Przypadkowa śmierć - Nora Roberts - ebook

Przypadkowa śmierć ebook

Nora Roberts

5,0
38,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Mroczny, wciągający thriller o polowaniu na zabójcę, który wybiera swoje ofiary tak, jakby rzucał kością. I o policjantce, która nie spocznie, dopóki nie wyrwie z mroku prawdy.

Tętniące życiem miasto rozświetla koncert młodej gwiazdy. Nikt nie spodziewa się tragedii — aż do chwili, gdy jedna z uczestniczek pada martwa na oczach tłumu. Wszystko wskazuje na przypadek. Ale dla porucznik Eve Dallas przypadki nie istnieją.

Kolejne ofiary giną w równie nieprzewidywalny sposób. Idealnie zdrowi, nie mający żadnych wrogów, znalezieni w różnych miejscach. Każda śmierć trwa sekundy, a sprawca porusza się po mieście jak cień. Eve Dallas wie, że ma do czynienia z kimś inteligentnym, szybkim i pozbawionym skrupułów.

W świecie, w którym technologia potrafi ukryć każdy ślad, liczy się tylko instynkt. A ten mówi jej jedno: to dopiero początek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 421

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Motto

Plu­gawy nędz­nik, zdrajca z krwią na rękach, Zbir bez sumie­nia, spro­śny zwy­rod­nia­lec!

Wil­liam Szek­spir (prze­kład Sta­ni­sław Barań­czak)

…ze wszyst­kich złych tra­fów z pew­no­ścią naj­gor­szy To pozwo­lić zadła­wić się złej nie­na­wi­ści.

Wil­liam Butler Yeats (prze­kład Piotr Sie­mion)

Prolog

Ave­nue A, wymia­tają, że ha.

Zado­wo­lona, że udało jej się uło­żyć zgrabny rym, Jenna Har­bo­ugh poru­szyła bio­drami w rytm muzyki.

Cho­ciaż to ramole, czują rock and rolle.

Przy­pusz­czal­nie nie spodo­ba­łyby im się te „ramole”, ale dla niej, szes­na­sto­latki, każdy, kto zbliża się do, powiedzmy, czter­dziestki, zali­cza się do ramoli.

No weź, prze­cież nawet jej rodzice lubią ich muzykę. I dla­tego zgo­dzili się puścić Jennę razem z dwiema jej naj­lep­szymi kum­pe­lami do klubu, żeby mogła ich obej­rzeć i posłu­chać na żywo.

Zespół Ave­nue A wystę­po­wał dwa razy w roku w klu­bie Rock It, a raz w roku, latem, klub rezy­gno­wał ze sprze­daży alko­holu i otwie­rał swoje podwoje dla nie­peł­no­let­nich.

Każdy, kto znał dzieje grupy, dosko­nale wie­dział, jak to w zamierz­chłej prze­szło­ści, w latach czter­dzie­stych obec­nego wieku, Ave­nue A swój pierw­szy kon­cert z praw­dzi­wego zda­rze­nia dali w klu­bie Rock It. Dla­tego przez sen­ty­ment dwa razy w roku wystę­po­wali tu, cho­ciaż obec­nie byli bez­a­pe­la­cyj­nie na topie, grali na wypeł­nio­nych po brzegi sta­dio­nach i w wiel­kich salach kon­certowych.

Od trzech lat toczyła boje ze swo­imi rodzi­cami, by pozwo­lili jej pójść na ten jedyny kon­cert w roku, ale za każ­dym razem sły­szała kate­go­ryczne „nie”. Aż w końcu się ugięli!

Podry­gi­wała teraz z Leelee i Chel­sea, a Ave­nue A wymia­tali, wyko­nu­jąc Baby, Do Me Right.

Tań­czyła wystar­cza­jąco bli­sko estrady, by widzieć kro­pelki potu na twa­rzy Jake’a Kin­cade’a. Jak na ramola, wciąż było z niego nie­złe cia­cho. Może dla­tego, że był naprawdę wysoki. Z zachwy­tem przy­glą­dała się, jak reflek­tory wydo­by­wają nie­bie­skie refleksy w jego czar­nych wło­sach – nie­bie­skie, jak jego oczy.

Po-wa-la-ją-co!

Ale jesz­cze więk­szy zachwyt czuła, patrząc, jak jego palce trą­cają struny gitary.

Kie­dyś ona też będzie tak grać. Wie­działa, że robi postępy. Ćwi­czyła codzien­nie i wie­działa, zwy­czaj­nie wie­działa, że pew­nego dnia sta­nie na estra­dzie i porwie publikę swoją muzyką.

W torebce miała swoją płytę demo. Jej naj­więk­szym marze­niem było, by dzi­siej­szego wie­czoru dotrzeć jakoś do Jake’a Kin­cade’a i wci­snąć mu do ręki płytę. Nagrała na niej tylko jedną pio­senkę, naj­lep­szą, jaką napi­sała, i bar­dzo się posta­rała, żeby utwór wypadł bez zarzutu.

Może nagra­niu daleko było do tych reje­stro­wa­nych w pro­fe­sjo­nal­nych stu­diach nagra­nio­wych, ale od cze­goś trzeba zacząć. A muzycy z Ave­nue A byli mniej wię­cej w jej wieku, kiedy zaczęli odno­sić pierw­sze suk­cesy, więc kto wie.

Płyn­nie prze­szli do kolej­nego kawałka, It’s Always Now, od lat zna­nego hitu, i wię­cej osób poja­wiło się na par­kie­cie.

Jen­nie to nie prze­szka­dzało – im tłocz­niej, tym lepiej. Bez reszty dała się porwać muzyce.

Potem, na krótką chwilę, na uła­mek sekundy, ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Jej i Jake’a. Uśmiech­nął się do niej; serce w niej zamarło.

Zapisz­czała i zła­pała Leelee za rękę.

– Spoj­rzał na mnie!

– Co?

Jenna ści­snęła dłoń Chel­sea i dostała takich wypie­ków na twa­rzy, że zalała ją fala gorąca.

– Jake Kin­cade spoj­rzał pro­sto na mnie. I uśmiech­nął się do mnie!

– Nie ściem­niasz? – spy­tała Chel­sea.

– No weź! A niech mnie!

Kiwała się i ska­kała ze swo­imi przy­ja­ciół­kami w rytm ostat­niej pio­senki z zestawu.

– Spoj­rzał na mnie bóg rocka. Ale odlot.

– Musisz zna­leźć spo­sób, żeby wrę­czyć mu swoją płytę demo, Jenna. Jest cza­der­ska – zapew­niła ją Leelee.

– Może mogła­bym… Auć! – Poczuła ukłu­cie w ramię, zaci­snęła na nim dłoń. Jakiś chło­pak rzu­cił jej bez­czelny uśmiech i poka­zał środ­kowy palec, nim znik­nął w tłu­mie.

– Dupek dziab­nął mnie! – Ale natych­miast o nim zapo­mniała i tań­czyła dalej.

– Muszę przy­siąść na chwilkę – oznaj­miła, kiedy utwór się skoń­czył. – Uło­żyć plan i… Oj, zakrę­ciło mi się w gło­wie. To spoj­rze­nie!

– Umie­ram z pra­gnie­nia! – Chel­sea powa­chlo­wała się dło­nią. – Muszę się napić cze­goś słod­kiego z bąbel­kami.

– Jenna, usiądź przy naszym sto­liku, a my pój­dziemy po napoje. Pomo­żemy ci uło­żyć plan dzia­ła­nia.

– Zgoda.

Krę­ciło jej się w gło­wie, kiedy sta­rała się dopchać do ich sto­lika. Miała wra­że­nie, że unosi się na wodzie.

Potem znów zalała ją fala gorąca, jakby miała z milion stopni. Zaczęła głę­boko oddy­chać, prze­su­nęła dło­nią po ramie­niu, które pie­kło, jakby ją użą­dlił wielki, wście­kły szer­szeń.

Muszę się napić cze­goś słod­kiego z bąbel­kami, pomy­ślała. Nagle poczuła skurcz żołądka i bojąc się, że dosta­nie tor­sji na oczach wszyst­kich, rzu­ciła się w stronę toa­let.

* * *

Jake otarł pot z czoła, a per­ku­si­sta, Mac, uśmiech­nął się do niego sze­roko.

– Wciąż mamy to coś, sze­fie.

– I ni­gdy tego nie stra­cimy. Wyjdę zaczerp­nąć nieco świe­żego powie­trza. Jezu, można by pomy­śleć, że Harve i Glo powinni zadbać o odpo­wied­nią tem­pe­ra­turę na sali.

– I zre­zy­gno­wać z takiej atmos­fery? – Renn, kla­wi­szo­wiec, rzu­cił Jake’owi puszkę wody.

– Dzięki. Wra­cam za pięć minut.

Spoj­rzał na tłum, jak to zro­bił pod­czas ostat­niej pio­senki z zestawu, ale nie dostrzegł Nad­ine. Przy­pusz­czal­nie poszła do klopa. Powo­dze­nia, pomy­ślał.

Zasłu­żyła sobie na wiel­kie uzna­nie, przy­cho­dząc tu z nim dziś wie­czo­rem. Rock It nie był jakąś norą czy spe­luną, ale trzy­mał się swo­ich korzeni lokalu z Alpha­bet City.

Jego wła­ści­ciele nie zamie­rzali zmie­niać wystroju na bar­dziej odlo­towy, bar­dziej luk­su­sowy. Byli dumni, że klub zacho­wał dawny cha­rak­ter.

A mimo to jego pani, znana repor­terka, autorka best­sel­le­rów, zdo­byw­czyni Osca­rów, towa­rzy­szyła mu w ten wie­czór, tak ważny dla niego i jego przy­ja­ciół, człon­ków zespołu.

Przy­po­mi­nało im to o ich korze­niach, ich począt­kach. I jak daleko zaszli.

Prze­ci­snął się na tyły klubu – gdzie nic się nie zmie­niło od lat – i wyszedł przez drzwi, pro­wa­dzące na zaułek.

Wziął głę­boki oddech.

Nawet w ten upalny wie­czór latem 2061 roku tem­pe­ra­tura na zewnątrz była niż­sza niż w środku.

Otwo­rzył puszkę, napił się.

Prze­peł­niony recy­kler cuch­nął, ale Jake nie zwra­cał na to uwagi. To też przy­po­mi­nało mu o jego korze­niach: jak będąc chu­dym, tycz­ko­wa­tym chło­pa­kiem z Ave­nue A pra­co­wał po szkole i w week­endy, by zaro­bić na pierw­szą gitarę.

Cho­ciaż powi­nien się uczyć, kom­po­no­wał, bo muzyka była dla niego naj­waż­niej­sza. Od zawsze.

Pamię­tał, jak gry­wał w przej­ściach pod­ziem­nych z Leonem, a potem z Leonem i Ren­nem, zanim jesz­cze skoń­czyli pięt­na­ście lat. I słu­chał, jak Mac grał na per­ku­sji w szkol­nym zespole. Potem dołą­czył do nich Art i tak powstał zespół Ave­nue A.

Naj­pierw ćwi­czyli w piw­nicy bloku, potem w garażu wujka Maca.

W końcu nakło­nili Harve’a, by pozwo­lił im zagrać, jeden raz; byli w wieku, kiedy nie sprze­da­wano im piwa.

Po tym jed­nym kon­cer­cie grali tam­tego lata przez dwa tygo­dnie, a potem pod­pi­sali kon­trakt z firmą nagra­niową.

Czyli tak, to dla niego ważny wie­czór. Ave­nue A miał na swoim kon­cie kilka począt­ków – tamta pierw­sza gitara, wujek Maca, który pozwo­lił swo­jemu bra­tan­kowi walić w starą per­ku­sję. Słowa jego mamy, żeby nie rezy­gno­wał z marzeń.

Wiele począt­ków, a klub Rock It zaj­mo­wał wśród nich pocze­sne miej­sce.

