zapewne opowiedzieć tylko ptaki — tyle że ich pieśni pozornie są bez słów.

A więc i ja mam wspomnienia. Jak większość dzieci ja również czytałem z zachwytem bajeczne, nieprawdopodobne, fantastyczne dawne opowieści: Grimma, Andersena, Baśnie z tysiąca i jednej nocy. Lubiłem też oglądać stare domy, szczególnie te, w których, jak mówiono, „straszyło”; nawet gdy opowiadane o nich historie przyprawiały mnie, gdy kładłem się spać, o dreszcze strachu.

Kiedyś, w dzieciństwie, wszystkie te dziwaczne upodobania zadowoliłem w jednej wyprawie. Niestety okazała się niefortunna — nawet w tym, co dotyczyło „La belle Dame!” Mimo wszystko szkoda, by tego rodzaju „głupie”, powracające w pamięci zdarzenia rozwiały się, a wspomnienia wymknęły się nam z rąk lub pozostawiły za sobą żal niczym nie ukojony.

W czasie, o którym opowiadam, miałem najwyżej około dziesięciu lat. Jak na ten wiek byłem zarówno dziecinny, jak i nieco przedwcześnie rozwinięty. Matka umarła, kiedy miałem pięć lat, i odtąd właściwie pozostawiono mnie samemu sobie. Mieszkaliśmy w Szkocji, w hrabstwie Inverness, w starym brzydkim domu. Za nim rozciągała się żałosna pustka, zwłaszcza gdy w czasie mgły tak częstej w Szkocji spoglądałem w nią z nosem spłaszczonym na szybie. Mimo to zżycie się z kimś lub z czymś może zrodzić czułe przywiązanie. Dom niestety był tylko wynajęty! I stał samotny na bezludziu.

Podczas opisywanych przeze mnie letnich wakacji miałem zupełną swobodę. Nauka w szkole szła mi źle, usiłowałem więc, ile się tylko dało, zejść z oczu ojcu, unikając jego pełnego wyrzutu i troski spojrzenia. Włóczyłem się po wrzosowiskach i snułem fantastyczne marzenia na jawie, odczuwając dotkliwie brak towarzystwa. W atmosferze tajemniczości poszukiwałem czegoś. W zawiłych drogach mojej włóczęgi był jednak pewien cel. Tym celem był dom, z którym łączyła się pewna legenda.

Wtedy jeszcze nie znałem rzeczywistej historii tego domu. Zebrałem tylko na chybił trafił okruchy wiadomości z przypadkowych rozmów podsłuchanych w kuchni lub od starszych. Podsycały one moją wyobraźnię podczas częstych godzin osamotnienia. Nieraz śniłem o tym domu, byłem przynajmniej święcie przekonany, że nawiedzały go duchy. Samo to słowo wywołuje zwykle wizję starych samotnych ruin oplecionych dziko rosnącym powojem, sowę oraz zjawę zwiastującą śmierć 1, a także upiorny księżyc na tle pędzących po niebie chmur. Obraz „mojego'' domu był jednak kompletnie inny.

Wprost przeciwnie... Kiedy pierwszy raz dotarłem do owego domu, i to przypadkiem, było lato — niedzielny ranek, w czasie którego udało mi się znowu wykręcić od pójścia do kościoła. Nie mogłem się mylić, oto nazwa domu widniała wśród kutych w żelazie liści zdobiących furtkę. Był cichy, jasny dzień, pamiętam, dom stał w pełni łagodnego słonecznego blasku, miał położenie piękne, ale odosobnione — w dolinie wśród wzgórz. Z tyłu, w odległości rzutu kamieniem spływał kaskadami górski potok, po deszczu obfity w wodę, tworząc stały naturalny wodospad nad skałami piętnaście lub dwadzieścia stóp poniżej. Łoskot owego wodospadu rozlegał się cały dzień bezustannym nisko, ale harmonijnie brzmiącym szumem jak dźwięczące dzwony i echa głosów.

Wiedziałem, że dom należy do jakiejś wschodniej księżniczki, przypuszczałem więc, że miała ciemny kolor skóry i pochodziła z Indii, Cejlonu lub Syjamu, gdzieś z Dalekiego Wschodu (nie miałem wtedy pojęcia, że chociaż była z tamtych stron, mogła posiadać płeć bladości narcyza, i to z gatunku narcissus poeticus!). Nigdzie wokoło domu nie było ogłoszenia, że dom jest do wynajęcia. Według tego, co o nim słyszałem, nie bywał nigdy, nawet przejściowo, wynajęty ani dzierżawiony, lecz księżniczka nie zaglądała tam od lat. Nie miałem najmniejszego pojęcia, od ilu. Dom wyglądał na pusty i całkowicie głuchy. Wieść głosiła, że jakaś romantyczna tragedia wygnała z domu właścicielkę. Kiedykolwiek słyszałem o niej wzmiankę, twarze posępniały i rozmowę dyskretnie ucinano.

Jednak zwyczajem dzieci sumując te okruchy opowieści wysnuwałem z nich całą historię i w ten sposób doszedłem do następujących wniosków: moja księżniczka była równie piękna jak królowa Saba (a przecież król Salomon był mędrcem), młodsza od niej i w swoim krótkim życiu opuszczona i samotna, podobnie jak ,,Marianna z małego dworku” 2, oraz że rozstała się już z tym światem. Ociągałem się ze stwierdzeniem całkowitej co do tego pewności, ale sądziłem, że chyba musiała umrzeć, skoro pod tym warunkiem mogłem „bezpiecznie” wierzyć w romantyczne historie dotyczące jej osoby. Jednak absurdalnie żywiłem równocześnie jakąś nadzieję, że żyje. A z drugiej strony — czyż nie opowiadano mi, że w domu tym „straszy”? A więc czyż nie mogłem wyciągnąć z tego, najlepiej jak umiałem, potrzebnych mi wniosków? — połączyć dwóch światów? Łatwo odgadnąć trop moich myśli.

W każdym razie, wszystkie te moje domysły i przypuszczenia sprawiły, że postać księżniczki stała się dla mnie jakby zjawą ze snu, całkowicie przeze mnie wymyśloną. Była istotą niewypowiedzianie piękną, jaka powstać może tylko w dziecięcej imaginacji, chociaż takie twórcze mrzonki są raczej zadaniem poetów. Brzmi to romantycznie, nieprawdaż? — ale czy właśnie romantyzm nie ma jedynego i prawdziwego sensu na tym świecie?! Tak! Chociaż brzmi to śmiesznie i głupio — ja, żółtodziób, zakochałem się młodocianą miłością, i to w zjawie!

Niemniej stałem teraz przed domem nieco speszony, ale zafascynowany. Obserwowałem go pilnie i dokładnie. Czy był zamieszkany? Większość okien miała zasunięte story, w kilku na piętrze widniały tylko firanki. Kto lub „co” mogłoby zająć dom na swoje mieszkanie? Całość wyglądała na opuszczoną i zaniedbaną wprawdzie, ale nie do ostatka. Wyblakłe kolory, wilgoć, porastający mech — mogła spowodować w dużej mierze pogoda i pora roku. Już na pierwszy rzut oka można było powiedzieć, że w domu nigdy nie mieszkali prawdziwie szczęśliwi ludzie, w każdym razie nie w ostatnich latach. Jednym słowem robił wrażenie opuszczonego. A kiedy ludzie opuszczą dom, cała atmosfera, nawet samo powietrze, które go otacza, zmienia się. Tak jak zmieniają się ludzie.

Stałem pod osłoną drzewa i patrzyłem na dom, po dłuższej chwili podszedłem bliżej, przystanąłem przed wejściowymi drzwiami na werandzie i nadsłuchiwałem: ciszy nie przerywał żaden szmer ani westchnienie; głębokie milczenie było jedyną odpowiedzią na moje oczekiwanie. Obszedłem dom od tyłu, znalazłem małe zielone, otwarte drzwi, znowu słuchałem — żadnego odgłosu poza łoskotem wodospadu i przytłumionym cykaniem świerszcza czy ćwierkaniem ptaków w krzakach i trzcinach przy potoku.

Słońce świeciło pełnym blaskiem, ale wokół panowała pustka: równie samotnie mogłem czuć się w głębi pustyni Gobi. Lekko pchnąłem drzwi i zajrzałem do środka, korytarzyk wykładany kamiennymi płytkami wiódł niewątpliwie do pomieszczeń kuchennych. Patrzyłem i słuchałem. Nic — ani brzęku rondli, ani suwania garnków, trzasku czy skwierczenia; żadnego powiewu kuchennych zapachów, tylko pleśń i stęchlizna. Zebrałem się na odwagę i wszedłem; w kuchni znajdowały się: stary rożen przypominający górną część zbroi rycerza olbrzymich rozmiarów oraz stół i ciężkie krzesła, chochla do sosu z pieczeni, zardzewiały nóż i zegar ścienny, który nie chodził. Pod kuchnią nie palił się ogień, a zegar był nie nakręcony. No! W każdym razie kucharki w domu nie było!

W końcu zakradłem się po schodach na górę; prowadził mnie wciąż cień wymarzonej księżniczki: o ciemnej karnacji, o smutnych tkwiących wciąż w mojej wyobraźni czarnych oczach. Taka właśnie zjawa nawiedzała mnie we śnie, a moja dziecięca fantazja czyniła wszystko, by ją upiększyć. Na końcu długiego korytarza zatrzymałem się przed otwartymi na oścież drzwiami, inne były zamknięte. Przy otwartych drzwiach dłużej przystanąłem: miały pięknie malowane filunki i klamkę ze rżniętego szkła. Zajrzałem do wnętrza. Ośmieliłem się nawet odsłonić składaną żaluzję, by wpuścić promienie słońca. Żaden znany mi dotąd pokój nie był podobny do tego: sufit nisko sklepiony, zdobiony gzymsami; wokół pyszniły się wspaniałe nasycone, głębokie kolory, hafty, porcelana i malowane kafle perskie (których pochodzenie rozpoznaję dopiero dziś), parę obrazów (wówczas niemodnych) malarzy francuskich. Ani śladu pamiątek z Indii, takich jak mosiężne posążki bogiń, kły słonia, przedmioty rzeźbione w kości słoniowej i w perłowej masie. Żadnego szmeru prócz łoskotu spadającej wody: dziwna, głucha, brzęcząca, niemniej urzekająca swoją mową muzyka.

Pokój, jak mi się wydawało, był rodzajem buduaru; dobrze utrzymany, o nienagannym wyglądzie, wyjąwszy cieniutką warstwę kurzu pokrywającą stoły i mącącą blask szkła. Naprzeciw okna, w słońcu, wisiał portret, czyj? Odgadłem natychmiast: taka była moja wizja księżniczki — piękna, młoda i ciemnowłosa, i było to dla mnie całkiem naturalne. Natomiast nieoczekiwanie dokładne podobieństwo mej wizji do obrazu (wyjąwszy tylko brak śniadości na bladych policzkach) było zdumiewające. Nieomal mógłbym był namalować z pamięci taki sam portret.

Smutne ciemne oczy pilnie wpatrywały się we mnie dzieląc lub przynajmniej przyjmując ze zrozumieniem moje chłopięce marzenia. Jeśli można porównać piękne spokojne oblicze do poematu, to właśnie jej twarz nadawałaby się do takiego porównania. Sam wyraz tego oblicza mógł stać się niewyczerpanym źródłem marzeń. Nie odważę się obliczyć, na ile mil w dal uleciało wtedy moje astralne ciało. Jakiś nikły hałas z dołu, może harce myszy czy szczurów, uświadomił mi kłopotliwe położenie, na jakie się narażałem, gdyby mnie przychwycono. Wymknąłem się więc ukradkiem z domu, równie ostrożnie, jak wszedłem, i nikomu nie wspomniałem o moim odkryciu...

Fakt, że ujrzałem prawdziwy wizerunek tej, którą sobie wymarzyłem, pocieszył mnie więcej, niż mogłoby pocieszyć spotkanie z jej duchem. Zdawało mi się, że wkroczyłem do krainy baśni z tysiąca a jednej nocy, do przybytku piękna i niebezpiecznych przygód. Teraz nie miałem już wątpliwości — moja księżniczka nie należała do świata żyjących. A jednak — miałem to pojąć później — „czas” ma inne niż mogiła sposoby „grzebania ludzi”...

Była zima i przenikliwy chłód, kiedy pewnego styczniowego popołudnia znowu zaszedłem do owego domu. Mróz ścinający wodę w lód przytłumił huk wodospadu, ustał świergot ptaków, tylko gdzieś na wzgórzach pokrzykiwały czajki. Tym razem idąc przez wrzosowisko ścielące się całunem nieskazitelnej śniegowej bieli, obszedłem dom od tyłu. Na niebie jasno świeciło małe zimowe słońce, nie dawało jednak ciepła, podobne do latarni — i stało nisko na południowej stronie. Miało chyba mniej niż godzinę do zachodu. Kryształy szorstkiego szronu rozszczepiając się połyskiwały tęczowo na niebieskawozielonej farbie na drzwiach. Wewnątrz domu było jeszcze zimniej niż na dworze i cisza jak w grobie — aż przytłaczająca.

Jakiś instynkt, jak u zwierzęcia, nasuwał mi podejrzenie, że jednak tym razem nie jestem tu jedynym gościem. Chyba pełne dwie minuty stałem nadsłuchując na górnym korytarzu przy drzwiach pokoju. Wszelako na pierwszy rzut oka wszystko w jego wnętrzu było w porządku. Żaluzja odsunięta, tak jak ją zostawiłem, i chociaż promienie słońca nie oświetlały teraz bezpośrednio pokoju, odbicie światła od śniegu pozostawiało na suficie i ścianach ostry, posępny odblask, jakąś nieziemską poświatę.

Trudno w to uwierzyć, ale w zapale mego młodego serca postradałem zmysły do tego stopnia, że (naprawdę!) przyniosłem ze sobą bukiecik pierwszych, jakie się pojawiły, śnieżyczek. Pomysł ten, miałem się o tym przekonać, był jak najbardziej chybiony. Pokój tonął w ciszy i zimnym blasku, zwróciłem się od razu w kierunku portretu, jakby na powitanie, i wtedy z pewnym zaskoczeniem spostrzegłem, że drzwi do pokoju położonego w głębi stoją otworem.

Ukradkiem podszedłem do okna i wyjrzałem: w dole przy bramie stała czterokołowa dorożka czarna jak plama atramentu, między dyszlami drzemał postarzały koń brudnożółtej maści odbijającej od śniegu. Patrzyłem osłupiały i przerażony. Kiedy tak stałem jak urzeczony, usłyszałem delikatny szelest jedwabiu i poczułem powiew egzotycznych perfum. Niczym przyłapane w pułapce zwierzę, odwróciłem się.

W drzwiach pokoju w głębi stała stara kobieta, chuda jak wynędzniały kot, blada, uszminkowana, z cienkim nosem, ale ubrana jak z igły; przenikliwe czarne oczy utkwiła we mnie. W widmowym blasku śniegu przez moment nie wiedziałem, czy tę wymizerowaną postać brać za ducha, czy za żywą istotę. Zastygła w swej wyrafinowanej elegancji z ukośnie przechyloną głową i białą jak kreda twarzą, mogłaby być naturalnych rozmiarów marionetką — groteskową, a przecież onieśmielającą. Są w nas zresztą różne stopnie poczucia rzeczywistości. Stojąca przede mną kobieta wyglądała ,,jak wymalowana” nie tylko w zwykłym sensie tego słowa. Moje wątpliwości — czy uważać ją za przywidzenie — wkrótce się rozwiały. Staruszka, potrząsając głową w takt słów, przemówiła głosem skrzypiącym jak struny starego rozstrojonego fortepianu, na którym ktoś w szkolnej świetlicy stuka jednym palcem.

— Dzień dobry! obawiam się, że przywitano cię tutaj ozięble.

Nic nie odpowiedziałem. Spytała, kim jestem i jak dostałem się do tego domu. Śmiertelnie przerażony, wymamrotałem moje nazwisko i powiedziałem, skąd przyszedłem. Wtedy spytała: „po co”. Zaniemówiłem nie wiedząc, jak z tego wybrnąć.

— Zapewne po to, co dałoby się tu znaleźć — drwiła szyderczo. — No! kawalerze, nawet sroki potrafią gadać! Jeśli miałeś tu chrapkę na cokolwiek, za to jedno mogę zaręczyć, że nie znajdziesz nic do jedzenia.

Postarzałe żółtawoblade, uróżowane policzki zmarszczyły się w złośliwym uśmiechu, wskazała na śnieżyczki:

— A to po co? — spytała.

Świadomość, że poczerwieniałem jak burak z zakłopotania, powiększyła tylko moją nieśmiałość oraz niechęć do odpowiedzi. Powiedziałem, że przyniosłem je dla ,,kogoś”.

— Dla kogoś? Dla kogoś stąd? — mieszkającego t u t a j? — spytała ostro. — A więc dla kogo?

Drżąc z przejęcia zwróciłem głowę w stronę portretu na ścianie i znów bez słowa popatrzyłem na staruszkę.

— Co? — krzyknęła. — Dla niej? — była tym widocznie zaskoczona. — Myślisz, kawalerze, że ja w to uwierzę! Kwiaty dla obrazu?! Owszem! to ładna historyjka, chociaż nieprawdziwa. A powiedz, kogo obraz przedstawia?

Opowiedziałem, że słyszałem o księżniczce, która mieszkała w tym domu. Mówili o tym mój ojciec i służba. Twarz staruszki poorana i stara przybrała wyraz zdumienia, czarne oczy zdawały się świdrować mnie do szpiku.

— Księżniczka? A cóż to za ,,rodzaj” księżniczki, czy można zapytać?

Powiedziałem jej, że — jak mi się zdawało — przybyła ze Wschodu.

— Myślałem — odrzekłem — że ona... — urwałem.
— Że co? Że co się z nią stało? Co?
— Że umarła — zwiesiłem głowę.

Nie potrafię opisać dokładnie, jaka po tych słowach zmiana zaszła w wyrazie jej twarzy. Na pewno nie były to gniew ani uraza. Przeciwnie, przez chwilę zdawało się, że zniknął z niej wyraz drwiny i złośliwości i równocześnie jakby jej ubyło lat. Jakby inna twarz, sprzed lat, odsłoniła się w mglistym zarysie. Dziwne, że w tym momencie nie domyśliłem się, czyja to twarz.

— Och, umarła — powtórzyła — a więc księżniczka umarła? — Tak tutaj wszyscy mówią? To Wygodna, ale niezbyt wyszukana wymówka, jak sądzisz? A gdyby umarła, jak by wtedy wyglądała ta twoja księżniczka?

Ponura nuta i aluzja tego pytania uszły mojej uwagi, jednak zafascynowało mnie ono na chwilę, nie odpowiedziałem od razu, tylko ruchem głowy wskazałem na portret:

— Jak tu — powiedziałem.
— Sam czar, naiwność i uroda! — Kpiła ze mnie otwarcie. — Tajemne spotkanie? A jeśli, nie znany kawalerze, dama umarła, kto przyszedłby na schadzkę?

Oczy staruszki jakby jeszcze przenikliwiej wbijały się we mnie.

— A więc chodziło ci o ducha? Tak?

Potrząsnąłem głową, zebrałem resztę odwagi, by dodać:

— Na pewno nie przestraszyłbym się wcale.
— Nie bałbyś się, co? — kpiła dalej. — Nawet ducha! Ależ to mały sir Galahad! Pewno też chełpisz się z tego, że kiedy mnie ujrzałeś, niewiele się zląkłeś? Jednak pobladłeś w jednej chwili, jakbyś połknął rycynowy olej. Pomyślałeś zapewne, że jestem duchem?

Znów zapadło między nami milczenie. Wydawało mi się — nie wiem, czy tak było naprawdę — że odgłos wodospadu nieco zmienił swą melodię, a więc mróz tężał. Piękny cichy pokój był zimny i głuchy jak grobowiec. Wciąż patrzyłem na staruszkę, ręce miałem zdrętwiałe z zimna, oczy osłupiałe, czułem się jak ptak urzeczony spojrzeniem węża.

— Może w pierwszej chwili naprawdę myślałem, że pani jest duchem — wyjąkałem. — Nie byłem pewien... najpierw... byłem zaskoczony.
— Najpierw?... i zaskoczony? — Kiedy jednak zobaczyłeś, że jestem z krwi i kości, przeląkłeś się jeszcze bardziej?
— O nie! — skłamałem i dodałem szybko, by zatrzeć kłamstwo: — bałem się tylko tego, że zostałem tu przyłapany.
— Aha! — pokpiwała równocześnie medytując nad czymś. — A śnieżyczki? Były prezentem dla portretu czy dla ducha?

Znów potrząsnąłem głową:

— Miałem je tylko zostawić tutaj — odpowiedziałem.
— A to romantyczna historyjka! No! Niech się dziecko wprawia na przyszłość! Nie przejmuj się! Wszyscy musimy tak zaczynać. Ale w żaden sposób nie mogę zrozumieć, czy mój mały włamywacz jest tak bardzo spóźniony w rozwoju, czy też niebywale wyprzedza swój wiek. Ile masz lat?

— Mów głośniej! — dodała, kiedy odpowiedziałem. — Nie potrzebujesz się mnie aż tak obawiać. Może chcesz dostać ładny flakonik na twoje kwiaty i dobrej zimnej wody? Na miłość boską! Chłopcze, rozruszaj się wreszcie! Nigdy nie mogłam ścierpieć marzycieli.

W tym momencie wezbrane w moim sercu uczucia rozpaczy, gniewu i wstydu doszły do szczytu gotowe wybuchnąć.

Staruszka zauważyła to. Jej twarz nieco złagodniała.

— W każdym razie — mówiła dalej — możesz się pocieszyć tym, że nie opowiadam bajek. Może wyglądam jak stara papuga, ale nie opowiadam plotek i nigdy tego nie robiłam; pozostawiam to innym! — Usiadła przy stoliku.
— Podejdź tutaj i podajmy sobie ręce na zgodę!

W pokoju zaczęły przygasać ostatnie blaski dnia, na ich miejsce sączyła się ukradkiem jeszcze bledsza poświata. Po chwili wahania podszedłem i wyciągnąłem rękę.

— Jakże to, chłopcze! — wykrzyknęła — co za maniery! Czyżbyś nie umiał się zachować? Ręczę, że gdyby t a m t a młoda dama siedziała teraz na moim miejscu, nie wyciągałbyś tak niemrawo ręki do uścisku. Nie przesadzaj, mój mały, i nie bądź taki platoniczny. — Ściągnęła z ręki włóczkową rękawiczkę i podała mi dłoń z niebieskimi żyłami, podobną do szponów ptaka; na kościstych palcach błyskały aż trzy rzędy starych pierścieni.
— Proszę — oświadczyła — skoro nie mam do poczęstowania ani zapiekanek z mięsem, ani tortu, spróbuj tego!

Z niewypowiedzianą odrazą wykonałem polecenie i pocałowałem zimną wychudłą rękę.

— A więc wyobrażałeś sobie, że twoja ukochana umarła, ta dziewicza, czarująca nimfa, tam w górze, z oczami spuszczonymi nieśmiało, ale zalotnie! A teraz, chłopcze, zdradzę ci pewien sekret. Pamiętaj jednak, nie są to plotki dla służby! Chwilę zatrzymała się, bacznie mi się przypatrując, jej głowa trzęsła się lekko na ramionach.
— Otóż, widzisz, istnieją dwa rodzaje upiorów, można je porównać do orzecha w łupinie: wewnątrz jest jądro, a z wierzchu skorupa. W tej chwili patrzysz na zeschłą skorupę. Czyż nie jestem do niej podobna? To taki właśnie rodzaj upiora. Czy nie wyglądam jak umarła?

Bóg mi świadkiem, że nigdy w życiu nie spotkałem ludzkiej istoty wyglądającej równocześnie na bardziej żywotną, a przy tym bliską śmierci. Odwróciłem głowę, by ukryć w moich oczach rozpacz i odrazę. W tym momencie — tak właśnie zdarza się w dzieciństwie — wpakowałem śnieżyczki do jednej kieszeni marynarki, a z drugiej wyciągnąłem brudną chustkę do nosa i zacząłem płakać. Staruszka czekała, aż niezgrabnie wepchałem chustkę z powrotem, cal po calu, do kieszeni.

— No! — powiedziała. — „Po wiosennej ulewie szczęśliwe sny” — i mówiła dalej głosem przerywanym nieco kpiącym i sztucznym, jakby chciała oszukać i mnie, i samą siebie. Nic tu, dziecko, po łzach:

 

Nie ma powodu

do łez i lamentów,

Bicia się w piersi

i nie ma słabości,

Pogardy, hańby,

wszystko najuczciwsze.

pociechę niesie

w tak szlachetnej...3

 

Znów urwała i dokończyła głosem o niemal metalicznej dźwięczności, a jednak drżącym od drwiny:

— „Pociechę niesie w tak szlachetnej śmierci”. — Widzisz — zwróciła się do mnie — przebaczyłam ci i oddaję cię — wskazała na portret — twojej ukochanej, naiwnej i bez skazy... kochasz ją?... Tak?... Jeśli nie możesz — nie odpowiadaj! Ale następnym razem, mój miły chłopcze4 — popatrzyła na mój szkocki strój: spódniczkę i torbę skórzaną — wybierz dla twego serca obiekt nieco solidniejszy od namalowanego i nie z tej ulepiony gliny... A teraz — sięgnęła do saszetki i wyjęła pęk kluczyków — może coś na pamiątkę?

Wstała i otworzyła mały chiński sekretarzyk stojący pod ścianą za jej plecami. Wyciągnęła i podała mi w otwartym puzderku owalną miniaturę w obramieniu z granatów. Wpatrywałem się w nią w zimnym świetle księżyca, nie zdając sobie sprawy z jej ceny ani kunsztu wykonania. Podobieństwo twarzy tego dziecka było oczywiste — twarzy, na której chyba sam Leonardo zatrzymałby swój wzrok.

— Oto — stuknęła spiczastym paznokciem w szkło miniatury — oto z tej wyrosła „tamta” — wskazała na portret. — A oto tu — z ironicznym skłonem ku mnie położyła dłoń na piersi — oto tu, we mnie, zeszły się na jakiś czas one obie...

W głębokiej czerni jej oczu pojawił się jakby tlący wewnątrz błysk, podczas gdy ona sama pozostała w martwym bezruchu jak wypalony popiół ogniska.

— Powiedz mi teraz — podjęła znowu — jeśli dziś, przed wdarciem się tutaj, dowiedziałbyś się z plotek służby, co stało się z twoją ukochaną, czy mimo to przyszedłbyś tego wieczoru?... Nie udawaj nierozgarniętego, chłopcze, odpowiadaj!

Patrzyłem na nią, wahając się jeszcze między wyborem prawdy czy tchórzostwa. Oczami wodziłem po jej uszminkowanej twarzy podobnie, jak patrzy zraniony gołąb. Wreszcie lekko potrząsnąłem głową:

— Nie — nie przyszedłbym, gdybym wiedział.

Gardło miałem tak wyschnięte, że ledwo wypowiedziałem te słowa, i jeszcze patrząc na obraz dodałem:

— Ale ona była przecież taka ki e d y ś?!

Zdawało się, że cisza, chłód, niesamowitość oświetlenia i nasze osamotnienie wzmogły się jeszcze. Cały dom zdawał się nadsłuchiwać.

— To niebywałe — zachichotała staruszka. — Ten chłopiec jest niepoprawny! Powinniśmy się byli spotkać wcześniej.

— „I był czas...” 5 — Masz, włóż tę błahostkę do kieszeni, zanim się rozmyślę, i ruszaj stąd. A następnym razem strzeż się zastawianych na siebie sideł.

Ironiczna twarz znów przybrała surowszy wyraz. Wyjąłem z kieszeni mój mały bukiecik śnieżyczek — była to pewnie idiotyczna podświadoma chęć przeproszenia czy jakiejś rekompensaty — i wręczyłem go staruszce. Wzięła bukiecik, powąchała łapczywie wciągając woń ziemi, spojrzała na mnie, odwróciła się, włożyła śnieżyczki do sekretarzyka i zamknęła na klucz. Zanim zdążyła dodać słowo, spełniłem jej rozkaz: wybiegłem z domu... wprost na nieskalane piękno śniegu i pełnię zimowego księżyca.

Quincunx

Kiedy na odgłos nieśmiałego dzwonka wyszedłem niezadowolony, by o tak późnej porze otworzyć drzwi wejściowe, sądziłem w pierwszej chwili, że człowiek stojący u stóp czterech ogrodowych schodków to mój stary i wielce ceniony przyjaciel Henry Beverley, który widocznie nieoczekiwanie wrócił do Anglii. W tym właśnie momencie światło księżyca było słabe i postać stojąca prawie całkowicie w cieniu rysowała się nieokreślonym kształtem w mroku. Jednak nawet gdyby gość, który czuł, że przyszedł nie w porę, nie był Henrym, nie wydawał się groźny. — Jakże się cieszę! — wykrzyknąłem z radością zmieszaną ze zdumieniem ... — i nagle urwałem, bo w tejże chwili wąska smuga księżycowego światła przeniknęła między wylotami kominów i oświetliła twarz gościa — o wiele mniej pożądanego, był nim brat Henry'ego, Walter.

O tym, że mieszkał blisko, i to w odległości niebezpiecznie bliskiej, wiedziałem dobrze, wiadomość tę jednak zachowywałem dla siebie. Malutki wóz Waltera stał opodal i nawet w świetle księżyca widać było, że potrzebował mycia! — a jego właściciel nie tylko wyprowadził mnie w pole, ale prawie błagał, żebym spędził z nim noc o dwie mile stąd, w domu, który, jak niespodzianie się dowiedziałem, odziedziczył po dopiero co zmarłej ekscentrycznej ciotce.

Światło księżyca rzadko podkreśla korzystnie rysy twarzy tak mizernej i wyczerpanej. ,,Czyżby brak snu? czy nie miał środków uspokajających?” — pomyślałem sobie. Jakakolwiek byłaby przyczyna, nie mogłem odmówić jego prośbie, był przecież bratem Henry'ego. Powoli wspiąłem się po schodkach z powrotem do pokoju, pożegnałem żałosnym spojrzeniem książkę, którą właśnie czytałem, zgasiłem lampę ze szklanym zielonym abażurem (w jej blasku twarz Waltera wyglądałaby jeszcze bledsza), włożyłem płaszcz, nacisnąłem kapelusz na głowę i wkrótce byliśmy w drodze. Wóz Waltera kołatał się dudniąc jak furgonetka z ładunkiem pustych blaszanych puszek. Przyznaję, że jestem trochę snobem, jeśli chodzi o samochody (chociaż wolę je wypożyczać), więc taka jazda w głuchą noc, gdy wszyscy śpią zasunąwszy story — z takim diabelnym hałasem — była dla mnie udręczeniem nie lada!

,,W taką noc ...” a do tego, gdy Walter zmieniał biegi..., niech Bóg ma w swojej opiece, zrujnowałby nawet najprymitywniejsza polową ciężarówkę.

— Ma się rozumieć — tłumaczył mi po raz drugi — najłatwiej byłoby całą sprawę uważać za przywidzenie, nic prostszego! Przyjąwszy jednak postawę niedowierzania, jak wytłumaczyć sobie, że taki stan rzeczy nie zmienia się mimo powtarzanych przekonujących eksperymentów? Nie myśl, że boję się jakichś ,,duchów”, gwiżdżę na to — szukam wyjścia, jestem cholernie zmęczony i wciąż przegrywam.

,,Przegrywasz, pomyślałem sobie, nie bez pewnej satysfakcji, ale z kim i z czym?” Po czym zwróciłem się do Beverleya:

— Przegrywasz? — krzyknąłem głusząc dudnienie wozu. — Właśnie braliśmy zakręt.
— Zrozum! moja ciotka, mimo że miała wszelkie do tego powody (o których nie wątpię), nie mogła mnie całkowicie wyłączyć ze spadku. Zaiste nie znajdowała wiele upodobania w całej mojej rodzinie, nawet w cnotliwym Henrym! Osobiście jestem przekonany, że cały czas kochała się w moim ojcu. A ja, Bogu dzięki, nie wdałem się w niego! Są pewne granice w tolerowaniu głupoty i niepraktyczności oraz...

Szarpnął ręczny hamulec, nie zauważywszy wcześniej,tuż przed nami, skrzyżowania dróg pod stojącą tam latarnią.

— Nie zamierzała nigdy zapisać mi nawet miedzianej grzałki do łóżka ani nogi od krzesła. Ironia nie była też jej mocną stroną, inaczej zostawiłaby mi swoją dychawiczną fisharmonię. Zawsze pociągała mnie Armia Zbawienia! Jednak „los” zabrał ją zbyt szybko i dom przypadł mnie! Rozumiesz! Mnie, którego najmniej lubiła! Najpierw ze zwykłej ciekawości postanowiłem tam zamieszkać. Ale są różne sposoby „mieszkania”, mam też diabelnie mało pieniędzy.
— Musiała jednak... — zacząłem.
— Oczywiście, że musiała — przerwał mi — musiała mieć pieniądze! Nawet taka stara, niepotrzebna, wstrętna daleka powinowata ciotka nie żyła z powietrza! I powszechnie było wiadomo, że je miała. Sądzę, że nie dowierzała prawnikom — przecież mój kuzyn Artur i inni... Ale — znów dodał gazu — na zdrowy rozsądek i wyczucie jestem pewien, że akcje, udziały, dokumenty i inne tego rodzaju szpargały, może nawet prywatne papiery wartościowe, są ukryte gdzieś w tym starym domu. Żyła tam Bóg wie jak długo, a ja próbuję teraz tam egzystować.

Zerknął na mnie z wyrazem tropionego zwierzęcia.

— Krótko mówiąc, poszukuję skarbów! I napotykam przeszkody. Oto jak wygląda sytuacja w całej nagiej prawdzie, nieco wstydliwej dla mnie. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że ona o tym wie!
— Co wie?
— Wie, że poszukuję łupu — odpowiedział — i to właśnie nie daje jej spokoju w grobie. Poczekaj! Zobaczysz jej twarz, mój kochany, wtedy możesz sobie kpić ze mnie! Była zawsze tajemniczym, starym kotem i nienawidziła dwunożnych stworzeń. Nie ruszyła się przez prawie dwadzieścia lat ze swego stęchłego odludzia. A teraz jest w pełni świadoma zamiarów swego starego wroga, podczas gdy jej Arturek ledwo zipie! Wie o każdym moim posunięciu! To jest po prostu otwarta walka, mimo że rozdzieliła nas śmierć. I powiadam ci, ona zwycięża!
— Ale mój drogi Beverley — zacząłem.
— Mój drogi, bzdury? co! — wykrzyknął ściskając mi rękę. — Jestem przy zdrowych zmysłach jak i ty, tylko nieco rozdrażniony, rozgoryczony i rozżalony. Do tego nie wyciągnąłem cię w nocy mając tylko tak mgliste dowody. Dostarczę ci niezbitych dowodów, a ty może jednak coś z tego wywnioskujesz!

Zatrzymaliśmy się wreszcie przed jego starą odziedziczoną siedzibą. Brzydki, niezgrabny dom wychodził wprost na chodnik. Jedna lampa słabo oświetlała mury i nieliczne okna ładnie zharmonizowane. Robił wrażenie bardziej zacisznego niż pogrążone w ciemności domy, schowany w nocnym mroku, zasłonięty dwoma laurowymi drzewami. Weszliśmy. Beverley prowadził mnie długim korytarzem trzymając zapaloną świecę.

— Pokój od frontu to jadalnia — objaśnił wskazując kierunek. — Nic tam nie ma ciekawego, tylko nagromadzony przez pięćdziesiąt lat zapach saszetek z lawendą zmieszany z wonią anyżkowych ciastek i sherry. Ale nawet kiedy tam siedzisz przeżuwając plebejski chleb z serem, nawet wtedy nie opuszcza cię świadomość czegoś... ale dopiero w tym pokoju kryje się sedno tajemnicy.

Stanęliśmy w progu; przy świetle świecy oglądaliśmy zaciszny salonik, nisko sklepiony, staromodny, ale dziwnie atrakcyjny. Całe wnętrze, począwszy od przyniszczonego gzymsu aż po mały stary podnóżek przy fotelu wyszywany paciorkami w kolorze papuziej zieleni, było zbiorem pamiątek po jednej osobie, samotnej i dziwacznej. Panowała tu cisza i atmosfera odcięcia od świata przypominająca ślimaka zamkniętego w skorupie.

— Co za fascynująca staruszka! — zawołałem.
— Tak — odpowiedział cicho — oto ona!

Odwróciłem się nieco zmieszany i ujrzałem owalny malowany portret panny Lemieux. Drobna, szczupła, w czarnych mitenkach, o prostym nosie i głowie ozdobionej lokami. Wpatrywała się we mnie z taką przenikliwością, tajemniczo i uporczywie, że w tym momencie poczułem sympatię dla obu zmagających się z sobą stron.

— Otóż problem przedstawia się następująco — rzekł mój towarzysz patrząc ponuro na obraz, a potem odwracając się do niego plecami. — W ostatnim tygodniu przeszukiwałem dom od strychu do piwnicy i mam zamiar powtórzyć ten zabieg. Dokumenty, dublony i diamenty muszą tu gdzieś być i — jak w innym kontekście powiada R.L. Stevenson — jeśli ,,ona” chce je „ukryć”, to ja „szukam”. W niedzielę zaszedłem do tego pokoju, by sprawę przemyśleć. Siadłem na tym małym krześle pod oknem patrząc bez celu przed siebie — i nagle w trudny do opisania sposób poczułem, że ktoś pilnie patrzy na mnie — wskazał tyłem głowy na obraz wiszący za jego plecami. Przez jakieś dobre dziesięć minut siedzieliśmy tak ja i Ona. Znudziło mi się to wreszcie, odwróciłem więc obraz „sfinksa — ciotki” twarzą do ściany i wyszedłem. Wkrótce po dziewiątej wróciłem. W domu panowała zupełna cisza. Zjadłem kolację, znów przemyślałem całą sprawę i podczas rozmyślań zasnąłem. Obudziłem się drżąc z zimna.

Od razu wstałem, zamknąłem drzwi od jadalnego — miałem przed sobą drzwi od tego pokoju. Wychodząc po schodkach na górę, jeszcze z ręką na poręczy, spostrzegłem po cieniu, jaki rzucały, że te drzwi, które zamknąłem, były na oścież otwarte, a byłem pewien, że je zamknąłem! Wróciłem, by sprawdzić, i wtedy zobaczyłem „ją” — znów wskazał na obraz — zostawiłem obraz odwrócony niechlubnie do ściany, i „ona” widocznie sama odwróciła się znowu! Myślałem, że się pomyliłem, więc zdjąłem obraz starej damy z prastarego gwoździa i tę osobliwie przejmującą fizjonomię odwróciłem twarzą do tej oto poduszki.

 

Nie śmiej, szalone serce, kochać bardziej gorąco!

Leż tutaj, o ukochana, leż tutaj głęboko!

 

— potem sprawdziłem zasuwki u okien, żaluzje, drzwi i poszedłem spać.

 

 

Przerwał i kątem okna spojrzał na mnie.

— Wiem, to wszystko wydaje się absurdalne! — powiedział — ale następnego dnia rano co najmniej pół godziny zwlekałem, żeby tu nie wchodzić, w końcu musiałem; fotel, na którym położyłem obraz, był pusty, a obraz wisiał na swoim miejscu!
— Czy nie masz jakiejś sprzątaczki? — odważyłem się powiedzieć.
— Przychodzi tylko we wtorki, piątki i na weekendy — odrzekł.
— Jesteś pewien?

Spojrzał na mnie błędnym wzrokiem, zmęczony, i odpowiedział:

— Tak! wczoraj powtórzyłem ten eksperyment po raz piąty!
— A teraz chcesz, żebym ja?...
— Żebyś tu pozostał przez noc i starał się nie zasnąć, ja już nie jestem w stanie czuwać. Oto wszystko. Snucie różnych teorii ma swoje uroki i jest rzeczą łatwą. Noce są krótkie. Wydaje się, że ty jesteś pozbawiony nerwów, a nawet śladu po nich. Wyjaśnij, kto płata tego niepojętego figla! Wprawdzie wiem, że w jakiś sposób Ona za to odpowiada i Ona to sprawia — ale jak?

Przez dłuższą chwilę patrzyliśmy na siebie: ze zmęczonej, wybladłej twarzy patrzyły na mnie jego niebieskie, zimne oczy. Spojrzałem znów na obraz, w oczy tej kobiety: małe, czarne jak atrament, nieustraszone.

