Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Rozprawa filozoficzna z wątkiem kryminalnym, spowita mgłą narkotycznego oniryzmu.
Bezimienny intelektualista i protokolant ludzkiego bestialstwa przebywa w szpitalu psychiatrycznym na południu Europy, gdzie pełni funkcję ni to pacjenta, ni to lekarza, ni to człowieka od wszystkiego, a przy tym jest zaufanym kompanem ordynatora, z którym spożywa regularnie LSD i rozmawia o filozofii. Szpital zamieszkują pacjenci z różnych stron świata, a historie ich choroby i życia rzucają światło na szerokie spektrum zła i okropności, których może dopuścić się człowiek. Bohater-protokolant pracuje tymczasem intensywnie nad odczytem o historycznym wymiarze procesów czarownic. Ze skupienia wyrywa go jednak dramatyczne wydarzenie, do którego dochodzi na terenie szpitala – jeden z pacjentów zostaje odnaleziony na gałęzi drzewa w pobliskim parku, do jego śmierci zaś najprawdopodobniej przyczynił się ktoś inny.
Prochowniato kontynuacjaChwili wolności, druga odsłona trylogii Jensa Bjørneboe zwanej potocznieHistorią Bestialstwa, a zarazem jedyna powieść w tym cyklu, w której czytelnik dostrzega pod koniec promień optymizmu i nadzieję.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 283
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jens Bjørneboe
Prochownia
LA POUDRIÈRE (Naukowe posłowie i ostatni protokół)
Z norweskiego przełożyła
Karolina Drozdowska
ArtRage Warszawa 2026
Ewig jung ist nur die SonneSie allein ist ewig schön
Tylko Słońce wiecznie młodeOno tylko wiecznie piękne
CFM*
* Conrad Ferdinand Meyer, Ewig jung ist nur die Sonne (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
Nie ma, zgodnie z prawidłami niniejszego gatunku – to jest naturalizmu poetyckiego – zwyczaju podawania w protokołach odnośników do źródeł. Mając na uwadze, iż rzeczywistość jest dla większości ludzi zupełnie nieprawdopodobna – i że precyzyjne odwzorowania owej rzeczywistości bywają często publicznie piętnowane jako „przesadzone”, „nieprawdziwe”, „tendencyjne” i tak dalej, i tak dalej – uznaję jednak, że właściwe będzie odesłać czytelników do następujących protokołów o ambicjach bardziej naukowych i, bez wyjątku, o międzynarodowym prestiżu:
Christopher Hibbert:
The roots of evil
Walter Nigg:
Das Buch der Ketzer
Symbolum Athanasii
Kurt Rossa:
Todesstrafen
H.R. Trevor-Roper:
Witches and Witchcraft
Karlheinz Deschner:
I znowu zapiał kur
,
Christliches Vorspiel
,
Z Bogiem i faszystami
.
Tytuły te podaję jako powszechnie dostępne syntezy, zawierające łącznie wiele tysięcy odnośników do źródeł oryginalnych.
Poranek zielonoświątkowy, 6 prairiala, rok 176
Nasz zakładowy kot obszczał dziś rano ministra finansów. Gazeta leżała na stole, zwrócona portretem Jego Ekscelencji ku górze. Jako teologicznemu laikowi trudno mi orzec, czy zajście to miało znaczenie głębsze lub donioślejsze. W oczy rzuca się jedynie, że ta profanacja naszego finansowego dostojnika odbyła się w błogosławiony poranek zielonoświątkowy, sam dzień Ducha Świętego, i że swój mocz pozostawił na twarzy Franza-Josefa Straussa zwierzak narodowości francuskiej – to jest kot, którego, założyć należy, już z racji jego współrodactwa ze Stendhalem i Rochefoucauldem łączy z parakletem więź o wiele intymniejsza niż w przypadku większości kotów. Z tego właśnie powodu można pokusić się o stwierdzenie, że akt urynacji ma tu znaczenie głębsze.
I choć gazeta została przemoczona do tego stopnia, że trudno ją czytać z korzyścią dla ducha, mogę mimo wszystko donieść, że kotek otrzymał moje błogosławieństwo, by w przyszłości robić siusiu na każdego ze współczesnych polityków.
Jest piękny, słoneczny, cichy świąteczny poranek. Pachnie rosą, trawą, nawozem i wilgotną ziemią. Wiatr ucichł, w ogrodzie otaczającym dom, w którym mieszkam od wielu miesięcy, może nawet lat albo jeszcze dłużej, nie porusza się ani jeden listek. Jest pierwszy dzień Zielonych Świątków.
Ordynator, profesor doktor Lefévre, zaszedł do mnie już przed godziną ósmą. Przyniósł ze sobą medykamenty i, jak zawsze, żaden z nas nie ruszył wcześniej jedzenia ani napitku, nie wypalił nawet porannego papierosa. Działanie substancji jest dzięki temu czystsze i pewniejsze.