Odwró­cił się, żeby wejść do środka, kiedy drzwi otwo­rzyły się na całą sze­ro­kość. Zata­cza­jąc się, wypa­dła przez nie jakaś dziew­czyna.

Miała bujne, brą­zowe włosy z różo­wymi koniusz­kami, kusą czarną spód­niczkę i czer­wony top, odsła­nia­jący brzuch. Jej twarz była biała jak kreda, duże, brą­zowe oczy błysz­czały.

– Nie­do­brze mi – wymam­ro­tała.

– Spo­koj­nie, mała. Zda­rza się.

Glo pil­nie baczyła, żeby w wie­czory dla nie­peł­no­let­nich w klu­bie nie było alko­holu ani dra­gów, ale dzie­ciaki mają swoje spo­soby.

On z całą pew­no­ścią miał kie­dyś swoje spo­soby.

– Wejdźmy do środka. Znaj­dziemy spo­kojny kąt, gdzie będziesz mogła usiąść, łyk­nąć coś na otrzeź­wie­nie.

– Nie jestem pijana. Nie mogę oddy­chać. Dziab­nął mnie! Dziab­nął mnie!

Jake ujął jej ramię. Dziew­czyna wywró­ciła oczy biał­kami do góry.

Zła­pał ją, nim upa­dła na zie­mię.

– Kto cię dziab­nął? – Zauwa­żył, że twarz dziew­czyny z bia­łej stała się sina. Wstrzą­snął nią dreszcz.

Na jej lewym ramie­niu zoba­czył ślad po igle, czer­wony i obrzęk­nięty.

– Jasna cho­lera. Jezu. – Wyszarp­nął tele­fon, przy­kuc­nął, nie wypusz­cza­jąc dziew­czyny. Wybrał numer alar­mowy. – Potrzebna karetka pogo­to­wia. – Podał adres, spraw­dza­jąc puls dziew­czyny.

Słaby, pomy­ślał, sta­ra­jąc się nie ulec panice. I słabł.

– Trzy­maj się. Spójrz na mnie. Spójrz na mnie.

Na chwilę utkwiła w nim wzrok. Ale nic nie widziała.

– No dalej, wytrzy­maj. Już wezwa­łem pomoc. Jak ci na imię, mała? Powiedz mi, jak ci na imię.

Ale poczuł, że ją traci, kiedy sie­dział w alejce i bujał ją w ramio­nach.

Poło­żył dziew­czynę na ziemi i zaczął wyko­ny­wać sztuczne oddy­cha­nie.

Drzwi znów się otwo­rzyły.

– Ej, mistrzu gitary, Mac powie­dział… O mój Boże, co się stało?

Nad­ine padła na kolana obok niego.

– Nie oddy­cha. Nie mogę jej przy­wró­cić odde­chu. Spójrz na jej ramię. Powie­działa, że ktoś ją dziab­nął.

– Wezwę karetkę.

– Już tu jedzie. Na ramie­niu ma ślad po igle. Tylko ćpuny, któ­rych nie stać na strzy­kawkę ciśnie­niową, uży­wają igieł. A ona nie jest ćpunką. No dalej, mała, wróć do nas. Wróć do nas, do jasnej cho­lery.

Nad­ine spoj­rzała na ślad po igle, na otwarte brą­zowe oczy leżą­cej na ziemi dziew­czyny.

Nie powie­działa, żeby dał sobie spo­kój ze sztucz­nym oddy­cha­niem, tylko poło­żyła mu dłoń na ramie­niu i wyjęła tele­fon.

– Jake, dzwo­nię do Dal­las.

Spoj­rzał na Nad­ine, nie kry­jąc roz­pa­czy.

– To jesz­cze dziecko.

Tak, pomy­ślała Nad­ine. I zawsze nim pozo­sta­nie.

1

Kiedy porucz­nik Eve Dal­las nie pro­wa­dziła śledz­twa, sobot­nie wie­czory czę­sto spę­dzała na oglą­da­niu fil­mów, jedze­niu popcornu i upra­wia­niu seksu. A ponie­waż w domu nie było Sum­mer­seta, albo­wiem major­do­mus Roarke’a, za któ­rym Eve nie prze­pa­dała, wybrał się na spo­tka­nie z przy­ja­ciółmi – kim­kol­wiek byli – sto­sun­kowo wcze­śnie prze­szli do seksu w pokoju gier.

Zało­żyła się z Roar­kiem, że pokona go w grze na flip­pe­rze. I prze­grała.

Czy aby na pewno?

Tak czy owak po kola­cji na patio, spa­ce­rze po ogro­dzie i sek­sie w pokoju gier usa­do­wili się na kana­pie, a kot zwi­nął się w kłę­bek i poło­żył u ich stóp.

Cie­szyła się Roar­kiem, popcor­nem, winem, fil­mem akcji, obfi­tu­ją­cym w strze­lanki, co sta­no­wiło ide­alne uko­ro­no­wa­nie soboty spę­dzo­nej w domo­wych pie­le­szach.

Zna­jąc Roarke’a, spo­dzie­wała się kolej­nej dawki seksu na bis.

I w pełni jej to odpo­wia­dało.

Roarke od czasu do czasu napo­my­kał o stwo­rze­niu pokoju mul­ti­me­dial­nego w rezy­den­cji wznie­sio­nej w sercu Nowego Jorku. Ale wolała obecne roz­wią­za­nie, czyli wspólne prze­sia­dy­wa­nie na kana­pie w czę­ści wypo­czyn­ko­wej ich sypialni, słu­cha­nie kota mru­czą­cego przez sen i roz­ko­szo­wa­nie się cie­płem, biją­cym od jej przy­stoj­nego męża.

W życiu Eve zaszła rady­kalna zmiana wraz z poja­wie­niem się w nim Roarke’a. Ni­gdy w pełni się do tego nie przy­zwy­czai. Przed Roar­kiem jej życie było pracą, a praca była jej życiem.

Dzięki Roarke’owi zyskała dwie rze­czy, któ­rych ni­gdy nie ocze­ki­wała, któ­rych ni­gdy nie szu­kała.

Miłość i dom.

I te dwie rze­czy, uświa­do­miła sobie, spra­wiły, że stała się lep­szą poli­cjantką, lep­szą sze­fową swo­jego wydziału, lep­szą orę­dow­niczką praw ofiar zbrod­nia­rzy.

Wyko­rzy­stu­jąc chwi­lowe zwol­nie­nie akcji filmu, Roarke się­gnął po butelkę, napeł­nił ich kie­liszki.

– Nie szczę­dzimy sobie wina, kolego.

– Spę­dzamy miły wie­czór w domo­wym zaci­szu. – W jego gło­sie można było dosły­szeć lekki irlandzki akcent. – I zamie­rzam w pełni z niego sko­rzy­stać.

– Serio? Prze­rwać odtwa­rza­nie – pole­ciła i usia­dła mu na kola­nach.

Tak absur­dal­nie przy­stojny, pomy­ślała, z twa­rzą wyrzeź­bioną przez szczo­dro­bli­wych bogów, kształt­nymi ustami, nie­sa­mo­wi­cie nie­bie­skimi oczami.

– Nie ma co zwle­kać.

Zaczęła cało­wać te kształtne usta, wsu­nęła wolną rękę w grzywę czar­nych wło­sów oka­la­ją­cych jego twarz.

Roarke posta­wił swój kie­li­szek obok butelki, wyjął kie­li­szek z dłoni Eve, by ją od niego uwol­nić.

Roze­śmiała się, kiedy prze­wró­cił ją na wznak, a Gala­had z wyraź­nym nie­za­do­wo­le­niem zesko­czył z kanapy.

Roarke wsu­nął ręce pod jej roz­cią­gniętą koszulkę, którą wkła­dała w soboty spę­dzane w domu. Poca­łu­nek stał się bar­dziej żar­liwy, poczuła, jak pożą­da­nie, wypite wino, urok chwili spla­tają się, wywo­łu­jąc dresz­czyk pod­nie­ce­nia.

Nie prze­sta­jąc go cało­wać, zaczęła mu roz­pi­nać dżinsy.

Zadzwo­nił jej tele­fon.

– No nie!

Roarke prze­krę­cił głowę, żeby rzu­cić okiem na wyświe­tlacz tele­fonu.

– To Nad­ine.

– No i dobrze. Oddzwo­nię do niej. Wcze­śniej albo póź­niej.

Ale kiedy wró­ciła do ścią­ga­nia mu dżin­sów, pokrę­cił głową.

– Eve, jak czę­sto Nad­ine dzwoni do cie­bie w soboty pra­wie o jede­na­stej wie­czo­rem?

– Ni­gdy. Kurde. Jasna cho­lera.

Zsu­nął się z niej, Eve usia­dła, zła­pała tele­fon.

– O ile ktoś nie jest mar­twy, to…

– Jest. Wybacz mi, Dal­las, ale jesteś nam potrzebna. Jeste­śmy w klu­bie Rock It, kon­kret­nie w alejce na jego tyłach. Przy Ave­nue A, ale nie znam dokład­nego adresu.

– Kto nie żyje?

– Nie wiem. Nasto­let­nia dziew­czyna. Jake… grają spe­cjalny kon­cert dla nie­let­nich. Wyszłam na tyły klubu i zoba­czy­łam go, jak robi sztuczne oddy­cha­nie. Wezwał karetkę pogo­to­wia. Ratow­nicy medyczni wła­śnie się poja­wili. Powie­dział, że ktoś ją dziab­nął.

Wyraz brą­zo­wych oczu Eve zmie­nił się z lekko ziry­to­wa­nego w bez­na­miętny, poli­cyjny.

– Ktoś ją dźgnął?

– Nie, nie, ma na ramie­niu ślad od igły. A może rze­czy­wi­ście od bar­dzo wąskiego ostrza. Wła­ści­wie nie krwawi, tylko jest mocno zaczer­wie­nione.

– Powiedz ratow­ni­kom medycz­nym, żeby nie ruszali zwłok. Zadzwo­nię do dys­po­zy­tora, wkrótce powinni przy­je­chać mun­du­rowi, żeby zabez­pie­czyć miej­sce. Zaraz tam będę.

– Dzię­kuję… – zaczęła Nad­ine, ale Eve się roz­łą­czyła.

Zoba­czyła, że Roarke wyjął dla niej brą­zowe spodnie i mary­narkę, gra­na­tową koszulkę bez ręka­wów, botki, pasek.

Nie miała nic prze­ciwko temu, że wybrał dla niej ubra­nie. Zadzwo­niła do dys­po­zy­tora.

– Nie kaza­łaś poin­for­mo­wać Peabody.

Eve zdjęła luźne, cien­kie sobot­nie szorty, na dłu­gie nogi wcią­gnęła spodnie.

– Nie ma sensu psuć jej wie­czoru, póki się nie zorien­tuję, co i jak. – Wło­żyła koszulkę, prze­gar­nęła dło­nią wzbu­rzone, brą­zowe włosy. – Przy­kro mi, że zepsu­łam nam wie­czór.

– Moja pani porucz­nik, to twoja praca. Nad­ine spra­wiała wra­że­nie zde­ner­wo­wa­nej – dodał, zmie­nia­jąc koszulę. – To dla niej nie­ty­powe.

– Taak, też to zauwa­ży­łam.

Poru­szała się szybko, spraw­nie – wysoka, szczu­pła kobieta o ostrych rysach twa­rzy, z płyt­kim dołecz­kiem w bro­dzie – roz­my­śla­jąc o zabój­stwie.

Wsa­dziła do kie­szeni odznakę, wło­żyła szelki na broń.

– Nie jestem pijana, ale…

– Wypi­li­śmy sporo wina, musimy łyk­nąć śro­dek na wytrzeź­wie­nie. – Poszedł do łazienki, wró­cił z niej z dwiema tablet­kami dla nich. – Usiądę za kie­row­nicą. Znam ten klub.

Spoj­rzała na niego z ukosa, wkła­da­jąc mary­narkę.

– Należy do cie­bie?

– Klub nie, ale budy­nek ow­szem. Gotowa?

– Tak.

