52,99 zł
Opowieść o miłości, która nie powinna się wydarzyć, o sekretach, które mogą zrujnować życie, i o nadziei, że nawet to, co utracone, można odzyskać.
W 1943 roku Tadeusz zostaje wywieziony na roboty przymusowe. Trafia do słynnej szkółki róż, gdzie z niechęcią podejmuje pracę u niemieckich właścicieli. Wśród nich jest młoda Niemka – Alma Rose. Ich pierwsze spotkania pełne są chłodu i uprzedzeń… aż do chwili, gdy wśród kwitnących krzewów, z dala od frontu, rodzi się uczucie, które może kosztować ich życie.
W 2003 roku umierająca żona wyznaje Tadeuszowi sekret, który burzy fundamenty jego powojennego życia. To, co przez lata uważał za prawdę, okazuje się kłamstwem. Wracają wspomnienia, a wraz z nimi pytanie: Czy mógł wybrać inaczej?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 361
Rok wydania: 2026
Copyright © by Anna Kłosińska-Rybakiewicz, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy.
Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio
PR & marketing: Sławomir Wierzbicki
ISBN: 978-83-8441-401-9
Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Dla mojej Teściowej Marii, która karmi całą moją rodzinę, gdy pochłania mnie pisanie. Dla mojego Teścia Jana, z myślą o Jego pasji do ogrodnictwa i w podziękowaniu za opiekę nad moim warzywnikiem.
1948
Kolejny list.
Kolejny przeklęty list.
Wystarczyłoby rozedrzeć go na drobne kawałki, wrzucić do pieca i patrzeć, jak słowa wiją się w ogniu, czernieją, znikają. Jak w sekundzie zamieniają się w popiół.
To byłoby takie proste.
Ale nie mogę.
Bo wtedy mój grzech stałby się prawdziwy. Ostateczny. Nieodwracalny.
Dlatego zrobię to, co zrobiłam już wcześniej trzy razy.
Schowam go do mojej skrytki.
Oczywiście nie na zawsze. Tylko na jakiś czas. Na rok… Może na dwa…
W końcu pokażę mu te listy.
Wyjawię mu wszystko.
I kiedy to zrobię, oczyszczę swoje sumienie. Uwolnię się od tego ciężaru. Od lęku, który ogarnia mnie za każdym razem, gdy na nasze podwórze wkracza listonosz.
Tak zrobię.
Tak właśnie zrobię.
Schowam ten list tylko na chwilę.
A jeśli przyjdzie kolejny?
A jeśli tym razem nie zdążę go przechwycić? Jeśli to on będzie w domu zamiast mnie? Jeśli przeczyta list, zanim zdążę mu cokolwiek wyjaśnić?
Wtedy będę stracona…
Wyrzuci mnie na bruk bez żadnej litości. Zostanę sama.
Dlaczego te durne listy wciąż przychodzą?!
Czy brak odpowiedzi nie jest odpowiedzią?!
Przecież to oczywiste, że na wszystkie pytania, które padają w tych listach, istnieje tylko jedna odpowiedź: Nie!
Nie pisz.
Nie szukaj.
Nie wracaj.
Muszę coś zrobić.
Muszę to zakończyć.
Zepchnąć przeszłość tam, gdzie jej miejsce…
Już wiem!
Odpiszę na ten list, ale nie słowami…
Zamiast odpowiedzi wyślę w kopercie zdjęcie.
Jedno zdjęcie.
Nasze ślubne.
To powinno wystarczyć.
To zakończy wszystko raz na zawsze.
Prawda?
Jakubowo
Sierpień 2003 roku
LENA
Siedziałam na olbrzymim fotelu, przesuwając dłonią po jego miękkim obiciu. Próbowałam rozszyfrować wydrążone na nim wzory, odgadnąć, czy były to jakieś symbole, czy może przypadkowe ornamenty. Fotel i pasująca do niego sofa pochodziły z Singapuru. Meble były tak wielkie, że nie sposób ich było wnieść po schodach na piętro tego domu, ale pan Tadeusz był uparty i chciał, żeby właśnie tam się znalazły. Ten człowiek uwielbiał otaczać się starymi przedmiotami. Gdziekolwiek się nie udał, szukał niepotrzebnych już innym staroci, by postawić je w swoim salonie, gabinecie czy na podwórku. Jakby pragnął zapełnić nimi swój świat. Jakby to, co miał, nie było wystarczające. Nie był przy tym człowiekiem pazernym czy chciwym. On po prostu… całe życie czegoś szukał.
Tak samo było z tym zestawem wypoczynkowym. Gigantyczne meble były kością niezgody między małżonkami. Pani Olszańska za nic w świecie nie chciała ich w swoim domu, ale jej mąż był nieugięty. Szczerze powiedziawszy, nie podzielałam zachwytu pana Tadeusza. Meble może i były wygodne, ale dawno temu straciły swój blask, a na dodatek trzeba było wynająć specjalny dźwig, za pomocą którego wstawiono je przez okno na piętrze.
Przeniosłam wzrok na zegar wiszący na ścianie. Powinnam niedługo otworzyć kuchnię. Co prawda w tym tygodniu nie mieliśmy zbyt wielu gości, ale wciąż trzeba było wykarmić tych, którzy przychodzili, a ja byłam jedyną kucharką. Pani Jadzia, której miejsce zajęłam cztery lata wcześniej, gdy przeszła na emeryturę, od czasu do czasu nas wspierała, zwłaszcza przy większych imprezach. Z kolei mój jedyny pomocnik Piotrek sprawdzał się lepiej w kelnerowaniu niż gotowaniu.
Ponownie sprawdziłam godzinę. Pan Tadeusz powinien już tu być. Cztery dni wcześniej jego żona na własne życzenie wróciła z hospicjum, chcąc odejść we własnym domu, wśród ludzi, których znała i kochała. Od tamtej pory zmieniałam się z panem Tadeuszem co kilka godzin, tak aby nie zostawiać jej nawet na chwilę samej. Przez większą część tego czasu spała pod wpływem morfiny, która skapywała po kropelce prosto do jej żyły.
– Lena?
Powoli przeniosłam wzrok na łóżko, na którym leżało wycieńczone chorobą, wątłe ciało pani Olszańskiej. Kobieta wyglądała, jakby wciąż spała.
– Lena… – powtórzyła ciszej, nie otwierając oczu.
Podeszłam bliżej i pochyliłam się nad nią.
– Tak?
Jej dłoń, chłodna i zaskakująco lekka, zacisnęła się na moim nadgarstku. Spojrzała w stronę ściany, gdzie stała masywna, ciemna szafa z czarnego dębu, pamiętająca zapewne jeszcze czasy jej młodości.
– Za… za szafą… – wyszeptała z trudem. – Koperta. Proszę… wyjmij.
W chwili gdy z wysiłkiem otworzyła oczy, by przekonać się, czy wykonam jej polecenie, zrozumiałam, że to nie senne majaki i że za szafą rzeczywiście mogę znaleźć wspomnianą kopertę.
– Dobrze. Zaraz ją przyniosę.
