75,00 zł
Epickie romantasy i fenomen wydawniczy, który pokochały miliony osób na całym świecie!
Nieodkładalna historia, w której wrogowie stają się kochankami, potwory grasują po przeklętym królestwie, a zapomniana księżniczka znajduje w sobie siłę, by zerwać koronę i stać się wojowniczką, którą nigdy nie miała być.
Bogowie nasyłają potwory na pięć królestw, by przypomnieć śmiertelnikom o ich niższości.
Całe swoje życie klękałam – przed wolą bogów i mojego ojca. Jestem księżniczką, więc moim jedynym obowiązkiem jest nosić koronę i być posłuszną wobec króla.
Władza nigdy nie była mi pisana. Podobnie jak walka. I to nie ja miałam być córką, która przypieczętuje starożytne przymierze własną krwią.
To się jednak zmieniło owego nieszczęsnego dnia, gdy legendarny łowca potworów przybił do naszych wybrzeży. Wkroczyłam do sali tronowej mojego ojca, a książę zrujnował mi życie.
Teraz przemierzam zdradliwe ziemie u boku wojownika, który gardzi mną w takim samym stopniu jak ja nim – i jestem związana z przyszłością, której dla siebie nie wybrałam, i mężem, którego ledwie znam.
Każdy chce, abym stała się kimś, kim nie jestem – królową, szpiegiem, ofiarą.
Co, jeśli jednak odmówię wypełnienia wybranej dla mnie roli i ustalę własne zasady? Co, jeśli w byciu niedocenioną kryje się siła?
I co, jeśli po nią sięgnę – po raz pierwszy w życiu?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 775
Tytuł oryginału Shield of Sparrows
Copyright © 2025 by Devney Perry LLC All rights reserved. This edition is published by arrangement with Alliance Rights Agency c/o Entangled Publishing, LLC. Copyright © 2026 for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Media Rodzina Sp. z o.o.
Cover design LJ Anderson
Edge design Bree Archer
Endpaper original illustration Juho Choi
Map original art Elizabeth Turner Stokes
Opracowanie polskiej wersji okładki, skład i łamanie Radosław Stępniak
Elementy graficzne we wnętrzu © Shutterstock / Valentina Sova
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Grupa Wydawnicza Media Rodzina popiera ścisłą ochronę praw autorskich. Prawo autorskie pobudza różnorodność, napędza kreatywność, promuje wolność słowa, przyczynia się do tworzenia żywej kultury. Dziękujemy, że przestrzegasz praw autorskich, nabywasz książki legalnie i nie udostępniasz ich publicznie, np. w Internecie. Dziękujemy za to, że w ten sposób wspierasz autorów i pozwalasz wydawcom nadal publikować ich książki.
ISBN 978-83-68242-63-8
2026.1
Must Read jest imprintem Grupy Wydawniczej Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Poznańska 102, 60-185 Skórzewo tel. 61 827 08 [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Postaciom, które pojawiły się wcześniej.
Historiom, które doprowadziły nas tutaj.
Szansom, które wykorzystujemy.
Marzeniom, za którymi gonimy.
Ufaj swoim skrzydłom.
A gdybym skoczyła?
Balansując na krawędzi urwiska, stałam zdana na łaskę tego królestwa, poruszając w ziemi palcami bosych stóp. Wystarczyłby silny podmuch wiatru, żeby popchnąć mnie do przodu lub do tyłu. Najmniejsze drżenie ziemi i spadnę.
Albo polecę.
A gdybym skoczyła? Czy ktoś by się tym przejął?
Nie. Nie mną. Nie tą niewłaściwą księżniczką Quentisu.
Czterdzieści stóp poniżej fale rozbijały się o skały, a woda burzyła się na biało w zetknięciu z szarym kamieniem. Chciałam skoczyć. Chciałam zanurzyć się w niebieskiej toni oceanu. Chciałam uwolnić się od oczekiwań wszystkich choć na jedną przeklętą chwilę.
Tylko że gdybym skoczyła, spóźniłabym się. A gdybym się spóźniła, miałabym poważny problem.
Margot dałaby mi do wiwatu, gdybym przegapiła spotkanie z turańskimi wojownikami, których ojciec zaprosił do Quentisu, więc nie było mowy o skakaniu. Zwłaszcza dzisiaj.
Odsunęłam się od krawędzi. Od pokusy.
Przecież nie potrzebowali mnie do tej kompromitacji. Mae oczaruje naszych gości.
Była właściwą księżniczką Quentisu.
Moja przyrodnia siostra całe życie przygotowywała się na tę okazję. Na ten występ. Prędzej czy później zostanie królową Turan, a dziś miała szansę poznać przyszłych poddanych przed ślubem z ich księciem. Ceremonia miała się odbyć jeszcze w tym roku.
A moja obecność? Całkowicie zbędna.
Jednak ciężko pracowałam, by nie wkurzyć mojej macochy Margot... i mojego ojca. Może i nie byłam jego ulubioną córką ani ukochaną księżniczką, ale w mojej sypialni leżała korona. A dziś chodziło o to, aby pokazać Turanom, jak nasze korony mogą błyszczeć.
Zwiesiłam ramiona, oddalając się od klifu o krok, a potem kolejny. Podeszwy moich stóp zanurzyły się w trawie, gdy podeszłam do czarnych jak węgiel pantofli, które wcześniej zdjęłam. Jednak zanim zdążyłam włożyć buty, moją uwagę zwrócił tętent kopyt i przeniosłam wzrok na drogę.
Dźwięk narastał – jeździec bez wątpienia zmierzał w tę stronę, prawdopodobnie po mnie.
– Niech to szlag.
Spóźniłam się?
Podczas śniadania Margot paplała nieustannie, omawiając dzisiejszy plan wydarzeń przed zapoznaniem z Turanami, a ja słuchałam tylko jednym uchem.
Strażnicy przybyli wczoraj późno, po zapadnięciu zmroku. Elitarna grupa wojowników nie zdążyła na kolację i spotkania. Celowo? Prawdopodobnie.
Nie dziwiłam się im. Nie mogłam ich też osądzać za to, że zostali w przydzielonym skrzydle zamku – czy to żeby odpocząć po podróży przez przeprawę Krisenth, czy też uniknąć wystawnych królewskich uroczystości. Jednak czy mi się to podobało czy nie, widowisko się odbędzie. Okazja, by Mae zabłysła.
Podczas gdy turańscy wojownicy robili to, co turańscy wojownicy mieli w zwyczaju podczas odwiedzin w obcych królestwach, przygotowania mojej siostry trwały.
Mae będzie kąpana i rozpieszczana. Zostanie wymasowana pachnącymi olejkami i uraczona najlepszymi na całym kontynencie tonikami do ciała. Mae włoży na dzisiejszą ucztę suknię, którą krawcowa szyła przez miesiąc.
Mae. Wszystko kręciło się wokół Mae.
Wątpiłam, by przybyli mężczyźni przejmowali się haftami czy koronkami, ale co ja tam wiedziałam. To Mae była ich przyszłą królową, nie ja. Moim jedynym obowiązkiem było się pojawić.
Na czas.
W swojej litanii poleceń podczas porannego posiłku Margot tylko raz wymieniła moje imię.
„Nie spóźnij się, Odesso”.
Nie zawsze się spóźniałam. Często, ale nie zawsze. W połowie przypadków nikt nawet tego nie zauważał.
Wcisnęłam stopę w szary pantofelek i odgarnęłam dół sukni w tym samym odcieniu, by wzuć drugi. Moje palce znalazły się w bucie w chwili, gdy znajomy jeździec wspiął się na wzgórze prowadzące do klifu.
