Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Preppy nie jest już tym samym człowiekiem co wcześniej. Po miesiącach spędzonych w zamknięciu musi na nowo przystosować się do zasad brutalnego świata, w którym prym wiodą groźni przestępcy. Niebezpieczny gangster próbuje na nowo odnaleźć swoje miejsce u boku Dre, jednak jego zachowanie zaczyna wymykać się spod kontroli – mężczyzna ma problemy z pamięcią, lunatykuje, a także doznaje silnych halucynacji.
Równocześnie Preppy i Dre starają się budować wspólne życie. Mimo przeżytych traum robią wszystko, by w końcu stworzyć normalną rodzinę. Wkrótce w ich otoczeniu pojawia się Bo, zaniedbany chłopiec, z którym szybko nawiązują szczególną więź.
„Preppy” to seria erotyczna opowiadająca nie tylko o traumie i bolesnych wspomnieniach, ale również o nadziei na lepszą przyszłość. Pomysłowość i oryginalność T.M. Frazier sprawiają, że nie sposób oderwać się od tej przejmującej historii!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 285
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł: Preppy. Życie i śmierć Samuela Clearwatera. Część 2
Tytuł oryginału: Preppy. The Life & Death of Samuel Clearwater. Part Two
Przekład z języka angielskiego: Sylwia Chojnacka
Copyright © T.M. Frazier, 2026
This edition: © Risky Romance/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt okładki: Damian Niewczyński
Redakcja: Justyna Yiğitler
Korekta: Joanna Armatowska
ISBN 978-91-8153-421-4
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Risky Romance / Gyldendal A/S Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
Dla Logana i Charley
Wszyscy kiedyś umrzemy, lecz nie wszyscy wiedzą, jak żyć.
– William Wallace
PROLOG
Preppy
W ODDALI DOSTRZEGAM ŚWIATŁO. Jest jasne, płonie i cholernie oślepia. Nie mogę go uchwycić, chociaż wydaje się, że jest tak blisko. Mogę o nim mówić. Mogę o nim myśleć, ale zdaje się takie nieprawdziwe. Jakby go tam, kurwa, w ogóle nie było. Doprowadza mnie to do obłędu. Nie mogę przestać myśleć o tym, by je uchwycić.
Wyciągam do ciebie ręce.
Bo, jak powiedziałem wcześniej w moim liście, to ty jesteś moim światłem, gdy otacza mnie tylko ciemność.
Próbuję ją ignorować, bo mam wyjebane na śmierć, chociaż wołanie mojego imienia towarzyszy mi zawsze i wszędzie. Pieprzyć wszystko, co spróbuje mnie powstrzymać przed odnalezieniem drogi do ciebie. Jeśli uwolnię się kiedyś z kajdan, którymi jestem przywiązany do wrót piekła, bez wątpienia od razu po ciebie przyjdę, doktorku.
Bo to właśnie dzięki tobie wytrzymałem te wszystkie miesiące.
To dzięki tobie chciałem pozostać przy życiu.
Co jest czasami w chuj trudne, bo kiedy śmierć woła, brzmi jak dawna przyjaciółka, która oferuje ukojenie, to łatwo byłoby z tego skorzystać. Ale przecież mnie znasz, pewnie lepiej niż ktokolwiek inny, więc wiesz, że nigdy nie byłem człowiekiem, który idzie na łatwiznę. Może właśnie dlatego postanowiłem do ciebie wrócić.
Do nas.
Kostucha po mnie przyszła, zażądała, bym ujął jej dłoń. Powiedziała, że jest moją przyjaciółką, moją towarzyszką w śmierci.
Nie mogłem się powstrzymać i po prostu zaśmiałem się tej suce w twarz, powiedziałem, że jej siostra śmierć robi dobre laski. Na szczęście wysłała mnie na drugą stronę rzeki, na co przystałem z radością.
Wróciłem do życia. Do możliwości.
Bardzo dawno temu, kiedy byłem jeszcze małym chudym szczylem, którego dręczyciel bił na szkolnym podwórku, poznałem kogoś, kto ochronił mnie, gdy nikt inny nie chciał tego zrobić. Tamtego dnia stworzyliśmy plan, który zakładał, że kiedyś zostaniemy własnymi szefami. To, że byliśmy wtedy dziećmi, nie miało znaczenia, bo mówiliśmy na serio. Tak samo, jak w tej chwili mówię, kurwa, na serio.
I dlatego gdy stanąłem oko w oko ze żniwiarzem, naplułem mu w twarz.
Bo nazywam się Samuel Clearwater i od nikogo nie przyjmuję rozkazów.
Nawet od śmierci.
ROZDZIAŁ 1
Dre
– O CO MU CHODZI? – zapytała Ray i stanęła obok mnie przy łóżku Preppy’ego. Po tym nagłym wybudzeniu szybko znowu stracił świadomość, a ja poczułam się jeszcze bardziej zdezorientowana, niż kiedy tu przyszłam i odkryłam, że on żyje. – Dlaczego nazwał cię swoją żoną?
Pokręciłam głową.
– Nie… Nie wiem – odparłam, nie mogąc się skupić na jej pytaniu, bo wciąż nie potrafiłam przetrawić tego, że Preppy żyje. Był zmaltretowany i w ogóle siebie nie przypominał…
Ale żył.
– To pewnie tylko jakieś bzdury – odezwał się z progu Bear. – Od paru dni coś tam mamrocze pod nosem. Według jednego z lekarzy świadczy to, że jego ciało doszło do siebie na tyle, by zwalczył śpiączkę. Doktor powiedział, że może to zająć jeszcze kilka tygodni, ale to dobry znak.
– Tak, ale dwa inne matoły myślą, że to tylko odruch, który nic nie oznacza – dodał King. Wyglądał na nieco sceptycznego.
– Jak… Jak to… w ogóle… możliwe? – zapytałam, zakrywając usta dłonią.
Pochyliłam się nad jego ciałem, by sprawdzić, czy to naprawdę on czy jednak wzrok płata mi figle. Jego klatka piersiowa wznosiła się i opadała, a jego oddech był najpiękniejszą melodią, jaką słyszałam w życiu.
Ray chciała coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zamilkła, jakby nabrała podejrzeń co do mojej obecności. Twardo patrzyła na moją dłoń, którą dotykałam ręki Preppy’ego. Najwyraźniej tylko ona kwestionowała moje intencje, bo pozostała trójka zniknęła w korytarzu, zostawiając nas same w pokoju.
Nie same.
Z Preppym.
Ścisnęłam jego dłoń i odetchnęłam z ulgą, dziękując w duchu wszechświatowi i dławiąc się szlochem.
– Preppy… – Ray wbiła wzrok w podłogę i zaszurała stopami. Skrzyżowała ręce na piersi. – Był tutaj przez cały czas. W Logan’s Beach – powiedziała takim tonem, jakby sama nie mogła w to uwierzyć.
Sapnęłam.
– Ale dlaczego? Jak to możliwe?
– Nie znamy szczegółów. Wiemy tylko tyle, że był przetrzymywany i że facet, który go więził, musiał mieć w garści wielu ludzi, dzięki czemu sprawił, że wszyscy uwierzyli w jego śmierć.
– A co mówi policja?
Kiedy Ray przekrzywiła głowę na bok, dotarło do mnie, jak głupio musiało zabrzmieć moje pytanie.
– Jak dobrze znasz Preppy’ego?
Uśmiechnęłam się do niej spięta.
– Na tyle dobrze, by wiedzieć, że niepotrzebnie pytałam o policję.
Ray pokiwała głową, jakbym udzieliła właściwej odpowiedzi.
– King i Bear już się tym zajmują. Nie wierzą, że ktoś się zajmie tą sprawą lepiej od nich. Całymi nocami aż do wschodu słońca przepracowują różne teorie i śledzą kroki wszystkich potencjalnie powiązanych z tą sprawą, by dowiedzieć się, kto jeszcze mógł być w to zaangażowany. – Wskazała na Preppy’ego. – Ale tylko on wie, co się tam wydarzyło, i jestem przekonana, że ani jedna sekunda tam spędzona nie była miła. Wiemy tylko tyle, że ma szczęście, bo przeżył. Cieszymy się.
– Tak, tak, cieszymy się – zgodziłam się, skupiając wzrok na Preppym, który mocno ściągał brwi, jakby śnił mu się koszmar, z którego nie potrafił się wybudzić.
– Wspominałaś, że jesteś jego przyjaciółką, tak? – zapytała znowu Ray, jakby potrzebowała lepszego wyjaśnienia niż to, której jej dałam.
Nie ona jedna.
– Poznaliśmy się dawno temu – powiedziałam, bo nie wiedziałam, jaka była właściwa odpowiedź. Nie miałam pojęcia, kim dla siebie byliśmy. Wiedziałam tylko, kim nie byliśmy. – Preppy kiedyś uratował mi życie – wyznałam, żeby powiedzieć jej cokolwiek na temat naszej relacji. – Właściwie więcej niż raz. – Zaśmiałam się i otarłam z policzka łzę.
Nagle Preppy podniósł się z łóżka z wrzaskiem, wyciągnął ramiona i zanim udało mi się zdusić przerażony szloch, Preppy zacisnął mi ręce na gardle. Ściskał i ściskał, aż zobaczyłam gwiazdki przed oczami, a moja tchawica zamknęła się pod siłą jego nieustępliwego uścisku.
Napięcie za moimi oczami narastało, aż miałam wrażenie, że zaraz wystrzelą mi z czaszki. Poczułam, że zaraz popękają mi naczynka krwionośne – tak mocno mnie trzymał.
Nawet nie byłam w stanie krzyknąć. Preppy brutalnie mnie popchnął, a moje łopatki zapulsowały bólem, gdy wpadłam na ścianę. Kolorowy plastikowy zegar spadł ze ściany i obił się o moją głowę, a potem spadł na podłogę. Rozległa się jakaś dziwna wersja piosenki Someday My Prince Will Come, gdy Preppy patrzył na mnie intensywnie, zaciskając zęby. Wszystkie mięśnie na jego szyi się napięły. Patrzyłam mu w oczy, szukając jakiegoś błysku rozpoznania, ale nic takiego nie dostrzegłam. Po jego martwym spojrzeniu zrozumiałam, że to nie mnie widział, dla niego nawet mnie tu nie było. Mocniej ścisnął moje gardło. Biodrami przycisnął mnie do ściany. Z każdą sekundą czułam się coraz słabsza. Nie walczyłam. Nie mogłabym z nim wygrać.