Jej palce powoli puściły mój nadgarstek, a powieki ponownie się zamknęły.
Podeszłam do szafy i wsunęłam za nią rękę. Przez moment czułam tylko kurz i nierówności tynku, aż w końcu pod palcami wyczułam znajomą, szeleszczącą teksturę papieru. Z trudem wysunęłam stamtąd dużą, żółtą kopertę.
Była otwarta. Niosąc ją z powrotem do łóżka, odruchowo zerknęłam do środka. Wewnątrz znajdowały się kolejne, mniejsze koperty. Cztery, jeśli wzrok mnie nie mylił.
Jak tylko położyłam paczkę na kołdrze i delikatnie nałożyłam na nią dłoń pani Olszańskiej, ta ponownie otworzyła oczy. Przesunęła palcami po papierze, jakby chciała upewnić się, że naprawdę tam był. Wzięła drżący, urywany oddech, a po jej policzkach spłynęły łzy. Już miałam zapytać, co się stało, gdy do pokoju wszedł jej mąż.
Pan Tadeusz wyglądał na zdruzgotanego stanem żony. Był cieniem dawnego siebie. Dziesięć lat wcześniej, gdy nasze ścieżki niespodziewanie się przecięły, wyglądał o niebo lepiej, a był po wypadku samochodowym. Wtedy, mimo odczuwania fizycznego bólu, starał się być dzielny, dziś biła od niego nieopisana rozpacz. I chociaż jego żona chorowała już od czterech lat, nie wyglądał na pogodzonego z tym faktem. Wręcz przeciwnie. Miałam wrażenie, że za chwilę popadnie w obłęd, jeśli nie znajdzie dla ukochanej ratunku.
– Skarbeńku, co się dzieje? – zapytał, widząc jej łzy. – Boli cię? Zadzwonić po pielęgniarkę? Kroplówka nie działa?
Odsunęłam się, dając mu miejsce przy łóżku żony.
Państwo Olszańscy byli małżeństwem od ponad pięćdziesięciu lat. I przez tych kilka ostatnich, odkąd ich znałam, ani razu się nie pokłócili, nigdy nawet nie podnieśli na siebie głosu. Pan Tadeusz uwielbiał swoje róże. Chodził przy nich codziennie, niezależnie od pogody, jakby były żywymi istotami, które wymagały nie tylko zwykłej pielęgnacji, ale też troski i czułości. Znał każdą odmianę, każdy krzew, pamiętał, w którym roku jaka róża była sadzona, a także jak reagowała na wiosenne przymrozki czy też letnie susze. Potrafił godzinami przycinać pędy z precyzją godną mistrza, mówiąc do nich półgłosem, jakby mogły go wysłuchać albo mu odpowiedzieć. Róże były dla niego całym życiem. Jego żona czasami była o nie zazdrosna. W żartach mówiła, że mąż kocha je bardziej od niej. Pan Tadeusz zbywał ją, mówiąc, że plecie głupoty. W moim odczuciu żonę i róże kochał tak samo. Przecież całymi dniami krążył między nimi – chodził od domu do szklarni i od szklarni do domu.
Pani Olszańska ciągle powtarzała, że powinni zlikwidować szkółkę róż, że wymaga od niego zbyt wiele pracy, że jest już za stary, by całymi dniami pochylać się nad kwiatami, że powinien odpocząć. Były to jednak tylko słowa rzucane mimochodem. Nigdy nie podjęła żadnych działań, nie nalegała na sprzedaż ziemi ani na wykarczowanie rabat. Wiedziała, że odebranie mu róż byłoby równoznaczne z odebraniem mu sensu życia.
Z kolei pan Tadeusz nie wtrącał się do hotelu i restauracji, które były wyłącznie jej królestwem. Nie interesowały go rezerwacje, dostawy ani rachunki. Zostawiał wszystkie decyzje żonie. Ufał jej bezgranicznie i z dumą patrzył, jak wszystko funkcjonuje bez zarzutu. Gdy goście chwalili kuchnię albo atmosferę hotelu, tylko się uśmiechał, wiedząc, że te słowa są skierowane wyłącznie do niej. Idealnie się uzupełniali.
– Nie… nie trzeba… – wydusiła z siebie. – Chciałam… chciałam ci to dać. Musisz… musisz się w końcu dowiedzieć…
Poczułam, że rozmowa wkraczała w sferę prywatną małżonków, dlatego cicho opuściłam pokój i zamknęłam za sobą drzwi.
Weszłam do kuchni restauracyjnej, połączonej bezpośrednio z hotelem, i nałożyłam na siebie śnieżnobiały fartuch. Kochałam to miejsce, bo było moje. Zwłaszcza o tej porze dnia, gdy przebywałam w nim zupełnie sama. W tle leciała ulubiona stacja radiowa, a ja przygotowywałam potrawy, podrygując w rytm muzyki.
Przez duże okna, tuż nad blatem, widziałam dom państwa Olszańskich, stojący na tyłach hotelu. Za nim ciągnęły się rabaty róż, ogromna szklarnia oraz drewniana stodoła. Były tam też suszarnia, magazyn i murowany budynek gospodarczy. Do każdego z nich prowadziła wąska ścieżka, wijąca się pomiędzy kolejnymi rabatami. Każdy kawałek ziemi porośnięty był różami. Dlatego posiadłość nazywano Różanym Zakątkiem.
Odkąd tu zamieszkałam, ani razu nie kupiłam perfum. Zapach tych kwiatów był wystarczający i nieustannie mnie otaczał. Latem intensywny, nawet przy zamkniętych oknach. Zimą subtelniejszy, obecny w suszonych płatkach zamkniętych w małych woreczkach, powtykanych w każdą szczelinę i przestrzeń. Wisiały na ścianach, leżały w szufladach, kryły się w szafkach. Nawet po wielu godzinach pracy czułam ich woń na ubraniach, we włosach, na skórze.
W momencie, w którym mój wzrok padł na dom państwa Olszańskich, zobaczyłam wybiegającego z niego niczym burza pana Tadeusza. W ręku ściskał tę samą żółtą kopertę.
Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Musiało mi się przywidzieć! Przecież pan Tadeusz nie zostawiłby pani Olszańskiej samej! Nie w jej stanie! Mieliśmy się zmienić dopiero za trzy godziny. A jednak widziałam go wyraźnie. Szedł szybkim krokiem, niemal biegiem, w stronę szklarni. Zatem musiało się coś stać… coś bardzo złego.
– O Boże… – powiedziałam na głos.
Wiedziałam jedno – pan Tadeusz nigdy nie zostawiłby swojej żony, chyba że… Bałam się dokończyć tę myśl.
Szybko wytarłam ręce w ścierkę i ruszyłam w stronę ich domu. Białe otoczaki ułożone na ścieżce chrobotały pod moimi butami. Po chwili pchnęłam ciężkie, zielone drzwi i weszłam do środka. Wbiegłam po schodach na piętro, lecz przed pokojem małżeństwa zawahałam się na ułamek sekundy. Wzięłam głęboki oddech i dopiero wtedy przekroczyłam próg.
