Preppy. Życie i śmierć Samuela Clearwatera. Część 2 - T.M. Frazier - ebook + audiobook

Preppy. Życie i śmierć Samuela Clearwatera. Część 2 ebook i audiobook

T. M. Frazier

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Preppy nie jest już tym samym człowiekiem co wcześniej. Po miesiącach spędzonych w zamknięciu musi na nowo przystosować się do zasad brutalnego świata, w którym prym wiodą groźni przestępcy. Niebezpieczny gangster próbuje na nowo odnaleźć swoje miejsce u boku Dre, jednak jego zachowanie zaczyna wymykać się spod kontroli – mężczyzna ma problemy z pamięcią, lunatykuje, a także doznaje silnych halucynacji.

Równocześnie Preppy i Dre starają się budować wspólne życie. Mimo przeżytych traum robią wszystko, by w końcu stworzyć normalną rodzinę. Wkrótce w ich otoczeniu pojawia się Bo, zaniedbany chłopiec, z którym szybko nawiązują szczególną więź.

„Preppy” to seria erotyczna opowiadająca nie tylko o traumie i bolesnych wspomnieniach, ale również o nadziei na lepszą przyszłość. Pomysłowość i oryginalność T.M. Frazier sprawiają, że nie sposób oderwać się od tej przejmującej historii!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 285

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 17 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kaja Blasz & Bruno Żywioł

Oceny
4,7 (9 ocen)
7
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MadziaZielona

Nie oderwiesz się od lektury

o kurna w takim momencie😭
10
Tojatu

Nie oderwiesz się od lektury

Absolutnie kocham tego diabła . Po przeżytych traumach musi wrócić do swiata żywych i Andrea musi mu w tym pomóc . Nie musi ale chce. Cudnym elementem jest wprowadzenie nowych postaci . Cudownie się to czyta, naprawdę swietny styl. Lektorzy rowniez swietni. Mam nadzieję że niedlugo doczekamy się kolejnych części tej serii. Bo nie tylko King i Bear i Preppy ae tez reszta zasługuje na półkę na Legimi!
00
LadySerafin

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna , polecam .
00
Dagmara73

Nie oderwiesz się od lektury

ok
00
rudaMi85

Nie oderwiesz się od lektury

świetna
00



Okładka przed­sta­wia mocno umię­śnio­nego męż­czy­znę bez ko­szulki na czar­nym tle. Męż­czy­zna ma na so­bie ciemne je­ansy z pa­skiem, a dło­nie trzyma bli­sko klamry pa­ska.
T.M. Fra­zier; Preppy. Ży­cie i śmierć Sa­mu­ela Cle­ar­wa­tera. Część 2; Prze­kład Syl­wia Choj­na­cka; Ri­sky Ro­mance; 2026

Frag­ment

Ty­tuł: Preppy. Ży­cie i śmierć Sa­mu­ela Cle­ar­wa­tera. Część 2

Ty­tuł ory­gi­nału: Preppy. The Life & De­ath of Sa­muel Cle­ar­wa­ter. Part Two

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Syl­wia Choj­na­cka

Co­py­ri­ght © T.M. Fra­zier, 2026

This edi­tion: © Ri­sky Ro­mance/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Da­mian Nie­wczyń­ski

Re­dak­cja: Ju­styna Yiği­tler

Ko­rekta: Jo­anna Ar­ma­tow­ska

ISBN 978-91-8153-421-4

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Ri­sky Ro­mance / Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

Dla Lo­gana i Char­ley

Wszy­scy kie­dyś umrzemy, lecz nie wszy­scy wie­dzą, jak żyć.

– Wil­liam Wal­lace

PRO­LOG

Preppy

W OD­DALI DO­STRZE­GAM ŚWIA­TŁO. Jest ja­sne, pło­nie i cho­ler­nie ośle­pia. Nie mogę go uchwy­cić, cho­ciaż wy­daje się, że jest tak bli­sko. Mogę o nim mó­wić. Mogę o nim my­śleć, ale zdaje się ta­kie nie­praw­dziwe. Jakby go tam, kurwa, w ogóle nie było. Do­pro­wa­dza mnie to do obłędu. Nie mogę prze­stać my­śleć o tym, by je uchwy­cić.

Wy­cią­gam do cie­bie ręce.

Bo, jak po­wie­dzia­łem wcze­śniej w moim li­ście, to ty je­steś moim świa­tłem, gdy ota­cza mnie tylko ciem­ność.

Pró­buję ją igno­ro­wać, bo mam wy­je­bane na śmierć, cho­ciaż wo­ła­nie mo­jego imie­nia to­wa­rzy­szy mi za­wsze i wszę­dzie. Pie­przyć wszystko, co spró­buje mnie po­wstrzy­mać przed od­na­le­zie­niem drogi do cie­bie. Je­śli uwol­nię się kie­dyś z kaj­dan, któ­rymi je­stem przy­wią­zany do wrót pie­kła, bez wąt­pie­nia od razu po cie­bie przyjdę, dok­torku.

Bo to wła­śnie dzięki to­bie wy­trzy­ma­łem te wszyst­kie mie­siące.

To dzięki to­bie chcia­łem po­zo­stać przy ży­ciu.

Co jest cza­sami w chuj trudne, bo kiedy śmierć woła, brzmi jak dawna przy­ja­ciółka, która ofe­ruje uko­je­nie, to ła­two by­łoby z tego sko­rzy­stać. Ale prze­cież mnie znasz, pew­nie le­piej niż kto­kol­wiek inny, więc wiesz, że ni­gdy nie by­łem czło­wie­kiem, który idzie na ła­twi­znę. Może wła­śnie dla­tego po­sta­no­wi­łem do cie­bie wró­cić.

Do nas.

Ko­stu­cha po mnie przy­szła, za­żą­dała, bym ujął jej dłoń. Po­wie­działa, że jest moją przy­ja­ciółką, moją to­wa­rzyszką w śmierci.

Nie mo­głem się po­wstrzy­mać i po pro­stu za­śmia­łem się tej suce w twarz, po­wie­dzia­łem, że jej sio­stra śmierć robi do­bre la­ski. Na szczę­ście wy­słała mnie na drugą stronę rzeki, na co przy­sta­łem z ra­do­ścią.

Wró­ci­łem do ży­cia. Do moż­li­wo­ści.

Bar­dzo dawno temu, kiedy by­łem jesz­cze ma­łym chu­dym szczy­lem, któ­rego drę­czy­ciel bił na szkol­nym po­dwórku, po­zna­łem ko­goś, kto ochro­nił mnie, gdy nikt inny nie chciał tego zro­bić. Tam­tego dnia stwo­rzy­li­śmy plan, który za­kła­dał, że kie­dyś zo­sta­niemy wła­snymi sze­fami. To, że by­li­śmy wtedy dziećmi, nie miało zna­cze­nia, bo mó­wi­li­śmy na se­rio. Tak samo, jak w tej chwili mó­wię, kurwa, na se­rio.

I dla­tego gdy sta­ną­łem oko w oko ze żni­wia­rzem, na­plu­łem mu w twarz.

Bo na­zy­wam się Sa­muel Cle­ar­wa­ter i od ni­kogo nie przyj­muję roz­ka­zów.

Na­wet od śmierci.

ROZ­DZIAŁ 1

Dre

– O CO MU CHO­DZI? – za­py­tała Ray i sta­nęła obok mnie przy łóżku Preppy’ego. Po tym na­głym wy­bu­dze­niu szybko znowu stra­cił świa­do­mość, a ja po­czu­łam się jesz­cze bar­dziej zdez­o­rien­to­wana, niż kiedy tu przy­szłam i od­kry­łam, że on żyje. – Dla­czego na­zwał cię swoją żoną?

Po­krę­ci­łam głową.

– Nie… Nie wiem – od­par­łam, nie mo­gąc się sku­pić na jej py­ta­niu, bo wciąż nie po­tra­fi­łam prze­tra­wić tego, że Preppy żyje. Był zmal­tre­to­wany i w ogóle sie­bie nie przy­po­mi­nał…

Ale żył.

– To pew­nie tylko ja­kieś bzdury – ode­zwał się z progu Bear. – Od paru dni coś tam mam­ro­cze pod no­sem. We­dług jed­nego z le­ka­rzy świad­czy to, że jego ciało do­szło do sie­bie na tyle, by zwal­czył śpiączkę. Dok­tor po­wie­dział, że może to za­jąć jesz­cze kilka ty­go­dni, ale to do­bry znak.

– Tak, ale dwa inne ma­toły my­ślą, że to tylko od­ruch, który nic nie ozna­cza – do­dał King. Wy­glą­dał na nieco scep­tycz­nego.

– Jak… Jak to… w ogóle… moż­liwe? – za­py­ta­łam, za­kry­wa­jąc usta dło­nią.

Po­chy­li­łam się nad jego cia­łem, by spraw­dzić, czy to na­prawdę on czy jed­nak wzrok płata mi fi­gle. Jego klatka pier­siowa wzno­siła się i opa­dała, a jego od­dech był naj­pięk­niej­szą me­lo­dią, jaką sły­sza­łam w ży­ciu.

Ray chciała coś po­wie­dzieć, ale w ostat­niej chwili za­mil­kła, jakby na­brała po­dej­rzeń co do mo­jej obec­no­ści. Twardo pa­trzyła na moją dłoń, którą do­ty­ka­łam ręki Preppy’ego. Naj­wy­raź­niej tylko ona kwe­stio­no­wała moje in­ten­cje, bo po­zo­stała trójka znik­nęła w ko­ry­ta­rzu, zo­sta­wia­jąc nas same w po­koju.

Nie same.

Z Prep­pym.

Ści­snę­łam jego dłoń i ode­tchnę­łam z ulgą, dzię­ku­jąc w du­chu wszech­świa­towi i dła­wiąc się szlo­chem.

– Preppy… – Ray wbiła wzrok w pod­łogę i za­szu­rała sto­pami. Skrzy­żo­wała ręce na piersi. – Był tu­taj przez cały czas. W Lo­gan’s Be­ach – po­wie­działa ta­kim to­nem, jakby sama nie mo­gła w to uwie­rzyć.

Sap­nę­łam.

– Ale dla­czego? Jak to moż­liwe?

– Nie znamy szcze­gó­łów. Wiemy tylko tyle, że był prze­trzy­my­wany i że fa­cet, który go wię­ził, mu­siał mieć w gar­ści wielu lu­dzi, dzięki czemu spra­wił, że wszy­scy uwie­rzyli w jego śmierć.

– A co mówi po­li­cja?

Kiedy Ray prze­krzy­wiła głowę na bok, do­tarło do mnie, jak głu­pio mu­siało za­brzmieć moje py­ta­nie.

– Jak do­brze znasz Preppy’ego?

Uśmiech­nę­łam się do niej spięta.

– Na tyle do­brze, by wie­dzieć, że nie­po­trzeb­nie py­ta­łam o po­li­cję.

Ray po­ki­wała głową, jak­bym udzie­liła wła­ści­wej od­po­wie­dzi.

– King i Bear już się tym zaj­mują. Nie wie­rzą, że ktoś się zaj­mie tą sprawą le­piej od nich. Ca­łymi no­cami aż do wschodu słońca prze­pra­co­wują różne teo­rie i śle­dzą kroki wszyst­kich po­ten­cjal­nie po­wią­za­nych z tą sprawą, by do­wie­dzieć się, kto jesz­cze mógł być w to za­an­ga­żo­wany. – Wska­zała na Preppy’ego. – Ale tylko on wie, co się tam wy­da­rzyło, i je­stem prze­ko­nana, że ani jedna se­kunda tam spę­dzona nie była miła. Wiemy tylko tyle, że ma szczę­ście, bo prze­żył. Cie­szymy się.

– Tak, tak, cie­szymy się – zgo­dzi­łam się, sku­pia­jąc wzrok na Prep­pym, który mocno ścią­gał brwi, jakby śnił mu się kosz­mar, z któ­rego nie po­tra­fił się wy­bu­dzić.

– Wspo­mi­na­łaś, że je­steś jego przy­ja­ciółką, tak? – za­py­tała znowu Ray, jakby po­trze­bo­wała lep­szego wy­ja­śnie­nia niż to, któ­rej jej da­łam.

Nie ona jedna.

– Po­zna­li­śmy się dawno temu – po­wie­dzia­łam, bo nie wie­dzia­łam, jaka była wła­ściwa od­po­wiedź. Nie mia­łam po­ję­cia, kim dla sie­bie by­li­śmy. Wie­dzia­łam tylko, kim nie by­li­śmy. – Preppy kie­dyś ura­to­wał mi ży­cie – wy­zna­łam, żeby po­wie­dzieć jej co­kol­wiek na te­mat na­szej re­la­cji. – Wła­ści­wie wię­cej niż raz. – Za­śmia­łam się i otar­łam z po­liczka łzę.

Na­gle Preppy pod­niósł się z łóżka z wrza­skiem, wy­cią­gnął ra­miona i za­nim udało mi się zdu­sić prze­ra­żony szloch, Preppy za­ci­snął mi ręce na gar­dle. Ści­skał i ści­skał, aż zo­ba­czy­łam gwiazdki przed oczami, a moja tcha­wica za­mknęła się pod siłą jego nie­ustę­pli­wego uści­sku.

Na­pię­cie za mo­imi oczami na­ra­stało, aż mia­łam wra­że­nie, że za­raz wy­strzelą mi z czaszki. Po­czu­łam, że za­raz po­pę­kają mi na­czynka krwio­no­śne – tak mocno mnie trzy­mał.