– Dzień dobry, wielki klinicysto – powiedziałem. – Co za cudowny poranek!
On zaś uśmiechnął się, podniósł swoją wielką, ciężką głowę i rozejrzał się po ogrodzie, spojrzał w kierunku lasu, a potem skierował wzrok ku strzelistym, kobaltowym górom w oddali. Wyglądały, jakby zrobiono je ze szkła unoszącego się nad ziemią.
– I co za kraj! – odpowiedział. – Wiesz, co było ostatnim wielkim kulturowym dziełem Francji?
– Nie.
– Miało to miejsce w Afryce – wyjaśnił doktor. – W czasie trwających tam wojen. Chodzi mi o wynalezienie metody elektrycznej. Od tamtej pory Francja zamilkła.
Wykorzystanie politycznego potencjału telefonu polowego istotnie było intelektualnym wyczynem nie lada rangi. Tysiące wojskowych wlokło ze sobą tę aparaturę, nie mając pojęcia, do czego można ją stosować, aż w końcu, pewnego dnia w Afryce lub może indochińskiej dżungli – uczeni spierają się co do tego szczegółu – otóż pewnego dnia zwyczajny francuski podoficer z rodziną na utrzymaniu, przeciętny, prosty, obowiązkowy żołnierz prowadzący przesłuchanie, siedzi sobie ze swoim koniakiem albo pernodem i nagle, jak za uderzeniem pioruna, uświadamia sobie, jakie możliwości niesie ze sobą telefon polowy. Przyniosło to wielką ulgę wszystkim śledczym. Wystarczy podpiąć jedną z elektrod do żołędzi penisa lub odbytu, drugą zaś – do nozdrza obiektu przesłuchania. Potem kręci się korbką i – zależnie od prędkości i energii, jaką się w ten ruch wkłada – posyła się przez ciało pacjenta napięcie elektryczne, które sprawia, że tańczy on radosny taniec świętego Wita. Taki pacjent przyzna się do wszystkiego. By dokonać takiego odkrycia, potrzeba ludzi z kulturą. Tylko my mamy takich sierżantów i poruczników. Wynalazek ten był genialnym dokonaniem, które odziedziczyli po nas Amerykanie. Wymagało ono jednak ostatnich sił ludowego ducha, resztek zasobów duszy ludu. Od tego czasu Francja odpoczywa. Kraj jest wyczerpany.
– Był to zaiste wyjątkowy wyczyn – odparłem. – Boszowie nie wpadli nigdy na nic podobnego. Nie udało się to ani kowbojom, ani Rosjanom.
Lefévre pokręcił głową.
– Kultura jest i pozostanie kulturą – odrzekł. – Ma się ją albo jej się nie ma.
Przez całe stulecia krzewiliśmy naszą kulturę w Afryce i Azji, a dziś stała się ona najukochańszym dziedzictwem ludów skolonizowanych. Nie ma ani jednej naszej wcześniejszej kolonii, w której nie zostawilibyśmy co najmniej dziesięciu milionów pustych butelek po czerwonym winie i sześciu milionów puszek! Proszę bardzo, sporządźmy czarodziejski wywar!
Weszliśmy do domu, a on rozmieszał na kuchennym blacie dla każdego z nas porcję LSD w świeżej, lodowatej wodzie, którą przyniosłem z płynącego nieopodal strumienia. Unieśliśmy szklanki w geście toastu, po czym wypiliśmy magiczny napój do dna.
Następnie wyszliśmy do ogrodu, gdzie rosły pomidory i winorośl, wszystko przywiązane do pergoli wyższych niż dorosły człowiek. Spacerowaliśmy więc wokół nich i między nimi jak w labiryncie z setką wejść, wśród słońca i cieni prześwitujących przez liście, z błękitnym niebem ponad nami. Ziemia była wilgotna i ślimaki pełzały wśród tyczek, pozwalaliśmy im na to, aż urosły na tyle, by mogły zostać zjedzone. Przez ogród przepływa strumień tryskający spod ziemi w Wogezach, z korytem o szerokości nieco ponad dwóch metrów, wytyczonym wzdłuż prastarych, szarych kamiennych brzegów. Czasami pod powierzchnią zimnej, czystej wody prześlizguje się ciemna, bezszelestna ryba, a promieniom słońca udaje się co jakiś czas przebić przez korony drzew, rysując cień pstrąga na dnie strumienia.
Miałem na sobie piżamę i lekkie buty, szlafrok i miękki jedwabny szal zawiązany pod brodą, która zdążyła mi solidnie posiwieć. Doktor Lefévre kroczył koło mnie w codziennym stroju: spodniach khaki, letniej koszuli i sandałach, na to zaś zarzucił obszerny, arabski płaszcz. Tak właśnie ubrany zszedł do mnie z La Poudrière w swój wolny dzień, w którym to całego instytutu strzeże doktor al Assadun.
