Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Uczucie Emmy i Tristana zostaje wystawione na najcięższą próbę. Dziewczyna, uwięziona przez bezwzględnego Marca, musi znaleźć w sobie siłę, by przetrwać piekło i zdobyć dowody, które mogą odmienić los wielu ludzi. Tymczasem Ponury jest gotów na największe poświęcenie dla swojej ukochanej, jednak nieświadomie wpada w niebezpieczną pułapkę i staje się głównym podejrzanym o brutalne morderstwo.
Z każdym kolejnym krokiem granica między dobrem a złem coraz bardziej się zaciera. Czy wielka miłość przetrwa w świecie przemocy i bezwzględnych zasad?
„Posiadanie” to druga część trylogii, w której przywiązanie do drugiej osoby może okazać się śmiertelną odpowiedzialnością.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 145
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł oryginału: Possession. The Perversion Trilogy. T.2
Przekład z języka angielskiego: Grzegorz Gołębski
Copyright © T.M. Frazier, 2026
This edition: © Risky Romance/Gyldendal A/S, Copenhagen, 2026
Projekt okładki: Damian Niewczyński
Redakcja: Justyna Yiğitler
Korekta: Beata Wójcik
ISBN: 978-91-8153-415-3
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Risky Romance / Gyldendal A/S Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
Dla Złotowłosej i Piszczka
posiadanie
rzeczownik
stan, w którym coś ma się na własność lub coś się kontroluje
LACKING, FLORYDA
INFORMACJE STATYSTYCZNE:
Liczba mieszkańców: 14 890
Średni wiek mieszkańców: 26,2
Przeciętny dochód w przeliczeniu na gospodarstwo domowe: 13 212 $
Wskaźnik ubóstwa: 75,8
Ocena poziomu bezpieczeństwa w mieście (w skali 1–100): 2
Kto mnie słyszy,
kto mnie rozumie,
staje się mój,
moją własnością na zawsze.
– RALPH WALDO EMERSON
ROZDZIAŁ 1
Ponury
Nocne powietrze jest wilgotne i zastałe. Mimo że stoi bez ruchu, nozdrza i tak wypełnia mi siarkowy zapach namorzynów.
Ukryty w najciemniejszym kącie podwórza czekam na Sztuczkę. Lada moment ukaże się na ścieżce prowadzącej do stadionu. Mieliśmy wrócić oddzielnie, żeby nikt nas nie zobaczył razem, ale z każdą chwilą ten plan coraz mniej mi się podoba.
Zapalam papierosa.
Nigdy nie byłem cierpliwy. W przeszłości czekanie zawsze kończyło się dla mnie zawodem lub wręcz tragedią. Zwłoka w pociągnięciu za spust zaowocowała pierwszym w życiu postrzałem. Nigdy więcej nie popełniłem tego błędu. Opóźniony transport, na który czekałem, został skradziony. Czekanie na Diggera w barze skończyło się jego pogrzebem parę dni później. A czekanie na mamę pod szkołą jako ostatni nieodebrany dzieciak skończyło się powrotem do domu na piechotę… i odkryciem po drodze jej zwłok w samochodzie.
Jest jeden wyjątek od tej chujowej reguły. Czekałem ponad pięć lat, by ją odnaleźć. A teraz jest moja.
Sztuczka. Kawałek nieba w środku piekła. Światło w ciemnościach. Coś wśród nicości.
Ten pierwszy raz… Kutas mi twardnieje na samą myśl. Wjechałem w nią jak dzik w poziomki, przyciskając ją do ściany stadionu. Było idealnie.
Ona jest idealna.
Pieprzyliśmy się nie tylko ciałami, ale też umysłami. A nawet duszami, gdybym w nie wierzył. A dzięki niej chcę wierzyć. W życie, w ludzkość. W nas.
To, czego właśnie doświadczyliśmy, było nie z tej ziemi. Nigdy wcześniej nie czułem się tak dobrze z żadną kobietą. Ale też żadna z kobiet, które przedtem miałem, nie była MOJA.
Stypa Brzucha nadal trwa w najlepsze. Z głośników ryczy Welcome to the Jungle Guns N’ Roses, a z okien dobiegają śmiechy i podniesione głosy. Widzę podrygujące w rytm muzyki głowy, uśmiechy i radość na twarzach.
Brzucho byłby zachwycony. Jeśli istnieje jakieś życie po śmierci, na pewno teraz patrzy na nas z góry wkurzony, że nie może być tu z nami. Unoszę wzrok ku bezchmurnemu nocnemu niebu i zaciągam się głęboko.
– Mam nadzieję, że słyszysz ich wszystkich, tatku. Bawią się dla ciebie.
Gaszę peta. Nadal ani śladu Sztuczki. Ścieżka jest okryta ciemnością i usiana dziurami i kamieniami. Może się zgubiła albo skręciła kostkę?
Kurwa, idę jej poszukać.
Robię zaledwie parę kroków, gdy z cienia wyłania się jakaś sylwetka. W końcu wróciła. Gdy jednak postać ukazuje się w świetle księżyca, widzę błyszczące ciemne włosy i duże brązowe oczy. To nie Sztuczka.
Dziewczyna jest zasapana. Odsuwa włosy z twarzy, pod prawym okiem ma pieprzyk. Wygląda znajomo, ale skąd mogę ją znać?
Zauważa mnie.
– Ponury?
– My się znamy?
– Ty mnie nie znasz, ale ja ciebie tak. To znaczy słyszałam o tobie, od E.J. Jestem Gabby.
Gabby. To dlatego wydaje się znajoma. Widziałem ją na taśmach z kasyna, a Sztuczka mi ją dokładnie opisała.
– Siostra Marca – rzucam, nie kryjąc niechęci w głosie.
Gabby potwierdza skinieniem głowy.
– Owszem, ale przede wszystkim najlepsza przyjaciółka E.J.
– Co tu robisz? – Spoglądam ponad jej ramieniem. – I gdzie jest Sztuczka?