Wiedziałam, że umrę, i gdybym mogła się w tym momencie zaśmiać, to bym to zrobiła, bo moją ostatnią myślą było to, że przynajmniej zobaczyłam Preppy’ego przed śmiercią. Nawet jeśli to on mnie zabijał.
Jego ręka była jak obroża, a ramię jak smycz, gdy odciągnął mnie od ściany. Przez chwilę myślałam, że mnie puści, jednak on jeszcze mocniej mnie w nią wbił. I tym razem spadły na nas stojące na półce książki. Słyszałam krzyki, chór głosów męskich i żeńskich, ale zniknęły tak szybko, jak się pojawiły.
Nagle ucisk na mojej szyi zelżał i upadłam na podłogę, łapczywie wciągając powietrze do płuc. Udało mi się oddychać płytko, jednak to bolało, jakby ktoś rozpalił ogień w moim gardle. Nie było łatwo.
Ale przynajmniej w końcu oddychałam. Powoli odzyskałam wzrok, a głosy, które jeszcze przed chwilą wydawały się dalekie, teraz słyszałam tuż obok.
King i Bear trzymali Preppy’ego za ramiona. Odciągnęli go w stronę łóżka. Preppy krzyczał głośno i przeraźliwie. Ten dźwięk przeszył mnie na wskroś. Dopiero gdy siłą położyli go na łóżku, zaczął coś mówić.
– Skurwiele, złaźcie ze mnie! Nie mogę. Nie mogę! – wrzeszczał.
Krzyki przeszły w szlochy, a ja patrzyłam, jak jego ciało powoli przestaje się opierać. Oczy uciekły mu w głąb czaszki, zwiotczał. Po kilku sekundach jego klatka piersiowa zaczęła się równomiernie unosić i opadać. Jego kończyny wisiały zwiotczałe na brzegach materaca.
Wypadłam z pokoju, gdy tylko zyskałam pewność, że jest bezpieczny. Trzymałam dłonie na obolałym gardle. Pędziłam w stronę drzwi, chwilowo oślepiona światłem i widokiem Preppy’ego.
– Zaczekaj! – zawołała za mną Ray, ale ja się nie zatrzymałam.
Stawiałam krok za krokiem, aż znalazłam się w samochodzie i popędziłam drogą, dwukrotnie przekraczając dozwolony limit prędkości.
Zatrzymałam się na pierwszym parkingu, na jaki natrafiłam. Przed apteką. Wyłączyłam silnik i oparłam głowę o kierownicę. Zaczęłam szlochać. Płacz, wynikający jednocześnie z ulgi i zdezorientowania, eksplodował we mnie jak wulkan nawarstwionych emocji. Wydawało mi się, że minęło zaledwie kilka minut, gdy w końcu zebrałam się w sobie na tyle, by usiąść prosto i spojrzeć na zegarek. Nie, nie minęło kilka minut.
Tylko kilka godzin.
Palcami starłam łzy z policzków. A potem ni stąd, ni zowąd, jakbym zupełnie nie kontrolowała swoich emocji, zaczęłam się śmiać. Bo… Preppy żył.
Żył.
Śmiałam się coraz głośniej. Maniakalnie. To był wysoki chichot, którego ja sama nie rozpoznawałam. Cała ta sytuacja była niewiarygodna. Wręcz niemożliwa. Absurdalna. Surrealistyczna. I piękna.
To pieprzony cud.
To by było na tyle, jeśli chodzi o zamknięcie rozdziału.
ROZDZIAŁ 2
Dre
STOJĄC PRZED DOMEM MIRNY, zaciągnęłam się głęboko powietrzem i poczułam wszystkie zapachy, których brakowało mi przez te ostatnie lata – słony zapach pobliskiej Zatoki Meksykańskiej, woń pomarańczy z dziesiątek sadów w całym mieście i smakowity zapach grilla dobiegający z pobliskiej knajpy, który niemal czułam w ustach.
To wszystko pachniało jak Logan’s Beach. Jak dom.
Ale coś było nie tak. Jakby niebo nie powinno być aż tak niebieskie. Jakby nie powinno być na nim żadnej idealnej puchatej chmurki. Wydawało mi się, że światła nie powinny się zmieniać z czerwonego na zielone i na odwrót, i że dzieci nie powinny gonić na zardzewiałych rowerach za furgonetką z lodami, z której popsute głośniki puszczały ponurą wersję normalnie wesołej melodyjki. Już nawet nie wspomnę o tych pieprzonych dzwonach w kościele.
Zabawne w życiu jest to, że chociaż coś wstrząsa tobą dogłębnie, coś wytrąca cię z rytmu, to jednak świat wokół jakoś nie wydaje się tym dotknięty.
Albo wręcz ma wszystko w dupie.
A jednak ja tu stałam, w tym upale, w ciągu najpiękniejszego letniego popołudnia, czekając, aż uderzy we mnie meteoryt, który zabił dinozaury. Byłam na skraju wytrzymałości, drżałam, jakbym brała heroinę niedawno, a nie całe lata temu. Podobało mi się wszystko, co wiązało się z Logan’s Beach, ale jakoś nie potrafiłam się zmusić, by się tym cieszyć. Niemal ogarniało mnie poczucie winy, bo mogłam czuć te wszystkie niesamowite zapachy, a Preppy nie. Na pewno nie czuł ich teraz, leżąc w łóżku, ale też nie mógł ich czuć z miejsca, w którym przebywał przez ostatnie lata.
Musiałam uciszyć te myśli, zanim przejęłyby nade mną kontrolę. Mocno zacisnęłam powieki, by pozbyć się tysięcy złych rzeczy, które przelatywały przez mój umysł. W tej chwili dwoje małych dzieci minęło mnie, śmiejąc się jak dzikie hieny. Jedno śmigało na rowerze, ciągnąc za sobą drugie, które jechało na deskorolce. To mi przypomniało o czasie spędzanym z siostrą, gdy byłam młodsza.
W myślach pokazałam dzieciakom środkowy palec.
Oczywiście nie dlatego że na to zasługiwały, ale dlatego że nie miałam pojęcia, jak zrobić krok do przodu, a one w tym czasie bawiły się przednio.
Może powinnam do nich dołączyć.
Ale to chyba dobrze, że świat kręcił się dalej, bo gdyby przestał, to mniej by w nim było niebieskiego nieba i rowerów, a więcej zombie i apokalipsy.
Skup się, Dre, zganiłam się. Musisz się skupić. Dla taty.
– Hej, Dre, jesteś tu? – zapytał Brandon, machając mi ręką przed twarzą. – Totalnie odleciałaś.
Otrząsnęłam się z zamyślenia i zaśmiałam.
– Przepraszam, jestem trochę przytłoczona.
– Nie musimy robić tego teraz – powiedział Brandon. – Jak mówiłaś, nie poszło gładko. Każdy miałby problem na twoim miejscu. Nie musisz…
– Nie, muszę to zrobić. Muszę zająć się czymś, co przykuje moje myśli, bo inaczej zwariuję, jeśli będę rozmyślać o… – Zamilkłam, przenosząc ciężar z jednej stopy na drugą.
– O nim – dokończył za mnie Brandon. On zawsze wiedział, co chcę powiedzieć, i nigdy nie pozwalał mi czegoś w sobie dusić, co dla mnie było instynktowne. – Zastanawiasz się, co teraz zrobisz, tak? Skoro on żyje?
W jego głosie nie słyszałam oskarżenia. Tylko troskę. Pokręciłam głową.
– Nie. To znaczy… Tak?
Brandon przewrócił oczami, złapał mnie za ramiona i obrócił w swoją stronę. Machnął ręką w geście „wal śmiało”, a ja wiedziałam, że chce, abym kontynuowała, bo zawsze tak robił, kiedy nie mogłam się wysłowić. Odetchnęłam głęboko.
– Pomyślałam, że tak, nie wiem, co teraz zrobić, ale prawda jest taka, że jeszcze nie wiadomo, czy on w ogóle z tego wyjdzie, nawet lekarze tego nie wiedzą. Więc część mnie nie chce myśleć, że on żyje, w razie gdyby to się znowu miało zmienić… – Mój głos się załamał i wbiłam wzrok w żwir.
– Hej, spójrz na mnie – powiedział Brandon, po czym uniósł mój podbródek i podniósł mi głowę. – Kontynuuj.
– A nawet jeśli… – Odchrząknęłam. – Przeżyje? To niczego nie zmienia. On i tak mnie odepchnął. I tak powiedział niemiłe rzeczy, chcąc mnie celowo zranić, bo wcale mnie nie chciał.
– Ale przecież chciał. Napisał tak w liście, a to miało miejsce wiele lat po twoim wyjeździe.
– Tak, ale to wciąż było rok temu. A Preppy przeżył Bóg wie co i mogło go to zupełnie zmienić. A nawet gdyby nie chodziło o to, to wciąż pozostaje jeden gigantyczny powód i oboje wiemy, że to się nie skończy różami i słoneczkiem, więc czy możemy już wrócić do rozmowy na temat domu? Proszę? – zapytałam.
Uśmiechnęłam się żałośnie niezręcznie, odsłaniając górne i dolne zęby, przez co moja twarz na pewno wyglądała, jakby utknęła w tunelu aerodynamicznym.
– Dobra, ale to jeszcze nie koniec, i tak o tym porozmawiamy – oznajmił Brandon i uszczypnął mnie w policzek, by moja twarz wróciła do normalnego stanu.
– Obiecujesz? – zapytałam sarkastycznie.
– Cwaniara – mruknął. Skinął głową w kierunku domu. – Wiesz, twój tata cię o to nie prosił – zauważył. – I chyba by się wkurzył, gdyby się dowiedział.
– Cóż, w takim razie mu nie powiemy, prawda?
– Myślałem, że prawda jest częścią twojego odwyku.
– Przecież nie mówię mu, że pojadę jego samochodem do centrum handlowego, a w rzeczywistości wymienię go na działkę, która starczy na jeden dzień. To nawet nie było kłamstwo, ja tylko pominęłam prawdę dla jego dobra, nie by mu zaszkodzić.
