Preppy. Życie i śmierć Samuela Clearwatera 1 - T.M. Frazier - ebook + audiobook

Preppy. Życie i śmierć Samuela Clearwatera 1 ebook

T. M. Frazier

0,0
44,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Dre podejmuje niewłaściwe decyzje, które z czasem doprowadzają jej ciało na skraj wytrzymałości. W końcu trafia do domu swojej babci Mirny, gdzie spotyka Preppy’ego – bezwzględnego i nieprzewidywalnego kryminalistę usiłującego wyciągnąć córkę przyjaciela z sierocińca.

Między Dre a nowo poznanym mężczyzną zaczyna rodzić się wyjątkowa więź. Wkrótce jednak dziewczyna odkrywa jego sekrety, a ich relacja gwałtownie się zmienia. Zazdrość, rozczarowanie i gniew wystawiają tę szczególną znajomość na najcięższą próbę. Ostatecznie Preppy wyjawia prawdę o własnym ojcu oraz o tym, dlaczego tak naprawdę pojawił się u babci Mirny…

Czy dwoje wykolejonych ludzi może uratować siebie nawzajem?

„Preppy” to seria erotyczna opowiadająca nie tylko o traumie i bolesnych wspomnieniach, ale również o nadziei na lepszą przyszłość. Pomysłowość i oryginalność T.M. Frazier sprawiają, że nie sposób oderwać się od tej przejmującej historii!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 314

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okładka przedstawia mocno umięśnionego męskiego torso bez koszulki na ciemnym, wygaszonym tle. Mężczyzna ma na sobie niebieskie jeansy i trzyma jedną dłoń wsuwającą się delikatnie w kieszeń spodni.
T.M. Frazier; Preppy. Życie i śmierć Samuela Clearwatera. Część 1; Przekład Sylwia Chojnacka; Risky Romance; 2026

Fragment

Tytuł: Preppy. Życie i śmierć Samuela Clearwatera. Część 1

Tytuł oryginału: Preppy. The Life & Death of Samuel Clearwater. Part One

Przekład z języka angielskiego: Sylwia Chojnacka

Copyright © T.M. Frazier, 2026

This edition: © Risky Romance/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026

Projekt okładki: Damian Niewczyński

Redakcja: Justyna Yiğitler

Korekta: Joanna Armatowska

ISBN 978-91-8153-419-1

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.

Risky Romance / Gyldendal A/S Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K

www.gyldendal.dk

Dedykacja

Dla Pana Fraziera

PROLOG

P r e p p y

Obecnie

DELIKATNE PRZEBŁYSKI przyćmionego światła przebijają się przez ciemne zakamarki mojego umysłu. Wewnętrzne światło staje się coraz jaśniejsze i jaśniejsze, powoli zmienia zmierzch w świt, budząc moje myśli.

Słyszę dźwięk, jakby wodę płynącą z kranu, ale po chwili dociera do mnie, że to krew szumiąca w moich uszach. Krztuszę się, kiedy dociera do mojego serca, które budzi się do życia z hukiem przypominającym uderzenie w perkusję. Bum. BU-BUM, bije raz za razem, aż odnajduje szybki, ale stabilny rytm. Nowe życie we mnie staje się głośniejsze, silniejsze, aż śmierć znika i budzę się, sapiąc.

Otwieram oczy. Próbuję wciągnąć powietrze do płuc, ale nic się nie dzieje. Próbuję znowu, moje płuca płoną, lecz w końcu postanawiają współpracować. Mogę oddychać, ale boli to jak sam skurwysyn.

Kurwa, ja żyję.

Mój umysł od razu zalewają pierwsze myśli. O dziewczynie. Wyglądającej na smutną, o czarnych, błyszczących włosach i dużych, ciemnych oczach, która siedzi na skraju wieży ciśnień.

Moje serce gubi rytm, bije szybciej i szybciej, aż uderza w mojej piersi niczym młot pneumatyczny.

Ona.

Mimo że wzrok mi się cholernie rozmazuje, myśli o niej są bardziej przejrzyste niż kiedykolwiek i po raz pierwszy w moim dorosłym życiu zaczynam się kurewsko bać.

Nie muszę nawet patrzeć na wielkiego skurwiela stojącego nade mną z kijem bejsbolowym, by wiedzieć, że mam zupełnie przerąbane.

ROZDZIAŁ 1

P r e p p y

Trzy lata wcześniej

KURWA, NIEZŁY TOWAR. Wytarłem nadmiar proszku spod nosa i wmasowałem go w dziąsła.

– Naprawdę niezła krecha. Dzięki, stary. Teraz ten pieprzony dzień jest trochę bardziej znośny – powiedziałem. Właśnie podjechaliśmy pod dom Grace po tym, jak zawieźliśmy Kinga do aresztu, by odsiedział swój wyrok. Zobaczymy go znowu, ale dopiero za jakieś dwa-cztery lata.

– Kurwa – rzucił Bear, powtarzając to, co sam myślałem o towarze, gdy wciągał kreskę z deski rozdzielczej mojego samochodu. Złapał palcami za grzbiet nosa i potrząsnął głową z boku na bok, a długie blond włosy zafalowały wokół jego twarzy, jakby był otrząsającym się przemoczonym psem pasterskim. Czekał, aż narkotyk dotrze do jego mózgu i zacznie działać.

Znałem to uczucie.

Znałem je aż za dobrze.

I kochałem.

Bear wytarł z deski rozdzielczej pozostałe ślady naszej żałosnej rozrywki. Wysiadł z samochodu, ale ja się zawahałem, wciąż trzymając dłonie na kierownicy. Spojrzałem na mały domek Grace i westchnąłem.

– Idziesz? – zapytał Bear, pochylając się nad otwartym oknem. Zapalił dwa papierosy i oparł się o samochód, zasłaniając mi widok swoją dupą w dżinsowych spodniach.

Niechętnie wysiadłem, a gdy obchodziłem samochód, wygładziłem spodnie khaki, wyprostowałem muszkę i wziąłem głęboki oddech. Dołączyłem do Beara i też oparłem się o samochód. Staliśmy w milczeniu, patrząc na ganek domu Grace. Przyjaciel podał mi zapalonego papierosa, a ja go wziąłem i zaciągnąłem się głęboko.

– Jesteś wkurzony, że zabronił nam się odwiedzać? – zapytałem. Bear zahaczył kciukiem o kieszeń, kopiąc czubkiem buta samotną muszlę leżącą na piasku.

Zaciągnąłem się znowu i powoli wypuściłem dym. Bear wzruszył ramionami.

– Niektórzy z moich braci mówili to samo, gdy trafiali za kraty. Żadnych telefonów, żadnych odwiedzin. Kiedy są zamknięci, muszą się skupić na przeżyciu w zamknięciu. Chyba nie wyobrażam sobie mieć gości, którzy ciągle przypominają ci o wolności, której nie masz.

– Nie mówiłem o twoich Beach Bitches, misiaczku. Mówiłem o Kingu – powiedziałem, gasząc papierosa butem.

Bear przewrócił oczami i rzucił papierosa na drogę, wypuszczając dym nosem.

– Chodź, miejmy to już z głowy.

– Bear? – zapytałem, zahaczając palcami o przednią część spodni i nagle czując się nieswojo, gdy szliśmy ścieżką prowadzącą do domu. Po chwili znowu wyprostowałem muszkę.

– Tak, Prep?

Podążyłem za nim w stronę ganku i wyszeptałem:

– Myślę, że trawa będzie o wiele lepszym pomysłem niż koka.

Bear odwrócił się w moją stronę. Jego źrenice rozmiarem przypominały naleśniki. Wskazał na moje oczy.

– Tak, stary – zgodził się i obaj wybuchnęliśmy śmiechem. – Myślę, że masz, kurwa, rację.

***

– Według mnie jest tylko jedno rozwiązanie tego problemu – oznajmiłem, patrząc na Grace i Beara i ich cholernie przygnębione miny. Oboje patrzyli na stół, jakby w magiczny sposób miały się na nim pojawić odpowiedzi, których szukaliśmy. Grace mocno ściągnęła brwi, przez co na jej pomarszczonej twarzy pojawiło się jeszcze więcej zmarszczek. Nieustannie mieszała łyżeczką w szklance. Dobijało mnie to, że nie mogłem naprawić sytuacji. Zrobiłbym to dla niej. Dla nas.