Na­wet nie by­łam w sta­nie krzyk­nąć. Preppy bru­tal­nie mnie po­pchnął, a moje ło­patki za­pul­so­wały bó­lem, gdy wpa­dłam na ścianę. Ko­lo­rowy pla­sti­kowy ze­gar spadł ze ściany i obił się o moją głowę, a po­tem spadł na pod­łogę. Roz­le­gła się ja­kaś dziwna wer­sja pio­senki So­me­day My Prince Will Come, gdy Preppy pa­trzył na mnie in­ten­syw­nie, za­ci­ska­jąc zęby. Wszyst­kie mię­śnie na jego szyi się na­pięły. Pa­trzy­łam mu w oczy, szu­ka­jąc ja­kie­goś bły­sku roz­po­zna­nia, ale nic ta­kiego nie do­strze­głam. Po jego mar­twym spoj­rze­niu zro­zu­mia­łam, że to nie mnie wi­dział, dla niego na­wet mnie tu nie było. Moc­niej ści­snął moje gar­dło. Bio­drami przy­ci­snął mnie do ściany. Z każdą se­kundą czu­łam się co­raz słab­sza. Nie wal­czy­łam. Nie mo­gła­bym z nim wy­grać.

Wie­dzia­łam, że umrę, i gdy­bym mo­gła się w tym mo­men­cie za­śmiać, to bym to zro­biła, bo moją ostat­nią my­ślą było to, że przy­naj­mniej zo­ba­czy­łam Preppy’ego przed śmier­cią. Na­wet je­śli to on mnie za­bi­jał.

Jego ręka była jak ob­roża, a ra­mię jak smycz, gdy od­cią­gnął mnie od ściany. Przez chwilę my­śla­łam, że mnie pu­ści, jed­nak on jesz­cze moc­niej mnie w nią wbił. I tym ra­zem spa­dły na nas sto­jące na półce książki. Sły­sza­łam krzyki, chór gło­sów mę­skich i żeń­skich, ale znik­nęły tak szybko, jak się po­ja­wiły.

Na­gle ucisk na mo­jej szyi ze­lżał i upa­dłam na pod­łogę, łap­czy­wie wcią­ga­jąc po­wie­trze do płuc. Udało mi się od­dy­chać płytko, jed­nak to bo­lało, jakby ktoś roz­pa­lił ogień w moim gar­dle. Nie było ła­two.

Ale przy­naj­mniej w końcu od­dy­cha­łam. Po­woli od­zy­ska­łam wzrok, a głosy, które jesz­cze przed chwilą wy­da­wały się da­le­kie, te­raz sły­sza­łam tuż obok.

King i Bear trzy­mali Preppy’ego za ra­miona. Od­cią­gnęli go w stronę łóżka. Preppy krzy­czał gło­śno i prze­raź­li­wie. Ten dźwięk prze­szył mnie na wskroś. Do­piero gdy siłą po­ło­żyli go na łóżku, za­czął coś mó­wić.

– Skur­wiele, złaź­cie ze mnie! Nie mogę. Nie mogę! – wrzesz­czał.

Krzyki prze­szły w szlo­chy, a ja pa­trzy­łam, jak jego ciało po­woli prze­staje się opie­rać. Oczy ucie­kły mu w głąb czaszki, zwiot­czał. Po kilku se­kun­dach jego klatka pier­siowa za­częła się rów­no­mier­nie uno­sić i opa­dać. Jego koń­czyny wi­siały zwiot­czałe na brze­gach ma­te­raca.

Wy­pa­dłam z po­koju, gdy tylko zy­ska­łam pew­ność, że jest bez­pieczny. Trzy­ma­łam dło­nie na obo­la­łym gar­dle. Pę­dzi­łam w stronę drzwi, chwi­lowo ośle­piona świa­tłem i wi­do­kiem Preppy’ego.

– Za­cze­kaj! – za­wo­łała za mną Ray, ale ja się nie za­trzy­ma­łam.

Sta­wia­łam krok za kro­kiem, aż zna­la­złam się w sa­mo­cho­dzie i po­pę­dzi­łam drogą, dwu­krot­nie prze­kra­cza­jąc do­zwo­lony li­mit pręd­ko­ści.

Za­trzy­ma­łam się na pierw­szym par­kingu, na jaki na­tra­fi­łam. Przed ap­teką. Wy­łą­czy­łam sil­nik i opar­łam głowę o kie­row­nicę. Za­czę­łam szlo­chać. Płacz, wy­ni­ka­jący jed­no­cze­śnie z ulgi i zdez­o­rien­to­wa­nia, eks­plo­do­wał we mnie jak wul­kan na­war­stwio­nych emo­cji. Wy­da­wało mi się, że mi­nęło za­le­d­wie kilka mi­nut, gdy w końcu ze­bra­łam się w so­bie na tyle, by usiąść pro­sto i spoj­rzeć na ze­ga­rek. Nie, nie mi­nęło kilka mi­nut.

Tylko kilka go­dzin.

Pal­cami star­łam łzy z po­licz­ków. A po­tem ni stąd, ni zo­wąd, jak­bym zu­peł­nie nie kon­tro­lo­wała swo­ich emo­cji, za­czę­łam się śmiać. Bo… Preppy żył.

Żył.

Śmia­łam się co­raz gło­śniej. Ma­nia­kal­nie. To był wy­soki chi­chot, któ­rego ja sama nie roz­po­zna­wa­łam. Cała ta sy­tu­acja była nie­wia­ry­godna. Wręcz nie­moż­liwa. Ab­sur­dalna. Sur­re­ali­styczna. I piękna.

To pie­przony cud.

To by było na tyle, je­śli cho­dzi o za­mknię­cie roz­działu.

ROZ­DZIAŁ 2

Dre

STO­JĄC PRZED DO­MEM MIRNY, za­cią­gnę­łam się głę­boko po­wie­trzem i po­czu­łam wszyst­kie za­pa­chy, któ­rych bra­ko­wało mi przez te ostat­nie lata – słony za­pach po­bli­skiej Za­toki Mek­sy­kań­skiej, woń po­ma­rań­czy z dzie­sią­tek sa­dów w ca­łym mie­ście i sma­ko­wity za­pach grilla do­bie­ga­jący z po­bli­skiej knajpy, który nie­mal czu­łam w ustach.

To wszystko pach­niało jak Lo­gan’s Be­ach. Jak dom.

Ale coś było nie tak. Jakby niebo nie po­winno być aż tak nie­bie­skie. Jakby nie po­winno być na nim żad­nej ide­al­nej pu­cha­tej chmurki. Wy­da­wało mi się, że świa­tła nie po­winny się zmie­niać z czer­wo­nego na zie­lone i na od­wrót, i że dzieci nie po­winny go­nić na za­rdze­wia­łych ro­we­rach za fur­go­netką z lo­dami, z któ­rej po­psute gło­śniki pusz­czały po­nurą wer­sję nor­mal­nie we­so­łej me­lo­dyjki. Już na­wet nie wspo­mnę o tych pie­przo­nych dzwo­nach w ko­ściele.

Za­bawne w ży­ciu jest to, że cho­ciaż coś wstrząsa tobą do­głęb­nie, coś wy­trąca cię z rytmu, to jed­nak świat wo­kół ja­koś nie wy­daje się tym do­tknięty.

Albo wręcz ma wszystko w du­pie.

A jed­nak ja tu sta­łam, w tym upale, w ciągu naj­pięk­niej­szego let­niego po­po­łu­dnia, cze­ka­jąc, aż ude­rzy we mnie me­te­oryt, który za­bił di­no­za­ury. By­łam na skraju wy­trzy­ma­ło­ści, drża­łam, jak­bym brała he­ro­inę nie­dawno, a nie całe lata temu. Po­do­bało mi się wszystko, co wią­zało się z Lo­gan’s Be­ach, ale ja­koś nie po­tra­fi­łam się zmu­sić, by się tym cie­szyć. Nie­mal ogar­niało mnie po­czu­cie winy, bo mo­głam czuć te wszyst­kie nie­sa­mo­wite za­pa­chy, a Preppy nie. Na pewno nie czuł ich te­raz, le­żąc w łóżku, ale też nie mógł ich czuć z miej­sca, w któ­rym prze­by­wał przez ostat­nie lata.

Mu­sia­łam uci­szyć te my­śli, za­nim prze­ję­łyby nade mną kon­trolę. Mocno za­ci­snę­łam po­wieki, by po­zbyć się ty­sięcy złych rze­czy, które prze­la­ty­wały przez mój umysł. W tej chwili dwoje ma­łych dzieci mi­nęło mnie, śmie­jąc się jak dzi­kie hieny. Jedno śmi­gało na ro­we­rze, cią­gnąc za sobą dru­gie, które je­chało na de­sko­rolce. To mi przy­po­mniało o cza­sie spę­dza­nym z sio­strą, gdy by­łam młod­sza.

W my­ślach po­ka­za­łam dzie­cia­kom środ­kowy pa­lec.

Oczy­wi­ście nie dla­tego że na to za­słu­gi­wały, ale dla­tego że nie mia­łam po­ję­cia, jak zro­bić krok do przodu, a one w tym cza­sie ba­wiły się przed­nio.

Może po­win­nam do nich do­łą­czyć.

Ale to chyba do­brze, że świat krę­cił się da­lej, bo gdyby prze­stał, to mniej by w nim było nie­bie­skiego nieba i ro­we­rów, a wię­cej zom­bie i apo­ka­lipsy.

Skup się, Dre, zga­ni­łam się. Mu­sisz się sku­pić. Dla taty.

– Hej, Dre, je­steś tu? – za­py­tał Bran­don, ma­cha­jąc mi ręką przed twa­rzą. – To­tal­nie od­le­cia­łaś.

Otrzą­snę­łam się z za­my­śle­nia i za­śmia­łam.

– Prze­pra­szam, je­stem tro­chę przy­tło­czona.

– Nie mu­simy ro­bić tego te­raz – po­wie­dział Bran­don. – Jak mó­wi­łaś, nie po­szło gładko. Każdy miałby pro­blem na twoim miej­scu. Nie mu­sisz…

– Nie, mu­szę to zro­bić. Mu­szę za­jąć się czymś, co przy­kuje moje my­śli, bo ina­czej zwa­riuję, je­śli będę roz­my­ślać o… – Za­mil­kłam, prze­no­sząc cię­żar z jed­nej stopy na drugą.

– O nim – do­koń­czył za mnie Bran­don. On za­wsze wie­dział, co chcę po­wie­dzieć, i ni­gdy nie po­zwa­lał mi cze­goś w so­bie du­sić, co dla mnie było in­stynk­towne. – Za­sta­na­wiasz się, co te­raz zro­bisz, tak? Skoro on żyje?

W jego gło­sie nie sły­sza­łam oskar­że­nia. Tylko tro­skę. Po­krę­ci­łam głową.

– Nie. To zna­czy… Tak?

Bran­don prze­wró­cił oczami, zła­pał mnie za ra­miona i ob­ró­cił w swoją stronę. Mach­nął ręką w ge­ście „wal śmiało”, a ja wie­dzia­łam, że chce, abym kon­ty­nu­owała, bo za­wsze tak ro­bił, kiedy nie mo­głam się wy­sło­wić. Ode­tchnę­łam głę­boko.

– Po­my­śla­łam, że tak, nie wiem, co te­raz zro­bić, ale prawda jest taka, że jesz­cze nie wia­domo, czy on w ogóle z tego wyj­dzie, na­wet le­ka­rze tego nie wie­dzą. Więc część mnie nie chce my­śleć, że on żyje, w ra­zie gdyby to się znowu miało zmie­nić… – Mój głos się za­ła­mał i wbi­łam wzrok w żwir.

– Hej, spójrz na mnie – po­wie­dział Bran­don, po czym uniósł mój pod­bró­dek i pod­niósł mi głowę. – Kon­ty­nuuj.

– A na­wet je­śli… – Od­chrząk­nę­łam. – Prze­żyje? To ni­czego nie zmie­nia. On i tak mnie ode­pchnął. I tak po­wie­dział nie­miłe rze­czy, chcąc mnie ce­lowo zra­nić, bo wcale mnie nie chciał.

– Ale prze­cież chciał. Na­pi­sał tak w li­ście, a to miało miej­sce wiele lat po twoim wy­jeź­dzie.

– Tak, ale to wciąż było rok temu. A Preppy prze­żył Bóg wie co i mo­gło go to zu­peł­nie zmie­nić. A na­wet gdyby nie cho­dziło o to, to wciąż po­zo­staje je­den gi­gan­tyczny po­wód i oboje wiemy, że to się nie skoń­czy ró­żami i sło­necz­kiem, więc czy mo­żemy już wró­cić do roz­mowy na te­mat domu? Pro­szę? – za­py­ta­łam.

Uśmiech­nę­łam się ża­ło­śnie nie­zręcz­nie, od­sła­nia­jąc górne i dolne zęby, przez co moja twarz na pewno wy­glą­dała, jakby utknęła w tu­nelu ae­ro­dy­na­micz­nym.

– Do­bra, ale to jesz­cze nie ko­niec, i tak o tym po­roz­ma­wiamy – oznaj­mił Bran­don i uszczyp­nął mnie w po­li­czek, by moja twarz wró­ciła do nor­mal­nego stanu.

– Obie­cu­jesz? – za­py­ta­łam sar­ka­stycz­nie.

– Cwa­niara – mruk­nął. Ski­nął głową w kie­runku domu. – Wiesz, twój tata cię o to nie pro­sił – za­uwa­żył. – I chyba by się wku­rzył, gdyby się do­wie­dział.