Banner siedział dumnie w siodle, jego krótkie, jasnobrązowe włosy były zaczesane tak, że nie odstawał nawet jeden kosmyk. Jego twarz nie wyrażała nic.
Czy ten wyraz twarzy był dobrym znakiem? A może zapowiadał kłopoty, bo mój narzeczony porzucił obowiązki generała, by po mnie przyjechać?
Banner szarpnął wodzami, spowalniając gniadego ogiera. Zsiadł płynnym ruchem i poprowadził konia w moją stronę, idąc stanowczym, onieśmielającym krokiem.
– Księżniczko. – Ton jego głosu wyrażał powagę, a brązowych oczu nie spuszczał z moich, jednak kącik jego ust uniósł się w uśmiechu.
– Właśnie wracałam. – Podniosłam rękę. – Przysięgam.
– Przed czy po tym, jak usłyszałaś, że nadjeżdżam? – Uniósł brew. – Spóźnisz się.
Spóźnię się. To znaczy, że się nie spóźniłam. Jeszcze. Uff.
– Obiecuję, że będę na czas – zapewniłam. – Nie musiałeś po mnie przyjeżdżać.
– Tak naprawdę wybrałem się na przejażdżkę.
– Ach. – Może jednak nikt się nie zorientował, że w ogóle wyszłam poza mury zamku. Mogłam zakraść się do środka niezauważona i migiem się przebrać.
Banner miał już na sobie oficjalny mundur wizytowy. Złote guziki na jego turkusowym płaszczu błyszczały tak jak wieże zamku w oddali. Ulubione noże do rzucania przypiął do skórzanego pasa. Ojciec zamierzał włożyć taki sam mundur, choć wolał miecz. Suknia Mae na dzisiejszy wieczór została zaprojektowana w odcieniach akwamaryny i błękitu. Margot prawdopodobnie wybierze coś w charakterystycznej dla niej tonacji niebieskiego.
Moja suknia, jak wszystkie inne, które posiadam, będzie szara.
Pewnego dnia, gdy Margot nie będzie dyktowała mi, w co mam się ubrać, a ojciec nie będzie mi się przyglądał przy każdym posiłku, chciałabym włożyć czerwoną. Albo zieloną. Albo czarną. Albo żółtą.
Każdy kolor oprócz szarego.
– Wiesz, możesz szpiegować miasto z własnego okna, zamiast wspinać się aż tutaj – wypomniał.
– Ale stąd mam lepszy widok.
Słońce podkreśliło bursztynowe pierścienie w oczach Bannera, ich żywy kolor wyraźnie kontrastował z brązem tęczówek. Te bursztynowe pierścienie były charakterystyczne dla wszystkich urodzonych na quentińskiej ziemi.
Jego spojrzenie powędrowało w stronę zamku za nami, a potem przeniosło się na miasto rozciągające się wzdłuż wybrzeża obok klifu.
Białe budynki Roslo niemal lśniły w popołudniowym słońcu, ulice stolicy roiły się od ludzi i wozów. W porcie cumowały łodzie, a spokojne wody zatoki Roslo mieniły się akwamaryną w jasnych promieniach słońca. Na wieżach zamku powiewały flagi Quentisu w kolorze turkusowym, a na największej z nich widniał królewski herb – kusza spleciona z liści i kłosów pszenicy.
Ojciec uważał, że widok z balkonu jego sali tronowej nie ma sobie równych, ale ja wolałam oglądać moje miasto z tego miejsca.
Zamek był moim domem, ale ten klif stanowił moje sanktuarium. Tylko tu nikt mnie nie oceniał, a strażnicy nie stacjonowali na każdym rogu, gotowi donieść Margot o moich porażkach.
Z tego miejsca czułam unoszący się nad wodą zapach soli. Od strony targowisk na placu niosły się z wiatrem aromaty jedzenia i przypraw. W spokojne dni, takie jak dziś, słyszałam hałasy dobiegające z portów i zgiełk ulic. A kiedy miałam czas, zabierałam ze sobą notes, by szkicować różne widoki.
Wzrok Bannera zatrzymał się na zacumowanych w zatoce trzech drewnianych statkach, których zielone jak liście żagle kontrastowały z turkusowymi akcentami na łodziach Quentisu.
– Widziałeś ich już? – zapytałam. – Turan?
– Jeszcze nie. Ale właśnie spotkałem się z twoim ojcem. – Zacisnął szczęki. – Poinformował mnie, że strażnikom podczas podróży towarzyszył Obrońca.
– Obrońca. – Szczęka mi opadła, a żołądek się skurczył. – Ten Obrońca. Jest tutaj? W Roslo?
– Najwyraźniej – wycedził Banner.
Co za koszmar. To był powód, dla którego mój narzeczony wybrał się na przejażdżkę.
Może nie byliśmy w sobie zakochani, może nawet się nie przyjaźniliśmy, ale podczas naszych zaręczyn dowiedziałam się o Bannerze kilku rzeczy. Jego lojalność wobec mojego ojca nie znała granic. Uwielbiał status, który wiązał się z jego rangą i zaręczynami z księżniczką. I nienawidził Obrońcy.
– Przykro mi. – Wyciągnęłam do niego rękę, ale tylko machnął w odpowiedzi i przeczesał palcami włosy. – Będziesz na spotkaniu?
– Jestem generałem legionu twojego ojca. Jak ci się wydaje?
Czy naprawdę trudno było powiedzieć „tak”?
Może po ślubie przestanie traktować mnie jak dziecko. Chociaż biorąc pod uwagę piętnaście lat różnicy między nami, raczej nie powinnam się na to nastawiać.
Banner potarł dłonią szczękę, gładką i gniewnie zaciśniętą.
– Módl się do Carine, żebym potrafił nad sobą zapanować.
Będę się modlić, żeby Bogini Pokoju czuwała dziś nad nami wszystkimi.
– Zemszczę się – oznajmił, bardziej do siebie niż do mnie, a chłodny, opanowany mężczyzna, który miał zostać moim mężem, zniknął. Dosłownie trząsł się z wściekłości. Jego ręce drgnęły, jakby chciał wyciągnąć nóż. – Przyrzekam.
– Banner – ostrzegłam. – Jeśli Obrońca płynął z Turanami, jest tu na zaproszenie ojca. To jeszcze nie czas. Nie możesz go zaatakować, kiedy...
– Myślisz, że o tym nie wiem?
Wzdrygnęłam się, gdy krzyknął mi w twarz. To nie pierwszy raz, kiedy mężczyzna skierował swój gniew w moją stronę. I nie ostatni. Nauczyłam się, że łatwiej jest się poddać, niż walczyć.
– Przepraszam.
– Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie mam innego wyboru, jak tylko stać z boku i powitać tych „gości” w naszym królestwie. Że muszę stać w sali tronowej twojego ojca i spotkać się z tym parszywcem, który zniszczył moją rodzinę. Zasługuję na głowę tego drania podaną na tacy, ale nic nie mogę zrobić. Nic, do cholery. Wiem dokładnie – to nie jest odpowiednia pora, Odesso.
Milczałam, gdy wypluł moje imię.
– Spóźnisz się – warknął.
– Racja. – Przytaknęłam, spuszczając wzrok na jego wypolerowane buty.
Banner wypuścił powietrze, biorąc się w garść. Następnie wsunął palec pod moją brodę i uniósł ją, aż nasze spojrzenia się spotkały. Gniew w jego tęczówkach powoli zanikał.
– Przepraszam. Jestem sfrustrowany.
– To zrozumiałe.
– Chcesz, żebym cię odwiózł? Mogę darować sobie dalszą przejażdżkę.