– Samuelu – odezwała się Grace, nakrywając moją dłoń swoją i uśmiechając się pocieszająco, choć jej uśmiech ani trochę nie sprostał temu zadaniu. – Nie musisz teraz tego naprawiać. Nie musisz niczego polepszać. Coś wymyślimy. – Jej ton brzmiał tak, jakby próbowała przekonać samą siebie tak bardzo, jak starała się przekonać mnie.

Rozmawialiśmy o Max, córce Kinga, którą zabrała opieka społeczna, gdy tylko zakuto go w kajdanki. We troje próbowaliśmy wymyślić jakikolwiek sposób, by ją odzyskać i zabrać do domu, ale prawo stanowe jest porąbane. Najwyraźniej nie dadzą dziecka motocykliście, degeneratowi ani chorej kobiecie w podeszłym wieku.

Szlag by to.

Knykcie Beara pobielały, gdy z warknięciem przerzucił obręcz na serwetkę z jednej dłoni do drugiej i plastik pękł. Rzucił go na stół, posyłając Grace przepraszające spojrzenie, a potem ukrył twarz w dłoniach.

Uderzyłem pięściami o blat, aż dzban, w którym Grace przygotowuje swoje słynne mojito, zadrżał i w końcu przyciągnąłem ich uwagę.

– Dobra. Postanowione. – Wyciągnąłem rękę i uścisnąłem dłoń Beara, tak jak wcześniej Grace moją, a on zareagował tak, jakbym miał jakąś zarazę. – Będziemy musieli wziąć gejowski ślub.

– Zamknij się, do cholery, Prep – wymamrotał Bear, strzepując popiół z papierosa do popielniczki i próbując uderzyć mnie ręką w głowę, ale byłem szybki i uchyliłem się, zanim udało mu się mnie dotknąć.

– Chłopcy – ostrzegła Grace, chociaż moje słowa chyba odniosły zamierzony efekt, bo zobaczyłem, że kąciki jej ust lekko się uniosły, mimo że jeszcze przed chwilą wyglądała na zmartwioną. W jej oczach ujrzałem lekki błysk, bo znów odnalazła swoje miejsce w naszym popapranym życiu.

Była naszą matką, to jej rola.

– Bear, przynajmniej udawaj, że ci na tym gównie zależy – powiedziałem, obserwując Grace kątem oka. Zobaczyłem, że jej ramiona się rozluźniają i znowu siada na krześle z drinkiem. – Spójrz tylko na siebie, skurwielu! Na litość boską, przecież oni nie dadzą nam dziecka Kinga, jeśli mój mąż nie chce włożyć pieprzonej koszuli! – Wskazałem na Beara, który nie miał pod swoją kamizelką żadnej koszulki, odkąd awansował w klubie Beach Bastards. Poważnie, można by pomyśleć, że ten facet ma jakąś alergię na ubrania.

– O czym ty mówisz? Przecież jestem całkowicie zakryty – oznajmił Bear, patrząc po sobie. Poprawił kamizelkę, by zakryła jego lewy sutek, przez co prawy został odsłonięty.

Przewróciłem oczami.

– Tatuaże się nie liczą – powiedziałem i wtedy usłyszałem cichy śmiech Grace i sam się nieco rozluźniłem.

– Jasne, że się liczą – odparł Bear, klepiąc tusz pokrywający jego mięśnie brzucha, jakby to miało coś udowodnić.

– Samuelu – odezwała się Grace, brzmiąc na lekko zmęczoną – doceniam twój entuzjazm, ale mieszkamy na południu kraju, a tutaj jeszcze nie doszli do ładu z małżeństwami homoseksualnymi.

Wstałem od stołu i zacząłem krążyć, pokonując trzy kroki na tarasie w stronę podwórka i z powrotem. Oczywiście wiedziałem, że na południu homoseksualiści nie mogą zawrzeć związku małżeńskiego, i wiedziałem też, że to żałosny pomysł, ale byłem w stanie sypać pomysłami jak z rękawa, byle tylko znaleźć rozwiązanie. Nie wspominając już o tym, że ktoś musiał przegonić gęstą chmurę obaw wiszącą nad głowami naszej małej rodziny.

– Samuelu, coś wymyślimy. Po prostu zajmie nam to chwilę – zapewniła mnie Grace. Spojrzałem na nią i ująłem jej wyciągniętą dłoń, pochylając się, by ją przytulić. Otoczyła mnie w talii swoimi drobnymi ramionami. Pachniała jak mięta i potpourri, które zawsze trzymała w słoiku na stole w salonie. Raz czy dwa pomyliłem ją z mieszanką studencką.

A może sześć razy.

– Poradzimy sobie, Grace – oznajmił Bear, jakby czytał mi w myślach. Chociaż nie brzmiał na tak przekonanego jak ja.

Przykucnąłem obok Grace.

– Po prostu będziemy musieli być nieco bardziej… kreatywni.

Grace poklepała mnie po policzku.

– Jesteś dobrym chłopcem, Samuelu – powiedziała. Gdybym był psem, machałbym z radości ogonem tak mocno, że pewnie by mi odpadł. – Och, i zanim zapomnę, sprawdź, co u Mirny, tak jak cię prosiłam. Ostatnio chyba z nią gorzej, a ja chcę mieć pewność, że ktoś ma ją na oku, gdy mnie nie będzie.

– Jasne – powiedziałem, całując ją po raz ostatni w czoło, a potem wstałem i wyprostowałem zagniecenia na spodniach. Dom Mirny był pierwszym, który wykorzystaliśmy w naszym projekcie Babcina Zielarnia. Poza tym Mirna robiła niesamowite ciasteczka z kawałkami czekolady. Tak dobre, że kiedyś poważnie myślałem o tym, by wetrzeć je sobie w jaja. – Dzisiaj tam pojadę – zapewniłem ją.

– A kiedy wrócisz? – zapytał Grace Bear.

– Za kilka tygodni. Nie zostanę tam zbyt długo – odparła bez entuzjazmu. Bear i ja wymieniliśmy znaczące spojrzenia nad głową Grace. Musiała wyjechać z miasta do jakiegoś ośrodka, o którym mówiła, jakby był jakimś spa czy sanatorium, ale ja i Bear mieliśmy swoje podejrzenia, więc zadzwoniliśmy tam zaraz po tym, jak nam o nim powiedziała, i okazało się, że to ośrodek leczenia raka w zaawansowanych stadiach. Grace rzadko przy nas mówiła o słowie na „r” i twierdziła, że będzie żyć wiecznie.

– Mam cię zawieźć? – zapytałem.

Grace machnęła ręką.

– Chłopcy, przestańcie się o mnie martwić. Rano kogoś po mnie wyślą. A teraz idźcie już! Idźcie! Zobaczymy się za kilka tygodni.

Zawsze nosiłem przy sobie broń, ale nie byłem na tyle głupi, by kłócić się z Grace, gdy się na coś uparła. Jeśli twierdziła, że będzie żyć wiecznie, to lepiej było jej uwierzyć i dać spokój.

Bear okrążył stół i się z nią pożegnał, a potem wyszedł. Podążyłem za nim, gdy obchodził taras.

– Masz gdzieś numer do tej placówki?

– Tak, dzwoniłem, by upewnić się, że dostanie prywatny pokój – powiedziałem.

– To dobrze. Przyrodnia siostra jednego z braci tam pracuje. Będzie nad nią czuwać – oznajmił Bear.

Bear i ja rzadko się ze sobą zgadzaliśmy, ale zajmowanie się Grace – nawet jeśli za jej plecami – było jedną z tych rzeczy, do których nie potrzebowaliśmy kłótni czy pokazywania środkowego palca.

– Wysadź mnie w klubie – powiedział Bear. – Dopiero rano odzyskam od Dunna swój motocykl, tuż przed wyjazdem.