– Cóż, w ta­kim ra­zie mu nie po­wiemy, prawda?

– My­śla­łem, że prawda jest czę­ścią two­jego od­wyku.

– Prze­cież nie mó­wię mu, że po­jadę jego sa­mo­cho­dem do cen­trum han­dlo­wego, a w rze­czy­wi­sto­ści wy­mie­nię go na działkę, która star­czy na je­den dzień. To na­wet nie było kłam­stwo, ja tylko po­mi­nę­łam prawdę dla jego do­bra, nie by mu za­szko­dzić.

– Skoro dzięki temu le­piej śpi ci się w nocy… – stwier­dził Bran­don, dra­ma­tycz­nie prze­wra­ca­jąc oczami. Pod­cią­gnął rę­kawy ko­szuli. – Ale pa­mię­taj, żeby omó­wić to ze swoją spon­sorką, An­dreo. Je­stem pe­wien, że sko­men­tuje lo­gikę two­jego dzia­ła­nia.

– Edny w to nie mie­szaj – ostrze­głam żar­to­bli­wie, groź­nie ki­wa­jąc na niego pal­cem.

Od­wra­ca­jąc się od Bran­dona, osło­ni­łam oczy przed słoń­cem, by spoj­rzeć na coś, co ko­cham. Coś o wiele star­szego i bar­dziej zu­ży­tego.

Dom Mirny.

A po­nie­waż Preppy do­trzy­mał słowa, te­raz dom na­le­żał do mnie.

Moje serce za­biło nie­równo, jak­bym była na pierw­szej randce. Na­tych­miast za­uwa­ży­łam kre­ski na ganku, gdzie dzia­dek mie­rzył mój wzrost, gdy by­łam mała, a także wy­szczer­bioną lampę z boku domu, która wy­glą­dała tak dla­tego, że kie­dyś do­sta­łam od babci na uro­dziny łuk i strzały i po­sta­no­wi­łam je wy­pró­bo­wać. Po­do­bało mi się, że wszyst­kie drzewa przed do­mem po­chy­lały się w lewo, co było skut­kiem hu­ra­ganu, który prze­szedł tędy, gdy mia­łam dzie­więć lat. Mój stary przy­ja­ciel po­trze­bo­wał re­montu, bo był la­tami za­nie­dby­wany, ale wciąż był dla mnie piękny. Za­wsze bę­dzie.

Na­wet je­śli nie­długo nie bę­dzie mój.

Sto­pień na scho­dach ganku, ten, który kie­dyś na­pra­wi­łam, znowu się od­kształ­cił. Tym ra­zem jed­nak to druga strona wy­gięła się do góry jak skrzy­dło go­towe do lotu. Na da­chu bra­ko­wało wielu da­chó­wek, przez co w dziu­rach pod spodem dało się do­strzec wy­bla­kłą papę.

Cały ten dom był jak ko­lejna po­stać w moim ży­ciu. I to bar­dzo ważna po­stać.

Przez cały od­wyk, przy­go­to­wa­nia do eg­za­minu na ko­niec szkoły śred­niej i stu­dia na pań­stwo­wej uczelni mia­łam w gło­wie pe­wien po­mysł. Chcia­łam prze­pro­wa­dzić się do Lo­gan’s Be­ach na stałe po skoń­cze­niu uni­wer­sy­tetu. Chcia­łam na­pra­wić ten dom i spra­wić, że będę dumna z tego miej­sca w mie­ście, o któ­rym nie po­tra­fi­łam za­po­mnieć.

Bo mimo wszystko Lo­gan’s Be­ach było czę­ścią mnie.

Było miej­scem, gdzie moje ży­cie nie­mal się skoń­czyło i gdzie pra­wie się za­częło.

Jed­nak po od­wyku na­uczy­łam się jed­nego: plany się zmie­niają, a ty mu­sisz pró­bo­wać do­sto­so­wać się do sy­tu­acji. I pierw­szym kro­kiem w tym pro­ce­sie do­sto­so­wy­wa­nia jest sprze­da­nie domu, by po­móc ta­cie.

– Za­wsze mó­wi­łaś, jak bar­dzo ko­chasz to miej­sce – ode­zwał się Bran­don, marsz­cząc nos i pa­trząc na dom, jakby nie po­tra­fił zro­zu­mieć, co jest ta­kiego wy­jąt­ko­wego w sta­rym znisz­czo­nym domku sto­ją­cym przy za­po­mnia­nej dro­dze w ma­łym mia­steczku, w któ­rym są dwa sy­gna­li­za­tory świetlne i trzy znaki stopu.

– Bo ko­cham – zgo­dzi­łam się. – Ale bar­dziej ko­cham swo­jego tatę. Cho­ciaż tyle mogę dla niego zro­bić i sprze­dać ten dom.

– Dre, to nie twoja wina, że in­te­resy kiep­sko mu idą – wy­tknął Bran­don. – Twój tata jest wła­ści­cie­lem księ­garni w świe­cie, w któ­rym lu­dzie ku­pują książki głów­nie on­line.

– Wiem, ale to moja wina, że za­cią­gnął drugi kre­dyt pod hi­po­tekę, żeby wy­słać mnie na od­wyk. I jesz­cze jedną po­życzkę, bym mo­gła stu­dio­wać. Ścią­gnął Mirnę, żeby mo­gła miesz­kać bli­sko nas w ośrodku, który kosz­to­wał bar­dzo dużo, i wszystko za nią opła­cał, bo ja chcia­łam być bli­sko babci w ciągu jej ostat­nich dni. To przeze mnie tata ma długi. Może nie je­stem przy­czyną upadku jego sklepu, ale przy­czy­ni­łam się do tego, że za­raz straci dom – po­wie­dzia­łam, dła­wiąc się, gdy przy­po­mnia­łam so­bie, ile bólu przy­spo­rzyły mu moje kłam­stwa i że kie­dyś nic mnie nie ob­cho­dziło.

Bran­don uniósł brew i wsu­nął kciuki za pa­sek od spodni. Spoj­rzał na dom, a po­tem znowu na mnie. Wy­glą­dał na zdez­o­rien­to­wa­nego i za­gu­bio­nego. Za­uwa­ży­łam plamy potu na jego bia­łej ko­szuli, któ­rej ma­te­riał był zbyt gruby jak na wil­gotną, go­rącą po­godę po­łu­dnio­wej Flo­rydy. Wil­goć spra­wiła, że jego ciemne włosy, które za­zwy­czaj były ujarz­mione, te­raz ster­czały na wszyst­kie strony. Jego mocno opa­lona skóra kon­tra­sto­wała z białą ko­szulą, którą wy­cią­gnął ze spodni i wa­chlo­wał się nią dla ochłody. By­łam pewna, że gdy­by­śmy po­stali tam jesz­cze chwilę, roz­pu­ściłby się na miej­scu.

Ru­szy­łam w stronę ganku. Spraw­dzi­łam pierw­szy sto­pień, na­stę­pu­jąc na niego – roz­padł się na ka­wałki pod naj­mniej­szym na­ci­skiem.

– Tata po­trze­buje mo­jej po­mocy, ale sam o nią nie po­prosi. Prze­cież wiesz, jaki jest uparty, kie­dyś z nim pra­co­wa­łeś. Poza tym on wciąż ma mnie za dziecko, ćpunkę i nie chce mnie ni­czym do­dat­kowo obar­czać. – Spraw­dzi­łam dwa ko­lejne stop­nie i te oka­zały się w tro­chę lep­szej kon­dy­cji niż ten, który zmie­nił się w wióry. – My­ślę, że on się boi znowu po­pchnąć mnie do na­łogu.

Ze­sko­czy­łam ze stopni i ru­szy­łam w stronę ga­rażu. Prze­su­nę­łam ręką po je­dy­nych drzwiach ga­ra­żo­wych, zo­sta­wia­jąc smugę w po­kry­wa­ją­cym je ku­rzu. Przy­po­mnia­łam so­bie o tych wszyst­kich rze­czach, któ­rych dzia­dek na­uczył mnie w tym ga­rażu – ma­lo­wa­nia, spa­wa­nia, wier­ce­nia.

– Twój tata cię ko­cha – oznaj­mił Bran­don, gdy po chwili do­łą­czy­łam do niego na ganku. Ostroż­nie sta­wiał kroki tylko tam, gdzie ja wcze­śniej, bo dzięki temu wie­dział, że schody się nie po­kru­szą i nie wpad­niemy pod pod­łogę.

– Wiem. I ja też go ko­cham. Wła­śnie dla­tego to ro­bię. I gdy­bym nie zna­la­zła sta­rych we­zwań do za­płaty i po­zwów od kre­dy­to­dawcy w jego szu­fla­dzie, to na­wet bym nie wie­działa, że jest o krok od utraty domu.

– Masz ra­cję, ale mimo to ten dom jest dla cie­bie wy­jąt­kowy. Ja pier­dolę, prze­cież ty wy­glą­dasz, jak­byś miała ochotę go wy­ca­ło­wać – po­wie­dział Bran­don ze śmie­chem.

– Może nie od razu wy­ca­ło­wać – od­par­łam, rów­nież się do niego uśmie­cha­jąc – ale rze­czy­wi­ście jest dla mnie wy­jąt­kowy. I za­wsze bę­dzie – przy­zna­łam. – Ale gdy­bym wcze­śniej wie­działa, przez co prze­cho­dzi tata, to już dawno bym go sprze­dała. On ni­gdy nie po­wi­nien był…

– Prze­stań, Dre. Po­trze­bo­wa­łaś tego od­wyku. I mu­sia­łaś iść do szkoły. Twój tata zro­bił to dla cie­bie. A nie po­wie­dział ci o tym, bo nie chciał cię mar­twić. My­śla­łem, że już skoń­czy­łaś się za­drę­czać. Czy tego też nie po­win­naś uni­kać we­dług tego two­jego pro­gramu?

Bran­don przy­cią­gnął mnie do sie­bie i szybko po­ca­ło­wał w głowę, a po­tem pu­ścił. Mię­dzy mną a nim nie było żad­nych se­kre­tów. Wie­dział o wszyst­kim, co w moim ży­ciu mroczne i złe, a ja wie­dzia­łam wszystko o jego ży­ciu, cho­ciaż naj­bar­dziej mroczną i złą rze­czą, ja­kiej się do­pu­ścił, było ścią­ga­nie na te­ście w szó­stej kla­sie.

– Dzięki, czy­ścioszku – po­wie­dzia­łam do niego, uży­wa­jąc ksywki, którą mu nada­łam. Bo był czy­sty jak łza. – Sta­ram się, jak mogę.

Nie­spiesz­nie otwo­rzy­łam fron­towe drzwi, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że Mirna za­wsze stała po dru­giej stro­nie, by przy­wi­tać mnie roz­pro­mie­niona ze swo­imi słyn­nymi cia­stecz­kami. Dziw­nie się czu­łam, gdy jej tu nie było. W domu, i ogól­nie – na świe­cie.

Mirna zmarła pół roku temu.

– Cóż, je­śli je­steś pewna co do sprze­daży, to mu­szę ci po­móc do­pro­wa­dzić ten dom do po­rządku – oznaj­mił Bran­don, wy­gła­dza­jąc dłońmi brą­zowe włosy. Roz­piął ko­szulę, od­sła­nia­jąc jesz­cze bar­dziej prze­siąk­nięty po­tem pod­ko­szu­lek. – Co mam ro­bić?

Unio­słam brew, pa­trząc na niego.

– Ty miał­byś po­móc? A co ty wiesz o re­mon­tach?

– Ab­so­lut­nie nic – przy­znał ze śmie­chem, a jego ciem­no­szare oczy bły­snęły roz­ba­wie­niem. Uśmie­chał się tak sze­roko, że po­ka­zy­wał wszyst­kie zęby. – Ale ty wiesz wszystko na ten te­mat, więc mo­żesz mnie na­uczyć. Szybko się uczę. Poza tym jak my­ślisz, po co prze­le­cia­łem taki ka­wał drogi?

– Bo mój tata ka­zał ci mnie niań­czyć – od­po­wie­dzia­łam szcze­rze.

– Nie, dla mo­ral­nego wspar­cia i żeby świad­czyć usługi zło­tej rączki – od­parł. Pró­bo­wa­łam po­wstrzy­mać się od śmie­chu. Ostat­nio Bran­don pró­bo­wał po­wie­sić zdję­cie na ścia­nie. Po trzech mi­nu­tach spa­dło.

Mu­sia­łam zro­bić to sama.

Ten dom bę­dzie wy­ma­gał sporo pracy, żeby nada­wał się do sprze­daży, a czas mi nie sprzy­jał. Przyda mi się każda po­moc, a w tej chwili tylko Bran­don mi ją ofe­ro­wał.

– Do­bra, to bierzmy się do ro­boty. Ja będę Ti­mem Złotą Rączką, a ty Alem.

– Dla­czego ja mu­szę być Alem? – jęk­nął Bran­don. – On nosi ko­szulę w kratę.

– Wię­cej wło­sów na twa­rzy – za­żar­to­wa­łam, ale mój uśmiech szybko zbladł, gdy we­szłam do sa­lonu i do­świad­czy­łam sil­nego uczu­cia déjà vu, ja­kiego jesz­cze w ży­ciu nie czu­łam. I wtedy wspo­mnie­nia jedno po dru­gim za­częły do mnie wra­cać, jak­bym znowu je prze­ży­wała. Sie­dzia­łam w sa­lo­nie, pró­bu­jąc oszu­kać moją bab­cię, ucie­ka­łam do lasu przed ku­lami Preppy’ego, me­dy­to­wa­łam z Mirną na po­dwórku za do­mem, spa­łam w moim ma­łym łóżku, a ciało Preppy’ego owi­jało się wo­kół mo­jego.