Zeszli po scho­dach, wsie­dli do samo­chodu, który zdal­nie wypro­wa­dził z garażu. Mój wóz, pomy­ślała. Na wypa­dek, gdyby obo­wiązki zatrzy­mały ją dłu­żej.

Sie­dząc na miej­scu dla pasa­żera, opu­ściła szybę w oknie. Świeże powie­trze, szcze­gól­nie uwzględ­niw­szy, z jaką pręd­ko­ścią jeź­dzi Roarke, sprawi, że tabletka szyb­ciej zacznie dzia­łać.

– To klub dla nasto­lat­ków?

Roarke poko­nał kręty pod­jazd, wyje­chał za bramę.

– Nie. Ale co roku latem Ave­nue A gra tam przez jeden wie­czór dla nasto­lat­ków. Dowie­dzia­łem się tego od Jake’a któ­re­goś dnia. Pro­wa­dził warsz­taty w szkole. Oka­zuje się, że kiedy jesz­cze byli nasto­lat­kami, zagrali tam swój pierw­szy kon­cert, za który im zapła­cono.

– Nie sprze­da­wali alko­holu – dodał, nim zapy­tała.

– Załóżmy, że nie. Kto pro­wa­dzi klub? Chcę ich spraw­dzić.

– Nie potra­fię tak z głowy podać ci ich nazwisk.

– Znajdę je.

Wyjęła tablet i przy­stą­piła do pracy.

– Harvard Gre­en­baum i Glo Reiser. Harvard to nie imię, tylko nazwa szkoły. I co to za imię Glo? Gre­en­baum, lat sześć­dzie­siąt trzy, rodo­wity Nowo­jor­czyk, żonaty z Reiser od dwu­dzie­stu lat, nie­no­to­wany. Nie mają dzieci. Jeśli cho­dzi o nią, wzmianka sprzed pięt­na­stu lat o dopusz­cze­niu się napa­ści, wyco­fano zarzut. Sześć­dzie­siąt jeden lat, rów­nież rodo­wita miesz­kanka Nowego Jorku.

– W ciągu dwu­dzie­stu kilku lat pro­wa­dze­nia klubu kilka razy naru­szyli prze­pisy bhp, wszyst­kie uchy­bie­nia usu­nęli. Ani razu nie pozwano ich za sprze­daż alko­holu nie­let­nim.

– Jake powie­dział, że skru­pu­lat­nie tego prze­strze­gają.

Załóżmy, że tak, pomy­ślała Eve.

Tabletka na wytrzeź­wie­nie i powie­trze wpa­da­jące przez opusz­czone szyby spra­wiły, że jej umysł stał się prze­ni­kliwy, a zara­zem poczuła nie­od­partą ochotę na kawę. Sko­rzy­stała z samo­cho­do­wego auto­ku­cha­rza, żeby zapro­gra­mo­wać po kubeczku dla nich obojga.

– Nie wiesz przy­pad­kiem, ile osób może mak­sy­mal­nie pomie­ścić klub?

– Nie mam poję­cia, ale sądząc po jego wiel­ko­ści, nie wydaje mi się, że wię­cej niż dwie­ście osób.

– Dwu­stu nasto­let­nich podej­rza­nych. Świet­nie.

– Trzeba też uwzględ­nić per­so­nel, może rodzi­ców.

– Potrzebni nam będą pra­cow­nicy opieki spo­łecz­nej do spraw dzieci – powie­działa, wyj­mu­jąc tele­fon. – Nawet jeśli okaże się, że mamy do czy­nie­nia ze śmier­cią w wyniku nie­szczę­śli­wego wypadku, potrzebny nam będzie ktoś od nich. A lepiej dwoje.

– Czyli jesz­cze komuś zepsu­jesz sobotni wie­czór.

Przed klu­bem dostrze­gła radio­wóz i ambu­lans. Sam klub łatwo roz­po­znać, pomy­ślała, bo nad wej­ściem była tęcza z jego nazwą, a wokół niej tań­czyły nutki.

– Zapar­kuj obok radio­wozu.

– Tam jest miej­sce dla samo­cho­dów dostaw­czych – powie­dział i zatrzy­mał wóz na nim. – Wyjmę twój zestaw pod­ręczny.

Pod­świe­tliła napis „Na służ­bie” i wysia­dła, żeby przyj­rzeć się klu­bowi.

Graf­fiti na sta­rym, cegla­nym murze przed­sta­wiało gitary, bębny, grupkę jakichś postaci. Tań­czą­cych postaci, doszła do wnio­sku Eve, i pode­szła do funk­cjo­na­riuszki pil­nu­ją­cej wej­ścia.

– Pani porucz­nik – powi­tała ją poli­cjantka.

– Mel­duj.

– Od naszego przy­jazdu nikt nie pró­bo­wał wyjść z klubu ani do niego wejść. Wła­ści­ciel, poin­for­mo­wany o sytu­acji, zadbał o spo­kój na tere­nie klubu. Zapro­sił chęt­nych na estradę, by mogli wystą­pić z zespo­łem. Coś w rodzaju „mikro­fonu dla wszyst­kich”. Pan Kin­cade i pani Furst są na­dal na tyłach klubu z ofiarą i ratow­ni­kami medycz­nymi. Jest z nimi mój part­ner.

– Bar­dzo dobrze. Poin­for­mo­wa­łam wydział opieki spo­łecz­nej do spraw dzieci, popro­si­łam, żeby przy­słali tu kogoś do pomocy pod­czas prze­słu­chi­wa­nia nie­let­nich. Pro­szę ich skie­ro­wać do tyl­nego wej­ścia.

– Tak jest, pani porucz­nik.

– Zostań na swoim poste­runku.

Eve wzięła od Roarke’a zestaw pod­ręczny i okrą­żyła budy­nek, kie­ru­jąc się do zaułka na jego tyłach.

Zoba­czyła ratow­ni­ków medycz­nych i mun­du­ro­wego. Kilka kro­ków dalej stali Nad­ine i Jake, trzy­ma­jąc się za ręce.

Kiedy Nad­ine ją dostrze­gła, Eve unio­sła dłoń, żeby ją powstrzy­mać.

– Co wia­domo? – zwró­ciła się Eve do ratow­ni­ków medycz­nych.

– Ofiara jest w wieku od pięt­na­stu do sie­dem­na­stu lat. Nie zaj­rze­li­śmy do jej torebki, by spraw­dzić doku­ment toż­sa­mo­ści, pani porucz­nik, żeby wszystko zacho­wać w takim sta­nie, jaki zasta­li­śmy.

– Doce­niam to.

– Nie mogę podać dokład­nej przy­czyny śmierci, ale wygląda to na przedaw­ko­wa­nie. Skóra ma nie­bie­skawy odcień, ślad od igły jest świeży. Sądząc po zaczer­wie­nie­niu wokół miej­sca ukłu­cia, podej­rze­wam, że igła była wie­lo­krot­nie uży­wana. Brak innych widocz­nych śla­dów na ciele ofiary. Wygląda na zdrową, w dobrym sta­nie fizycz­nym. Lekarz sądowy będzie mógł powie­dzieć o niej coś wię­cej.

– Dotar­li­śmy tu o dwu­dzie­stej trze­ciej zero cztery. W chwili naszego przy­by­cia Jake… pan Kin­cade wyko­ny­wał sztuczne oddy­cha­nie, ale ofiara już nie żyła.

– Rozu­miem. Jesz­cze raz dzię­kuję, że zacho­wa­li­ście miej­sce wyda­rze­nia w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. Teraz ja się zajmę sprawą.

Drugi ratow­nik medyczny obej­rzał się na Jake’a.

– Zro­bi­łeś wszystko, co można było zro­bić.

Eve spoj­rzała na zwłoki. Ofiara mie­rzyła może z metr sześć­dzie­siąt wzro­stu, ważyła z pięć­dzie­siąt kilo­gra­mów. Wystro­jona na imprezę, przez ramię miała prze­wie­szoną malutką, błysz­czącą torebkę.

Eve otwo­rzyła swój zestaw, żeby zabez­pie­czyć dło­nie.

– Roarke, może przejdź się kawa­łek z Jakiem i Nad­ine? Zor­ga­ni­zuj dla nich kawę. – Spoj­rzała na Jake’a – był blady, wyraź­nie przy­gnę­biony, może w lek­kim szoku. – Będę musiała z wami poroz­ma­wiać, ale naj­pierw muszę się zająć nią.

– Wyszła… wyszła, zata­cza­jąc się, i…

– Przy­kro mi z powodu tego, co się wyda­rzyło, Jake, ale teraz zostaw ją mnie.

– Chodź, Jake. – Nad­ine objęła go w pasie. – Pozwólmy zro­bić Dal­las to, co do niej należy.

Kiedy Roarke odda­lił się z nimi, Eve ukuc­nęła i ostroż­nie otwo­rzyła malutką torebkę.

Mały apa­rat tele­fo­niczny, błysz­czyk do ust, doku­ment toż­sa­mo­ści, karta-klucz, tro­chę gotówki i płytka pod­pi­sana DEMO DLA JAKE’A KIN­CADE’A.

Eve pomy­ślała sobie: jasna cho­lera.

– Doku­ment toż­sa­mo­ści w torebce, którą ma przy sobie ofiara, należy do Jenny Har­bo­ugh, lat szes­na­ście, mie­sza­nej rasy. Brą­zowe włosy, brą­zowe oczy, metr sześć­dzie­siąt wzro­stu, waga czter­dzie­ści osiem kilo­gra­mów. Zdję­cie przed­sta­wia ofiarę.

Jeśli pomi­nąć ufar­bo­wane na różowo końce brą­zo­wych wło­sów i duże, mar­twe, brą­zowe oczy.

Eve umie­ściła zawar­tość torebki w tor­bie na dowody rze­czowe, wyjęła urzą­dze­nie do pobie­ra­nia odci­sków pal­ców, żeby for­mal­no­ściom stało się zadość.

– Odci­ski pal­ców się zga­dzają. – Odczy­tała do mikro­fonu adres, uświa­do­miła sobie, że dziew­czyna mieszka w sąsiedz­twie ich przy­ja­ciół, Char­lesa i Louise. – Rodzice, Shane i Julia Har­bo­ugh, jeden młod­szy brat Reed, dwa­na­ście lat.

Wyjęła mier­niki.

– Śmierć nastą­piła o godzi­nie dwu­dzie­stej dru­giej pięć­dzie­siąt osiem.

Wło­żyła mikro­go­gle, nachy­liła się, żeby dobrze przyj­rzeć się ranie na ramie­niu.

– Powie­działa, że ktoś ją dziab­nął, i wszystko na to wska­zuje. Rana na ramie­niu jest świeża. Widać opu­chli­znę i zaczer­wie­nie­nie. Nie można wyklu­czyć, że sama ukłuła się igłą, ale brak na jej ciele śla­dów, świad­czą­cych o tym, że zaży­wała nar­ko­tyki. Do potwier­dze­nia przez leka­rza sądo­wego.

Być może chło­pak albo kole­żanka nakło­nili ją do spró­bo­wa­nia cze­goś nowego? Prze­jaw mło­dzień­czego buntu, który zakoń­czył się tra­gicz­nie?

Dziab­nął mnie.

Albo coś zupeł­nie innego.

Eve deli­kat­nie prze­krę­ciła zwłoki, ale nie zna­la­zła żad­nych widocz­nych obra­żeń.

Przy­sia­dła na pię­tach, wyjęła tele­fon, zadzwo­niła do Peabody. Wypro­sto­wała się, skon­tak­to­wała się z kost­nicą, tech­ni­kami.

– Czy byli­ście w środku? – zwró­ciła się do mun­du­ro­wego.

– Tak jest, pani porucz­nik, przez krótką chwilę.

– Ile osób jest w klu­bie?

– No cóż, jest wypeł­niony po brzegi. Z pew­no­ścią ze dwie setki.