Al Assadun jest naszym lekarzem asystującym, Lefévre przywiózł go ze sobą z Algierii, gdzie i on być może przyszedł na świat. Między sobą mówią głównie po arabsku, a sądząc po regularnych wybuchach śmiechu, nieustannie wymieniają obsceniczności oraz uwagi o charakterze cynicznym. Tych dwóch, gdy rozmawiają w języku arabskim, robi dziwnie podejrzane i frywolne wrażenie: szczupły, złocistobrązowy lekarz asystujący, przeciętnej postury, oraz bez mała dwumetrowy Francuz, o wyjątkowo potężnej budowie ciała, z sumiastym, brudnawożółtym wąsem zwisającym nad nieodłącznym papierosem. I zawsze ten sam śmiech podążający za słowami Lefévre’a! Zawsze ta sama aura tajemnic, o których wstyd głośno mówić.
Z tym, co na ich temat wiem, nie wiąże się nic przesadnie wstydliwego: Lefévre swego czasu znalazł czternasto- czy też piętnastoletniego arabskiego chłopca na ulicy albo w zaułku dzielnicy slumsów i – kierowany, jak zawsze, lubieżnością – zabrał ze sobą tę piękną istotę i włączył ją do swojego gospodarstwa domowego. Później odkrył u al Assaduna ponadprzeciętne zdolności i opłacił mu studia medyczne na Sorbonie. Intymna strona ich relacji już dawno zanikła, profesor ma bowiem ponad sześćdziesiąt lat, a arabski chłopiec zbliża się do czterdziestki – ale nadal są przyjaciółmi i doskonale ze sobą współpracują.
Przechadzaliśmy się między winną latoroślą i grządkami pomidorów tylko przez kilka chwil, potem usiedliśmy na starych krzesłach ogrodowych przed moim domem. Na bielonej wapnem ścianie tańczyły oślepiające słoneczne plamy, a światło spływało kroplami pośród liści.
– Właściwie to lubię tylko słońce – powiedział Lefévre. – Tylko słońce jest dobre.
Spojrzałem na niego.
– Tylko słońce – powtórzył.
Czułem lekkie zawroty głowy i delikatne zimno na plecach. Światło, barwy, słońce i cienie dokoła mnie nabrały intensywności. Zapaliłem papierosa i ujrzałem, że dym przyjął kolory słońca. Blat stołu jaśniał złotem i dziwną, nasyconą bielą. Wielkie, zawsze brązowe dłonie Lefévre’a i jego spalona słońcem twarz lśniły jak miedź. Były złociste, a sumiaste wąsy przybrały odcień kości słoniowej. Cały ogród wypełnił się czerwienią wschodu słońca, lecz migotał także oranżem i fioletem. Niebo było ze złota, tego południowego, wrzącego złota, a niebieskości falowały na nim w pasach i liniach, miękkich niczym węże i pełnych życia.
– Słońce – powtórzył Lefévre. – To jedyne, co jest prawdą.
Natychmiast zrozumiałem, o co mu chodzi, i dostrzegłem, że słońce nad moją głową zdążyło się rozlać na całe niebo – wszystko było złote od jego blasku, złoto i słoneczne promienie. Wszystko istniało w sobie samo i było swoim własnym wyjaśnieniem, kaskady barw w listowiu, tryskający ogień w strumieniu, wszystko spływało w jeden wodospad kolorów.
A potem przyszedł ocean, nieskończony, granatowy, złocisty ocean, spieniony i rozświetlony, a wszystko to obejmowało słońce, nieskończone płomienie ramion niosły Ziemię, otulały ją, unosiły. Jednocześnie ze słońca spłynęła powódź, falująca, spieniona powódź złota i blasku. Nad światem rozwinął się niepojęty, pożółkły, szlachetny pergamin, dokument ze statku Kolumba, ostemplowany, zapieczętowany i zapełniony starym, prastarym pismem. Piramidy wycięte były ze złota, wznosząc się ku niebu na złocistym piasku. Niebo zaś nad nimi również było złote, a ze słońca wylewał się nieustannie ten sam złocisty płomień. Wszystko było znów złotem i blaskiem, złotem i blaskiem. Wszystko, wszystko, wszystko na tym świecie było złotem i blaskiem słońca, falującym, płomiennym, płynnym złotem.
Meksyk był piaskiem, a piasek był złotem, złoto zaś było słońcem i prawdą, i nie istniało na świecie nic poza słońcem i złotem, złotem i słońcem, a prawda była prawdą i na świecie nie istniało już kłamstwo. Słońce zaś było wszechrzeczą.
Lefévre mówił, ale ja nie słyszałem słów, lecz gdy na niego patrzyłem, rozumiałem, co ma na myśli, a on widział po mnie, że go rozumiem i że wszystkie rzeczy były własnym sensem i wyjaśnieniem.