– Marco mnie wysłał. Chłopaków, którzy przywieźli tu E.J., odesłał w interesach. Ja mam ją odwieźć z powrotem.
– Gdzie ona jest? – pytam ponownie.
Gabby wskazuje kciukiem za siebie, w kierunku ścieżki.
– Czeka na mnie po drugiej stronie amfiteatru.
Czuję nagły niepokój. Podejmuję decyzję. Za długo z nią zwlekałem.
Sztuczka zostaje ze mną.
– Idę po nią – warczę, wymijając Gabby. Chwyta mnie za tył koszuli i ciągnie. Odwracam się na pięcie i obrzucam ją ostrzegawczym spojrzeniem, ono jednak nie robi na niej wrażenia. Albo ja się starzeję, albo ona przeszła w życiu zbyt wiele.
–Nie możesz! – wykrzykuje cicho. – Ona czeka na mnie z Raydo, Marco nalegał, żebym wzięła go ze sobą, to jeden z jego ludzi.
Oczywiście.
– Kurwa! – Biorę zamach i uderzam pięścią w najbliższe drzewo. Kora odpada płatami, kilka kawałków wbija mi się w knykcie. A więc znów przegapiłem swoją szansę…
To wszystko moja wina.
Gabby kontynuuje:
– Nie mam za dużo czasu, ale E.J. poprosiła mnie, żebym ci przekazała, że się zmywa. Nie chciała nadmiernie ryzykować, więc wysłała mnie. Usprawiedliwiłam się przed Raydo, że muszę siku.
– I co, kupił to?
Gabby uśmiecha się chytrze.
– Tak, jak dodałam, że mam damskie problemy i że opowiem mu o nich ze szczegółami, jeśli mnie nie puści.
Gabby i Sztuczka są najlepszymi przyjaciółkami. Teraz widzę, że łączy je również talent do oszustw.
Gabby rozgląda się ponownie dookoła, a ja się zastanawiam, czy to z przyzwyczajenia, czy tak samo jak Sztuczka musiała całe życie oglądać się za siebie.
Nagle sobie coś uświadamiam. Krzyżuję ramiona na piersi.
– Czekaj, a skąd niby wiedziałaś, gdzie ona jest?
Gabby wyciąga z kieszeni telefon.
– Mogę z niego zadzwonić tylko do dwóch osób, do Marca i E.J. A kiedy nie odebrała, użyłam tego. – Obraca telefon tak, że mogę dostrzec kropkę mrugającą po drugiej stronie amfiteatru. Nad kropką widnieją inicjały: E.J. – Ta aplikacja to był jej pomysł. I to świetny.
Złość na Gabby przechodzi mi momentalnie. Dobrze wiedzieć, że przez te wszystkie lata miały na siebie nawzajem oko. W końcu to przez Gabby Sztuczka wróciła do Los Muertos. Nie podobała mi się ta decyzja, rozumiałem ją jednak i szanowałem. A poza tym lojalność Emmy Jean wobec przyjaciółki napawała mnie dumą. Lojalność jest najważniejsza, bez niej jesteśmy nikim.
– A, chciała też, bym dała ci to. – Gabby wręcza mi pomiętą serwetkę. Szybko czytam skreśloną na niej naprędce notatkę.
Ból rozstania jest niczym w porównaniu z radością ponownego spotkania.
– CHARLES DICKENS
Wsuwam serwetkę do kieszeni.
– Miej ją na oku. – Ostrzeżenie i rozkaz w jednym. – Jeśli poczujesz, że coś wam grozi albo cokolwiek będzie nie tak, zgłoś się do mnie. – Zapisuję swój numer awaryjny w jej aplikacji lokalizującej.
– Nie możesz co prawda do mnie dzwonić ani pisać, ale teraz będziesz wiedzieć, jak mnie znaleźć. – Zapisuję numer jako „Emma Jean”.
Gabby bierze ode mnie telefon i unosi pytająco brew.
– Masz już zapisane „E.J.”, a „Ponury z Bedlam” jest nieco zbyt oczywiste.
Gabby wkłada telefon z powrotem do kieszeni.
– Nie możemy już nigdzie wychodzić we dwie. Ale postaram się przekazać jej, cokolwiek zechcesz. – Ogląda się na ukrytą w mroku ścieżkę. – Muszę już iść, bo zacznie coś podejrzewać.
– Gabriella?! – Rozlega się w ciemności męski głos. – Gdzie się, kurwa, podziałaś, dziewczyno? – Puszcza stek bluzgów po hiszpańsku.
– Kurwa. – Gabby nie traci czasu na pożegnania, tylko puszcza się biegiem w kierunku stadionu. Słyszę jeszcze jej głos: – Jestem tu, debilu. Damskie sprawy zajmują trochę czasu. Jak chcesz, mogę ci opowiedzieć…
Zawracam ku domowi. Głosy i muzyka stają się coraz donośniejsze. Narasta we mnie niepokój. Dziś jest stypa Brzucha, ale mnie najbardziej boli myśl o tym, że Sztuczka jest właśnie w drodze powrotnej do piekła. Jeśli cokolwiek jej się stanie, nikt nie obroni Marca przed moim gniewem.
Wchodzę do domu i zatrzymuję się, spoglądając na ramę wiszącą wysoko pod dachem. Jest to jeden z projektów szydełkowych Marci. Jednak technika wykonania nie odbiera treści grozy ani prawdziwości.
Kąpać się będę we krwi mych wrogów.
A kiedy przyjdzie mój czas i do piekła trafię,
nawet demony będą kłaniać mi się w pas.
Albowiem diabeł wrócił do domu
ROZDZIAŁ 2
Emma Jean
Nie wiem, ile czasu minęło, od kiedy ostatni raz spałam. Ani jak długo już trwam podwieszona pod sufitem nad łóżkiem. Ramiona mam wyciągnięte ponad głową. Siedzę wyprostowana na poplamionym krwią i spermą materacu.
Otwierają się drzwi. Serce bije mi jak szalone z przerażenia. Co tym razem zaplanował dla mnie Marco?