– No dobrze. Zostań­cie tutaj, póki po zwłoki nie przy­je­dzie samo­chód z kost­nicy. I tech­nicy, któ­rzy zba­dają miej­sce wyda­rze­nia. Potem przy­pusz­czal­nie będzie­cie mi potrzebni oby­dwoje, by pomóc mi zapa­no­wać nad tłu­mem w środku.

– Tak jest, pani porucz­nik. Przy­kra sprawa, pani porucz­nik. Mam wnuczkę mniej wię­cej w jej wieku. To straszne, kiedy ofiarą jest dzie­ciak. Przy­pil­nuję jej, póki po nią nie przy­jadą.

Ponie­waż w pierw­szej kolej­no­ści chciała prze­słu­chać Jake’a, Eve ruszyła wzdłuż zaułka. Zoba­czyła go razem z Nad­ine i Roar­kiem obok jej wozu. Nim pode­szła do nich, zatrzy­mała się, żeby wydać pole­ce­nia dru­giej poli­cjantce.

– Nad­ine, może przej­dziesz się kawa­łek z Roar­kiem?

– Nie chcę…

– Muszę poroz­ma­wiać z Jakiem. Bez świad­ków. A potem poroz­ma­wiam z tobą. Też bez świad­ków.

Nad­ine otwo­rzyła usta, ale po chwili zamknęła je i ski­nęła głową. Odwró­ciła się do Jake’a, sta­nęła na pal­cach i go poca­ło­wała.

Roarke odda­lił się z Nad­ine, a Jake zwró­cił się w stronę Eve.

– Boi się, że się roz­sy­pię, co jest wielce praw­do­po­dobne. Nie udało mi się ura­to­wać dziew­czy­nie życia.

– Zna­łeś ją?

– Nie. Ale widzia­łem ją. Uświa­do­mi­łem sobie, że widzia­łem ją tań­czącą na par­kie­cie. Tuż, nim skoń­czy­li­śmy wyko­ny­wać zestaw utwo­rów. Wyda­wała się bar­dzo szczę­śliwa.

– I nie widzia­łeś jej ni­gdy wcze­śniej?

– Nie.

– Nazywa się Jenna Har­bo­ugh. Coś ci to mówi?

– Nie. Jenna. – Powie­dział to miękko, przy­ci­snął palce do powiek.

Jeśli pomi­nąć udrękę, malu­jącą się na jego twa­rzy, wyglą­dał zupeł­nie jak gwiazda rocka, jaką był. Spło­wiałe dżinsy, czarne buty za kostkę, czarna koszulka, pod­kre­śla­jąca jego dosko­nałą budowę ciała, bujna, ciemna czu­pryna o nie­bie­skich koń­ców­kach.

Ale aura przy­gnę­bie­nia ota­czała go jak mgiełka.

– Wysze­dłem, żeby zaczerp­nąć nieco świe­żego powie­trza. W klu­bie jest pie­kiel­nie gorąco. Robi­li­śmy pięt­na­sto­mi­nu­towe prze­rwy mię­dzy poszcze­gól­nymi zesta­wami pio­se­nek, więc wysze­dłem, żeby napić się wody, zaczerp­nąć powie­trza. A ona nagle wyto­czyła się przez drzwi.

– Wyto­czyła się?

– Tak.

Eve usły­szała, że Jake bie­rze głę­boki oddech, jakby chciał uspo­koić nerwy.

– Wyszła, jakby się poty­ka­jąc, rozu­miesz? Powie­działa, że wymio­to­wała. Pomy­śla­łem sobie, że zna­la­zła jakiś spo­sób, by się upić. Glo odzna­cza się soko­lim wzro­kiem w tych spra­wach, ale nie można wyklu­czyć, że jeśli ktoś bar­dzo chce się napić, to znaj­dzie spo­sób. Wyglą­dała na lekko pijaną, wła­śnie tak sobie pomy­śla­łem. Zamie­rza­łem wró­cić do środka, zapro­wa­dzić ją do biura, odszu­kać Harve’a albo Glo. Byliby na nią wku­rzeni, ale zaję­liby się nią, zadzwo­nili po jej rodzi­ców i co tam jesz­cze trzeba by było zro­bić.

Zamknął oczy i Eve pozwo­liła mu pomil­czeć chwilę. Mówił jej to, co musiała wie­dzieć, zwal­nia­jąc ją z koniecz­no­ści zada­wa­nia pytań.

– Nie od razu zauwa­ży­łem ślad po igle. Chyba dla­tego, że patrzy­łem na jej twarz. Była bar­dzo blada. A potem powie­działa: „Dziab­nął mnie”. Powtó­rzyła to dwa razy. Dopiero wtedy zoba­czy­łem ślad po igle. I zorien­to­wa­łem się, że jest nie tyle blada, co lekko sina?

– Taak.

– Taak. – Prze­su­nął dło­nią po twa­rzy. – Widy­wa­łem to wcze­śniej. Pod­czas trasy kon­cer­to­wej, u jed­nego gościa z obsługi tech­nicz­nej. Udało im się ura­to­wać mu życie, zdą­żyli na czas, by ura­to­wać mu życie. A ona zaczęła się osu­wać na zie­mię. Zła­pa­łem ją, nim upa­dła. Miała ledwo wyczu­walny puls i… Wezwa­łem pogo­to­wie ratun­kowe, ale… Ni­gdy wcze­śniej nie byłem świad­kiem śmierci, tego, jak ktoś… odcho­dzi. Obej­mo­wa­łem ją, mówi­łem do niej, sta­ra­łem się skło­nić ją do roz­mowy ze mną, spy­ta­łem, jak jej na imię. Chcia­łem, żeby powie­działa cokol­wiek. A ona stra­ciła przy­tom­ność. Widzia­łem to, ale pomy­śla­łem sobie: sztuczne oddy­cha­nie. Jest młoda, odzy­ska przy­tom­ność, ratow­nicy medyczni są w dro­dze. Poja­wiła się Nad­ine – szu­kała mnie. Kiedy powie­działa „Potrzebna nam Dal­las”, wie­dzia­łem, że dziew­czyna… Jenna… nie odzy­ska przy­tom­no­ści. Może gdy­bym…

– Jake, z tego, co mi wła­śnie powie­dzia­łeś, wnio­skuję, że nie trwało to dłu­żej niż dwie, trzy minuty.

– Taak, minęło zale­d­wie parę minut. Cho­ciaż mia­łem wra­że­nie, że wię­cej – mruk­nął. – Ale ow­szem, wszystko odbyło się cho­ler­nie szybko.

– Powtó­rzę to, co ci powie­dział ratow­nik medyczny. Uwierz mi, bo mamy z tym do czy­nie­nia na co dzień. Zro­bi­łeś wszystko, co mogłeś.

Ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Jego oczy nie były tak nie­sa­mo­wi­cie nie­bie­skie, jak Roarke’a, tylko ciemnonie­bie­skie. Teraz prze­peł­niał je żal.

– Odnio­słem inne wra­że­nie.

– Czy ludzie – fani, wiel­bi­ciele i temu podobni – kie­dy­kol­wiek przy­sy­łają ci lub wrę­czają płyty demo?

Uśmiech­nął się lekko.

– O tak. Czemu pytasz?

– To coś, co muszę spraw­dzić. Możesz mi powie­dzieć, o któ­rej godzi­nie wysze­dłeś z klubu?

– Tak, bo spoj­rza­łem na zega­rek, żeby wró­cić, nim się skoń­czy pięt­na­sto­mi­nu­towa prze­rwa. Była za pięć jede­na­sta. Mie­li­śmy wyko­nać jesz­cze jeden krótki zestaw utwo­rów przed fina­łem o pół­nocy. Może nieco by się to prze­cią­gnęło, ale pod­czas tych kon­cer­tów sta­ramy się wyko­nać ostatni kawa­łek o pół­nocy. Dzie­ciaki muszą wró­cić do domu o okre­ślo­nej godzi­nie.

– No tak. – Zoba­czyła, jak Roarke z Nad­ine wyła­niają się zza rogu. – Chcę, żebyś przy­szedł jutro do komendy. Powiedzmy o dzie­sią­tej.

– W porządku. Słu­chaj, czy miała krew­nych? Wiem, że nie możesz mi ujaw­nić żad­nych szcze­gó­łów, ale…

– Tak. Poin­for­muję ich jesz­cze tej nocy.

Znów zamknął oczy.

– Jeśli zechcą poroz­ma­wiać ze mną… Byłem przy niej, kiedy…

– Powiem im o tym. Twoja kolej na spa­cer z Roar­kiem.

– Tak jest. Dal­las, co ona powie­działa? Jeśli ktoś jej to zro­bił…

– Moim zada­niem jest usta­le­nie tego. Zrób jesz­cze jedną rundkę – zwró­ciła się do Roarke’a, a potem spoj­rzała na Nad­ine.

– Ni­gdy go nie widzia­łam w takim sta­nie. Zawsze jest opa­no­wany. Muszę go stąd zabrać, Dal­las.

– W takim razie nie traćmy czasu. O któ­rej godzi­nie zespół zro­bił sobie prze­rwę?

– Och. Nie wiem, chyba tuż przed jede­na­stą. Wie­dzia­łam, że nie­ba­wem będzie prze­rwa, więc pobie­głam do toa­lety, nim setka nasto­la­tek wpad­nie na ten sam pomysł. Potem zaczę­łam szu­kać Jake’a. Renn mi powie­dział, że wyszedł na alejkę za klu­bem. Więc go tam odszu­ka­łam. Zoba­czy­łam, że Jake robi jakiejś dziew­czy­nie sztuczne oddy­cha­nie. Chcia­łam zadzwo­nić po pogo­to­wie, ale powie­dział, że już wezwał karetkę. Ale, Dal­las, widzia­łam, że już za późno. Usil­nie się sta­rał ją rato­wać, ale nie żyła. Powie­dzia­łam, że zadzwo­nię do cie­bie. Patrzył na mnie, kiedy to robi­łam. – Nad­ine wzięła oddech i otarła łzę. – Patrzył na mnie z taką miną, jak­bym zła­mała mu serce. Chyba nie podej­rze­wasz go, że coś zro­bił tej dziew­czy­nie. Wiesz, że… – Nad­ine urwała.

– Nie podej­rze­wam go, ale ist­nieją pro­ce­dury, któ­rych muszę prze­strze­gać, żeby był poza wszel­kimi podej­rze­niami. Wiesz o tym.

Nad­ine otarła kolejną łzę, tym razem ze znie­cier­pli­wie­niem.

– To coś innego, kiedy doty­czy to cie­bie oso­bi­ście. Wiesz o tym. Ale znam cię – dodała. – I wiem, że znaj­dziesz tego, kto to zro­bił tej bied­nej dziew­czy­nie.

– W tej chwili nie mogę ponad wszelką wąt­pli­wość stwier­dzić, czy ktoś jej coś zro­bił.

Nad­ine prze­su­nęła dło­nią po swo­ich blond wło­sach z pasem­kami, rzu­ciła Eve jedno prze­cią­głe spoj­rze­nie tymi swo­imi prze­ni­kli­wymi, zie­lo­nymi oczami.

– Nie możesz tego powie­dzieć, ale wiesz to.

– A ty wiesz, że wszyst­kie sta­cje będą trą­biły o tym, że Jake Kin­cade i Nad­ine Furst byli w alejce z mar­twą nasto­latką.

Nad­ine poło­żyła dłoń na bio­drze. Miała na sobie czarne, obci­słe dżinsy.

– Jestem dzien­ni­karką zaj­mu­jącą się zbrod­niami, więc dosko­nale zdaję sobie z tego sprawę. To jesz­cze jeden powód, dla­czego chcę go zabrać jak naj­da­lej stąd. Zaj­miemy się tym.

– Żad­nych wywia­dów bez mojej zgody.

Te słowa wystar­czyły, żeby Nad­ine zaczęła wyglą­dać i zacho­wy­wać się jak zwy­kle.

– Sły­sza­łaś coś o takim dro­bia­zgu, jak pierw­sza poprawka?

