Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 552 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Promyczek - Kim Holden

Tajemnice.
Każdy jakieś ma.
Czasem większe, czasem mniejsze.
Kiedy zostaną ujawnione, mogą uzdrowić.
Mogą również zniszczyć.
Życie Kate Sedgwick nigdy nie było bezbarwne. Dziewczyna pomimo problemów i tragedii zachowała pogodę ducha – nie bez powodu jej przyjaciel Gus nazywa ją Promyczek. Kate jest pełna życia, bystra, zabawna, ma również wybitny talent muzyczny. Nigdy jednak nie wierzyła w miłość. Właśnie dlatego – gdy wyjeżdża z San Diego by studiować w Grant, małym miasteczku w Minnesocie – kompletnie nie spodziewa się, że przyjdzie jej pokochać Kellera Banksa.
Oboje to czują.
Oboje mają powód, by z tym walczyć.
Oboje skrywają tajemnice.
Kiedy wyjdą one na jaw, mogą uzdrowić…
Mogą również zniszczyć.

Opinie o ebooku Promyczek - Kim Holden

Fragment ebooka Promyczek - Kim Holden

Dla B., Debbie i Robin.

Dziękuję, że pokochałyście te postacie równie mocno jak ja.

22 SIERPNIA, PONIEDZIAŁEK

KATE

– Co u ciebie, łobuzie?

– Och, no wiesz, prowadziłam non stop ze trzydzieści godzin, chociaż nie jestem pewna, ile dokładnie. Nie spałam ze dwa, może trzy dni. Wypiłam wiadro red bulla i beczkę kawy, więc u mnie chyba bez zmian.

Śmieje się.

– Młoda, płynie w tobie krew kierowcy tira.

– Dla ciebie Matki Ciężarówki.

Ponownie się śmieje.

– Wypas! Zrezygnuję z nazywania cię Promyczkiem i zacznę na ciebie wołać Matka Ciężarówka.

Rozmawiamy lekko, naturalnie, właśnie tak, jak na to liczyłam. Po naszym rozstaniu w San Diego kilka dni temu nie wiedziałam, czego się spodziewać po tym telefonie.

Zapada niezręczna cisza.

W ciągu dziewiętnastu lat naszej znajomości to się nigdy nie zdarzyło.

– To co, Minnesota?

– Tak.

– Jesteś u Maddie?

– Tak.

– A tak w ogóle co słychać? – pyta Gus.

– Jakoś leci. – Rany, jest coraz gorzej. Gus brzmi na znudzonego, jednak słyszę jego silne zdenerwowanie. Zastanawiam się, dlaczego nie usłyszałam jeszcze, że odpalił papierosa. Jak na zawołanie dobiega mnie kliknięcie zapalniczki i znajomy dźwięk pierwszego głębokiego wdechu. – Powinieneś…

Przerywa mi:

– Lepiej się rozłączę. Właśnie podjechałem pod dom Robbiego i wygląda na to, że wszyscy już są, a ja jak zwykle jestem spóźniony. Czekają na mnie.

Jestem rozczarowana, ale doskonale wiem, że inni ludzie nie rzucą wszystkiego tylko dlatego, że Kate tego chce. Przywołuję więc na twarz swój najlepszy uśmiech i odpowiadam:

– Tak. Jasne. Będziesz zajęty jutro wieczorem? Mogłabym zadzwonić.

– Po pracy planuję posurfować, ale ogólnie będę wolny. – Jego oddech się wyrównuje, ale wiem, że tylko dlatego, iż jest skoncentrowany na tym cholernym papierosie, wciągając do płuc spokój wraz z dymem i nikotyną.

– Dobra. Kocham cię, Gus. – Zawsze to sobie mówimy. Zawsze będziemy tak robić. Dorastał, co pięć minut słysząc te słowa od matki, a mówiła szczerze. Było to dla niej naturalne. Ja natomiast nigdy czegoś takiego od swojej nie słyszałam, jakby nie mówiła tego celowo, jakby taka była jej natura. Była wobec mnie obojętna. Odczuwałam to każdego dnia. Głęboko w kościach. Myślę, że właśnie dlatego zawsze uwielbiałam słyszeć te słowa od Gusa i jego mamy, Audrey. Ciężko było im nie zakończyć w ten sposób rozmowy.

– Też cię kocham, Promyczku.

– Pa.

– Pa.

Zatrzymałam się u Maddie, która jest moją ciotką – dużo młodszą, przyrodnią siostrą mojej matki. Młodszą przyrodnią siostrą, o której istnieniu nie wiedziała aż do pogrzebu dziadka (ich wspólnego ojca) trzy lata temu. Przez większość życia dziadek nie utrzymywał kontaktu z moją matką. Zostawił żonę i córkę, gdy mama miała może z dziesięć lat. Pewnego dnia zniknął i najwyraźniej założył drugą rodzinę, po czym wrócił zaledwie kilka lat przed swoją śmiercią. Polubiłam go, choć widziałam się z nim tylko kilka razy. Nie mogłam go winić za to, co zrobił. Nic nie wiedziałam o jego życiu.

Tak czy inaczej, Maddie przyjechała na pogrzeb, a mojej matce na wieść, że ma przyrodnią siostrę, opadła szczęka. Mama długo czekała, by urodzić córki, czyli Grace i mnie. Być może „czekała” nie jest właściwym określeniem. Grace pojawiła się na świecie w wyniku wpadki, ja byłam nieudolną próbą zatrzymania mężczyzny, który nie chciał tej rodziny. Matka miała trzydzieści dziewięć lat, gdy urodziła Grace i czterdzieści, kiedy pojawiłam się ja. Maddie ma w tej chwili jedynie dwadzieścia siedem lat i jest starsza ode mnie tylko o osiem, co oznacza, że przyrodnie siostry dzieli niemal trzydzieści dwa długie lata różnicy. Dokładnie tak, jak wskazuje na to matematyka. Mój dziadek był żywotnym starszym panem. No, ale jak już mówiłam, nie mnie to oceniać.

W każdym razie mam ciotkę, o której istnieniu nie wiedziałam, więc jej nie poznałam. Wyjątkiem była jedna wizyta, kiedy przez tydzień mieszkała w domu mojej matki w San Diego. Było to dwa lata temu. Zatem gdy dowiedziałam się, że zostałam przyjęta (i dostałam stypendium) w Grant, małej uczelni w jeszcze mniejszym mieście o tej samej nazwie, na obrzeżach Minneapolis, zadzwoniłam do Maddie. Zadałam jej pytanie, czy mogę zatrzymać się u niej na jakiś tydzień, nim wraz z początkiem nowego roku na uczelni będę się mogła przeprowadzić do akademika. Maddie wahała się, jakbym poprosiła ją o przeklętą nerkę, w końcu się jednak zgodziła. Tak więc od godziny siedzę w jej pokoju gościnnym i już zdążyłam poczuć się jak nieproszony gość.

Rozpakowuję walizkę, układam szczoteczkę, pastę, szampon, odżywkę i maszynkę do golenia w wielkiej, przylegającej do pokoju gościnnego łazience. Maddie ma naprawdę ładne mieszkanie. Nie mam pojęcia o kosztach życia w Minneapolis, ale wygląda na dość drogie. Luksusowe. Wiem, że niektórzy lubią przepych, co kto woli, jednak dla mnie to nieco przereklamowane. Wolę prostotę. Taka fantazyjność wiele ukrywa, podczas gdy prostolinijność sprawia, że wszystko widać jak na dłoni. Przypominam sobie o mieszkaniu w San Diego, za którym tęsknię. Był to przerobiony na lokum garaż, który wynajmowałam od ogrodnika mojej mamy, starego pana Yamashity. Pan Yamashita zrobił w środku niewielką łazienkę, w której myłam naczynia. Mieszkanie było ciasne i ciemne, no, chyba że otworzyłam drzwi garażowe, jednak je uwielbiałam. Było proste. Było moim domem. Wprowadziłyśmy się tam z siostrą jakiś rok temu. Szukałyśmy czegoś dla siebie, a pan Yamashita był miłym staruszkiem, który żądał śmiesznie małego czynszu, więc nie mogłam odmówić. Spałyśmy z Grace na podwójnym łóżku, a mały stolik i dwa krzesła służyły nam za jadalnię, biurko i przestrzeń do gier. Nie miałyśmy dużo miejsca, ale było przytulnie. Mieszkanie znajdowało się przecznicę od oceanu, na rogu posesji, z której rozpościerał się idealny widok na wodę. Każdej nocy po kolacji i kąpieli Grace otwierałyśmy drzwi garażowe, siadałyśmy na skraju łóżka i przyglądałyśmy się zachodzącemu nad oceanem słońcu. Kiedy zaczynało się zanurzać, a fale na horyzoncie przybierały pomarańczową barwę, Grace brała mnie za rękę, unosiła nasze złączone palce i krzyczała: „Czas na show!”. Powtarzałam: „Czas na show!”. Opierała sobie nasze dłonie na kolanach, dopóki nie zrobiło się zupełnie ciemno. Zaczynała wtedy klaskać. Robiłam to wraz z nią. Mówiła: „Ten był najlepszy, prawda?”. Zgadzałam się z nią i jakimś cudem zawsze w to wierzyłam. Zamykałam bramę, układałam nogi Grace w łóżku i kładłam się obok. Przykrywałam ją, całowałam w czoło i mówiłam: „Kocham cię, Grace. Dobranoc, pchły na noc”, na co zawsze odpowiadała: „Karaluchy pod poduchy. Też cię kocham, Kate” i całowała mnie w czoło. Bardzo za tym tęsknię.