– Nie. – Obdarzyłam go delikatnym uśmiechem. – Ty jedź. Ja pójdę pieszo.
Na miejscu Bannera też pewnie musiałabym oczyścić myśli. Dlaczego mój ojciec zmusił go do wzięcia udziału w dzisiejszym spotkaniu? Przecież wiedział, że Obrońca zabił brata Bannera. Walczyli o kobietę w Turah i ta walka zakończyła się śmiercią. Kiedy wieść o zamordowaniu jego brata dotarła do Quentisu, matka Bannera załamała się do tego stopnia, że w zeszłym roku odebrała sobie życie.
Najwyraźniej ojciec potrafił być równie bezduszny wobec ukochanego generała, jak i wobec najstarszej córki.
– Zobaczymy się później – zapewnił Banner. – Nie spóźnij się, księżniczko.
Przesunął knykciem po moim policzku, po czym wrócił do konia, wskoczył na siodło i zniknął, nie oglądając się na rozległe wzgórza i pola otaczające Roslo.
Poczekałam, aż stracę go z oczu, po czym z westchnieniem ruszyłam wydeptaną ścieżką, która zaprowadziła mnie do tylnego wejścia do zamku. Tam mogłam zakraść się bocznymi drzwiami i wspiąć po schodach do moich komnat na trzecim piętrze.
Moich szarych komnat.
Apartament Mae urządzono w odcieniach błękitu, dla dziewiczej panny młodej, która wkrótce poślubi księcia. Miała wypełnić swoją rolę zgodnie z traktatem handlowym Calandry, który stanowił gwarancję pokoju dla pięciu królestw.
Była Wróblem.
Jednak Mae daleko było do słodkiego, delikatnego ptaszka. I z pewnością nie okaże się dziewicą w trakcie nocy poślubnej. Zabawne, że strażnicy nigdy nie donosili o jej eskapadach, nawet gdy pieprzyła się z ich kapitanem.
Zerknęłam przez ramię na krawędź klifu i otwarty ocean.
Co tam się znajduje? Mae się dowie. Po ślubie popłynie do Turah.
– Szczęściara.
Nigdy nie byłam zazdrosna o Mae. Była ulubioną córką ojca. Kiedy nadszedł czas, by mianować Wróbla, nie zdziwił mnie wybór Mae. Była chlubą i szczęściem Margot. Miała matkę, podczas gdy mnie został tylko jej duch. Mimo to nigdy jej nie zazdrościłam, ani razu.
Aż do teraz.
Ponieważ wkrótce miała wyjechać i odkryć królestwo poza bramami Roslo i brzegami Quentisu.
Będzie mi brakowało mojej przyrodniej siostry. Gdy miałam pięć lat, Margot złożyła ją w moich ramionach, i odtąd Mae należała do mnie. Kłóciła się ze mną o wszystko. Nieustannie mnie dręczyła. Nie była miła ani wdzięczna. Była ogromnym wrzodem na tyłku, ale jednocześnie moją siostrą.
Będę za nią tęsknić.
I nie mogłam się doczekać jej wyjazdu.
Może kiedy jej cień zniknie, odzyskam nieco wolności. A może nie. Może jedyne chwile spokoju, jakich zaznam w tym życiu, to te na klifie.
Bryza uniosła moje niesforne włosy, wpychając mi kosmyk do ust. Wyplułam go, ale i tak poczułam gorzki posmak brązowej farby, której Margot używała co tydzień. Kapryśne loki nigdy nie utrzymywały się w warkoczu, bez względu na to, jak mocno pokojówki szarpały je i ściągały. Włosy współpracowały tylko wtedy, gdy były mokre.
Ocean mnie kusił. Zatrzymałam się i odwróciłam.
A gdybym skoczyła? Czy ktoś by to zauważył?
Nie. Nie w przypadku tej księżniczki. Uśmiech zagościł na moich ustach.
Rzuciłam się w stronę klifu. Moja szara suknia powiewała za mną, gdy biegłam coraz szybciej, wspomagając się ruchem ramion i wyciągając bardziej nogi. Nie zastanawiałam się. Nie wahałam. W jednej chwili moje stopy dotykały ziemi.
W następnej leciałam.
Moja przemoczona suknia ociekała wodą, pozostawiając za sobą mokrą smugę, gdy przemierzałam na palcach galerię wschodniego skrzydła zamku. Serce waliło mi jak oszalałe, a w żyłach wciąż krążyły emocje po skoku z klifu.
Miałam szesnaście lat, gdy skoczyłam po raz pierwszy. Grupa młodych służących wybrała się na to wzgórze w upalne letnie popołudnie, a ja z ciekawości podążyłam za nimi. Obserwowałam z oddali, jak jeden po drugim zeskakiwali z krawędzi.
Gdy wszyscy dopłynęli do brzegu i wrócili do zamku, zebrałam się na odwagę, by podejść do klifu. Minęły godziny, zanim w końcu zdecydowałam się na skok. Kiedy zanurzyłam się w zimnej wodzie, wymachując wściekle rękami i nogami, żeby wydostać się na powierzchnię, poprzysięgłam sobie, że nigdy więcej. Jednak tydzień później, tuż po reprymendzie ze strony mistrza broni z powodu mojego nieudolnego strzelania z łuku, wspięłam się na to wzgórze.
Przywłaszczyłam je sobie.
Gdy tylko zapragnęłam poczuć się odważna, wolna i żywa, ten klif stanowił moje wybawienie.
Nie pierwszy i nie ostatni raz zakradłam się do zamku przemoczona. Moje pantofle zniknęły, skradzione przez morze, a gołe podeszwy kleiły się do białych marmurowych posadzek, gdy przemykałam przez opustoszałą galerię.
Przekradając się ostrożnie między gobelinami i obrazami, nasłuchiwałam najcichszych dźwięków. Skradanie się było najpewniej zbędne. Nikt nie odwiedzał tej sali, zwłaszcza Margot.
Nie przepadała za dziełami sztuki w tej konkretnej galerii. Uważała je za zbyt makabryczne.
Każde dzieło przedstawiało nalot kruksów sprzed pokoleń. Największy mural powstał po ich ostatniej migracji, prawie trzydzieści lat temu, kiedy nad Calandrą przeleciały masywne, podobne do orłów potwory, przynosząc zagładę naszemu ludowi.
Na malowidle kasztanowy samiec kruksa rozcinał człowieka na dwie części potężnym dziobem, z którego zwisały wnętrzności. Szpon ostrzejszy niż jakiekolwiek ostrze przebił serce kobiety zmiażdżonej pod ciężarem ptaszyska. Grube, spiczaste rogi samca ociekały posoką i skrzepami.
Margot się nie myliła. Ta galeria istotnie była brutalna. I może gdybym przeżyła migrację, też nie postawiłabym stopy w tej sali.
Według zapisków starzy bogowie, Ama i Oda, stworzyli zwierzęta Calandry jako dary dla ludzi. Jako towarzyszy, z którymi mieli oni dzielić to królestwo. Owe piękne stworzenia przepełniły matkę i ojca dumą. Zasypywali je pochwałami i darzyli uznaniem.
Rozwścieczyło to jednak dzieci bogów i w przypływie zazdrości nowi bogowie – zwani Szóstką – stworzyli własne zwierzęta. Dały one początek drapieżnikom na podobieństwo zwierząt Calandry, choć ich wariacje okazały się o wiele piękniejsze. O wiele potężniejsze. O wiele bardziej zabójcze.
Powołali do życia potwory, które miały przypominać zarówno ludziom, jak i zwierzętom, że jesteśmy słabi i nieznaczący. A przy tym nie istniał potwór, który wzbudzałby większe przerażenie niż kruks.