Pokiwałem głową. Gdy Grace trafi do ośrodka, Bear wyjedzie w trasę z Bastardami, nie miałem pojęcia dokąd i w jakim celu, bo tak naprawdę nigdy go nie słuchałem, lecz w tej chwili dręczyła mnie jedna kwestia związana z wcześniejszą rozmową.

– Ale poważnie nie hajtnąłbyś się ze mną, żeby pomóc dzieciakowi Kinga? Przecież to chore. – Wiedziałem, że obrażanie się o to, że mój bardzo heteroseksualny przyjaciel nie chce poślubić swojego bardzo heteroseksualnego przyjaciela, by uratować dziecko innego heteroseksualnego przyjaciela, było dziwne, ale ja zrobiłbym wszystko, byle tylko naprostować sytuację. Nie chodziło o kwestię małżeństwa, tak naprawdę przeszkadzało mi to, że Bear nie jest w to wszystko tak bardzo zaangażowany jak ja.

Wszyscy ludzie są, kurwa, tacy sami.

Bear zatrzymał się, kładąc rękę na furtce, i odwrócił.

– Chcesz usłyszeć prawdę? Zrobiłbym wszystko, by odzyskać córkę Kinga. A ty doskonale o tym wiesz, Preppy, więc przestań zachowywać się jak kutas. Wierz lub nie, ale w tej sytuacji wcale nie chodzi jak zwykle o ciebie.

Poczułem się lepiej, wiedząc, że byliśmy po tej same stronie.

– To prawda, ale prawdą jest również to, że wszystko jest do dupy.

– Zgadza się, mój przyjacielu – przyznał mi rację, otwierając furtkę.

– Hej, Bear, chcesz wiedzieć, jak nazywa się gejowskie małżeństwo w stanach, gdzie jest ono legalne? – zapytałem, gdy dotarliśmy do samochodu.

– Nie, ale coś czuję, że i tak mi powiesz – odparł ze śmiechem, z trudem zachowując wkurzoną minę, którą miał prawie zawsze.

– Małżeństwo, ty pieprzony idioto – powiedziałem, trzepnąłem go w tył głowy i potruchtałem do samochodu. Pokazał mi wytatuowany środkowy palec.

***

– I came in like a wrecking baaaallll – zaśpiewałem na całe gardło przy otwartym oknie. Wybrukowaną ścieżką właśnie szła grupa nastolatków składająca się głównie z dziewczyn, które zmarszczyły nosy zniesmaczone, jakby nigdy wcześniej nie były ofiarą mijanego przez nie śpiewaka.

– Pieprzone nastolatki – wymamrotałem, opierając się łokciem o drzwi i machając ręką przez okno w rytm bitu muzyki, dalej śpiewając głośno, czego większość ludzi nie potrafiła docenić, a szczególnie nie doceniała tego osoba siedząca obok mnie, która psuła całą zabawę. Mina Beara wyrażała ból, jakby od mojego śpiewania jego fiut skręcał się w supełek.

– Wszyscy czujemy się okropnie z powodu Kinga i Max, Bear, ale czy musisz wyglądać tak, jakbyś miał zaparcie? – zapytałem, szturchając go w ramię.

Milczał przez chwilę. Odetchnął i podrapał się po karku.

– Nie chodzi tylko o Kinga. Ale też o mojego ojca. Ostatnio ciągle się mnie czepia, bardziej niż zwykle. – Zaparkowałem przed bramą. Bear spojrzał na mroczny klub. Gapił się, jakby to było coś więcej niż tylko ściany i okna.

– Pieprzyć twojego ojca – powiedziałem. – Lepiej, żeby ten skurwiel nigdy nie wszedł mi w drogę albo pokażę mu specjalność Preppy’ego.

– A czym jest specjalność Preppy’ego? – zapytał Bear, uniósłszy krzaczastą blond brew.

Wycelowałem w klub palcami imitującymi broń.

– Kula z muszką na boku. – Udałem, że strzelam z palca.

Starałem się jak najlepiej imitować dźwięk wystrzału.

Bear się zaśmiał, nie sztucznie, jak robił w ciągu ostatnich kilku dni, ale prawdziwie, szczerze. Poczułem ulgę, gdy to usłyszałem, bo Bear nieustannie chodził jakiś struty. Ten sukinkot czasami był tak ponury, że aż fiut mnie bolał.

Zasalutował mi na pożegnanie i zniknął za bramą.

Pojechałem do Mirny, czując jeszcze większą determinację, by odzyskać Max dla Kinga i chronić ludzi, których nazywałem rodziną.

Nie ma takiej rzeczy, której bym dla nich nie zrobił.

Zabiłbym każdego.

Gdyby to było tylko takie cholernie proste.

ROZDZIAŁ 2

D r e

MIAŁAM SPERMĘ WE WŁOSACH.

I skrzepy zaschniętej krwi pod paznokciami.

A także siniaki między nogami.

Miałam już tak dość siebie, że przechodziło to ludzkie pojęcie. Potrzebowałam nowego życia, do cholery. Poklepałam stanik pod koszulką, by po raz setny sprawdzić, czy mam bilet autobusowy. Kiedy papier zaszeleścił przy mojej skórze, odetchnęłam z ulgą – to mi przypominało, że od nowego startu dzieli mnie tylko jedna podróż autobusem.

Poprawiłam bluzkę i rozejrzałam się. Ten mały dom kiedyś – w innym życiu – był mi bardzo znajomy. W rzeczywistości minęło tylko kilka lat. Kiedyś czułam się tu jak w domu.

Och, jak wszystko się zmieniło.

Nerwowo krzyżowałam i prostowałam nogi, gdy Mirna krzątała się po kuchni. W ogóle nie czułam się tu jak u siebie. I to nie miało nic wspólnego z Mirną (zawsze nazywałam ją po imieniu), chodziło o mnie.

Obciągnęłam nogawki spodenek, jakbym w ten sposób mogła sprawić, że się wydłużą, bo nagle zaczęła mi przeszkadzać dziura w kieszeni, przez którą było widać moje udo. Szarpanie znoszonego dżinsu nic nie dało, więc skupiłam się na rękawach bluzki, rozciągając materiał aż do dłoni, na palce, by przytrzymać go w miejscu. Światło słoneczne przeciskało się do salonu przez ogromne okno. Zachodzące słonce sprawiało, że materiał bluzki stał się całkowicie prześwitujący. Miałam nadzieję, że Mirna nie zobaczy moich ramion.

Ścisnęło mnie w żołądku. Hera, którą brałam w zeszłym tygodniu, nie wystarczyła mi, by się naćpać, ale przynajmniej nie popadłam w ogromny głód narkotyczny. Głowa mi pulsowała, a całe ciało bolało, jakbym miała grypę. To był okropny kac, który nigdy tak naprawdę się nie kończył.

Mogło mnie ściskać w żołądku również dlatego, że od chwili gdy weszłam do domu mojej babci, oficjalnie stałam się najgorszym człowiekiem na tej pieprzonej planecie.

Nieoficjalnie zyskałam ten tytuł już jakiś czas temu.

Pochyliłam się do przodu, by zdusić mdłości, ale tak naprawdę mogło mi pomóc tylko coś ze strzykawki lub zmiana ciała na mniej wykorzystane i zaniedbane.

Zastanawiałam się, co Mirna robi tyle czasu, bo nie wiedziałam, jak długo jeszcze uda mi się tu siedzieć i nie zwymiotować do donicy stojącej przy drzwiach. Znowu zalała mnie fala mdłości i zagryzłam wargę mocno, by utrzymać zawartość żołądka w środku. Zlizałam krew z ust, metaliczny posmak nie pomagał, bo i tak czułam na języku okropny smak kwasu.

Mirna wróciła do salonu z szerokim uśmiechem na twarzy. Postawiła na stoliku srebrną tacę, tę, której używała zawsze, gdy przychodzili goście.

