Przysionek - Tomasz Kowalski - ebook
Opis

Świat się zmienił. Zmieniły się również problemy ludzi na nim żyjących. Zmienił się też nasz język. Stał się mniej wyrafinowany, trochę bardziej brutalny, a co najważniejsze, nie ma już takich profesorów. Tomasz Kowalski nie kryje, że swoją najnowszą książką chciał oddać cześć Jerzemu Szaniawskiemu i jego Opowiadaniom Profesora Tutki.

Zbiór opowieści zawartych w dziele pod tytułem Przysionek – dom dla pozornie umarłych porusza różne tematy. Snute przez bohaterów historie mówią o ludzkich lękach, niesprawiedliwości, przemijaniu, bolesnych wspomnieniach, niezrozumieniu, buncie, miłości i pożądaniu, ale również o uszkodzonych słuchawkach i kąpieli w Bałtyku. Narratorami są czterej mocno dojrzali mężczyźni. Przyjaciele spotykają się co wtorek w knajpce, by przy kawie, piwie i papierosie pogadać o życiu. Każde opowiadanie jest wypadkową konkretnej sytuacji, zdarzenia czy rozmowy. Okazuje się przy tym, że pozornie zwykli faceci mogą być nie tylko wnikliwymi obserwatorami rzeczywistości, ale też wrażliwymi i sentymentalnymi ludźmi, poetami dojrzałego już życia. I to chyba w tym wszystkim jest najdziwniejsze, najbardziej nieprawdopodobne. A może nie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 252

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


DO MŁODYCH

Kochajcie się.

Kochajcie ludzi nie za to, jacy są, ale za to, jakimi wam się wydają.

Nie szukajcie ideału, tylko twórzcie go. Bądźcie artystami własnego życia i świata, w którym żyjecie. Nie skazujcie się na rzeczywistość wam daną, ale kreujcie ją, zniekształcajcie, nie bojąc się przy tym dziwności – tego naturalnego wroga pospolitości. Nie gońcie za marzeniami w szaleńczym biegu, tylko zwyczajnie oddajcie się marzeniom. A przede wszystkim nie marnujcie życia na realizację celów wyznaczanych wam przez sąsiadów z drugiego piętra.

Mniej mówcie, a więcej słuchajcie. Słuchajcie tych mądrzejszych od siebie, których jest wokół was tylu, na ile wasze ego pozwoli im zaistnieć. Te darmowe, dwunożne audiobooki to największy skarb świata i zupełnie za darmo.

Żyjcie ciągłym nienasyceniem uczuć. Szukajcie własnych definicji przyjemności i pragnień, bądźcie próżni i nieobyczajni. Kres niech wyznacza śmierć, a nie wizja ławeczki w parku i poczucie życiowego spełnienia.

Niech wasz cień stoi zawsze na głowie, na przekór wszystkim tym, których palce bolą od pukania się w czoło. A kiedy okazja bycia szczęśliwym przechodzić będzie wam koło nosa, klepnijcie ją w tyłek, prosząc o dolewkę.

Cieszcie się swoją młodością i korzystajcie z niej z pełną intensywnością. Nie zdajecie sobie bowiem sprawy z tego, jak szybko nadejdzie czas, kiedy podczas waszych wspólnych rozmów coraz częściej zacznie pojawiać się pytanie: „a pamiętacie?”.

Autor

Knajpa mieściła przy ulicy Mariackiej. Nazywała się z niemiecka „Einfahrt”, czyli po prostu brama. To dobra nazwa w takim miejscu, znaczy tu, na Śląsku. Autochtoni zawsze darzyli podobne szyldy zaufaniem, biorącym swoje źródło w sentymencie do dawnych czasów i mitycznego wprost pojmowania odrębności. Natomiast dla turysty spoza Śląska słowo „Einfahrt” było wystarczająco egzotyczne, odrębne od mazowieckich pól i płaczących wierzb, by wejść, usiąść, napić się pszenicznego piwa i zjeść krupnioka z panczkrautem, a wszystko to w cieniu Wilhelma II Hohenzollerna, groźnie spoglądającego na gości z portretu wiszącego na ścianie.