– Skoro dzięki temu lepiej śpi ci się w nocy… – stwierdził Brandon, dramatycznie przewracając oczami. Podciągnął rękawy koszuli. – Ale pamiętaj, żeby omówić to ze swoją sponsorką, Andreo. Jestem pewien, że skomentuje logikę twojego działania.
– Edny w to nie mieszaj – ostrzegłam żartobliwie, groźnie kiwając na niego palcem.
Odwracając się od Brandona, osłoniłam oczy przed słońcem, by spojrzeć na coś, co kocham. Coś o wiele starszego i bardziej zużytego.
Dom Mirny.
A ponieważ Preppy dotrzymał słowa, teraz dom należał do mnie.
Moje serce zabiło nierówno, jakbym była na pierwszej randce. Natychmiast zauważyłam kreski na ganku, gdzie dziadek mierzył mój wzrost, gdy byłam mała, a także wyszczerbioną lampę z boku domu, która wyglądała tak dlatego, że kiedyś dostałam od babci na urodziny łuk i strzały i postanowiłam je wypróbować. Podobało mi się, że wszystkie drzewa przed domem pochylały się w lewo, co było skutkiem huraganu, który przeszedł tędy, gdy miałam dziewięć lat. Mój stary przyjaciel potrzebował remontu, bo był latami zaniedbywany, ale wciąż był dla mnie piękny. Zawsze będzie.
Nawet jeśli niedługo nie będzie mój.
Stopień na schodach ganku, ten, który kiedyś naprawiłam, znowu się odkształcił. Tym razem jednak to druga strona wygięła się do góry jak skrzydło gotowe do lotu. Na dachu brakowało wielu dachówek, przez co w dziurach pod spodem dało się dostrzec wyblakłą papę.
Cały ten dom był jak kolejna postać w moim życiu. I to bardzo ważna postać.
Przez cały odwyk, przygotowania do egzaminu na koniec szkoły średniej i studia na państwowej uczelni miałam w głowie pewien pomysł. Chciałam przeprowadzić się do Logan’s Beach na stałe po skończeniu uniwersytetu. Chciałam naprawić ten dom i sprawić, że będę dumna z tego miejsca w mieście, o którym nie potrafiłam zapomnieć.
Bo mimo wszystko Logan’s Beach było częścią mnie.
Było miejscem, gdzie moje życie niemal się skończyło i gdzie prawie się zaczęło.
Jednak po odwyku nauczyłam się jednego: plany się zmieniają, a ty musisz próbować dostosować się do sytuacji. I pierwszym krokiem w tym procesie dostosowywania jest sprzedanie domu, by pomóc tacie.
– Zawsze mówiłaś, jak bardzo kochasz to miejsce – odezwał się Brandon, marszcząc nos i patrząc na dom, jakby nie potrafił zrozumieć, co jest takiego wyjątkowego w starym zniszczonym domku stojącym przy zapomnianej drodze w małym miasteczku, w którym są dwa sygnalizatory świetlne i trzy znaki stopu.
– Bo kocham – zgodziłam się. – Ale bardziej kocham swojego tatę. Chociaż tyle mogę dla niego zrobić i sprzedać ten dom.
– Dre, to nie twoja wina, że interesy kiepsko mu idą – wytknął Brandon. – Twój tata jest właścicielem księgarni w świecie, w którym ludzie kupują książki głównie online.
– Wiem, ale to moja wina, że zaciągnął drugi kredyt pod hipotekę, żeby wysłać mnie na odwyk. I jeszcze jedną pożyczkę, bym mogła studiować. Ściągnął Mirnę, żeby mogła mieszkać blisko nas w ośrodku, który kosztował bardzo dużo, i wszystko za nią opłacał, bo ja chciałam być blisko babci w ciągu jej ostatnich dni. To przeze mnie tata ma długi. Może nie jestem przyczyną upadku jego sklepu, ale przyczyniłam się do tego, że zaraz straci dom – powiedziałam, dławiąc się, gdy przypomniałam sobie, ile bólu przysporzyły mu moje kłamstwa i że kiedyś nic mnie nie obchodziło.
Brandon uniósł brew i wsunął kciuki za pasek od spodni. Spojrzał na dom, a potem znowu na mnie. Wyglądał na zdezorientowanego i zagubionego. Zauważyłam plamy potu na jego białej koszuli, której materiał był zbyt gruby jak na wilgotną, gorącą pogodę południowej Florydy. Wilgoć sprawiła, że jego ciemne włosy, które zazwyczaj były ujarzmione, teraz sterczały na wszystkie strony. Jego mocno opalona skóra kontrastowała z białą koszulą, którą wyciągnął ze spodni i wachlował się nią dla ochłody. Byłam pewna, że gdybyśmy postali tam jeszcze chwilę, rozpuściłby się na miejscu.
Ruszyłam w stronę ganku. Sprawdziłam pierwszy stopień, następując na niego – rozpadł się na kawałki pod najmniejszym naciskiem.
– Tata potrzebuje mojej pomocy, ale sam o nią nie poprosi. Przecież wiesz, jaki jest uparty, kiedyś z nim pracowałeś. Poza tym on wciąż ma mnie za dziecko, ćpunkę i nie chce mnie niczym dodatkowo obarczać. – Sprawdziłam dwa kolejne stopnie i te okazały się w trochę lepszej kondycji niż ten, który zmienił się w wióry. – Myślę, że on się boi znowu popchnąć mnie do nałogu.
Zeskoczyłam ze stopni i ruszyłam w stronę garażu. Przesunęłam ręką po jedynych drzwiach garażowych, zostawiając smugę w pokrywającym je kurzu. Przypomniałam sobie o tych wszystkich rzeczach, których dziadek nauczył mnie w tym garażu – malowania, spawania, wiercenia.
– Twój tata cię kocha – oznajmił Brandon, gdy po chwili dołączyłam do niego na ganku. Ostrożnie stawiał kroki tylko tam, gdzie ja wcześniej, bo dzięki temu wiedział, że schody się nie pokruszą i nie wpadniemy pod podłogę.
– Wiem. I ja też go kocham. Właśnie dlatego to robię. I gdybym nie znalazła starych wezwań do zapłaty i pozwów od kredytodawcy w jego szufladzie, to nawet bym nie wiedziała, że jest o krok od utraty domu.
– Masz rację, ale mimo to ten dom jest dla ciebie wyjątkowy. Ja pierdolę, przecież ty wyglądasz, jakbyś miała ochotę go wycałować – powiedział Brandon ze śmiechem.
– Może nie od razu wycałować – odparłam, również się do niego uśmiechając – ale rzeczywiście jest dla mnie wyjątkowy. I zawsze będzie – przyznałam. – Ale gdybym wcześniej wiedziała, przez co przechodzi tata, to już dawno bym go sprzedała. On nigdy nie powinien był…
– Przestań, Dre. Potrzebowałaś tego odwyku. I musiałaś iść do szkoły. Twój tata zrobił to dla ciebie. A nie powiedział ci o tym, bo nie chciał cię martwić. Myślałem, że już skończyłaś się zadręczać. Czy tego też nie powinnaś unikać według tego twojego programu?
Brandon przyciągnął mnie do siebie i szybko pocałował w głowę, a potem puścił. Między mną a nim nie było żadnych sekretów. Wiedział o wszystkim, co w moim życiu mroczne i złe, a ja wiedziałam wszystko o jego życiu, chociaż najbardziej mroczną i złą rzeczą, jakiej się dopuścił, było ściąganie na teście w szóstej klasie.
– Dzięki, czyścioszku – powiedziałam do niego, używając ksywki, którą mu nadałam. Bo był czysty jak łza. – Staram się, jak mogę.
Niespiesznie otworzyłam frontowe drzwi, przypominając sobie, że Mirna zawsze stała po drugiej stronie, by przywitać mnie rozpromieniona ze swoimi słynnymi ciasteczkami. Dziwnie się czułam, gdy jej tu nie było. W domu, i ogólnie – na świecie.
Mirna zmarła pół roku temu.
– Cóż, jeśli jesteś pewna co do sprzedaży, to muszę ci pomóc doprowadzić ten dom do porządku – oznajmił Brandon, wygładzając dłońmi brązowe włosy. Rozpiął koszulę, odsłaniając jeszcze bardziej przesiąknięty potem podkoszulek. – Co mam robić?
Uniosłam brew, patrząc na niego.
– Ty miałbyś pomóc? A co ty wiesz o remontach?
– Absolutnie nic – przyznał ze śmiechem, a jego ciemnoszare oczy błysnęły rozbawieniem. Uśmiechał się tak szeroko, że pokazywał wszystkie zęby. – Ale ty wiesz wszystko na ten temat, więc możesz mnie nauczyć. Szybko się uczę. Poza tym jak myślisz, po co przeleciałem taki kawał drogi?
– Bo mój tata kazał ci mnie niańczyć – odpowiedziałam szczerze.
– Nie, dla moralnego wsparcia i żeby świadczyć usługi złotej rączki – odparł. Próbowałam powstrzymać się od śmiechu. Ostatnio Brandon próbował powiesić zdjęcie na ścianie. Po trzech minutach spadło.
Musiałam zrobić to sama.
Ten dom będzie wymagał sporo pracy, żeby nadawał się do sprzedaży, a czas mi nie sprzyjał. Przyda mi się każda pomoc, a w tej chwili tylko Brandon mi ją oferował.
– Dobra, to bierzmy się do roboty. Ja będę Timem Złotą Rączką, a ty Alem.
– Dlaczego ja muszę być Alem? – jęknął Brandon. – On nosi koszulę w kratę.
– Więcej włosów na twarzy – zażartowałam, ale mój uśmiech szybko zbladł, gdy weszłam do salonu i doświadczyłam silnego uczucia déjà vu, jakiego jeszcze w życiu nie czułam. I wtedy wspomnienia jedno po drugim zaczęły do mnie wracać, jakbym znowu je przeżywała. Siedziałam w salonie, próbując oszukać moją babcię, uciekałam do lasu przed kulami Preppy’ego, medytowałam z Mirną na podwórku za domem, spałam w moim małym łóżku, a ciało Preppy’ego owijało się wokół mojego.
Dreszcze przebiegły mi wzdłuż kręgosłupa.