Moja babcia, najwyraźniej nieświadoma mojego dyskomfortu, nalała herbaty do dwóch różnych filiżanek. Jedna była jasnoniebieska z wyszczerbionym brzegiem – od razu ją poznałam. To wyszczerbienie powstało, gdy jako dziecko wjechałam w stolik swoim rowerkiem. Cały serwis, prezent ślubny od mojego dziadka, rozbił się z hukiem. Później Mirna siedziała na podłodze w kuchni, trzymając mnie na kolanach, i głaskała mnie po włosach, pocieszając godzinami, chociaż zniszczyłam jej serwis, którego już się nie dało uratować. Ocalała tylko ta jedna filiżanka.

Filiżanka, którą teraz chwyciłam, gdy postawiła ją na stoliku.

Ręce mi drżały, przez co filiżanka dzwoniła na talerzyku. Uśmiechnęłam się tak uprzejmie, jak tylko mogłam, i odstawiłam ją ostrożnie na stół, nie wziąwszy nawet łyka. Babcia odwzajemniła uśmiech i obserwowała mnie z zaciekawieniem znad swojej filiżanki, tak samo jak wtedy, gdy kilkanaście minut temu zapukałam do jej drzwi.

Czekałam. I nic.

Gdy ostatnim razem ją odwiedziłam, Mirna miała problem, by cokolwiek sobie przypomnieć. Na przykład to, gdzie odłożyła klucze. Albo o której jej przyjaciółka Hilda przyjedzie po nią, by zabrać ją na bingo.

Wyglądało na to, że nie tylko u mnie coś się zmieniło – u Mirny również, bo nie spodziewałam się, że kobieta, z którą jako dziecko spędzałam każde lato, odkąd ukończyłam czwarty rok życia, nie rozpozna mnie, swojej jedynej wnuczki.

Kiedy jej stan tak się pogorszył?

– Czy wiesz, kim jestem? – zapytałam cicho, ponownie próbując zachęcić ją do sięgnięcia w głąb pamięci. Patrzyłam na nią, nawet nie mrugając i modląc się o to, by w jej oczach pojawił się błysk rozpoznania. W oczach, które były takie same jak moje. Oczach, w których kiedyś było tyle życia, a teraz wyglądały na przyćmione, jakby pokryte szronem.

Może wszystko było w porządku. Może po prostu mnie nie rozpoznawała. W końcu ostatnim razem, gdy mnie widziała, miałam lśniące czarne włosy i opaloną skórę, a teraz nie byłam nawet cieniem samej siebie – wychudzona, o wystających obojczykach i kościstych łokciach. Pod oczami miałam głębokie, żółtawe sińce, a moja skóra przybrała jasnoszary odcień.

Nie musiałam patrzeć w lustro, by wiedzieć, że sama bym siebie nie poznała.

– Jestem Andrea – powiedziałam. Wciąż nic. – Dre? – zapytałam, podsuwając jej moje zdrobnienie. Może chociaż to zabrzmi dla niej znajomo?

– Och! – wykrzyknęła Mirna, unosząc palec wskazujący. Siedziałam na brzegu kanapy, pochylając się nad stołem, czekając, aż wytknie mi, jak się zaniedbałam. – Jesteś z kościoła, prawda? Ciągle kogoś do mnie wysyłają, by dotrzymał mi towarzystwa, gdy Rick jest po drugiej stronie oceanu. Ale nic mi nie jest. Dzięki szkoleniu dla pielęgniarek mam co robić, a w wolnym czasie uczę się, jak być lepszą kucharką, chociaż jeszcze dopracowuję przepis mamy na pieczeń rzymską, bo inaczej nigdy nie przyjdzie na niedzielny obiad.

Ścisnęło mnie w sercu, bo Mirna odniosła się do mojego dziadka, jakby wciąż żył i walczył na wojnie.

Zalało mnie przyprawiające o mdłości, bolesne poczucie winy i przywarło do moich zgniłych wnętrzności. Biorąc pod uwagę obecną sytuację, może to i lepiej, że nie wie, kim jestem.

Albo dlaczego tu jestem.

Przypomniałam sobie, co mnie tu przywiodło, gdy z tyłu domu rozległ się jakiś hałas. Skrzywiłam się, ale Mirna wydawała się nieporuszona tym zamieszaniem. Sączyła herbatę, trzymając filiżankę z uniesionym małym palcem, jak kobieta, która dopiero uczyła się południowych zachowań.

Gdy już wmówiłam sobie, że pewnie nie słyszała hałasu, Mirna przekrzywiła głowę i wskazała na korytarz.

Jak myślisz, moja droga, długo będą tam jeszcze siedzieć? – zapytała, jakbym zastanawiała się nad tym samym.

Mój puls przyspieszył.

– Eee, nie wiem, o czym ty… Eee… Ale kto? – Znowu obciągnęłam rękawy bluzki.

Uśmiechnęła się i pochyliła w moją stronę, przywołując mnie kiwnięciem palca wskazującego, więc zbliżyłam się ku niej.

– W tamtym pokoju jest dwóch mężczyzn – wyszeptała. – Wybili okno i mnie okradają. – Klepnęła ręką w kolano i wybuchnęła śmiechem, jakby właśnie skończyła opowiadać żart. – Dasz wiarę? Czyż to nie jest ekscytujące?

– Może… pójdę im powiedzieć, żeby wyszli, jeśli chcesz – oznajmiłam, siląc się na spokojny głos i ignorując zawroty głowy, które poczułam, gdy gwałtownie wstałam z kanapy. A potem tak spokojnie, jak tylko mogłam, ruszyłam w stronę korytarza.

– Dziękuję, moja droga – zawołała Mirna. – Ale nie musisz tego robić. Ktoś już jest w drodze. Niedługo tu będzie.

– Kto? – zapytałam, odwracając się.

– Samuel – odparła, jakbym powinna znać to imię. Wzięła filiżankę, założyła nogę na nogę i rozparła się na sofie, wyglądając przez okno na podwórko.

Znów uniosła ten mały palec.

Odwróciłam się i popędziłam korytarzem. Szybko otworzyłam drzwi do sypialni. Niemal się przewróciłam, gdy zobaczyłam, co jest w środku. Kiedyś pokój służył za sypialnię gościnną, a Mirna tworzyła tutaj albumy z wycinkami, jednak teraz wszędzie rosły zielone rośliny. I to nie byle jakie.

Marihuana. Mirna hoduje trawę w gościnnej sypialni.

Zielone liście rosły we wszystkie strony nad skomplikowaną siecią przezroczystych rur i szklanych donic zwisających w rzędach z sufitu i ścian.

Po pokoju krążyło dwóch mężczyzn, którzy wpychali rośliny do worków na śmieci i kopali rury i szklane donice, rozsypując odłamki wszędzie dookoła. Ten bilet autobusowy miał mnie zabrać jak najdalej właśnie od nich.

– Co to, do cholery, ma być? – zapytałam, gapiąc się na scenę z szeroko otwartymi oczami. – I dlaczego to tutaj jest? – Eric i Conner wyglądali, jakby wygrali na loterii. Uśmiechali się tak, że na ich wychudzonych twarzach było widać tylko żółte zęby. Podarta koszulka wisiała na chudym ciele Erica jak stary worek po kartoflach. Policzki miał zapadnięte, buty nie do pary pod względem koloru: jeden biały, drugi czarny, i stanu: jeden miał dziurę, z której wystawały palce stóp, a z drugiego po boku odłaziła podeszwa. Conner wcale nie wyglądał lepiej, ale przynajmniej buty miał w jednakowym kolorze. – Mówcie, co tu się, do diabła, wyprawia? – zażądałam, żałując, że bycie trzeźwą jest takie okropne.

– Ale z ciebie głupia suka, wiesz o tym? – warknął Eric. – To… – powiedział, unosząc jedną roślinę i potrząsając nią – jest powód, dla którego tu jesteśmy. Czy naprawdę sądziłaś, że przejechaliśmy taki szmat drogi do tego chujowego miasta, by okraść twoją babcię z taniej biżuterii? – Pokręcił głową w niedowierzaniu i dalej napełniał worek. – Głupia, pieprzona suka – wymamrotał.