Ostrożnie, niemal bezszelestnie podeszłam do łóżka.
Ogarnęła mnie niewyobrażalna ulga, gdy zobaczyłam, jak ciało pani Olszańskiej unosi się i opada w rytmie oddechu.
Żyła.
Pani Olszańska żyła.
Więc co, do licha, się stało?
– Proszę pani… – powiedziałam cicho.
Rozchyliła powieki. Jej twarz była wykrzywiona bólem, ale coś podpowiadało mi, że to nie ciało bolało ją najbardziej. Spojrzała na mnie nieobecnym wzrokiem.
– Nie wybaczy mi… – wyszeptała. – On mi tego nigdy nie wybaczy…
– Czego? – zapytałam, czując, jak ściska mnie w żołądku. – Co się stało?
Zamknęła oczy.
– Nie wybaczy… – powtórzyła. – Nie wybaczy… nie wybaczy…
Jej głos stawał się coraz cichszy, aż w końcu urwał się zupełnie. Po chwili pogrążyła się we śnie, jakby te słowa były ostatnim zdaniem, które zdołała wypowiedzieć w swoim blisko osiemdziesięcioletnim życiu.
Stałam obok łóżka jeszcze przez dłuższą chwilę, wpatrując się w jej spokojną twarz. Gdy spojrzałam za okno, dostrzegłam szklarnię. To w niej, pośród krzewów swojej ulubionej odmiany róż, pan Tadeusz zniknął wraz z kopertą, która – najwyraźniej – mogła odebrać Olszańskim ostatnie wspólne chwile szczęścia.
Pan Tadeusz nie wrócił już do pokoju, w którym powoli odchodziła jego żona. Jego noga nie przestąpiła więcej progu ich sypialni. Trzy razy podejmowałam z nim rozmowę, próbowałam go przekonać, że cokolwiek to było, czegokolwiek się dowiedział, nie jest warte utraty tych ostatnich, cennych chwil, które mogli spędzić razem. Tłumaczyłam mu, że w przyszłości pożałuje swojego zachowania i tego głupiego uporu. Ale pan Tadeusz zachowywał się tak, jakby był głuchy na moje słowa. Do wieczora siedział w szklarni i przycinał swoje bezcenne róże. Miałam ochotę krzyknąć, potrząsnąć nim, a nawet chwycić sekator i ściąć wszystkie kwiaty, aby tylko wyrwać go z tego dziwnego stanu.
Gdy w końcu musiałam odejść od łóżka pani Olszańskiej i przygotować kolację dla gości, chora kobieta została sama. Przez cały wieczór wyglądałam przez okno, patrząc, jak w oświetlonej szklarni porusza się jego postać. Ani razu z niej nie wyszedł. W końcu zostawiłam Piotrka samego, żeby posprzątał kuchnię i salę, a sama ruszyłam ponownie do domu. Pani Olszańska już więcej się nie przebudziła. Jednak dopatrywałam się w tym odrobiny przychylności od losu. Bo przecież gdyby odzyskała przytomność i zobaczyła, że jest sama, że nie ma obok jej ukochanego męża – umarłaby nie na skutek choroby, a złamanego serca.
Pani Olszańska odeszła z tego świata tej samej nocy. Siedziałam przy niej do końca, wierząc, że pan Tadeusz za chwilę się opamięta, otrząśnie z tego, czego się dowiedział, i wróci czuwać u boku żony. Gdy koło północy wydała ostatnie tchnienie, mogłabym przysiąc, że w tym świście powietrza po raz kolejny usłyszałam, jak z żalem mówi: nie wybaczy mi.
Pan Tadeusz był w tym czasie w swoim gabinecie. Mimo późnej pory wciąż siedział przy biurku, zgarbiony, jakby pokonany. W ręku trzymał niewielkie, stare zdjęcie, a ta przeklęta żółta koperta leżała przed nim. Delikatne światło lampy z zielonym abażurem oświetlało pokój.
– Pani Olszańska odeszła… – powiedziałam, stojąc w drzwiach.
Pan Tadeusz się nie odwrócił. O nic nie zapytał. Wciąż wpatrywał się w zdjęcie. Jedyną jego reakcją na wieść o śmierci ukochanej żony było prawie niezauważalne drgnięcie ciała.
– Trzeba zadzwonić po zakład pogrzebowy – dodałam, gdy wciąż milczał.
Żadnej reakcji.
– Dobrze się pan czuje?
Może źle wszystko interpretowałam. Może wcześniejsze wyznanie pani Olszańskiej wcale go nie zdenerwowało. Może to widok umierającej żony był sam w sobie wystarczającym powodem tak irracjonalnego zachowania.
– Nie – powiedział zrezygnowanym głosem, wkładając zdjęcie do żółtej koperty. – Nie czuję się dobrze.
– Czy mam wezwać doktora Terleckiego?
– Tylko jeśli będzie w stanie oddać mi pięćdziesiąt sześć straconych lat życia.
Przełknęłam ślinę. Co tu się wyprawiało? Kim był ten człowiek?
– To co z tym zakładem? Zadzwoni pan? – zapytałam całkowicie bezradna.
Rozglądałam się po gabinecie pana Tadeusza, szukając ukrytej kamery, bo to musiał być jakiś okropny żart. Pan Olszański przecież kochał swoją żonę. Oddałby za nią życie. Gdy dowiedział się o jej chorobie, był gotów sprzedać cały majątek, żeby opłacić kosztowne leczenie w Stanach. To wtedy postanowiłam sprzedać odziedziczone po dziadkach mieszkanie. Dałam im potrzebne pieniądze, a w zamian zostałam właścicielką kilku hektarów różanych pól wraz z prawem do udziału w zyskach Różanego Zakątka.
– Bądź tak dobra i zajmij się wszystkim – powiedział, patrząc w ciemność za oknem. – Zapłacę ci.
– Dobrze… I nie musi mi pan płacić, przecież pan o tym wie…
Przez chwilę stałam w miejscu z nadzieją, że usłyszę coś więcej – kilka dodatkowych słów, które nadałyby sens jego zachowaniu. Jednak pan Tadeusz nawet się nie poruszył.
W końcu wyszłam z pokoju i zamknęłam za sobą ciężkie drzwi. Z recepcji hotelu zadzwoniłam do lokalnego zakładu pogrzebowego i już w czasie tej rozmowy dotarło do mnie, na co tak naprawdę się zgodziłam. Miałam wybrać kolor trumny, wieńce oraz dekoracje pogrzebowe, a nawet napis na szarfę. Tymczasem jedyne, co wiedziałam, to to, w co chciała być ubrana pani Olszańska. Garsonkę i buty przygotowała sobie już kilka miesięcy wcześniej, gdy przeniesiono ją do hospicjum.
Przez resztę nocy nie mogłam zmrużyć oka, zastanawiając się co, u licha, wydarzyło się między małżonkami po moim wyjściu z pokoju i co zawierała ta nieszczęsna żółta koperta.
Rankiem pan Tadeusz, jak gdyby nigdy nic, założył swoje wytarte spodnie oraz flanelową koszulę i z taczką wypełnioną narzędziami odjechał w stronę rabat. Zostawił na mojej głowie przygotowanie swojej żony do pochówku i organizację jej pogrzebu, który miał odbyć się za dwa dni.
Stałam pod drzwiami gabinetu z uniesioną dłonią i po raz kolejny nie wiedziałam, jak powinnam się zachować. Miałam wrażenie, że świat, który znałam, legł w gruzach, a wszystko, co wiedziałam o rodzinie Olszańskich, okazało się nieprawdą. Nigdy wcześniej nie obawiałam się rozmowy z panem Tadeuszem, a przynajmniej nie od momentu, kiedy oficjalnie zatrudnił mnie na stanowisku pomocy kuchennej w swojej restauracji. Mogłam wyznać mu wszystko, a on nigdy na mnie nie nakrzyczał: zamówiłam coś innego niż trzeba – nie ma problemu, coś wspólnie wymyślimy; przygotowałam za dużo porcji jedzenia – nie ma problemu, zorganizujemy kolację dla pracowników. Zawsze otwarcie mogłam wytknąć mu także jego każdy błąd, a on spokojnie wysłuchiwał moich argumentów i zazwyczaj przyznawał mi rację. Był najrozsądniejszym człowiekiem, jakiego znałam. Jednak dziś – bałam się nawet spojrzeć mu w twarz.
Za chwilę miał przyjechać ksiądz, a on wciąż siedział w swoim gabinecie. Poprzedniego dnia musiałam okłamać starsze panie, które przyszły odmówić różaniec za duszę zmarłej, i jego przyjaciół, że pan Tadeusz nie może tu z nimi być, bo rozłożyła go choroba. Ale teraz musiał się pojawić! Przecież dziś był pogrzeb jego żony, z którą przeżył pięćdziesiąt sześć lat! Już nawet nie chodziło o to, co powiedzieliby ci wszyscy ludzie, którzy mieli przyjść do kościoła i na cmentarz, tu chodziło przede wszystkim o spokój duszy pani Olszańskiej! Zresztą, gdy tylko pan Tadeusz otrząśnie się z tego, co usłyszał od żony, gdy zapomni o tym, co znalazł w kopercie, na pewno będzie żałował każdej jednej chwili, w której nie czuwał przy jej ciele. Dlatego z uwagi na naszą przyjaźń, która zaczęła się niespodziewanie siedem lat temu, musiałam przemówić mu do rozsądku.
Zapukałam z całej siły w drewniane drzwi gabinetu.
– Wejdź, Lenuś – powiedział, jakby nie spodziewał się tu nikogo innego.
Tak naprawdę zostałam mu już tylko ja. Państwo Olszańscy mieli tylko jedno dziecko. Ich syn zmarł w wieku zaledwie czterdziestu sześciu lat. Pokonała go ta sama choroba, która zabrała jego matkę. Zmarł w Gdańsku, dokąd wyprowadził się zaraz po ukończeniu szkoły. Niestety bezpotomnie. Pan Tadeusz, zapytany kiedyś o to przeze mnie, stwierdził tylko, że żona i dzieci nigdy nie były mu pisane – cokolwiek to miało znaczyć.
Miałam nadzieję, że po wejściu do środka zobaczę go ubranego w czarny garnitur, ale to były płonne nadzieje. Pan Olszański miał na sobie swój typowy strój, w którym dbał o ogród. Siedział wygodnie w fotelu i czytał gazetkę ogrodniczą.
– Panie Tadeuszu… – zaczęłam mówić przez zęby. Czułam, jak moja frustracja przeradza się w złość. – Nie wiem, co zaszło między panem a pana żoną, co zostało tamtego dnia powiedziane, ale…
– Leno, to nie jest… – próbował mi przerwać.
– Nie! – Uniosłam dłoń, dając mu znać, żeby zamilkł. – Teraz będę mówić ja, a pan mnie posłucha.
Zamknął usta, a gazetę odłożył na kolana.
– Nie mam zielonego pojęcia, co tu się dzieje, ale na litość boską, zmarła pańska żona! – uniosłam głos. – Zmarła kobieta, która spędziła u pana boku ponad pięćdziesiąt lat! Harowała całymi dniami, obsługując gości, aby pan mógł chodzić szczęśliwy między różami! Cokolwiek zrobiła lub czego nie zrobiła, to nie zasłużyła, żeby nie towarzyszył jej pan w tej ostatniej drodze! Poza tym to pan jest jej mężem, a ja jestem tu tylko kucharką! Kucharką, która rano musiała podjąć decyzję, co włożyć pani Olszańskiej do trumny, a ja przecież nie znałam jej tak dobrze jak pan! Kucharką, która musiała stworzyć listę osób żegnających zmarłą na jej ostatniej drodze, którą dziś ksiądz odczyta podczas mszy w kościele! A ja znam tylko nazwiska sąsiadów, nikogo więcej! A co, jeśli włożyłam nie tę rzecz, którą by chciała? Co jeśli ominęłam jakąś jej serdeczną przyjaciółkę, która się dziś zjawi? Co wtedy?! Nie chciałam brać takiej odpowiedzialności na siebie! Przecież ja mam dopiero dwadzieścia dziewięć lat i nigdy nikomu nie organizowałam pogrzebu!
Musiałam kilka razy odetchnąć, aby wyrównać oddech.
– Skończyłaś? – zapytał bez cienia urazy w głosie.
– Tak.
– Daj mi pięć minut. Przebiorę się i zejdę na dół.
– Dobrze – burknęłam, wciąż gotowa walczyć.
Usiadłam na schodach i czekałam na pana Tadeusza. Na dole było co najmniej sześćdziesiąt osób. Zaledwie garstka z nich zmieściła się w salonie, gdzie ustawiona była trumna. Pozostali stali w sieni i na zewnątrz. Przyszła cała wieś. Niemalże każdy mieszkaniec Jakubowa. Zgodnie z moim życzeniem nikt nie przyniósł kwiatów. Na klepsydrze zapisałam prośbę o datki na hospicjum, w którym przebywała pani Olszańska. Zresztą kwiatów mieliśmy wokół aż nadto.
Tego dnia rano włożyłam do trumny małą fotografię syna Olszańskich, która stała wcześniej na stoliku nocnym zmarłej. Choć nie wiedziałam, czy tego właśnie by sobie życzyła, czy też nie, to w złości na pana Tadeusza postanowiłam zrobić coś jeszcze – ściąć jego najdroższe, najukochańsze róże, jego oczko w głowie. Założyłam grube rękawice i z sekatorem obeszłam szklarnię wzdłuż i wszerz. Nie ostał się żaden kwiat. Jeśli mnie za to nie zwolni, to będę miała szczęście…
– Chodźmy – usłyszałam za sobą głos pana Tadeusza.
Wstałam, wygładziłam czarną sukienkę i spojrzałam na niego. Miał na sobie czarny garnitur, taką samą koszulę i krawat. Wyglądał jak pogrążony w żałobie kochający mąż.
Ruszyliśmy na dół. Pan Olszański wymienił uściski dłoni ze stojącymi w sieni mężczyznami, w odpowiednich momentach kiwał głową na płynące kondolencje. Nikt by nie poznał, że jeszcze przed chwilą gotów był bojkotować całą uroczystość.
Gdy weszliśmy do salonu, modlący się na głos żałobnicy rozstąpili się przed nami. W tym momencie zaczęłam obawiać się reakcji pana Tadeusza na widok tuzina wiader wypełnionych po brzegi jego różami. Tymi konkretnymi różami.
Dostrzegłam, że mężczyzna się spiął, a potem wypuścił powietrze. Jego ramiona opadły. Wyglądał, jakby naprawdę przepełniał go żal. Nie wiedziałam tylko, czy po stracie żony, czy po stracie róż.
– Wybrałaś akurat te jedne róże, których ona sama nigdy by dla siebie nie wybrała… – powiedział, nachylając się ku mnie, tak bym tylko ja mogła go usłyszeć. – Wybrałaby każde inne z naszego ogrodu, tylko nie te…
Po tych słowach podszedł do trumny i stanął obok. W tym samym momencie rozległ się głos księdza, który wchodził do domu.
A mnie ogarnęła tylko jedna myśl – że właśnie dlatego kucharka nie powinna organizować pogrzebu…
Ojcewo
Kwiecień 1943 roku
TADEUSZ
Szurałem nogami, kopiąc grudki ziemi. Większość rozbryzgiwała się pod butami, ale czasem trafiała się taka twarda i zbita, że dolatywała aż do pleców mojego brata, który szedł przede mną wąską miedzą, rozdzielającą nasze pole od pola sąsiada. Wybierałem właśnie te. Każda z nich była drobnym upustem złości, która we mnie buzowała.
Heniek jakby na przekór udawał, że moje zachowanie w ogóle go nie rusza. Szedł pewnym krokiem, nie odwracając się ani razu. To tylko dolewało oliwy do ognia.
Coś mnie gryzło od środka, nie dawało mi spokoju. A ja dokładnie wiedziałem, co to było.
– Źle rzucałeś owies – wyrwało mi się nagle. – Za rzadko. Zobaczysz, licho wzejdzie.
Heniek zareagował tylko krótkim spojrzeniem przez ramię.
– Siałem tak jak zawsze – odezwał się po chwili.
– Czyli jak zawsze za rzadko – mruknąłem. – A potem ojciec się dziwi, że plon lichy.
Nie odpowiedział. Jego milczenie doprowadzało mnie do szału. Zachowywał się tak, jakby już przejął całe gospodarstwo i wszystkim zarządzał.
– I po co tak gnałeś przez pole? – ciągnąłem, czepiając się dalej. – Przecież nie trzeba było wszystkiego dziś zasiać.
– Tadek, daj spokój – odezwał się w końcu. – Owies posiany. Chodźmy do domu.
„Do domu” zabrzmiało jak kpina. Wiedziałem, że nie do domu mu śpieszno, tylko do niej. Poczułem, jak coś we mnie narasta, próbuje znaleźć ujście, i tylko ostatkiem sił trzymałem to w ryzach.
– Gdy się ojciec dowie, że pole źle obsiane, bo śpieszno ci było do dziewczyny, to ci grzbiet przetrzepie.
Heniek obrócił się do mnie, nie zwalniając kroku, i z lekkim uśmiechem na ustach powiedział:
– Chciałeś powiedzieć: narzeczonej. Józka jest moją narzeczoną, a nie zwykłą dziewczyną.
Zacisnąłem pięści tak mocno, że aż zbielały. Posłałem mu pełne jadu spojrzenie, ale on tylko uśmiechał się dalej. Postanowiłem zetrzeć ten uśmieszek z jego twarzy.
– Może i narzeczoną… – powiedziałem głośno – …ale to ze mną pierwszym się całowała. A do ślubu jeszcze miesiąc. Kto wie, co jeszcze jako pierwszemu mi da.
Heniek zatrzymał się gwałtownie i odwrócił.
– Coś ty powiedział?!
– Powiedziałem, że jak będziesz całował się ze swoją żoną, to miej z tyłu głowy, że wiem, jak smakują jej usta. I nie tylko usta… – rzuciłem hardo, prężąc pierś.
– Ty smarkaczu jeden! – krzyknął i ruszył w moją stronę.
Cofnąłem się o krok, unosząc podbródek, gotowy do bitki. Lecz Heniek nie podjął wyzwania. Nagle oprzytomniał i zatrzymał się w pół kroku.
– Te wasze schadzki nic nie znaczyły – stwierdził, odzyskując rezon. – Musiałeś być naprawdę kiepski, skoro to za mnie wychodzi za mąż.
Nie wytrzymałem. Doskoczyłem do niego i uderzyłem pięścią w twarz, zanim zdążył się zorientować. Ból natychmiast eksplodował w mojej dłoni. Nigdy nikogo wcześniej nie uderzyłem ani nie brałem udziału w bójce. Nie miałem pojęcia, że to aż tak boli.
Chwilę później ból ręki zagłuszył inny – ostry, rozlewający się po mojej szczęce. Głowa odskoczyła mi w bok, a ja się zachwiałem. Dopiero po chwili dotarło do mnie, co się stało. Heniek mi oddał.
Gdy tylko się wyprostowałem, rzuciłem się na niego. Okładaliśmy się na oślep, aż w końcu runęliśmy na ziemię, szarpiąc się za ubrania i przetaczając jeden przez drugiego.
Żaden z nas nie zauważył ciągniętego przez konia wozu, który zatrzymał się tuż obok nas.
Nagle czyjaś dłoń chwyciła mnie za ramię i postawiła na nogi. Jednym okiem – bo drugie jakoś dziwnie nie chciało się otworzyć – dostrzegłem ojca. Drugą ręką trzymał Heńka za kołnierz.
Ojciec stał między nami i wodził po nas takim wzrokiem, że aż ścisnęło mnie w żołądku.
– Wstydu nie macie – odezwał się w końcu surowym głosem. – Tarzacie się na polu jak świnie w błocie!
Puścił nas i zwrócił się do Heńka.
– Ty – zaczął ostro. – Starszy jesteś dwa lata, więc zdawać by się mogło, że masz już swój rozum w głowie. Masz dawać przykład bratu, a nie go podjudzać. Za cztery niedziele się żenisz, będziesz głową rodziny. Głową, rozumiesz? A głowa nie może być pusta.
Heniek spuścił wzrok. Zaciśnięte usta drgnęły mu lekko, ale nic nie powiedział.
Ojciec westchnął ciężko i obrócił się ku mnie.
– A ty, Tadek… – Pokręcił głową. – Tobie to się już całkiem poprzestawiało w tej twojej młodej łepetynie.
Poczułem, jak gorąc oblewa mi twarz, ale również nie odezwałem się ani słowem.
– Żadna baba nie powinna stawać między braćmi – ciągnął. – Brat to brat. Krew z krwi. Za nim pójdziesz w ogień, a nie za dziewczyną, choćby i najładniejsza była.
Zacisnąłem zęby i wbiłem wzrok w ziemię.
– Razem z jej wujem podjęliśmy decyzję – powiedział twardo. – Wybraliśmy dla niej Heńka. A ty masz to uszanować. Ona nie jest dla ciebie.
– Ale… – próbowałem się wtrącić.
Uniósł palec.
– Masz dopiero siedemnaście lat. To nie czas na żeniaczkę. Jeszcze się napatrzysz, jeszcze życia posmakujesz. Dziewczyn jest pół świata, a brat jest jeden.
Zamilkł na chwilę, po czym machnął ręką.
– A teraz się ogarnijcie. Jak matka was zobaczy, to pas pójdzie w ruch. Wstyd byłby takich dwóch dryblasów pasem okładać jak małe dzieci.
Stałem nieruchomo, z bólem pulsującym w głowie. Tak naprawdę jednak to serce miałem bardziej potłuczone niż twarz. Wiedziałem, że choć ojciec mówił o braterstwie, to w tym momencie nic ono dla mnie nie znaczyło. Liczyła się tylko ona… Józka.
– Wsiadać na wóz. I żebym się powtarzać nie musiał.
Nie patrząc na siebie, usiedliśmy na wozie, obok bron. Przez całą drogę do wsi nie odezwaliśmy się nawet słowem.
Gdy tylko dojechaliśmy do krzyża, zeskoczyłem i ruszyłem w stronę studni. Celowo się nie oglądałem. Chciałem, żeby obaj myśleli, że idę zmyć z siebie brud i krew, która sączyła się z brwi na policzek. Dopiero gdy wóz się oddalił, zmieniłem kierunek. Poszedłem prosto do niej – do Józefy Karłowicz, narzeczonej mojego brata.
Ze spuszczoną głową, wolnym krokiem szedłem przez wieś. Na szczęście ludzie, którzy krzątali się przy obejściach, byli wyjątkowo zajęci swoimi sprawami. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. I dobrze. Nie chciałem niczyjego spojrzenia, żadnego: „a cóż to się stało?”.
Drogę znałem na pamięć. Mijałem chałupy, których rozkład znałem jak własnej, płoty, przy których wiedziałem, jaka deska jest poluzowana, i psy leniwie podnoszące łby, których imiona nieraz sam wybierałem. Ojcewo nie było duże, zaledwie trzynaście domów. Ludzie znali się jak łyse konie. Z nudów wścibiali nos w nie swoje sprawy. Żyli życiem innych. Wystarczyłoby, żeby jeden wypił skisłe mleko, a drugi na końcu wioski już dostawał nieżytu żołądka.
Kochałem moją Józię już od jakiegoś czasu. Wcześniej po prostu byliśmy dwójką dzieciaków, spędzającą razem każdą wolną chwilę. Bycie razem było dla nas tak naturalne, tak oczywiste. Zawsze we dwoje chodziliśmy nad staw łowić ryby albo się kąpać. We dwoje zbieraliśmy kamienie na polu, najpierw u nas, potem u nich. Siedzieliśmy na schodkach przed domem, gdzie braliśmy źdźbło trawy, przyciskaliśmy je do zębów i gwizdaliśmy. Rozmawialiśmy o byle czym. Śmialiśmy się wtedy często i oboje myśleliśmy, że już zawsze tak będzie – będziemy przyjaciółmi do końca życia.
Dopiero w ostatnim roku coś się zmieniło. Spoglądaliśmy na siebie inaczej. Nasze spojrzenia były dłuższe, bardziej przeciągłe. Zamiast rozmawiać o byle czym, często milczeliśmy. Gdy Józia wyglądała na smutną, pragnąłem ją rozśmieszyć. Chciałem, żeby była szczęśliwa, żeby nigdy nie była głodna, żeby nigdy nie było jej zimno. A przede wszystkim, żeby widziała we mnie kogoś więcej niż dzieciaka z sąsiedztwa. Aby widziała we mnie kogoś, na kogo może zawsze liczyć, do kogo może się zwrócić w każdej potrzebie. Chciałem być taki. Troszczyć się o nią. Bronić jej.
Wzdychałem do niej po cichu. Zbyt niepewny i zawstydzony, żeby wyznać swoje uczucia lub aby chociaż dać jej jakikolwiek znak. Aż cztery miesiące temu zebrałem się w sobie… Skradłem jej pierwszy pocałunek. Był krótki i nieporadny. Byłem pewny, że się oburzy i że uzna mnie za głupca. A ona po wszystkim tylko uśmiechnęła się do mnie w ten sposób, że sam miałem ochotę to zrobić. Jakby jej radość była moją radością. Właśnie wtedy zrozumiałem, że mógłbym całować ją każdego dnia.
Józia była dobrą dziewczyną. Za dobrą, jak na los, jaki ją spotkał. Była sierotą przygarniętą przez wujostwo. Jednak ci oszczędzali na niej, gdzie tylko mogli. Jadła ostatnia, bo przecież to dziewczyna, a jej kuzyni ciężko pracowali w polu. Chodziła w ubraniach po ciotce, ale tylko w tych, które były już dla niej zbyt znoszone.
Nie mogłem na to patrzeć. Podbierałem matce różne ubrania i zanosiłem je Józi. Spódnicę, wełniane skarpety, chustę. Wmawiałem jej, że mojej rodzicielce są już niepotrzebne lub że zrobiły się na nią za małe, w duchu modląc się, żeby kłamstwo się nie wydało. Raz matka rzuciła mimochodem, że dziewczyna od Karłowiczów nosi chustę podobną do tej, która jej zginęła. Serce mi wtedy stanęło. Szybko powiedziałem, że takie chusty to przecież połowa bab we wsi ma, bo jeden handlarz z nimi jeździ. Pokiwała głową i na tym temat się skończył.
Nic dziwnego, że gdy tylko Józia skończyła osiemnaście wiosen, wujostwo postanowiło się jej pozbyć. Miesiąc wcześniej doszli do porozumienia z naszym ojcem. Ustalili, że Józka wżeni się w naszą rodzinę, a wraz z nią dostaniemy cielaka. Żal mi było tego słuchać, więc wyszedłem. Nie miałem prawa się odezwać, tym bardziej sprzeciwić. Ojciec z wujem postanowili, a ich słowa były święte.
Zresztą byłem od niej o rok młodszy, a Heniek o rok starszy. Bez pytania kogokolwiek z nas – mnie, brata, nawet samej Józki – uznali, że starszy z braci będzie „pasowniejszy”. Bo na niego już pora.
Gospodarstwo Karłowiczów znałem jak własną kieszeń. Wiedziałem, za którym drzewem przy płocie stanąć, żeby nikt z domowników nie mógł mnie dostrzec z okna, a żebym ja miał całe podwórze na widoku. Przytuliłem się do szorstkiej kory i czekałem.
Stary Karłowicz z synami powinni być jeszcze poza domem. Tak jak wszyscy mężczyźni we wsi obsiewali swoje pola, wykorzystując każdy dzień pogody. Obrządek w ciągu dnia spoczywał więc na Józi. Wiedziałem, że wystarczy chwila cierpliwości… i wtedy ją zobaczyłem.
Szła przez podwórze w stronę chlewu z wiadrem w ręku, zapewne niosąc obierki po obiedzie. Złożyłem dłonie przy ustach i zahukałem kilka razy, naśladując sowę. Józia uniosła głowę niemal natychmiast i spojrzała w moją stronę. Serce podeszło mi do gardła. Nie byłem pewien, czy odpowie. Czy, jak zawsze, skręci do stodoły i poczeka tam na mnie. A może tym razem po prostu wróci do swoich zajęć. Z daleka widziałem jej wahanie – nie odstawiła od razu wiadra, nie przyspieszyła kroku. Przez krótką chwilę stała nieruchomo, wpatrując się w drzewo, za którym byłem schowany, jakby wciąż ważyła wszystkie „za” i „przeciw”.
W końcu postawiła wiadro pod drzwiami chlewu, wytarła ręce w fartuch i ruszyła w stronę stodoły. Wypuściłem drżący oddech pełen ulgi.
Czmychnąłem spod drzewa i okrążyłem gospodarstwo. Gdy dotarłem za stodołę, drzwi były już uchylone. Wszedłem do środka i zamknąłem je za sobą.
– Nie powinieneś był przychodzić – odezwała się, zanim zdążyłem się odwrócić.
Ramiona opadły mi nieznacznie. Wiedziałem, że ma rację. Każde nasze kolejne spotkanie tylko pogłębiało to, z czego nie było wyjścia. Nie byłem jednak pewien, co mnie tu przyciągnęło bardziej – tęsknota za nią czy wciąż buzujący we mnie gniew na brata. Może jedno i drugie.
– Jak mnie nie chcesz, to se pójdę – rzuciłem ostro, odwracając się w jej stronę.
– Chryste… co ci się stało w twarz?! – zawołała przerażona.
Była przy mnie w jednej chwili. Delikatnie dotknęła opuchniętego policzka, potem ust. Gdy chciała cofnąć rękę, złapałem ją za nadgarstek i przytrzymałem przy twarzy.
– No mów – ponagliła.
– To nic – odparłem w końcu i puściłem jej dłoń. – Zwykłe nieporozumienie.
– Nieporozumienie? Z kim? Nie mów, że z Heńkiem…
– A co, boisz się, że do wesela mu się nie zagoi, ta jego ładna buźka? – prychnąłem.
Spojrzała na mnie tak, jakby to pytanie ją zabolało.
– Nie – powiedziała łagodnie. – Boję się, że sobie biedy napytasz, Tadziu.
Podszedłem do niej i objąłem ją ramionami. Przytuliłem twarz do jej szyi, wciągając znajomy zapach, jedyny, który potrafił mnie uspokoić.
– Powinnaś być moja – wyszeptałem. – To ze mną powinnaś ślubować.
– Wiem… – odpowiedziała ledwie słyszalnie.
– To powiedz mu „nie”. Zaczekaj na mnie.
– Powiem „nie” i następnego dnia wyląduję na bruku. Nie znasz mojego wuja?
– Za rok będę…
– Rok to szmat czasu – przerwała mi.
– Porozmawiam jeszcze z Heńkiem. Może on mógłby przekonać ojca.
– Zapowiedzi już poszły – powiedziała z rezygnacją. – A jak nie Heniek, to wuj znajdzie mi innego. To już wolę twojego brata.
– Takaś cwana. Nieważne, czy zostaniesz Heńkową, czy Tadkową. Ważne, że Olszańską – rzuciłem z goryczą.
Niespodziewanie poczułem jej dłoń na moim policzku, a potem piekący ból. Już chciałem zapytać: „za co to?”, gdy spojrzałem na jej pełne łez oczy. Poczułem się jak najgorszy drań.
– Przepraszam – powiedziałem szybko, ujmując jej twarz. – Przepraszam, Józiu…
Łzy spływały po policzkach dziewczyny, a ja próbowałem je otrzeć. Chciałem naprawić to, co jej uczyniłem, i może dlatego, a może z czysto egoistycznej potrzeby bliskości, nachyliłem się i ją pocałowałem. Przez moment stała nieruchomo, lecz po chwili oddała pocałunek z tą samą zachłannością.
Nagle odsunęła się ode mnie.
– Nie możemy – wyszeptała, łapiąc oddech. – Nie możemy… Za cztery niedziele ślubuję.
– To bądź tylko moja przez te cztery niedziele – poprosiłem. – Daj mi chociaż tyle.
Ból rozciętej wargi, pamiątka po bójce z bratem, był niczym wobec tego, co rozdzierało mnie od środka. Był niczym wobec bólu niesprawiedliwości, złośliwości losu i bezsilności, której nie potrafiłem już ukryć.
Kiedy na coś czekamy, dni potrafią ciągnąć się w nieskończoność. Jeden wlecze się za drugim, jakby na przekór nam. A gdy lękamy się, że coś w końcu nadejdzie, czas nagle przyspiesza, dni przeciekają przez palce i znikają, zanim zdążymy je zatrzymać. Tak właśnie minął mi ostatni miesiąc.
Miałem wrażenie, że zaledwie wczoraj całowaliśmy się z Józią w stodole, ukryci przed całym światem, a dziś mój brat, w pożyczonym garniturze, z przypiętą do klapy białą kokardą, jechał po nią wozem do domu Karłowiczów.
Nie było orszaku, śpiewów ani akordeonu na drodze. Okupacja odebrała ludziom odwagę do świętowania. Zresztą poruszanie się w większych grupach, nawet złożonych z samych weselników, było niebezpieczne. Lepiej nie przyciągać uwagi niemieckich żandarmów.
Zamiast tego ciekawscy sąsiedzi obserwowali nas spomiędzy firanek. Czułem ich spojrzenia na plecach.
Do kościoła w Kleczkowie pojechaliśmy dwoma wozami. W jednym my, w drugim rodzina panny młodej. Ojciec siedział na koźle, obok Heńka. Ja usiadłem na samym końcu, plecami do nich. Patrzyłem, jak wieś oddala się powoli i myślałem tylko o tym, aby zeskoczyć z tego przeklętego wozu i pobiec, ile sił w nogach przed siebie.
Nie pamiętam, jak znaleźliśmy się przed kościołem. W uszach dźwięczały mi tylko stukot kół o kamienie i skrzypienie osi. Gdy wozy stanęły, nie wysiadłem od razu. Poczekałem, aż reszta wejdzie do środka, a sam zostałem pod murem otaczającym kościół i wypaliłem pierwszego w życiu papierosa. Dławił mnie, ale mimo to trzymałem go uparcie w palcach i raz za razem się nim zaciągałem. Kiedy dzwony przestały bić, wiedziałem, że jest już po wszystkim. Józka już nigdy nie będzie moja.
A potem zaczęło się wesele…
Wieczór zapadł szybko, a wraz z nim nasz dom wypełnił się tupotem bosych stóp – nikogo nie było stać na zdarcie podeszew w tańcu. Muzyka była cicha, akordeonista grał jakby półgębkiem, a rozmowy rwały się nagle, gdy ktoś wchodził do środka.
W izbie zebrało się trochę ludzi, lecz mniej, niż powinno na wiejskim weselu, znacznie mniej. Ludzie bali się Niemców, nawet jeśli jeden z nich – żandarm z polsko brzmiącym nazwiskiem, zaproszony specjalnie przez ojca dla zagwarantowania spokoju, właśnie opróżniał butelkę bimbru. Sołtys, który znał niemiecki i miał mocną głowę, nalewał mu bez przerwy, zagadywał, śmiał się głośno. Żandarm czerwieniał na twarzy, bełkotał coś pod nosem, coraz mniej zwracając uwagę na to, co się dzieje wokół.
Stałem pod ścianą, w cieniu i nie ruszałem się z miejsca, jakby mnie ktoś przykleił do podłogi. Nie tańczyłem. Nie piłem. Z rękoma splecionymi za plecami patrzyłem przed siebie, a dokładnie patrzyłem na nią…Na Józię. I musiałem przyznać przed samym sobą, że nigdy nie wyglądała piękniej. W skromnej sukience, z długim welonem okręconym wokół ręki.
Biały strój zdawał się podkreślać jej urodę – czarne, kręcone pukle włosów, rumiane policzki i pełne, czerwone usta.
Józia nieustannie się uśmiechała. Śmiała się w głos. Zagadywała weselników. Piła zdrowie młodej pary. Jej oczy błyszczały w świetle lamp. Wyglądała na… szczęśliwą.
Nie wiem, czy bardziej bolał mnie ten widok, czy to, że tańcząc z Heńkiem – swoim mężem – ani razu nie spojrzała w moją stronę.
Heniek trzymał ją pewnie i prowadził w tańcu. Co chwilę pochylał się do jej ucha, żeby wyszeptać coś, na co ona odpowiadała uśmiechem – takim, który znałem aż za dobrze. Takim, który kiedyś należał tylko do mnie.
Miałem wrażenie, jakby wokół mojego ciała zaciskała się jakaś niewidzialna obręcz. Z każdym jej obrotem na parkiecie, z każdym głośnym wybuchem śmiechu ściskała mnie coraz mocniej. Najgorsze było jednak to, że dla niej wraz z dzisiejszym porankiem przestałem istnieć. Zachowywała się tak, jakby wymazała mnie ze swojego świata razem z każdym skradzionym pocałunkiem i każdym wyznaniem miłości.
Kuzyn Józi trącił mnie ramieniem, mówiąc coś, a jego brat próbował wcisnąć mi do ręki kieliszek, rozlewając przy tym wódkę na rękaw mojej koszuli. Odsunąłem się od nich bez słowa. Przez cały czas jej rodzina zerkała w moją stronę, komentując coś ukradkiem. Nie dawało mi to spokoju. Może jednak widzieli mnie z Józką w stodole?
Wtedy podszedł ojciec, z kolejną pustą butelką bimbru w ręku. Stanął obok mnie, tak blisko, że poczułem wyraźnie, że on także przyczynił się do jej opróżnienia. Przez moment milczał, wpatrując się w tańczących, a ja od razu wiedziałem, że zaraz usłyszę kolejne kazanie.
– Ogarnij się – powiedział na tyle głośno, żeby przebić się przez muzykę, ale na tyle cicho, żebym usłyszał go tylko ja. – Albo wyjdź na dwór i ochłoń.
Nie odpowiedziałem.
– Ludzie już wlepiają w ciebie ślepia – ciągnął. – Jeszcze chwila i języki pójdą w ruch. A ja nie mam ochoty słuchać, jak po wsi gadają o dwóch kogutach, co skakały sobie do gardeł z powodu jednej kury.
Zacisnąłem mocniej szczękę.
– To wesele twojego brata – dodał zirytowany. – A ty stoisz jak na stypie. Albo się uśmiechnij, albo zniknij mi z oczu, zanim narobisz wstydu mnie i matce.
Muzyka nagle ucichła. Najwidoczniej akordeonista też potrzebował świeżego powietrza. Józia stanęła zdyszana na środku izby, welon zsunął się z jej ramienia i opadł wolno na plecy. Przesunęła wzrokiem po siedzących za stołami weselnikach, szukając zapewne wolnego miejsca. Po raz kolejny uparcie unikała mojego wzroku.
Odepchnąłem się od ściany i ruszyłem ku drzwiom, czując, że jeśli zostanę choć chwilę dłużej, to zgarnę ją w swoje objęcia i pokażę wszystkim, do kogo powinna należeć.
Wraz z nadejściem czerwca pracy na polu przybyło, a ja cieszyłem się z każdego dodatkowego obowiązku jak nigdy wcześniej. Łapałem się wszystkiego, byle tylko jak najrzadziej bywać w domu. Bo choć na zewnątrz życie toczyło się swoim rytmem – ludzie wychodzili w pole, oporządzali zwierzęta, dorabiali do domowego budżetu każdą możliwą fuchą – dla mnie nic już nie było takie samo.
Izba, którą dzieliłem z bratem, przestała być moja. Stała się ich izbą. Moje rzeczy – skrzynię z ubraniami, poduszkę i parę książek – wyniesiono bez pytania o zgodę. Teraz sypiałem w kuchni razem z rodzicami, jak mały dzieciak.
Chociaż „sypiałem” było słowem na wyrost. Nocami leżałem na posłaniu, wpatrzony w ciemność, i chcąc nie chcąc, nasłuchiwałem. Cichego śmiechu zza ściany. Szeptów, których nie rozumiałem, ale których sens był dla mnie aż nazbyt jasny. Skrzypnięcia ramy łóżka, gdy kładli się spać.
Nigdy wcześniej nie zwracałem uwagi na otaczające mnie dźwięki. Teraz atakowały mnie każdej nocy. Każdy ich śmiech, każda rozmowa, każde skrzypnięcie było niczym precyzyjny cios zadawany dokładnie tam, gdzie bolało najbardziej.
Słońce dopiero co wstało, gdy świnia zakwiczała krótko i zaraz ucichła. Ojciec odetchnął ciężko, jak zawsze przy zabijaniu jednego ze swoich zwierząt – nieważne, czy chodziło o kurę, królika czy świnię. Zżywał się z nimi, zresztą jak my wszyscy, i trudno mu było wykonać ten ostateczny cios. Jednak musieliśmy coś jeść. W przypadku tej konkretnej świni, obok moralnych dylematów ojca, pojawiał się jeszcze strach o własną skórę. Bo tę świnię hodowaliśmy po kryjomu, żeby nie musieć się z niej rozliczać przed Niemcami.
I właśnie z tego powodu kilka godzin później kuchnia była zamknięta na skobel, okna przysłonięte, a na stole leżało mięso, jeszcze parujące i pachnące krwią.
Ojciec kroił je w milczeniu. Heniek odkładał do misek, zerkając raz po raz na Józię. Ona stała przy stole, podwijając co chwilę rękawy koszuli, które uporczywie opadały jej z powrotem, i obmywała kawałki mięsa z resztek krwi w zimnej wodzie.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Meritum publikacji