Dresz­cze prze­bie­gły mi wzdłuż krę­go­słupa.

We­szłam do kuchni i ko­lejna fala wspo­mnień wła­śnie za­częła za­le­wać mój umysł, gdy na­gle ktoś od­chrząk­nął za nami. Pod­sko­czy­łam i ob­ró­ci­łam się. W progu stała Ray. Jej dłu­gie blond włosy były pro­ste jak drut, ale mu­siała je za­ło­żyć za uszy, bo do domu przez otwarte drzwi wpa­dał wiatr. Miała na so­bie zwy­kłą białą ko­szulkę i dżin­sowe shorty. Na bio­drze bu­jała dziecko, które nie mo­gło mieć wię­cej niż pół roku i było ubrane całe na ró­żowo. Miało ta­kie same ja­sno­nie­bie­skie oczy jak Ray.

Ści­snęło mnie w sercu, gdy dziew­czynka za­chi­cho­tała i po­cią­gnęła za na­szyj­nik z ko­roną, który Ray miała na so­bie.

– Cześć, Ray, wejdź – po­wie­dzia­łam i wtedy moje my­śli na­tych­miast sku­piły się na Prep­pym. – Czy wszystko w po­rządku? – za­py­ta­łam, sta­ra­jąc się, by w moim gło­sie nie było sły­chać na­głej pa­niki, która mnie ogar­nęła.

– Tak, wszystko w po­rządku. Chcia­łam tylko prze­pro­sić za to, co się wy­da­rzyło dzi­siaj rano z Prep­pym – wy­znała Ray, roz­glą­da­jąc się po pu­stym po­koju i ko­ły­sząc chi­cho­czące dziecko.

– To nie twoja wina. To ni­czyja wina – przy­zna­łam. – Chwila, skąd wie­dzia­łaś, gdzie mnie zna­leźć?

– To małe mia­steczko. Wy­star­czy wie­dzieć, kogo py­tać.

– Cześć, je­stem Bran­don – ode­zwał się mój to­wa­rzysz, wy­cią­ga­jąc rękę do dziew­czyny.

– Miło cię po­znać, Bran­do­nie – od­parła. – Je­stem Ray, a to jest mała Ni­cole Grace.

– Ooo, ma imię po tej Grace? – za­py­ta­łam, gdy Ray i Bran­don uści­snęli so­bie dło­nie.

Ray lekko prze­krzy­wiła głowę.

– Tak, po tej jed­nej je­dy­nej – od­parła, przy­kry­wa­jąc uśmie­chem po­dejrz­li­wość.

– Miło cię po­znać, Ni­cole Grace – za­gru­chał Bran­don naj­bar­dziej dzie­cię­cym gło­sem, na jaki było go stać. Po­trzą­snął rączką dziecka, trzy­ma­jąc ją w pal­cach.

– Bar­dzo prze­pra­szam. Po­win­nam była was so­bie przed­sta­wić – po­wie­dzia­łam. –Mam te­raz sporo na gło­wie i wy­gląda na to, że za­po­mnia­łam o ma­nie­rach.

– Nie przej­muj się – uspo­ko­iła mnie Ray i we­szła do sa­lonu, przy­glą­da­jąc się go­łym ścia­nom i drew­nia­nym bel­kom wi­szą­cym ni­sko pod su­fi­tem. – W sa­mo­cho­dzie wi­dzia­łam znak o sprze­daży. To twój dom? Sprze­da­jesz go?

Po­ki­wa­łam głową.

– Kie­dyś na­le­żał do mo­jej babci. – Za­ko­ły­sa­łam się na pię­tach, trzy­ma­jąc ręce w tyl­nych kie­sze­niach spodni. Cie­szy­łam się, że tu je­stem, na­wet je­śli tylko na chwilę.

– Jest piękny – po­wie­działa Ray, przy­glą­da­jąc się po­dwórku przez brudne ku­chenne okno. Mimo że to miej­sce było ru­derą, wie­rzy­łam w szcze­rość jej kom­ple­mentu, bo roz­glą­dała się tak, jakby wi­działa kry­jący się w tym miej­scu po­ten­cjał, a nie to, jak obec­nie wy­glą­dało. – Je­śli do­wiem się, że ktoś chce ku­pić dom, to na pewno mu o nim wspo­mnę.

– To cię opro­wa­dzę, że­byś też wie­działa, co lu­dziom za­pro­po­nu­jesz – po­wie­dzia­łam, pro­wa­dząc ją ko­ry­ta­rzem. Ray trzy­mała się bli­sko mnie z tyłu. – Cho­ciaż mu­szę cię ostrzec: to nie jest wielki dom, więc wy­cieczka bę­dzie krótka.

Ray się za­śmiała i dziecko rów­nież.

– Pójdę do sa­mo­chodu po resztę rze­czy – po­wie­dział Bran­don, kie­ru­jąc się do wyj­ścia.

– Mój dzia­dek zbu­do­wał ten dom – po­wie­dzia­łam do Ray. – Są tu trzy sy­pial­nie i dwie ła­zienki, cho­ciaż wiem, że z ze­wnątrz tak nie wy­gląda. – Otwo­rzy­łam pierw­sze drzwi w ko­ry­ta­rzu. – To kie­dyś był mój po­kój.

Ray zaj­rzała do środka, ale ja szybko za­mknę­łam drzwi. Póź­niej będę miała bar­dzo dużo czasu, by pa­trzeć na tę ta­petę w tru­skaw­ko­wym ko­lo­rze i wy­bla­kłe żółte za­słony. Nie chcia­łam roz­pła­kać się przy go­ściu.

– A więc kie­dyś tu miesz­ka­łaś? – za­py­tała Ray.

– Tak, ale tylko w wa­ka­cje, gdy by­łam dziec­kiem. To moja pierw­sza wi­zyta tu­taj od lat.

Po­ka­za­łam jej ła­zienkę i dawny po­kój Mirny, a na­stęp­nie otwo­rzy­łam drzwi na końcu ko­ry­ta­rza. Cały sprzęt wska­zu­jący na to, że kie­dyś była tu Zie­lar­nia, dawno znik­nął, ale wciąż było wi­dać haki w su­fi­cie i gwoź­dzie w ścia­nie, które utrzy­my­wały rury.

– A więc stąd znasz Preppy’ego – rzu­ciła Ray, roz­glą­da­jąc się po po­koju.

– Tak, po­nie­kąd – przy­zna­łam.

– I kiedy po­ja­wi­łaś się u mnie w domu, na­prawdę nie wie­dzia­łaś, że Preppy żyje, co?

– Prze­ży­łam szok ży­cia – od­par­łam. – Wciąż nie mogę w to uwie­rzyć.

Za­mknę­łam drzwi i wró­ci­łam z nią do kuchni. Do­tknę­łam ręką gar­dła, czu­jąc opu­chli­znę po uści­sku dłoni Preppy’ego. Roz­su­nę­łam tylne drzwi pro­wa­dzące na po­dwórko. Po­mię­dzy wy­bla­kłymi de­skami pod­łogi ta­rasu wy­sta­wały chwa­sty, które ro­sły pod spodem. Traw­nik, na któ­rym Mirna uczyła mnie me­dy­to­wać, był za­ro­śnięty, aż sto­pił się z po­lem z tyłu. W od­dali za­gwiz­dał po­ciąg.

– Cóż – ode­zwała się Ray, roz­my­śla­jąc nad moją od­po­wie­dzią. Po­sa­dziła dziecko na bla­cie przed sobą i uśmiech­nęła się do uro­czego nie­mow­laka o py­za­tych po­licz­kach. – To była nie­zła wy­cieczka.

Spoj­rza­łam na dziecko, które trzy­mało w ustach je­den pa­lec Ray i żuło go dzią­słami.

– Mogę? – za­py­ta­łam z wa­ha­niem, wy­cią­ga­jąc ręce.

– Och, oczy­wi­ście – po­wie­działa Ray, ścią­ga­jąc Ni­cole Grace z blatu i wkła­da­jąc mi ją w ra­miona. Po­czu­łam ucisk w klatce pier­sio­wej, nie mo­głam od­dy­chać. Była naj­pięk­niej­szym, co w ży­ciu wi­dzia­łam.

– Pew­nie pa­trzysz na nią ca­łymi dniami, co? – za­py­ta­łam, tu­ląc dziew­czynkę w ra­mio­nach.

– Tak, jej ta­tuś rów­nież. Je­ste­śmy zmę­czeni, ale warto było – od­parła Ray. – Jak w przy­padku wszyst­kich dzieci. – Od­gar­nęła z czoła Ni­cole Grace miękki lo­czek. – Masz swoje?

Po­krę­ci­łam głową.

– Nie. Ja­kiś czas temu do­wie­dzia­łam się, że nie mogę mieć dzieci.

– Przy­kro mi.

Chyba wy­czuła, że nie chcę o tym roz­ma­wiać, bo szybko zmie­niła te­mat.

– Mam parę spraw do za­ła­twie­nia – oświad­czyła Ray. – Ale może spo­tkamy się póź­niej, gdy od­biorę dzieci ze szkoły i zo­sta­wię je z Kin­giem? Mo­żemy so­bie urzą­dzić bab­skie po­ga­du­chy. W tym mie­ście mam tylko Thię, ko­bietę Be­ara, ale ona jest w ciąży, a ja mam do­syć roz­ma­wia­nia o ko­szach na pie­lu­chy i po­dusz­kach do kar­mie­nia.

– Świetny po­mysł – od­par­łam.

– Po­trze­bu­jesz tu po­mocy? – za­py­tała Ray, roz­glą­da­jąc się po domu, po odła­żą­cej ta­pe­cie i po­pę­ka­nym tynku. – King i Bear mogą po­móc, a poza tym Bear może zwo­łać bandę chło­pa­ków, któ­rzy chęt­nie po­mogą za kilka piw.

Nie­chęt­nie od­da­łam Ray dziecko i od­pro­wa­dzi­łam je do wyj­ścia. Ray ostroż­nie ze­szła po roz­kle­ko­ta­nych scho­dach. Spoj­rza­łam na mo­jego po­moc­nika, który wciąż mę­czył się z wy­cią­gnię­ciem znaku „NA SPRZE­DAŻ” z ba­gaż­nika wy­na­ję­tego sa­mo­chodu.

– Wiesz, co, Ray? Chyba jed­nak sko­rzy­stam z po­mocy – po­wie­dzia­łam z uśmie­chem, który od­wza­jem­niła.

– To do­brze, bo ten chło­pak jest uro­czy i tak da­lej, ale wy­gląda na typ, który nie roz­po­znałby młotka, na­wet gdyby spadł z szafki i ude­rzył go w głowę.

– Nie­stety to prawda – sap­nął Bran­don, kiedy w końcu udało mu się wy­cią­gnąć znak. Koł­nie­rzyk i pa­chy jego ko­szuli były prze­siąk­nięte po­tem.

– Cho­lera, za­po­mnia­łam, dla­czego w ogóle tu przy­je­cha­łam. Przy­się­gam, te ma­lu­chy cza­sami spra­wiają, że zu­peł­nie tracę głowę – po­wie­działa Ray i szybko po­de­szła do sta­rego forda pic­kupa za­par­ko­wa­nego na skraju traw­nika. Po­chy­liła się nad otwar­tym oknem od strony pa­sa­żera i wró­ciła z teczką. – My­śla­łam o tym, co po­wie­dział Preppy. Że je­steś jego żoną.

– Po­wie­dział tak, bo był oszo­ło­miony – po­wtó­rzy­łam to samo, co stwier­dzi­łam rano.

– Nie wy­daje mi się – od­parła Ray. Otwo­rzyła teczkę i po­dała mi do­ku­ment. To była ko­pia aktu mał­żeń­stwa, którą wy­ko­na­łam dla Preppy’ego. Po­krę­ci­łam głową.

– Nie, nie ro­zu­miesz. Ja ten do­ku­ment pod­ro­bi­łam. To fał­szywka. Wszyst­kie pod­pisy, świad­ko­wie. Wszystko fał­szywe – wy­ja­śni­łam, od­su­wa­jąc kartkę od twa­rzy. Ray pa­trzyła na mnie nie­prze­ko­nana. – Preppy po­trze­bo­wał tego, kiedy sta­rał się o prawo do opieki nad córką Kinga. To na­wet nie jest praw­dziwe. Nie było żad­nego ślubu, żad­nego urzęd­nika. Ni­czego. To… nie jest praw­dziwe – po­wtó­rzy­łam znowu, by ją prze­ko­nać

Ray stuk­nęła pal­cem w prawy dolny róg strony, w miej­scu ofi­cjal­nego stem­pla hrab­stwa, który wid­nieje na wszyst­kich ory­gi­na­łach. Ja tego stem­pla tam nie umie­ści­łam.

– Dzi­siaj rano ode­bra­łam ten do­ku­ment od urzęd­nika – kon­ty­nu­owała Ray. – I we­dług niego… jest bar­dzo praw­dziwy.

– Cho­lera – za­klę­łam, od­wra­ca­jąc kartkę, jakby przyj­rze­nie się pu­stej stro­nie miało mi po­wie­dzieć coś wię­cej. – To zna­czy, że je­ste­śmy…

– W oczach stanu Flo­ryda? Po ślu­bie – do­koń­czyła za mnie Ray i pu­ściła do mnie oko. – Gra­tu­luje, Dre. Te­raz je­steś pa­nią Cle­ar­wa­ter.