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam to dzieło sztuki, ten niepokojący mural, zwymiotowałam do doniczki z paprotką. Jednak wkrótce nadejdzie kolejna migracja, więc raz po raz zmuszałam się do powrotu do tej galerii, aż w końcu na widok tych scen przestał mi się wywracać żołądek.
Kiedy po raz pierwszy ujrzę na niebie kruksy, będę przygotowana na spustoszenie, z jakim przyjdzie się zmierzyć naszemu ludowi.
W przypadku tego dzieła bogowie naprawdę przeszli samych siebie.
Istniały różne potwory.
Ale kruksy to coś nieporównanie gorszego.
Zgodnie z przewidywaniami uczonych następna migracja mogła nadejść już kolejnej wiosny. Za mniej niż rok. Mnie na szczęście ochronią mury tego zamku, podczas gdy wielu nie będzie miało takiej opcji.
Oderwawszy wzrok od muralu, skręciłam w boczny korytarz i już zamierzałam skoczyć w stronę schodów, kiedy nieomal wpadłam na kogoś – ale cofnęłam się na ułamek sekundy przed zderzeniem.
– Przepra... – Słowo zamarło mi na języku. Wpatrywałam się w vosterskiego kapłana. Mój cichy okrzyk odbił się echem od ścian, gdy odsunęłam się od emisariusza ojca.
Wpatrywał się we mnie niewidzącym wzrokiem. Przewyższał mnie o głowę i kościste barki. Był odziany w bordowe szaty, które okalały smukłe ciało i spływały aż do stóp tak samo bosych jak moje. Grube, pobrużdżone paznokcie u rąk i nóg miały odcień ciemnej zieleni. Brakowało mu włosów oraz brwi, a jego skóra straszyła bladym odcieniem. Nad cienkimi, bezbarwnymi ustami widniał jastrzębi nos.
Moja ulubiona pokojówka powiedziała, że skóra kapłana przyprawia ją o dreszcze, ale to jego oczy sprawiły, że ciarki przebiegły mi po grzbiecie. Oczy przypominały jednolite, bezdenne sadzawki bez źrenic, w kolorze takiej samej głębokiej zieleni jak jego paznokcie.
W tych oczach rodziły się koszmary.
Nie obchodziło mnie, co inni mówili o bractwie. Vosterowie przerażali mnie bardziej niż jakikolwiek potwór grasujący w pięciu królestwach.
Z jego ciała emanowała moc, aż zakołysałam się na piętach. Vosterska magia trzaskała wokół mnie jak iskry. Kręciło mi się w głowie. Mdliło mnie. Czułam się jak podczas skoku z klifu, tyle że na głęboką wodę bez dna. Wirowanie w żołądku ani dziura pod moimi stopami nie miały końca.
Ludzie nie powinni się zbliżać do magii aż tak bardzo.
Stłumiłam chęć krzyku, podczas gdy moc kapłana drapała i kąsała gołą skórę moich ramion.
Voster przekrzywił głowę na bok niczym ptak, przyglądając się moim mokrym ubraniom. Uniósł kościstą dłoń i wyciągnął palec. Jednym ruchem nadgarstka sprawił, że woda odpłynęła z moich włosów.
Kropelki wirowały wokół mojej twarzy, łącząc się i unosząc, aż nad moją głową zebrała się kula czystej wody. Rozciągnęła się bardziej, tworząc okrąg z wydrążonym środkiem. Z wody wystawały kolce, jakby ciągnęły ją w stronę sufitu.
Kręciła się w kółko i w kółko, aż kapłan ukształtował z niej koronę, która zawisła nad moją głową.
Ojciec powiedział, że bractwo Vosterów często używa płynnej magii do przekazywania wiadomości. Manipulowali powietrzem, wodą i krwią, by wygłaszać oświadczenia.
Cóż, cokolwiek oznaczała ta korona z wody, nie zamierzałam prosić kapłana, by to wyjaśnił. Rzuciłam się biegiem w stronę schodów i zaczęłam pokonywać po dwa stopnie na raz, trzymając w garści przemoczone spódnice. Na półpiętrze obejrzałam się za siebie.
Ciemne oczy kapłana czekały.
I znowu dreszcz przebiegł mi po ramionach, a potem chwyciłam za poręcz i zmusiłam się do wspinaczki. Dopiero na trzecim piętrze wrażenie, że po mojej skórze pełzają pająki, ustąpiło.
Potarłam rękawy mokrej sukni, jakbym mogła strzepnąć nieprzyjemne odczucie.
Dlaczego kapłan nie mógł wysuszyć mojej sukni zamiast włosów? To dopiero by mi pomogło. Prawie czułam, jak moje lokisię puszą.
To tyle, jeśli chodzi o splatanie ich na mokro.
Vosterowie byli kolejnym powodem, dla którego nie chciałam iść na to spotkanie z Turanami.
Kapłani rzadko odwiedzali zamek, ale sześć dni temu bez ostrzeżenia przybył emisariusz ojca. Każde spotkanie z nim przyprawiało mnie o mdłości.
Co on tu w ogóle robił? Może bractwo dowiedziało się, że ojciec wynajął turańskich strażników. A może przybył z powodu Obrońcy.
Vosterowie byli nieuchwytni i unikali większości ludzi. A przynajmniej tak mi się wydawało, zważywszy, że jedynym kapłanem, jakiego widziałam, był wysłannik ojca, a podczas swoich wizyt mieszkał niedaleko zamku.
Nawet nie wiedziałam, ilu Vosterów tworzy bractwo. Setki? Tysiące? W zamkowej bibliotece znajdowała się tylko jedna książka o Vosterach i była krótka. Bardzo, bardzo krótka.
Wysłannik ojca przyjeżdżał z okazji ważnych wydarzeń politycznych, ślubów i królewskich pogrzebów. Prawdopodobnie po to, by dopilnować, żebyśmy wszyscy zachowywali się jak należy i przestrzegali magicznych reguł Calandry.
Zapytałam kiedyś nauczyciela, czym właściwie zajmują się Vosterowie poza władaniem płynną magią i tworzeniem przysiąg krwi dla królów. Czy kapłani byli ludźmi, którzy odziedziczyli magię, czy też kimś zupełnie innym. Powiedział mi, że to skomplikowane – co oznaczało, iż sam też nie wiedział.
Ojciec zdawał się żyć w dobrych stosunkach ze swoim wysłannikiem, ale z pewnością nie wyglądali na bliskich przyjaciół.
Cóż, bez względu na powód dzisiejszej obecności kapłana byłam gotowa go zobaczyć. Przy odrobinie szczęścia zniknie w chwili, gdy Turanie opuszczą Roslo, i wróci do miejsca, które Vosterowie nazywają domem. Kolejna tajemnica dotycząca ich ludu. Nikt nie wiedział, gdzie mieszkają.
Na samą myśl o mieście Vosterów, ulicach i budynkach przesiąkniętych ich magią, zbierało mi się na mdłości.
Poczułam mrowienie na karku, jakby ktoś mnie obserwował. Odwróciłam się, spodziewając się znaleźć kapłana, ale byłam sama na klatce schodowej.
– I najwyraźniej popadam w paranoję – mruknęłam, pokonując ostatnie stopnie przed wielkim holem na trzecim piętrze.
– Dlaczego masz mokrą suknię? – Pytanie Margot zaskoczyło mnie tak, że aż złapałam się za serce. – I co się stało z twoimi włosami?
Jęknęłam. To tyle, jeśli chodzi o dyskretne zakradnięcie się.