Wyczuwam zapach pomarańczy. Przywołuje to myśl o osobie, dla której co święta kradłam pomarańczową mgiełkę do ciała.
– Gabby, to ty? – chrypię, wpatrując się w ciemność.
– E.J., o mój Boże! Tak, to ja. – Oplata mnie ramionami. Syczę z bólu pod jej dotykiem. Bólu ciała i duszy. – Co oni ci zrobili? – pyta i mnie puszcza, ale nie odrywa policzka od mojej twarzy. Czuję jej łzy na skórze, jakby były moje.
– Nic, o czym byś nie wiedziała – odpowiadam gorzko.
Gabby wydaje cichy okrzyk i ujmuje moją twarz w dłonie, przyciskając czoło do mojego czoła.
– Co?! Nie! E.J., nie miałam o niczym pojęcia! Wiedziałam, że Marco gdzieś cię przetrzymuje, ale nie chciał mi powiedzieć gdzie. Nikt mi nic nie mówi. Szukałam cię, gdzie tylko mogłam, ale on mnie bez przerwy szpieguje. Jestem tu więźniem tak samo jak ty.
Serio?
– Wątpię – mruczę pod nosem.
Włosy Gabby są miękkie w dotyku, świeżo uczesane. Paznokcie ma ostre, czuję gładkość nowej warstwy lakieru na skórze. Pachnie pomarańczami i mydłem.
Pachnie życiem.
Ja śmierdzę uryną, wymiocinami i śmiercią.
– Co on ci zrobił? – pyta Gabby, łkając. Pada u moich stóp i wodzi dłońmi po moim ciele, badając rany. – Tak strasznie mi przykro, E.J. Nie zasłużyłaś sobie na to. Nie wierzę, że on ci to zrobił.
– Naprawdę?
– Okej, masz rację. Wierzę. Marco jest jebanym psychopatą. Powinnam była do tego wszystkiego nie dopuścić. Uciec razem z tobą, gdy tylko tu trafiłyśmy, niezależnie od jego gróźb. Ale byłam zaledwie dzieckiem. Byłam przerażona. Nadal jestem. Powinnam była bardziej się postarać… – Szlocha głośno. – To wszystko moja wina!
Nasłuchuję w jej głosie śladów kłamstwa, brzmi jednak zupełnie szczerze. Może Marco tłukł mnie za mocno i uszkodził mi mózg?
Gabby odchrząkuje. Kiedy się odzywa, w jej głosie pobrzmiewa determinacja.
– Wtedy cię nie wydostałam, ale teraz naprawię swój błąd.
Kręcę głową.
– Gabby, po prostu sobie idź. Wynoś się, przestań udawać, że cię obchodzę. Twoje tortury są gorsze niż to, co robi mi Marco.
– Co ty, kurwa, wygadujesz? – Krzyczy szeptem Gabby. – Ja tylko próbuję ci pomóc!
– Nikt nie może mi pomóc. – Gdy tylko wypowiadam te słowa, uświadamiam sobie, że to nie do końca prawda. Jest ktoś, kto może mi pomóc.
Ponury.
– Nie myślisz trzeźwo. Wydostanę cię stąd i wszystko będzie dobrze, zobaczysz. – Maca węzły mocujące mnie do sufitu i próbuje je rozwiązać. – No już! – warczy.
Zza drzwi dobiega nas odgłos zbliżających się kroków.
– Kurwa! – syczy Gabby, walcząc z węzłami.
– Idź już – nakazuję jej.
– Nie, nie mogę cię tak zostawić! – w jej głosie słyszę panikę.
– Możesz i zostawisz.
Gabby jednak nie kwapi się do wyjścia. Muszę nadal grać jej najlepszą przyjaciółkę. Choćby to był ostatni raz.
– Jak mnie uratujesz – mówię łagodniejszym tonem – jeśli ktoś cię złapie?
Gabby nadal gorączkowo bada dłońmi sznur, szukając innego sposobu, by mnie uwolnić. Nawet jeśli jej wysiłki są szczere, potrzebowałaby noża, żeby to zrobić. Lina jest gruba i napięta tak mocno, że wrzyna mi się w nadgarstki. Nie czuję już dłoni.
Kroki rozlegają się coraz bliżej.
– Gabby, proszę, odejdź! – nakazuję z całą determinacją, na jaką mnie stać. Żałuję, że nie widzi błagalnego wyrazu mojej twarzy. Nawet teraz nadal czuję potrzebę, by ją chronić.
W końcu puszcza linę.
– Wrócę, E.J. Mówiłam poważnie, wydostanę cię stąd – obiecuje.
Część mnie, która nadal udaje, że jestem jej przyjaciółką, chce jej wierzyć. Reszta jest odrętwiała.
Gabby cmoka mnie szybko w policzek i czmycha pod przeciwną ścianę pokoju. Słyszę, jak okno się otwiera i zamyka za nią. Przypomina mi to ten dzień, kiedy zakradłam się do domu Ponurego. Ta myśl mnie nieco pociesza.
Jego dom, jego łóżko… Jego serce.
Otwierają się drzwi, pokój zalewa światło z korytarza. W wejściu pojawia się sylwetka Marca.
– Gotowa na kolejną rundę, dziecinko? – pyta z paskudnym śmiechem. Wchodzi do pokoju.
Przewraca mi się w żołądku, jakby pozbycie się jego treści mogło spowodować również pozbycie się Marca. Żołądek mam jednak pusty. Za to serce wypełnia przerażenie.
– Uznam to za zgodę. – Jego głos jest teraz bliżej. Zbyt blisko. Ściska moje ciało łapskami, przyciągając mnie do siebie i śmiejąc się przy tym jak maniak.
Wyobrażam sobie Ponurego, próbuję uciec do niego myślami. Ale mój mózg ma inne plany. Zamiast Tristana w moich myślach pojawia się jedynie Gabby.
ROZDZIAŁ 3
Emma Jean
WIEK: DZIEWIĘĆ LAT
Wysuwam pudełko z magicznymi rekwizytami ze skrytki pod zniszczoną kanapą. Przeszukuję jego zawartość, nucąc bezmyślnie pod nosem.