ROZ­DZIAŁ 3

Preppy

TY­SIĄCE PEŁ­NYCH NA­DZIEI SZEP­TÓW roz­brzmie­wały nad moim cia­łem. Ła­godne od­de­chy owie­wały moją skórę, kiedy ktoś de­li­kat­nie pod­no­sił mi rękę i przy­ci­skał dwa palce po we­wnętrz­nej stro­nie nad­garstka. Przy­kry­wano mnie koł­drą i od­kry­wano, coś nie­zna­jo­mego i mięk­kiego za­my­kało mnie w ko­ko­nie. Po­wie­trze było świeże i lek­kie, bez śladu wil­goci, do któ­rej przy­wy­kłem i która przy­kle­jała się do mo­jego gar­dła i płuc, chcąc mnie udu­sić cięż­kim odo­rem rdzy i zgni­li­zny.

W bę­ben­kach roz­brzmie­wał mi ciężki dźwięk desz­czu obi­ja­ją­cego się o szyby. Roz­legł się grzmot, który za­trząsł mo­imi obo­la­łymi ko­śćmi. Po­tem, mimo za­mknię­tych po­wiek, zo­ba­czy­łem ja­sną bły­ska­wicę, jakby ogła­szała światu to, że od­zy­ska­łem świa­do­mość.

A może ogła­szała to tylko mnie.

– Patrz, jego po­wieki znowu się po­ru­szyły. – Usły­sza­łem ko­biecy głos. – Może to już.

Przez chwilę wy­obra­ża­łem so­bie ciem­no­włosą dziew­czynę o czar­nych oczach i czer­wo­nych ustach. Tę, o któ­rej my­śla­łem tak czę­sto, że już nie wie­dzia­łem, czy była praw­dziwa czy tylko ją so­bie wy­obra­ża­łem, by ja­koś zle­ciał mi czas. Ale kiedy głos mó­wił coś da­lej, ob­raz tam­tej dziew­czyny znikł i wtedy ją roz­po­zna­łem.

Doe.

Za­lała mnie ad­re­na­lina, a także po­trzeba, by się pod­nieść i do­łą­czyć do świata, za któ­rym tak tę­sk­ni­łem każdą ko­mórką mo­jego ciała, świata, w któ­rym nie spo­dzie­wa­łem się mieć przy­jem­no­ści znowu żyć. Czu­łem się, jakby był pią­tek wie­czór i wszy­scy moi zna­jomi wy­cho­dzili zro­bić coś za­rą­bi­stego, pod­czas gdy ja mu­sia­łem zo­stać w domu, a po­tem słu­chał­bym o tym rano, jakby bo­le­śnie po­mi­nięty.

A te­raz mia­łem wra­że­nie, jakby to był prze­dłu­żony piąt­kowy wie­czór, w do­datku z gwał­tem w dupę i nie­ustan­nym bi­ciem. Na pewno będę miał dużo do nad­ro­bie­nia. Po­tem jed­nak przy­po­mnia­łem so­bie, że nie wszystko za­wsze jest ta­kie, jak się wy­daje. Za­trzy­ma­łem się na chwilę, by przy­po­mnieć so­bie, że to, co czu­łem, ten głos, który sły­sza­łem, może być tylko wy­two­rem mo­jej wy­ob­raźni, tak jak wcze­śniej. Bo praw­do­po­do­bień­stwo, że nie zo­ba­czę ni­kogo, gdy otwo­rzę oczy, lub na­po­tkam sa­mego dia­bła, było więk­sze niż szansa, że to bę­dzie moja przy­ja­ciółka.

Mogę być mar­twy. Albo może to być ja­kaś po­pier­do­lona ha­lu­cy­na­cja.

Ktoś uści­snął moją dłoń. Je­śli to był sam dia­beł, to miał bar­dzo małe rączki i uży­wał kremu. Ale to nie był dia­beł.

Gest był de­li­katny. Przy­ja­ciel­ski. Po­cie­sza­jący. Nie. To na pewno nie dia­beł.

I cho­ciaż wy­da­wało mi się, że ten zwy­kły do­tyk miaż­dży mi ko­ści w pal­cach, był to rów­nież naj­lep­szy ból, ja­kiego w ży­ciu do­świad­czy­łem, bo mó­wił mi, że to wszystko może się dziać na­prawdę.

Pró­bo­wa­łem otwo­rzyć oczy, ale to było tak trudne, jak roz­kle­je­nie za­mar­z­nię­tej ka­na­pki go­łymi rę­kami. Wi­dzia­łem tylko ko­lory tań­czące mi pod po­wie­kami, jak po­kaz świa­teł ma­jący miej­sce za ekra­nem.

Kiedy pró­bo­wa­łem się ode­zwać, za­krztu­si­łem się wła­sną śliną i przez chyba wiecz­ność by­łem w sta­nie tylko kasz­leć nie­re­gu­lar­nie.

– Może on jed­nak nie jest jesz­cze go­towy – ode­zwał się nie­zna­jomy ko­biecy głos. – Może po­trze­buje wię­cej czasu.

– Nie – opo­no­wała Doe. – Wiem, że on wraca do sie­bie. Po pro­stu to wiem. Czuję to. On nas sły­szy. Tym ra­zem jest ina­czej.

W gło­sie Doe brzmiała pew­ność, ale i de­spe­ra­cja – jakby pró­bo­wała prze­ko­nać samą sie­bie, tak samo jak osobę, z którą roz­ma­wiała.

– A przy­szło ci do głowy, że może on się po pro­stu za­cho­wuje jak pizda? – za­grzmiał King. Jego głosu nie dało się po­my­lić. Skur­wiel był gło­śniej­szy niż grzmot w desz­czu. – Może tylko z nami po­grywa. To by było w jego stylu. Może na­wet obu­dził się kilka dni temu, ale po pro­stu chce nas jesz­cze tro­chę po­wku­rzać.

– Ciii! – po­wie­dział ktoś.

Pra­gną­łem się uśmiech­nąć. Śmiać. Ale nic, co chcia­łem zro­bić, nic, co wcze­śniej było dla mnie ta­kie ła­twe, te­raz nie chciało się wy­da­rzyć. Wcze­śniej wszystko było dla mnie na­tu­ral­nym od­ru­chem, o któ­rym na­wet nie mu­sia­łem my­śleć, a te­raz to była wielka bi­twa mię­dzy moim zmie­lo­nym na papkę mó­zgiem a bez­u­ży­tecz­nym cia­łem – i te czę­ści mnie ze sobą wal­czyły, by spra­wić, że Preppy znowu bę­dzie funk­cjo­no­wał.

– Ja je­bię. Nie będę ci­cho. To nie bi­blio­teka. Chcemy, żeby się obu­dził, więc go, kurwa, obudźmy! Lubi być w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia, prze­cież o tym wie­cie. Sztyw­niak nie otwo­rzy oczu i nie za­szczyci nas swoją obec­no­ścią, do­póki nie bę­dzie mieć pew­no­ści, że przy­cią­gnął uwagę nas wszyst­kich. – Na­stała ci­sza, a po­tem po­czu­łem na czole od­dech Kinga, gdy się nade mną po­chy­lił. Jego cień przy­sło­nił świa­tło, kiedy ode­zwał się tuż przy moim no­sie: – Wszy­scy tu­taj je­ste­śmy. Skończ to przed­sta­wie­nie, Prep.

– Prze­stań – za­czą­łem, le­d­wie wy­ma­wia­jąc to słowo. W po­koju roz­le­gły się za­sko­czone sap­nię­cia, ale poza tym za­pa­dła ci­sza. Czu­łem się tak, jakby ktoś wziął małe ostre gra­bie i prze­su­nął nimi po moim gar­dle od środka. Zwil­ży­łem wargi ję­zy­kiem i znowu za­czą­łem. – Prze…

King na­chy­lił się jesz­cze ni­żej.

– Coś mó­wi­łeś, Prep? – Jego za­rost otarł się o mo­stek mo­jego nosa.

– Prze­stań…

Moje oczy w końcu po­sta­no­wiły współ­pra­co­wać i lekko się otwo­rzyły, cho­ciaż wciąż mia­łem wra­że­nie, jakby zo­stały skle­jone su­per­glue, a otwar­cie ich bo­lało jak wy­ry­wa­nie rzęs ra­zem z ce­bul­kami.

Przez szparki ob­raz był za­ma­zany, ale do­strze­głem ciemne włosy Kinga. Skur­wiel pró­bo­wał mnie przy­tu­lić.

To było w chuj uro­cze.

– Prep, spró­buj jesz­cze raz. Sły­szymy cię, ale nie ro­zu­miemy. Mów gło­śniej – za­żą­dał, wy­raź­nie wy­ma­wia­jąc każde słowo, jak­bym był głu­chy i głupi. Jego głos do­cie­rał jed­nak do mnie na zmianę albo przy­tłu­miony, albo gło­śny jak z me­ga­fonu. Jesz­cze bar­dziej się do mnie zbli­żył, a ja by­łem pe­wien, że za­raz po­łoży się na mo­jej twa­rzy, przy­ci­ska­jąc ucho do mo­ich ust.

– Prze­stań… mnie ob­ma­cy­wać – w końcu udało mi się po­wie­dzieć. – Za­rost mnie nie jara.

King się wy­pro­sto­wał, a ja po­czu­łem na­tych­mia­stową ulgę, gdy jego ciało prze­stało mnie zgnia­tać. Po­chy­lił się nade mną z za­do­wo­lo­nym uśmie­chem na tej prze­brzy­dłej gę­bie. Po jego le­wej stro­nie stała Doe, a jej duże nie­bie­skie oczy błysz­czały od łez. Dziew­czyna, któ­rej nie roz­po­zna­wa­łem, znik­nęła z mo­jego pola wi­dze­nia, ro­biąc krok w tył, by King i Doe mieli wię­cej miej­sca przy łóżku.

– Długo ci to, kurwa, za­jęło – po­wie­dział King. Wy­glą­dał jak dumny ro­dzic, gdy jego dziecko po­wie­działo pierw­sze słowo.

– Tę­sk­ni­li­śmy za tobą – do­dała Doe. W tej chwili po­wieki znowu za­częły mi cią­żyć. Nie mo­głem utrzy­mać ich otwar­tych, ale nie za­mie­rza­łem za­my­kać ich tak szybko, gdy w końcu uj­rza­łem lu­dzi, któ­rych nie spo­dzie­wa­łem się ni­gdy wię­cej zo­ba­czyć. – Tak bar­dzo tę­sk­ni­li­śmy.

King przy­cią­gnął Doe do swo­jego boku i po­ca­ło­wał ją w głowę.

– Czy mo­żemy coś dla cie­bie zro­bić? – za­py­tała Doe, ma­łym pal­cem wy­cie­ra­jąc wil­goć spod oka.

– Tak – od­po­wie­dzia­łem, od­wra­ca­jąc głowę na bok, by le­piej ich wi­dzieć. I wtedy po­czu­łem, jakby mi­lion ka­bli jed­no­cze­śnie po­ra­ziło mnie prą­dem, przy­pra­wia­jąc o ból krę­go­słupa. Nie mo­gąc się po­wstrzy­mać, wy­da­łem z sie­bie zdu­szony okrzyk.

– Co się stało? Po­trze­bu­jesz le­ka­rza? Po­wiedz mi, czego po­trze­bu­jesz, Prep – żą­dała Doe, brzmiąc na spa­ni­ko­waną. Po­ło­żyła dłoń na moim ra­mie­niu, a ja po­czu­łem się tak, jakby przy­ci­snęła mi do skóry roz­grzane że­lazo do zna­cze­nia by­dła.

– Po­trze­buję paru rze­czy. – Od­chrząk­ną­łem.

Doe rzu­ciła się na drugi ko­niec po­koju i po chwili wró­ciła z ma­łym no­te­si­kiem z mo­ty­wem Bar­bie i pa­su­ją­cym do niego dłu­go­pi­sem.

– Mów – po­wie­działa.

Prze­wró­ciła stronę w no­te­sie i klik­nęła dłu­go­pi­sem, z któ­rego roz­le­gła się ra­do­sna me­lo­dyjka.

King zmie­rzył mnie zna­cząco wzro­kiem, jakby wie­dział, co pla­no­wa­łem. To było świetne spoj­rze­nie. Mó­wiło mi, że nie­za­leż­nie od tego, ile mi­nęło czasu, on i tak wie­dział, że wciąż je­stem dup­kiem.

By­łem, kurwa, w domu.

– Go­towa? – za­py­ta­łem Doe, nie od­ry­wa­jąc wzroku od Kinga.

Po­ki­wała głową.

– Okej. Będę po­trze­bo­wał tro­chę koki, ale do­brej, nie tej, którą do­sta­je­cie od tego chuja z Har­per’s Ridge. I oczy­wi­ście strip­ti­zerki, ale z mi­seczką nie mniej­szą niż C, i mu­szą być otwarte na anal. – Za­sta­no­wi­łem się przez chwilę. – Okej, to wtedy będą dziwki. Skreśl jed­nak te „strip­ti­zerki” i na­pisz „dziwki”. Po­trzebna mi też krew dzie­wi­czej kozy i trzy bu­telki mek­sy­kań­skiej te­qu­ili vin­tage z nie­tknię­tym ro­ba­kiem.