A potem słońce znów mnie przytłoczyło, w wirującej plejadzie ognia, kole obracającym się od horyzontu po horyzont, a ocean, statek, żagle, dokument, piramidy, pustynia, niebo, Meksyk i Ziemia, wszystko to razem stało się złotem i słonecznym blaskiem, złotem i blaskiem, złotem i blaskiem. I gościłem u słońca przez trzy godziny.
Zauważyłem, że doktor Lefévre położył się w trawie i tam zaległ, ale naprawdę był gdzieś daleko. Zostały tylko barwy, a ja poruszałem się w przestrzeni, odbywając wielką, ogromną podróż, byłem w drodze na Ziemię i czułem się zmęczony, wyczerpany.
Jakiś czas później wielka wyprawa dobiegła końca, a ja siedziałem spokojny i senny na krześle, patrząc na Lefévre’a, który nadal przebywał gdzieś pośród wizji, powtarzając kilka dość prostych słów, wciąż zawierających według niego sens i celowość całego kosmosu, bezsporne wyjaśnienie wszechrzeczy. U mnie zaś pozostało, nie licząc zmęczenia niebędącego uczuciem nienaturalnej senności, lecz zdrowego wyczerpania po ogromnym napięciu nerwów, mózgu i zmysłów – otóż pozostało mi gwałtowne wzmożenie postrzegania barw wszystkich rzeczy, kamieni, roślin, stołu i krzeseł wokół. Przedmioty miały kształt i kontury jak zwykle, tyle tylko że z niepojętą harmonią i nasyceniem barw oraz jasną, logiczną zgodnością między nimi. Było zupełnie tak, jakbym znajdował się w obrazie jednego z wielkich impresjonistów, których wydał na świat ten dziwny, brutalny, zachłanny i cudowny kraj – ten chciwy, skąpy chłopski naród bezwzględnych krwiopijców, ciemiężycieli i żołnierzy, alfonsów, artystów i kurew, świętych i sodomitów, lecz przede wszystkim malarzy. Barwy napełniały mnie spokojną i zmatowiałą rozkoszą, płynęły przez moje ciało i otaczały mnie.
Lefévre podniósł się do pozycji siedzącej, on także powrócił z podróży.
– Jesteś głodny? – zapytał.
Obaj byliśmy głodni i wiedzieliśmy, że teraz możemy znów jeść i pić, nie zaburzając wizji.
Pogłos naszego zielonoświątkowego wniebowstąpienia trwać miał jeszcze wiele godzin – jedynie jako niewypowiedziane spotęgowanie piękna tego świata, tego rajskiego ogrodu, w którym przyszło nam żyć.
Przyniosłem chleb, ciemny i wilgotny, mięso, rybę i ser. Masło, oliwę, cytrynę, sól i pieprz. Butelkę aperitifu i dużą flaszkę wina. Szklanki.
Jedliśmy, jakbyśmy nigdy wcześniej nie jedli. To samo wzmożenie zmysłów, które sprawiało, że barwy wokół nas widoczne były jako te, którymi faktycznie są, obejmowało również nasze podniebienia. I już sam chleb i masło, z łykiem wina, zawierały w sobie całe bogactwo tego świata, słońca, ziemi i deszczu, zboża i mleka, z którego powstało masło. Nastało popołudnie.
Strumień znów leżał spowity cieniem.
Zaczęliśmy rozmawiać o wojnach i rewolucjach. To tutaj dość powszechne.
– Najdokuczliwsza – odezwał się nagle mój towarzysz, unosząc wzrok ku niezmąconej tafli błękitu nad nami – najdokuczliwsza jest w gruncie rzeczy myśl, że podczas gdy planety trzymają się swoich szalonych, uporządkowanych z fanatycznym pedantyzmem orbit wokół słońca – w koło i w koło – że w samym środku tej idiotycznej dokładności trwają rzezie. Krwawe łaźnie, w jakiejkolwiek formie się je dziś preferuje: bomby, strzelanie, trucizna, pożary, otóż krwawe łaźnie odbywają się w samym środku kosmosu uporządkowanego z matematycznym pedantyzmem. O ile jesteśmy w stanie to ustalić, ciała niebieskie zmuszane są do ciągłego powtarzania swoich okręgów, elips czy co tam one mają – pozornie odebrano im wolność. Pociesza myśl, że nie stwierdzono dotychczas życia na innych planetach…
Rzecz jasna wiele wskazuje na to, że nie tylko my, ale i natura jest obłąkana. Albo przynajmniej cierpi na silne zaburzenia nerwowe.
Dużo o tym mówiliśmy w La Poudrière.