– Jeśli ktoś to zro­bił tej dziew­czy­nie, czyż nie wyko­nałby tańca rado­ści, gdyby stwier­dził, że jego podły czyn jest oma­wiany we wszyst­kich kana­łach plot­kar­skich? Miała na imię Jenna. Posta­rajmy się zacho­wać to w tajem­nicy, to oraz rolę Jake’a, naj­dłu­żej, jak się da.

– Masz rację. Nie zamie­rza­łam prze­pro­wa­dzać wywia­dów. Po pro­stu nie lubię, jak ktoś mi cze­goś zabra­nia. A oto i oni. Roarke jest jak skała, Dal­las.

– Wiem o tym. Zabierz Jake’a do domu. Przyj­dzie jutro rano do komendy na dodat­kowe prze­słu­cha­nie. Przy odro­bi­nie szczę­ścia i dzięki Mor­ri­sowi powin­nam już znać przy­czynę śmierci dziew­czyny.

Obej­rzała się na klub.

– A jeśli dopi­sze mi dużo szczę­ścia, może jesz­cze dziś w nocy będę miała podej­rza­nego.

– A co z pozo­sta­łymi człon­kami zespołu? Jake będzie chciał wie­dzieć. Są jak rodzina.

– Muszę z nimi poroz­ma­wiać i potem będą wolni. To cały pro­ces, Nad­ine. A oto Peabody z McNa­bem. Zabierz Jake’a do domu – powtó­rzyła i poszła w prze­ciwną stronę, żeby powi­tać swoją part­nerkę i jej oso­bi­stego narze­czo­nego.

Detek­tyw McNab, jedna z gwiazd wydziału infor­ma­tyki śled­czej, wyglą­dał w wor­ko­wa­tych spodniach w paski i wście­kle różo­wej koszulce jak arty­sta cyr­kowy jeż­dżący na mono­cy­klu i żon­glu­jący piłecz­kami.

W jed­nym uchu miał błysz­czące ćwieki i malut­kie kółeczka; dłu­gie blond włosy, zebrane w koń­ski ogon, poru­szały się w prawo i lewo, kiedy tanecz­nym kro­kiem zbli­żał się do Eve.

Peabody ciężko stą­pała w różo­wych kow­boj­kach. Miała na sobie czarne spodnie i różową, sto­no­waną koszulę, ale w ciem­nych wło­sach na­dal dostrzec można było liczne czer­wone pasemka.

– W alejce na tyłach klubu mamy mar­twą nasto­latkę, cze­kamy na prze­wie­zie­nie jej do kost­nicy. A w środku – cią­gnęła Eve – praw­do­po­dob­nie setkę albo wię­cej nasto­lat­ków, w tej chwili zaba­wia­nych przez zespół Ave­nue A. Uwzględ­nia­jąc per­so­nel, rodzi­ców lub opie­ku­nów, może ich wszyst­kich razem być bli­żej dwóch setek.

– Jak Jake? – spy­tała Peabody.

– Trzyma się. Musimy zacząć prze­słu­chi­wać ludzi w klu­bie i wypusz­czać ich do domów, a jesz­cze nie poja­wił się nikt z wydziału opieki spo­łecz­nej. Trzeba poin­for­mo­wać rodzi­ców ofiary. Muszę się tym teraz zająć. Peabody, zadzwoń jesz­cze raz do wydziału opieki spo­łecz­nej, powiedz, żeby natych­miast kogoś tu odde­le­go­wali, bo ina­czej dobiorę im się do tył­ków. Póki nie stawi się ktoś repre­zen­tu­jący prawa nie­let­nich, ogra­nicz się do prze­słu­chi­wa­nia doro­słych albo nie­let­nich, któ­rzy przy­szli tu z rodzi­cem lub opie­ku­nem.

– McNab, poroz­ma­wiaj z człon­kami zespołu, ustal chro­no­lo­gię wyda­rzeń, gdzie który z nich był. Koło dwu­dzie­stej dru­giej pięć­dzie­siąt pięć zro­bili sobie prze­rwę. Posta­raj się o nagra­nia z kamer moni­to­ringu, zain­sta­lo­wa­nych przy obu wej­ściach.

Opi­sała ofiarę i jak była ubrana.

– Ustal­cie, czy ktoś ją widział, widział cokol­wiek. Posta­ram się jak naj­szyb­ciej do was dołą­czyć.

Pode­szła do Roarke’a.

– Dzię­kuję, że zabra­łeś ich na spa­cer wokół kwar­tału.

– Wspa­niały wie­czór, w sam raz na spa­cery, nawet jeśli oko­licz­no­ści są tra­giczne.

– To będzie naprawdę bar­dzo trudna noc dla rodzi­ców ofiary. Zamie­rzam do nich poje­chać, by im prze­ka­zać tę smutną wia­do­mość.

– Bez Peabody?

– Nie mogę sobie pozwo­lić na taki luk­sus, kiedy w klu­bie prze­bywa tylu poten­cjal­nych świad­ków i podej­rza­nych. Słu­chaj, nie wiem, jak długo to potrwa, więc…

– Zamie­rzasz poin­for­mo­wać matkę i ojca o śmierci ich dziecka. – Wziął od niej zestaw pod­ręczny, by wsa­dzić go do bagaż­nika. – Będę ci towa­rzy­szył.

Zamknął bagaż­nik.

– Spraw­dzi­łaś ich?

– Jesz­cze nie.

– To może ja usiądę za kie­row­nicą, a ty się tym zaj­mij.

Wzięła głę­boki oddech, żeby nocne powie­trze cho­ciaż czę­ściowo wyparło trudne emo­cje.

– Zgoda. Miesz­kają obok Char­lesa i Louise.

– Naprawdę? – bąk­nął. – Zawsze, kiedy czło­wiek się dziwi, jak wielki jest świat, on nam przy­po­mina, jaki jest mały. Być może się znają.

– Taak. – Zajęła miej­sce w samo­cho­dzie. – Być może. Ofiara miała w torebce płytę. Pod­pi­saną PŁYTA DEMO DLA JAKE’A KIN­CADE’A.

– Ach. Powie­dzia­łaś mu o tym?

– Nie. Nie musi o tym wie­dzieć, póki tego nie spraw­dzę. Wypy­ta­łam go, czy ją znał, kon­tak­to­wał się z nią, czy coś mu mówi jej imię. Oświad­czył, że nie. Powie­dział, że zauwa­żył ją na par­kie­cie pod­czas ostat­niej pio­senki, którą wyko­ny­wali przed prze­rwą. Tań­czyła. Wie­rzę mu. Uwie­rzy­ła­bym mu nawet, gdy­bym go nie znała. Poza tym zga­dzają się godziny, co wyklu­cza go jako tego, który wbił jej igłę w ramię. Nawet gdyby jakoś ukrył przed kimś takim jak Nad­ine, jak ja, jak ty, że jest bez­względ­nym zabójcą nasto­latki.

– Ale mar­twi cię to.

– Ewen­tu­alny zwią­zek mię­dzy Jakiem a ofiarą nieco skom­pli­ko­wałby sprawę. Jego zezna­nia brzmią wia­ry­god­nie i na moją ocenę nie wpływa fakt, że go znam. Dodaj do tego chro­no­lo­gię wyda­rzeń. Lecz tak czy ina­czej to nieco kom­pli­kuje sprawy.

I musiała to wyja­śnić.

Ale teraz stała przed koniecz­no­ścią znisz­cze­nia na zawsze świata i losów trzech osób.

Zna­leźli się na spo­koj­nym Lower West Side, peł­nym sza­cow­nych kamie­nic z brą­zo­wego pia­skowca i drzew okry­tych let­nią zie­le­nią. Dostrze­gła świa­tło w dwóch oknach domu, w któ­rym miesz­kali Char­les i Louise. I przy­naj­mniej dwu­krot­nie wię­cej w rezy­den­cji pań­stwa Har­bo­ugh.

Cze­kają na powrót córki, pomy­ślała. Praw­do­po­dob­nie patrzą na zega­rek, odli­czają, kiedy powinna dotrzeć do domu. Wie­działa, że rodzice się nie­po­koją – zetknęła się z wie­loma takimi – a nie­któ­rzy wyobra­żają sobie naj­gor­sze.

Ale nikt nie wie­rzy w naj­gor­sze, póki nie zapuka ono do ich drzwi.

– Ona jest lekarką – powie­działa Eve Roarke’owi. – Być może znają się z Louise. On należy do kie­row­nic­twa firmy na Wall Street, stoi na czele jed­nego z oddzia­łów. Są mał­żeń­stwem od dwu­dzie­stu lat. Ona ma na swoim kon­cie zarzut napa­ści – była mniej wię­cej w wieku córki. Na jej życze­nie nie utaj­niono sprawy.

Eve wysia­dła z samo­chodu, sta­nęła na chod­niku, uważ­nie przyj­rzała się kamie­nicy.

– Zdzie­liła pię­ścią faceta pikie­tu­ją­cego kli­nikę dla kobiet, kiedy pró­bo­wał zabro­nić jej i jej matce wejść do środka.

Pode­szli do drzwi oświe­tlo­nych kin­kie­tami.

Porządne zabez­pie­cze­nia, odru­chowo stwier­dziła Eve, i przy­po­mniała sobie kartę magne­tyczną w torebce Jenny Har­bo­ugh, którą dziew­czyna już ni­gdy się nie posłuży.

Naci­snęła dzwo­nek i poczuła, jak Roarke przy­ci­ska dłoń do jej ple­ców, by oka­zać jej wspar­cie.

Otwo­rzył im chudy męż­czy­zna ze strze­chą brą­zo­wych wło­sów, poprze­ty­ka­nych siwi­zną. Miał na sobie szare spodnie dre­sowe i T-shirt z napi­sem: PONIE­WAŻ.

Jego pocią­głą twarz pokry­wał – w oce­nie Eve – dwu­dniowy zarost. Rzu­cił im uprzejmy uśmiech, ale w jego orze­cho­wych oczach malo­wała się cie­ka­wość.

– Słu­cham pań­stwa?

– Panie Har­bo­ugh, jestem porucz­nik Dal­las z nowo­jor­skiej poli­cji. – Poka­zała mu odznakę.

Nim zdą­żyła cokol­wiek dodać, skrzy­wił się.

– Jezu, czy ma jakieś kło­poty? Nasto­latki w klu­bie roc­ko­wym, cóż złego mogło ją spo­tkać? Jule! Zdaje się, że musimy wpła­cić kau­cję. Prze­pra­szam, pro­szę wejść. Nie wró­ciła do domu na czas – cią­gnął – więc czeka ją kara.

– Panie Har­bo­ugh – znów ode­zwała się Eve, kiedy zna­leźli się w holu. Na prawo pro­wa­dziło sze­ro­kie przej­ście do pokoju rodzin­nego, na lewo do mniej­szego pomiesz­cze­nia, a na wprost schody na górę.

– Nie odbiera tele­fonu. – W holu poja­wiła się kobieta. Ze zmarsz­czo­nym czo­łem wpa­try­wała się w trzy­many w dłoni tele­fon. Mie­sza­nej rasy, z burzą falu­ją­cych brą­zo­wych wło­sów z jaśniej­szymi pasem­kami, o brą­zo­wych oczach, które odzie­dzi­czyła po niej córka.

– Ta dziew­czyna jest…

Urwała, kiedy unio­sła wzrok, zoba­czyła Eve i Roarke’a.

Jej oczy stały się puste, twarz posza­rzała.

– Wiem, kim jeste­ście. Co się stało Jen­nie? Gdzie jest Jenna?

– Pani dok­tor Har­bo­ugh…

– Powiedz­cie to. – Julia wycią­gnęła dłoń i zła­pała kur­czowo ramię męża.

– Z żalem zawia­da­miam, że pań­stwa córka nie żyje.

– Co takiego? – zapy­tał Shane gniew­nym tonem. – To jakaś bzdura. Pro­szę natych­miast opu­ścić nasz dom.

– Shane. – Julia odwró­ciła się, objęła męża. – Nasza córeczka. Nasza córeczka.