– Tralala, tralala, tralali, nie płacz, cicho śpij. Tralala, tralala, tralali.
– CZEMU zawsze to śpiewasz? Co to w ogóle za piosenka? – pyta Gabby. Podaję jej długi kawałek białej linki.
– Sama nie wiem. Ale ciągle gra mi w głowie. Nie wiem, czy sama to wymyśliłam, czy gdzieś usłyszałam. – Staję przed nią. – Gotowa?
– Jesteś tego pewna? – Gabby spogląda na linkę trzymaną w rękach.
Wyciągam do niej ręce. Nadgarstki mam złączone.
– Całkowicie. To będzie super. Ćwiczyłam ten numer, wychodzi mi bezbłędnie. Sama zobaczysz.
– Okej, jak sobie chcesz. – Gabby wiąże mi ręce, zaplatając węzeł za węzłem. Po dobrych kilku minutach odsuwa się o krok i przygląda swemu dziełu. – Nie masz szans się z tego wydostać.
Uśmiecham się, pewna siebie. Uwolnienie się zajmuje mi jakieś trzy minuty. Macham linką przed oczami Gabby.
– Jak to, do cholery, zrobiłaś? – Wyrywa mi linkę z rąk i przygląda jej się uważnie.
– Zapewniam cię, że nic ciekawego nie odkryjesz. To zwykła linka.
– To niemożliwe. Serio, E.J., powiedz mi, jak to zrobiłaś! – Gabby nadal wpatruje się w linkę z rozdziawionymi ustami. Mrugam do niej.
– Prawdziwy magik nigdy nie ujawnia swoich sekretów.
Ramiona Gabby opadają w geście rezygnacji. Na jej twarzy pojawia się jej firmowy sztuczny foch.
– Wyjawia swojej asystentce… – jęczy.
Cholera, ma rację.
– Okej, powiem ci, ale jesteś zobowiązana do zachowania ścisłej tajemnicy.
Gabby klaszcze w dłonie i podskakuje z radości.
– Nie powiem nikomu, przysięgam!
– Cały sekret w obserwowaniu węzłów – wyjaśniam. – Jeśli patrzysz, jak ktoś coś wiąże, znacznie łatwiej będzie ci to rozwiązać. POZA TYM… – Poruszam kilkukrotnie kciukiem. – Ważna jest pozycja kciuka. Kciuk wetknięty we właściwe miejsce między węzłami daje możliwość poluzowania całości. – Przyciskam kciuk do wnętrza dłoni i nawijam na nią linkę. – Widzisz? – Obracam dłoń i uwalniam kciuk, poluzowując z pozoru napiętą linkę. – To wszystko, cały sekret.
Gabby drapie się po głowie.
– Jakim cudem tego nie zauważyłam?
– Cała sztuka w odwróceniu twojej uwagi od tego, co naprawdę robię. Pamiętasz, jak poruszałam palcami, kiedy wiązałaś linkę?
Gabby bije brawo, śmiejąc się radośnie.
To genialne, E.J.! Brawo!
Kłaniam się wpół.
– Ależ dziękuję. Świetna z ciebie asystentka.
Pomaga mi zwinąć linkę, którą chowam z powrotem do pudełka po butach.
– Kolejna bezużyteczna umiejętność opanowana – rzucam, powtarzając słowa ciotki Ruby wypowiedziane, gdy zastała mnie wczoraj podczas trenowania sztuczki z liną.
Gabby macha ręką i przewraca oczami.
– Nie zwracaj uwagi na tę starą torbę. Na pewno kiedyś ci się to przyda.
Obie spoglądamy na linę, potem na siebie i jednocześnie mówimy:
– Nieeee. – Po czym padamy na podłogę, turlamy się w paroksyzmach śmiechu i ocieramy łzy z oczu.
– Co za strata czasu. – Słyszymy nagle.
Podnosimy wzrok na Monę, która wpatruje się w nas karcąco.
– Magia wcale nie jest stratą czasu – oponuję i wstaję. Wyciągam dłoń do Gabby, by jej pomóc. Mona przewraca oczami.
– Myślisz, że kiedyś zostaniesz sławną magiczką?
– A czemu nie? – pyta Gabby.
Mona mierzy nas obie wzrokiem. W jej oczach widzę nie tylko pogardę, ale też smutek. Długo próbowałyśmy ją wciągnąć w nasze zabawy i przygody, ale w końcu dałyśmy sobie spokój. Jej roszczeniowe i negatywne nastawienie nie pasowało do naszej radości z najmniejszych drobiazgów, nawet w ciężkich chwilach. Współczułam jej, ale też nie miałam zamiaru dać jej się zadeptać.
– Magia przynosi mi radość – odpowiadam. – Co w tym złego?
– No cóż, to przynajmniej użyteczna sztuczka. Nigdy nie wiadomo, kiedy będziesz musiała się uwolnić z magicznej liny – komentuje sarkastycznie Mona, podnosząc linkę z podłogi.
– To zupełnie zwykła lina – mówi Gabby. – E.J. jest magiczką i mistrzynią uwalniania się z potrzasku. I ma do tego talent. – Wysuwa język. Mona zakłada ręce na piersi i odwraca się, by odejść.
– Mogę ci pokazać, jak chcesz – wołam za nią.
Odwraca się i popatruje to na linkę, to na mnie, jakby się namyślała. W końcu fuka i prostuje ramiona.
– A po co mi to? – warczy i odchodzi.
– Ta to potrafi zepsuć zabawę – rzuca Gabby, gdy jest już pewna, że siostra jej nie usłyszy. – Czemu w ogóle zaproponowałaś, że jej pokażesz?
Odwracam wzrok.
– Sama nie wiem. Chyba mi jej żal. To, że sama zrezygnowała z własnego szczęścia, nie oznacza, że nie powinnyśmy czasem próbować jej rozbawić.
Gabby parska głośno.