No właśnie. Wystrój knajpy był mało oryginalny, typowy dla miejsc, które chciały za wszelką cenę wykazać, że słowo „Einfahrt” umieszczone na szyldzie nad wejściem nie jest dziełem przypadku, a samo miejsce pamięta jeszcze czasy Kajzera. Na ścianach obrazy Erwina Sówki mieszały się z czarno-białymi zdjęciami upadłych kopalń i pruskich żołnierzy w pikielhaubach, a na parapetach, starych byfyjach i barze porozkładane były przedmioty zakupione na bytomskim pchlim targu. Generalnie rzecz ujmując, wystrój sali został zaprojektowany zgodnie z zasadą „co kto miał, to przyniósł”. I chyba dobrze, bo o miejscach takich jak knajpy, kawiarnie czy bary nie świadczy jedynie wystrój czy cena piwa, ale ten nieuchwytny element unoszący się w powietrzu, który powoduje, że chce nam się tam przychodzić i nie chce się nam stamtąd wychodzić. Ale jak to zrobić? Tego praktycznie nie wie nikt. Niejeden już właściciel restauracji czy kawiarni przekonał się na własnej skórze, jak niewiele zależy od jego wizji, pomysłu i projektu, czy interes będzie się kręcił i czy klientela będzie zadowolona. Latem „Einfahrt” miał też swój ogródek, gdzie wystawiano stoliki i parasole znanej marki piwnej. Główną zaletą ogródków jest przede wszystkim możliwość palenia papierosów, no i podziwiania młodych dziewczyn przechadzających się ulicą. Minusem natomiast jest ciągłe użeranie się z lokalnymi menelami, którzy zaczepiają gości, prosząc o parę groszy, celem zatarcia nieprzyjemnego wrażenia po wcześniejszym chlaniu.

Przy jednym ze stolików każdego wtorku zasiadało czterech mężczyzn. Byli to: Artur, Grzegorz, Rafał i Dawid. Faceci tuż przed pięćdziesiątką, którzy zamiast grać w squasha czy jeździć łowić halibuty w Norwegii, upodobali sobie cotygodniowe spotkania przy piwie, kawie i papierosach. Dlaczego zawsze we wtorki? Trudno powiedzieć. Chyba tylko dlatego, że wtorek jest najbardziej nijakim dniem tygodnia. Bo przecież poniedziałek to znienawidzony początek pracy. Środa stanowi pewien przełom, przesilenie, zapowiedź zbliżającego się weekendu. Czwartek to nadzieja przechodząca w pewność. Piątek to pierwszy dzień wolności, wyzwolenia, którego atmosfera udziela się wszystkim już w pracy. Soboty i niedzieli reklamować nie trzeba. A wtorek, cóż? Wtorek musimy ratować na własny rachunek, i to najlepiej ten przynoszony nam przez kelnera.

Mężczyźni, zdecydowanie dobrze wykształceni, reprezentowali różne zawody, różne poziomy spełnienia i różne charaktery. Natomiast łączyła ich przyjaźń. I to przyjaźń od lat młodzieńczych, a w niektórych przypadkach nawet tych mocno szczenięcych. Dzieciństwo, szkoła średnia lub studia, stanowiły genezę ich znajomości. Wspólnym mianownikiem zaś, pozwalającym im na cotygodniowe dyskusje w ulubionej knajpie, było: podobne pojmowanie świata, silny zmysł obserwacji, wrażliwość, dystans do własnych osiągnięć i klęsk, wspólne wspomnienia i najzwyklejsze, męskie wypalenie. Ale po kolei.

Grzegorz. Typ neurotyka, wiecznie wkurzony, przeklinający system i spiski, wszystkimi, znanymi w języku polskim, odmianami słowa „kurwa”. Z wykształcenia polonista. Żył z tego, że udzielał korepetycji całej rzeszy nieuków, których o dziwo, z roku na rok przybywało, jak przy zarazie. Na całe szczęście jego żona była szefową w jakiejś międzynarodowej firmie, więc to, co zarobił, tłumacząc zawiłości IV części Dziadów, miał praktycznie dla siebie. W młodości jeździł do Jarocina i gonił się z milicją po ulicach Katowic. Buntownicza natura, choć trochę już wyliniała, przejawiała się teraz głównie w sposobie ubierania i wprost alergicznym reagowaniu na uwagi ze strony straży miejskiej. Bez względu na pogodę chodził w czarnym, wydzierganym na drutach swetrze, wytartych dżinsach i welurkach. Przy stoliku siedział zazwyczaj z nogą założoną na nogę, zgarbiony, z ręką wspartą łokciem o kolano i z papierosem, który trząsł się na skutek, dręczącego Grzegorza, zespołu niespokojnych nóg. Wyglądał trochę jak niebezpieczny wariat czekający na przesłuchanie. Trudno było powiedzieć, czy była to naturalna jego poza, wynikająca z wewnętrznego ognia palącego mu trzewia umysłu, czy tylko próba zatrzymania czasu.

Natomiast Artur był doradcą finansowym w pewnym banku. Na spotkania z kolegami przychodził w garniturze, tej swojej drugiej, urzędniczej skórze. Niektórzy z jego przyjaciół podejrzewali, że Artur urodził się już w garniaku, że w nim śpi, kocha się i bierze prysznic. Zastanawiali się nawet, czy po jego zdjęciu kolega Artur po prostu nie znika. Wiedział dobrze, że zawód, który wykonuje, niczym nowotwór zżera jego indywidualne rysy charakteru, tworząc ludzką kukłę, która zamiast twarzy ma szare, kartonowe kółko z wyciętymi otworami na oczy i usta, niczym postacie z teledysków Pink Floyd. Dlatego walcząc resztkami sił o własne człowieczeństwo, często do garnituru wkładał chińskie trampki, a na głowę jakąś uzbecką czapkę, kolorowy toczek, jak czynią to czasami znani jazzmani, których uwielbiał słuchać. Pielęgnował w ten sposób małego, rozczochranego człowieczka, który mieszkał w jego głowie i który kazał mu, od czasu do czasu, a to zatańczyć na stole, a to rozkleić się przy okazji kolejnych urodzin.

Dawid był prezesem dużej spółki komunalnej. Jego duszę drążyło niezwykłe rozdwojenie, ciągły konflikt pomiędzy człowiekiem, który osiągnął życiowy sukces, obracającym się wśród prominentnych polityków i ludzi ze świata biznesu, a niespełnionym artystą, kontestatorem establishmentu, szukającym swojego miejsca wśród nieistniejącej bohemy miasta. Talent do zarządzania firmami, połączony z kompletnym brakiem jakiegokolwiek talentu artystycznego, powodował u niego częste stany przygnębienia, frustracji oraz poczucie wciąż traconego czasu. Nie przeszkadzało mu to oczywiście korzystać z profitów, jakie niosło ze sobą życie wiecznego prezesa. Lubił wygodę wynikającą z parokrotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. Tylko nocą, tuż przed snem, w myślach huśtał się na wielkiej kosmicznej huśtawce i pieszcząc bosymi stopami nieboskłon pełen gwiazd, marzył o zaczarowanej dorożce, która zabierze go gdzieś w jasną cholerę.

I na koniec Rafał. Miał własną firmę, jakąś remontową, czy coś w tym rodzaju. Jako jedyny z całej czwórki nie pochodził ze Śląska. Przyjechał tu z Poznania w pogoni za pierwszą żoną. Od zawsze obdarzony był smykałką do robienia pieniędzy. Czegokolwiek się tknął, zamieniał w złoto. Oczywiście życie, jak tylko mogło, starało się naprawić skutki swojej nadmiernej szczodrości wobec Rafała, niszcząc mu skutecznie dwa małżeństwa i dokładając do tego ograniczenie kontaktu z córką oraz spore alimenty. Zresztą los nie musiał się specjalnie wysilać w konsekwentnym rujnowaniu mu prywatnego życia, ponieważ Rafał ulokował swoje uczucia już dawno temu i był im wierny niczym Penelopa. Jego licealna miłość, która zostawiła go na drugim roku studiów, zamieszkała w jego sercu na zawsze, a dwie żony, choć powierzchownie przypominały mu Sonię, Sonią jednak nie były. Uczestniczył we wszystkich zjazdach absolwentów, podczas których najczęściej schlewał się do nieprzytomności, kiedy okazywało się, że wehikuł czasu po prostu nie działa. Mimo że nosił najdroższe marynarki, jakie można było kupić tylko we Włoszech, to pod każdą z nich wkładał zawsze czarny podkoszulek z nadrukiem „Dire Straits”, nazwą ulubionego zespołu jego dawnej dziewczyny.