– To nie­prawda. Dość tego. Jen­nie nic nie jest. Lada chwila wróci do domu. Pojadę po nią. Natych­miast po nią jadę.

– Shane. – Łzy pły­nęły po policz­kach Julii. Odsu­nęła się nieco od męża, żeby spoj­rzeć mu w oczy.

I to, co zoba­czył na jej twa­rzy, spra­wiło, że jego gniew prze­mie­nił się w szok, potem wypar­cie, na koniec bez­gra­niczną roz­pacz.

– Nie – powie­dział. – Nie, nie, nie.

Osu­nął się na pod­łogę. Julia nie wypu­ściła go z objęć.

– To pomyłka – wydu­sił z sie­bie, dygo­cząc na całym ciele. – To jakaś okropna pomyłka. Jenna lada chwila wróci do domu.

– Shane. Shane, musisz mi pomóc. Musisz się trzy­mać i mi pomóc. Musimy wie­dzieć, co się stało.

– Nie wie­rzę w to. Nie uwie­rzę w to. Julio, tu cho­dzi o Jennę.

– Wiem. Wiem. – Ujęła jego twarz w obie dło­nie, poca­ło­wała go w oba policzki. – Pro­szę, wstań. Musimy poznać prawdę. Cho­dzi o Jennę. Musimy poznać prawdę.

Pomo­gła mężowi sta­nąć na nogi, spoj­rzała na Eve.

– Musimy wie­dzieć, co się stało.

– Usiądźmy. Powiem pań­stwu tyle, ile wiem.

2

Pokój dzienny był bar­dzo sty­lowo urzą­dzony, stało tu kilka anty­ków, wisiały nastro­jowe obrazy, komi­nek obra­mo­wano bia­łym mar­mu­rem z nie­bie­skim żył­ko­wa­niem.

Pań­stwo Har­bo­ugh usie­dli obok sie­bie na kana­pie, powta­rza­ją­cej motyw nie­bie­skiego żył­ko­wa­nia. Eve zajęła miej­sce w sto­ją­cym naprze­ciwko bia­łym uszaku.

– Czy ma pani pew­ność, że to ona? Znam odpo­wiedź – powie­działa Julia. – Ale…

– Tak. Bar­dzo mi przy­kro z powodu pań­stwa straty.

Eve czę­sto się zasta­na­wiała, czy te słowa brzmią rów­nie pusto w uszach osób, które stra­ciły kogoś bli­skiego, jak w jej.

– Koło jede­na­stej wie­czo­rem Jenna poja­wiła się w alejce na tyłach klubu Rock It. Według zeznań świadka bar­dzo źle się czuła i wkrótce stra­ciła przy­tom­ność. Świa­dek zadzwo­nił pod dzie­więć­set jede­na­ście, by wezwać karetkę pogo­to­wia, i przy­stą­pił do reani­ma­cji.

– Ale… ale… prze­cież jest w pełni zdrowa. I ma dopiero szes­na­ście lat – zapro­te­sto­wał Shane. – Julio, zale­d­wie parę tygo­dni temu zro­bi­łaś jej wszyst­kie bada­nia kon­tro­lne.

– Ratow­nicy medyczni przy­byli po pię­ciu minu­tach od wezwa­nia, ale Jenna już nie żyła. Na lewym ramie­niu miała świeży ślad od ukłu­cia igłą.

– Co takiego!? – Shane zerwał się na równe nogi. – Zamie­rza pani twier­dzić, że nasza córka wstrzyk­nęła sobie jakieś nie­do­zwo­lone sub­stan­cje? Że jest ćpunką?

– Shane, prze­stań. Natych­miast prze­stań.

– To jakieś pier­doły, Julio. To okrutne.

– Panie Har­bo­ugh, prze­pro­wa­dzi­łam oglę­dziny na miej­scu i nie stwier­dzi­łam nic, co by świad­czyło, że pań­stwa córka nało­gowo zaży­wała nar­ko­tyki. Według mnie lekarz sądowy to potwier­dzi. Ale muszę zapy­tać, czy wie­dzieli pań­stwo lub podej­rze­wali, że córka eks­pe­ry­men­to­wała z zaka­za­nymi sub­stan­cjami.

– Wiem bez cie­nia wąt­pli­wo­ści, że nie. Jestem leka­rzem, nie­spełna trzy tygo­dnie temu prze­pro­wa­dzi­łam pełne bada­nia pro­fi­lak­tyczne u obojga naszych dzieci. Wie­dzia­ła­bym jako lekarz. Wie­dzia­ła­bym jako matka. Wspo­mniała pani o igle. Jenna panicz­nie boi się igieł. Ma pro­blemy nawet ze strzy­kawką ciśnie­niową. Ni­gdy z wła­snej woli nie uży­łaby strzy­kawki z igłą. Ni­gdy, prze­nigdy.

– Usiądź, Shane – zwró­ciła się Julia do swo­jego męża. – To porucz­nik Dal­las. Przy­jaźni się z Char­le­sem i Louise. Pra­cuje w wydziale zabójstw.

– W wydziale zabójstw. – Usiadł wolno i cała krew odpły­nęła mu z twa­rzy. – Ktoś zabił naszą córeczkę? Jak mogło do tego dojść, u dia­bła? To przy­zwo­ity klub. Byłem tam z Julią. Wybra­li­śmy się do niego w ubie­głym tygo­dniu, żeby się upew­nić, nim pozwo­li­li­śmy Jen­nie tam pójść.

– Jesz­cze nie wiem, czy mamy do czy­nie­nia z zabój­stwem. Pro­wa­dzimy śledz­two. Detek­tywi prze­słu­chują wszyst­kich obec­nych w klu­bie. Roz­ma­wia­łam ze świad­kami. Na razie nie mogę powie­dzieć nic kon­kret­nego. Uzna­łam, że istotne jest jak naj­szyb­sze poin­for­mo­wa­nie pań­stwa o tym, co się wyda­rzyło.

– Czy wciąż tam jest? – Julia splo­tła dłoń z dło­nią Shane’a, zaci­snęła ją mocno. – Musimy ją zoba­czyć.

– Nie, została zabrana. Popro­si­łam głów­nego leka­rza sądo­wego, żeby się nią zajął. I mogę pań­stwa zapew­nić, że nikt nie okaże jej więk­szego sza­cunku. Wiem, że bar­dzo pań­stwu ciężko, ale naj­le­piej będzie, jak wstrzy­mają się pań­stwo do jutra, do czasu, aż się z pań­stwem skon­tak­tuje.

– Wie pani, że jest nam ciężko? Czy kie­dy­kol­wiek na progu pani domu poja­wił się ktoś obcy i oświad­czył, że pani dziecko leży mar­twe w jakimś zaułku?

– Shane. – Julia obej­rzała się, sły­sząc odgłosy kro­ków na scho­dach. – To Reed. Shane, zapro­wadź go z powro­tem na górę. Niczego mu nie mów. Pro­szę. Powiemy mu razem rano.

Shane pospiesz­nie wyszedł, a Julia zwró­ciła się do Eve.

– Prze­pra­szam za mojego męża.

– Nie­po­trzeb­nie. Dok­tor Har­bo­ugh, bar­dzo by mi pomo­gło, gdy­bym mogła obej­rzeć pokój Jenny, by pozwo­liła mi pani go prze­szu­kać.

Na twa­rzy Julii odma­lo­wała się jesz­cze więk­sza udręka. Kobieta splo­tła dło­nie.

– Jej pokój jest naprze­ciwko pokoju Reeda.

– Mogę wstrzy­mać się do jutra.

– Sprze­czali się ze sobą, jak to się zda­rza mię­dzy rodzeń­stwem, ale był zapa­trzony w Jennę. Kłó­cili się i dogry­zali sobie nawza­jem, ale łączyła ich silna więź. Nie wiem, jak mu o tym powiemy. Czy jej dziad­kom albo… Boże, poszła z Chel­sea i Leelee. Swo­imi przy­ja­ciół­kami. Nic im nie jest?

– O ile mi wia­domo nic. Poli­cja szybko poja­wiła się na miej­scu. Poroz­ma­wiam z nimi, kiedy wrócę do klubu.

– Powie­działa pani, że był świa­dek śmierci Jenny. – Julia obiema dłońmi otarła łzy. – Czy to on mógł być sprawcą?

– Wąt­pię. Prze­czy temu czas i kolej­ność wyda­rzeń, co potwier­dził drugi świa­dek. Dok­tor Har­bo­ugh, dopiero przy­stą­pi­li­śmy do śledz­twa, dla­tego mam teraz wię­cej pytań niż odpo­wie­dzi. Powie­działa pani, że Jenna poszła do klubu z przy­ja­ciół­kami.

– Tak, i mogę za nie ręczyć. Znam je, znam ich rodzi­ców.

– Czy Jenna miała chło­paka?

– Wła­ści­wie nie. Od czasu do czasu wycho­dziła do kina czy gdzieś na mia­sto, ale na ogół całą grupą. Ma szes­na­ście lat, więc natu­ral­nie inte­re­suje się chło­pa­kami. Ale Jenna przede wszyst­kim kocha muzykę. Chce pisać pio­senki i je wyko­ny­wać. Mię­dzy innymi dla­tego pozwo­li­li­śmy jej iść do klubu dziś wie­czo­rem. Ubó­stwia Ave­nue A. Robią to, o czym Jenna marzy, roz­po­częli karierę, kiedy byli w jej wieku. Są jej ido­lami. Szcze­gól­nie Jake Kin­cade.

Uśmiech­nęła się lekko.

– Jaki nasto­la­tek może kon­ku­ro­wać z gwiazdą rocka?

– Czy poznała go oso­bi­ście?

– To jej kolejne marze­nie, cho­ciaż podej­rze­wam, że by zemdlała, gdyby go spo­tkała oso­bi­ście. Nawet nagrała płytę demo, cał­kiem dobrą. Wpraw­dzie jako jej matka mogę nie być obiek­tywna, ale według mnie Jenna jest uta­len­to­wana. Ubz­du­rała sobie, że dziś wie­czo­rem znaj­dzie spo­sób, by mu ją wrę­czyć. On natu­ral­nie odsłu­chałby płytę i pomógłby jej zostać gwiazdą. Nie mogłam jej znie­chę­cać. Marze­nia są ważne.

Przy­ci­snęła rękę do ust, zaczęła się kiwać.

– Dok­tor Har­bo­ugh – łagod­nie prze­mó­wił Roarke. – Czy przy­nieść pani wody? Czy zadzwo­nić do kogoś w pani imie­niu?

– Nie, nie, dzię­kuję. – Wzięła głę­boki oddech. – Dzię­kuję. Wiem, jak dziw­nie to zabrzmi, ale czuję się nie­mal tak, jak­bym pań­stwa znała. Char­les i Louise… Z pew­no­ścią wie­cie, że miesz­kają przez ścianę… Z wiel­kim uzna­niem mówią o was obojgu. No i ten film… o Icove’ach. Obej­rze­li­śmy go całą rodziną. Czy naprawdę będzie pani pra­co­wała z takim zaan­ga­żo­wa­niem, by usta­lić, co spo­tkało moją córeczkę?

– Ja odpo­wiem na to pyta­nie. – Roarke poło­żył dłoń na ręce Eve. – Z całą pew­no­ścią. Nie spo­cznie, póki nie znaj­dzie odpo­wie­dzi.

– Musimy je poznać – ode­zwała się Julia. – Ale nawet jeśli udzieli nam pani odpo­wie­dzi, nie zwróci nam pani Jenny.

– Nie, nie mam takich mocy. Mogę się jed­nak posta­rać, żeby spra­wie­dli­wo­ści stało się zadość.

* * *

Kiedy wyszli, Roarke mil­czał, póki nie zna­leźli się obok samo­chodu. Dopiero wtedy się odwró­cił, objął Eve.