Spoj­rza­łem na Doe, która ni­czego nie za­pi­sy­wała. Unio­sła brwi, opu­ściła dłu­go­pis i zgro­miła mnie wzro­kiem znad wie­lo­barw­nego no­te­siku. Po jej twa­rzy spły­wały łzy.

– Tak bar­dzo za tobą tę­sk­ni­łam – wy­du­kała, upu­ściła dłu­go­pis i no­te­sik z Bar­bie na pod­łogę i rzu­ciła się swoim ma­łym ciał­kiem na moje, by mocno i długo mnie przy­tu­lić. Ukryła twarz przy mo­jej szyi, a ja po­czu­łem jej go­rące łzy spły­wa­jące po mo­jej skó­rze.

Zi­gno­ro­wa­łem ści­na­jący krew w ży­łach ból, który pro­mie­nio­wał z mo­ich mię­śni. Na­wet opar­łem się chęci, by krzyk­nąć czy cho­ciaż się skrzy­wić, bo nie chcia­łem jej wy­stra­szyć.

– Ja też za tobą tę­sk­ni­łem, młoda – wy­szep­ta­łem.

Nie ru­sza­li­śmy się przez długi czas, za­mknięci w tym jed­no­stron­nym uści­sku, aż King od­chrząk­nął. Doe unio­sła głowę znad mo­jej szyi i spoj­rzała na niego.

– On wró­cił – po­wie­działa, po­cią­ga­jąc no­sem.

– Tak, zwier­za­czku, wró­cił – po­twier­dził King. Brzmiał tak, jakby chciał po­wie­dzieć „ale”, jed­nak się po­wstrzy­mał.

– Wró­ci­łem – wy­mam­ro­ta­łem – ale King i tak uważa, że przy­tu­la­łaś mnie zbyt długo i te­raz li­czy na to, że szybko znowu za­padnę w śpiączkę, bo mia­łem oka­zję po­czuć, jak twoje fan­ta­styczne cycki przy­ci­skają się do mo­jego ciała.

– Coś w tym stylu – od­parł King.

Doe żar­to­bli­wie prze­wró­ciła oczami, gdy King ją ode mnie od­cią­gnął.

– To dla­tego że wciąż je­stem nie­złym cia­chem. Po­mimo śpiączki i po­obi­ja­nego ciała nic mnie nie boli, więc wska­kuj na mo­jego fiuta. – Im dłu­żej mó­wi­łem, tym mniej dra­pało mnie w gar­dle, a wy­po­wia­da­nie dłu­gich zdań nie przy­spa­rzało mi już ta­kiego bólu. – A przy oka­zji, cycki ci uro­sły? – za­py­ta­łem Doe. – Bo mam wra­że­nie, że są więk­sze.

Zmru­ży­łem oczy, przy­glą­da­jąc się jej biu­stowi pod ob­ci­słą żółtą ko­szulką. Tak, zde­cy­do­wa­nie się po­więk­szyły.

– Prep – ostrzegł King.

– Tyle mu­simy ci po­wie­dzieć – oznaj­miła Doe, przy­kła­da­jąc rękę do klatki pier­sio­wej Kinga. – Tyle się wy­da­rzyło, od­kąd…

King po­ło­żył swoją dłoń na jej.

– Za­nim po­wie­cie co­kol­wiek, chciał­bym za­su­ge­ro­wać małą ko­rektę – po­wie­dzia­łem.

– Co ta­kiego? – za­py­tał King.

Unio­słem pa­lec.

– Po pro­stu po­słu­chaj­cie mnie przez chwilę. Za­miast ob­cho­dzić się z tym te­ma­tem jak z jaj­kiem i mó­wić, że „mnie nie było”, i za­miast stwier­dzać oczy­wi­ste, mó­wiąc coś w stylu: „wtedy, gdy by­łem prze­trzy­my­wany wbrew wła­snej woli i tor­tu­ro­wany przez psy­cho­patę, aż nie­mal umar­łem”, chciał­bym za­su­ge­ro­wać małą zmianę.

– Oke­eeej…

– Mimo że wo­lał­bym ni­gdy wię­cej o tym nie mó­wić, to jed­nak nie jest to re­alne. Nie da się o tym nie mó­wić, bo wiele rze­czy dzie­ją­cych się w moim ży­ciu ma zwią­zek z tym, co się wy­da­rzyło, gdy by­łem… w Na­rnii.

– Ty chyba ro­bisz so­bie ze mnie, kurwa, jaja. Chcesz, że­by­śmy na­zy­wali dziurę pod klu­bem mo­to­cy­klo­wym, gdzie cię prze­trzy­my­wali, Na­rnią?

– Tak wła­śnie po­wie­dzia­łem.

King za­czął coś mam­ro­tać i wtedy zro­zu­mia­łem, że ko­goś bra­ko­wało, ko­goś po­tęż­nego i bez ko­szulki.

– Gdzie, do chuja, jest Bear?

Chcia­łem się pod­nieść, ale kiedy spró­bo­wa­łem, oka­zało się, że nad­garstki nie mogą udźwi­gnąć mo­jego ciała. King po­chy­lił się i po­niósł mnie, ła­piąc pod pa­chami, sa­dza­jąc w o wiele wy­god­niej­szej, nieco od­chy­lo­nej po­zy­cji.

Ani King, ani Doe nie od­po­wie­dzieli na moje py­ta­nie. Za­miast tego spoj­rzeli na sie­bie, jakby wła­śnie prze­pro­wa­dzali ja­kąś te­le­pa­tyczną roz­mowę, któ­rej ja nie by­łem czę­ścią.

– No co? – za­py­ta­łem. – Co waż­niej­szego może mieć te­raz na gło­wie? Chyba że za­ła­twia dziwki i kokę, w ta­kim ra­zie mogę przy­mknąć na to oko.

– Tu­taj je­stem, skur­wielu – mruk­nął Bear, po czym po­ja­wił się w moim polu wi­dze­nia i sta­nął tuż przy Doe.

Nie wie­dzia­łem, czy był tam przez cały czas czy do­piero przy­szedł. W każ­dym ra­zie od razu ude­rzyła mnie jedna rzecz.

– I przez cały ten czas – za­czą­łem – nie udało ci się zna­leźć pier­do­lo­nej ko­szulki?

Bear prych­nął i po­ło­żył mi rękę na ra­mie­niu, wi­ta­jąc się ze mną tak, jak za­wsze wi­tał się z mo­to­cy­kli­stami w swoim klu­bie.

– Wi­taj z po­wro­tem, bra­cie.

Doe i King prze­su­nęli się, by Bear miał wię­cej miej­sca przy moim łóżku. Przy­klęk­nął obok i po­chy­lił się nade mną. Tę­sk­ni­łem za tą bez­pro­ble­mową wy­mianą obelg mię­dzy nami. Tę­sk­ni­łem za wszyst­kim, co zwią­zane z tym skur­wie­lem, na­wet za tym jego głu­pim dzi­wacz­nym uśmie­chem, na który la­ski naj­wy­raź­niej le­ciały. Na­wet za tym, że za­wsze wy­glą­dał na wku­rzo­nego, na­wet gdy się nie wku­rzał.

Cho­ciaż trzeba przy­znać, że czę­sto mu się to zda­rzało.

Otwo­rzy­łem oczy tak sze­roko, jak tylko zdo­ła­łem, i przyj­rza­łem się mo­jemu sta­remu przy­ja­cie­lowi po raz pierw­szy od Bóg wie jak dawna. Wy­glą­dał do­kład­nie tak, jak go za­pa­mię­ta­łem: blond włosy, pa­su­jąca blond broda, ta­tu­aże, duże nie­bie­skie oczy, piegi, skó­rzana ka­mi­ze­lka.

Ale jed­no­cze­śnie wy­da­wał się inny. Zu­peł­nie inny.

Może szczę­śliw­szy? Kurwa, nie­moż­liwe…

Zo­ba­cze­nie szczę­śli­wego Be­ara było rów­nie praw­do­po­do­bne, co za­uwa­że­nie yeti na po­dwórku za do­mem. To trzeba zo­ba­czyć, żeby uwie­rzyć.

Nie mo­głem zbyt długo się nad tym za­sta­na­wiać, bo w ułamku se­kundy wszystko za­częło się zmie­niać. Twarz Be­ara prze­kształ­ciła się jak ob­raz Da­lego. Mój uśmiech znik­nął, kiedy przy­ja­ciel za­czął sta­wać się czymś in­nym.

Kimś in­nym.

Już nie pa­trzył na mnie Bear uśmie­cha­jący się na wi­dok za­gu­bio­nego przy­ja­ciela. Nie. Te­raz pa­trzył na mnie ktoś ze zmarszcz­kami na czole i gry­ma­sem na ustach. Ktoś, kogo blond włosy stały się siwe, a piegi znik­nęły z cza­sem. Jego nie­bie­skie oczy już nie miały in­ten­syw­nej barwy i nie wi­dzia­łem w nich oznak lo­jal­no­ści czy bra­ter­skiej mi­ło­ści.

W ogóle nie wi­dzia­łem w nich ży­cia.

Bear znik­nął i jego miej­sce za­jęło czy­ste wcie­lone zło.

Mro­żące krew w ży­łach krzyki wy­peł­niły mały po­kój, od­bi­jały się od ścian i dzwo­niły mi w uszach – to były zna­jome i prze­ra­ża­jące dźwięki, głos ko­goś, kogo bru­tal­nie tor­tu­ro­wano.

Wzrok mi się roz­ma­zał i wró­ci­łem do czyśćca, wdzięczny za moż­li­wość ucieczki.

Do­piero kiedy znowu zna­la­złem się w ot­chłani, do­tarło do mnie, że te krzyki na­le­żały do mnie.

ROZ­DZIAŁ 4

Preppy

CIEMNE CHMURY ota­cza­jące mój umysł za­częły się prze­rze­dzać. Za każ­dym ra­zem, gdy się bu­dzi­łem z tego hor­roru, który mi się przy­da­rzył, i tra­fia­łem do rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej się znaj­do­wa­łem, jedno od dru­giego co­raz bar­dziej się od­ci­nało, aż w końcu zro­zu­mia­łem, że to, co mó­wili mi przy­ja­ciele, było prawdą.

By­łem wolny.

Bez­pieczny.

I, kurwa, żywy.

A co naj­lep­sze?

Chop był mar­twy.

Wku­rzało mnie je­dy­nie to, że to nie ja wy­koń­czy­łem tego skur­wiela.

Do­bra wia­do­mość była taka, że za­czą­łem od­zy­ski­wać siły. Ból w mię­śniach i ko­ściach zmie­nił się z ostrych ukłuć w tępe pul­so­wa­nie.

Rana po po­strzale, któ­rej Chop ni­gdy nie po­zwo­lił się za­goić, w końcu się za­mknęła, cho­ciaż wy­glą­dała w chuj źle. Skóra wo­kół wiel­kiej czer­wo­nej bli­zny w kształ­cie hu­ra­ganu była po­skrę­cana w ka­lej­do­skop znie­kształ­co­nych ta­tu­aży.

Na­zwa­łem to hu­ra­ga­nem cier­pie­nia.

Nie po­do­bało mi się, jak zmie­niło to moje ta­tu­aże, ale przy­naj­mniej dzięki tej brzyd­kiej bliź­nie zy­skam sza­cun na dzielni.

Gdy moje ciało za­czy­nało na­bie­rać sił, Doe i King na zmianę wpro­wa­dzali mnie w swoją hi­sto­rię. Omi­nęło mnie wszystko, jak na przy­kład to, że King w końcu zy­skał prawa ro­dzi­ciel­skie do Max. Czu­łem się jak w od­cinku Dni na­szego ży­cia, gdy Doe opo­wia­dała mi, że do­wie­działa się, że ma syna, któ­rego King za­adop­to­wał, a po­tem uro­dziła jesz­cze jedno dziecko, a po­nadto w końcu od­zy­skała pa­mięć. By­łem pe­wien, że nie wdają się w szcze­góły, ale na ra­zie wy­star­czały mi te ogólne in­for­ma­cje. A je­śli chciał­bym do­wie­dzieć się wię­cej o ich ży­ciu, to wy­star­czy, że o dru­giej po po­łu­dniu włą­czę te­le­wi­zor, bo na pewno pusz­czają se­rial o ich ży­ciu na jed­nym z ka­na­łów.

– Ej, chwila, na­zy­wam cię Doe… ale jak ty na­prawdę masz na imię? – za­py­ta­łem, pod­no­sząc się na łóżku.

– Ra­mie. Ale wolę, gdy lu­dzie na­zy­wają mnie Ray.

– Wow.

Wie­dzia­łem, że tak na­prawdę nie ma na imię Doe, ale fakt, że od­zy­skała praw­dziwe imię, wciąż mnie szo­ko­wał.

– Ale je­śli chcesz, mo­żesz mnie na­zy­wać Doe – po­wie­działa, a ja po­czu­łem, że na­prawdę ma to na my­śli. – Od­no­szę wra­że­nie, że te­raz mam ty­siąc imion – Doe, Ra­mie, zwier­za­czek. Cho­ciaż moim ulu­bio­nym jest „ma­mu­sia”.

– Moim też – do­dał King.

I na­gle w przej­ściu po­ja­wiło się dwoje blond dzieci, jakby wy­czuły, że o nich roz­ma­wiamy.

– Ma­mu­siu, ma­mu­siu, ma­mu­siu, mamo, ma­aaamooo – krzy­czały, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, po pro­stu nie prze­sta­wały jej wo­łać, jakby chciały do­pro­wa­dzić swo­ich ro­dzi­ców do obłędu.