Odprowadziłem go kawałek w stronę głównych gmachów, przez wielki park, aż w końcu dostrzegliśmy kamienny mur wokół najstarszego budynku, wieża z przybudówkami z tego samego kamienia, czyli właśnie poudrière – słusznie nosząca swoją nazwę, w istocie bowiem powstała jako prochownia, czyli magazyn prochu. Nadal stanowi ona centrum ośrodka, a mieszczą się w niej zarówno archiwum patologii seksualnych, jak i gabinet ordynatora wraz z jego prywatnymi apartamentami.
Mury okalające ten gmach najświętszy, podobnie jak przybudówki i sama wieża, porośnięte są dzikim winem, w ogrodzie i poza murami rosną także drzewa owocowe.
Zaraz przy tym prastarym rdzeniu, prawdziwej La Poudrière, wznoszą się nowsze budynki, bardzo rozległe. To właśnie klinika. Wszystko okolone jest zaś parkiem, porastającym obszar jakichś dwudziestu hektarów, włączając w to ogród przykuchenny – zwany „ogrodem zupnym” – ale nie winnice.
Oto nasz świat.
Za tym wszystkim, na południu, leżą góry.
Gdy oczom naszym ukazał się mur, pożegnaliśmy się i każdy z nas wrócił do własnych spraw. Mój towarzysz: by chwilę odpocząć, a potem popracować w swoim gabinecie, ja zaś… no właśnie… jakie ja miałem sprawy?
Jest późne popołudnie, zaczyna pachnieć wieczorem. Krajobraz przeciąga się i ziewa po oszałamiającym, słonecznym dniu, powietrze staje się chłodniejsze, a liście na drzewach zwisają bez życia. Ta godzina przed zachodem słońca pełna jest zapachów – ziemi i mrówek. Pszczoły i trzmiele znikają. Kwiaty tulą płatki. Niedługo wszystko zalśni tym dziwnym, dobrym, błękitnym poblaskiem. Nad wszystkim rozścieli się spokój. I zapadnie noc.
Trzeba potraktować tę kwestię poważnie – chodzi o to, o czym wspomniał Lefévre: o fantastyczny zmysł porządku, niesłychaną pedanterię, tę absurdalną, drobnomieszczańską dokładność cechującą kosmos. Najgorzej, rzecz jasna, mają się sprawy z Układem Słonecznym – zarządza nim ta sama skrupulatność, ta sama małostkowa drobiazgowość co działem buchalterii w biurze przedsiębiorstwa Monsieur Anathole’a – lecz jaką tu mamy różnicę skali! Przy czym pedanteria prowadzenia przedsiębiorstwa, drobne kwoty, guziki, wstążki i agrafki, jest jasna i niedwuznaczna, a wręcz ma – na swój idiotyczny sposób – jakiś sens. I tego właśnie brakuje w Układzie Słonecznym. Kontrast między kompletną nonsensownością całego przedsięwzięcia a wystudiowaną, matematyczno-idiotyczną, pedantyczną logiką tego ogromnego równania – wszystko to jest jasną i bezsporną, zdecydowaną chorobą psychiczną.
Jak wiadomo, obłęd nie zawsze wyraża się w braku logiki. Czasem dochodzi do głosu w fakcie, że logika jest jedyną pozostałością rozumu; liczenie i porządkowanie to ostatnie, co ostało się w świadomości osoby chorej. Nonsens jest uderzający, lecz pedanteria idealna. Wszystko stwarza chory na umyśle nauczyciel.
Prawo, albo też bezprawie, które zajmowało mnie przez tak dużą część mojego życia, jest tu najbardziej namacalnym przykładem – ono także biegnie swoim cyklem, niczym pory roku i planety, niczym bankowość i teologia.
Istnieje jednak pewna różnica, ponieważ Układ Słoneczny ma pewien autorytet, ponieważ on był pierwszy. I to tutaj leży pies pogrzebany.
Ponadto Układ Słoneczny autorytet ma dlatego, że się nie broni. Wojenni baronowie, teolodzy, politycy i sędziowie bronią się cały czas, ośmielają się twierdzić, że to czy tamto im wolno, a tymczasem Układ Słoneczny nigdy nie powiedział ani słowa na usprawiedliwienie swojego istnienia.
Wisi nad nami dojmująca potrzeba ogłoszenia natury – albo „Boga”, jak niektórzy ją nazywają – dojmująca potrzeba ogłoszenia „natury” obłąkaną. Nie unikniemy ogłoszenia Boga tak samo chorym na umyśle, jak i my jesteśmy chorzy. W innym wypadku zostanie nam tylko metafizyka.
Rozbieżność między gigantyczną nerwicą natręctw „praw naturalnych” po jednej a brakiem treści i sensu po drugiej stronie stanowi ostateczny, śmiertelny dowód szaleństwa.
Z ludźmi jest inaczej, staraliśmy się naśladować ten uporządkowany, zorganizowany i idiotycznie nonsensowny kosmos przez całe tysiąclecia – od świętego Pawła po Lenina (zestawienie, do którego wrócę później), nie usiłowaliśmy robić niczego poza przezwyciężeniem lęku przed wolnością, a zwalczyć go próbowaliśmy, tworząc „prawa”, aby zaś te autorytarne „prawa” uzasadnić, wynaleźliśmy nawet tak fenomenalnie idiotyczny termin jak „prawa naturalne” – zupełnie jakby „natura” była jakąś kryminologiczną istotą, której można nakazać przestrzegania „praw”!
Natura nie ma jednak w rdzeniu swojej istoty dzikiego, nieobliczalnego, wolnego życia. Mamy je tylko my.
Niniejszym ogłaszam zatem „naturę”, czy też „Boga”, czy jak kto chce to nazywać, kompletnie chorymi na umyśle, a wręcz zidiociałymi.
Wokół mnie, w moim ogrodzie z winoroślą i pomidorami, zapada ciemność. Cienie między pergolami są czarne jak węgiel. Wszystko stało się ciszą. Ale słyszę szmer mojego strumienia. Z kliniki dochodzi wycie. A potem znów zapada cisza.
Stawiam na stole lampę naftową, dzban z winem i kielich. Mimo wieczornego chłodu jest dość ciepło, by sobie przyjemnie siedzieć na dworze, w tych egipskich ciemnościach.
Nie mogę pozbyć się myśli, że moje własne, maleńkie życie należy postrzegać na tle tej mechanicznej, pedantycznej zegarowej machinerii, którą stanowi kosmos. Nasza „kultura” skarży się na bunty i rewolucje, które wszystko niszczą, wszystko wywracają.
Ale dlaczego u diabła wszystkiego nie zniszczyć, nie wywrócić? Nam wolno łamać „prawa”. Planetom już nie.
A moje własne małe, maleńkie życie – i moja maleńka świadomość, która to wszystko ogarnia!
Rozmyślam ponownie nad tym jednym, pojedynczym życiem, będącym jednocześnie jednym, które naprawdę znam.
Jak na człowieka osadzonego w tak doskonałym i powszechnie uznanym domu wariatów jak La Poudrière muszę przyznać, że jest mi tu dobrze i mogę się cieszyć, w zadziwiającym stopniu, wolnością myśli, słowa i ruchu. W każdym razie o wiele bardziej niż gwiazdy. Do tego dochodzi jeszcze mój własny, nad wyraz dwuznaczny status w tym szpitalu. Jako konserwator i ktoś w rodzaju człowieka do wszystkiego (wliczając w to skrupulatną obserwację) dysponuję jedną z kwater ogrodnika oraz wspomnianym już ogrodem z winoroślą i pomidorami, leżącym na samym skraju wielkiego kompleksu parkowego i otoczonym wysokim, przywodzącym na myśl palisadę, ogrodzeniem z ciężką, zamykaną na klucz furtą, tak że – jeśli sobie tego zażyczę – mogę się zupełnie odizolować od innych w moim własnym świecie. Wolno mi na przykład upić się w świętym spokoju, lecz zdarza mi się to teraz nad wyraz rzadko. Mogę również palić haszysz z al Assadunem, chociaż to z reguły robimy na wieży u Lefévre’a, który podłączył tam pierwszorzędny sprzęt muzyczny, ponieważ muzyka stanowi niemal nieodłączną część rytuału palenia haszyszu. Podobnie doktor Lefévre i ja możemy sobie podróżować do słońca, tak często, jak tylko nam się zamarzy – to robimy natomiast zawsze u mnie.
Najważniejsze nie jest jednak to wszystko, najważniejsze są poranki i noce, które mogę spędzać na niezakłóconej pracy i siedzieć w ogrodzie nad śniadaniem, zanim udam się do instytutu albo kliniki, by oddać się moim bardziej rutynowym obowiązkom.
Opisałem zatem ogród z pomidorami i winoroślą, ale mój dom jest równie ważny – stary, otynkowany na biało i bardzo prosty, jak najstarsze chłopskie chaty w tej okolicy: klepisko zamiast podłogi, kominek, grube belki stropowe i dość mała alkowa. Na zewnątrz zaś: strumień, kilka drzew liściastych i rośliny jadalne. Najlepsze są poranki, można wyjść na dwór boso i niemal bez ubrań zaraz po wschodzie słońca, poczuć kwaskowaty, świeży zapach, chłodne poranne powietrze, i patrzeć na światło w koronach drzew albo między słupami pergoli. Czerpię niewypowiedzianą radość z tak prostych rzeczy, to zasadniczo jedyna radość, jaką w ogóle znam. Najlepiej, jeśli każdy dzień jest taki sam jak poprzedni.
To wszystko właśnie przyniosło mi zupełną jasność duszy, spokój starego człowieka, ukojone serce. Może tylko czasami tęsknię za morzem, sam nie wiem.