– Daj mi minutkę. – Przy­tknął czoło do jej czoła.– Jest mi to potrzebne. Ze wszyst­kiego, co robisz, ze wszyst­kiego, co widzia­łem albo czego byłem czę­ścią, ten obo­wią­zek, to okropne brze­mię jest naj­strasz­niej­sze. Nie wiem, jak możesz je dźwi­gać.

– Po pro­stu muszę to robić. Ale przy­się­gam na Boga, Roarke, że za każ­dym kolej­nym razem to brze­mię zdaje się cięż­sze.

– U Char­lesa i Louise wciąż pali się świa­tło. Chcia­ła­bym krótko z nimi poroz­ma­wiać o Jen­nie Har­bo­ugh, poznać ich opi­nię o niej.

– Jasne. Muszę powie­dzieć, że według mnie rodzice Jenny nie ściem­niali. Mówię to jako kon­sul­tant i cywilny rze­czo­znawca.

– Zga­dzam się, ale mimo wszystko to jej rodzice. Chcia­ła­bym się prze­ko­nać, czy Char­les i Louise mają o niej takie samo zda­nie. Wtedy wła­ści­wie będę mogła wyklu­czyć, że sama ścią­gnęła na sie­bie śmierć.

Roarke ujął dłoń Eve i ruszyli chod­ni­kiem.

– Już w to nie wie­rzysz.

– Wiara to za mało. Podob­nie jak ich zda­nie, ale zawsze to coś. No i zyskam opi­nię o rodzi­nie Har­bo­ugh osób, któ­rych zda­nie wysoko sobie cenię.

Prze­szli przez furtkę, ruszyli alejką, pro­wa­dzącą przez malutki ogró­dek, gdzie Eve wio­sną widziała raz dok­tor Louise Dimatto sadzącą kwiatki.

Teraz były w peł­nym roz­kwi­cie.

Zadzwo­nili. Otwo­rzył im Char­les, były licen­cjo­no­wany pan do towa­rzy­stwa, obec­nie sek­su­olog.

– Pro­szę, pro­szę, kogo tu mamy. Cie­szę się, że cię widzę, Roarke. I cie­bie, słodka pani porucz­nik. Wchodź­cie, wchodź­cie. Louise wła­śnie poszła po kolejną butelkę wina.

Cof­nął się, wysoki i zabój­czo przy­stojny w czar­nych, jedwab­nych domo­wych spodniach i luź­nej koszuli koloru jagód.

– Napiję się wina innym razem – powie­działa mu Eve. – Jestem na służ­bie.

– Och. Czyli nie wpa­dli­ście do nas pod wpły­wem chwili.

– Nie­stety nie, przy­kro nam.

– Wybra­łam sau­vi­gnon blanc. Jeśli zabie­rzemy wino na górę, mogę…

Louise, ele­gancka i sek­sowna w bia­łych, jedwab­nych spodniach i bia­łym topie na wąskich ramiącz­kach, zatrzy­mała się z butelką wina w dłoni.

– Och. Och – powtó­rzyła i wes­tchnęła. – Kto nie żyje?

– Jenna Har­bo­ugh.

– Jezu, nie. – Char­les prze­su­nął dło­nią po wło­sach. – Jasna cho­lera, to jesz­cze dziecko. I to nie może być nie­szczę­śliwy wypa­dek, skoro tu jeste­ście.

– Czy powin­nam zaj­rzeć do Julii? – Louise odsta­wiła wino i pode­szła do nich.

– Może jutro. Pozwo­li­cie, byśmy zajęli wam minutkę?

– Natu­ral­nie. Czy coś się wyda­rzyło w klu­bie? – spy­tała Louise, kiedy skie­ro­wali się do pokoju dzien­nego. – Wiem, że Jenna razem ze swo­imi dwiema przy­ja­ciół­kami wybrała się dziś wie­czo­rem do Rock It. Latem Ave­nue A daje tam kon­cert dla nie­peł­no­let­nich.

Na sto­liku kawo­wym stały kie­liszki, deska z serami. Poduszki na kana­pie były zmięte.

Eve, doświad­czona śled­cza, wyde­du­ko­wała, że nie­dawno na kana­pie upra­wiano seks.

Louise strzep­nęła poduszki, nim usie­dli.

– Boże, to okropne. Jenna była taka prze­jęta. Przy­bie­gła do mnie, żebym zaak­cep­to­wała jej strój. – Louise zaci­snęła powieki, się­gnęła po dłoń Char­lesa. – Naj­wy­raź­niej uznała, że lepiej znam się na modzie od jej matki.

– Przy­jaź­ni­cie się?

– Nie­mal od chwili, kiedy Char­les kupił ten dom.

– I Louise namó­wiła Julię, żeby dwa razy w mie­siącu pra­co­wała jako wolon­ta­riuszka w jej kli­nice – dodał Char­les. – Co spo­tkało Jennę?

– Przedaw­ko­wała.

– Wyklu­czone. – Louise pokrę­ciła głową, patrząc Eve pro­sto w oczy. – Nie ćpała.

– Jesteś tego pewna?

– Stu­pro­cen­towo. – Louise spoj­rzała na Char­lesa, który ski­nął głową. – Wyklu­czone, by dziew­czyna zaży­wała nar­ko­tyki. Po pierw­sze, Julia jest świetną lekarką, zorien­to­wa­łaby się. Jest rów­nież tro­skliwą, zaan­ga­żo­waną matką. Two­rzą bar­dzo zżytą rodzinę. Poza tym ja bym coś zauwa­żyła, podob­nie jak Char­les.

– Wystar­czy jeden raz – zwró­ciła im uwagę Eve.

– Jenna nie zro­bi­łaby tego – upie­rał się Char­les. – Szcze­gól­nie dziś wie­czo­rem. Od mie­sięcy szy­ko­wała się na ten kon­cert. I ma swoje zasady. Ostat­nia rzecz, na którą by się zde­cy­do­wała, to zażyć nar­ko­tyk w wie­czór, któ­rego z taką nie­cier­pli­wo­ścią wycze­ki­wała.

– Rozu­miem, że Mor­ris nie prze­pro­wa­dził jesz­cze sek­cji zwłok. Potwier­dzi, że nie zmarła z przedaw­ko­wa­nia.

– Nie­stety tak – popra­wiła ich Eve. – Cho­ciaż wszystko świad­czy o tym, że nie zażyła nar­ko­tyku z wła­snej woli.

– Ktoś jej go dosy­pał?

– Wstrzyk­nął, posłu­gu­jąc się strzy­kawką z igłą.

– Ni­gdy nie uży­łaby igły. I tak, jestem tego pewna – powie­działa Louise. – Jenna bała się igieł. Ktoś wstrzyk­nął jej nar­ko­tyk, Dal­las. Ktoś zro­bił to tej słod­kiej, mło­dej dziew­czy­nie.

– Wie­cie, żeby miała z kimś jakieś pro­blemy?

– Ja nie. – Zasta­na­wia­jąc się nad tym, Louise przy­ci­snęła palce do skroni. – Uma­wiała się z jakimś chło­pa­kiem, ale to nie było nic poważ­nego. Jej naj­więk­szą miło­ścią była muzyka. Kiedy jej powie­dzia­łam, że znamy człon­ków zespołu Ave­nue A, i że Jake jest zwią­zany z naszą przy­ja­ciółką, nie­mal padła mi do nóg. A kiedy jej jesz­cze wspo­mnia­łam o Mavis… Dosłow­nie zanie­mó­wiła.

– Wiem, że nagrała płytę demo. Miała nadzieję, że dziś wie­czo­rem uda jej się wrę­czyć ją Jake’owi – wtrą­cił Char­les. – I wiem, że gdyby jej się to nie udało, zamie­rzała namó­wić nas, żeby­śmy to my ją jemu wrę­czyli.

– Zga­dza się – potwier­dziła Louise. – Wie­dzia­łam, że na to się zanosi. Dal­las, to była naprawdę słodka, bar­dzo inte­li­gentna dziew­czyna. I nie­wąt­pli­wie miała ładny głos. Wpraw­dzie nie jestem eks­per­tem w tej dzie­dzi­nie, ale według mnie miała talent do kom­po­no­wa­nia pio­se­nek. Rodzice o nią dbali, miała grono przy­ja­ció­łek, dobrze sobie radziła w szkole. Nie wiem, czemu ktoś chciałby ją skrzyw­dzić.

– No dobrze, bar­dzo mi pomo­gli­ście. Na nas czas.

– Czy możesz nas infor­mo­wać na bie­żąco? – spy­tała Louise, kiedy wstali. – Wiem, że nie możesz się z nami podzie­lić wszyst­kim, ale będziemy wdzięczni za to, co wolno ci będzie ujaw­nić. I czy możemy jakoś pomóc?

– Będą potrze­bo­wali kogoś, kto ich wes­prze – powie­dział Roarke.

– Mogą liczyć na nas – zapew­nił go Char­les.

– To mi wystar­czy – oświad­czyła Eve, kiedy wra­cali do samo­chodu. – Wpraw­dzie to nie jest nie­zbity fakt, ale wszystko się potwier­dza.

– Nie wspo­mnia­łaś im ani sło­wem o Jake’u.

– Nie musia­łam, żeby dowie­dzieć się tego, co mnie inte­re­so­wało. Dość szybko o nim usły­szą. Powi­nie­neś wró­cić do domu, bo zaj­mie mi nieco czasu prze­słu­cha­nie osób w klu­bie.

– Też ją widzia­łem. Młodą, mar­twą dziew­czynę w zaułku. – Roarke usiadł za kie­row­nicą. – Zostanę z tobą.

Nie opo­no­wała. Wsparła głowę na zagłówku, zamknęła oczy.

– Kochali się na kana­pie.

– No cóż, my też zamie­rza­li­śmy to zro­bić.

Uśmiech­nęła się.

– Dobrze, że zaczę­li­śmy wcze­śniej w pokoju gier, kiedy pozwo­li­łam, byś mnie poko­nał w grze na flip­pe­rze.

– Chcesz w to wie­rzyć. Oszu­ki­wa­łem w pierw­szej run­dzie, żeby dać ci fory.

– Gówno prawda. Doma­gam się rewanżu.

– Pro­szę bar­dzo.

Zapar­ko­wali przed klu­bem i Eve stwier­dziła, że Peabody pole­ciła, by zabez­pie­czono budy­nek, wezwała posiłki. Za barier­kami stała grupka osób.

– Dzie­ciaki wysłały SMS-y do swo­ich rodzi­ców – domy­ślił się Roarke. – I poja­wili się, żeby zabrać swoje pocie­chy.

– Powin­nam była to prze­wi­dzieć.

– Sku­pi­łaś się tylko na jed­nym dziecku.

– Do tej pory z pew­no­ścią już prze­słu­chali i wypu­ścili część dzie­cia­ków. Prze­ko­najmy się, jak wygląda sytu­acja.

Eve skie­ro­wała się do drzwi, przez które aku­rat wypa­dli chło­pak i dziew­czyna.

Zza barie­rek roz­le­gły się nawo­ły­wa­nia.

– Dar­lie! Tan­ner!

Para nasto­lat­ków prze­wró­ciła oczami, spo­glą­da­jąc na sie­bie, ale pobie­gła w stronę, skąd roz­le­gło się nawo­ły­wa­nie.

Tych dwoje, pomy­ślała Eve, w prze­ci­wień­stwie do Jenny, dzi­siej­szą noc spę­dzi we wła­snych łóż­kach.

Weszła do środka.

Włą­czone na full oświe­tle­nie uka­zy­wało dość obskurne wnę­trze. Pod­nisz­czone sto­liki, pory­so­wany par­kiet, w głębi bar. Półki, na któ­rych zwy­kle stoi alko­hol, były puste.

W powie­trzu uno­sił się zapach lan­dry­nek i potu.

Pot jej nie zasko­czył, bo w klu­bie było bli­sko trzy­dzie­ści stopni.

Poczuła ulgę, widząc, że nie będzie miała do czy­nie­nia z dwiema set­kami osób do prze­słu­cha­nia. Oce­niła, że ich liczba zmniej­szyła się do około pięć­dzie­siątki. Przy­naj­mniej w głów­nej sali klu­bo­wej.