– No cóż, ja tam nie mam na to ochoty. A przynajmniej nie dziś.
Przychodzi mi na myśl cytat.
– „Szczęścia nie znajdziesz nigdzie, tylko w sobie” – anonim.
– Prawda. – Gabby wyjmuje linę z pudełka i wyciąga ją ku mnie, podskakując z ekscytacji. – A teraz pokaż mi jeszcze raz!
Pokazuję.
W świecie, gdzie ciężko o szczęście, znajdujemy je same. Dziś daje nam je magia. I to, co w nas.
Gdyby tylko Mona potrafiła odnaleźć szczęście…
ROZDZIAŁ 4
Emma Jean
TERAZ
Tralala, tralala, tralali, nie płacz, cicho śpij. Tralala, tralala, tralali.
Melodyjka cichnie wraz z odejściem wspomnienia z przeszłości. Wracam do ponurej rzeczywistości ze zduszonym krzykiem, który pali mnie w gardle.
Szczęśliwie nigdzie w pobliżu nie ma Marca, pozostawił mi jednak po sobie pamiątkę – ból wewnątrz i na zewnątrz ciała, wraz z zasychającym mi na wnętrzu ud nasieniem.
Wraz z przytomnością pojawia się coś jeszcze – nowa świadomość, tak potężna, że sprawia wrażenie, jakby posiadała fizyczną formę obecną w pokoju. Wraz z nią pojawia się tysiąc nowych pytań i niewiele odpowiedzi.
Już wiem, czemu się wydawało, że Gabby szczerze chce mnie uwolnić. I czemu, rozmawiając beztrosko z Markiem o moim życiu i śmierci, była jakby sobą, ale też nie do końca. Włącza się światło. Mrugam szybko powiekami, by odzyskać ostrość widzenia. Dostrzegam osobę, a to potwierdza moje przypuszczenia. Dziewczyna jest niewiele starsza ode mnie. Ma na sobie podarte dżinsy i czarną, luźną tunikę. Jej włosy są długie, ciemne i lśniące jak włosy Gabby, a oczy tak samo duże i czarne. Wyróżniają ją jednak permanentnie wygięte w podkówkę usta i znamię pod okiem. A także wyraz pogardy i nienawiści szpecący jej idealną twarz.
Właśnie dostałam kilka odpowiedzi na pytanie „czemu?”, ale mam teraz jeszcze więcej pytań.
– Witaj, E.J. – odzywa się ze złym uśmieszkiem na wydatnych, błyszczących wargach. Nasze spojrzenia się spotykają, odwzajemniam jej arogancki uśmiech. Nie daję po sobie poznać, jaki ból sprawiają mi pękające strupy na wargach. Po podbródku spływa mi strużka krwi.
– Witaj, Mona.
ROZDZIAŁ 5
Ponury
WIEK: SZESNAŚCIE LAT
Jesteśmy już po kolacji. Naczynia są pozmywane, rozpoczyna się wieczorny rytuał. Marci odpala w salonie jointa, a moi nowi bracia kłócą się o gry wideo w pokoju Sandy’ego. Brzucho siedzi u szczytu stołu, a ja po jego prawej stronie.
Nie wiem, co miał w zwyczaju robić po kolacji, zanim się pojawiłem, ale od mojego przybycia codziennie opowiada mi historie o czasach, gdy był członkiem klubu motocyklowego, lub wyjaśnia znaczenie tego czy owego w moim nowym świecie. Co dzień uczę się czegoś nowego.
– Bedlam zajmuje się dystrybucją broni dla Klanu Egan. Przewozimy transporty z Miami aż do Missisipi. To dobry biznes, o ile nie namierzą cię rządowe agencje. Dlatego właśnie Klan korzysta z naszych usług. Oni są obserwowani, my nie. – Sięga po butelkę whiskey. – A w każdym razie jeszcze nie.
Słyszałem już wcześniej o Klanie, ale niewiele o nich wiem.
– Klan Egan? – pytam.
Brzucho rozsiada się wygodniej.
Są z Miami. To odłam mafii irlandzkiej. Większość z nich urodziła się jednak w Stanach. Dowodzi nimi niejaki Callum Egan. Całkiem miły gość, jeśli akurat nie przykłada ci noża do gardła. – Brzucho wpatruje się w sufit i rechocze, zapewne coś wspominając. Kręci głową. – o czym to ja… Aha, wspominam o nim, bo chciałem dziś z tobą porozmawiać o przywództwie. – Nalewa sześć kielonków whiskey, z których trzy podsuwa mi pod nos. Wskazuje na pierwszy i obaj wychylamy do dna.
– Ach… – Odstawia pusty kieliszek. – Czujesz to palenie? Znaczy, że to dobra łycha. A więc: przywództwo.
– Ale po co mi to wiedzieć? Przecież to ty jesteś naszym przywódcą.
– Ale nie na zawsze. – Brzucho pochyla się i opiera łokcie na stole, po czym spogląda przez ramię. – Kocham tych chłopaków, Ponury. Z całego serca. Nie są z mojej krwi, ale to moi synowie. Tak samo jak ty. Nie mam zbyt wiele talentów, ale jestem dobry w rozpoznawaniu urodzonych przywódców. Ty jesteś jednym z nich.
– Ale… – zaczynam, sam do końca nie wiedząc, co chcę powiedzieć. Brzucho jednak nie daje mi dojść do słowa.
– Po prostu zamknij ryj i słuchaj swojego papcia – warczy, mrugając porozumiewawczo. – Może ominęły cię lania i inne kary ze strony twojego starego, gdy byłeś mały, ale ja jestem gotów nadrobić te zaległości, żebyś nie czuł się stratny. – Ponownie mruga.
Brzucho nigdy nie rzuca słów na wiatr, ale też zawsze wiadomo, kiedy mówi coś, bo mu zależy. Lubię nasze cowieczorne pogawędki. I lubię mieć starego. Papcia. I bardzo mi na nim zależy.
– Przywództwo… – zaczyna ponownie. – Najważniejsze, co powinieneś wiedzieć, to że nigdy nie można pokazać słabości tym, którym przewodzisz. To oznaka niewiary we własne decyzje. A jeśli ktoś nie wierzy w siebie, jego ludzie mu nie zaufają.
– Nigdy nie okazywać słabości – powtarzam sobie.
– Druga ważna rzecz to zawsze, ale to zawsze przestrzegać zasad i praw Bedlam. Zwłaszcza tych, które sam tworzysz. Masz je czcić tak, jakby nadał ci je sam Wszechmogący. Masz dawać przykład i rozliczać się najpierw sam ze sobą, zanim będziesz narzucał reguły innym i karał za ich nieprzestrzeganie.
Brzucho wskazuje na drugi kieliszek. Wychylamy kolejkę jednocześnie. Pali znacznie mniej niż poprzednia. Brzucho ma specyficzny gust, jeśli chodzi o whiskey. Jego ulubiony gatunek smakuje jak paliwo samochodowe.
– Jakieś pytania? – Odstawia kieliszek dnem do góry.
– Nie rozumiem… – odpowiadam szczerze. – Bedlam nie przestrzega praw hrabstwa, stanu ani nawet krajowych. Po co więc tworzyć jakiekolwiek zasady? Czy nie chodzi o to, żebyśmy robili, co nam się podoba?
Brzucho spogląda na mnie surowo.
– Nie, nie chodzi. – Dziabie palcem wskazującym w stół. – W Bedlam chodzi o rodzinę. o braterstwo. O życie według naszych zasad, a nie bez zasad.
Przerywa na chwilę, by uzmysłowić mi wagę tego, co zamierza powiedzieć. Nie musi się zastanawiać, jak to ująć – zawsze ma pod ręką właściwe słowa.
– Może i nie uznajemy tradycyjnych praw, ale to nie znaczy, że nie potrzebujemy własnego kodeksu. Nasze prawa mają nas łączyć, a nie dzielić. Sprawiają, że jesteśmy rodziną. Że darzymy się szacunkiem. Tworzą naszą tradycję. Rodzina, grupa ludzi, którzy oddaliby za siebie nawzajem życie, sprawia, że stajemy się kimś więcej. – Wskazuje trzeci kieliszek. Unosi go do ust i przez chwilę przypatruje mi się znad jego krawędzi. – Nawet wolni ludzie potrzebują zasad, synu.
Trzeci szot nadal smakuje jak benzyna, ale ta benzyna zaczyna mi smakować.
– Nie pokazywać słabości. Szanować własne zasady i prawa Bedlam – powtarzam, ale nie dlatego, żeby mu pokazać, że zrozumiałem. Brzucho powiedział mi kiedyś, że najlepszym sposobem na zapamiętanie czegoś jest powtórzenie tego na głos. A ja nie chcę zapomnieć nic z tego, co on mi przekazuje.
Brzucho uśmiecha się z aprobatą.
– Dobrze. Pamiętaj, jeśli sam nie przestrzegasz zasad, pokazujesz innym, że mogą próbować się od nich migać. A nie mogą. Nie kiedy na szali jest życie ich braci.
– Straciłeś wielu ludzi? – pytam zaciekawiony
Brzucho napełnia ponownie nasze kieliszki. Wychylamy numer cztery. Smakuje już całkiem nieźle. Jak denaturat, ale przyjemnie.
– Zbyt wielu. Ale każdy z nich zdawał sobie sprawę z ryzyka. I każdego z nich chroniłem do końca jak mogłem, kierując się instynktem i rozumem. Pamiętaj, gdy już ustanowisz jakieś prawo, ono przestaje być twoje. Staje się prawem Bedlam. A to, że siedzisz u szczytu stołu, nie znaczy, że nie jesz widelcem jak wszyscy inni.
Brzucho spogląda na kieliszek numer pięć, który wychylam bez mrugnięcia okiem. Odstawiam go denkiem do góry, jak Brzucho.
– Czy inne gangi…
– Organizacje – poprawia mnie Brzucho. Po chwili zastanowienia zmienia zdanie. – No dobra, Nieśmiertelni są klubem motocyklowym. A Klan Egan jest bardziej jak mafia. – Zaciska szczęki. – Los Muertos… To jedyni gangsterzy w okolicy.
– W takim razie: czy inni też mają prawa, jak Bedlam?
Brzucho potakuje ruchem głowy.
– Tak. Ich prawa brzmią nieraz inaczej niż nasze, ale łączą je wspólne wartości. Szanuj organizację. Nie donoś. Nie opowiadaj o niczym swoim kobietom, chyba że zostały zaakceptowane przez członków z prawem głosu. Nie stawiaj się przywódcom. I tak dalej, i tak dalej…
Wskazuje kolejny kielich. Numer sześć. Ciekawe, smakuje jak woda. Zupełnie nie jak to, co piliśmy przedtem.
– Chociaż… – Brzucho się śmieje. Nie wygląda, jakby był pod wpływem, tylko oczy nieco mu się świecą. – Klan Egan stanowi wyjątek. Każdy może się postawić szefom, ale jeśli zostanie przegłosowany, płaci życiem.
– Pewnie mało kto się stawia.
– Zdziwiłbyś się. Jak wiem, zdarza się to kilka razy do roku.
– A komuś się kiedyś udało?
Brzucho znów się uśmiecha.
– Callum Egan jest ich szefem od piętnastu lat. Więc raczej nie.
Pociąga whiskey z gwinta i podaje mi butelkę.
– A, Los Muertos też mają ciekawą zasadę. Przypomina mi ona westerny, gdzie sprawy załatwia się pojedynkiem o świcie. – Układa palce na kształt pistoletów. Może jednak whiskey w końcu weszła.
– Strzelają się o świcie? W kontekście tego, co mi o nich mówiłeś, to brzmi… Jakoś dziwnie.
Kręci głową i uderza dłonią w stół. Ramiona trzęsą mu się ze śmiechu.