Weszłam do kuchni i kolejna fala wspomnień właśnie zaczęła zalewać mój umysł, gdy nagle ktoś odchrząknął za nami. Podskoczyłam i obróciłam się. W progu stała Ray. Jej długie blond włosy były proste jak drut, ale musiała je założyć za uszy, bo do domu przez otwarte drzwi wpadał wiatr. Miała na sobie zwykłą białą koszulkę i dżinsowe shorty. Na biodrze bujała dziecko, które nie mogło mieć więcej niż pół roku i było ubrane całe na różowo. Miało takie same jasnoniebieskie oczy jak Ray.
Ścisnęło mnie w sercu, gdy dziewczynka zachichotała i pociągnęła za naszyjnik z koroną, który Ray miała na sobie.
– Cześć, Ray, wejdź – powiedziałam i wtedy moje myśli natychmiast skupiły się na Preppym. – Czy wszystko w porządku? – zapytałam, starając się, by w moim głosie nie było słychać nagłej paniki, która mnie ogarnęła.
– Tak, wszystko w porządku. Chciałam tylko przeprosić za to, co się wydarzyło dzisiaj rano z Preppym – wyznała Ray, rozglądając się po pustym pokoju i kołysząc chichoczące dziecko.
– To nie twoja wina. To niczyja wina – przyznałam. – Chwila, skąd wiedziałaś, gdzie mnie znaleźć?
– To małe miasteczko. Wystarczy wiedzieć, kogo pytać.
– Cześć, jestem Brandon – odezwał się mój towarzysz, wyciągając rękę do dziewczyny.
– Miło cię poznać, Brandonie – odparła. – Jestem Ray, a to jest mała Nicole Grace.
– Ooo, ma imię po tej Grace? – zapytałam, gdy Ray i Brandon uścisnęli sobie dłonie.
Ray lekko przekrzywiła głowę.
– Tak, po tej jednej jedynej – odparła, przykrywając uśmiechem podejrzliwość.
– Miło cię poznać, Nicole Grace – zagruchał Brandon najbardziej dziecięcym głosem, na jaki było go stać. Potrząsnął rączką dziecka, trzymając ją w palcach.
– Bardzo przepraszam. Powinnam była was sobie przedstawić – powiedziałam. –Mam teraz sporo na głowie i wygląda na to, że zapomniałam o manierach.
– Nie przejmuj się – uspokoiła mnie Ray i weszła do salonu, przyglądając się gołym ścianom i drewnianym belkom wiszącym nisko pod sufitem. – W samochodzie widziałam znak o sprzedaży. To twój dom? Sprzedajesz go?
Pokiwałam głową.
– Kiedyś należał do mojej babci. – Zakołysałam się na piętach, trzymając ręce w tylnych kieszeniach spodni. Cieszyłam się, że tu jestem, nawet jeśli tylko na chwilę.
– Jest piękny – powiedziała Ray, przyglądając się podwórku przez brudne kuchenne okno. Mimo że to miejsce było ruderą, wierzyłam w szczerość jej komplementu, bo rozglądała się tak, jakby widziała kryjący się w tym miejscu potencjał, a nie to, jak obecnie wyglądało. – Jeśli dowiem się, że ktoś chce kupić dom, to na pewno mu o nim wspomnę.
– To cię oprowadzę, żebyś też wiedziała, co ludziom zaproponujesz – powiedziałam, prowadząc ją korytarzem. Ray trzymała się blisko mnie z tyłu. – Chociaż muszę cię ostrzec: to nie jest wielki dom, więc wycieczka będzie krótka.
Ray się zaśmiała i dziecko również.
– Pójdę do samochodu po resztę rzeczy – powiedział Brandon, kierując się do wyjścia.
– Mój dziadek zbudował ten dom – powiedziałam do Ray. – Są tu trzy sypialnie i dwie łazienki, chociaż wiem, że z zewnątrz tak nie wygląda. – Otworzyłam pierwsze drzwi w korytarzu. – To kiedyś był mój pokój.
Ray zajrzała do środka, ale ja szybko zamknęłam drzwi. Później będę miała bardzo dużo czasu, by patrzeć na tę tapetę w truskawkowym kolorze i wyblakłe żółte zasłony. Nie chciałam rozpłakać się przy gościu.
– A więc kiedyś tu mieszkałaś? – zapytała Ray.
– Tak, ale tylko w wakacje, gdy byłam dzieckiem. To moja pierwsza wizyta tutaj od lat.
Pokazałam jej łazienkę i dawny pokój Mirny, a następnie otworzyłam drzwi na końcu korytarza. Cały sprzęt wskazujący na to, że kiedyś była tu Zielarnia, dawno zniknął, ale wciąż było widać haki w suficie i gwoździe w ścianie, które utrzymywały rury.
– A więc stąd znasz Preppy’ego – rzuciła Ray, rozglądając się po pokoju.
– Tak, poniekąd – przyznałam.
– I kiedy pojawiłaś się u mnie w domu, naprawdę nie wiedziałaś, że Preppy żyje, co?
– Przeżyłam szok życia – odparłam. – Wciąż nie mogę w to uwierzyć.
Zamknęłam drzwi i wróciłam z nią do kuchni. Dotknęłam ręką gardła, czując opuchliznę po uścisku dłoni Preppy’ego. Rozsunęłam tylne drzwi prowadzące na podwórko. Pomiędzy wyblakłymi deskami podłogi tarasu wystawały chwasty, które rosły pod spodem. Trawnik, na którym Mirna uczyła mnie medytować, był zarośnięty, aż stopił się z polem z tyłu. W oddali zagwizdał pociąg.
– Cóż – odezwała się Ray, rozmyślając nad moją odpowiedzią. Posadziła dziecko na blacie przed sobą i uśmiechnęła się do uroczego niemowlaka o pyzatych policzkach. – To była niezła wycieczka.
Spojrzałam na dziecko, które trzymało w ustach jeden palec Ray i żuło go dziąsłami.
– Mogę? – zapytałam z wahaniem, wyciągając ręce.
– Och, oczywiście – powiedziała Ray, ściągając Nicole Grace z blatu i wkładając mi ją w ramiona. Poczułam ucisk w klatce piersiowej, nie mogłam oddychać. Była najpiękniejszym, co w życiu widziałam.
– Pewnie patrzysz na nią całymi dniami, co? – zapytałam, tuląc dziewczynkę w ramionach.
– Tak, jej tatuś również. Jesteśmy zmęczeni, ale warto było – odparła Ray. – Jak w przypadku wszystkich dzieci. – Odgarnęła z czoła Nicole Grace miękki loczek. – Masz swoje?
Pokręciłam głową.
– Nie. Jakiś czas temu dowiedziałam się, że nie mogę mieć dzieci.
– Przykro mi.
Chyba wyczuła, że nie chcę o tym rozmawiać, bo szybko zmieniła temat.
– Mam parę spraw do załatwienia – oświadczyła Ray. – Ale może spotkamy się później, gdy odbiorę dzieci ze szkoły i zostawię je z Kingiem? Możemy sobie urządzić babskie pogaduchy. W tym mieście mam tylko Thię, kobietę Beara, ale ona jest w ciąży, a ja mam dosyć rozmawiania o koszach na pieluchy i poduszkach do karmienia.
– Świetny pomysł – odparłam.
– Potrzebujesz tu pomocy? – zapytała Ray, rozglądając się po domu, po odłażącej tapecie i popękanym tynku. – King i Bear mogą pomóc, a poza tym Bear może zwołać bandę chłopaków, którzy chętnie pomogą za kilka piw.
Niechętnie oddałam Ray dziecko i odprowadziłam je do wyjścia. Ray ostrożnie zeszła po rozklekotanych schodach. Spojrzałam na mojego pomocnika, który wciąż męczył się z wyciągnięciem znaku „NA SPRZEDAŻ” z bagażnika wynajętego samochodu.
– Wiesz, co, Ray? Chyba jednak skorzystam z pomocy – powiedziałam z uśmiechem, który odwzajemniła.
– To dobrze, bo ten chłopak jest uroczy i tak dalej, ale wygląda na typ, który nie rozpoznałby młotka, nawet gdyby spadł z szafki i uderzył go w głowę.
– Niestety to prawda – sapnął Brandon, kiedy w końcu udało mu się wyciągnąć znak. Kołnierzyk i pachy jego koszuli były przesiąknięte potem.
– Cholera, zapomniałam, dlaczego w ogóle tu przyjechałam. Przysięgam, te maluchy czasami sprawiają, że zupełnie tracę głowę – powiedziała Ray i szybko podeszła do starego forda pickupa zaparkowanego na skraju trawnika. Pochyliła się nad otwartym oknem od strony pasażera i wróciła z teczką. – Myślałam o tym, co powiedział Preppy. Że jesteś jego żoną.
– Powiedział tak, bo był oszołomiony – powtórzyłam to samo, co stwierdziłam rano.
– Nie wydaje mi się – odparła Ray. Otworzyła teczkę i podała mi dokument. To była kopia aktu małżeństwa, którą wykonałam dla Preppy’ego. Pokręciłam głową.
– Nie, nie rozumiesz. Ja ten dokument podrobiłam. To fałszywka. Wszystkie podpisy, świadkowie. Wszystko fałszywe – wyjaśniłam, odsuwając kartkę od twarzy. Ray patrzyła na mnie nieprzekonana. – Preppy potrzebował tego, kiedy starał się o prawo do opieki nad córką Kinga. To nawet nie jest prawdziwe. Nie było żadnego ślubu, żadnego urzędnika. Niczego. To… nie jest prawdziwe – powtórzyłam znowu, by ją przekonać
Ray stuknęła palcem w prawy dolny róg strony, w miejscu oficjalnego stempla hrabstwa, który widnieje na wszystkich oryginałach. Ja tego stempla tam nie umieściłam.
– Dzisiaj rano odebrałam ten dokument od urzędnika – kontynuowała Ray. – I według niego… jest bardzo prawdziwy.
– Cholera – zaklęłam, odwracając kartkę, jakby przyjrzenie się pustej stronie miało mi powiedzieć coś więcej. – To znaczy, że jesteśmy…
– W oczach stanu Floryda? Po ślubie – dokończyła za mnie Ray i puściła do mnie oko. – Gratuluje, Dre. Teraz jesteś panią Clearwater.