– Co­fam, co po­wie­dzia­łam – wy­znała Doe z uśmie­chem.

King po­biegł w stronę dzieci i wziął je w ra­miona. Ko­pały i pisz­czały za­chwy­cone.

– Chodź­cie, zro­bię wam coś do je­dze­nia. I nie obudź­cie swo­jej sio­strzyczki, bo ina­czej wa­sza mama… – Jego głos ucichł w ko­ry­ta­rzu.

– Gdzie jest, kurwa, Bear? – za­py­ta­łem, sia­da­jąc. – Tylko jego ostat­nio tu nie wi­dy­wa­łem. – Mgli­ście pa­mię­tam, że był tu­taj, kiedy obu­dzi­łem się po raz pierw­szy.

Ugią­łem ko­lana, te­stu­jąc ogra­ni­cze­nia mo­ich sta­wów. Wszystko trzesz­czało, strzy­kało i chru­pało, jak w pie­przo­nej re­kla­mie płat­ków śnia­da­nio­wych, ale wsta­nie z łóżka o wła­snych si­łach było świet­nym uczu­ciem.

Doe za­jęła się po­pra­wia­niem po­du­szek.

– Bear czę­sto przy to­bie sie­dział, ale te­raz na pewno jest za­jęty spra­wami klubu. Ostat­nio sporo się tam dzieje, od­kąd prze­jął wła­dzę.

– Masz na my­śli: od­kąd za­bił Chopa – po­wie­dzia­łem. – W po­rządku, mo­żesz wy­mó­wić jego imię. Mó­wi­łaś, że tamci skur­wiele już nie żyją, prawda? Więc to już nie ma zna­cze­nia.

Gdyby to tylko była prawda…

– Coś w tym stylu.

– Ża­łuję, że mnie tam nie było, chciał­bym to zo­ba­czyć – przy­zna­łem, szu­ra­jąc no­gami o dy­wan i ła­piąc się po dro­dze wszel­kich me­bli, gdy co­raz bar­dziej i bar­dziej od­da­la­łem się od łóżka.

– Ze­msta to nie wszystko, Preppy. Li­czy się to, że tu je­steś.

– Nie, wcale nie mu­siał­bym być świad­kiem śmierci Chopa, ważne, że do tego do­szło. Ale chciał­bym zo­ba­czyć, jak Bear zdo­bywa dziew­czynę – po­wie­dzia­łem, a Doe się za­śmiała. – Musi być wy­jąt­kowa. Przy­po­mnij mi, jak ona ma na imię?

– Thia – od­parła Doe. – Po­lu­bisz ją.

– Na pewno – stwier­dzi­łem, za­sta­na­wia­jąc się, jaka była ta dziew­czyna, która spra­wiła, że Bear za­pra­gnął cze­goś wię­cej niż tylko szyb­kiego bzy­kanka.

Bo je­śli jest cho­ciaż tro­chę po­do­bna do dziew­czyny, która spra­wiła, że ja za­pra­gną­łem wię­cej…

Doe wy­rwała mnie z za­my­śle­nia.

– Przy­nio­słam ci ubra­nia – po­wie­działa, od­wra­ca­jąc wzrok od tyłu mo­jej szpi­tal­nej ko­szuli. Wie­dzia­łem, że się roz­wią­zała, bo czu­łem na tyłku chłodne po­wie­trze kli­ma­ty­za­tora. – Je­steś pe­wien, że nie po­trze­bu­jesz po­mocy? – za­py­tała znowu.

– Nie. Chcę się ubrać sam. Po­czuć się znowu jak czło­wiek. Wiesz, to mały krok dla ludz­ko­ści i tak da­lej.

– Prep – ostrzegł King, który na­gle po­ja­wił się w przej­ściu, tym ra­zem bez dzieci.

– Po­waż­nie, sze­fie? Wra­cam z mar­twych, a ty wciąż tru­jesz mi dupę o Doe? W tej sy­tu­acji jedno bzy­kanko z li­to­ści nie by­łoby ni­czym złym – wy­tkną­łem, w pełni przy­go­to­wany na ri­po­stę.

– Mo­żesz ro­bić i mó­wić, co chcesz, Prep – od­parł King za­ska­ku­jąco spo­koj­nym to­nem.

Naj­wy­raź­niej nie tylko ja by­łem za­sko­czony jego nowo od­na­le­zio­nym spo­ko­jem du­cha, bo Doe wy­gląda na rów­nie zdzi­wioną, co ja. A po­tem King się uśmiech­nął i już wie­dzia­łem, że coś jest nie tak.

A może po pro­stu wszystko zmie­niło się bar­dziej, niż mi mó­wili…

– Eee… po­waż­nie? – za­py­ta­łem. W ko­la­nach mi strzyk­nęło, kiedy znowu po­ru­szy­łem no­gami. Po­woli otrzą­sną­łem koń­czyny, a po­tem w końcu pa­mięć mię­śniowa wró­ciła i by­łem w sta­nie zro­bić kilka kro­ków. – Gdzie jest ha­czyk?

– Mo­żesz pier­do­lić od rze­czy, ile tylko chcesz, o ile je­steś go­towy znowu umrzeć – po­wie­dział, mocno przy­cią­ga­jąc do sie­bie Doe. – Tym ra­zem na­prawdę.

Zgro­mi­łem go wzro­kiem.

– Nie je­steś przy­ja­cie­lem. Je­steś po­two­rem! – krzyk­ną­łem dra­ma­tycz­nie, ro­biąc co­raz dłuż­sze kroki po po­koju. Na­gle, gdy tak szu­ra­łem po ró­żo­wym dy­wa­nie, ude­rzyło mnie pewne wspo­mnie­nie.

Za­ci­ska­łem ręce na czy­imś gar­dle. Ja­kaś ko­bieta krzy­czała. Bły­snęły mi przed oczami ciemne włosy.

Za­mar­łem.

– Czy oprócz was ktoś tu­taj był? Kiedy się obu­dzi­łem albo wcze­śniej? – za­py­ta­łem.

– A spo­dzie­wa­łeś się ko­goś? – do­cie­kał King.

– Nie, ale mam dziwne po­czu­cie, że… – urwa­łem, ga­piąc się na ścianę w ko­lo­rze ró­żo­wej gumy ba­lo­no­wej. Te­raz była ró­żowa, ale kie­dyś miała nie­bie­ski ko­lor. To był mój dawny po­kój. Po­kój, w któ­rym pę­kłem i za­ci­sną­łem ręce na gar­dle Dre. To mu­siało być wspo­mnie­nie. Dziwne, ale wspo­mnie­nie. – Nie­ważne. Mój mózg chyba wciąż źle działa.

Doe odło­żyła ubra­nia na łóżko.

– Bę­dziemy w po­koju, jak już skoń­czysz. Chyba że po­trze­bu­jesz po­mocy tam na dole? – za­py­tał King.

– Od­pier­dol się – po­wie­dzia­łem, po­ka­zu­jąc mu środ­kowy pa­lec. King od­wza­jem­nił ten gest.

– Wi­taj w domu, skur­wielu – mruk­nął, nie mo­gąc ukryć uśmie­chu. To była na­sza wer­sja przy­tu­la­nia.

Ko­cham tego wiel­kiego, wred­nego dra­nia.

Po­pa­trzy­łem na ubra­nia le­żące na łóżku – wy­pra­so­wana biała ko­szula, spodnie khaki i ró­żo­wo­żółte szelki, a także muszka. To był mój ty­powy strój przed Na­rnią. Prze­su­ną­łem ręką po mięk­kim, czy­stym ma­te­riale, ale kiedy pod­nio­słem ko­szulę ze stosu, na­tych­miast ją upu­ści­łem, jakby mnie ukłuła w rękę. Ze­pchną­łem na bok szelki i muszkę, a po­tem wy­cią­gną­łem spod spodu szare spodnie dre­sowe i zwy­kły biały Tshirt.

Zsze­dłem na dół do sa­lonu, trzy­ma­jąc się ba­rierki. Po­woli sta­wia­łem kroki na scho­dach, a z każ­dym ko­lej­nym było mi ła­twiej, bo mię­śnie przy­zwy­cza­jały się do cho­dze­nia i przy­po­mi­na­łem so­bie, jak sta­wiać jedną stopę przed drugą.

Za­mar­łem w bez­ru­chu, za­nim skrę­ci­łem za róg, bo usły­sza­łem ści­szone głosy.

– Nie wiem, dla­czego go okła­ma­li­śmy. To było głu­pie – po­wie­działa Doe.

Kiedy King się ode­zwał, wy­chwy­ci­łem w jego gło­sie po­czu­cie winy.

– A co mie­li­śmy po­wie­dzieć? „Tak, Prep, mia­łeś go­ścia, gdy by­łeś w śpiączce. A tak przy oka­zji, nie wiem, kim jest ta dziew­czyna, ale obu­dzi­łeś się spa­ni­ko­wany i nie­mal ją udu­si­łeś, a poza tym na­zwa­łeś ją swoją żoną. I prze­ra­zi­łeś Be­ara, który my­śli, że to przez jego po­do­bień­stwo do psy­chicz­nego ojca, więc po­sta­no­wił tu wię­cej nie przy­cho­dzić, żeby ci znowu nie od­biło, bo jesz­cze pró­bo­wał­byś go za­bić”?

Cały się spią­łem.

Ona na­prawdę tu była.

King wes­tchnął ciężko. Wyj­rza­łem zza ściany i zo­ba­czy­łem, że trzy­mał głowę w dło­niach. Sie­dząca na pod­ło­kiet­niku ka­napy Doe gła­skała go po ple­cach. Dwójka dzieci sie­działa przy stole z boku, wy­ry­wała okru­chy ze swo­ich ka­na­pek i rzu­cała nimi w sie­bie na­wza­jem.

– Wiem, że to trudne, ale mu­simy mu po­wie­dzieć prawdę. On na to za­słu­guje. Je­ste­śmy jego ro­dziną. Nie mo­żemy go okła­my­wać.

– Na­szym za­da­niem jako jego ro­dziny jest go chro­nić, więc nie mo­żemy go w tej chwili obar­czyć wszyst­kim na raz – po­wie­dział King. – Już i tak prze­szedł zbyt, kurwa, wiele. Ża­łuję, że nie wie­dzia­łem, gdzie się znaj­do­wał. A cały ten czas był tak bli­sko. Tak ku­rew­sko bli­sko… – King urwał.

Wsze­dłem do sa­lonu, go­towy mu po­wie­dzieć, że nie po­wi­nien się ob­wi­niać za to, że nie wie­dział, gdzie prze­by­wa­łem.

Ale ona na­prawdę tu była.

Ani King, ani Doe nie wi­dzieli, że wsze­dłem do sa­lonu, kuś­ty­ka­jąc. King kon­ty­nu­ował:

– To wszystko jest już wy­star­cza­jąco po­pier­do­lone, więc jak, do dia­bła, mam mu po­wie­dzieć, że Grace nie żyje?

Ogar­nął mnie taki szok, że wpa­dłem na sto­lik, oznaj­mia­jąc swoją obec­ność.

– Cho­lera – za­klął King. Wstał i pod­szedł do mnie. Unio­słem ręce i cof­ną­łem się.

– Nie chcie­li­śmy, że­byś się tak do­wie­dział… – za­czął King, sfru­stro­wany prze­cze­su­jąc ręką włosy. – Kurwa, to moja wina.

– Nie. Nie – od­par­łem, ma­cha­jąc ręką lek­ce­wa­żąco i sta­ra­jąc się prze­łknąć gulę two­rzącą się w moim gar­dle. Nogi znów za­częły mi się trząść, ale wy­pro­sto­wa­łem się, bo nie chcia­łem, by oni po­czuli się jesz­cze go­rzej. Nie po­wi­nie­nem się za­ła­my­wać na ich oczach. – Nie ma­cie po­wodu, by się ob­wi­niać. Grace była chora, prawda? I to od dłuż­szego czasu. W su­mie to się do­my­śli­łem – skła­ma­łem. By­łem pe­wien, że Grace prze­ży­łaby ka­ra­lu­chy po apo­ka­lip­sie. Za­ło­żył­bym się, że gdyby prze­je­chała ją cię­ża­rówka, to ta cię­ża­rówka od­nio­słaby wię­cej ob­ra­żeń niż Grace.

Od­wró­ci­łem się, by ru­szyć do swo­jego po­koju. Albo do po­koju, który kie­dyś był mój.

– Idę pod prysz­nic – oznaj­mi­łem i skie­ro­wa­łem się w stronę scho­dów.

– Preppy, za­cze­kaj – za­wo­łał King, ale ja się nie za­trzy­ma­łem.

– On po­trze­buje czasu – po­wie­działa Doe.

Z każ­dym kro­kiem w stronę mo­jego po­koju praw­do­po­do­bień­stwo, że wy­buchnę pła­czem, wzra­stało. Do­piero gdy zna­la­złem się za za­mknię­tymi drzwiami, po­zwo­li­łem łzom po­pły­nąć. I pły­nęły.

Pła­ka­łem z po­wodu utraty Grace, która była dla mnie jak matka pod każ­dym wzglę­dem, cho­ciaż nie łą­czyły nas więzy krwi. Była matką, która ni­gdy mnie nie za­wio­dła. Ko­bietą, która besz­tała mnie, gdy zro­bi­łem coś, czego nie apro­bo­wała, ale ni­gdy mnie nie osą­dzała. Ko­chała mnie za to, jaki je­stem. Ko­chała moje sza­leń­stwo.

I ni­gdy nie pró­bo­wała mnie zmie­nić.