Powiedziałem „jako konserwator”. Oczywiście to nie takie proste. Okazuje się, że nic, nic absolutnie, nie jest proste, jeżeli tylko przyjrzymy się temu nieco uważniej. Teraz na przykład znów ktoś zaczyna krzyczeć w klinice, zapewne rosyjska małżonka ambasadora. Wyje jak wilczyca. W bezgłośnej nocy ten samotny wrzask odcina się na czarnym niebie niczym pas, niczym ślad pozostawiony przez spadającą gwiazdę. Przeciągłe, rozpaczliwe wycie powtarza się parę razy. Czemu wilki wyją w lesie w taki sposób? W całej swojej wilczości jest to jednak przede wszystkim wycie ludzkie. Ambasadorowa zapewne, wydając je z siebie, wisi przy kratach w oknie, jak to ma w zwyczaju, gdy przychodzą ataki. Jeśli to jeszcze chwilę potrwa, doktor Lefévre będzie musiał wstać od swojej pracy za biurkiem i pójść na oddział, by się nią zająć. Al Assadun nie może tego zrobić, bo ona wciąż próbuje go zgwałcić. Jest całkiem jasne, że w radzieckiej ambasadzie prowadzonej w kraju chrześcijańskim nie da się takiego zachowania pogodzić z dyplomatyczną godnością i etykietą. Nie ulega wątpliwości, że dyplomatyczne lata u boku milczącego, zacnego małżonka ambasadora stanowiły również dla samej kobiety istny czyściec, aż w końcu machnęła na wszystko ręką, przechodząc do swobodnego wycia i gwałcenia. I w takim stanie do nas trafiła. Nic nie jest proste.
Ja natomiast nie jestem rzecz jasna „konserwatorem”, ale – jak określa to Lefévre – „łączę funkcje konserwatora i ordynatora tego przybytku”, i jako ktoś taki mam oczywiście szeroki wgląd we wszystko, co się tu dzieje, wszystko, co się tu odbywa. Gdy mówię „ordynator”, należy to oczywiście rozumieć w wyższym, że tak to ujmę: duchowym tego słowa znaczeniu – jestem głównym ideologiem i spowiednikiem niemal wszystkich mieszkańców. Lecz z punktu widzenia kartoteki zatrudnienia wykonuję obowiązki konserwatora. Dozorcy. Sprzątacza.
Zwłaszcza to ostatnie, bycie zaufanym pracownikiem renowacji, to status, którego z epistemologicznego punktu widzenia nie da się przecenić. Bo jakbym inaczej zyskał jakiekolwiek pojęcie o niesłychanych ilościach środków antykoncepcyjnych, którymi małżonka dyplomaty wypełnia, między atakami, swój kosz na papiery? Co bym w ogóle rozumiał z czegokolwiek – bez dostępu do koszy i śmietników?
Poza tym mam tu pełną możliwość kontynuowania moich studiów i pracy badawczej. Jak wspominałem, moje zainteresowania są takie same jak wcześniej, mimo że wypracowałem w sobie lodowatą, akademicką postawę wobec rzeczywistości. W toku gromadzenia dokumentów doszedłem oczywiście nieuchronnie do jednego z kluczowych punktów zbiorczych w naszej chrześcijańskiej kulturze, to znaczy: możliwe wręcz, że do jej serca, samego sedna sprawy. To naturalne, że rozpocząłem pracę nad tym tematem właśnie w tym miejscu, w którym się obecnie znajduję – w otoczeniu będącym historyczną scenografią, pośród której rozgrywał się spektakl najwewnętrzniejszych skłonności naszej kultury. Jeszcze bliżej centrum można się znaleźć, jeśli pojedzie się kilkadziesiąt kilometrów na północny wschód, aż do Trewiru. Nie dałoby się pracować dalej nad Historią Bestialstwa, nie podejmując wątku chrześcijańskich procesów heretyków i czarownic.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Karolina Drozdowska (ur. 1985) – tłumaczka literacka i literaturoznawczyni. Przekładem z języka norweskiego zajmuje się od 2008 roku. Ma na koncie ponad sto opublikowanych przekładów, tłumaczyła m.in. Larsa Myttinga, Ninę Lykke, Helgę Flatland, Johana Harstada, Marie Aubert czy Klarę Hveberg. Członkini Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury oraz Bałtyckiego Stowarzyszenia Tłumaczy. Laureatka norweskiej nagrody dla tłumaczy literackich Oversetterprisen za rok 2021. W 2014 roku obroniła rozprawę doktorską o teatrze epickim Jensa Bjørneboe, rok później została zatrudniona w Instytucie Skandynawistyki i Fennistyki UG, od września 2022 pracuje jako adiunktka w sekcji literatury nordyckiej Norweskiego Uniwersytetu Nauki i Technologii w Trondheim. Jej zainteresowania naukowe obejmują m.in. najnowszą prozę norweską oraz teorię i praktykę przekładu. Uwielbia dydaktykę i swoich studentów.