Odwrócił się ode mnie z lekkim wzruszeniem ramion i powiedział chłodno:

— Oczywiście, jeśli sobie nie życzysz...
— Idź spać, Beverley — odpowiedziałem. — Będę czuwał do rana... Twierdzisz, że w tym domu jesteśmy tylko my dwaj?
— Fizycznie biorąc na pewno jesteśmy sami. Poza tą oto wiedźmą nie ma żywej duszy.
— Nie ma rywalizujących spadkobierców? Kogoś, kto by żywił jakieś pretensje?
— Nie, nikogo. Oczywiście, Ona była tylko moją ciotką! — Chwilę staliśmy w milczeniu.
— A więc dobranoc! Szczerze mówiąc jestem raczej sceptycznie nastawiony do tego zabiegu.

Podniósł brwi, uśmiechnął się blado, na pół z ulgą, na pół z drwiną. Zdjął portret ze ściany, przeniósł go przez pokój i oparł o fotel stojący w rogu po drugiej stronie, odwrócił twarzą do poduszki fotela. — No! jesteś teraz w szachu, wiedźmo! — wymamrotał. Potem zwrócił się do mnie:

— Bardzo to miło z twojej strony! Od razu mi ulżyło, i to ogromnie. Miałem już tego dosyć. Dobranoc! — Wyszedł szybko zostawiając drzwi otwarte. Słyszałem, jak idzie na górę, a potem jak zatrzasnęły się drzwi na piętrze.

Dopiero teraz zobaczyłem, jak mało mam świec na czuwanie w ciemności, jednak było już za późno, by się dopominać o więcej. Oczywiście nie byłem tym faktem nadmiernie zaniepokojony. Powodowała mną ciekawość, która, wiedziałem, że jeśli nie będę się miał na baczności, łatwo może obrócić się w zgoła inny nastrój ... Usiadłem — analizowałem zachowanie Beverleya: jego nerwowość, urazy, zjadliwą nienawiść ... właściwie do czego czy do kogo? ... do szeregu rzeczy. Ale poza tymi rozważaniami oczyma wyobraźni wciąż wpatrywałem się w małe źrenice drobnej staruszki z portretu! Damy, która już od miesięcy spoczywała w grobie!

Wolno mijały godziny. Przesiadłem się z fotela na fotel, oglądając po kolei książki pięknie wydane, ze złoconymi brzegami, wyblakłe fotografie w albumach, stare ilustrowane czasopisma. Podziwiałem jakieś kunsztowne hafty i małe urocze akwarele. Pierwsza świeca dopalała się, zaświeciłem drugą. Już wtedy byłem śpiący, zziębnięty, znużony i przygnębiony, gdy naraz w głuchej ciszy usłyszałem szelest jedwabiu. Usiadłem na starej wykładanej żółtym adamaszkiem kanapce z oparciem, osłoniłem świecę trzymaną w ręku. Ciche kroki suwające po ziemi zbliżały się ... Utkwiłem oczy w drzwiach. Były otwarte, zaczęła się przez nie sączyć jakaś bladawa poświata i łączyć z blaskiem mojej świecy, nikłe cienie tańczyły na niskim suficie. Ukradkiem, tajemniczo drzwi rozwarły się nieco szerzej, stanęła w nich postać o niewiarygodnym wyglądzie... i zatrzymała się na progu.

Przez chwilę wahałem się, serce waliło mi w piersiach i wtedy poznałem go pod fantastycznym przebraniem; ów intruz okazał się Beverleyem we własnej osobie! Był w piżamie, boso, ale na ramiona zarzucił ogromny stary kaszmirowy szal, który mógłby z powodzeniem być eksponatem na wystawie księcia Alberta w Crystal Pałace! Głowę miał spowitą śmiesznym, absurdalnym przybraniem nocnym: osiemnastowiecznym czepcem. Jedna ręka była wysunięta przed siebie, a w drugiej niósł lichtarz z zapaloną świecą trzymaną kilka cali od głowy, tak że mogłem obserwować z nadzwyczajną dokładnością każdy rys jego twarzy pod obfitymi fałdami czepca,Tak, był to sam Beverley, widziałem teraz u niego podobieństwo do jego brata Henry'ego — przedtem tego nie dostrzegałem. Oczy miał jakby ze szkła — szeroko otwarte. Ale spoza maski jego własnej twarzy — jakby poprzez nią — przezierał wyraz kogoś innego: nieomylnie rozpoznawałem wyraz przenikliwego, skupionego, zasuszonego oblicza wrogiej kobiety, starej szczupłej panny Lemieux! Niewątpliwie Beverley pogrążony był w głębokim śnie. W transie płonącą świecę trzymał tak blisko twarzy, że bałem się, aby się sam nie zapalił. Powoli przeszedł koło mnie dziwnym podrygującym, a zarazem sztywnym krokiem, który przypominał chód staruszki. Mruczał też coś pod nosem tonem skargi, ale głos był nie jego, jakby z oddali. Z westchnieniem pochylił się, podniósł obraz, przeszedł pokój, przysunął papuziozielony stołeczek, wdrapał się na niego i szukał gwoździa na ścianie sześć cali nad swoją głową. W końcu znalazł i zawiesił obraz; znowu westchnął, odwrócił się, jakby nad czymś medytując, pomruki nabrały wyższych tonów, jakby kłótliwych. Raz jeszcze przeszedł koło mnie nie zwracając na mnie uwagi, chwilę patrzył przez odsuniętą nieco firankę na ogród w poświacie gwiazd. Czy miał jakąkolwiek świadomość mojej obecności — tego nie wiem. Oczy bez wyrazu, jak puste okna, skierował wprost na mnie, wodził nimi po żółtej kanapce, jego głos przeszedł w szept, zdawało mi się, że przyspieszył kroku. Wyszedł, zamknął za sobą drzwi, i mogę przysiąc, że w tym momencie płomień mojej świecy za—chybotał uroczyście, a jego świeca zgasła.

Zwinąłem się w kłębek, jak mogłem na kanapce, naciągnąłem koc i zasnąłem. Gdy się obudziłem, świeca dopalała się w mroku, na dworze świtało — ostatnie blaski tlącego płomienia oświetlały małą energiczną twarz patrzącą z portretu na ścianie. Jej spojrzenie, nie zmącone i uporczywe o tej godzinie wiosennego poranku, nie wykazywało żadnej oznaki zmęczenia i budziło większą grozę niż przedtem. Jakiś czas siedziałem niezdecydowany, co mam dalej czynić, nie wiedząc nawet, co mam o tym wszystkim myśleć! Nagle zdecydowałem się jakby pod wpływem natchnienia: wstałem, zdjąłem trofeum ze ściany i delikatnie podważywszy scyzorykiem, wyjąłem portret ze złoconych ram. Przyszło mi na myśl, że z pewnością podjęcie tak drastycznych pośmiertnych poczynań nie mogło się wziąć jedynie z kaprysu czy urazy! Może to, co przyciągało Beverleya, co wabiło go podświadomie we śnie, było tylko presją tej samej myśli o portrecie, która mgliście jawiła się w momentach jego świadomości za dnia... może?...