A ja na­wet się z nią nie po­że­gna­łem.

W końcu po­sze­dłem pod prysz­nic i zo­sta­łem tam długo, bar­dzo długo. Kiedy z tru­dem wy­sze­dłem z ka­biny, chcia­łem się od­lać, ale ką­tem oka zo­ba­czy­łem swoje od­bi­cie w lu­strze. Od­wró­ci­łem się w stronę lu­stra i zo­ba­czy­łem ko­goś, kogo nie wi­dzia­łem w chuj długo. Ko­goś, na kogo kie­dyś lu­bi­łem pa­trzeć.

I to bar­dzo.

Nie by­łem, kurwa, głupi. Wie­dzia­łem, że po tym, przez co prze­sze­dłem, nie je­stem ma­te­ria­łem na okładkę pi­sma dla fa­ce­tów.

Nie spo­dzie­wa­łem się jed­nak zo­ba­czyć w lu­strze zu­peł­nie ob­cej osoby.

Po­chy­li­łem się w stronę lu­stra. Po­ma­ca­łem długą, po­plą­taną brodę i nie­mal szlag mnie tra­fił, kiedy wy­czu­łem pod spodem za­pad­nięte po­liczki. Ko­ści wo­kół mo­ich ciem­nych i za­pad­nię­tych oczo­do­łów wy­sta­wały, przez co wy­glą­da­łem jak je­bany ja­ski­nio­wiec. Moje oczy, które kie­dyś miały piwny ko­lor, te­raz były przy­ga­szone, ra­czej w ko­lo­rze gówna.

Przy­naj­mniej Grace mnie te­raz nie wi­dzi.

Na­wet gdy mia­łem dłuż­sze włosy, za­wsze góra była długa, a boki wy­go­lone, by po­ka­zy­wały ta­tu­aże po bo­kach mo­jej głowy. Po tych wszyst­kich la­tach, gdy mnie tor­tu­ro­wano, krót­sza część się­gała mi te­raz za ra­miona i z ja­kie­goś po­wodu włosy wy­da­wały się ciem­niej­sze niż średni blond, który mia­łem kie­dyś.

Wy­glą­da­łem jak chud­sza, bar­dziej obłą­kana wer­sja Je­zusa Chry­stusa.

Jak cho­dząca śmierć.

Mo­głem po­li­czyć so­bie że­bra, a już od dawna, od dziecka nie po­tra­fi­łem tego zro­bić. I na­gle znów zna­la­złem się na po­dwórku, a po­tężny ni­czym za­wod­nik sumo dwu­na­sto­la­tek, który wszedł w okres doj­rze­wa­nia wcze­śniej, niż po­wi­nien, bił mnie przed szkołą.

Wszystko, co do­ty­czyło tej ża­ło­snej po­staci w od­bi­ciu, opo­wia­dało hi­sto­rię, któ­rej nie na­le­żało po­wta­rzać. Za­krę­ciło mi się w gło­wie. Zła­pa­łem się zlewu dla rów­no­wagi i po­chy­li­łem się, pa­trząc na cienką smużkę rdzy wo­kół od­pływu.

Na­wet po tym wszyst­kim, co w ży­ciu prze­sze­dłem, ni­gdy nie uwa­ża­łem sie­bie za ofiarę.

Ale wła­śnie na ofiarę pa­trzy­łem te­raz w lu­strze.

Po raz ostatni spoj­rza­łem z nie­za­do­wo­le­niem na swoje od­bi­cie i pod­sze­dłem do to­a­lety. Opar­łem się o ścianę i wy­cią­gną­łem fiuta, by się od­lać. Nie mo­głem prze­stać my­śleć o Grace.

Je­steś do­brą osobą, mój Sa­mu­elu. Je­steś do­brym chłop­cem – sły­sza­łem w gło­wie jej słowa. – Twoi bli­scy cię ko­chają. W trak­cie od­le­wa­nia od­sze­dłem od to­a­lety, roz­pry­sku­jąc mocz na klapę i pod­łogę. Gwał­tow­nie otwo­rzy­łem szafkę pod zle­wem. Przy­kuc­ną­łem, a moje ko­lana chrup­nęły gło­śno jak roz­cie­rany w dłoni żwir. Jęk­ną­łem, czu­jąc to dziwne do­zna­nie i sły­sząc jesz­cze gor­szy dźwięk.

– Wszystko w po­rządku, Preppy? – za­py­tała Doe zza drzwi.

– Tak – wark­ną­łem. Kto jak kto, ale ona nie za­słu­gi­wała na moje po­iry­to­wa­nie. Na­tych­miast ogar­nęło mnie po­czu­cie winy. – Tak – po­wtó­rzy­łem nieco ła­god­niej, cho­ciaż nie wy­szło le­piej, bo za­ci­ska­łem zęby z bólu pa­lą­cego mnie w no­gach i w tor­sie.

– Okej, wszy­scy bę­dziemy w sa­lo­nie. Więc… no wiesz. Jak skoń­czysz, to tam nas znaj­dziesz. Cze­kamy na cie­bie. – Jej głos prze­peł­niał smu­tek. – Tak mi przy­kro, Prep – po­wie­działa.

Usły­sza­łem szu­ra­nie jej dłoni po drzwiach od dru­giej strony, gdy ją opusz­czała, a po­tem ci­che kroki na dy­wa­nie, aż w końcu dźwięk za­my­ka­nych drzwi od sy­pialni.

Będę ją mu­siał póź­niej prze­pro­sić za by­cie ta­kim dup­kiem. Nie za­słu­gi­wała na to, bym się na niej wy­ży­wał z po­wodu tego, przez co prze­sze­dłem.

By­łem po pro­stu tak cho­ler­nie zmę­czony. Zmę­czony le­że­niem w łóżku przez tak długi czas. Zmę­czony mar­no­wa­niem czasu. Zmę­czony tym, że nie ży­łem.

Zmę­czony tym, że by­łem, kurwa, mar­twy.

A może po pro­stu by­łem zmę­czony by­ciem, kurwa, zmę­czo­nym.

Kiedy zna­la­złem to, czego szu­ka­łem, zła­pa­łem się zlewu i pod­cią­gną­łem. Pod­łą­czy­łem to, co we­dług mnie miało być roz­wią­za­niem mo­jego pro­blemu, i po­ma­cha­łem tym lek­ce­wa­żąco w po­wie­trzu.

– Pa, pa, skur­wielu – po­wie­dzia­łem do swo­jego od­bi­cia.

Włą­czy­łem urzą­dze­nie i zo­ba­czy­łem pa­nikę w oczach tego chuja, gdy w ma­łej ła­zience roz­legł się wi­bru­jący dźwięk.

Usta­wi­łem na go­le­nie i prze­je­cha­łem ma­szynką po gło­wie, od czoła do karku, jed­nym ru­chem.

Na­tych­miast za­lało mnie po­czu­cie sa­tys­fak­cji, kiedy prze­su­ną­łem pal­cami po świeżo ogo­lo­nej gło­wie.

Mu­sia­łem zro­bić coś wię­cej. O wiele wię­cej.

To wszystko musi znik­nąć!

Na­wet nie pró­bo­wa­łem naj­pierw ob­ciąć wło­sów no­życz­kami, więc każde prze­su­nię­cie ma­szynką po gło­wie pa­liło, jak­bym był po­woli skal­po­wany, jed­nak to mnie nie po­wstrzy­mało. W du­pie mia­łem ból.

Po tym wszyst­kim.

Bo ból nie był dla mnie żadną no­wo­ścią. Ale wol­ność tak.

Czu­łem się wolny od gniewu. Od żalu. Już nie mu­sia­łem się za­mar­twiać, czy będę osobą, którą by­łem, za­nim to wszystko się wy­da­rzyło.

Ta osoba była dla mnie nie­mal ta­kim sa­mym ob­cym jak Je­zus w od­bi­ciu, który zaj­mo­wał się po­trzebną od dawna de­pi­la­cją. Krwa­wi­łem i two­rzy­łem so­bie na gło­wie za­dra­pa­nia, bo raz po raz prze­jeż­dża­łem po niej ma­szynką.

Mia­łem to w du­pie.

Co­raz wię­cej wło­sów opa­dało na stertę przy mo­ich sto­pach. Naj­pierw z głowy, po­tem z twa­rzy, gdy za­ją­łem się brodą, aż w końcu by­łem ogo­lony – i zo­ba­czy­łem skórę, która od lat nie wi­działa świa­tła dzien­nego, a te­raz mo­gli ją uj­rzeć wszy­scy.

W tym ja.

Sa­tys­fak­cja to­wa­rzy­sząca mi pod­czas go­le­nia szybko zmie­niła się w roz­cza­ro­wa­nie i na­gły ucisk w żo­łądku. Zła­pa­łem się brze­gów umy­walki i z wark­nię­ciem po­chy­li­łem głowę.

Spo­dzie­wa­łem się, że uj­rzę ko­goś no­wego. Ko­goś czy­stego.

Ale wcale taki nie by­łem.

W mo­jej klatce pier­sio­wej za­pło­nął gniew, bul­go­tał i wrzał, kiedy do­tarło do mnie, że wciąż pa­trzę na tego sa­mego udrę­czo­nego czło­wieka, któ­rego wi­dzia­łem parę chwil wcze­śniej.

Tylko ogo­lo­nego.

Te­raz wy­chu­dze­nie i bli­zny były jesz­cze le­piej wi­do­czne. Wi­dzia­łem każdy gu­zek i źle za­go­jone roz­cię­cie. Moje ta­tu­aże po bo­kach głowy, kie­dyś ko­lo­rowe, te­raz były po­strzę­pione i po­orane bli­znami, tak samo jak cienka jak pa­pier skóra na twa­rzy prze­ci­nana łzami, co pa­so­wało do reszty mo­jego znisz­czo­nego ciała.

Z mo­jego gar­dła wy­rwał się wrzask. Od­chy­li­łem się i ude­rzy­łem w od­bi­cie. Ka­wałki szkła po­sy­pały się po pod­ło­dze, za­bar­wiły stos wło­sów kro­plami gę­stej czer­wieni, która wy­pły­wała rów­nież ze środka pęk­nię­tego lu­stra. Ale to mi nie wy­star­czyło. Ude­rza­łem raz po raz, a pięść pa­liła mnie od każ­dego ciosu w lu­strzaną ta­flę.

– Jak ja cię, kurwa, nie­na­wi­dzę! – krzyk­ną­łem ile sił w płu­cach, plu­jąc do­okoła i ude­rza­jąc w lu­stro raz za ra­zem, aż moje knyk­cie całe po­kryły się krwią.

Upa­dłem na pod­łogę, a moje ra­miona za­trzę­sły się od gniewu, który zmie­nił się w roz­pacz. Sku­li­łem się i przy­cią­gną­łem ko­lana do piersi, chcąc, by cały świat wo­kół się ode mnie od­pier­do­lił.

Chcia­łem, by wszystko się od­pier­do­liło.

Za­ci­sną­łem za­krwa­wione dło­nie w pię­ści i uda­łem się do je­dy­nego miej­sca, w któ­rym czu­łem się bez­piecz­nie: w głąb umy­słu, do wspo­mnień tak wy­raź­nych i ja­snych, że cza­sami wy­da­wały mi się nie­praw­dziwe, jakby ni­gdy się nie wy­da­rzyły.

Za­mkną­łem oczy i za­czą­łem od­pły­wać wśród sterty toż­sa­mo­ści, któ­rej się po­zba­wi­łem. By­łem już da­leko na ścieżce pro­wa­dzą­cej do tego miej­sca, gdy na­gle wo­kół mnie usły­sza­łem za­mie­sza­nie, jed­nak nie po­tra­fi­łem pod­nieść głowy i spraw­dzić, o co cho­dzi. Na­wet wtedy, gdy drzwi otwo­rzyły się z hu­kiem, wy­pa­dły z za­wia­sów i ude­rzyły o pod­łogę. Ani wtedy, gdy chór za­tro­ska­nych gło­sów, mę­skich i żeń­skich, roz­legł się nade mną. Ktoś do ko­goś krzy­czał.

A może do mnie.

Na­wet nie by­łem w sta­nie otwo­rzyć oczu, kiedy nie­siono mnie do po­koju i kła­dziono na łóżku, któ­rego tak nie­na­wi­dzi­łem, bo już do­tar­łem na miej­sce – go­ni­łem za dziew­czyną o ciem­nych oczach przy­po­mi­na­ją­cych oczy lalki, kru­czo­czar­nych wło­sach i in­ten­syw­nie czer­wo­nych, po­nęt­nych ustach.

„Za­trzy­maj mnie”, wy­szep­tała, przy­wo­łu­jąc mnie do sie­bie pal­cem.

Po­czu­łem, że ktoś mnie ob­raca i spraw­dza, czy zro­bi­łem so­bie krzywdę, i po­zwo­li­łem na to, bo to już nie miało zna­cze­nia.

Nic nie miało zna­cze­nia.

Go­ni­łem za nią co­raz da­lej i da­lej, aż głosy wo­kół mnie znik­nęły.

I nie­za­leż­nie od tego, jaki by­łem szybki, ona ucie­kała szyb­ciej.

I wkrótce już jej nie go­ni­łem. Zgu­bi­łem ją. Je­stem sam, stoję po­środku to­rów. Nie­ru­chomy.

Pa­trzę w ośle­pia­jące żółte świa­tła nad­jeż­dża­ją­cego po­ciągu, jest co­raz bli­żej i bli­żej… Aż jest już, kurwa, za późno.