Po ułożeniu rzeczy wychodzę z łazienki i próbuję zagadnąć Maddie, ale rozmawia przez telefon, więc wskazuję kuchnię, jakbym prosiła o pozwolenie, czy mogę coś zjeść. Maddie z roztargnieniem kiwa głową, przy czym chichocze zalotnie do telefonu. Musi rozmawiać z jakimś facetem. Kobiety chichoczą w ten sposób jedynie, gdy rozmawiają z kimś, z kim sypiają. Lub chcą sypiać.

Jej mała suczka, Księżniczka, chodzi za mną krok w krok. Nie wiem, jakiej jest rasy, ale łatwo można ją nadepnąć, taka jest malutka. Jest przyjazna, nawet ją lubię, ale muszę patrzeć pod nogi, żeby nie zdeptać jej jak mrówki.

Docieram do kuchni, przesuwam stopami po płytkach, bo unoszenie ich wymagałoby ode mnie zbyt wiele wysiłku. Otwieram spiżarnię, biorę pudełko makaronu z serem stojące obok zupy wołowo-jarzynowej i batonika proteinowego, który jest tak twardy, że jego termin ważności upłynął zapewne w ubiegłym stuleciu.

Znajduję garnek, nastawiam w nim wodę, by ugotować makaron, starając się nie podsłuchiwać rozmowy Maddie, którą prowadzi w sąsiednim pokoju. Nucę pod nosem, żałując, że nie wzięłam iPoda, który leży w sypialni, oddalonej o jakieś dwadzieścia kroków. Obawiam się jednak, że jeśli podejmę ten niebotyczny wysiłek, skusi mnie wspaniały widok wygodnego łóżka. A naprawdę muszę coś zjeść. Ostatni raz jadłam kilka stanów temu, chyba w Nebrasce.

Maddie kończy gadać i gdy wrzucam makaron do wody oraz otwieram paczkę sera, wchodzi do kuchni.

– Jesteś głodna? – pytam.

Wzrusza ramionami.

– Chyba tak.

Jemy w ciszy, wyjątek stanowi utyskiwanie Maddie na zawartość tłuszczu w serze oraz na jego okropny smak. Jednak gdy widzę, jak znika cała jej porcja, wydaje mi się, że ma ochotę wylizać talerz. Ja tam myślę, że posiłek był całkiem dobry. Nie można przecież zepsuć makaronu z serem.

Czekam, aż skończy, by jako gospodyni zaczęła jakąś prawdziwą rozmowę, choćby niewielką, ale kiedy tego nie robi, przejmuję inicjatywę.

– Długo tu mieszkasz, Maddie? To świetne mieszkanie.

– Jakoś ponad rok. Może być. – Brzmi na znudzoną, jakby mówienie wymagało od niej zbyt wiele wysiłku.

– Może być? Jezu, jest świetne. To apartamentowiec na obrzeżach miasta. Okolica wygląda na całkiem przyjazną, wszystkie sklepy i restauracje są pod ręką. W budynku jest podziemny parking, masz tu ochronę, siłownię i basen. To wspaniałe mieszkanie, Maddie.

Wzrusza ramionami.

– Na razie wystarczy. Szukam innego. W lepszej dzielnicy. Z ładniejszym otoczeniem. Z większą ilością udogodnień. Ale podpisałam właśnie półroczną umowę najmu, więc chyba nie będę mogła jej wcześniej rozwiązać – narzeka.

Kiwam głową. „Na razie wystarczy”? Rany, próbuję jej nie oceniać, ale im dłużej przebywam w towarzystwie Maddie, tym większe mam wrażenie, że coś jest nie tak. To znaczy, w naturze człowieka leży zapełnianie pustej przestrzeni, a lista tego, czym można ją wypełnić jest długa, czasem to coś dobrego, czasem złego. Mam przeczucie, że ona poświęca czas rzeczom, pieniądzom, dobrom materialnym. Znajduje się w punkcie, w którym pragnie się więcej i zapomina się o tym, by być wdzięcznym za już posiadane dobra. To smutne. Chciwość jak z bajki dla dzieci o muszce i pająku. Chęć zdobycia pieniędzy i luksusowych rzeczy – to pająk, a Maddie wydaje się być wielką muchą. Próbuję nie myśleć o niej negatywnie.

– Jak tam w pracy? Jesteś prawniczką, tak? – Minęło tyle czasu od jej wizyty u nas, więc przekopuję się przez wspomnienia, by wyciągnąć coś interesującego.

– Tak. W Rosenstein&Barclay, w centrum Minneapolis.

– Fajnie. – Zdaje się, że to ja muszę poprowadzić tę rozmowę. – Pewnie jesteś bardzo zajęta, ale może masz czas na jakieś hobby? Co lubisz robić w wolnym czasie?

Rozpogadza się na to pytanie, jakbym w końcu trafiła w interesującą nutę.

– Lubię robić zakupy, chodzić do kosmetyczki, fryzjera, kilka razy w tygodniu do solarium. – Mierzy mnie wzrokiem i kończy wymieniać. Najwyraźniej uznaje, że nie mamy wiele wspólnego, ponieważ moje włosy związane są w luźny kok na czubku głowy, paznokcie mam obgryzione do krwi, a spodnie od dresu oraz koszulka z logo zespołu Manchester Orchestra są cienkie i rozciągnięte od częstego noszenia i prania. Jestem opalona, jednak nie pod sztucznym światłem lamp, ale dzięki przebywaniu na zewnątrz, i jestem pewna, że Maddie o tym wie. – Och, i co rano muszę ćwiczyć. – Nacisk, z jakim to mówi, jest odrobinę niepokojący.

– Ćwiczysz w siłowni na dole? Zajrzałam tam, gdy wchodziłam. Wygląda sympatycznie. Może jutro sama pójdę pobiegać na bieżni.

Gwałtownie wciąga powietrze, jakbym kazała jej zjeść jakąś starą kanapkę.

– O Jezu, nie rób tego. To ohydne miejsce. Trenuję na prywatnej siłowni, blisko budynku, w którym pracuję. Nazywa się Minneapolis Club.

Mam ochotę powiedzieć: „Oczywiście, że tam trenujesz”, ale tylko kiwam głową i czekam, aż mi przejdzie.

– Brzmi nieźle, Maddie. – Wstaję i zbieram naczynia. – Chyba czas, bym się położyła. Dzięki za makaron z serem. Jutro zrobię jakieś zakupy. Teraz jestem już padnięta.

– Mogłabyś mi kupić niskotłuszczowy jogurt jagodowy? – pyta, gdy wkładam talerze i garnek do zmywarki. Prawdziwej zmywarki. Jestem tak zauroczona tą maszyną, że niemal nie słyszę pytania. Mam ochotę uklęknąć, wycałować i wielbić ten sprzęt.

– Jasne. Hej, masz zaparzacz do kawy? Mój nie przetrwał przeprowadzki, a tak jakby jestem uzależniona od kofeiny.

Słyszę prychnięcie Maddie, więc mam wrażenie, że czymś ją obraziłam. Kiedy mijam ją w drodze do sypialni, gdzie mam zamiar zahibernować się na jakieś siedemnaście lub osiemnaście godzin, Maddie kręci głową i przygląda mi się, jakby wyrosło mi trzecie oko.

– Dlaczego miałabym mieć zaparzacz? Tuż obok jest Starbucks.

– Ach tak, oczywiście. – Chyba właśnie w taki sposób żyją prawnicy. Przytakuję i robię mentalną notkę, by kupić jutro nowy sprzęt do parzenia kawy. – Dobranoc, Maddie.

– Dobranoc? Chyba nie idziesz jeszcze spać? Jest piąta po południu – mówi, opierając ręce na biodrach. – Myślałam, że wieczorem wyskoczymy na drinka.

– Kiedy indziej z wielką ochotą, może nawet jutro, ale dzisiaj „dobranoc” oznacza, że padam na twarz, bo nakręcona kofeiną w ogóle nie spałam, więc muszę to nadrobić. Natychmiast. Do jutra.

23 SIERPNIA, WTOREK

KATE

Otwieram oczy o dziesiątej trzydzieści siedem i czuję się znacznie lepiej. Dopiero ostatnio mogę cieszyć się snem. W przeszłości nie miałam tego luksusu od… och, chyba przez całe moje życie.

Maddie musi być w pracy, więc przy pomocy laptopa szukam najbliższego sklepu spożywczego. Jeden jest w pobliżu, więc mogę się przejść. Na dole w siłowni przez pół godziny biegam na bieżni, po czym idę pod prysznic, a następnie biorę portfel oraz telefon i wychodzę na zakupy. Kiedy wychodzę z budynku, kolejne drzwi prowadzące do Starbucksa przyciągają mnie jak świeca ćmę. Nie lubię drogich, modnych kawiarni. Wolę kameralne, urokliwe lokale. Mimowolnie jednak przekraczam próg, a moje żyły praktycznie nucą ze szczęścia. Zamawiam dużą, czarną kawę, co pewnie wkurza obsługę, bo powinnam zamówić coś wyszukanego i pretensjonalnego, jednak minęły wieki, odkąd byłam w popularnej kawiarni i desperacko łaknę kofeiny. Nie mam czasu studiować gigantycznego menu wyrobów kawopodobnych opisanych według fantazji kierownictwa.

Dostaję standardową listę pytań:

– Mleko, mleko sojowe, śmietanka?

– Nie, dzięki.

– Jakiś smak?

– Nie, czarna wystarczy. – Zniecierpliwiona kołyszę się na piętach.

Kiedy kasjerka trzyma mój napój bogów, mam ochotę krzyknąć: „Chodź do mamusi!”, zamiast tego mówię rozradowana:

– Bardzo pani dziękuję.

Odnajduję sklep spożywczy i wybieram tylko to, co dam radę zanieść do mieszkania. Los jest łaskawy i mają aż dwa zaparzacze do kawy, piętnaście dolarów za sztukę. W drodze powrotnej w jednej ręce niosę siatkę z zakupami, w drugiej, niczym świętego Graala, ściskam nowy zaparzacz.

Po powrocie do mieszkania Maddie postanawiam trochę posprzątać. Zakładam, że pewnie dużo pracuje i nie ma na to czasu, bo brudno tu jak diabli. Nie żebym była jakąś perfekcyjną panią domu, ale myślę, że przynajmniej w ten sposób mogę pomóc. Odkurzam, czyszczę kuchnię i łazienki aż do piątej po południu, kiedy to Maddie wraca do domu.

Już piętnaście minut później ogłasza, że umiera z głodu, bo nic nie jadła przez cały dzień, i że muszę spróbować sushi z tej małej restauracyjki na końcu ulicy. Tak naprawdę nie jestem fanką sushi – co jest grzechem w niektórych kręgach społecznych – no i jestem wegetarianką. To ogranicza moje możliwości, a jeśli dodać do tego moją niechęć do ryżu, wybór jest naprawdę niewielki. Oczywiście nie chcę być niegrzeczna, bo jestem gościem, mówię więc:

– Fajnie, chodźmy.

Restauracja jest pełna, ale Maddie zna kelnera po imieniu, więc natychmiast dostajemy stolik.

– Często tu przychodzisz? – pytam, zaskoczona szybkością obsługi.

– Nie, tylko jakieś dwa razy w tygodniu.

Przytakuję. Przyzwyczajam się do kiwania głową, by nie okazywać szoku związanego ze stylem życia Maddie. Może nie powinnam aż tak się dziwić, ponieważ moja matka całe życie pragnęła luksusu, a w końcu to jej siostra. Być może chęć życia na wysokiej stopie ma się w genach. Jeśli tak, na pewno nie odziedziczyłyśmy tego z Grace.

Przeglądając menu w poszukiwaniu czegoś jadalnego, uświadamiam sobie, że Maddie zamawia dwa martini. Wytrzeszczam oczy, ale ona zasłania się menu.

– Co byś chciała?

Pochylam się nad stołem i szepczę:

– Maddie, mam dopiero dziewiętnaście lat. Kobieto, nie mogę pić alkoholu. – To nie tak, że nigdy nie piję, ale nie mam dziś na to ochoty. No i nie mam fałszywych dokumentów, jeśli kelner postanowi mnie wylegitymować, gdy wróci do stolika.

Maddie macha lekceważąco ręką.

– Przychodzę tu cały czas.

To ma być wyjaśnienie? Wzruszam ramionami i unoszę brwi.

– Dobra. – Postanawiam, że kiedy zostaną podane drinki, oddam jej swój kieliszek. Coś mi mówi, że nie odrzuci tej propozycji.

– Wracając do tematu jedzenia, coś wpadło ci w oko? – Przeglądając menu, wygląda jak ćpun na głodzie. Jakby sam widok karty dań dawał jej kopa.

– Tak, ale… jestem wegetarianką. Mogę zjeść tu coś bezmięsnego? – Szukam na liście potraw z warzywami.

Maddie ponownie lekceważąco macha ręką, w tym samym czasie wraca kelner z naszymi napojami.

– Zamówię dla nas obu.

Niedługo później, gdy kelner układa nam na stoliku tacki z jedzeniem, jestem totalnie oszołomiona. Kilka talerzy kolorowych rolek, jasnoróżowa i biała ryba, obok kupki zielonego wasabi.

– Maddie, to chyba pomyłka. To bardzo dużo jedzenia.

– Nie, to wszystko dla nas.

Marszczę czoło.

– Ale tu jest sześć talerzy, a my tylko dwie.

Wzrusza ramionami i przygląda mi się, jakbym mówiła po chińsku.

– Nie można się przejeść sushi. Poza tym masz urozmaicenie. Spróbuj wszystkiego po trochu.

Chyba po raz setny kiwam głową.

– No dobra. Pokaż mi tylko te rolki bez mięsa, bo dla mnie one wszystkie wyglądają tak samo.

Maddie śmieje się, jakbym powiedziała coś głupiego.

– Myślę, że bezpiecznie będzie, jeśli zjesz z tych dwóch tacek.

– Myślisz? Chodzi o moje wnętrzności. – Mam wrażenie, że muszę wyłożyć jej to wielkimi literami, by zrozumiała.

Marszczy nos.

– Kate, to ohydne.

– Przepraszam. Mówię tylko, jak jest. Moje ciało nie tak łatwo oszukać i kiedy do żołądka wpadnie coś nieodpowiedniego, natychmiast zacznie się rewolucja.

Maddie wciąż marszczy nos.

– Zjedz to, co jest na tych dwóch talerzach, nic ci nie będzie.

W jej głosie brzmi jakieś trzydzieści procent pewności, a wszystko na stole pachnie rybą, mimo to postanawiam jej zaufać. Biorę kawałek, smakuje dziwnie, jednak nie potrafię stwierdzić, czy to ryż czy ryba. Tak czy inaczej, każdy kęs rośnie mi w ustach. Wmuszam w siebie trzy rolki, każdą popijając dużą ilością wody.

Maddie wypija oba martini i zjada niesamowitą ilość rolek, po czym prosi o pudełko, by zapakować to, co zostało. Nie żartuję, gdyby to nie smakowało jak szmata do podłogi, porcję, którą wepchnęła w siebie Maddie, jadłabym przez kilka dni.

Otrzymujemy rachunek, po czym ciotka grzebie w torebce, a następnie teatralnie uderza się dłonią w czoło. Ma wielki talent aktorski.

– O rany, musiałam zostawić portfel w mieszkaniu. – Patrzy na mnie błagalnie, więc już wiem, że nie ma szans, by zapłaciła rachunek.

– Żaden problem, ja zapłacę – mówię. To znaczy, jestem jej gościem i przynajmniej tyle mogę zrobić po tym, jak pozwoliła mi u siebie zamieszkać.

Przesuwa rachunek w moją stronę. Wściekam się niemal na siebie, kiedy zauważam, że opiewa na kwotę stu siedemdziesięciu trzech dolarów! W portfelu mam jedynie pięćdziesiątkę, więc wyjmuję kartę kredytową. Mam na niej rezerwy na czarną godzinę, więc staram się z niej nigdy nie korzystać. Podając kartę kelnerowi, czuję się, jakbym oddawała pierworodne dziecko. Jestem dość oszczędna i to nie dlatego, że jestem skąpa. Co miesiąc muszę po prostu płacić rachunki. Jestem odpowiedzialna. Trzymam niewielką sumkę przeznaczoną na rozrywkę albo by komuś pomóc, ale taka cena za jeden posiłek to po prostu przegięcie. W porządku, wmawiam sobie, więc do czasu aż kelner oddaje mi kartę, jestem pogodzona z faktem, że to nowe pouczające doświadczenie i że prawdopodobnie później będę się z tego śmiała.

Podpisuję rachunek z karty kredytowej, a Maddie przeprasza, informując, że idzie do łazienki. Do czasu jej powrotu czuję w brzuchu rozpoczynający się przewrót. To głuche burczenie, podpowiadające, że wkrótce pożałuję tego, co zjadłam.

Pospiesznie wracamy do mieszkania, w którym w ciągu ułamka sekundy zamykam się w łazience, by nie zabrudzić gaci. Zwieńczenie mojej przygody z sushi jest gwałtowne i wybuchowe.

Po oczyszczeniu układu pokarmowego postanawiam odpocząć w pokoju i poczytać. Około dziewiątej trzydzieści zaczynam nerwowo zerkać na zegarek. O dziesiątej chodzę już w kółko. Pół godziny później w dywanie niemal widać wydeptaną dziurę, moje ręce są całe spocone od kurczowego ściskania komórki. Gapię się na jej wyświetlacz od dobrych piętnastu minut. W Kalifornii nadal jest wcześnie. Wmawiam sobie, że Gus prawdopodobnie siedzi na plaży. A jeśli jest w domu i po prostu mnie unika, bo wczorajsza rozmowa była niezręczna? Do cholery, po prostu do niego zadzwoń i miej to z głowy albo zeżre cię to żywcem. Przewijam listę kontaktów i dotykam paska z jego imieniem. Na ekranie pojawia się jego twarz z długimi, jasnymi, z milionem słonecznych odcieni, włosami opadającymi na jedno oko. Uśmiecha się, w odsłoniętym oku widać błysk. Przed wybraniem jego numeru zawsze przyglądam się tej fotce, ponieważ czuję, jakby witał mnie w tym swoim żartobliwym stylu, jeszcze zanim usłyszę jego głos. Uśmiecham się i odprężam. Wybieram numer i czekam cztery dzwonki, aż po piątym włączy się poczta, Gus jednak odbiera.

Dyszy, jakby brakowało mu tchu.

– Straż pożarna Gusa, ugaszę cokolwiek podpalisz.

– Hej, gdzie się pali, młody?

Bierze kilka wdechów.

– Sorry, właśnie pakowałem deskę i słyszałem, że dzwonisz, ale cholerne drzwi od furgonetki były zamknięte i…

– Myślałam, że zamki się nie zamykają.

– Bo się nie zamykały, a teraz się nie otwierają. Nie mam pojęcia, jak działa ten złom. Elektryka robi, co chce.

– Może powinieneś zmienić samochód? – podsuwam, ale tylko dlatego, że wiem, iż wywołam tym dyskusję.

– Dlaczego miałbym to zrobić? – udaje, że jest obrażony. Przerabialiśmy tę rozmowę przynajmniej raz w tygodniu.

– Och, no nie wiem, może dlatego, że twoja furgonetka pochodzi z osiemdziesiątego dziewiątego. A może dlatego, że na liczniku ma prawie pół miliona kilometrów. A może dlatego, że zawsze coś w niej nie działa. – Byłabym załamana, gdyby się jej pozbył. Uwielbiam tę furgonetkę, głównie dlatego, że to wielki gruchot. Gus jest bardzo troskliwy w stosunku do niej, więc fajnie się z niego ponabijać.

– Młoda, nie chodzi o jej stan, chodzi o jej charakter – broni jej zaciekle.

Śmieję się.

– Wiem. Kocham ją i jej strzaskaną duszę. – Porzucam wygłupy. – Jak tam dzisiaj fale?

– Kijowe. Dużo ludzi, miałem wrażenie, że każdy turysta wraz z bratem wypożyczył po desce i próbował się poślizgać. Pełnowymiarowy chaos. Dlaczego ludzie uważają, że po obejrzeniu jakiegoś filmu o surferach mają prawo wypożyczyć deskę i pozabijać wszystkich, którzy są już na wodzie? Kiedy miałem sześć lat, widziałem na rodeo, jak facet ujeżdża byka, ale sam bym na niego nie wskoczył. W tym sporcie też jest etykieta, wiesz? Istnieją zasady.

– No tak.

– Nieważne. A jak drugi dzień w Minnesocie?

– Byłyśmy z Maddie na sushi.

– Sushi? Ty nie znosisz sushi – mówi, doskonale o tym wiedząc. Bardzo mi się podoba fakt, że jest na świecie człowiek, który tyle o mnie wie.

– Tak, a sushi nie znosi mnie. Maddie chyba pomyliła rolki z mięsem i rybą.

– Chyba nie jadłaś mięsa? – Brzmi na zmartwionego, jednak słyszę też nutę rozbawienia. Gus również od lat nie je mięsa, doskonale wie, jak choćby jeden kawałek jest w stanie brutalnie namieszać w przewodzie pokarmowym.

– Niestety. I skończyło się źle.

– O, to okropne. Przykro mi. – Jednak śmieje się z głębi piersi śmiechem, który tak kocham.

– Łatwo ci rechotać, bo to nie ty niemal narobiłeś w gacie na oczach ledwo poznanej ciotki. – Też się śmieję, ponieważ odczuwam ulgę z powodu normalnie prowadzonej rozmowy.

Gus śmieje się jeszcze głośniej, po czym bierze kilka wdechów, próbując się uspokoić.

– Przepraszam, Promyczku. Och, potrzebowałem tego dzisiaj.

Milknie po chwili chichotu, a mnie ponownie dopada zdenerwowanie.

– Gus? – Próbuję je ukryć, ale zdradza mnie głos.

– Tak? – Przeciąga ten wyraz, jakby wiedział, co nadchodzi.

– Możemy przez chwilę szczerze porozmawiać? O… tym, co zaszło. Nie możemy dłużej omijać tego tematu. Musimy to sobie wyjaśnić.

Wzdycha przeciągle.

– Masz rację.

Zapada cisza, której najwyraźniej żadne z nas nie chce zmącić, aż wreszcie odzywa się Gus:

– Słuchaj, wiem, że byliśmy pijani i pewnie zabrzmi to jak wielki banał, ale wyszło jak wyszło. To znaczy, nie planowałem cię upić i rzucić się na ciebie.

Musi to tak spłycać? Naprawdę potrzebujemy przedyskutować ten temat.

– Nie byłam pijana. W ciągu czterech godzin wypiłam zaledwie dwa kieliszki wina. Wiem też, że ty nie wypiłeś więcej ode mnie. Jesteś na mnie zły? Nie chcę, by między nami było dziwnie. Wiesz, ja też tego nie planowałam.

– Tak, wiem przecież. – Ponownie brzmi, jakby mówił szczerze.

Milczymy przez chwilę.

– Jesteś tam jeszcze? – pytam.

– Tak.

– No to co będzie dalej? Nie sądzę, by ktoś podał nam rozwiązanie na tacy. – Mój głos jest opanowany, ale w moim wnętrzu panuje tornado, czego nie znoszę. Zazwyczaj nie pozwalam, by coś tak mnie niepokoiło. Nie mogę. Nie czułam się w ten sposób od kilku miesięcy.

Gus pyta cicho, niemal z obawą:

– Żałujesz tego?

Wypuszczam wstrzymywane w płucach powietrze, a wraz z nim odrobinę zdenerwowania.

– Pytasz poważnie? Gus, przecież mnie znasz. Mam nawet motto: żadnych wyrzutów sumienia. Wyrzuty sumienia prowadzą do rozmyślań, gniewu i smutku, a ja nie mogę sobie na to pozwolić.

– Wiem.

Znów na chwilę zapada cisza, więc czekam, aż Gus powie coś więcej, ale on zawsze milczy, gdy się nad czymś zastanawia, więc daję mu czas.

Jednak gdy nie potrafię dłużej tego znieść, pytam:

– Ty tego żałujesz?

Prycha, ale nie umiem stwierdzić, czy to irytacja, czy może coś innego. Kiedy się odzywa, słyszę u niego rozbawienie.

– Promyczku, mam dwadzieścia jeden lat i jestem facetem. Uprawiałem seks. Jak ci się wydaje?

Ma rację, ale chcę usłyszeć jego odpowiedź. Nie tylko kolejne pytanie.

– Ale uprawiałeś seks ze mną.

– Czekaj. – Słyszę kliknięcie zapalniczki i głęboki wdech, gdy zaciąga się dymem z papierosa.

– Powinieneś rzucić – wypominam mu cicho. Zazwyczaj karcę go za palenie. Muszę mu to powiedzieć, nawet jeśli tego nie widzę i nie czuję smrodu.

Ponownie głęboko się zaciąga i wydmuchuje dym.

– Wiem, ale nie zaczynaj tego teraz. – Nagle w jego głosie pojawia się smutek. Milknę, pozwalając mu dopalić papierosa, ponieważ zawsze go to uspokaja, podobnie jak mnie gra na skrzypcach. Czekam cierpliwie.

– Przepraszam – mówi. – Nie wiem, czy to przez ciebie, ale to było… To znaczy, to, co stało się dwa dni temu było… Nie wiem…

Nie odzywam się, ponieważ wiem, że sam musi uporać się ze swoimi myślami. Dla niego ważny jest odpowiedni dobór słów. Pisze piosenki i jest pełen uczuć, więc chce zrobić wszystko, jak należy. Gus zawsze taki był. Lubi komunikację, nie gada dla samego gadania. Zatem czekam. Zawsze byłam cierpliwa.

– Mogę przez chwilę porozmawiać z tobą jak facet? To znaczy, jakbyś nie była w to zamieszana, no wiesz, jakbyś w tym nie uczestniczyła? – Jest spokojny, racjonalny, szczery. To mój Gus.

– Zawsze możesz ze mną rozmawiać, ale jeśli to ma pomóc, proszę bardzo.

– Tamta noc była, no nie wiem, zajebiście niesamowita. – Moduluje głos, jak wtedy, kiedy gra mi po raz pierwszy piosenkę, którą napisał albo gdy ślizga się na wielkiej fali niosącej go na sam brzeg. – Wiem, że to brzmi cholernie tandetnie, ale wstrząsnęłaś moim światem. – Ma rację, to strasznie tandetne, ale to Gus i wiem, że mówi prosto z serca i nie wstydzi się tak przy mnie formułować myśli. Ścisza nieco głos i kontynuuje: – Byłem z wieloma dziewczynami, naprawdę wieloma, ale ta noc była inna. Nie była przypadkowa. Było między nami… Nie wiem… połączenie. Nigdy czegoś takiego nie czułem. Nie miałem dość. – Wzdycha i mówi: – Po czym wszystko się skończyło i wyjechałaś.

– Gus – mówię, próbując go pocieszyć. Pocieszyć nas oboje. Czułam wszystko, o czym mówił, odczuwałam to wraz z nim.

Słyszę, że odpala kolejnego papierosa.

– Wiem, wiem – mówi. Czekam, ponieważ nie jestem w tej chwili pewna, dokąd zmierza ta rozmowa. Wszystko, czego jestem świadoma, to chłopak po drugiej stronie linii i przyjaźń z nim, która jest dla mnie najważniejsza na świecie. Jest moim najlepszym przyjacielem. Zawsze nim będzie. Mam tylko jego.

– Promyczku, nie będę kłamał, ale to napieprzyło mi w głowie. To znaczy wiem, że nie możemy być razem. Do diabła, nie wiem nawet, czy bym tego chciał. Wiesz przecież, że nie lubię związków. Bez obrazy. Nie chciałem cię urazić. Wcale. Po prostu… Byłaś moją przyjaciółką odkąd… od zawsze. Wszystko robiliśmy razem. Razem zmagaliśmy się z naprawdę poważnym gównem. Aż nagle: bam! Mówisz, że wyjeżdżasz na drugi koniec kraju, a ja mam na głowie wszystkie te nagrania, po czym uprawiamy seks… I to najlepszy seks w moim życiu. Z tobą, moją najlepszą przyjaciółką. Czuję teraz, że to… Nie wiem, ale wydaje mi się, że to… jakby koniec. Niemal pożegnanie. Ale nie mogę cię stracić. Potrzebuję swojej przyjaciółki.

Nawet nie wie, ile ma racji. Czasami wydaje mi się, że czyta mi w myślach.

– Cholera, Gus, kiedy stałeś się takim filozofem?

Miałam na myśli coś pozytywnego, komplement, ale Gus rozumie mnie źle. Nienawidzę telefonów. Kiedy rozmawiam, potrzebuję fizycznego kontaktu. Wolę widzieć rozmówcę i by on widział mnie. Chcę móc odczytywać mowę jego ciała i wszystkie niewerbalne wskazówki.

Najwyraźniej Gus również tego potrzebuje. Brzmi, jakby był rozdrażniony, mimo że właśnie otworzył przede mną serce.

– Promyczku, nie nabijaj się ze mnie. Kurwa, próbuję mówić szczerze.

– Nie nabijam się, jestem całkowicie poważna. – Muszę brzmieć jak desperatka. Nienawidzę, gdy ktoś mnie nie rozumie. – Cholera, żałuję, że nie mogę cię widzieć. Naprawdę musimy zainstalować Skype, czy coś w tym stylu, ponieważ te telefony mnie wykończą. – Teraz ja prycham, co jest w porządku, bo znamy się na tyle dobrze, że możemy komunikować się prychnięciami, westchnieniami, jękami, przekazując sobie informacje i emocje, których większość ludzi nie potrafi wyrazić słowami. Uwielbiam to w naszej przyjaźni. – Wszystko, co powiedziałeś, odzwierciedla to, co ja czuję. Wcześniej mówiłam poważnie. Nie chcę, by było między nami dziwnie. Kocham cię. Wiesz o tym. Zawsze będę cię kochać. I również nie mogę cię stracić. W tej chwili potrzebuję przyjaciela bardziej niż ktokolwiek na tej planecie, więc nie jesteś sam. W końcu rozmawiasz z Kate Sedgwick, wybraną przez Boga samotniczką.

– Nie mów tak – przerywa mi.

Ma rację.

– No wiem, przepraszam… Chodzi mi o to, że nawet jeśli nasze życia zmierzają w tej chwili w przeciwnych kierunkach… chcę, byś wiedział, musisz wiedzieć, że wystarczy sięgnąć po telefon. Jeśli będę musiała pomarudzić z powodu jakiegoś testu…

Znów mi przerywa:

– Ty nigdy nie marudzisz, Promyczku. A nawet gdybyś marudziła, to nigdy z powodu testu, bo zawsze dostajesz najlepsze oceny, wariatko.

Śmieję się, bo ciągle wypomina mi moje stopnie, zwłaszcza że ukończyłam szkołę średnią z wyróżnieniem. Zawsze był jednak ze mnie dumny, ponieważ od tego są najlepsi przyjaciele. Nie wie, że nie miałam na myśli testów na studiach. Jednak odpuszczam temat i mówię:

– Albo jeśli będę chciała, byś poszukał mi wegetariańskich restauracji, ponieważ mój średniowieczny telefon nie ma Internetu, a ja nie mam pojęcia, jak poruszać się po Minnesocie… A nie chcę ponownie trafić na mięso…

Znów się wcina:

– Jezu, a nie przyszło ci do głowy, by wcześniej to sprawdzić? Mają tam w ogóle jakiekolwiek wegetariańskie restauracje? Nie ma tam jakiejś ustawy czy prawa zakazującego ich otwierania? No przecież to środkowy zachód. Podejrzewam, że jedzą mięso na śniadanie, obiad i kolację, nie?

– Albo żeby usłyszeć twój głos, ponieważ jesteś moim przyjacielem, moją rodziną, moją przeszłością… i jesteś mój.

Gus odzyskuje spokój.

– Zawsze będę przy tobie. Dokonasz wielkich rzeczy, Promyczku. Będziesz najlepszą nauczycielką, jaką widział świat.

Nie oczekuję komplementów, nie domagam się pochwał, ale serce mi rośnie, kiedy tak mówi. Zawsze chciałam zostać nauczycielem pedagogiki specjalnej.

– Wiesz, wystarczy mi, jeśli zostanę po prostu nauczycielem. Ty za to zostaniesz największą gwiazdą rocka na świecie.

Gus również nie jest łasy na komplementy.

– Mnie wystarczy, jeśli z koncertów zdołam opłacić rachunki. Nie sądzę, bym wytrzymał, pracując kolejne pół roku przy pieprzonej obsłudze korespondencji.

Choć uwielbiam zasypywać ludzi komplementami, nie robię tego, by się podlizać, ale by sprawić komuś przyjemność.

– Jesteś bardzo utalentowany, będziesz wielki, Gustovie Hawthornie. Tylko nie pozwól, by twoje ego przejęło kontrolę, dobrze?

Żartowałam odnośnie jego ego, ale Gus i tak odpowiada z powagą:

– Właśnie po to mam ciebie, Promyczku. Abyś przypominała mi, że jestem zwyczajnym Gusem… a nie kimś wielkim, jak wmawiają mi ciągle te nieszczere gnojki.

– Dobra. – Jednak mimowolnie dodaję: – Ale jesteś wielki. – Musi o tym wiedzieć. Jest najbardziej utalentowanym muzykiem, jakiego w życiu widziałam, a widziałam ich całkiem sporo. Wcześniej muzyka była całym moim życiem. Razem z Gusem uczęszczaliśmy na prywatne zajęcia do skupiającej gimnazjum i liceum szkoły w San Diego zwanej Akademią. Znajdowała się na tej samej ulicy, na której oboje mieszkaliśmy, więc oprócz niewielkiego talentu miałam również szkołę w sąsiedztwie. Gusowi ta bliskość nie była potrzebna. On grał na gitarze, pianinie i śpiewał. Ja grałam na skrzypcach. Do naszej Akademii uczęszczali ludzie z całego kraju. Zdarzali się utalentowani uczniowie, ale Gus zawsze miał własną ligę. Pobił mnie o głowę. Od dwóch lat koncertuje ze swoim rockowym zespołem. Pisze teksty, komponuje muzykę. Niemal w każdy weekend występują w lokalnych barach w Kalifornii, jednak kilka miesięcy temu przedstawiciel pewnej niezależnej wytwórni był obecny na jednym z ich koncertów w Los Angeles i podpisał z nimi umowę. Dwa tygodnie temu ukończyli nagrania do pierwszej płyty. Gus nie lubi szufladkowania do jakiegoś gatunku, jednak powiedziałabym, że grają gitarowego alternatywnego rocka. Są niesamowici, a Gus jest ich filarem, liderem. Będzie wielki.

W tej chwili porzuca powagę i znów staje się wesołym, sarkastycznym Gusem.

– Młoda, miałaś być antidotum na moje wymykające się spod kontroli ego. Przestań mnie głaskać.

Śmieję się. Przeczuwam, że ta rozmowa zmierza ku końcowi i cieszę się, że kończy się w dobrym nastroju. Ponownie czuję się sobą, jakbyśmy byli przyjaciółmi, Kate i Gusem.

Jednak Gus znów staje się poważny, niemal zdenerwowany.

– Promyczku?

Teraz i ja się denerwuję.

– Tak?

– Mogę cię o coś zapytać? Obiecuję, że potem nie będę do tego wracał.

– Jasne – mówię, ale nie wiem, czy to stwierdzenie czy pytanie. Jasne? Jasne. Waham się.

Wymyka mu się nerwowy chichot.

– Nie proszę, byś ponownie dopieściła moje ego – mówi ze spokojem – ale muszę wiedzieć, by zamknąć całą tę sprawę, no wiesz, wyjaśnić sytuację. – Krzywię się, bo myślałam, że mamy to już za sobą. – Ale chciałem zapytać, jak było? Wiem, że byłaś z innymi chłopakami i w ogóle… ale czy, no wiesz, czy ze mną było inaczej?

Uśmiecham się, ponieważ nie zadał pytania, którego się spodziewałam. Gus jest facetem, potrzebuje podbudowania ego. I, jak już mówiłam, nie rzucam komplementów na prawo i lewo. Zawsze mówię szczerze, więc odpowiadam:

– Wstrząsnąłeś moim światem.

– Nie przedrzeźniaj mnie. – Uważa, że drwię, kopiując jego tandetny tekst.

– Wcale tego nie robię! Dość tego – ściągam Skype’a, jak tylko skończę tę rozmowę. Posłuchaj mnie, Gus: to była najprawdopodobniej najlepsza noc mojego życia.

– Hmm... – Słyszę uśmiech w tym mruknięciu, więc wiem, że dostatecznie napompowałam jego ego.

– Niech ci to nie uderzy do głowy.

– Za późno. Kocham cię, Promyczku.

– Też cię kocham, Gus.

– Dobranoc.

– Dobranoc.

Odnajdując spokój, otwieram laptopa i szukam w Googlach Skype’a. Mam zamiar dowiedzieć się, jak działa, przebadać go szczegółowo, a następnie położyć się spać.

24 SIERPNIA, ŚRODA

KATE

Śpię do dziewiątej. Maddie jest już w pracy, gdy wychodzę ze swojej komory hibernacyjnej. Cholera, czy do mieszkań prawników wentylacja wtłacza czysty tlen? Śpię tutaj jak zabita. Czuję się jak największy na świecie leń. Pamiętam, jak doktor Ridley mówił, że muszę więcej sypiać, jednak w ciągu dwóch nocy przespałam tutaj więcej czasu niż wcześniej przez tydzień. Postanawiam wziąć Księżniczkę na spacer, a później pobiegać na bieżni w siłowni na dole. Nie mogę surfować, więc biegam. Przypominam sobie, że zakwasy nie oznaczają bólu, tylko życie. A życie jest boskie. Każdy jego dzień, minuta, sekunda.

Po kąpieli czeszę włosy i myję zęby. W dziesięć minut jestem ubrana i gotowa do wyjścia. Gus zawsze się dziwił, jak dziewczyna może się wyszykować w tak krótkim czasie. On nie był w stanie ruszyć leniwego tyłka, a przygotowanie się do wyjścia zabierało mu jakieś czterdzieści pięć minut. Myślę, że społeczeństwo narzuca kobietom pewne stereotypy, którymi ja nigdy się nie przejmuję. Czas jest cenny. Nie chcę go trwonić. W dzieciństwie zawsze się rano spieszyłam, musiałam wypracować pewną rutynę. Jako nastolatka nigdy się nie malowałam, nie suszyłam włosów, nie używałam prostownicy. Prawdę mówiąc, nawet gdybym mogła jej użyć, nie wiedziałabym, co z nią zrobić. W trzeciej klasie szkoły średniej koleżanka postanowiła zrobić mi makijaż i wyprostować włosy. Z tym całym gównem na twarzy czułam się jak w masce. Nie lubię spoglądać w lustro i widzieć tam kogoś innego. Wolę w odbiciu dostrzegać starą, zwyczajną Kate. Wybrzydzam jedynie w kwestii ubrania. To znaczy przeważnie noszę jeansy, ale jeśli chodzi o górę, nie noszę rzeczy prosto z wieszaka. Przeszukuję sklepy z używaną odzieżą, zawsze wybierając bluzki z ciekawym wzorem. Wycinam z nich najlepsze części i łączę z koszulkami, które kupuje mi Gus. Gus nazywa to stylem rockowo-artystycznym. Zwał jak zwał. Mnie się podoba. Rozpinam torbę i rozkładam koszulkę z napisem: „I ♥ San Diego”, którą dał mi Gus przed wyjazdem. Palce mnie świerzbią, by zrobić z niej coś unikalnego.

Zakładam okulary przeciwsłoneczne i idę do samochodu ubrana w bluzkę własnej roboty z napisem „Surfuj lub Umieraj”. Dzisiaj jest ciepło, choć wilgotno. To przypomina mi o domu, więc podobnie się ubrałam. Jestem szczęśliwa. Muszę sprawdzić moje nowe lokum, więc jestem gotowa przejechać te dwadzieścia pięć kilometrów do Grant, do uczelnianego kampusu. Nie mam pojęcia, czego się spodziewać. Kampus widziałam jedynie w broszurach informacyjnych i w Internecie.

Mieszkanie Maddie znajduje się na zachodnim krańcu miasta, tuż przy autostradzie. Grant jest położone jeszcze bardziej na zachód od tego miejsca. Znajduję odpowiedni wjazd na obwodnicę, po czym w ciągu kilku sekund mijam każdy samochód w zasięgu wzroku. Dziesięć. Liczyłam. Na autostradzie panuje mały ruch, więc czuję się niesamowicie. Czy nadchodzi apokalipsa, o której nikt mnie nie poinformował? Gdzie się wszyscy podziali? Przywykłam do korków, trąbienia i ludzi jeżdżących na autostradzie ponad sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Co u licha? Tutaj ludzie przestrzegają przepisów? Mijając te wszystkie auta, czuję się jak kryminalistka. Przyjeżdżam do Grant zaledwie dziesięć minut później. Zwalniam na lokalnych drogach i wkrótce moim oczom ukazuje się Grant College.

Miasteczko jest ładne, nawet malownicze. Kampus jest niewielki, budynki są stare, ale nie zrujnowane. Wyglądają na wielkie i zadbane. Akademiki również nie są nowe. Posiadają trzy piętra, ich ściany zbudowane są z cegły, po której pnie się bluszcz. Mają charakter i wyglądają zachęcająco. Wzdycham z ulgą. Za kilka dni jeden z tych budynków będzie moim domem. Już czuję się tu dobrze. Uderza mnie fakt, że to dzieje się naprawdę. Jestem studentką w Minnesocie. Po raz pierwszy w życiu jestem również sama. I nawet jeśli będę musiała przywyknąć do samotności, ta chwila wcale nie jest tak straszna, jak sądziłam.

Tuż za akademikami ciągnie się Main Street, prowadząca do centrum Grant. Rozglądam się, stojąc na światłach. Wygląda przyjemnie z kwiaciarnią, sklepem monopolowym, delikatesami, małym sklepem spożywczo-chemicznym i zakładem fryzjerskim. I wtedy to dostrzegam – kawiarnia! Nie jakaś tam nowoczesna i sztuczna, tylko prawdziwa, żywa, urokliwa kawiarenka położona przecznicę od ceglanych budynków, z wielką witryną wychodzącą na ulicę. I nawet jeśli wypiłam rano już trzy kubki kawy przygotowanej w świętym Graalu u Maddie, nie mogę się oprzeć, by nie wejść do tego lokalu. Myślę, by po prostu wejść i się przedstawić, ale kiedy parkuję, już rozmyślam, jaką kawę wezmę, małą czy jak zwykle dużą. Przysięgam, to mój nałóg. Nie mogę się oprzeć kofeinie. Nie potrafię jej odmówić. Próbuję usprawiedliwić moją wizytę, wmawiając sobie, że być może potrzebują kogoś zatrudnić. A ja potrzebuję pracy. Na wczoraj.

Drzwi są wielkie i misternie rzeźbione, wyglądają, jakby ważyły z tonę, więc chwytam za klamkę i pcham z całej siły. Praktycznie upadam na tyłek, gdy to cholerstwo, nie stawiając oporu przesuwa się lekko niczym piórko. Nad nimi huczy dzwonek. Ogłuszająco. Rozglądam się szeroko otwartymi oczyma. Po jednej stronie lokalu na sofie siedzi chłopak z nosem w książce, przy niewielkim stoliku koło okna jakaś para, za ladą zaś stoi facet, wszyscy unoszą wzrok, przyglądając się mojemu wielkiemu wejściu. Instynktownie staram się uciszyć dzwonek, by już nikt nie zwracał na mnie uwagi, ale gdy wyciągam rękę, nie mogę go dosięgnąć. Mam metr pięćdziesiąt dwa, a dzwonek zawieszony jest kilka centymetrów ponad zasięgiem mojej ręki. Uśmiecham się zawstydzona, a kiedy dzwonek wreszcie milknie, rzucam szeptem:

– Jestem.

Potwierdza to uśmiechający się zza lady brunet:

– Tak, zdecydowanie jesteś. – Mówi z akcentem, ale nie wiem jakim. Ma około czterdziestki, kruczoczarne włosy, cerę koloru toffi i wielkie, ciemne, promienne oczy. I wcale nie drwi, raczej jest przyjazny. Już go lubię.

– Jesteś tu nowa, prawda? – Gestem zaprasza, bym podeszła. – Jestem Romero. Witamy w Grounds na Main Street, moja droga. – Salutuje mi i zamiast czuć się głupio, jestem mile zaskoczona.

Niezdarnie salutuję w odpowiedzi.

– Tak, emm… super, a ja jestem Kate. – Kiedy to zmieniłam się w bełkoczącego, nieudolnego ciołka? Odchrząkuję i podaję rękę Romero. – Jestem Kate Sedgwick i masz rację, jestem tu nowa. – Śmieję się. – To aż tak oczywiste? Cóż, całkowicie rozwaliłam swój kamuflaż. Właściwie nie chciałam zwracać na siebie uwagi, ale wchodząc, rozhuśtałam dzwonek tak, że obudziłby umarłego.

Mężczyzna śmieje się ciepło.

– Bez obaw. To niewielka społeczność. Znam tu wszystkich. Jednak ciebie, Kate Sedgwick, nigdy wcześniej nie widziałem. Pochodzisz z Kalifornii? – Kiedy wymawia tę nazwę, dzieli ją na cztery odrębne sylaby.

Ściągam brwi, zastanawiam się, skąd, u licha, to wie.

– Tak, masz rację.

Widząc moje zmieszanie, wskazuje przez witrynę na mój samochód.

– Rejestracja. Gdzie mieszkasz w Kalifornii?

Zmarszczki znikają z mojego czoła.

– A tak, no przecież. Jestem z San Diego, mieszkałam tam od urodzenia.

Na jego twarzy maluje się autentyczny ból.

– Och, Kate, biedactwo, życzę powodzenia w zimie. Ja jestem z Salwadoru, więc mogę cię zapewnić, że zimy w Minnesocie nie są dla osób o słabym sercu. – W nazwie tego stanu znów wymawia każdą sylabę oddzielnie.

Prycham, ponieważ przywołał jedyny lęk, który odczuwam w związku z przeprowadzką – zimno.

– Tak, słyszałam, że są do dupy.

Śmieje się, a jego oczy błyszczą.

Chłopak czytający książkę na kanapie potwierdza:

– Naprawdę są do dupy. – Kiedy się obracam, zauważam, że nadal patrzy w strony książki, ale się uśmiecha. Jest rudy, ma gęstą brodę. Bezwiednie zastanawiam się, czy nie dusi się na tym upale. Jego uśmiech jest niewinny, wręcz młodzieńczy. Cała jego postawa mówi, że jest hipsterem. Nie odzywa się już, więc wracam uwagą do Romero, który pyta:

– Czym mogę ci służyć, Kate?

Spoglądam na menu na tablicy zawieszonej na ścianie za nim. Wiem, że będę tu stałym klientem i nie chcę obrazić go już na wstępie, nie przestrzegając etykiety. Czuję ulgę, widząc, że wszystkie pozycje ułożone są według ceny i posortowane na małe, średnie oraz duże porcje.

– Może mógłbym ci coś polecić? Lubisz jasną, średnią czy ciemną? Espresso? Cappuccino? A może coś zimnego, by się schłodzić?

Nigdy nie byłam kawowym snobem. Kawa to kawa. Nie zaprzątam sobie głowy jakimiś fantazyjnymi wynalazkami.

– Tak naprawdę chciałabym prosić wielki kubek mocnej kawy.

Najwyraźniej była to właściwa odpowiedź, ponieważ dwukrotnie stuka w ladę palcami. To gest zadowolenia, mówiący, że Romero zgadza się ze mną całkowicie i dokładnie wie, czego mi trzeba.

– W takim razie musisz spróbować lokalnej mieszanki.

Tak, muszę. Natychmiast.

– Brzmi idealnie.

Romero przechyla głowę zaciekawiony.

– Czy dodać do kawy coś jeszcze?

– Nie, dziękuję, piję czarną.

Jego uśmiech się poszerza, gdy spogląda na brodatego chłopaka siedzącego na kanapie, jednocześnie wskazując na mnie dłonią.

– Słyszałeś, Duncan? Pije czarną.

Duncan uśmiecha się i unosi w toaście ceramiczny kubek.

– Słyszałem, Rome. Witaj w klubie, nowa dziewczyno.

Romero wciąż szeroko się uśmiecha, ale mówi ciszej:

– Nikt nigdy nie chce zwykłej, czarnej kawy. – Wyraźnie słychać jego akcent, więc muszę się koncentrować na każdym słowie, by wszystko dobrze zrozumieć. – Niszczą ją dodatkami. – Puszcza do mnie oko. – Tylko nieliczni z nas doceniają smak prawdziwej, czarnej kawy.

Gdy Romero przygotowuje mój napój, czuję, jakbym przełamała lody i jakbyśmy się zaprzyjaźnili, mimo wszystko jesteśmy w jednym klubie, więc zbieram się na odwagę i pytam:

– Nie chcesz przypadkiem kogoś zatrudnić, co? Właśnie przyjechałam i w poniedziałek zaczynam zajęcia, więc muszę znaleźć robotę, która szybko zapewni mi dopływ gotówki.

Romero wzdycha, podając mi wielki, kartonowy kubek.

– Och, Kate, niestety nie. Prowadzę tę kawiarnię razem z moim partnerem, Danem. Mamy tylko jednego pracownika, który pomaga nam przeważnie rano. – Stuka się palcem w podbródek i ponownie uśmiecha. – Ale możesz zapytać na rogu, w kwiaciarni „Trzy Petunie”. Mary mówiła wczoraj, że przydałaby się jej pomoc.

Kładę na ladzie dwa banknoty, by zapłacić za kawę i zostawić napiwek.

– Super, miło z twojej strony. Dzięki. – Dmucham na kawę, biorę łyczek, po czym obracam się i idę do drzwi. Napój ma bogaty i głęboki smak, właśnie taki, jak lubię. Trzymając za klamkę, unoszę kubek w kierunku Romero. – Kawa jest wspaniała, Romero. Miłego dnia.

Salutuje mi.

– Wzajemnie, Kate Sedgwick.

Żar leje się z nieba, gdy przechodzę przez ulicę, zmierzając w stronę „Trzech Petunii”. Uświadamiam sobie, że temperatura sięga jakichś trzydziestu pięciu stopni i wilgotność stu dziesięciu procent, a ja, jak ta kretynka, idę w słońcu z wielkim kubkiem parującej kawy. Zaraz jednak uśmiecham się do trzymanego w dłoni naczynia, ponieważ czuję, że kofeina zaczyna działać, a dwie przecznice dalej być może czeka na mnie praca.

Ostrożnie otwieram drzwi kwiaciarni, ponieważ i tutaj rozlega się dźwięk dzwonka. Mimowolnie wzdycham z irytacją i niedowierzaniem.

– Rany boskie! – Co jest z tymi małymi miasteczkami w Minnesocie i obsesją ich mieszkańców na punkcie dzwonków? Chociaż ten to delikatny dzwoneczek. Mam wrażenie, że mieszkając tutaj, stanę się dzwonkowym ekspertem.

Kobieta za ladą ma dominującą aparycję. Wygląda na niewiele starszą ode mnie, jest wysoka i ma krągłości we wszystkich właściwych miejscach. Niektóre dziewczyny są urocze, niektóre piękne, niektóre seksowne. Ta zdecydowanie jest seksowna. Ma czarne włosy obcięte na sięgającego ramion boba, grzywkę, ciemną oprawę oczu podkreśloną czarną kredką. Jej wizerunek jest mroczny, jednak nie w gotycki, depresyjny sposób. Bardziej jakby chciała wyeksponować drapieżność. Niełatwo mnie onieśmielić, ale ta dziewczyna właśnie mnie… onieśmiela.

– Tobie również dzień dobry – mówi, odpowiadając na to, co mi się wyrwało. Ma ochrypły głos, jakby od urodzenia wypalała dziesięć paczek papierosów dziennie, a do tego przez ostatni rok była przeziębiona. Mam przeczucie, że sam jej głos mógłby skopać mi tyłek. To jakby jej supermoc.

Nie daj jej wyczuć strachu, mówię sobie.

– Och, cześć – rzucam z nonszalancją. – Przepraszam, zachowałam się niegrzecznie, ale o co chodzi z tymi dzwonkami w całym mieście?

Przegląda mi się, ale nie opuszcza przy tym głowy, jak zrobiła to Maddie. Nie wiem, czy jest ciekawa czy rozbawiona.

– Dzwonkami?

– Tak, nad drzwiami. – Wskazuję w górę.

Nadal ma tę minę, ale odpowiada rzeczowo:

– Dają znać, że ktoś wchodzi.

– Bez jaj, Sherlocku. – Zbyt późno orientuję się, że mój komentarz był niestosowny. Nie mogę się odnosić do ludzi tak, jak to robię w domu, przecież pierwszy raz widzę na oczy tę kobietę… Tę intensywną, onieśmielającą kobietę.

Prycha oszołomiona. Nie wiem, czy ją rozśmieszyłam czy obraziłam.

– Bez jaj – potwierdza. – I jestem Shelly, nie Sherlock.

Chyba ją lubię, nawet jeśli trochę mnie przeraża. Jest bezpośrednia, a ja lubię bezpośredniość. Nie trzeba zgadywać. Podchodzę i wyciągam ku niej rękę, ale widzę, że jej dłonie tkwią w kwiatach w wazonie. Cofam więc rękę i mówię:

– Kate.

– Kate, a cóż cię do nas sprowadza? – Znów taksuje mnie wzrokiem, choć wygląda, jakby straciła zainteresowanie.

– Byłam właśnie w Grounds. – Na dowód unoszę kubek. – Romero mówił, że Mary szuka pracownika.

Shelly dmucha w górę, by pozbyć się z oczu grzywki i znów mi się przygląda, jakby starając się zdecydować, czy jestem godna informacji.

– Mary to moja mama, jest właścicielką kwiaciarni.

– Zatem ty masz kogoś zatrudnić? – pytam z nadzieją, nagle czując, że się rumienię.

– Pracowałaś kiedykolwiek w kwiaciarni?

Kręcę głową.

– Nie. – To zapewne mnie eliminuje, ale na pewno nie mam zamiaru kłamać.

– Masz jakieś doświadczenie w ogrodnictwie? – Czuję się, jakbym była przesłuchiwana w jakimś serialu detektywistycznym i jakby jej partner przyglądał mi się zza weneckiego lustra.

Wzruszam ramionami.

– Człowiek, od którego wynajmowałam ostatnio mieszkanie, pan Yamashita, był ogrodnikiem. Zgaduję, że to się nie liczy? Nie ma to ze mną zbyt wiele wspólnego?

Prycha. Tak, jest prychaczką. Uwielbiam ją.

– Potrafisz odróżnić goździk od róży?

– Jasne.

Jej ostra prezencja nie znika, jednak ku mojemu zaskoczeniu dziewczyna mówi:

– Zabieraj tyłek za ladę i chodź mi pomóż. I tak jestem tu uziemiona na całe popołudnie. Zobaczymy, jak sobie poradzisz.

Wkładam fartuch, który mi podaje.

– Młoda, to dopiero była kosmiczna rozmowa wstępna. Spociłam się jak mysz.

Na mój sarkazm przewraca oczami.

– Skoro tak mówisz. Młoda.

Kwiaciarnia jest mała i staromodna. Mówiąc staromodna, nie mam na myśli przestarzałej rudery, lecz uroczy lokal. Jest w nim kilka antycznych stolików, na których wyeksponowane są rośliny doniczkowe i przygotowane bukiety. To słodkie. I ta woń… Och, pachnie tu jak w niebie.

Za ladą zauważam, że wszystko ma swoje miejsce. Rzeczy są poukładane niemal w obsesyjnym porządku. Shelly pracuje jak tornado. Biega po pomieszczeniu, przygotowując cztery bukiety jednocześnie. Obserwuję i słucham, starając się pomagać, kiedy tylko mogę. Najczęściej ściemniam.

Przez godzinę pracujemy w ciszy, która rani moje uszy.

– Macie tu jakieś radio czy coś takiego? – pytam.

Nie patrząc na mnie, wskazuje półkę po drugiej stronie kwiaciarni.

Czuję, że powinnam spytać, ponieważ nadal nie wiem, czy mogę z niego skorzystać.

– Nie będzie ci przeszkadzało, jeśli je włączę? Przydałaby się jakaś muzyka. Cisza jest ogłuszająca.

Kręci głową.

Podchodzę do radia, przy pracy potrzebuję muzyki. Do diabła, potrzebuję jej nieustannie, zwłaszcza gdy coś robię. Muzyka stanowi moje sedno. Jest czystą emocją, a ja potrzebuję takiego dopalacza.

Przez chwilę przeszukuję częstotliwości, aż znajduję jakąś stację. Shelly ożywia się, słysząc dźwięki.

– Zostaw, to dobra piosenka. Zaczęli ją grać w zeszłym tygodniu. Ostra gitara. Słyszałaś ją już?

Przytakuję i wracam za ladę. Znam tę piosenkę, Shelly ma rację co do gitary. Słyszałam ją po raz pierwszy już jakieś cztery czy pięć miesięcy temu, kiedy ukazała się płyta, jednak nie chcę tego przyznawać jak jakaś wszystkowiedząca mądrala, więc odpuszczam.

– Tak. Jest dobra. To jakaś lokalna stacja?

W odpowiedzi Shelly mruczy oschle:

– Noo, to uczelniana stacja. Tylko ona jest coś warta. Reszta jest gówniana.

Szturcham ją łokciem.

– Nie mów, że jesteś muzyczną snobką, Shelly.

Unosi brew, jakby wiedziała, że została przyłapana.

– Mea culpa. Uwielbiam muzykę, a ciężko znaleźć coś dobrego. – Jej twarz nieco się rozpogadza. – To zabrzmiało, jakbym była jakimś pieprzonym ćpunem, co?

Znam to uczucie. Razem z Gusem nieustannie przeczesywaliśmy sieć w poszukiwaniu najnowszych muzycznych trendów, niczym para narkomanów szukająca dobrej działki. Od lat tworzyliśmy naszą kolekcję, która teraz jest ogromna. Na moim iPodzie już chyba nic się nie zmieści, resztę mam na dysku laptopa.

– Może po prostu nie znalazłaś właściwego dilera. Kiedyś przyniosę swojego iPoda. Masz tu stację dokującą lub głośniki, do których mogłabym go podłączyć? – Uwielbiam ludzi, z którymi można porozmawiać o muzyce, zwłaszcza jeśli mogę puścić im kawałek, którego jeszcze nie słyszeli. Odkrywanie nowych rzeczy jest jak magia. Muzyka istnieje po to, by jej słuchać, więc według mnie każdy powinien z niej czerpać. Garściami. Muzyka ma moc. Łączy ludzi.

Shelly waha się, po czym kiwa głową.

– Dobra, mam stację, którą mogę przynieść. Czego słuchasz?

– Och, wszystkiego. Każdego gatunku, oprócz country, nie potrafię tego słuchać. Brzmi sztucznie. Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale ta muzyka jest tak słodka, że dostaję cukrzycy. Nawet wesołe piosenki wywołują u mnie depresję. – Zgadza się ze mną. – Generalnie ciągnie mnie do niszowych zespołów. Wiesz, lubię poznawać, do czego są zdolne. No i wspieram zespoły z Kalifornii. Taki lokalny patriotyzm. Zapewniam, że potrafią stworzyć dobre kawałki.

Shelly wytrzeszcza oczy do granic możliwości, jakby udało jej się właśnie dopasować kawałek układanki.

– Oczywiście. Jesteś z Kalifornii. Zastanawiałam się nad tym od rana. Po opaleniźnie domyśliłam się, że musisz być z południa, ale pomyślałam, że koszulka z napisem „Surfuj lub Umieraj” jest zbyt oczywistą wskazówką. Naprawdę surfujesz, czy to tylko na pokaz?

Śmieję się z jej dosadnego wniosku.

– Surfuję, oczywiście.

– Serio? – Mówi z powątpiewaniem.

– Tak.

Kiwa głową.

– A tak przy okazji, ta koszulka jest świetna. Gdzie ją kupiłaś?

Wzruszam ramionami.

– Sama zrobiłam.

Znów we mnie wątpi.

– Serio?

Jej przesłuchanie mi nie przeszkadza.

– Tak. Wszystkie moje koszulki są mojej własnej roboty.

– Aha – mówi tylko tyle i choć wygląda, jakby była pod wrażeniem, wydaje mi się, że przyznanie tego zabiłoby ją. Niezbyt dobrze ukrywa emocje. Jeśli uważnie się przyjrzeć, przebijają przez jej zewnętrzną maskę.

Uczelniana stacja okazuje się całkiem dobra. Prawie wszystkie piosenki są w stylu niezależnego lub alternatywnego rocka i sprawiają, że myślę o Gusie. Spodobałaby mu się ta stacja. Niemal spodziewam się, że z głośników popłyną dźwięki piosenek zespołu Rook.

Po skończonej pracy Shelly klepie mnie w plecy.

– Świetnie sobie poradziłaś jak na kogoś, kto nie ma pojęcia o tym, co robi.

Marszczę brwi.

– Dzięki… Chyba. – Uśmiecham się, by wiedziała, że się droczę.

W kącikach jej oczu widzę formujący się uśmiech, jednak nie ukazuje się w pełni na jej ustach.

– Nieważne. Będziesz mogła pracować w poniedziałki, wtorki, środy i okazjonalnie w soboty?

– Tak.

– Jesteś przyjęta.

W duchu skaczę jak sprężynka, choć na zewnątrz jestem spokojna.

– Dzięki.

– Nie zapytałam cię o to, ale zakładam, że jesteś studentką. Ja w tym roku kończę Grant. Na kierunku muzycznym, klasa fortepianu klasycznego.

– Bez jaj. Grasz na fortepianie? Zarąbiście, Shelly. – Wiem, że słychać w moim głosie zaskoczenie, ale tak właśnie się czuję. Dziewczyna jest twarda, więc nigdy bym nie pomyślała, że może grać na fortepianie klasycznym. – Do drugiego roku pozostało mi kilka egzaminów, więc praktycznie jestem pierwszakiem. – Krzywię się na myśl o mojej niecodziennej edukacyjnej ścieżce.

Półtora roku temu ukończyłam szkołę średnią i dostałam tutaj pełne stypendium na kierunku muzycznym w klasie skrzypiec, jednak życie miało inne plany… więc zostałam w San Diego. Pracowałam z Gusem przy obsłudze poczty w agencji reklamowej jego matki, jednocześnie uczęszczając na miejscową uczelnię. Byłam szczęśliwa. Wszystko wydawało się świetne. Lecz trzy miesiące temu, w czerwcu, wszystko szlag trafił. Mój świat został wywrócony do góry nogami. Musiałam wyjechać z San Diego. Mimo że zbliżał się semestr zimowy, ponownie złożyłam dokumenty do Grant, choć już nie na kierunek muzyczny. Stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia. Czekałam niecierpliwie na list, który przyszedł w połowie lipca, pisano w nim, że nie tylko mnie przyjęto, ale także przyznano stypendium, dzięki któremu będę mogła opłacić czesne, mieszkanie i wyżywienie. Byłam ogromnie zaskoczona. Dałam znać panu Yamashito i z końcem lipca przeprowadziłam się do pokoju gościnnego Audrey Hawthorne, gdzie mieszkałam do czasu, aż kilka dni temu przyjechałam tutaj.

Mama Gusa jest jednym z moich ulubionych ludzi na tym świecie. Znam ją całe swoje życie. Gdy myślę o „matce”, widzę Janice Sedgwick, ale kiedy myślę o „mamie”, widzę Audrey. Gus wciąż z nią mieszka. Jest maminsynkiem.

Shelly patrzy na mnie ze smutkiem.

– Będziesz mieszkała w akademiku?

– Tak, wszystkie pierwszaki muszą tam mieszkać, prawda?

Jej smutna mina pozostaje bez zmian.

– Tak.

– Oglądałam je dzisiaj. Wyglądają świetnie. Jestem podekscytowana faktem, że tam zamieszkam. – Naprawdę się cieszę.

Klepie mnie w ramię.

– Nie trać tej ekscytacji – przedrzeźnia mnie. – Ale muszę cię ostrzec, to mała uczelnia, tworzą się tutaj zamknięte grupy. Jest tu sporo rozpieszczonych, bogatych dzieciaków. Nie pozwól, by złapali cię za jaja, jeśli wiesz, o co mi chodzi.

Kiwam głową, dziękując za troskę.

– Zapamiętam. Dzięki Bogu, moje jaja są odporne na łapanie.

Przysięgam, że niemal się uśmiecha.

Żegnamy się, po czym idę do kawiarni, by podziękować Romero za wskazanie miejsca pracy, a następnie wracam do Maddie. Tym razem podróż zajmuje mi dziewięć minut, cały ten czas cieszę się z udanego dnia, jaki miałam w Grant. Wiem, że dokonałam właściwego wyboru.

W Kalifornii nadal jest wcześnie i zapewne Gus jest w pracy, więc zamiast dzwonić, piszę SMS-a.

Ja: D