ROZDZIAŁ 3
Preppy
TYSIĄCE PEŁNYCH NADZIEI SZEPTÓW rozbrzmiewały nad moim ciałem. Łagodne oddechy owiewały moją skórę, kiedy ktoś delikatnie podnosił mi rękę i przyciskał dwa palce po wewnętrznej stronie nadgarstka. Przykrywano mnie kołdrą i odkrywano, coś nieznajomego i miękkiego zamykało mnie w kokonie. Powietrze było świeże i lekkie, bez śladu wilgoci, do której przywykłem i która przyklejała się do mojego gardła i płuc, chcąc mnie udusić ciężkim odorem rdzy i zgnilizny.
W bębenkach rozbrzmiewał mi ciężki dźwięk deszczu obijającego się o szyby. Rozległ się grzmot, który zatrząsł moimi obolałymi kośćmi. Potem, mimo zamkniętych powiek, zobaczyłem jasną błyskawicę, jakby ogłaszała światu to, że odzyskałem świadomość.
A może ogłaszała to tylko mnie.
– Patrz, jego powieki znowu się poruszyły. – Usłyszałem kobiecy głos. – Może to już.
Przez chwilę wyobrażałem sobie ciemnowłosą dziewczynę o czarnych oczach i czerwonych ustach. Tę, o której myślałem tak często, że już nie wiedziałem, czy była prawdziwa czy tylko ją sobie wyobrażałem, by jakoś zleciał mi czas. Ale kiedy głos mówił coś dalej, obraz tamtej dziewczyny znikł i wtedy ją rozpoznałem.
Doe.
Zalała mnie adrenalina, a także potrzeba, by się podnieść i dołączyć do świata, za którym tak tęskniłem każdą komórką mojego ciała, świata, w którym nie spodziewałem się mieć przyjemności znowu żyć. Czułem się, jakby był piątek wieczór i wszyscy moi znajomi wychodzili zrobić coś zarąbistego, podczas gdy ja musiałem zostać w domu, a potem słuchałbym o tym rano, jakby boleśnie pominięty.
A teraz miałem wrażenie, jakby to był przedłużony piątkowy wieczór, w dodatku z gwałtem w dupę i nieustannym biciem. Na pewno będę miał dużo do nadrobienia. Potem jednak przypomniałem sobie, że nie wszystko zawsze jest takie, jak się wydaje. Zatrzymałem się na chwilę, by przypomnieć sobie, że to, co czułem, ten głos, który słyszałem, może być tylko wytworem mojej wyobraźni, tak jak wcześniej. Bo prawdopodobieństwo, że nie zobaczę nikogo, gdy otworzę oczy, lub napotkam samego diabła, było większe niż szansa, że to będzie moja przyjaciółka.
Mogę być martwy. Albo może to być jakaś popierdolona halucynacja.
Ktoś uścisnął moją dłoń. Jeśli to był sam diabeł, to miał bardzo małe rączki i używał kremu. Ale to nie był diabeł.
Gest był delikatny. Przyjacielski. Pocieszający. Nie. To na pewno nie diabeł.
I chociaż wydawało mi się, że ten zwykły dotyk miażdży mi kości w palcach, był to również najlepszy ból, jakiego w życiu doświadczyłem, bo mówił mi, że to wszystko może się dziać naprawdę.
Próbowałem otworzyć oczy, ale to było tak trudne, jak rozklejenie zamarzniętej kanapki gołymi rękami. Widziałem tylko kolory tańczące mi pod powiekami, jak pokaz świateł mający miejsce za ekranem.
Kiedy próbowałem się odezwać, zakrztusiłem się własną śliną i przez chyba wieczność byłem w stanie tylko kaszleć nieregularnie.
– Może on jednak nie jest jeszcze gotowy – odezwał się nieznajomy kobiecy głos. – Może potrzebuje więcej czasu.
– Nie – oponowała Doe. – Wiem, że on wraca do siebie. Po prostu to wiem. Czuję to. On nas słyszy. Tym razem jest inaczej.
W głosie Doe brzmiała pewność, ale i desperacja – jakby próbowała przekonać samą siebie, tak samo jak osobę, z którą rozmawiała.
– A przyszło ci do głowy, że może on się po prostu zachowuje jak pizda? – zagrzmiał King. Jego głosu nie dało się pomylić. Skurwiel był głośniejszy niż grzmot w deszczu. – Może tylko z nami pogrywa. To by było w jego stylu. Może nawet obudził się kilka dni temu, ale po prostu chce nas jeszcze trochę powkurzać.
– Ciii! – powiedział ktoś.
Pragnąłem się uśmiechnąć. Śmiać. Ale nic, co chciałem zrobić, nic, co wcześniej było dla mnie takie łatwe, teraz nie chciało się wydarzyć. Wcześniej wszystko było dla mnie naturalnym odruchem, o którym nawet nie musiałem myśleć, a teraz to była wielka bitwa między moim zmielonym na papkę mózgiem a bezużytecznym ciałem – i te części mnie ze sobą walczyły, by sprawić, że Preppy znowu będzie funkcjonował.
– Ja jebię. Nie będę cicho. To nie biblioteka. Chcemy, żeby się obudził, więc go, kurwa, obudźmy! Lubi być w centrum zainteresowania, przecież o tym wiecie. Sztywniak nie otworzy oczu i nie zaszczyci nas swoją obecnością, dopóki nie będzie mieć pewności, że przyciągnął uwagę nas wszystkich. – Nastała cisza, a potem poczułem na czole oddech Kinga, gdy się nade mną pochylił. Jego cień przysłonił światło, kiedy odezwał się tuż przy moim nosie: – Wszyscy tutaj jesteśmy. Skończ to przedstawienie, Prep.
– Przestań – zacząłem, ledwie wymawiając to słowo. W pokoju rozległy się zaskoczone sapnięcia, ale poza tym zapadła cisza. Czułem się tak, jakby ktoś wziął małe ostre grabie i przesunął nimi po moim gardle od środka. Zwilżyłem wargi językiem i znowu zacząłem. – Prze…
King nachylił się jeszcze niżej.
– Coś mówiłeś, Prep? – Jego zarost otarł się o mostek mojego nosa.
– Przestań…
Moje oczy w końcu postanowiły współpracować i lekko się otworzyły, chociaż wciąż miałem wrażenie, jakby zostały sklejone superglue, a otwarcie ich bolało jak wyrywanie rzęs razem z cebulkami.
Przez szparki obraz był zamazany, ale dostrzegłem ciemne włosy Kinga. Skurwiel próbował mnie przytulić.
To było w chuj urocze.
– Prep, spróbuj jeszcze raz. Słyszymy cię, ale nie rozumiemy. Mów głośniej – zażądał, wyraźnie wymawiając każde słowo, jakbym był głuchy i głupi. Jego głos docierał jednak do mnie na zmianę albo przytłumiony, albo głośny jak z megafonu. Jeszcze bardziej się do mnie zbliżył, a ja byłem pewien, że zaraz położy się na mojej twarzy, przyciskając ucho do moich ust.
– Przestań… mnie obmacywać – w końcu udało mi się powiedzieć. – Zarost mnie nie jara.
King się wyprostował, a ja poczułem natychmiastową ulgę, gdy jego ciało przestało mnie zgniatać. Pochylił się nade mną z zadowolonym uśmiechem na tej przebrzydłej gębie. Po jego lewej stronie stała Doe, a jej duże niebieskie oczy błyszczały od łez. Dziewczyna, której nie rozpoznawałem, zniknęła z mojego pola widzenia, robiąc krok w tył, by King i Doe mieli więcej miejsca przy łóżku.
– Długo ci to, kurwa, zajęło – powiedział King. Wyglądał jak dumny rodzic, gdy jego dziecko powiedziało pierwsze słowo.
– Tęskniliśmy za tobą – dodała Doe. W tej chwili powieki znowu zaczęły mi ciążyć. Nie mogłem utrzymać ich otwartych, ale nie zamierzałem zamykać ich tak szybko, gdy w końcu ujrzałem ludzi, których nie spodziewałem się nigdy więcej zobaczyć. – Tak bardzo tęskniliśmy.
King przyciągnął Doe do swojego boku i pocałował ją w głowę.
– Czy możemy coś dla ciebie zrobić? – zapytała Doe, małym palcem wycierając wilgoć spod oka.
– Tak – odpowiedziałem, odwracając głowę na bok, by lepiej ich widzieć. I wtedy poczułem, jakby milion kabli jednocześnie poraziło mnie prądem, przyprawiając o ból kręgosłupa. Nie mogąc się powstrzymać, wydałem z siebie zduszony okrzyk.
– Co się stało? Potrzebujesz lekarza? Powiedz mi, czego potrzebujesz, Prep – żądała Doe, brzmiąc na spanikowaną. Położyła dłoń na moim ramieniu, a ja poczułem się tak, jakby przycisnęła mi do skóry rozgrzane żelazo do znaczenia bydła.
– Potrzebuję paru rzeczy. – Odchrząknąłem.
Doe rzuciła się na drugi koniec pokoju i po chwili wróciła z małym notesikiem z motywem Barbie i pasującym do niego długopisem.
– Mów – powiedziała.
Przewróciła stronę w notesie i kliknęła długopisem, z którego rozległa się radosna melodyjka.
King zmierzył mnie znacząco wzrokiem, jakby wiedział, co planowałem. To było świetne spojrzenie. Mówiło mi, że niezależnie od tego, ile minęło czasu, on i tak wiedział, że wciąż jestem dupkiem.
Byłem, kurwa, w domu.
– Gotowa? – zapytałem Doe, nie odrywając wzroku od Kinga.
Pokiwała głową.
– Okej. Będę potrzebował trochę koki, ale dobrej, nie tej, którą dostajecie od tego chuja z Harper’s Ridge. I oczywiście striptizerki, ale z miseczką nie mniejszą niż C, i muszą być otwarte na anal. – Zastanowiłem się przez chwilę. – Okej, to wtedy będą dziwki. Skreśl jednak te „striptizerki” i napisz „dziwki”. Potrzebna mi też krew dziewiczej kozy i trzy butelki meksykańskiej tequili vintage z nietkniętym robakiem.
Spojrzałem na Doe, która niczego nie zapisywała. Uniosła brwi, opuściła długopis i zgromiła mnie wzrokiem znad wielobarwnego notesiku. Po jej twarzy spływały łzy.