Uniosłem zakurzoną deskę i niczego pod nią nie dostrzegłem. Wtedy wyjąłem ją całą z ramy. Dopiero teraz odkryłem skrawek pożółkłego papieru, lekko naklejony na odwrotnej stronie portretu, z nagryzmolonymi pięciu krzyżykami w formie quincunxu. W jednym jego rogu widniała duża litera „P” łacińskiego alfabetu, a pod środkowym krzyżykiem narysowany był mały kwadracik. Oto miałem przed oczami właściwą odpowiedź! Jakże naturalne dla starszego wieku było to niedowierzanie własnej pamięcinawet w sprawach tak wielkiej wagi! Czy tylko niedowierzanie?...

Kogo miał prowadzić ten dziwny znak quincunxu! Dla czyjej orientacji? Na pewno nie dla Waltera Beverleya! Z miejsca, w którym stałem, widziałem dobrze, między odsuniętymi firankami, kwitnący sad za domem. O bladym świcie widać było obsypujące się już nietrwałe kwiecie. A więc tam leżał ukryty „skarb” sędziwej damy. Musielibyśmy tylko dobrze rzecz przemyśleć, zastosować pewną ostrożność, wykazać zręczność w działaniu: i Beverley zwycięży.

Wtedy to nagle pod wpływem impulsu poczułem jakiś przemożny wstręt do mieszania się w tę całą sprawę. Z pewnością, jeśli istnieje taka rzecz jak profanacja, to właśnie ten czyn był profanacją. Rzuciłem okiem na starą, skupioną twarz spoglądającą na mnie z portretu; twarz tej, która, zdawało się, tak łatwo zdradziła swą najgłębszą tajemnicę. Teraz w jakiś niepojęty dla mnie sposób rysowało się na jej obliczu coś innego niż skoncentrowana złośliwość — widziałem w jej oczach odcień obawy i jakby błagalny wyraz serca zbyt dumnego, by pozwoliło sobie uwidocznić się przez umyślnie zamaskowane spojrzenie małych, czarnych, nieustraszonych oczu.

Postanowiłem nie mówić nic Beverleyowi, ale śledzić dalej, co się będzie działo. Także, jeśliby mi się udało, spróbować samemu wykopać skarb i zbadać, co on zawiera, zanim wydam go w ręce chciwego, nieczułego spadkobiercy. A więc portret znowu zawisł na zardzewiałym gwoździu na ścianie.

Beverley spodziewał się mego sceptycyzmu, ale sądzę, nie uwierzył mi, że czuwałem bez przerwy przez całą noc.

— Pewien jestem — powtarzał mi — że fakty, o których ci opowiadałem, miały miejsce raz po raz przez te dni, to jest zupełnie pewne! Niepowodzenie tej jednej nocy nie może przekreślić mojego niezaprzeczonego eksperymentu — nie przekreśli go nawet milion zaprzeczeń. Winę należy przypisać tobie, twemu upartemu, fanatycznemu zdrowemu rozsądkowi!

Chętnie przyjąłem jego werdykt i ofiarowałem się czuwać podczas następnej nocy. Zdawało się, że jest zadowolony. Mimo to, obserwując jego nieustanny niepokój i błąkający się na twarzy wyraz dziwnego podejrzliwego przerażenia, czułem, że nawiedzający go nocny gość dręczył go więcej niż przedtem i napełniał grozą.

Stary dom, okazało się, posiadał wiele uroku. Był jakby uosobieniem zacisza i swojskości. Można było sobie wyobrazić, jak bardzo zew śmierci był niepożądanym elementem w tak przytulnym zakątku. Włóczyłem się po ogrodzie przeszukując go, przystając tu i tam, w końcu bez wielkich wysiłków znalazłem mój quincunx. W sadzie pełno było drzew owocowych: jabłoni, śliw i wiśni, ale nad wszystkimi tymi drzewami górowało pięć grusz z przekwitającym już, choć jeszcze nie obsypanym kwieciem — dla kogoś posiadającego klucz zagadki oczywiście ich układ od razu bezbłędnie rzucał się w oczy. Ale bez tego klucza mój przyjaciel wdał się w beznadziejną walkę przy pomocy jednej łopaty, bez żadnych wskazówek, w tak ogromnym sadzie, i do tego bronionym przez taką ciotkę!

Zachód przyciemniał już niebo. Zasiedliśmy z gospodarzem przy butelce wina. Mimo że usiłował dotrzymywać mi towarzystwa, wiedziałem o jego równoczesnej chęci pozostania w samotności. Dwa razy zrywał się, jakby powodowany nagłym kaprysem, by już odejść, i dwa razy powracał na miejsce w głębszej jeszcze rozterce.

Jednak wkrótce po północy odszedł i rozpocząłem jeszcze raz moje czuwanie. Tym razem ubiegłem Beverleya, wyręczając go w trudzie wędrówki: sam powiesiłem portret na miejscu. Chwilę poczekałem, po czym — a był to jeszcze bardzo wczesny ranek — wyszedłem do sadu stojącego we mgle, by znaleźć łopatę. Wszakże głupio zapomniałem, z której strony środkowego drzewa panna Lemieux umieściła ów decydujący kwadracik. Musiałem więc wrócić i zabrałem cenny wiotki skrawek ze sobą. Zachodzący księżyc w ostatniej kwadrze rzucał światło na ogród spowity białą jak mleko mgłą i drzewa stojące niczym zwidy na mokrej od rosy trawie.

Przypiąłem papier do środkowej gruszy, wymierzyłem na oko mniej więcej na dwie stopy od drzewa wąski prostokąt i wbiłem zardzewiałą łopatę w ziemię.

W tym momencie usłyszałem jakiś nikły hałas, jakby z tyłu za sobą.

Odwróciłem się — i raz jeszcze jak poprzedniej nocy stanąłem oko w oko z dziwnie przystrojoną patetyczną postacią. Unosząc w górę świecę w jednej ręce, drugą próbował nieudolnie otworzyć klamkę okna. Okno otwarło się wreszcie i Beverley wyszedł jakby rozglądając się po ogrodzie. Wydawało mi się nawet, że usłyszałem jakiś przenikliwy ostry głos. Wtedy Beverley bez wahania skierował się w moją stronę, idąc po omacku po wysypanej żwirem, a teraz mokrej od rosy ścieżce, tym samym co poprzedniej nocy dziwacznym, człapiącym krokiem. Zatrzymał się więcej niż dwa kroki przede mną, stał spokojnie i patrzył. Nie było żadnego podmuchu wiatru, w półmroku świtu świeca, którą trzymał, paliła się we mgle równym smukłym płomieniem, rzucając nikłe blade światło na bezkwietne gałązki, na których dopiero miały rozwinąć się liście, na krople rosy oraz na twarz Beverleya, dziwną, zastygłą, jakby nie z tego świata.