Conner dodał:

– Kiedy usłyszeliśmy, co się tu znajduje, uznaliśmy, że to tylko plotka, ale rozbiliśmy bank. Czy ty wiesz, ile to jest warte na ulicy? – Przemierzył pokój i wetknął mi worek w rękę. Samo przebywanie w jego obecności sprawiało, że czułam się jeszcze gorzej niż po jakimkolwiek zjeździe narkotykowym. – Pomóż nam pakować. Wiesz, to, co lubisz sobie wstrzykiwać, nie jest tanie.

Wiem, bo już zapłaciłam tę cenę.

Ale dość tego.

– Wiedzieliście, że to się tu znajduje? – zapytałam, opuszczając worek i robiąc krok w tył.

– Jasne, kurwa – odparł Eric, po czym uniósł dłoń, by przybić z Connerem piątkę. Jednak Conner pokazał mu tylko środkowy palec i dalej niszczył pokój, przewracając sprzęt i zrywając ze ścian rury, z których trysnęła woda ni-czym ze zraszacza, mocząc wszystko wokół, łącznie z Connerem i Erikiem, którzy albo tego nie zauważyli, albo mieli to gdzieś. – Czekaliśmy, aż twoja babcia otworzy drzwi. Ta suka nie wie, kim ty w ogóle jesteś, co? – zapytał Eric. – Może powinienem sprawdzić, czy wytrzyma takie ostre rżnięcie jak jej wnuczka – powiedział, łapiąc się za krocze przez swoje obwisłe dresy.

Conner, który kiedyś pierwszy mnie bronił, teraz śmiał się z mojego upokorzenia. Z chorego żartu Erica, który w ogóle nie był zabawny.

– Kto by pomyślał, że taka starucha może stworzyć coś takiego? – zauważył Conner, kopiąc jakąś maszynę stojącą przy oknie, która się otworzyła, ukazując czerwone i niebieskie kabelki.

I wtedy coś do mnie dotarło.

Conner miał rację. Mirna nie stworzyłaby czegoś takiego. Nawet wtedy, gdy czuła się lepiej. Była osobą, która nie brała nawet aspiryny, gdy bolała ją głowa, więc nie interesowały jej żadne rzeczy tego typu. I żeby prowadzić takie uprawy, trzeba się na tym znać, a ona potrafiła co najwyżej wyhodować kwiatki w małej donicy pod oknem.

– Rozejrzyjcie się, idioci! – Słowa wypowiadałam wolniej, niż mogły się poruszać moje usta, a głowa pulsowała tak bardzo, jakby ktoś mi przyłożył maczugą, więc dziwiłam się, że w ogóle jestem w stanie mówić. – To jakaś zaawansowana technologia. Na pewno nie okradacie mojej babci, tylko kogoś innego. A ja widziałam wystarczająco dużo filmów, by wiedzieć, że kradzież narkotyków od tego, kto nimi diluje, nigdy dobrze się nie kończy, więc istnieje możliwość, że oni o tym nie zapomną. I was znajdą.

Conner zaśmiał się i wskazał naszą trójkę.

– Tak, jak już się dowie, co zrobiliśmy. We trójkę. Nie jesteś lepsza od nas, chociaż pewnie chcesz tak myśleć. Będziesz tak samo winna jak my.

– On? A więc wiecie, do kogo to należy?

Conner przewrócił oczami. Oczy, w których kiedyś widziałam współczucie i dobro, teraz nie wyrażały niczego poza nienawiścią i pogardą.

– Przestań zadawać tyle cholernych pytań i pomóż nam to wynieść. – Uśmiechnął się obleśnie, wymownie. – Albo nie pomagaj. Ale wtedy nie mogę obiecać, że będziemy z tobą tak delikatni, jak zeszłej nocy.

Nigdy nie lubiłam broni. Czułam się niekomfortowo choćby na widok strzelby, której mój ojciec kiedyś używał do polowań i którą trzymał na widoku w swoim gabinecie. Ale coś, co powiedział Conner, przypomniało mi, że nawet gdybym w tej chwili miała broń, to nie potrafiłabym pociągnąć za spust.

– A może zadzwonię do Mellie, żeby ona poujeżdżała mojego fiuta – odezwał się Conner, stając przede mną, patrząc na mnie z całą nienawiścią, jaką miał w swojej duszy. – Och, racja. Nie mogę. Bo ona nie żyje.

Znajome poczucie winy zawrzało w moim wnętrzu i eksplodowało w sercu. To była ciężka, niekończąca się wina, zbyt przytłaczająca, by mogła ją znieść jedna dusza. Z tej winy składały się wyimaginowane kraty mojej celi, którą budował we mnie Conner swoimi słowami, celi, do której znowu mnie wtrącił i zatrzasnął drzwi.

– Nie chcę wam przeszkadzać – odezwała się śpiewnym głosem Mirna, stając w przejściu obok mnie. Położyła mi rękę na ramieniu. Conner się odsunął i wrócił do wypychania worka. – Ale czy macie ochotę na ciasteczka? – zapytała, unosząc talerz z jej słynnymi kruchymi ciasteczkami z podwójną ilością kawałków czekolady. Eric i Conner ją zignorowali i dalej grabili pokój, zabierając rośliny i niszcząc wszystko inne.

– Tak bardzo mi przykro – powiedziałam, odwracając się do Mirny. Nie dbając już o to, czy mnie pamięta czy nie, otoczyłam ją ramionami, bo sama potrzebowałam pocieszenia ze strony babci. Tak samo jak potrzebowałam go, gdy zniszczyłam jej serwis do herbaty.

Mirna delikatnie poklepała mnie po plecach.

– Wszystko w porządku, moja droga – odparła, odsunęła się i znowu uniosła talerzyk. – Nie martw się. Cokolwiek cię dręczy, wiedz, że dasz sobie radę. Jutro będzie nowy dzień, a potem kolejny. – Ugryzła ciasteczko i dokończyła z pełną buzią: – Mój Rick zawsze powtarzał to, gdy miałam zły nastrój. Proszę, weź ciasteczko. Właśnie je upiekłam. To ulubione ciasteczka Samuela.

No i znowu to imię.

– A kim jest Samuel? – zapytałam, oczekując, że opowie mi o kimś z jej przeszłości, o kimś, kto już dawno nie żyje, ale potem kątem oka zauważyłam, że Conner i Eric zamarli. Zgadywałam, że też znają Samuela i ta trawa w pokoju na-leży do niego. Gdybym miała jakieś pieniądze, mogłabym się nawet o to założyć.

– On tu teraz jest? – zapytał Eric i już nie uśmiechał się zarozumiale.

Mirna ugryzła kolejny kawałek ciasteczka i przeżuła go powoli. Usłyszeliśmy dźwięk zatrzaskiwanych drzwi samochodowych. Poczekała, aż połknie jedzenie, a potem odparła:

– Tak, jest tutaj.

Conner i Eric rzucili się w stronę tylnych drzwi. Jeszcze nigdy nie widziałam, by poruszali się tak szybko. W pierwszym odruchu nie zamierzałam uciekać. Nie chciałam zostawiać Mirny w jej stanie, a w dodatku nie zrobiłam nic złego. Możliwe jednak, że Samuel będzie miał inne zdanie. Wahałam się jeszcze chwilę, a potem znowu przytuliłam Mirnę.

– Jeszcze raz bardzo przepraszam – powiedziałam, pocałowałam ją w czoło, a potem przebiegłam przez salon, by uciec tylnym wyjściem.

– Dalej! – krzyknął Conner, machając do mnie z pola za domem, które prowadziło w stronę torów kolejowych. Ale ja się zatrzymałam.

To może być moja jedyna szansa. Jeśli chciałam wsiąść do tego autobusu jutro rano, to nie miałam wyboru. Musiałam wykorzystać okazję.

Zerknęłam na Connera po raz ostatni i stłumiłam w sobie poczucie winy, które mówiło mi, że byłam mu coś dłużna za to, co zrobiłam wcześniej. Rzuciłam się w przeciwną stronę, przez podwórko, aż do lasu. Słyszałam, jak mnie woła, gdy coraz bardziej zagłębiałam się w lesie, biegnąc zarośniętą drogą.

Nagle pień pobliskiego drzewa eksplodował, ostre odłamki wbiły się w moje udo i po łydce spłynęła mi krew. Moje serce biło coraz szybciej. Moje ciało, które chciało się już poddać, walczyło z umysłem napędzanym adrenaliną, dzięki której wciąż poruszałam nogami.

Usłyszałam świst koło ucha. Potem kolejne drzewo eksplodowało. Tym razem przede mną. Zatrzymałam się i odwróciłam. Dostrzegłam mężczyznę stojącego na podwórku Mirny, ale szybko rzuciłam się w przeciwną stronę. Nie przyjrzałam mu się dobrze, ale już wiedziałam, że to, co zobaczyłam, wypaliło się w moim mózgu i będzie mnie nawiedzać już zawsze.

Szalony uśmiech, muszka pod szyją… i broń.

ROZDZIAŁ 3

D r e

CO JA, DO CHOLERY, ZROBIŁAM? Ta myśl krążyła w mojej głowie nieustannie, gdy patrzyłam, jak świat kręci się dalej beze mnie. Siedziałam wysoko, na wieży ciśnień. Za koronami uginających się drzew, tuż za ich liśćmi, znajdowało się małe miasteczko, które kiedyś kochałam – Logan’s Beach.

Mimo że moje życie wisiało na włosku, ku mojemu zaskoczeniu wszędzie zauważałam oznaki życia. Pode mną samochody jeździły dwupasmówką. Światła migotały. W powietrzu unosił się słaby zapach grilla. W oddali słyszałam basy grającej muzyki, od których w rytm melodii drżała zimna metalowa platforma. Ziemia pode mną wyglądała na spłaszczoną. W sumie tak wyobrażałam sobie ziemię z takiej odległości.

A znajdowałam się bardzo wysoko.

Gdzieś tam na dole byli ludzie, jedli i tańczyli. Szczęśliwi ludzie. Przypomniałam sobie ostatni raz, gdy byłam szczęśliwa. To było jak niemy film puszczony w zwolnionym tempie, tylko że w żywych barwach. Potrafiłam sobie przypomnieć każdy uśmiech, każdy chichot, każdy wymowny ruch ręki podczas wymiany opowieści i żartów.

Nawiedzało mnie jednak zakończenie. Scena, która nigdy nie chciała zniknąć, leciała na ekranie zapętlona, ciągle widziałam ją w swoich koszmarach.

Wierzchem drżącej dłoni otarłam łzy z policzków, rozcierając na twarzy ciemny makijaż oczu.

Nagle skręciło mnie w żołądku. Niestety żadne egzorcyzmy nie oczyściłyby mnie z tych gnijących brudów, więżących mnie w życiu, którego nienawidziłam. Oddychałam powoli, by pozbierać myśli i stłumić mdłości, ale pomimo moich prób wzięcia się w garść cały świat wirował. Czułam ostry ból za oczami, jakby ktoś próbował wydostać się z mojej głowy.

Mimo wszystko wciąż tego chciałam. Pragnęłam odlecieć, ale wspięcie się na wysoką wieżę ciśnień to za mało.

Heroina.

Nie pamiętam, kto ją zdobył ani kiedy pierwszy raz jej próbowaliśmy. Pamiętam tylko falę euforii, która mnie wtedy zalała.

Byłam zagubiona i gdzieś po drodze heroina wybiła się i zajęła moje miejsce. To ona decydowała o każdym moim ruchu. To ona była powodem wszystkich moich kiepskich wyborów. Nie tylko przejęła moje życie – ona była moim życiem. Im częściej heroina myślała za mnie, tym rzadziej sama musiałam to robić. Heroina pozwoliła mi na ucieczkę, której trzeźwość nie zapewniała.

W zapomnienie.

Wolałam zapomnienie niż przyjaciół, rodzinę, studia.

Zbliżyłam się bardziej do brzegu platformy. Jeden z moich butów – tani klapek kupiony na stacji benzynowej – ześlizgnął się z mojej stopy. Wychyliłam się za barierkę i patrzyłam, jak spada. Rozpędził się na tyle, by przy zderzeniu z ziemią wzniecić niewielki tuman pyłu.

Szaleńczy śmiech, zupełnie nie w moim stylu, wyrwał mi się z gardła, odbił echem od koron drzew rosnących wzdłuż piaszczystej ścieżki, ciągnącej się tuż obok wieży ciśnień. Pozbyłam się drugiego buta i patrzyłam w zachwycie, jak dzieje się z nim dokładnie to, co z pierwszym. Wylądował tuż obok niego, również wzbijając w powietrze chmurę pyłu.

Zastanawiałam się, jakie to musi być uczucie: lecieć. Być jak ptak lecący nad tym wszystkim. Może skończyłoby się to tak, jak w przypadku moich butów. Upadek i puf!

Podniosłam się zbyt szybko i upadłam na kościsty tyłek. Kolana mi drżały, poddały się, nie mogłam wstać. Spróbowałam jeszcze raz, tym razem wolniej. Trzymając się barierki, skupiłam wzrok na moich butach na dole i uniosłam jedną bosą stopę, by oprzeć ją na dolnym szczeblu barierki. Ostry metal wbił się w zagłębienia między moimi palcami. Całe moje ciało zadrżało silniej niż kiedykolwiek, zupełnie jakbym dostała jakiegoś ataku. Nie chodziło tylko o to, że potrzebowałam kolejnej działki. Po prostu całą sobą zaczynałam rozumieć, co zamierzam zrobić.

To był koniec.

Pochyliłam się i uniosłam drugą stopę, którą też postawiłam na metalowym szczeblu. Oparłam ręce na barierce i powoli się wyprostowałam. Jedyną rzeczą, która powstrzymywała mnie przed upadkiem, była cienka siatka przyciskająca się do mojego uda, która uginała się pod naporem mojego ciała.

Opuściłam ramiona, złapałam za brzeg koszulki, uniosłam ją powoli i ściągnęłam przez głowę. Potem wyprostowałam łokieć i otworzyłam zaciśniętą pięść. Patrzyłam, jak wiatr porywa materiał i niesie go w stronę drzew. Cieszyłam się, że zniknął. Szybko pocałowałam srebrny krzyżyk, który Mirna podarowała mi na pierwszą komunię, i pozwoliłam mu ponownie opaść między moje piersi. Ostrożnie pozbywałam się spodenek i majtek, unosząc po jednej nodze na raz, aż stanęłam naga przed światem.

Czysta.

To był początek końca.

Chrzest przed śmiercią.

Rozpostarłam szeroko ramiona, chłonąc nocny krajobraz. Byłam gotowa polecieć.

Na trzy.

Raz.

Dwa.

Trzy.

***

Nie chcę tego robić!

Ale już było za późno. Przecież już nie mogłam zmienić zdania i się cofnąć.

Już leciałam.

A potem przestałam.

Zostałam ściągnięta z urwiska śmierci przez czyjeś silne ramiona i przez sekundę naiwnie myślałam, że to sam Bóg usłyszał, że w ostatniej chwili zmieniłam zdanie i jednak uratował mi życie. Życie, które głupio postanowiłam zakończyć w chwili słabości i szaleństwa.

Co jest ze mną, do cholery, nie tak? Co ja tutaj robię? – zastanawiałam się, gdy odzyskałam rozsądek, a moje ciało zostało odrzucone na bok. Łokcie, ramiona i kolana zderzyły się z metalem, z barierką, ścianą, aż w końcu z czyimś ciałem. Plecy wygięły się jak u spadającego kota, kiedy moja kość ogonowa bezceremonialnie wylądowała na platformie z przyprawiającym o mdłości trzaskiem, od którego oczy zaszły mi łzami.

Przewrócono mnie na plecy. Otoczyły mnie silne uda i znowu jak idiotka pomyślałam, że może ktoś w ten sposób chciał mnie ochronić. Jednak ta myśl szybko poszła w zapomnienie, kiedy ściągnięto mi nadgarstki ponad głową pod takim kątem, że całe ramiona mnie rozbolały. Po kilku nieprzyjemnych chwilach ból u podstawy kręgosłupa zelżał i w końcu byłam w stanie otworzyć oczy i przyjrzeć się otoczeniu rozmazanym wzrokiem.

Zamrugałam szybko. Kiedy wzrok mi się wyostrzył, zauważyłam wpatrujące się we mnie ciemnobursztynowe oczy mężczyzny, który na pewno nie był Bogiem.

Był ode mnie starszy, ale na pewno tylko o kilka lat. Nigdy nie widziałam kogoś takiego jak on. Jedną stronę jego szyi pokrywały kolorowe, zawiłe tatuaże, które znikały pod kołnierzykiem żółtej koszuli. Kiedy poprawił chwyt na moich nadgarstkach, rękawy koszuli podjechały wyżej i zobaczyłam, że skórę na przedramionach również pokrywał tusz. Jego włosy w kolorze piaskowego blondu zostały krótko przystrzyżone po bokach, a dłuższe kosmyki na czubku zaczesał do tyłu. Miał niedługą, schludną brodę, o kilka odcieni ciemniejszą niż włosy na głowie.

Przez chwilę czułam ulgę, bo chociaż nie wiedziałam, co to za facet, to przynajmniej nie był Connerem czy Erikiem.

Mimo to ta ulga szybko zmieniła się w niczym nieskażoną panikę.

Nie rozpoznałam go. A przynajmniej nie na początku. Wydał mi się znajomy dopiero, gdy się uśmiechnął. Skupiłam wtedy wzrok na jego pełnych ustach, prostych białych zębach, a następnie na muszce w żółte i różowe groszki. I wtedy już wiedziałam, kim jest.

O kurwa.

Ten facet był moim wybawicielem.

A jednocześnie moim końcem.

– Widzę, że mnie pamiętasz. Cóż, teraz przynajmniej to wszystko nabiera pieprzonego sensu – powiedział głębokim, dudniącym głosem, który poczułam aż w piersi, a potem pochylił się nade mną. Jego usta znalazły się tuż przy moich. Próbowałam się wyrwać, uwolnić z jego uścisku, ale on tylko się zaśmiał i zacieśnił uścisk. Nic dziwnego, że się śmiał, w końcu moje próby wyrwania się były śmieszne. Nie miałam siły.

Byłam za słaba.

– Co dokładnie ma teraz sens? – udało mi się wydusić i sapnęłam sfrustrowana tym, że nie mogłam z nim walczyć.

– Wszyscy w tych stronach wiedzą, że ten, kto chce okraść mnie i mojego wspólnika, musi być albo głupi jak but, albo mieć zapędy samobójcze – oznajmił i przyklęknął. Wciąż trzymając moje nadgarstki jedną ręką, drugą wskazał na skraj platformy, na którym przed chwilą stałam. – Właściwie gdy za tobą szedłem, mógłbym się założyć o gruby hajs, że jesteś głupia jak but, ale i tak zaskoczyłaś mnie tym, że próbowałaś skoczyć. Tego się nie spodziewałem. Złapałem cię w ostatniej chwili. – A potem pochylił się nade mną i miał czelność uszczypnąć mnie w policzek niczym szalona ciotka.

– No i co teraz? Powstrzymałeś mnie przed samobójstwem tylko po to, by samemu mnie zabić?

– Może – przyznał i dodał: – Powinnaś być z siebie dumna, młoda, bo ostatnio już nic mnie nie zaskakuje. Poniekąd… – Zamilkł i spojrzał w nocne niebo, oddychając głęboko przez nos i głośno wypuścił powietrze ustami, jakby siedział na polu, relaksował się i wdychał zapach kwiatów. – …jest to odświeżające. Mam nadzieję, że tamci dwaj idioci też mnie zaskoczą tak jak ty, chociaż szczerze mówiąc, trochę w to powątpiewam. – Spojrzał na mnie i puścił oko. – Idę o za-kład, że oni okażą się po prostu głupi.

– Co zrobiłeś z Mirną? – zapytałam drżącym głosem. Całe moje ciało też drżało.

– Czy to jakaś nowa moda? Czy właśnie to dzieciaki robią w tych czasach? Okradają starszych, udając, że obchodzi ich, co się z tymi ludźmi potem stanie?

– Proszę, powiedz mi, czy wszystko z nią w porządku? Zachichotał, jakby panika w moim głosie go bawiła. Pochylił się i przycisnął policzek do mojego.

– Gówno ci powiem – oznajmił, mocno ściskając mnie udami, jakby chciał mi dać znać, że w każdej chwili może mnie zmiażdżyć.

A potem to zobaczyłam.

Coś, czego nigdy nie zapomnę, a przez co włoski na ramionach stanęły mi dęba i szczęka opadła, kiedy sapnęłam.

Za każdym razem, gdy myślałam o kimś „strasznym”, przypominali mi się mężczyźni z książek lub filmów. Te przesadnie napakowane karki w czarnych ubraniach i z niezadowoloną miną. Ktoś w stylu ochroniarza, wykidajły lub motocyklisty, kto odstrasza ludzi swoją potężną sylwetką i groźnym milczeniem. Ktoś, na kogo nie chciałbyś się na-tknąć na ulicy za dnia, a tym bardziej w ciemnej alejce.

Jednak mężczyzny, który nade mną wisiał, nie można było tak opisać. Jego smukła budowa ciała nie kojarzyła się z brutalnością. Nosił ubrania w pastelowych kolorach i miał szelki, więc nie do końca odstraszał. Ogólnie mówiąc, wyglądał tak, jakby wyszedł ze stron Pamiętnika Nicholasa Sparksa.

Na pierwszy rzut oka ten facet był tak przerażający jak króliczek wielkanocny.

Ale potem to dostrzegłam.

Ten błysk. Zwykły błysk zepsucia czający się w tych bursztynowych oczach. Widziałam to, jak się uśmiechał, gdy mnie trzymał. Słyszałam to w jego głosie, gdy mówił mi, że jestem głupia jak but, a jednocześnie miał mnie chyba za uroczą. A kiedy mówił o swoich planach na zemstę, czułam to aż w duszy.

Właśnie w tej chwili zrozumiałam, że ten mężczyzna jest zdolny do rzeczy, których nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić.

Conner i Eric byli źli w oczywisty sposób, ale nie potrafili zasiać we mnie takiego strachu, jak ten facet.

Myślałam, że zaznałam prawdziwego strachu, gdy stałam na skraju tej platformy i bezmyślnie postanowiłam zakończyć swoje życie, ale okazuje się, że się myliłam. Nie zaznałam strachu nawet wtedy, gdy Conner i Eric mnie bili, znęcali się nade mną, a potem wzięli mnie siłą.

Zgwałcili.

Nie.

Nie znałam prawdziwego strachu, dopóki nie poznałam wcielenia zła.

A wcielenie zła uśmiechało się i nosiło muszkę.

ROZDZIAŁ 4

P r e p p y

SPRAWY PRZYBRAŁY NIE NAJLEPSZY OBRÓT, gdy pojawiłem się w domu Mirny i okazało się, że ktoś kradnie moje pieprzone rośliny.

Teraz jednak siedziałem okrakiem na nagiej lasce na wieży ciśnień, w moim ulubionym miejscu w całym Logan’s Beach.

Zaczynało się polepszać.

Kiedy podążyłem za nią w stronę wieży, nie wiedziałem, że zamierza skalać moje święte miejsce, rzucając się z niego.

Było w niej coś takiego… coś niemal znajomego, chociaż byłem pewny, że nie spotkałem jej wcześniej. Patrzyłem, jak stoi zupełnie naga z twarzą skierowaną ku niebu, rozkłada ręce, jakby była królową świata na dziobie pieprzonego Titanica. Była fascynująca.