– Nie, nie strzelają się! Nie używają w ogóle broni. Jak ktoś ma coś do przywódcy, może go wyzwać do walki wręcz. Zwycięzca sprawuje dalszą władzę.
– A przegrany?
Brzucho pociąga kolejny łyk i przekazuje mi flaszkę. Whiskey smakuje już niemal jak ambrozja.
– Walczą na śmierć i życie.
– A jeśli przywódca odmówi? – pytam, po czym bekam rozgłośnie. Brzucho kiwa się na krześle. A może to ja się kiwam? Papcio chwyta krawędź stołu, by odzyskać równowagę. Mam kłopot ze skupieniem na nim wzroku. Obaj mamy już nieźle wzięte. Brzucho celuje we mnie palcem. W oku ma błysk.
– To pierwsza lekcja tego wieczoru. Przestrzegaj własnych zasad albo twoi ludzie uznają cię za słabego. Odpowiadając na twoje pytanie, szef może odmówić…
– …ale tego nie robi – dokańczam.
Brzucho uśmiecha się z dumą od ucha do ucha. Klepie mnie po ramieniu.
– Zuch chłopak. – Podaje mi butelkę. Unoszę ją do ust. Większość gorzały ścieka mi po brodzie na koszulkę.
– Czekaj, powiedziałeś, że to pierwsza lekcja. Jaka jest druga? – pytam.
Brzucho zabiera mi butelkę rozbawiony.
– Jak pić jak jebany mężczyzna.
ROZDZIAŁ 6
Ponury
TERAZ
Kasyno znajduje się jakiś kilometr od budynków, w których mieści się moja firma ochroniarska, mój magazyn, sala narad wojennych i od niedawna burdel. Lobby burdelu jest połączone z trzema korytarzami. Jeden z nich prowadzi do kilku pokojów, w których dziewczyny zabawiają gości. Drugi do pokojów, gdzie mogą spać. Trzeci prowadzi do zamkniętych drzwi. Za nimi mieści się duża kuchnia i salon na użytek Bedlam, a także moje biuro.
To właśnie tu teraz siedzę, próbując ogarnąć interesy Bedlam. Od śmierci Brzucha ta odpowiedzialność spoczywa na moich barkach.
Telefonicznie potwierdzam, że weekendowa dostawa broni odbędzie się w terminie. Akurat kończę rozmowę, gdy rozlega się natarczywe pukanie do drzwi. Otwieram je. To Gabby. Stoi z pięścią nadal uniesioną w powietrzu. Opuszcza ją na mój widok.
– Przepraszam, ale nie mam za wiele czasu.
– Wszystko w porządku? Coś się stało Sztuczce? – pytam zaniepokojony.
– E.J. nic nie jest. Chciała, żebym ci to przekazała – odpowiada i podaje mi złożoną kartkę papieru. – Poleciła powiedzieć ci, że Marco coś planuje i nie zawraca sobie nią głowy. Jest bliska zdobycia dowodów, ale potrzebuje jeszcze trochę czasu.
– A wiesz może, jakich dowodów?
Gabby marszczy brwi.
– Nie, nic mi nie mówiła. Rzadko mamy szansę porozmawiać na osobności.
– Dzięki za to. – Unoszę notatkę.
– Nie ma sprawy. Muszę już lecieć. – Robi krok w tył, jednak widocznie się waha.
– Co? – pytam.
Uśmiecha się nieśmiało.
– Raydo czeka na mnie za bramą. Nie powinnam się kręcić po rezerwacie, ale obiecał nic nie mówić Marcowi. Wmówiłam mu, że jestem tu, by odebrać kasę od kogoś, kto wisi mi za przekręt, który zrobiłam z E.J. jakiś czas temu.
– No i?
Gabby spuszcza wzrok.
– Obiecałam mu, że podzielę się z nim tą kasą.
Wyciągam portfel i wydobywam z niego całą gotówkę, jaką mam.
– Osiem stów styknie?
Bierze banknoty i wciska je do kieszeni.
– Tak, super. Przepraszam, ale to jedyne rozwiązanie, które przyszło mi do głowy…
Siadam na swoim krześle.
– Dostarczaj mi informacje jak najczęściej. To mnie trzyma przy w miarę zdrowych zmysłach.
– Jasne. I jeszcze raz dzięki.
Gdy tylko wychodzi, Sandy wtyka głowę przez drzwi.
– Ponury, ale LASKA! – Popatruje w kierunku, w którym odeszła Gabby. – To była Gabby? Stary, nie mówiłeś, że przyjaciółka Sztuczki tak wygląda. – Zauważa notatkę w mojej dłoni. – Wszystko u niej okej?
– Ta. W porządku. – Masuję palcami skronie.
Jak dotąd…
Rozkładam kartkę, wiedząc, że to kolejny cytat. Cokolwiek więcej byłoby zbyt ryzykowne, gdyby Gabby została przyłapana. A poza tym cytaty są ulubioną formą komunikacji Sztuczki.
Życie jest cudownym trudem.
– ANONIM
Prawda. A przynajmniej to o trudzie. Bo życie wcale nie jest cudowne, a w każdym razie nie, dopóki Sztuczka do mnie nie wróci
ROZDZIAŁ 7
Ponury
Gdy wchodzę do domu, zastaję Sandy’ego chodzącego tam i z powrotem po salonie. Czaruje właśnie jakąś laskę przez telefon, próbując namówić ją, by do niego wpadła.
Nie chcąc patrzeć, jak robi z siebie idiotę, ruszam ku swojemu domkowi. Jestem padnięty.
Zrobiłem inwentaryzację broni, skontaktowałem się z chłopakami, którzy zajmowali się ostatnim przerzutem, i odebrałem telefon od Alby’ego, prawej ręki Calluma Egana, żeby ustalić szczegóły weekendowego transportu.
Gdy wchodzę do domku, nadal jestem pogrążony w myślach o Sztuczce i Bedlam. Nagle trafiam czubkiem buta na coś, co dziwnie przypomina stopę.
Dobywam broni i celuję w ciemność. Macam ścianę w poszukiwaniu włącznika światła.