To chyba tyle. Właściwie nie miało większego sensu opisywanie wam bohaterów rozmów toczonych w każdy wtorek w lokalu pod nazwą „Einfahrt”. Najważniejsze są same historie opowiadane przez tych nietuzinkowych gości. Facetów, którzy nie wstydzili się mówić swoim kumplom o wzruszeniach, spostrzeżeniach, snach i namiętnościach. A to, przyznacie sami, pomiędzy mężczyznami właściwie się nie zdarza.

1

– Co tam masz? – zapytał Rafał. Artur rozłożył na stole kolorowe ulotki.

– Zastanawiam się – zaczął wyjaśniać – komu przekazać jeden procent podatku.

– Najlepiej mi – zarechotał Grzegorz.

– Patrzcie, jakieś dzieci, chore. A tu pieski, w schronisku. O tu na przykład, dom dziecka.

I wszyscy zaczęli przeglądać stos ulotek przyniesionych przez kolegę. Dawid w pewnym momencie odwrócił w stronę przyjaciół trzymaną w dłoniach kartkę. Widniał na niej kolorowy napis z prośbą o pomoc i zdjęcie ślicznej, jasnowłosej dziewczynki w wieku ośmiu lat. Stała w teatralnej pozie na palcach przy parapecie, wpatrując się tęsknie w okno, jakby na kogoś czekała. Po ładniutkiej buzi, przybrudzonej sadzą, spływała łza. Andersenowski klimat zdjęcia mocno poruszył mężczyzn.

– Serce się kraje – odrzekł na to Artur. – Jak moja księżniczka. To nie miejsce dla takiego aniołka.

– Świat jest do dupy – mruknął Grzegorz. – To niesprawiedliwe, żeby taki mały, śliczny dzieciak musiał cierpieć.

– Coś wam opowiem, panowie. – Rafał wychylił spory haust piwa, po czym zaczął mówić:

Sprawiedliwość

Jaka ona jest piękna. Nie mogliśmy oderwać oczu od młodej dziewczyny stojącej przy witrynie ekskluzywnego sklepu z damską bielizną. Towarzyszyli jej rodzice i dużo młodszy brat, który podskakiwał niczym terier na smyczy, próbując spojrzeć w biust seksownego manekina. Dziewczyna miała jakieś siedemnaście lat. Piękne, długie włosy w kolorze owocu kasztanowca spływały jej na ramiona, muskając nieskazitelnie gładką i smukłą szyję. Ciemna karnacja, szlachetne, nieco egzotyczne rysy i butelkowa zieleń wielkich oczu nadawały jej urodzie wyjątkowy, ponadprzeciętny charakter. Wyglądała niczym kolejne wcielenie legendarnej królowej Makedy z Saby. Wszyscy razem sprawiali wrażenie szczęśliwej rodziny. Uśmiechnięci, dobrze ubrani, rozdawali wokoło bukiety dobrej nowiny. Byli niczym ucieleśnienie marzeń i rozpaczliwych wołań sierot całego świata.

I pierwsza myśl, jakie to niesprawiedliwe. Jakie potworne.

Ta przepiękna dziewczyna, królowa mojego miasta, powłóczyła nogą, szorując wygiętą do wewnątrz stopą po chodniku, ścierając bok podeszwy lakierowanego bucika. Z trudem pokonywała każdy metr drogi, trzymając się ramienia matki. Uśmiechając się, ciągnęła za sobą oporną kończynę, jakby miała do niej przytwierdzoną żelazną kulę. Nie mogłem w to uwierzyć. Ale jak to? Pytałem sam siebie. Po chwili czułem, że każdą część mojego ciała wypełnia niepohamowana złość. Święte oburzenie wynikało z potwornego dysonansu pomiędzy urodą dziewczyny a ułomnością, która nie powinna przydarzyć się komuś takiemu jak ona. Jej naturalnym zadaniem wyznaczonym przez Stwórcę, który nie szczędził przecież talentu w tworzeniu rzeczy pięknych i niebanalnych, było ozdabianie naszych ulic, kawiarni, parkowych ławek czy telewizyjnych reklam. Takie anielskie istoty powinny tańczyć na ukwieconych łąkach, wzbudzając pożądanie jasnowłosych młodzieńców oraz zazdrość przemijających piękności tego świata. Ktoś musiał się pomylić, bardzo pomylić, oszpecając to, co doskonałe.

Przecież kalectwo i nieszczęście zarezerwowane jest dla tych innych – brzydkich i biednych. Każdy to wie. Nieurodziwa siedemnastolatka, w kurteczce kupionej na wagę w lumpeksie, która kulejąc, próbuje dostać się do tramwaju, jest czymś okrutnie oczywistym, niemalże naturalnym. W lepkich objęciach ludzkiej obojętności jej niedoskonała postać staje się każdego dnia coraz bledsza i bledsza, aż wreszcie przezroczysta, a przez to jej pokraczny obraz jest mniej dokuczliwy dla estetów i wyznawców życiowej sprawiedliwości – takich jak my. Jeszcze będąc w łonie równie niepotrzebnej matki, szarpiącej się z bezrobotnym mężem, jej dusza została uformowana tak, by pogodzić się z takim porządkiem świata – my i oni. A przecież z przeznaczeniem nie warto walczyć. Nikt mi nie powie, że taka niedojda może choćby marzyć o tym, by tańczyć na ukwieconych łąkach, wzbudzając pożądanie jasnowłosych młodzieńców. Ona zresztą nie cierpi. Przywykła do bycia obiektem westchnień szarego bożka obojętności. Ja to wiem i ty to wiesz.

Więc zamiast zawracać sobie głowę ludźmi, których i tak nie dostrzegamy, rońmy łzy nad nieszczęściem dziewczyny o kasztanowych włosach, przeklinając naturę, która w swej niesprawiedliwości dopuściła się zbrodni przeciwko doskonałości. Pomstujmy na podły los dotykający wielkich tego świata, tych pięknych aktorów i tych cudownych gwiazd filmu i telewizji. Niech pękają nam serca na wieść o chorobie kolejnej bogini mód wszelakich i tragedii tego aktora od latte macchiato, którego żona zmarła na raka! Nieszczęście zaś zostawmy nieszczęśliwym, tym anonimowym i byle jakim stworzeniom, które coraz bledsze i bledsze, stają się pomału przezroczyste.

Artur ponownie spojrzał na zdjęcie dziewczynki.

– To co? Może jednak dać na pieski? Patrzcie, jakie słodkie kulki.

2

Grzegorz siedział z miną świętego cierpiętnika. Przy każdej próbie uniesienia filiżanki z kawą krzywił się i wzdychał. Zapytany o powód tak dziwnego zachowania, wyjaśnił. Otóż jadąc wczoraj swoim starym samochodem na zajęcia przedmaturalne, otworzył wszystkie okna, ponieważ klimatyzacja w jego aucie miała charakter jedynie symboliczny, sprowadzający się do zaślepki w desce rozdzielczej, w której mógłby się znaleźć przycisk z napisem A/C. Oczywiście mógłby, gdyby Grzegorz kupił droższy model albo posiadał samochód młodszy o piętnaście lat. Przeciąg, jaki pojawił się w nagrzanym wnętrzu pojazdu, wywołał u niego bolesny postrzał.

– Kurwa, jak mnie boli – zawył.

– Może jakaś maść pomoże – poradził Dawid. – Ja używam takiej dla sportowców.

– Trzeba unikać przeciągów, a ludzie to bagatelizują – stwierdził Rafał. – Na szczęście ta przypadłość mija, jeszcze będziesz pląsać na parkietach, że hej! Koniecznie zażyj coś przeciwbólowego i przeciwzapalnego – poradził.