– Przepraszam, Margot.
To była wina Vostera – tego straszydła. Normalnie przed udaniem się do swojego pokoju sprawdziłabym korytarz, żeby upewnić się, czy nikogo tam nie ma. Ale byłam zbyt rozkojarzona kłującym dotykiem magii kapłana, by się rozejrzeć.
– Odesso. – Nikt w Calandrze nie potrafił wlać w moje imię tyle irytacji, ile moja macocha.
– Będę gotowa na czas. Obiecuję.
Błękitne jak ocean oczy z bursztynowym pierścieniem Quentisu ciskały sztylety, gdy wskazała mi drzwi.
– Już jesteś spóźniona.
– Jeszcze nie.
Nozdrza macochy rozszerzyły się, gdy minęłam ją w biegu w drodze do swoich komnat.
– W porządku. Jestem prawie spóźniona.
– Pospiesz się. – Podążyła za mną do garderoby. Gdy odgarnęłam włosy – bardzo suche, bardzo kręcone i bardzo nie-brązowe – za ramiona, Margot zabrała się za odpinanie guzików mojej sukni.
– Nie musisz zostawać – zauważyłam. – Brielle lub Jocelyn mogą mi pomóc.
Szarpnęła ostatni guzik tak mocno, że oderwał się i potoczył po podłodze.
– A widzisz gdzieś Brielle lub Jocelyn?
– Eee... nie. – Moje pokoje były puste, a strój do spania, który zrzuciłam z siebie rano, wciąż leżał na podłodze obok przepierzenia.
Pokojówki albo zostały przeniesione na dziś do Mae, albo szpiegowały Turan. Zgadywałam, że to drugie.
– Są zajęte w południowo-wschodnim skrzydle – powiedziała Margot.
Ach. Czy to nie tam nocowali Turanie?
– Ci strażnicy nanieśli brudu do naszych korytarzy.
Brudu?
– A nie płynęli przez Krisenth? Gdzie mieliby się ubrudzić?
– Odesso. – Znowu ta irytacja.
– Racja. Na pytania przyjdzie czas później.
– Proszę. – Margot pchnęła mnie do przodu, posyłając za przepierzenie z gorsetem przyciśniętym do piersi.
Ubranie wylądowało ze świstem, gdy przerzuciła moją nową suknię przez krawędź ścianki.
Fakt, że Margot udało się znaleźć odcień szarości bardziej ponury od poprzedniego, był naprawdę zdumiewający. Wykrzywiłam wargi, wciągając spódnicę.
– Będziemy musiały przefarbować ci włosy. Znowu. A nie mamy na to czasu. – Zniecierpliwione tupanie stopą było jak wielokrotne plaśnięcia w dłoń. – Pływanie. W pełni ubrana. Dlaczego taka jesteś? Dlaczego nie możesz mieć normalnego hobby, takiego jak łucznictwo czy jazda konna?
Uwielbiałam rysować i malować, ale czy Margot doceniała moje prace? Nie. Zamiast tego fukała na widok moich palców poplamionych węglem lub pastelami. Chciała, żebym była jak Mae. Żebym kochała szermierkę i sparingi. To były akceptowalne hobby dla jej córki, jej księżniczki. Jednak sztuka i pływanie, oba stosunkowo spokojne zajęcia, zostały uznane za kłopotliwe i irytujące.
Tak, poszłam popływać. Tak, prawdopodobnie powinno to było poczekać do jutra. Dobrze chociaż, że Margot nie wiedziała, jak dokładnie znalazłam się w wodzie. Nikt nie wiedział.
Gdyby ktokolwiek widział, że skaczę z klifu do wody, rozpętałoby się piekło.
– Spieszę się – zapewniłam. – Straciłam poczucie czasu.
– Dziewczyno, testujesz granice mojej cierpliwości.
– Przepraszam, przepraszam, przepraszam. – Nieważne, ile razy bym przepraszała, nic by to nie zmieniło, ale i tak próbowałam.
Gdy pojawiłam się w moim szarym stroju, wciąż jeszcze gotowała się ze złości.
– Obrót. – Stanęłam do niej plecami, by mogła zapiąć guziki.
Materiał dopasował się do moich żeber i piersi. Dekolt odsłaniał obojczyki i szyję, a rękawy spływały do koniuszków palców. Spódnice okalały biodra, kołysząc się w takt moich ruchów.
To byłaby piękna suknia w każdym innym kolorze.
W szarości praktycznie wtapiałam się w kamienną podłogę. Może taki był zamysł.
– Włosy. – Margot pstryknęła palcami i wskazała na toaletkę. Stanęła za mną, gdy usiadłam na ławeczce.
Wahałam się, czy podać jej grzebień. W jej rękach stanowił broń, którą często się posługiwała. Skóra głowy bolała mnie przez wiele godzin po zakończeniu tej tortury.
– Nie musisz tego robić. Poradzę sobie. Jestem pewna, że Mae potrzebuje cię bardziej.
– Mae jest... zajęta.
Zajęta. To znaczy, że była z kapitanem straży na ich popołudniowej schadzce.
Dlaczego Mae mogła zabawiać się przed spotkaniem z Turanami, a mnie karcono za kąpiel w oceanie?
Dobijały mnie podwójne standardy w tym zamku.
Margot wyrwała grzebień z mojego kurczowego uchwytu i przeciągnęła go przez moje loki, szarpiąc tak mocno, że musiałam chwycić się ławki, by nie upaść. Kiedy już uporała się z większością kołtunów, pstryknęła palcami wolnej ręki.
– Proszek.
Sięgnęłam po opalowy słoiczek stojący na toaletce, zdjęłam pokrywkę i zakrztusiłam się ostrym zapachem barwnika. Woń zniknie w ciągu kilku minut, ale, na bogów, to pierwsze zaciągnięcie się wypaliło mi gardło.
Posypała proszkiem włosy u nasady, aż mój naturalny kolor został przyciemniony. Zniknęły pomarańczowe, czerwone, miedziane i karmelowe pasma. Nie pominęła ani jednego kosmyka, a kiedy spojrzałam w lustro, ujrzałam w nim znajomy odcień brązu.
Tak naprawdę ten brąz mi nie przeszkadzał. Margot twierdziła, że pasuje do mojej twarzy. Uwydatniał piegi na nosie i złote plamki w oczach.
Rudy chyba za bardzo przypominał jej moją matkę.
Byłam do niej zbyt podobna.
– Nigdy w życiu nie spotkałam kogoś, kto miałby takie zamiłowanie do kłopotów. – Margot rzuciła grzebień na bok i zaczęła zaplatać włosy w warkocz. – Mogłaś zostać pożarta przez rekiny.
– Rekiny nie zapuszczają się tak blisko brzegu.
– Och, doprawdy? I przypuszczam, że węgonury też nie. Zapomniałaś już, z jakiego powodu Turanie tu przybyli?
– Nie – mruknęłam.
Turanie zjawili się, by zabić potwory, które przez ostatni rok siały spustoszenie na szlakach handlowych ojca. To, co z początku wydawało się sporadycznymi atakami bestii, z czasem się nasiliło i tego lata tylko jeden statek na trzy docierał do celu. Nikt nie przeżył ataków węgonura.
Zanim stworzenia te zaczęły napadać na nasze statki, żyły tylko w najgłębszych wodach oceanu Marixmore, daleko od naszych quentińskich szlaków. Dlaczego zmieniły siedlisko? Czy potwory przeniosły się bliżej lądu w poszukiwaniu pożywienia? Czy jakiś nowy drapieżnik zepchnął je w stronę wybrzeży Roslo?
Czy bogowie stworzyli potwory bardziej przerażające nawet od kruksów?
Nie tylko traciliśmy dostawy, ale ginęli również nasi najlepsi żeglarze – tonęli i stawali się posiłkiem dla węgonurów. Przekonanie kogokolwiek do sforsowania przeprawy Krisenth stawało się niemożliwe – i zbyt kosztowne.
Należało zabezpieczyć szlaki handlowe. Zboże, które zbieraliśmy i sprzedawaliśmy do Laine, Genesisu, Ozarthu i Turah, musiało zostać dostarczone, zanim któryś z królów uzna brak dostaw za zniewagę. Za niedotrzymanie warunków traktatu. Za zaproszenie do wojny.
Nikt nie mógł sobie pozwolić na wojnę, nie w obliczu nadciągającej migracji.
Musieliśmy zgromadzić zasoby – broń, żywność i zapasy przed nadejściem potworów. Tylko bogowie wiedzieli, jakie czekają nas straty. Nasze statki załadowane pszenicą, kukurydzą i jęczmieniem nie mogły zaginąć, zwłaszcza gdy te plony zostały już wymienione na broń i drewno.
Quentińscy żołnierze próbowali rozprawić się z węgonurami, ale potwory były równie okrutne i przebiegłe jak wojownicy. Poruszały się błyskawicznie, a twarda kość wieńcząca ich czaszki mogła przebić burtę statku. Naszym ludziom udało się zabić kilka potworów, ale to nie wystarczyło. Wciąż zatapiały nasze łodzie.
Ojciec wynajął więc Turan, by pozbyli się węgonurów z przeprawy Krisenth. Jak? Nie miałam pojęcia.
– Myślisz, że będą w stanie je zabić? – zapytałam Margot.
– Cóż, jeśli wnioskować po sześciu martwych bestiach wiszących dziś rano w porcie, to powiedziałabym, że tak.
– Co? Już zabili jakieś węgonury? – Wyprostowałam się gwałtownie. – Kiedy?
– Zaciągnęli je na brzeg, gdy zjawili się wczoraj wieczorem.
Gdybym wiedziała, odpuściłabym sobie skok z klifu i skierowałabym się prosto w stronę portu. Nigdy nie widziałam żadnego z legendarnych węgonurów, nie licząc rycin z książek.
– Jak duże one są? Czy są niebieskie?
Margot prychnęła.
– Jesteś bardziej podekscytowana sześcioma martwymi potworami niż własnym ślubem z Bannerem.
Nie myliła się. Częściej opuszczałam spotkania dotyczące planowania ślubu, niż w nich uczestniczyłam. Odwróciłam się.
– Jak myślisz, w jaki sposób je uśmiercili?
– Odesso – warknęła, obracając moją głowę do lustra. – Nie. Ruszaj. Się.
Kogo obchodziły moje włosy? To nie mnie czekało dzisiaj wystąpienie. Nikogo nie obchodziłam. Ale umilkłam i pozwoliłam Margot dalej zaplatać warkocz.
Przed śmiercią mojej matki Margot była jej pokojówką, a ponieważ odziedziczyłam włosy po matce, Margot miała wprawę w ujarzmianiu loków.
– Widziałam się wcześniej z Bannerem. – Czekałam, aż niebieskie oczy Margot spotkają się z moimi złotymi w lustrze. – Powiedział, że Obrońca przybył razem z Turanami.
– Tak. – Między jej brwiami pojawiła się zmarszczka.
Obrońca.
Człowiek, który – według krążących pogłosek – był okrutniejszy i bardziej krwiożerczy niż jakakolwiek istota stworzona przez bogów.
Wieści o Obrońcy dotarły do wybrzeży Quentisu trzy lata temu i od tego czasu snuto niezliczone domysły o jego pochodzeniu.
Niektórzy wierzyli, że wyczołgał się z grobu w Turah. Że był bardziej duchem niż śmiertelnikiem. Niektórzy twierdzili, że był wcieleniem Izzaca. Że Bóg Śmierci zmęczył się swoim tronem i przybrał postać człowieka, by dręczyć ludzkość dla rozrywki. Inni byli pewni, że został obdarzony mocą przez samych starych bogów.
Był bardziej mitem niż człowiekiem, a opowieści o nim przetoczyły się przez kontynent jak huragan.
– Co znaczy jego obecność tutaj? – zapytałam Margot.
– To znaczy, że nie powinnaś ruszać się bez straży. To znaczy, że nie powinnyśmy się spóźnić. – Pracowała zaciekle, zaplatając każdy pukiel w gruby warkocz. Dziś jednak nawet moje włosy zdawały się protestować przeciwko tej farsie. Kiedy trzeci kosmyk rozplątał się przy moich skroniach, zrezygnowana machnęła rękami.
– Nie mam na to czasu. Dokończ sama i udaj się do sali tronowej. – Pomaszerowała w kierunku drzwi, wprawiając w ruch spódnice swojej kobaltowej sukni.
Gdy mijała okno, promienie słońca odbiły się w jej koronie. Jedwabiste złote włosy opadały gładkimi pasmami na ramiona i plecy. Nieomal sunęła nad podłogą z wysoko uniesioną głową. Może Margot Cross nie urodziła się królową, ale była nią w każdym calu.
Jej córka też nią będzie.
Gdy macocha wyszła, stanęłam przed lustrem i się przygarbiłam.
W takich chwilach żałowałam, że nie jestem młodsza. Że nie jestem dzieckiem jak Arthalayus. Mój przyrodni brat spędzał całe dnie w żłobku, błogo nieświadomy swoich obowiązków. To dobrze. Jako spadkobierca tronu, Arthy pewnego dnia podpisze przysięgę wierności ojcu, jak większość królewskich spadkobierców w pięciu królestwach Calandry, i wkrótce będzie miał więcej obowiązków, niż ja byłabym w stanie znieść.
Biedny dzieciak.
Pomimo dwudziestu lat różnicy między nami miałam nadzieję, że kiedyś zwróci się do mnie, jeśli zapragnie odpocząć od wymagań ojca i Margot. Do tego czasu Mae i ja będziemy dźwigać ten ciężar.
Moje włosy wciąż były w nieładzie, pomimo próby Margot zaplecenia ich w warkocz. Udało mi się je względnie ujarzmić, prócz kilku luźnych kosmyków, które okalały moją twarz. Końcówkę związałam satynową wstążką i wzięłam z toaletki koronę, żeby nałożyć ją na skronie.
Była ciężka, a metal chłodny i bezlitosny. W błyszczące złoto wkomponowane były setki lśniących bursztynowych klejnotów.
Ta korona to jedyna rzecz, która nie była szara.
Bogowie, nienawidziłam szarości.
Wyprostowałam plecy i przyjęłam postawę, którą nauczyciele wpajali mi od trzeciego roku życia. Spojrzałam w lustro i zobaczyłam w nim księżniczkę.
Księżniczkę, która się spóźniała.
Zakradłam się bocznym wejściem do sali tronowej. Wstrzymując oddech, poruszałam się bezszelestnie, by dołączyć do Margot i Mae po lewej stronie królewskiego podwyższenia.
– Witajcie. – Głos ojca był równie chłodny jak ta ogromna komnata, w której rozbrzmiewało echo. Wolał lodowatą atmosferę, pewnie dlatego, że często pasowała do jego nastroju.
Światło wpadało przez witraże, malując marmurową posadzkę odcieniami błękitu, zieleni i żółci. Wszyscy zebrali się pośrodku sali, a złoty tron ojca stał pusty na podwyższeniu. Strażników było więcej niż zwykle – nie dwóch przy każdych drzwiach jak zazwyczaj, a czterech.
Ojciec nie odrywał wzroku od stojących przed nim mężczyzn, ale nie miałam wątpliwości, że zauważył moje spóźnione wejście. Potem natrze mi za to uszu.
Margot i Mae stały nieco z tyłu, oddzielone od mężczyzn, obie wystrojone i w koronach. Córka równie piękna jak matka. Choć moja siostra odziedziczyła po ojcu upór i żelazną wolę, z wyglądu była niemal lustrzanym odbiciem Margot – od klasycznie prostego nosa po zwężającą się brodę.
Czy ja wyglądałam jak moja matka? Chciałabym mieć jakieś wspomnienie jej twarzy. Zmarła, gdy byłam niemowlęciem, a ojciec usunął wszystkie jej portrety z pałacowych korytarzy. Wiedziałam tylko, że odziedziczyłam po niej włosy – Margot przeklinała je regularnie. Poza tym nie miałam pojęcia, czy miałyśmy podobne nosy, brody albo usta.
Stanęłam obok Margot, a ona rzuciła mi spojrzenie pełne dezaprobaty, po czym znów skupiła wzrok na mężczyznach.
Pięciu Turan stało ramię w ramię, a ich szerokie sylwetki tworzyły zwartą ścianę. Każdy przypominał posąg z samych mięśni i brutalnej siły. Bogowie, jacy oni byli ogromni.
Banner miał ponad sześć stóp wzrostu, ale przy nich wyglądał jak wysoki chudzielec. Nawet ojciec – najwyższy mężczyzna, jakiego znałam – nie mógł się z nimi równać.
Nic dziwnego, że poradzili sobie z węgonurami.
Turanie nie mieli na sobie dworskich strojów – ale nie spodziewałam się po wojownikach haftowanych surdutów czy lśniącego obuwia. Byli ubrani w skórzane spodnie opinające masywne uda. Na bawełniane tuniki w kolorze kości słoniowej, opinające potężne bicepsy, narzucili brązowe kamizele. Na nadgarstkach nosili skórzane opaski. Dwóch z nich miało na przedramionach misterne ciemne tatuaże.
Każdy był uzbrojony – w noże, miecze przypięte do pleców. Jeden nosił przy pasie trzy sztylety. Wyglądali, jakby szli na wojnę, a nie na kolację z rodziną królewską.
Zaskoczyło mnie, że ojciec w ogóle wpuścił ich do sali tronowej z bronią. Zazwyczaj goście musieli oddać oręż przed audiencją. Czy Turanie odmówili? A może straż nawet nie zapytała?
– Zanim przejdziemy do zapoznania – głos ojca poniósł się echem po sali – chciałbym podziękować wam za usługi. Moi ludzie donieśli, że zeszłej nocy wasze statki dostarczyły sześć martwych węgonurów. Nie spodziewałem się tak szybkiego działania. Dziękuję wam za to.
Mężczyzna ze sztyletami skrzyżował ramiona na piersi. Miał bujną, miedzianą brodę zaplecioną w warkocz.
– Zrobiliśmy tylko to, do czego nas wynajęto.
Wyczułam coś w jego tonie... Nuta pogardy, przez którą na szczęce mojego ojca zagrał mięsień. Król uniósł rękę i pstryknął palcami.
Te same boczne drzwi, którymi zakradłam się przed chwilą, otworzyły się gwałtownie. Dwóch strażników wniosło skrzynię tak wielką, że mogłabym się w niej zwinąć i uciąć sobie drzemkę. Ustawili ją na środku sali, otworzyli wieko. W środku ujrzałam setki calandrańskich monet.
Jeszcze nigdy nie widziałam tyle bogactw naraz. Tyle złota i srebra, że można by nimi wykarmić wszystkich mieszkańców Roslo przez kilka miesięcy.
Jeden z Turan – o ciemnej, gładkiej skórze i głęboko osadzonych oczach – podszedł do skrzyni i przykucnął, by przyjrzeć się jej zawartości. Czarne włosy miał zaplecione w długie warkocze i związane na karku. Podniósł jedną monetę, podrzucił ją w powietrze. Spadła z brzękiem na resztę.
Czy to był Obrońca?
– Powinienem je przeliczyć, Wasza Wysokość? – zapytał, podnosząc się, i wrócił na miejsce.
Zaraz. Co? Kogo nazywał Jego Wysokością?
Wojownik stojący na środku szeregu pokręcił głową.
Tyle że on nie był zwykłym wojownikiem, prawda? Czy to był książę?
Nigdy wcześniej nie widziałam księcia Turan, ale to musiał być Zavier Wolfe. Następca ich tronu.
Przyszły mąż Mae.
A to niespodzianka. Jeśli Margot też była zaskoczona, nie okazała tego. Mae również nie. Najwyraźniej z powodu spóźnienia coś mnie ominęło.
Książę Zavier zawitał do Roslo. Obrońca był w Roslo.
Co tu się działo? To miało być tylko krótkie spotkanie i okazja do zapłaty najemnikom wynajętym przez ojca. A tu nagle królewskie zapoznanie? Czy wiedzieli o tym wszyscy poza mną? To by tłumaczyło obecność vosterskiego kapłana.
Dobrze, że Margot uparła się wystroić Mae, skoro miało to być jej pierwsze spotkanie z narzeczonym.
– Nie ma potrzeby liczyć monet – odparł ojciec chłodnym, obojętnym tonem, choć ogień w jego oczach zdradzał coś zgoła innego. – Każda uncja została odliczona zgodnie z umową.
Wojownik, który odezwał się wcześniej – brodacz ze sztyletami – zmierzył ojca uważnym spojrzeniem.
– A co, jeśli ustalona cena już nam nie wystarcza?
Książę Zavier podobno nie mówił. Jeśli to prawda, może ten wojownik przemawiał w jego imieniu. Doradca? Generał? Oczy ojca zapłonęły jaśniej, bursztynowe pierścienie jak podwójny płomień.
– A jakiej to nowej zapłaty sobie życzycie?
Zanim wojownik zdążył odpowiedzieć, główne drzwi otworzyły się z hukiem i przyciągnęły całą uwagę wszystkich zebranych.
Do sali wkroczył vosterski kapłan, na którego wpadłam wcześniej. Spod jego szaty wystawały bose stopy z obrzydliwymi zielonymi paznokciami. Ale tym razem nie był sam. Dwa kroki za nim podążał drugi członek bractwa, w takich samych burgundowych szatach.
Tyle że ten kapłan nie szedł. Unosił się nad ziemią, jakby niesiony niewidzialnym wiatrem. Jakby grawitacja nie działała na niego tak, jak na wszystkich. Paznokcie u rąk i nóg miał tak długie, że zakręcały się jak wstążki.
Natychmiast wyczułam ukłucie ich magii. Przeszyła mnie od ramion po lędźwie. Musiałam się nieźle postarać, by nie zareagować.
Jeden vosterski kapłan wzbudzał mój dyskomfort. Dwóch? To było prawie nie do wytrzymania. Walczyłam z chęcią potarcia ramion i ucieczki z sali.
Jeśli Margot lub Mae czuły się równie nieswojo jak ja, żadna nie dała tego po sobie poznać.
Kim był ten drugi kapłan? Przybył razem z Turanami? A może towarzyszył Obrońcy?
Vosterowie nie umieli wstrząsać ziemią czy miotać kulami ognia, ale potrafili kształtować powietrze oraz wodę wedle własnej woli. Ich krwawa magia służyła do tworzenia nierozerwalnych więzi. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby któryś z nich unosił się nad ziemią. Moc tego kapłana była silniejsza, gwałtowniejsza niż ta płynąca od emisariusza ojca.
Obaj kapłani wyglądali identycznie – pozbawieni włosów, z półprzezroczystą skórą – ale ten drugi wydawał się starszy. Spojrzenie jego czarnych oczu z zielonkawym połyskiem przesunęło się po mnie i zatrzymało na ułamek sekundy, nim przeniósł wzrok na drzwi za sobą.
Napięcie w sali narastało, a gdy podążyłam za jego wzrokiem, serce podeszło mi do gardła.
Mężczyzna, który wszedł w tym momencie, nie wyglądał jak wcielenie boga. Nie przypominał też ducha. Był wysoki i barczysty jak pozostali Turanie. Umięśniony tak, że trudno było odwrócić wzrok. Czekoladowe włosy muskały ramiona, a mocno zarysowaną szczękę pokrywał krótki zarost w tym samym odcieniu.
Na pierwszy rzut oka – zwykły mężczyzna. Zachwycający. Groźny. Ale tylko mężczyzna.
Z wyjątkiem oczu. Nie miał charakterystycznych turańskich pierścieni wokół źrenicy. Jego tęczówki były jednolite. Płynne srebro. Czysty metal. Bez koloru – jak moja suknia.
Obrońca.
Stukot jego butów współgrał z dudnieniem mojego serca, gdy podążał za kapłanami. W przeciwieństwie do Turan nie miał żadnej broni – ani miecza, ani sztyletu. Może ojciec nalegał, by zjawił się nieuzbrojony. Jednak miałam dziwne przeczucie, że mógłby nas wszystkich zabić gołymi rękami.
Tak jak zabił brata Bannera. Zacisnął dłonie na gardle, aż pękła tchawica.
Szybko zerknęłam na mojego narzeczonego. W jego oczach czaiła się chęć mordu. Nienawiść do Obrońcy była niemal tak wyraźna jak zapach mojej farby do włosów. Ale bogini Carine chyba wysłuchała naszych modlitw o pokój, bo Banner powściągnął swój gniew i stał spokojnie u boku ojca, jak na oddanego generała przystało.
Nie byłam zakochana w Bannerze. Nie paliłam się, by zostać żoną mężczyzny podległego mojemu ojcu. Ale nie chciałam też widzieć go powieszonego za zdradę stanu.
Kapłani zatrzymali się – razem, ale z dala od innych. W tym osobliwym przedstawieniu stanowili odrębną grupę, tak jak Margot, Mae i ja.
Obrońca nie dołączył do nich. Turanie rozstąpili się, by zrobić mu miejsce u boku księcia Zaviera.
Cała sala znieruchomiała i ucichła. Powietrze zgęstniało od napięcia tak, że aż trudno było oddychać. Od magii rozbolała mnie głowa.
Jedno spotkanie. Musieliśmy przetrwać tylko to jedno dziwaczne spotkanie. Potem Banner będzie mógł wyjść, zanim pęknie mu żyłka na skroni. A ja ucieknę do swoich komnat i zaszyję się tam aż do wyjazdu Turan i kapłanów.
Pochyliłam się lekko, ukradkiem zerkając na siostrę.
Uśmiech błąkał się na jej pięknych ustach. Wyglądał na skromny i słodki. Ale ja wiedziałam lepiej. W jej niebieskich oczach czaiła się przebiegłość. Jakby znała jakiś sekret, o którym nikt nie raczył mnie poinformować.
Mae kochała sekrety. Dodać do tego szczyptę konfliktu oraz kroplę żądzy krwi – i była szczęśliwa.
Taki miała charakter? Czy raczej była to kwestia wychowania?
Gdy ja skończyłam pięć lat, Margot podarowała mi w prezencie lalki. Gdy Mae skończyła pięć lat, ojciec dał jej zestaw pozłacanych sztyletów.
Pasowałaby do tych turańskich wojowników, prawda? Do tego księcia? Mae odziedziczyła siłę po ojcu i wzrost po Margot. Osiemnaście lat treningów uczyniło z niej broń. Turanie nie złamią Mae.
Może ojciec liczył, że to raczej ona złamie ich.
– Na czym skończyliśmy? – zapytał ojciec. – Mieliście zastrzeżenia co do ceny? Jak możemy to rozwiązać?
Eee...
Czy on właśnie próbował dogodzić Turanom? Bo tak to zabrzmiało. A ojciec nie dogadzał nikomu.
Pozwolił wojownikowi na kąśliwy komentarz o przeliczaniu monet i nie odpowiedział ciętą ripostą. A teraz pytał, jak może rozwiązać problem?
Mae uczyła się przebiegłości od niego, więc co się tu tak naprawdę działo? To nie była tylko transakcja między królem a najemnikami.
– Oficjalne zapoznanie. Zanim przejdziemy dalej – odezwał się lewitujący kapłan. Jego głos był jak jedwab.
Nigdy wcześniej nie słyszałam, by któryś z kapłanów przemówił. Spodziewałam się zgrzytu, tonu tak szorstkiego jak ich moc. A to zabrzmiało jak muzyka. Ciche, hipnotyzujące dźwięki. Pieśń syreny, która kołysze cię do snu tuż przed pożarciem.
Na jego rozkaz uwaga mężczyzn skierowała się na nas. Pięć par turańskich oczu, każda z zielonymi pierścieniami w tęczówkach, przesunęło się po Margot i Mae. Tylko srebrne oczy Obrońcy utkwiły we mnie. To było równie niekomfortowe jak vosterska magia.
Ojciec skinął Margot głową.
Położyła dłoń na plecach Mae i razem ruszyły w stronę Turan, a ja podążyłam za nimi.
W centrum grupy Turan stał mężczyzna z cienkim diademem na czole. Nie lśnił klejnotami – był to splot srebrnych nici, skręconych razem w prostą obręcz.
Brązowe włosy nosił krótsze niż reszta. Delikatne fale były zaczesane do tyłu, końce lekko kręciły się na karku. Boki obręczy znikały pod kosmykami przy uszach. Mała blizna przecinała brew. Jego oczy miały kolor mchu w burzowy dzień. Cień niemal pochłaniał zielone pierścienie w jego tęczówkach.
Książę Zavier był przystojny. Oszałamiająco wręcz, a do tego męski. I śmiertelnie znudzony. Na widok przyszłej żony nie okazał cienia zainteresowania.
Spodziewałam się, że zaraz zacznie ziewać.
Za to Obrońca wyglądał na rozbawionego, jakby to wszystko było dla niego komedią. Jego oczy zmarszczyły się w kącikach, gdy uśmiechnął się drwiąco.
Co go tak bawiło? Co mi umykało?
– Książę Zavierze, przedstawiam ci moją córkę Mae – oznajmił ojciec. – Zgodnie z Przymierzem Wróbli za trzy miesiące podczas jesiennej równonocy zostanie twoją żoną.
Zavier przez dłuższą chwilę przyglądał się Mae, po czym spojrzał na Obrońcę. Między nimi przetoczyła się niema wymiana zdań. Czy to jedna z mocy Obrońcy? Czytał w myślach?
Cóż, jeśli czytał moje...
Zniknij. Proszę i z góry dziękuję.
Obrońca skinął księciu głową, po czym przemówił chropowatym głosem, od którego dostałam gęsiej skórki.
– Nie ona.
Margot mrugnęła.
– Słucham?
– Ta. – Oczy Obrońcy przesunęły się w moją stronę, a za nimi podążył wzrok wszystkich.
Na mnie.
– Książę Zavier poślubi ją – oznajmił. – Dziś. Jako nagrodę za zabicie waszych węgonurów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