– Tak bardzo za tobą tęskniłam – wydukała, upuściła długopis i notesik z Barbie na podłogę i rzuciła się swoim małym ciałkiem na moje, by mocno i długo mnie przytulić. Ukryła twarz przy mojej szyi, a ja poczułem jej gorące łzy spływające po mojej skórze.
Zignorowałem ścinający krew w żyłach ból, który promieniował z moich mięśni. Nawet oparłem się chęci, by krzyknąć czy chociaż się skrzywić, bo nie chciałem jej wystraszyć.
– Ja też za tobą tęskniłem, młoda – wyszeptałem.
Nie ruszaliśmy się przez długi czas, zamknięci w tym jednostronnym uścisku, aż King odchrząknął. Doe uniosła głowę znad mojej szyi i spojrzała na niego.
– On wrócił – powiedziała, pociągając nosem.
– Tak, zwierzaczku, wrócił – potwierdził King. Brzmiał tak, jakby chciał powiedzieć „ale”, jednak się powstrzymał.
– Wróciłem – wymamrotałem – ale King i tak uważa, że przytulałaś mnie zbyt długo i teraz liczy na to, że szybko znowu zapadnę w śpiączkę, bo miałem okazję poczuć, jak twoje fantastyczne cycki przyciskają się do mojego ciała.
– Coś w tym stylu – odparł King.
Doe żartobliwie przewróciła oczami, gdy King ją ode mnie odciągnął.
– To dlatego że wciąż jestem niezłym ciachem. Pomimo śpiączki i poobijanego ciała nic mnie nie boli, więc wskakuj na mojego fiuta. – Im dłużej mówiłem, tym mniej drapało mnie w gardle, a wypowiadanie długich zdań nie przysparzało mi już takiego bólu. – A przy okazji, cycki ci urosły? – zapytałem Doe. – Bo mam wrażenie, że są większe.
Zmrużyłem oczy, przyglądając się jej biustowi pod obcisłą żółtą koszulką. Tak, zdecydowanie się powiększyły.
– Prep – ostrzegł King.
– Tyle musimy ci powiedzieć – oznajmiła Doe, przykładając rękę do klatki piersiowej Kinga. – Tyle się wydarzyło, odkąd…
King położył swoją dłoń na jej.
– Zanim powiecie cokolwiek, chciałbym zasugerować małą korektę – powiedziałem.
– Co takiego? – zapytał King.
Uniosłem palec.
– Po prostu posłuchajcie mnie przez chwilę. Zamiast obchodzić się z tym tematem jak z jajkiem i mówić, że „mnie nie było”, i zamiast stwierdzać oczywiste, mówiąc coś w stylu: „wtedy, gdy byłem przetrzymywany wbrew własnej woli i torturowany przez psychopatę, aż niemal umarłem”, chciałbym zasugerować małą zmianę.
– Okeeeej…
– Mimo że wolałbym nigdy więcej o tym nie mówić, to jednak nie jest to realne. Nie da się o tym nie mówić, bo wiele rzeczy dziejących się w moim życiu ma związek z tym, co się wydarzyło, gdy byłem… w Narnii.
– Ty chyba robisz sobie ze mnie, kurwa, jaja. Chcesz, żebyśmy nazywali dziurę pod klubem motocyklowym, gdzie cię przetrzymywali, Narnią?
– Tak właśnie powiedziałem.
King zaczął coś mamrotać i wtedy zrozumiałem, że kogoś brakowało, kogoś potężnego i bez koszulki.
– Gdzie, do chuja, jest Bear?
Chciałem się podnieść, ale kiedy spróbowałem, okazało się, że nadgarstki nie mogą udźwignąć mojego ciała. King pochylił się i poniósł mnie, łapiąc pod pachami, sadzając w o wiele wygodniejszej, nieco odchylonej pozycji.
Ani King, ani Doe nie odpowiedzieli na moje pytanie. Zamiast tego spojrzeli na siebie, jakby właśnie przeprowadzali jakąś telepatyczną rozmowę, której ja nie byłem częścią.
– No co? – zapytałem. – Co ważniejszego może mieć teraz na głowie? Chyba że załatwia dziwki i kokę, w takim razie mogę przymknąć na to oko.
– Tutaj jestem, skurwielu – mruknął Bear, po czym pojawił się w moim polu widzenia i stanął tuż przy Doe.
Nie wiedziałem, czy był tam przez cały czas czy dopiero przyszedł. W każdym razie od razu uderzyła mnie jedna rzecz.
– I przez cały ten czas – zacząłem – nie udało ci się znaleźć pierdolonej koszulki?
Bear prychnął i położył mi rękę na ramieniu, witając się ze mną tak, jak zawsze witał się z motocyklistami w swoim klubie.
– Witaj z powrotem, bracie.
Doe i King przesunęli się, by Bear miał więcej miejsca przy moim łóżku. Przyklęknął obok i pochylił się nade mną. Tęskniłem za tą bezproblemową wymianą obelg między nami. Tęskniłem za wszystkim, co związane z tym skurwielem, nawet za tym jego głupim dziwacznym uśmiechem, na który laski najwyraźniej leciały. Nawet za tym, że zawsze wyglądał na wkurzonego, nawet gdy się nie wkurzał.
Chociaż trzeba przyznać, że często mu się to zdarzało.
Otworzyłem oczy tak szeroko, jak tylko zdołałem, i przyjrzałem się mojemu staremu przyjacielowi po raz pierwszy od Bóg wie jak dawna. Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałem: blond włosy, pasująca blond broda, tatuaże, duże niebieskie oczy, piegi, skórzana kamizelka.
Ale jednocześnie wydawał się inny. Zupełnie inny.
Może szczęśliwszy? Kurwa, niemożliwe…
Zobaczenie szczęśliwego Beara było równie prawdopodobne, co zauważenie yeti na podwórku za domem. To trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć.
Nie mogłem zbyt długo się nad tym zastanawiać, bo w ułamku sekundy wszystko zaczęło się zmieniać. Twarz Beara przekształciła się jak obraz Dalego. Mój uśmiech zniknął, kiedy przyjaciel zaczął stawać się czymś innym.
Kimś innym.
Już nie patrzył na mnie Bear uśmiechający się na widok zagubionego przyjaciela. Nie. Teraz patrzył na mnie ktoś ze zmarszczkami na czole i grymasem na ustach. Ktoś, kogo blond włosy stały się siwe, a piegi zniknęły z czasem. Jego niebieskie oczy już nie miały intensywnej barwy i nie widziałem w nich oznak lojalności czy braterskiej miłości.
W ogóle nie widziałem w nich życia.
Bear zniknął i jego miejsce zajęło czyste wcielone zło.
Mrożące krew w żyłach krzyki wypełniły mały pokój, odbijały się od ścian i dzwoniły mi w uszach – to były znajome i przerażające dźwięki, głos kogoś, kogo brutalnie torturowano.
Wzrok mi się rozmazał i wróciłem do czyśćca, wdzięczny za możliwość ucieczki.
Dopiero kiedy znowu znalazłem się w otchłani, dotarło do mnie, że te krzyki należały do mnie.
ROZDZIAŁ 4
Preppy
CIEMNE CHMURY otaczające mój umysł zaczęły się przerzedzać. Za każdym razem, gdy się budziłem z tego horroru, który mi się przydarzył, i trafiałem do rzeczywistości, w której się znajdowałem, jedno od drugiego coraz bardziej się odcinało, aż w końcu zrozumiałem, że to, co mówili mi przyjaciele, było prawdą.
Byłem wolny.
Bezpieczny.
I, kurwa, żywy.
A co najlepsze?
Chop był martwy.
Wkurzało mnie jedynie to, że to nie ja wykończyłem tego skurwiela.
Dobra wiadomość była taka, że zacząłem odzyskiwać siły. Ból w mięśniach i kościach zmienił się z ostrych ukłuć w tępe pulsowanie.
Rana po postrzale, której Chop nigdy nie pozwolił się zagoić, w końcu się zamknęła, chociaż wyglądała w chuj źle. Skóra wokół wielkiej czerwonej blizny w kształcie huraganu była poskręcana w kalejdoskop zniekształconych tatuaży.
Nazwałem to huraganem cierpienia.
Nie podobało mi się, jak zmieniło to moje tatuaże, ale przynajmniej dzięki tej brzydkiej bliźnie zyskam szacun na dzielni.
Gdy moje ciało zaczynało nabierać sił, Doe i King na zmianę wprowadzali mnie w swoją historię. Ominęło mnie wszystko, jak na przykład to, że King w końcu zyskał prawa rodzicielskie do Max. Czułem się jak w odcinku Dni naszego życia, gdy Doe opowiadała mi, że dowiedziała się, że ma syna, którego King zaadoptował, a potem urodziła jeszcze jedno dziecko, a ponadto w końcu odzyskała pamięć. Byłem pewien, że nie wdają się w szczegóły, ale na razie wystarczały mi te ogólne informacje. A jeśli chciałbym dowiedzieć się więcej o ich życiu, to wystarczy, że o drugiej po południu włączę telewizor, bo na pewno puszczają serial o ich życiu na jednym z kanałów.
– Ej, chwila, nazywam cię Doe… ale jak ty naprawdę masz na imię? – zapytałem, podnosząc się na łóżku.
– Ramie. Ale wolę, gdy ludzie nazywają mnie Ray.
– Wow.
Wiedziałem, że tak naprawdę nie ma na imię Doe, ale fakt, że odzyskała prawdziwe imię, wciąż mnie szokował.
– Ale jeśli chcesz, możesz mnie nazywać Doe – powiedziała, a ja poczułem, że naprawdę ma to na myśli. – Odnoszę wrażenie, że teraz mam tysiąc imion – Doe, Ramie, zwierzaczek. Chociaż moim ulubionym jest „mamusia”.
– Moim też – dodał King.
I nagle w przejściu pojawiło się dwoje blond dzieci, jakby wyczuły, że o nich rozmawiamy.
– Mamusiu, mamusiu, mamusiu, mamo, maaaamooo – krzyczały, nie czekając na odpowiedź, po prostu nie przestawały jej wołać, jakby chciały doprowadzić swoich rodziców do obłędu.
– Cofam, co powiedziałam – wyznała Doe z uśmiechem.
King pobiegł w stronę dzieci i wziął je w ramiona. Kopały i piszczały zachwycone.
– Chodźcie, zrobię wam coś do jedzenia. I nie obudźcie swojej siostrzyczki, bo inaczej wasza mama… – Jego głos ucichł w korytarzu.
– Gdzie jest, kurwa, Bear? – zapytałem, siadając. – Tylko jego ostatnio tu nie widywałem. – Mgliście pamiętam, że był tutaj, kiedy obudziłem się po raz pierwszy.
Ugiąłem kolana, testując ograniczenia moich stawów. Wszystko trzeszczało, strzykało i chrupało, jak w pieprzonej reklamie płatków śniadaniowych, ale wstanie z łóżka o własnych siłach było świetnym uczuciem.
Doe zajęła się poprawianiem poduszek.
– Bear często przy tobie siedział, ale teraz na pewno jest zajęty sprawami klubu. Ostatnio sporo się tam dzieje, odkąd przejął władzę.
– Masz na myśli: odkąd zabił Chopa – powiedziałem. – W porządku, możesz wymówić jego imię. Mówiłaś, że tamci skurwiele już nie żyją, prawda? Więc to już nie ma znaczenia.
Gdyby to tylko była prawda…
– Coś w tym stylu.
– Żałuję, że mnie tam nie było, chciałbym to zobaczyć – przyznałem, szurając nogami o dywan i łapiąc się po drodze wszelkich mebli, gdy coraz bardziej i bardziej oddalałem się od łóżka.
– Zemsta to nie wszystko, Preppy. Liczy się to, że tu jesteś.
– Nie, wcale nie musiałbym być świadkiem śmierci Chopa, ważne, że do tego doszło. Ale chciałbym zobaczyć, jak Bear zdobywa dziewczynę – powiedziałem, a Doe się zaśmiała. – Musi być wyjątkowa. Przypomnij mi, jak ona ma na imię?
– Thia – odparła Doe. – Polubisz ją.
– Na pewno – stwierdziłem, zastanawiając się, jaka była ta dziewczyna, która sprawiła, że Bear zapragnął czegoś więcej niż tylko szybkiego bzykanka.
Bo jeśli jest chociaż trochę podobna do dziewczyny, która sprawiła, że ja zapragnąłem więcej…
Doe wyrwała mnie z zamyślenia.
– Przyniosłam ci ubrania – powiedziała, odwracając wzrok od tyłu mojej szpitalnej koszuli. Wiedziałem, że się rozwiązała, bo czułem na tyłku chłodne powietrze klimatyzatora. – Jesteś pewien, że nie potrzebujesz pomocy? – zapytała znowu.
– Nie. Chcę się ubrać sam. Poczuć się znowu jak człowiek. Wiesz, to mały krok dla ludzkości i tak dalej.
– Prep – ostrzegł King, który nagle pojawił się w przejściu, tym razem bez dzieci.
– Poważnie, szefie? Wracam z martwych, a ty wciąż trujesz mi dupę o Doe? W tej sytuacji jedno bzykanko z litości nie byłoby niczym złym – wytknąłem, w pełni przygotowany na ripostę.
– Możesz robić i mówić, co chcesz, Prep – odparł King zaskakująco spokojnym tonem.
Najwyraźniej nie tylko ja byłem zaskoczony jego nowo odnalezionym spokojem ducha, bo Doe wygląda na równie zdziwioną, co ja. A potem King się uśmiechnął i już wiedziałem, że coś jest nie tak.
A może po prostu wszystko zmieniło się bardziej, niż mi mówili…
– Eee… poważnie? – zapytałem. W kolanach mi strzyknęło, kiedy znowu poruszyłem nogami. Powoli otrząsnąłem kończyny, a potem w końcu pamięć mięśniowa wróciła i byłem w stanie zrobić kilka kroków. – Gdzie jest haczyk?
– Możesz pierdolić od rzeczy, ile tylko chcesz, o ile jesteś gotowy znowu umrzeć – powiedział, mocno przyciągając do siebie Doe. – Tym razem naprawdę.
Zgromiłem go wzrokiem.
– Nie jesteś przyjacielem. Jesteś potworem! – krzyknąłem dramatycznie, robiąc coraz dłuższe kroki po pokoju. Nagle, gdy tak szurałem po różowym dywanie, uderzyło mnie pewne wspomnienie.
Zaciskałem ręce na czyimś gardle. Jakaś kobieta krzyczała. Błysnęły mi przed oczami ciemne włosy.
Zamarłem.
– Czy oprócz was ktoś tutaj był? Kiedy się obudziłem albo wcześniej? – zapytałem.
– A spodziewałeś się kogoś? – dociekał King.
– Nie, ale mam dziwne poczucie, że… – urwałem, gapiąc się na ścianę w kolorze różowej gumy balonowej. Teraz była różowa, ale kiedyś miała niebieski kolor. To był mój dawny pokój. Pokój, w którym pękłem i zacisnąłem ręce na gardle Dre. To musiało być wspomnienie. Dziwne, ale wspomnienie. – Nieważne. Mój mózg chyba wciąż źle działa.
Doe odłożyła ubrania na łóżko.
– Będziemy w pokoju, jak już skończysz. Chyba że potrzebujesz pomocy tam na dole? – zapytał King.
– Odpierdol się – powiedziałem, pokazując mu środkowy palec. King odwzajemnił ten gest.
– Witaj w domu, skurwielu – mruknął, nie mogąc ukryć uśmiechu. To była nasza wersja przytulania.
Kocham tego wielkiego, wrednego drania.
Popatrzyłem na ubrania leżące na łóżku – wyprasowana biała koszula, spodnie khaki i różowożółte szelki, a także muszka. To był mój typowy strój przed Narnią. Przesunąłem ręką po miękkim, czystym materiale, ale kiedy podniosłem koszulę ze stosu, natychmiast ją upuściłem, jakby mnie ukłuła w rękę. Zepchnąłem na bok szelki i muszkę, a potem wyciągnąłem spod spodu szare spodnie dresowe i zwykły biały Tshirt.
Zszedłem na dół do salonu, trzymając się barierki. Powoli stawiałem kroki na schodach, a z każdym kolejnym było mi łatwiej, bo mięśnie przyzwyczajały się do chodzenia i przypominałem sobie, jak stawiać jedną stopę przed drugą.
Zamarłem w bezruchu, zanim skręciłem za róg, bo usłyszałem ściszone głosy.
– Nie wiem, dlaczego go okłamaliśmy. To było głupie – powiedziała Doe.
Kiedy King się odezwał, wychwyciłem w jego głosie poczucie winy.
– A co mieliśmy powiedzieć? „Tak, Prep, miałeś gościa, gdy byłeś w śpiączce. A tak przy okazji, nie wiem, kim jest ta dziewczyna, ale obudziłeś się spanikowany i niemal ją udusiłeś, a poza tym nazwałeś ją swoją żoną. I przeraziłeś Beara, który myśli, że to przez jego podobieństwo do psychicznego ojca, więc postanowił tu więcej nie przychodzić, żeby ci znowu nie odbiło, bo jeszcze próbowałbyś go zabić”?
Cały się spiąłem.
Ona naprawdę tu była.
King westchnął ciężko. Wyjrzałem zza ściany i zobaczyłem, że trzymał głowę w dłoniach. Siedząca na podłokietniku kanapy Doe głaskała go po plecach. Dwójka dzieci siedziała przy stole z boku, wyrywała okruchy ze swoich kanapek i rzucała nimi w siebie nawzajem.
– Wiem, że to trudne, ale musimy mu powiedzieć prawdę. On na to zasługuje. Jesteśmy jego rodziną. Nie możemy go okłamywać.
– Naszym zadaniem jako jego rodziny jest go chronić, więc nie możemy go w tej chwili obarczyć wszystkim na raz – powiedział King. – Już i tak przeszedł zbyt, kurwa, wiele. Żałuję, że nie wiedziałem, gdzie się znajdował. A cały ten czas był tak blisko. Tak kurewsko blisko… – King urwał.
Wszedłem do salonu, gotowy mu powiedzieć, że nie powinien się obwiniać za to, że nie wiedział, gdzie przebywałem.
Ale ona naprawdę tu była.
Ani King, ani Doe nie widzieli, że wszedłem do salonu, kuśtykając. King kontynuował:
– To wszystko jest już wystarczająco popierdolone, więc jak, do diabła, mam mu powiedzieć, że Grace nie żyje?
Ogarnął mnie taki szok, że wpadłem na stolik, oznajmiając swoją obecność.
– Cholera – zaklął King. Wstał i podszedł do mnie. Uniosłem ręce i cofnąłem się.
– Nie chcieliśmy, żebyś się tak dowiedział… – zaczął King, sfrustrowany przeczesując ręką włosy. – Kurwa, to moja wina.
– Nie. Nie – odparłem, machając ręką lekceważąco i starając się przełknąć gulę tworzącą się w moim gardle. Nogi znów zaczęły mi się trząść, ale wyprostowałem się, bo nie chciałem, by oni poczuli się jeszcze gorzej. Nie powinienem się załamywać na ich oczach. – Nie macie powodu, by się obwiniać. Grace była chora, prawda? I to od dłuższego czasu. W sumie to się domyśliłem – skłamałem. Byłem pewien, że Grace przeżyłaby karaluchy po apokalipsie. Założyłbym się, że gdyby przejechała ją ciężarówka, to ta ciężarówka odniosłaby więcej obrażeń niż Grace.
Odwróciłem się, by ruszyć do swojego pokoju. Albo do pokoju, który kiedyś był mój.
– Idę pod prysznic – oznajmiłem i skierowałem się w stronę schodów.
– Preppy, zaczekaj – zawołał King, ale ja się nie zatrzymałem.
– On potrzebuje czasu – powiedziała Doe.
Z każdym krokiem w stronę mojego pokoju prawdopodobieństwo, że wybuchnę płaczem, wzrastało. Dopiero gdy znalazłem się za zamkniętymi drzwiami, pozwoliłem łzom popłynąć. I płynęły.
Płakałem z powodu utraty Grace, która była dla mnie jak matka pod każdym względem, chociaż nie łączyły nas więzy krwi. Była matką, która nigdy mnie nie zawiodła. Kobietą, która beształa mnie, gdy zrobiłem coś, czego nie aprobowała, ale nigdy mnie nie osądzała. Kochała mnie za to, jaki jestem. Kochała moje szaleństwo.