Grzegorz spojrzał na przyjaciela z wyrzutem.

– Gówno tam. Nic już nie będzie lepiej – wymamrotał, a następnie, z niemałym trudem, opowiedział kolegom taką oto historię:

Przedwiośnie

Stoję sobie na dworze. Wystawiam twarz w kierunku słońca. Jest 27 lutego. Tak, lubię ten okres, przedwiosenny czas. Chyba bardziej niż sam maj. W maju wiosna jest oczywista, wynika z pewnego rytmu, wiecznego rytuału, niejako z naturalnego obowiązku. Natomiast z końcem lutego to tylko muśnięcie, delikatny sygnał, że zima pomału ustępuje miejsca słońcu i kwiatom. Jeszcze mroźne poranki, czasem śnieg, czapka i szalik. A jednak w powietrzu unosi się ten specyficzny zapach lepszych dni. Zapach wilgoci niesionej ciepłym wiatrem, połączony ze smrodkiem rozmoczonych psich kup. I nawet jeśli przyjdzie nam zmagać się jeszcze ze śniegiem i mrozem, to nic. Już wiemy, że zima jest w defensywie. Każdy dzień jest dłuższy, a słońce coraz wyżej i tylko czekać, jak ptaki zaczną budzić nas do pracy swoim zalotnym świergotem. Można wtedy śmiało powiedzieć – przeżyliśmy. Po raz kolejny przetrwaliśmy zimę. Po czasie Ragnarok nastanie Gimlea. Oczami wyobraźni widzę już zielone drzewa, kwiaty i krótkie spódniczki.

Ach, jak cudownie. Stoję sobie i czekam. Czekam wiosny. Mógłbym tak stać do samego lata, napawając się nadzieją. Człowiek jest stworzeniem solarnym. Kilka promieni naszej życiodajnej gwiazdy i moglibyśmy przenosić góry. Tak niewiele trzeba, by świat wydał się mniej straszny.

Kątem oka widzę, jak podchodzi do mnie mężczyzna. Wyszedł z bramy jednej z pobliskich kamienic. Taki wiecie, wczorajszy gościu, który prosi cię o papierosa albo o złotówkę na walkę z kacem. Doskonale wiem, czego ode mnie będzie oczekiwał, więc się nie denerwuję. Zawsze do mnie podchodzą. Widać wyglądam jak gwarancja sukcesu. Ale się cieszę. Jestem już na tym etapie życia, że wolę pogadać sobie na ulicy z miejskim menelem niż z wypachnionym kolegą adwokatem, który będzie mi opowiadał o kolejnej wyrwanej dupie w którymś z warszawskich klubów. Tak więc czekam ze spokojem na kolesia z bramy. Mam już nawet przygotowane pięć złotych. On podchodzi, wślepia we mnie swoje napuchnięte od wódy oczy i pyta:

– Kierowniku. Co, czekasz pan na lepsze czasy?

– Tak, czekam, właśnie tak – odrzekłem rozbawiony.

– Za chuja nie przyjdą. Powiadam panu, za chuja. – I poszedł.

– I co? Dalej uważacie, że mi tak po prostu minie? – zapytał Grzegorz. – Mam prawie pięćdziesiątkę na karku i nie mogę już nawet otworzyć okna w aucie. Nic mi nie minie, za chuja, nic.

3

Dawid wszedł do wnętrza knajpy. Przy stoliku siedzieli już pozostali kompani. Kiedy się dosiadł, przeprosił wszystkich za spóźnienie, a następnie wyjaśnił, iż powodem zwłoki było nowe biurko jego córki, które musiał zmontować, i to koniecznie dzisiaj.

– Trochę z tym roboty, ale muszę wam powiedzieć, że ja lubię składać meble, a wy? – zapytał z uśmiechem, po czym zamówił kawę i kieliszek czekoladowego likieru.

– Ja też lubię tę dłubaninę – odparł Grzegorz. – Nie odnosicie wtedy takiego wrażenia, jakbyście sami te meble zrobili? Niczym stolarz. Tylko trzeba się trzymać instrukcji, pilnować kolejności łączenia elementów, żeby z krzesła nie powstała ci skrzynka na gazety.

Pozostali mężczyźni pokiwali głowami, dając do zrozumienia, że już kiedyś tego doświadczyli.

– Coś w tym jest, że czujemy potrzebę zrobienia w życiu czegoś namacalnego, po prostu jakiegoś przedmiotu, jak dawni rzemieślnicy. Nie czujecie czasem, że to, co robimy, czym się zajmujemy, jest takie trochę jak czerpanie wody sitem?

– Ja to zawsze zazdrościłem ludziom fachu w rękach – kontynuował Grzegorz. – Taki lutnik na przykład. W pracowni, w fartuchu, siedzi sobie i z kawałków drewna tworzy skrzypce, które potem podziwia cały świat. A w środku kawałek papieru z twoim nazwiskiem – rozmarzył się.

– To prawda – włączył się do rozmowy Artur. – Potrzebujemy czasem dowodu, który uzasadni to, że możemy się przydać innym. Dowodu najprostszego, zwykłego, jak chociażby złożenie zwykłego biurka. Pozwólcie, że wam coś opowiem:

Rowerek

Salka konferencyjna powoli zapełniała się uczestnikami szkolenia. Temat: „Automotywacja – uwierz w siebie”. Dyrektor banku, w którym pracuję już przeszło jedenaście lat, uznał, że jego pracownikom brakuje wiary w sukces swojego przełożonego, w sukces jego rodziny, a jego nowe, lśniące i zabójczo drogie auto nie stanowi dla nas, jego podwładnych, wystarczającej motywacji w walce o szczęście i dostatek. Stąd pomysł szkolenia. Rzecz jasna, to, co teraz powiedziałem, jest zupełnie niesprawiedliwą oceną motywów, dla których dyrektor wysłał nas do hotelu „Apollo”. Dodam, oceną dokonaną przez zgnuśniałego średniaka, który ma problem z ludźmi, z sobą samym, a nade wszystko z akceptacją pomysłu na życie, jakim jest praca w banku. Jaki mam problem? Nie traktuję bycia doradcą finansowym jako swojej pasji. Nie klaszczę w dłonie na widok reklamy mojego banku w telewizji, a podczas wycieczki w góry nie zachwalam znajomym naszego nowego produktu. Oj, nie tak wyobrażał sobie mnie Bóg Ojciec S.A.

Hotel był całkiem przyjemny, nie powiem. Zdobny, pachnący nowością. Nie rozumiem tylko tego plebejskiego pojmowania antyku. Że niby kąpiel w jacuzzi w podświetlanej na niebiesko „łaźni rzymskiej”, w otoczeniu faunów sikających bąbelkami, miałaby nas zwolnić z obowiązku przeczytania chociażby fragmentu Metamorfoz Owidiusza? Zresztą kogo obchodzi Owidiusz, Horacy czy nawet Propercjusz w zderzeniu z nagim biustem naszej księgowej, która pijana, z uśmiechem na nastrzykniętych ustach, wypadła z komnaty solnej. Szczerze przyznam, że w tej sytuacji mnie też niewiele obchodzili starożytni mężowie. Z pokoju, który dzieliłem z młodszym kolegą z działu windykacji, wyszedłem trochę wcześniej. Przede wszystkim miałem już dosyć opowieści o jękach koleżanek, które ostatniej nocy w orgastycznym szale wykrzykiwały imię Piotrek. Kolega chciał mi nawet pokazać, co stoi za przyczyną doznań koleżanek, ale stanowczo odmówiłem i gdy tylko zrzucił ręcznik ze swoich opalonych lędźwi, szybko wyszedłem na korytarz. Kolega Piotrek był dobitnym przykładem, że szkolenia z automotywacji, autopromocji i autoakceptacji to nie zbiór pustych frazesów i niedorzecznych ćwiczeń, ale skuteczny drogowskaz ku samozadowoleniu.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Copyright © 2018, Tomasz Kowalski

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-495-1

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Korekta: Dorota Ring

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

handlowyMG@gmail.com

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Anna Jakubowska