Kontakt:
Cymelia – seria przybliżająca kultowe dzieła literatury światowej: te niesłusznie zapomniane, które chcielibyśmy przywrócić do czytelniczego obiegu, i te, które nigdy nie doczekały się przekładu na język polski.
W serii ukazały się dotychczas:
Henry Roth,
Nazwij to snem
, tłum. Wacław Niepokólczycki
Kay Dick,
Oni
, tłum. Dorota Konowrocka-Sawa
Juan Emar,
Wczoraj
, tłum. Katarzyna Okrasko
Pierre Boulle,
Planeta małp
, tłum. Agata Kozak
Marlen Haushofer,
Ściana
, tłum. Małgorzata Gralińska
Dashiell Hammett,
Sokół maltański
, tłum. Tomasz S. Gałązka
Walter Kempowski,
Wszystko na darmo
, tłum. Małgorzata Gralińska
Dola de Jong,
Strażniczka domu
, tłum. Jerzy Koch
Torgny Lindgren,
Legendy
, tłum. Tomasz Feliks
Jacqueline Harpman,
Ja, która nie poznałam mężczyzn
, tłum. Katarzyna Marczewska
Kjell Askildsen,
Ostatnie zapiski Thomasa F. dla ogółu. Nowele
, tłum. Maria Gołębiewska-Bijak
Jens Bjørneboe,
Chwila wolności
, tłum. Karolina Drozdowska
Thomas Pynchon,
49 idzie pod młotek
, tłum. Piotr Siemion
Italo Svevo,
Zeno Cosini
, tłum. Zofia Ernstowa
Juan José Saer,
Pasierb
, tłum. Barbara Jaroszuk
Kingsley Amis,
Alteracja
, tłum. Przemysław Znaniecki
Torgny Lindgren,
Przepis doskonały
, tłum. Dawid Jabłoński
Robert W. Chambers,
Król w Żółci
, tłum. Tomasz S. Gałązka
Pierre Boulle,
Most na rzece Kwai
, tłum. Jacek Giszczak
Leonard Gardner,
Fat City
, tłum. Tomasz Antosiewicz
Halldór Laxness,
Dzwon Islandii
, tłum. Jacek Godek
Anna Kavan,
Lód
, tłum. Agata Ostrowska
Etienne Leroux,
Siedem dni u Silbersteinów
, tłum. Jerzy Koch
María Luisa Bombal,
Spowita całunem
, tłum. Mateusz Lamch
Aleksandar Tišma,
Kapo
, tłum. Magdalena Petryńska
Sven Holm,
Termush
, tłum. Iwona Zimnicka
Walter Kempowski,
Prima sort
, tłum. Małgorzata Gralińska
Thomas Pynchon,
Tęcza grawitacji
, tłum. Robert Sudół
Jacqueline Harpman,
Orlanda
, tłum. Katarzyna Marczewska
Adam Wiśniewski-Snerg,
Robot
Marlen Haushofer,
Zabijemy Stellę / Piąty ro
k, tłum. Małgorzata Gralińska
Torgny Lindgren,
Biblia Dorégo
, tłum. Dawid Jabłoński
Russell Hoban,
Riddley Walker
, tłum. Piotr Siemion
Halldór Laxness,
Zuchwaliada
, tłum. Jacek Godek
J.G. Ballard,
Wystawa okropności
, tłum. Maciej Płaza
Bea Vianen,
Surinamie, to ja
, tłum. Alicja Oczko
Angelica Gorodischer,
Cesarstwo, które nigdy nie istniało
, tłum. Tomasz Pindel
Tytuł oryginału: Kruttårnet
Redaktor inicjujący: Michał Michalski
Redaktor inicjujący: Krzysztof Cieślik
Redaktor prowadzący: Michał Michalski
Koordynacja produkcji: Szczepan Kulpa
Opieka promocyjna: Paula Czubaj
Projekt okładki: Łukasz Piskorek
Projekt makiety: Mimi Wasilewska
Redakcja: Ida Świerkocka
Korekta: Aleksandra Tarnowska, Aleksandra Marczuk-Radoszek
© The Estate of Angélica Gorodischer, 1983–1984
© Gyldendal Norsk Forlag AS 1969 [All rights reserved.] Published by the Agreement with Gyldendal Agency, Norway and Book/lab Literary Agency, Poland
© Copyright for the Polish edition by ArtRage, 2026
© Copyright for the Polish translation by Karolina Drozdowska, 2026
This translation has been published with the financial support of NORLA, Norwegian Literature Abroad
Seria Cymelia
Wydanie I, Warszawa 2026
Wydawnictwo ArtRage
wydawnictwo.artrage.pl
ISBN 978-83-8432-009-9
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