I nigdy nie próbowała mnie zmienić.
A ja nawet się z nią nie pożegnałem.
W końcu poszedłem pod prysznic i zostałem tam długo, bardzo długo. Kiedy z trudem wyszedłem z kabiny, chciałem się odlać, ale kątem oka zobaczyłem swoje odbicie w lustrze. Odwróciłem się w stronę lustra i zobaczyłem kogoś, kogo nie widziałem w chuj długo. Kogoś, na kogo kiedyś lubiłem patrzeć.
I to bardzo.
Nie byłem, kurwa, głupi. Wiedziałem, że po tym, przez co przeszedłem, nie jestem materiałem na okładkę pisma dla facetów.
Nie spodziewałem się jednak zobaczyć w lustrze zupełnie obcej osoby.
Pochyliłem się w stronę lustra. Pomacałem długą, poplątaną brodę i niemal szlag mnie trafił, kiedy wyczułem pod spodem zapadnięte policzki. Kości wokół moich ciemnych i zapadniętych oczodołów wystawały, przez co wyglądałem jak jebany jaskiniowiec. Moje oczy, które kiedyś miały piwny kolor, teraz były przygaszone, raczej w kolorze gówna.
Przynajmniej Grace mnie teraz nie widzi.
Nawet gdy miałem dłuższe włosy, zawsze góra była długa, a boki wygolone, by pokazywały tatuaże po bokach mojej głowy. Po tych wszystkich latach, gdy mnie torturowano, krótsza część sięgała mi teraz za ramiona i z jakiegoś powodu włosy wydawały się ciemniejsze niż średni blond, który miałem kiedyś.
Wyglądałem jak chudsza, bardziej obłąkana wersja Jezusa Chrystusa.
Jak chodząca śmierć.
Mogłem policzyć sobie żebra, a już od dawna, od dziecka nie potrafiłem tego zrobić. I nagle znów znalazłem się na podwórku, a potężny niczym zawodnik sumo dwunastolatek, który wszedł w okres dojrzewania wcześniej, niż powinien, bił mnie przed szkołą.
Wszystko, co dotyczyło tej żałosnej postaci w odbiciu, opowiadało historię, której nie należało powtarzać. Zakręciło mi się w głowie. Złapałem się zlewu dla równowagi i pochyliłem się, patrząc na cienką smużkę rdzy wokół odpływu.
Nawet po tym wszystkim, co w życiu przeszedłem, nigdy nie uważałem siebie za ofiarę.
Ale właśnie na ofiarę patrzyłem teraz w lustrze.
Po raz ostatni spojrzałem z niezadowoleniem na swoje odbicie i podszedłem do toalety. Oparłem się o ścianę i wyciągnąłem fiuta, by się odlać. Nie mogłem przestać myśleć o Grace.
Jesteś dobrą osobą, mój Samuelu. Jesteś dobrym chłopcem – słyszałem w głowie jej słowa. – Twoi bliscy cię kochają. W trakcie odlewania odszedłem od toalety, rozpryskując mocz na klapę i podłogę. Gwałtownie otworzyłem szafkę pod zlewem. Przykucnąłem, a moje kolana chrupnęły głośno jak rozcierany w dłoni żwir. Jęknąłem, czując to dziwne doznanie i słysząc jeszcze gorszy dźwięk.
– Wszystko w porządku, Preppy? – zapytała Doe zza drzwi.
– Tak – warknąłem. Kto jak kto, ale ona nie zasługiwała na moje poirytowanie. Natychmiast ogarnęło mnie poczucie winy. – Tak – powtórzyłem nieco łagodniej, chociaż nie wyszło lepiej, bo zaciskałem zęby z bólu palącego mnie w nogach i w torsie.
– Okej, wszyscy będziemy w salonie. Więc… no wiesz. Jak skończysz, to tam nas znajdziesz. Czekamy na ciebie. – Jej głos przepełniał smutek. – Tak mi przykro, Prep – powiedziała.
Usłyszałem szuranie jej dłoni po drzwiach od drugiej strony, gdy ją opuszczała, a potem ciche kroki na dywanie, aż w końcu dźwięk zamykanych drzwi od sypialni.
Będę ją musiał później przeprosić za bycie takim dupkiem. Nie zasługiwała na to, bym się na niej wyżywał z powodu tego, przez co przeszedłem.
Byłem po prostu tak cholernie zmęczony. Zmęczony leżeniem w łóżku przez tak długi czas. Zmęczony marnowaniem czasu. Zmęczony tym, że nie żyłem.
Zmęczony tym, że byłem, kurwa, martwy.
A może po prostu byłem zmęczony byciem, kurwa, zmęczonym.
Kiedy znalazłem to, czego szukałem, złapałem się zlewu i podciągnąłem. Podłączyłem to, co według mnie miało być rozwiązaniem mojego problemu, i pomachałem tym lekceważąco w powietrzu.
– Pa, pa, skurwielu – powiedziałem do swojego odbicia.
Włączyłem urządzenie i zobaczyłem panikę w oczach tego chuja, gdy w małej łazience rozległ się wibrujący dźwięk.
Ustawiłem na golenie i przejechałem maszynką po głowie, od czoła do karku, jednym ruchem.
Natychmiast zalało mnie poczucie satysfakcji, kiedy przesunąłem palcami po świeżo ogolonej głowie.
Musiałem zrobić coś więcej. O wiele więcej.
To wszystko musi zniknąć!
Nawet nie próbowałem najpierw obciąć włosów nożyczkami, więc każde przesunięcie maszynką po głowie paliło, jakbym był powoli skalpowany, jednak to mnie nie powstrzymało. W dupie miałem ból.
Po tym wszystkim.
Bo ból nie był dla mnie żadną nowością. Ale wolność tak.
Czułem się wolny od gniewu. Od żalu. Już nie musiałem się zamartwiać, czy będę osobą, którą byłem, zanim to wszystko się wydarzyło.
Ta osoba była dla mnie niemal takim samym obcym jak Jezus w odbiciu, który zajmował się potrzebną od dawna depilacją. Krwawiłem i tworzyłem sobie na głowie zadrapania, bo raz po raz przejeżdżałem po niej maszynką.
Miałem to w dupie.
Coraz więcej włosów opadało na stertę przy moich stopach. Najpierw z głowy, potem z twarzy, gdy zająłem się brodą, aż w końcu byłem ogolony – i zobaczyłem skórę, która od lat nie widziała światła dziennego, a teraz mogli ją ujrzeć wszyscy.
W tym ja.
Satysfakcja towarzysząca mi podczas golenia szybko zmieniła się w rozczarowanie i nagły ucisk w żołądku. Złapałem się brzegów umywalki i z warknięciem pochyliłem głowę.
Spodziewałem się, że ujrzę kogoś nowego. Kogoś czystego.
Ale wcale taki nie byłem.
W mojej klatce piersiowej zapłonął gniew, bulgotał i wrzał, kiedy dotarło do mnie, że wciąż patrzę na tego samego udręczonego człowieka, którego widziałem parę chwil wcześniej.
Tylko ogolonego.
Teraz wychudzenie i blizny były jeszcze lepiej widoczne. Widziałem każdy guzek i źle zagojone rozcięcie. Moje tatuaże po bokach głowy, kiedyś kolorowe, teraz były postrzępione i poorane bliznami, tak samo jak cienka jak papier skóra na twarzy przecinana łzami, co pasowało do reszty mojego zniszczonego ciała.
Z mojego gardła wyrwał się wrzask. Odchyliłem się i uderzyłem w odbicie. Kawałki szkła posypały się po podłodze, zabarwiły stos włosów kroplami gęstej czerwieni, która wypływała również ze środka pękniętego lustra. Ale to mi nie wystarczyło. Uderzałem raz po raz, a pięść paliła mnie od każdego ciosu w lustrzaną taflę.
– Jak ja cię, kurwa, nienawidzę! – krzyknąłem ile sił w płucach, plując dookoła i uderzając w lustro raz za razem, aż moje knykcie całe pokryły się krwią.
Upadłem na podłogę, a moje ramiona zatrzęsły się od gniewu, który zmienił się w rozpacz. Skuliłem się i przyciągnąłem kolana do piersi, chcąc, by cały świat wokół się ode mnie odpierdolił.
Chciałem, by wszystko się odpierdoliło.
Zacisnąłem zakrwawione dłonie w pięści i udałem się do jedynego miejsca, w którym czułem się bezpiecznie: w głąb umysłu, do wspomnień tak wyraźnych i jasnych, że czasami wydawały mi się nieprawdziwe, jakby nigdy się nie wydarzyły.
Zamknąłem oczy i zacząłem odpływać wśród sterty tożsamości, której się pozbawiłem. Byłem już daleko na ścieżce prowadzącej do tego miejsca, gdy nagle wokół mnie usłyszałem zamieszanie, jednak nie potrafiłem podnieść głowy i sprawdzić, o co chodzi. Nawet wtedy, gdy drzwi otworzyły się z hukiem, wypadły z zawiasów i uderzyły o podłogę. Ani wtedy, gdy chór zatroskanych głosów, męskich i żeńskich, rozległ się nade mną. Ktoś do kogoś krzyczał.
A może do mnie.
Nawet nie byłem w stanie otworzyć oczu, kiedy niesiono mnie do pokoju i kładziono na łóżku, którego tak nienawidziłem, bo już dotarłem na miejsce – goniłem za dziewczyną o ciemnych oczach przypominających oczy lalki, kruczoczarnych włosach i intensywnie czerwonych, ponętnych ustach.
„Zatrzymaj mnie”, wyszeptała, przywołując mnie do siebie palcem.
Poczułem, że ktoś mnie obraca i sprawdza, czy zrobiłem sobie krzywdę, i pozwoliłem na to, bo to już nie miało znaczenia.
Nic nie miało znaczenia.
Goniłem za nią coraz dalej i dalej, aż głosy wokół mnie zniknęły.
I niezależnie od tego, jaki byłem szybki, ona uciekała szybciej.
I wkrótce już jej nie goniłem. Zgubiłem ją. Jestem sam, stoję pośrodku torów. Nieruchomy.
Patrzę w oślepiające żółte światła nadjeżdżającego pociągu, jest coraz bliżej i bliżej… Aż jest już, kurwa, za późno.