Dostrze­gła McNaba, roz­ma­wia­ją­cego przy sto­liku z dwójką nasto­lat­ków. Pozo­stali sie­dzieli na krze­słach. Byli wyraź­nie pode­ner­wo­wani, wymie­niali się uwa­gami. Nie­któ­rzy pró­bo­wali przy­brać znu­dzone albo zbun­to­wane miny, ale nie­zu­peł­nie im to wycho­dziło.

Męż­czy­zna, przy­po­mi­na­jący księ­go­wego, w wor­ko­wa­tych spodniach, z opa­da­ją­cymi, jasnymi wło­sami i wydat­nym brzu­chem, pospie­szył w ich stronę.

– Pani to porucz­nik Dal­las. A pan to Roarke. – Ujął dłoń Roarke’a, ener­gicz­nie nią potrzą­snął, potem rów­nie ener­gicz­nie potrzą­snął dło­nią Eve. – Jestem Harve Gre­en­baum. To mój lokal. Jestem wstrzą­śnięty, zwy­czaj­nie wstrzą­śnięty tym, co się wyda­rzyło. Przez te wszyst­kie lata, odkąd kie­ruję tym klu­bem, ni­gdy nie mie­li­śmy do czy­nie­nia z czymś takim. Jasne, że musie­li­śmy cza­sem wyko­pać gościa, ale coś takiego? Do tego w wie­czór dla nie­peł­no­let­nich? Biedna dziew­czyna.

– Panie Gre­en­baum…

– Harve, pro­szę mi mówić Harve. Pan Gre­en­baum to mój sta­ru­szek.

– Harve, czy ktoś cię prze­słu­chał?

– Tak, tak. Tam­ten blon­das. – Wska­zał McNaba. – Z całą pew­no­ścią nie wygląda na gli­nia­rza, ale zna się na swo­jej robo­cie. Roz­ma­wiał ze mną i z Glo, moją part­nerką w życiu i inte­re­sach.

– Powie­dział wam, że może­cie wró­cić do domu?

– Nie ruszymy się stąd, póki ostatni dzie­ciak nie zosta­nie pusz­czony do domu. I modlę się do Boga, by dotarł tam bez­piecz­nie. To się wyda­rzyło w naszym klu­bie. Glo mówi, że nie powi­nie­nem cią­gle tego powta­rzać, i że dobiorą się nam do tył­ków. Ale dobry Jezu, prze­cież to nasz lokal.

– Rozu­miem. Możesz mi powie­dzieć, gdzie znajdę detek­tyw Peabody?

– Ach, dziew­czyna w różo­wych kow­boj­kach. Jest na zaple­czu i prze­słu­chuje dzie­ciaki. Per­so­nel i człon­ków zespołu już prze­słu­chano. Dobry Boże, biedny Jake. Jake i chło­paki nie zapo­mi­nają o swo­ich korze­niach.

– Czy możesz mnie zapro­wa­dzić do detek­tyw Peabody?

– Jasne. Och, pan jest wła­ści­cie­lem budynku, prawda?

– Prawda – potwier­dził Roarke.

– No cóż, przy­kro mi, że poru­szam tę sprawę w takiej chwili, ale dziś wysia­dła kli­ma­ty­za­cja. Nie mie­li­śmy czasu tego zgło­sić…

– Zajmę się tym.

– Będę bar­dzo wdzięczny. Zawsze, jak coś nawali, pań­scy ludzie natych­miast to napra­wiają.

– Spy­taj, czy McNab miał oka­zję spraw­dzić nagra­nia z kamer moni­to­ru­ją­cych, zain­sta­lo­wa­nych w wej­ściach – zwró­ciła się Eve do Roarke’a.

– Dałem mu kopię nagra­nia – poin­for­mo­wał Harve.

– Rzuć na to okiem z łaski swo­jej. – Zosta­wiw­szy to Roarke’owi, Eve poszła z Harve’em.

– Zaple­cze nie pre­zen­tuje się jakoś szcze­gól­nie. Nie mamy gar­de­rób ani niczego z tych rze­czy.

– Nie szko­dzi.

Minęli toa­lety, poko­nali krótki kory­tarz, mija­jąc drzwi wycho­dzące na alejkę, gdzie Eve wyczuła zapach wymio­cin i płynu do pod­łóg. I zna­leźli się na zaple­czu.

Ośmioro nasto­lat­ków sie­działo na krze­słach usta­wio­nych pod ścianą. Eve zoba­czyła drzwi z tabliczką TYLKO DLA PER­SO­NELU, kolejne pomiesz­cze­nie z kil­koma wie­sza­kami na ubra­nia i drzwi z tabliczką BIURO.

– Tam ich prze­słu­chuje. Może przy­niosę pani coś zim­nego do picia? Tro­chę tu gorąco. Mnie to nie prze­szka­dza, nie­mniej jest gorąco.

– Chęt­nie napiję się pepsi.

– Zała­twione. – Zapu­kał, wsu­nął głowę przez drzwi. – Jest tu Sze­fowa Glina.

Weszła do poko­iku mniej­szego od jej gar­de­roby w sypialni. Cho­ciaż pozba­wiony okien, według Eve było w nim ośle­pia­jąco widno, a do tego pano­wał w nim ide­alny porzą­dek. Peabody sie­działa za biur­kiem naprze­ciwko drzwi. Na krze­słach sie­działy dwie nasto­latki, jedna z wło­sami tak jaskra­wo­ró­żo­wymi jak kow­bojki Peabody, druga z fio­le­to­wymi wło­sami po jed­nej stro­nie głowy, a jaskra­wo­ró­żo­wymi po dru­giej.

Eve przy­pusz­czała, że maki­jaż, jaki każda z dziew­czyn nało­żyła, musi ważyć z pięć kilo­gra­mów.

– Okej, Gabby, okej, Apple, to mi wystar­czy, dzię­kuję. Gabby, twoja mama czeka przed klu­bem. A twoja mama, Apple, pozwo­liła ci zostać na noc u Gabby, jak to wcze­śniej zapla­no­wa­ły­ście.

– Teraz przy­pusz­czal­nie nie wolno nam będzie iść do klubu, zanim nie skoń­czymy dwu­dzie­stu lat. Ale kaszana – dodała Gabby, nim wyszła razem z Apple.

– Kaszana?

– Ale kicha.

– Tak mogłaby powie­dzieć mar­twa dziew­czyna. Jak sytu­acja?

– Wła­ści­wie tro­chę się nam poszczę­ściło. Roz­ma­wia­łam z dwiema dziew­czy­nami, które przy­szły z ofiarą.

– Chel­sea i Leelee.

– Zga­dza się. Uwierz mi, obie uwa­żają, że śmierć Jenny to kaszana. Kiedy udało mi się je uspo­koić, podały mi kilka fak­tów.

Peabody odchy­liła się na krze­śle, prze­su­nęła dłońmi po twa­rzy, po wło­sach.

– Wybacz, jestem sko­nana. Mia­łam do czy­nie­nia z napa­stli­wymi, prze­ra­żo­nymi, nadą­sa­nymi, pyska­tymi, zapła­ka­nymi. I nie tylko.

Roz­le­gło się puka­nie do drzwi, nim wszedł Harve.

– Przy­nio­słem ci coś do picia.

– Harve, jesteś cudowny.

– A dla pani pepsi, sze­fowo.

– Dzię­kuję.

– Mam przy­pro­wa­dzić kolej­nego dzie­ciaka?

– Daj nam minutkę – popro­siła go Eve.

– Jasne. Jeśli będzie­cie cze­goś potrze­bo­wały, wystar­czy, jak krzyk­nie­cie.

– No więc opo­wiedz mi o naszym szczę­śli­wym tra­fie – zwró­ciła się Eve do Peabody.

– Obie dziew­czyny zeznały to samo. Tań­czyły, oka­zało się, że zespół wyko­ny­wał ostat­nią pio­senkę przed prze­rwą. W pew­nym momen­cie Jenna zapisz­czała. Powie­działa im, że Jake spoj­rzał na nią i się uśmiech­nął. Według słów Leelee Jake jest bożysz­czem Jenny. Obie potwier­dziły, że miała w torebce swoją płytę demo i zamie­rzała zna­leźć spo­sób, by mu ją wrę­czyć. Kocha…

– Muzykę, pisa­nie pio­se­nek. Już o tym wiem.

– Tak czy owak powie­działy, że była cała w skow­ron­kach – ich okre­śle­nie – czyli roz­pro­mie­niona i prze­jęta. Zamie­rzała wró­cić do ich sto­lika, żeby ochło­nąć, a one poszły do baru po coś do picia.

– Alko­hol jest pod klu­czem, Dal­las. Nikt nie miał do niego dostępu. Chel­sea oświad­czyła, że po tym, co nazy­wają „Uśmiech Jake’a”, a przed koń­cem pio­senki, po któ­rej zamie­rzały pójść do baru po napoje, Jenna zła­pała się za ramię. Powie­działa, że coś albo ktoś ją dziab­nął.

– Kiedy były na par­kie­cie?

– Zga­dza się. Leelee oświad­czyła, że Jenna rozej­rzała się, może kogoś zoba­czyła. Może, bo żadna z nich wła­ści­wie niczego nie zauwa­żyła. Ale Jenna rzu­ciła „dupek” w czy­jąś stronę. Zostały na par­kie­cie do końca pio­senki, poroz­ma­wiały chwilę i się roz­dzie­liły.

Peabody urwała, pocią­gnęła długi łyk napoju gazo­wa­nego.

– Nie wie­dzą, ile czasu zajęło im kupno napo­jów. Ale dobrą chwilę. Kiedy dotarły do sto­lika, pomy­ślały, że Jenna poszła do toa­lety – a może nawet udało jej się dorwać Jake’a. Potem same poszły do toa­lety, co też zajęło im dobrą chwilę. Nim wró­ciły do sto­lika, człon­ko­wie Ava­nue A, ale bez Jake’a, zaczęli zapra­szać chęt­nych na estradę, by coś zaśpie­wali do mikro­fonu.

– Roz­glą­dały się za Jenną, przy­pusz­cza­jąc, że wej­dzie na estradę, wykona swoją pio­senkę. Obie wysłały do niej SMS, Leelee jesz­cze raz udała się do toa­lety na poszu­ki­wa­nie Jenny. I mniej wię­cej wtedy poja­wi­łam się ja z McNa­bem.

– Czy spo­tkały tu jakichś zna­jo­mych?

– Tak, kilka osób z ich szkoły, kilka miesz­ka­ją­cych nie­da­leko nich. Dla tych dzie­cia­ków ten kon­cert to wiel­kie wyda­rze­nie.

– Czy Jenna miała chło­paka, dziew­czynę?

– Nikogo na poważ­nie.

– Czy na kon­cer­cie potrak­to­wała kogoś obce­sowo?

– Mówią, że nie. Zatań­czyła parę razy z chło­pa­kami, któ­rzy popro­sili ją do tańca. Ale dziś wie­czo­rem nie była zain­te­re­so­wana nawią­zy­wa­niem nowych zna­jo­mo­ści. Tań­czyły razem z innymi, Jenna czę­sto grzecz­nie odma­wiała chło­pa­kom.

– Jeśli ktoś dziś wie­czo­rem wbił jej igłę, musiał mieć przy sobie strzy­kawkę z nar­ko­ty­kiem. Nie wygląda mi na to, że ktoś przy­pad­kiem miał przy sobie strzy­kawkę i posta­no­wił: „Nie chcesz ze mną zatań­czyć, dziwko? Zabiję cię”.

– Nie, nie wygląda. Nikt niczego tu nie wniósł. Wszy­scy, któ­rych prze­słu­chi­wa­li­śmy, zgo­dzili się poka­zać zawar­tość swo­ich kie­szeni lub tore­bek. Tech­nicy też niczego nie zna­leźli. O, kurde, ja zna­la­złam. Świeże wymio­ciny obok drzwi, wycho­dzą­cych na alejkę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki