Przełęcz snów - Anna Olszewska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Przełęcz snów ebook i audiobook

Anna Olszewska

4,2

Opis

Czasami prawda niszczy wszystko…

Jędrek codziennie mierzy się ze śmiercią brata. Pracując jako ratownik górski, próbuje odkupić swoje grzechy, które doprowadziły do tej tragedii. Marzy, aby w końcu o wszystkim zapomnieć i wyjść w góry bez poczucia winy, jednak ktoś ma wobec niego inne plany…

Tajemnicza wiadomość sprawia, że Jagna po latach wraca do skutej lodem tatrzańskiej wsi. Ktoś chce, aby 23 grudnia o 18.00 jeszcze raz stanęła na szczycie Rysów, gdzie zginął jej chłopak.

Co wydarzyło się dwanaście lat wcześniej?

Czy Jagna znajdzie siłę, aby poznać prawdę i wyjawić własne sekrety?

Czy Jędrek zaakceptuje to, co było przed nim ukryte przez tyle lat?

Anna Olszewska

Z wykształcenia prawniczka, z zamiłowania pisarka. Jej wcześniejsze powieści Moja irlandzka piosenka i Dziewczyna z fotografii zyskały jej liczne grono czytelników. Zachęcona tym faktem kontynuuje przygodę z pisaniem. Najlepiej odnajduje się w świecie uczuć, stąd potrzeba wymyślania historii, w których miłość gra pierwszoplanową rolę. Więcej o autorce na stronie: www.annaolszewska.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 331

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 0 min

Lektor: Anna Olszewska

Oceny
4,2 (25 ocen)
12
7
4
2
0
Sortuj według:
karaz84

Nie oderwiesz się od lektury

Absolutnie wspaniała. Opisy Tatr fenomenalne, historia bohaterów całkowicie mnie porwała. Końcówkę czytałam z bijącym sercem i czekam (nie) cierpliwie na następną część..
10
Asienka78

Nie oderwiesz się od lektury

super 🙂
00
mala_sm

Nie oderwiesz się od lektury

Super! Polecam
00
Tess8

Dobrze spędzony czas

Nie lubię książek bez zakończenia. Jeśli widzę, że książka, po którą sięgam jest częścią cyklu - czekam na całość.
00
Sylwiajabl

Dobrze spędzony czas

całkiem fajna, dobrze się czytało.
00



Tytuł oryginału: Przełęcz snów
© Anna Olszewska, 2022 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zwierciadło sp. z o.o., Warszawa 2022
Redakcja i korekta: Joanna Wysłowska
Projekt okładki: Eliza Luty
Zdjęcia na okładce: unsplash.com/Piotr Musioł; unsplash.com/John Salzarulo; fizkes/Shutterstock
Ilustracje we wnętrzu: Harryarts/pl.freepik.com, dgim-studio/pl.freepik.com
Redaktor inicjująca: Blanka Wośkowiak
Dyrektor produkcji: Robert Jeżewski
Wydawnictwo nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec osób lub podmiotów za jakiekolwiek ewentualne szkody wynikłe bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania, zastosowania lub interpretacji informacji zawartych w książce.
Wydanie I, 2022
ISBN: 978-83-8132-354-3
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Widok 8, 00-023 Warszawa tel. 22 312 37 12
Dział handlowy:[email protected]
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Konwersja: eLitera s.c.

Dwanaście lat wcześniej...

Śnieg skrzypiał i osypywał się spod moich stóp. Niewielka lawina stoczyła się w dół ścieżki.

– Widzisz go? – Jędrek wpatrywał się w otaczającą nas ciemność.

– Nie!

Strach plątał mi myśli.

Nie mogłam się skoncentrować.

Stopy nie trafiały w miejsca, gdzie chciałam je postawić.

Wiatr zatykał usta. Unosił w górę świeży puch, kłuł mnie tysiącami lodowatych igieł. Wślizgiwał się pod kaptur, przynosił ze sobą obrazy, których nie chciałam widzieć...

Próbowałam wypatrzyć światło czołówki, ale widziałam tylko czarną ścianę lasu. Jędrek złapał mnie za ramię.

– Jaga, zwolnij! Chcesz się zabić?

– To moja wina! Słyszysz? Moja! – Uderzałam go na oślep tak długo, aż w końcu złapał mnie za ramiona i przyciągnął do siebie. Mimo że tego nie chciałam, jego ciepły oddech uspokajał mnie. Moje ciało miękło, a myśli zwalniały. Bliskość sprawiała, że mogłam znowu działać.

Przetarłam oczy mokrą rękawicą. Spróbowałam przebić wzrokiem mrok. Czułam, że temperatura obniża się z każdą chwilą. Gdy zginałam palce, mrowiła mnie skóra.

Nie mogliśmy zwlekać.

Musieliśmy go dogonić.

Wyjaśnić.

Zawrócić.

Sprawić, żeby ochłonął...

Poczucie winy zżerało mnie. Wypalało gorącą dziurę w brzuchu. Osiadało w każdej komórce ciała.

– Pójdę pierwszy. Nie rób nic głupiego... – Wyprzedził mnie.

Ruszyliśmy w dół. Śnieg sypał coraz bardziej. Nie dostrzegałam już śladów, które zostawiliśmy, wchodząc pod górę. Krajobraz się zamazywał. Nie było już wydeptanej drogi. Nie było kamieni, korzeni drzew, nierówności. Wszystko zakryła lodowata biel. Nie rozumiałam, dlaczego jeszcze przed południem wprawiała mnie w zachwyt. Teraz była przerażająca. Przebrnięcie przez nią wydawało się niemożliwe.

W pewnym momencie zeszłam ze szlaku i zapadłam się w śnieżnym puchu powyżej kolan. W oczach wezbrały mi łzy. Miałam wrażenie, że od razu zaczęły zamarzać. Zacisnęłam zęby, próbując się opanować. Nie wiedziałam, na jakim uczuciu się skupić. Strachu? Gniewie? Bezradności? Po co w ogóle wyruszaliśmy? To był nasz kolejny błąd.

Chciałam krzyczeć.

Cofnąć czas.

Wymazać ostatnie pół roku z kalendarza.

Musiałam się skupić. Nogi drżały mi z wysiłku. Skórę pokrywała wilgotna warstwa potu, która stawała się zimna jak otaczająca nas noc.

Gdzie jesteś? – zaklinałam go w myślach. Tej trasy nie da się pokonać, zbiegając. Nie w tych warunkach. Nie w pojedynkę. Bez asekuracji.

Co z twoją czołówką?

Wyładowała się?

Zgubiłeś ją?

Poradzisz sobie. Jesteś przewodnikiem. Nie ma innej możliwości.

Ale za tym zakrętem robi się niebezpiecznie. Po prawej stronie jest głęboka przepaść.

Przyroda zdawała się panować niepodzielnie nad ludźmi, którzy wyszli dzisiaj w góry, a ja nie czułam już obecności Staszka na szlaku...

Rozdział 1

Obecnie...

Jędrek

Gdy skręcał papierosa, jego dłonie drżały trochę bardziej niż zwykle. Być może dlatego, że przez całe popołudnie rąbał drewno dla starej Byrcynowej. To był już ostatni moment, żeby to zrobić, bo jej szopa zaczynała świecić pustką. Spędził więc kilka ostatnich godzin, waląc siekierą w suche kłody, przy akompaniamencie jej ciągłego utyskiwania. Zaciskał zęby, żeby nie reagować i skończyć jak najszybciej. Przyrzekł pani Danusi, że zajmie się jej siostrą z piekła rodem, a także wiele innych rzeczy. Tej jednej obietnicy mógł dotrzymać. Inne były tylko po to, aby odeszła w spokoju...

Jego rozważania przerwał głośny śmiech grupki ludzi zmierzających w stronę, gdzie zaczynał się szlak na Rusinową Polanę.