Tak, to stopa. Należy do żołnierza Los Muertos, Gila. To jego i jego ziomka niedawno skopaliśmy w barze.
Gil jest teraz już tylko zwłokami.
Leży rozwalony na moim łóżku. Puste oczy wpatrują się w sufit. Jedna noga zwisa z łóżka. Wszędzie pełno krwi. Wsiąka w posłanie i materac. Jej źródło jest oczywiste, nie potrzeba tu technika policyjnego. Z głowy Gila wystaje rękojeść noża, którego ostrze tkwi w jego czaszce. Gdy przyglądam się mu bliżej, zauważam, że to nie byle jaki nóż. Ma rękojeść z okładziną z kości słoniowej ozdobioną wygrawerowanym imieniem.
Moim imieniem.
– Co do kurwy jebanej? – szepczę sam do siebie.
Nóż był podarkiem od Brzucha, który dostałem z okazji zaprzysiężenia do Bedlam. Sam wygrawerował na nim moje imię. Zwykle leży on w dolnej szufladzie mojej garderoby, ktoś go jednak znalazł i wbił w głowę mojego wroga.
Szkoda, że to nie byłem ja.
Przez głowę galopuje mi sto myśli naraz. Jakim cudem on się tu znalazł? Co się wydarzyło? Zatykam spluwę za pasek od spodni. Na zewnątrz słyszę jakieś zamieszanie. Ktoś wykrzykuje rozkazy. Poznaję ten głos…
– Kurwa! – klnę i rzucam się ku oknu. Drzwi wyskakują z zawiasów. Już niemal uciekam przez okno, gdy ktoś chwyta mnie za pas i rzuca bezceremonialnie na podłogę. Otacza mnie krąg znanych mi już umundurowanych typów, uzbrojonych w wojskowe karabiny. Celują we mnie.
– Tristanie Paine, jesteś aresztowany za zabójstwo… – Resztę słów zagłuszają ruchy gości kręcących się po pokoju. Ktoś unosi mnie z podłogi, po czym kopie pod kolanami. Padam na klęczki.
– Proszę, proszę, co my tu mamy… – Lemming gwiżdże z wrażenia, przyglądając się rzezi. Unoszę ręce za głowę. Ktoś wyrywa mi spluwę zza pasa i wyciąga nóż z pochwy na kostce. Agent Lemming uśmiecha się zwycięsko. Jest tak podjarany, że zaraz spuści się w spodnie. Skurwiel. – Mówiłem ci, że cię w końcu dorwiemy, skurwysynu.
– Chuja na mnie macie – syczę. Ktoś zakłada mi kajdanki, po czym dwóch gliniarzy stawia mnie na nogi.
Lemming wskazuje trupa.
– Nie zgodzę się z tobą.
Zaciskam zęby, gliny pchają mnie w kierunku wyjścia.
– On już tu był, kiedy wszedłem – warczę.
– A, to w takim razie przepraszamy, jesteś wolny – kpi agent. – A tak serio, to słyszałem już takie gadki. Mało oryginalne. Na przyszłość postaraj się wymyślić coś lepszego.
– To wszystko lipa i doskonale o tym wiesz – rzucam, szarpiąc się z kajdankami.
– Czyżby? – Lemming unosi brew. Podchodzi do zwłok i przygląda im się. Pokazuje na nóż. – A jak wyjaśnisz tę kosę z twoim imieniem wbitą w jego głowę?
– Sam sobie przed chwilą zadawałem to pytanie.
–Okej, niech ci będzie. A masz może jakiś pomysł, kto to zrobił, jeśli nie ty?
– Próbowałem do tego dojść, zanim mi przeszkodziłeś swoją przedwczesną wizytą – odpowiadam tonem ociekającym sarkazmem.
– Przedwczesną? A mnie się wydaje, że zjawiłem się w idealnym momencie. – Lemming staje ze mną twarzą w twarz.
Uśmiecham się złośliwie.
– Może typa bolała głowa i nie wystarczyła mu aspiryna?
Lemming otwiera usta do odpowiedzi, lecz nie pozwalam mu dojść do słowa.
– Po pierwsze: pierdol się. Po drugie: chcę adwokata.
Agent zbliża twarz do mojej.
– Adwokat gówno ci pomoże, Ponury. – Wydobywa zza kamizelki kuloodpornej cygaro, odgryza końcówkę i wypluwa mi ją pod nogi. – Nikt ci już nie pomoże.
Moja eskorta pcha mnie przez trawnik ku czekającej furgonetce. Odwracam głowę i rzucam przez ramię:
– Chcesz się, kurwa, założyć?
Drzwi furgonetki zamykają się za mną z trzaskiem. Kierowca odpala silnik. Ze zdziwieniem stwierdzam, że nie jestem tam sam. Na ławkach pod ścianami wozu siedzą Marci, Haze i Sandy. Oni także są skuci kajdankami, umocowanymi dodatkowo do rury biegnącej przez środek kabiny.
Marci unosi ręce, ale kajdanki krępują jej ruchy, więc opuszcza je z powrotem na kolana.
– Nic ci nie jest, kochanie? – pyta. Martwi się bardziej o mnie niż o siebie. Typowa matka.
– Siedzisz skuta kajdankami w policyjnej suce i pytasz, czy mi nic nie jest? – Jestem tak wkurwiony, że widzę na czerwono. Co innego zakuć w kajdanki moich braci, ale Marci!?
Spoglądam na Haze’a i Sandy’ego.
– Co tu się, kurwa, dzieje?
– Wparowali do domu, jak gadałem przez telefon – odpowiada Sandy. – Mieli nakaz, zaczęli wywracać wszystko do góry nogami. Kurwy jedne roztrzaskały mi playstation.
– Jakimś cudem znaleźli w naszych pokojach całą kupę hery – wtrąca Haze.
Marci pochyla się ku mnie.
– W twoim pewnie też? – pyta.
Furgonetka rusza, rzucając nami jak workami ziemniaków. Kręcę głową, zaciskając zęby.
– Nie do końca.