– Hej! Nie w twarz! – Jedna z dziewczyn uchyliła się gwałtownie przed śnieżną kulą lecącą w jej kierunku.

Odruchowo przyjrzał się ich strojom i wyposażeniu. Porządne kurtki i spodnie narciarskie. Przynajmniej nie zamarzną po pierwszych minutach wędrówki. Widywał już bardziej pomysłowych turystów. Piotrek opowiadał zaledwie wczoraj, że ściągali ze szlaku jakąś idiotkę, która wybrała się do Morskiego Oka owinięta w kurtkę skleconą z kołdry i sznurka. Podobno miała też na nogach buty na obcasie.

Skupił się ponownie na znikającej za zakrętem czwórce. Jedna czołówka na wszystkich... Mógł mieć tylko nadzieję, że zawrócą, gdy dotrą do Rusinowej. Jeżeli postanowią pchać się dalej w tych śniegowcach, niezapewniających praktycznie żadnej przyczepności, jego dyżur zakończy się nocną akcją.

Blask reflektorów oświetlił na krótki moment miejsce, w którym stał. Ciemny samochód wyłonił się zza zakrętu i jechał w stronę wsi. Nagle jego wnętrze rozświetliła lampka zamocowana na suficie, a kierująca nim dziewczyna pochyliła się w stronę schowka.

Gdy w końcu się wyprostowała, była widoczna jak na dłoni.

Poczuł, jakby ktoś uderzył go pięścią w brzuch.

Miał wrażenie, że wszystko wokół zastygło. Że nawet płatki śniegu zawisły w połowie drogi do ziemi, a wiatr znieruchomiał nad jego głową.

Skupiona twarz, częściowo schowana za absurdalnie dużymi okularami korekcyjnymi. Włosy jak zawsze związane w niedbały węzeł.

Wielki szal, ciągnący się prawdopodobnie do samej podłogi...

Jeszcze chwilę temu myślał tylko o tym, że wypadek w górach może pokrzyżować mu plany na ten wieczór, a teraz przeszłość wracała do niego ze zdwojoną siłą.

Ale przecież to niemożliwe...

Przecież zniknęła z jego życia tak dawno temu. Nadal pamiętał ten dzień sprzed dwunastu laty, gdy rozpłynęła się jak mgła, a on pogodził się z tym, że już nigdy jej nie zobaczy. Że zostaną mu tylko listy, których nie miał nawet dokąd wysyłać, więc z braku lepszego adresu zanosił je do pensjonatu...

Otrząsnął się, gdy drzwi za jego plecami otworzyły się z głośnym skrzypieniem. Wyrzucił papierosa w śnieg i spojrzał ostatni raz w kierunku, w którym toczył się samochód.

– Coś ty taki markotny? – Marysia spojrzała uważnie na Jędrka. Siedzieli na kanapie, a ciszę wypełniały dźwięki dobiegające od strony telewizora.

– Nie, wcale nie. Wydaje ci się. – Potargał jej włosy, starając się, aby ten gest wydał się tylko przyjacielski.

– Nieprawda. Gadam do ciebie już z piętnaście minut, a ty tylko coś burczysz pod nosem.

Problem z Marysią polegał na tym, że była piekielnie uważna. Dostrzegała to, czego nie widzieli inni. Czasami miał wrażenie, że znała go lepiej niż ktokolwiek. Wiedziała, czego mu trzeba, jeszcze zanim on sam zdołał się tego domyślić. Bystry umysł w ślicznym ciele. Przesunął wzrokiem po czarnych lokach okalających jej bladą twarz. Ciemne łuki brwi ginęły pod niedbale ułożoną grzywką. Jej usta były tak czerwone, jakby przed chwilą najadła się malin. Naprzeciwko niego siedziała dziewczyna, którą śmiało można było nazwać najładniejszą w całych Brzegach.

– Czego się ciskasz, Maryśka? Gapimy się na film, który wybrałaś, a ty jeszcze zrzędzisz... – Przechylił się, żeby połaskotać ją po nodze. – No już, przestań...

– Ja się gapię. Ty maltretujesz tę głupią bransoletkę...

Zerknął na swój nadgarstek, gdzie zaplątał bransoletkę ze sznurków.

Dawno temu.

Tak dawno, że prawie zupełnie straciła kolory i poprzecierała się w kilku miejscach. Właśnie w tych, w których pocierał ją najczęściej. Głupie przyzwyczajenie... Powinien ją zdjąć, ale jakoś nie mógł się do tego zmusić.

Trzy bransoletki: dla niego, Jagny i Staszka.

Nadal pamiętał wieczór, gdy wiązali je na nadgarstkach...

– No co ty? Chcesz zepsuć taki miły wieczór? – Pilnował się, żeby jego głos zabrzmiał lekko.

Musiał zrobić coś, żeby przestać myśleć o starych czasach. Złapał ją za łydkę i połaskotał po nagiej stopie. Nie powinien był tego robić, ale naprawdę chciał ją rozbawić. I udało się, bo na jej twarz wypłynął szeroki uśmiech.

– Wariat...

– Maruda... – mruknął i odwrócił twarz w stronę telewizora, udając, że pochłonęła go komedia romantyczna, jaką wybrała.

Dała mu spokój, więc ułożył się wygodniej na oparciu kanapy. Jego myśli krążyły uporczywie wokół Jagny. Przynosiły niepokój, jednocześnie sprawiając, że przeszłość przenosiła go do czasów, gdy wiedział, czego oczekiwać.

Telefon zawibrował w kieszeni krótkim sygnałem, wyrywając go ze wspomnień. Treść wiadomości sprawiła, że podniósł się z kanapy.

„Ratownicy potrzebni od razu”.

Szybko naciągnął kurtkę i spojrzał na Marysię.

– Pewnie nie będzie mnie do rana. Zostaw klucze tam, gdzie zwykle. – Złapał za klamkę i się zawahał. – I uważaj na siebie, jak będziesz wracała, okej?

– Ty też wróć cały, dobrze?

Gdy otworzył drzwi, poczuł na twarzy wiatr i mokre płatki śniegu. Pogoda zmieniła się tak diametralnie, że trudno było uwierzyć w słoneczny dzień, który minął bezpowrotnie. Silny podmuch szarpnął drzwiami samochodu, nawiewając do środka chmurę śniegu. Gdy Jędrek uruchomił silnik, wycieraczki od razu zaczęły zbierać z szyby kolejne warstwy puchu. Miał do przejechania trochę ponad dwadzieścia kilometrów, ale w tych warunkach powinno mu to zająć prawie godzinę.

Ruszył, nie oglądając się za siebie.

Dyżurka centrali była już zapełniona czerwonymi kurtkami, gdy Jędrek wszedł do środka. Krzysztof wyrzucał z siebie kolejne komendy, wznosząc głos ponad ostry dźwięk telefonu, dzwoniącego nieprzerwanie w małym pomieszczeniu, gdzie zgromadziła się dzisiaj większość ratowników. W powietrzu czuło się to charakterystyczne napięcie, które Jędrek tak lubił. Jakby emocje czekały na moment, aby się uwolnić i wybuchnąć z całą mocą.

– Weźcie ciężki sprzęt. Facet podobno jest w miarę logicznym kontakcie, ale wisi na skale i jest mocno poobijany. Najprawdopodobniej ma uraz kręgosłupa. Zgłaszający twierdził, że na śniegu jest sporo krwi. – Krzysztof sprawdził godzinę na swoim zegarku. – Pogoda ma się poprawić nad ranem, ale sami widzicie, co się dzieje.

Pierwsza grupa ratowników ruszyła do szafy[1], by ustąpić miejsca w dyżurce pozostałym. Jędrek pochylił się nad mapą rozłożoną na stole i sprawdził obszar zakreślony przez Krzysztofa.

– Jędrek i Piotrek, wy obstawiacie dzisiaj śmigło[2]. Sześciolatek poleciał w dół w okolicach Rysów. Rodzice podają, że jest w zasięgu wzroku, ale nie reaguje na ich krzyki. – Wskazał odcinek grani, gdzie prawdopodobnie doszło do wypadku. – Michał jest jeszcze w powietrzu, ale w ciągu kwadransa powinien być na lądowisku. Nie spieprzcie tego...

Krzysztof urwał, gdy telefon ponownie się rozdzwonił. Jędrek przysłuchiwał się przez chwilę, jak kierownik stara się uspokoić zdenerwowanego turystę, a potem odszukał wzrokiem Piotrka. Nie musieli nic mówić. Mieli za sobą dziesiątki akcji i każdy z nich wiedział, co ma robić.

Weszli do pokoju, gdzie trzymali osobiste rzeczy.

Szafka Jędrka znajdowała się na samym końcu wąskiego pomieszczenia, bardziej przypominającego wagon kolejowy niż część budynku.

Już z daleka zauważył, że ktoś przykleił do jej drzwiczek kolorowe zdjęcie.

Zerwał je szybkim ruchem, marszcząc brwi.

– Widziałeś, kto je tu przyczepił? – Machnął fotografią w kierunku Piotrka, ale ten tylko wzruszył ramionami, nawet nie podnosząc wzroku znad butów, do których doczepiał raki. – Ktoś od nas był ostatnio na wakacjach? – Jędrek wpatrywał się w zdjęcie, nie potrafiąc ocenić, co przedstawia.

– Nie mam pojęcia, stary. Chyba Romek mówił coś o jakimś szkoleniu organizowanym dla lekarzy w jego szpitalu.

Jędrek obrócił fotografię, szukając rozwiązania zagadki, i po raz drugi tego wieczoru poczuł, że powietrze ulatuje z jego płuc, a przed oczami robi się ciemno.

Zamrugał, mając nadzieję, że napis, który ktoś umieścił na odwrocie pocztówki, zniknie. Czarne jak robaki litery sprawiały, że wszystko stało się jeszcze bardziej skomplikowane...

Obejrzał się przez ramię, żeby sprawdzić, czy nie padł ofiarą czyjegoś żartu, ale Piotrek skupiał się na pakowaniu plecaka, nadal nie poświęcając mu uwagi, a inni już dawno wyszli na zewnątrz.

Jeszcze raz spojrzał na dwie linijki zapisane drobnym pismem i poczuł, że na jego skórze zbiera się pot.

To nie mógł być przypadek...

Piekące uczucie gorąca oblewało każdy fragment jego ciała. Dławił się kolejnymi oddechami. Czuł w powietrzu zapach przepoconych ubrań, zrzuconych przez ratowników po akcjach. Wspomnień wypraw, zakończonych dobrze lub źle. Rachunek zawsze musiał się zgadzać. Tylko jego bilans niezmiennie będzie na minusie. Choćby nie wiadomo ile osób uratował...

Ścisnął zdjęcie tak bardzo, że folia złamała się pod naciskiem jego palców. Skroń zaczynała mu pulsować bólem, wywołanym rodzącymi się w głowie pytaniami.

Czemu ktoś wysłał mu tę wiadomość?

Po co?

– Idziemy? – Piotrek klepnął go w ramię, popędzając w stronę wyjścia.

Zdjęcie zdawało się wypalać dziurę w kieszeni kurtki, gdy Jędrek szedł w stronę śmigłowca.

Rozdział 2

Jagna

Zacisnęłam dłonie na kierownicy i zamrugałam, aby odgonić pojawiające się pod powiekami wspomnienia. W radiu George Michael śpiewał o tym, że w ostatnie Święta oddał komuś swoje serce, a ja próbowałam sprawić, aby moje zaczęło bić w zwykłym rytmie. Pogłośniłam dźwięk, żeby zagłuszyć atakujące mnie myśli. Zatrzymany kadr z przeszłości pojawił się w mojej głowie. Nie chciałam tego widzieć. Chciałam, żeby było tak, jakby Brzegi nie istniały. Mimo to nadal przesuwałam się metr za metrem w kierunku swojego rodzinnego domu. Wycieraczki spychały biały puch osiadający szybach i zamieniały go w mokrą breję.

Z każdym kilometrem krajobraz stawał się jednak coraz bardziej bajkowy. Białe czapy leżały na choinkach, rosnących na granicy lasu i pola. Opuściłam szybę i poczułam zapach mrozu wiszącego w powietrzu. Nad moją głową kołował jakiś drapieżnik, ale bałam się oderwać wzrok od jezdni, aby przyjrzeć mu się dokładniej.

„Popatrz na jego brzuch. Widzisz, jaki paskowany? Tym właśnie kobuz różni się od sokoła wędrownego”.

Automatycznie przypomniałam sobie jedną z licznych lekcji udzielonych mi przez Jędrka na szlaku. I wiedziałam, że nie ucieknę od tego. Wszystko w ciągu najbliższych dni miało mi przypominać dawne czasy.

Mój wzrok mimowolnie powędrował do zdjęcia, którego fragment wystawał z torebki. Miałam wiele tygodni, żeby nauczyć się go na pamięć. Dziewczyna, zatrudniona w sklepie przy pracowni, nie miała pojęcia, kto zatknął je za szybę witryny. Ani kiedy to się stało. Ja również nie rozwiązałam tej zagadki, mimo że moje myśli nieustannie krążyły wokół tego, co zostało na nim napisane. To również znałam na pamięć. I wbrew sobie nie potrafiłam zignorować wiadomości.

Mogłam wyrzucić zdjęcie do kosza.

Mogłam zapomnieć o nim od razu, gdy wpadło mi w ręce.

Mogłam je podrzeć, spalić, sprawić, żeby przestało istnieć.

A jednak nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy. Zamiast tego, z każdą mijającą minutą zbliżałam się do wypełnienia przeznaczenia zapisanego w formie dwóch linijek. Nie miałam pojęcia, jak interpretować to, co zostało napisane drobnym charakterem pisma, którego nie rozpoznałam.

Lampka podsufitowa zalała blaskiem wnętrze samochodu, a ja sięgnęłam do schowka, gdzie schowałam telefon. Musiałam napisać do Adama, jeszcze zanim przekroczę próg mojego dawnego domu. Powiadomić go, że wszystko jest w porządku i nawet się nie obejrzy, gdy wrócę do naszego przytulnego mieszkania.

Zwolniłam, przejeżdżając obok chałupy Rojów. Wpatrywałam się w śnieg przykrywający czarny asfalt, pilnując, aby mój wzrok nie uciekł w bok. Jednak kiedy mijałam tę okolicę, ogarnęło mnie wrażenie, że Jędrek stoi tam i obserwuje mnie. Czeka, aż spojrzę w jego stronę. Z trudem opanowałam chęć wciśnięcia hamulca...

Kilka minut później otworzyłam drzwi domu. Zaskrzypiały dokładnie tak samo jak kiedyś.

– Wspólne pieczenie pierniczków!

– Rozpakowywanie pierwszego prezentu jeszcze przed kolacją wigilijną!

Stałam w sieni i słuchałam, jak moje siostry przerzucały się świątecznymi wspomnieniami. I każde z nich było jak ten prezent, o którym mówiła Honorata. Każde mogłam odpakować w swojej głowie. Przywołać smak, zapach, wrażenie miłości z nim związane. Mój rodzinny dom, czy tego chciałam, czy nie, przynosił natychmiastowe poczucie ukojenia.

– Kulig za wozem starego Roja!

– Zapach sernika babci Danusi!

– A pamiętacie wyprawy z wujem Józkiem do lasu po choinkę? Zawsze wybierał taką, która nie mieściła się nawet na saniach!

– A potem trzeba było połowę ucinać, żeby w ogóle mogła stanąć w salonie.

Roześmiały się, a ja zsunęłam ze stóp swoje czerwone szpilki, zupełnie niepasujące do tego miejsca, i zrobiłam cichy krok. W kuchni było dużo cieplej niż w pozostałej części domu. To zasługa białego kafloka, o który oparłam się, jak tylko weszłam do środka.

Każda z moich sióstr miała ręce pełne roboty. Marta lepiła pierogi, nadziewając je wcześniej farszem z kapusty i grzybów. Honorata doprawiała kompot z suszonych owoców, gotujący się w olbrzymim garnku, a Zuza poukładała w równiutkie rzędy dziesiątki pierniczków i dekorowała je z jubilerską precyzją. Aromaty unosiły się nad nimi i mieszały, tworząc niepowtarzalny zapach Bożego Narodzenia. Zapach domu...

Gdy w końcu zauważyły moją obecność, wszystkie trzy umilkły. Nie umiałam ocenić, czy cisza była oznaką wrogości, czy zdziwienia, że niespodziewanie przyjechałam. Podjęłam więc próbę rozładowania atmosfery.

– Smak tego grzańca, który Jędrek Roj dawał nam cichaczem przed kuligiem... – wyrzuciłam z siebie pierwsze, co przywodziły mi na myśl Święta.

Ledwo słowa opuściły moje usta, wiedziałam, że popełniłam błąd. Marta zaplotła ręce na piersiach. Nie mogłam oderwać wzroku od jej włosów poprzetykanych szarymi pasmami. Gdy widziałam ją po raz ostatni, warkocze mojej siostry były jeszcze kruczoczarne.

– Co ty tu robisz? – Honorata jako pierwsza ocknęła się z oszołomienia.

– Przywołuję świąteczne skojarzenia jak wy. – Starałam się, aby mój głos zabrzmiał nonszalancko.

– Ale skąd? Jak? – W głosie Zuzy usłyszałam zdziwienie, ale również radość.

– Dlaczego przyjechałaś? – Honoracie w końcu udało się zadać pytanie, którego nie potrafiła dokończyć Zuza.

– Pojutrze Wigilia. Pomyślałam... – Czy to któraś z nich przysłała mi zdjęcie? Nie miałam pojęcia, ale nie podejrzewałam, aby mogły to zrobić. Zresztą na rozmowę o prawdziwym powodzie mojego przyjazdu przyjdzie jeszcze czas...

– Właśnie teraz? Cztery miesiące po śmierci babci? Rok temu samoloty z Amsterdamu nie przylatywały do Polski? Ani przez te wszystkie lata, gdy na ciebie czekała? – Honorata nie spuszczała wzroku z mojej twarzy, jakby szukała tam choćby cienia żalu.

Spojrzałam na Martę, bo nie odezwała się do mnie nawet słowem. Była blada i spięta. A ja, głupia, myślałam, że rzucą się na mnie z radosnym piskiem i nie wypuszczą z ramion przez długi czas. Skupiłam się na dźwiękach. Syczeniu pary ulatującej spod niedomkniętych pokrywek, bulgotaniu wody, do której Marta jeszcze przed chwilą wrzucała pierogi, skwierczeniu tłuszczu na jednej ze starych patelni babci.

Wiedziałam, że mój przyjazd może być dla nich szokiem. Nasze kontakty przez ostatnie lata ograniczały się do krótkich telefonów i wymiany świątecznych kartek. Mimo wszystko chciałam zobaczyć radość na ich twarzach w momencie, gdy przekroczę próg domu...

– Cudownie, że jesteś, kochanie. Siadaj, zrobimy ci herbaty. – Nie miałam pojęcia, czy Zuza powiedziała to, bo wyczytała pragnienia na mojej twarzy, czy po prostu chciała zapobiec kłótni wiszącej w powietrzu, ale kiedy objęła mnie i poczułam, jak jej dłoń gładzi moje plecy, supły w moim ciele powoli się rozwiązywały. – Pewnie jesteś wykończona po podróży.

Kolejne minuty mijały w ciszy, a ja uświadamiałam sobie, jak bardzo za nimi tęskniłam...

Za tym, jak Zuza czesała mi włosy, nucąc pod nosem jedną ze swoich ulubionych piosenek.

Jak Honorata malowała mi twarz, wypróbowując ciągle nowe kosmetyki. Powieki pokrywała zawsze najciemniejszymi cieniami, twierdząc, że pasują do mnie najbardziej, a moje niebieskie tęczówki wyglądają dzięki temu oszałamiająco.

Tęskniłam za ramionami babci, w które mogłabym się wsunąć w złe dni.

Za zapachem starego domu, gdzie znałam każdy kąt i gdzie czułam się bezpiecznie.

Za smakiem kwaśnicy i gwarem turystów spędzających czas w pensjonacie babci.

Tęskniłam nawet za kłótniami z Martą...

– Czekała na ciebie do ostatniego momentu. Do ostatniej chwili łudziła się, że zobaczy cię jeszcze raz.

Honorata nie zamierzała cieszyć się z mojego przyjazdu. Zupełnie tak samo jak Marta, ale jej niechęć już znałam. Zaczęła się wiele miesięcy przed moim wyjazdem z Brzegów. Nie pamiętałam momentu, kiedy wszystko się zmieniło, ale gdy się żegnałyśmy, czułam, że odetchnęła z ulgą.

– Ja...

Chciałam im opowiedzieć, że wypiłam za szczęśliwą podróż babci, gdziekolwiek się teraz wybrała, i wypuściłam w stronę nieba piękny lampion, ale nie powiedziałam nic. Cisza przedłużała się w nieskończoność. Jak miałam im to wytłumaczyć? Jak miałam powiedzieć, że perspektywa powrotu mnie przerosła?

Nadal pamiętałam wyraz twarzy babci, gdy krzyczałam w kółko „to moja wina, to moja wina...”, a ona tylko na mnie patrzyła. Nie próbowała jak inni mówić, że to szok, że to, co się wydarzyło, nie ma nic wspólnego z tym, co zrobiłam lub nie. Babcia była jak skała i nigdy nie powiedziała, że się mylę...

Wstyd stanowił jeden z powodów, dla których stąd uciekłam, a potem trzymał mnie całe lata z daleka od domu.

– No, dobrze... Dość tego. – Zuza rzuciła im ostrzegawcze spojrzenie. – Jagna, pij herbatę, a my ogarniemy do końca jedzenie, bo zaraz wraca Piotrek z dzieciakami i naprawdę nie będzie już szansy na spokojną pracę.

Odstawiłam kubek na blat i przysunęłam do siebie parę pierniczków, aby pomóc Zuzie w dekorowaniu. Dziewczyny rozumiały się bez słów. Gdy Marta chciała zmienić miejsce przy zasypanym mąką blacie, Honorata wyczuwała to sekundę wcześniej i przesuwała się tak, aby jej bliźniaczka miała więcej przestrzeni. Gdy któraś potrzebowała jakichś składników, nawet nie musiała kończyć zdania, żeby pozostałe dwie wiedziały, o co chodzi. Zwykle kłótnia wisiała w powietrzu, a one przerzucały się argumentami jak śnieżnymi kulami, ale gdy wchodziły do kuchni, wszystko się zmieniało.

I mimo że nie dla nich tu wróciłam, cieszyłam się, że mogę ogrzać się w ich cieple, nawet jeżeli im to nie odpowiadało. A jutro wszystko się rozwiąże. Odkryję tajemnicę i będę mogła wrócić do Amsterdamu. I tak nie powinnam wyjeżdżać stamtąd tuż przed Świętami. To nie było fair w stosunku do Adama, ale nie miałam wyjścia. Musiałam podążyć za instrukcją z pocztówki. Inaczej nie odnalazłabym spokoju. Nigdy nie zamknęłabym przeszłości na zawsze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

[1] Magazyn, gdzie ratownicy trzymają sprzęt na wyprawy.
[2] Potoczna nazwa, którą określa się helikopter Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.