Ta suka wyglądała kiepsko. Siniaki i zaschnięta krew znaczyły jej skórę i wyglądała przez to niemal jak puzzle z brakującymi fragmentami. Stałem tam, ukryty w cieniu, podziwiając rozciągające się przede mną widoki przez długą chwilę, i niemal nie zauważyłem, jak jej ciało pochyla się w stronę ziemi. Gdybym spóźnił się o milisekundę, dzwoniłbym teraz po kogoś do sprzątania, ale zamiast tego siedziałem teraz na niej, więżąc ją między udami. Kurwa, gdyby nie była taka drobna, pewno pociągnęłaby mnie za sobą na sam dół.

– Dlaczego mnie uratowałeś? – zapytała nagle, przestając się tak uroczo wyrywać. I tak nic by jej to nie dało.

– Ooo, to słodkie – powiedziałem, patrząc w jej oczy jak u lalki, które były tak ciemne, że niemal czarne.

Sapnęła obruszona, a jej małe sterczące cycki unosiły się i opadały, gdy próbowała złapać oddech. Tak samo jak żebra, które wystawały spod fioletowo-żółtej skóry. Łokcie i obojczyki również były kościste i wystające. Wyglądała jak ze spotu o zagłodzonych psach, ze smutną muzyką w tle.

– Co jest słodkie? – zapytała, z trudem łapiąc oddech.

– To, że według ciebie cię uratowałem.

– Cóż, nie jestem martwa – zauważyła.

– Jeszcze. – Wzruszyłem ramionami. – Nie jest łatwo wyciągnąć odpowiedzi ze spłaszczonego trupa. Wierz mi. Próbowałem.

Warknęła i próbowała wyrwać ręce z mojego uścisku. Właśnie wtedy lepiej przyjrzałem się jej przedramionom od wewnętrznej strony. Nagle dotarło do mnie, że ciało dziewczyny nie było oszpecone wyłącznie siniakami – zauważyłem też ślady po igłach. To nie była zwykła wychudzona laska.

Tylko ćpunka.

Posiniaczona. Złamana.

Podatna na zranienie.

Trzęsła się jak pieprzona osika, a mój fiut z każdą sekundą stawał się twardszy i błagał, bym uwolnił go ze spodni khaki.

Dziewczyna sapnęła, kiedy poczuła, że twardnieję przy jej nodze:

– Co… Dlaczego?

Uniosłem brwi.

– Poważnie? Pytasz dlaczego? Mój fiut wie tylko tyle, że siedzę na nagiej lasce. To biologia. Niech ci to nie schlebia. Kiedyś mi stanął, gdy właścicielka knajpy próbowała zetrzeć plamę po musztardzie z moich spodni. – Gdyby usłyszała, co tak naprawdę myślałem o jej siniakach i zaschniętej krwi, które w świetle księżyca wyglądały jak sztuka, i o tym, że sam miałem ochotę narysować linię lub dwie na jej skórze, to pewnie zaczęłaby krzyczeć.

Głośno.

Jeszcze bardziej mi stanął.

– Jak masz na imię? – zapytałem, lekko poluźniając uchwyt.

– Po co ci ta wiedza? – odparła ostrożnie. Jej głos był teraz ledwie szeptem.

Przewróciłem oczami.

– Żebym wiedział, czyje imię mam bazgrać na okładce pamiętnika – odparłem sarkastycznie. – Okej, powiem ci, co się teraz stanie. Puszczę cię i pozwolę ci usiąść. Wtedy ci się przedstawię. A potem ty przedstawisz się mnie. Łapiesz?

Skinęła głową na zgodę, nie odrywając ode mnie wzroku ani na chwilę, gdy ją puszczałem. Próbowała usiąść, ale miała z tym problem; jej mięśnie wyraźnie drżały od wysiłku. Szło jej tak wolno, że jeszcze chwila, a sam rzuciłbym się z tej wieży tylko dlatego, że zacząłem się nudzić. Uderzyła mnie w pierś, gdy złapałem ją za biodra i posadziłem na ziemi tak, że plecami opierała się o ścianę. Chwyciłem ją za ręce.

– Przestań mnie bić – powiedziałem, grożąc jej palcem wskazującym, jakbym karcił dziecko.

Znowu ją puściłem i usiadłem obok. Ta laska zaczynała mnie męczyć, ale, cholera, z drugiej strony w sumie nieźle się bawiłem.

Ćpunki – kto by pomyślał, że są takie ciekawe?

– Nazywam się Samuel Clearwater – powiedziałem, wyciągając rękę. Nie czekałem, aż ją ujmie, po prostu podniosłem dłoń z jej uda i mocno nią potrząsnąłem, jakbym w ten sposób chciał jej pokazać, jak należy się komuś przedstawiać. Skupiłem wzrok na małym trójkącie jasnych kręconych włosów między jej nogami. Na ten widok zacząłem się ślinić.

Hmm.

Ciemne włosy na głowie.

Jasne na ciele.

Co za interesująca mała ćpunka.

– Ale wszyscy mówią na mnie Preppy. – Uścisnąłem mocno jej delikatną dłoń. – A ty jesteś…?

– Andrea, ale większość ludzi mówi na mnie po prostu Dre.

– Jak Dr. Dre, ten raper? – zapytałem podekscytowany jej wyjątkowym imieniem. – To zajebiście. Proszę cię, powiedz, że masz rodzeństwo o imieniu Snoop. Rany, powiedz, że tak jest. Cholera, nieważne, nie mów mi tego, po prostu będę udawać, że to powiedziałaś. – Zmarszczyła brwi, jakby próbowała mnie rozgryźć.

Życzę powodzenia.

Nie ona pierwsza.

– A więc Dr. Dre, masz zjazd? – zapytałem, już znając odpowiedź.

– Odpierdol się! – warknęła, odwracając głowę. Ująłem jej podbródek i zmusiłem, by na mnie spojrzała.

– Mogę to dla ciebie zmieeeenić – zaśpiewałem. Rozchyliła wargi. – Mogę dać ci to, czego potrzebujesz, żebyś znów się uśmiechnęła. – Puściłem jej podbródek.

– Właśnie wytknąłeś mi, że mam zjazd, ale oferujesz mi prochy? – Jej źrenice się rozszerzyły, jakby jej uzależniona część już znała odpowiedź na moją propozycję.

– Posłuchaj mnie, mógłbym cię zabrać na spotkanie dwu-nastu kroków albo zaoferować ci pobyt w ekskluzywnym ośrodku odwykowym, ale jeśli jeszcze nie zauważyłaś, nie jestem twoim rodzicem ani pieprzonym doktorem House’em, więc to się nie wydarzy. Nie zaproponuję ci rozwiązania, które zmieni twoje życie. Ale herę? Herę mogę ci dać, wystarczy, że wykonam jeden telefon. – Odwróciła głowę. – A więc jak będzie, doktorku?

– Czego chcesz? – zapytała i właśnie wtedy pojąłem, że poważnie zastanawiała się nad moją propozycją. Chociaż chodziło w niej o coś o wiele więcej. O wiele więcej.

– Twoich kumpli.

– Co… co zamierzasz z nimi zrobić?

– A czy to ma, kurwa, jakieś znaczenie? – zapytałem. – Powiedzmy tylko, że im również nie zafunduję wycieczki do ekskluzywnego ośrodka odwykowego.

– Powiedz mi – błagała, siadając prościej. Złapała mnie za rękę i ścisnęła. – Proszę, po prostu powiedz mi prawdę.

Zawsze byłem szczery do bólu, więc z prawdą nie miałem problemu. Z łatwością wylała się z moich ust, a Dre słuchała uważnie:

– Zamierzam podciąć im gardła, zabrać moje pieprzone rośliny, zadzwonić po kogoś, kto pozbędzie się ciał, tak żebym nie ubrudził swoich spodni khaki, pewnie zadzwonię też po wsparcie, a po wszystkim spalę skręta. Może nawet wciągnę krechę, jeśli będę miał ochotę na imprezę. Jeszcze nie zdecydowałem, zależy od mojego humoru.

Dre nie odpowiedziała od razu. Wyglądała na pogrążoną w myślach, patrzyła za barierkę i jakby mechanicznie sięgnęła do swojej szyi, by odgarnąć na bok włosy i odsłonić siniaka i opuchliznę w kształcie ludzkiej dłoni. Przesunęła po niej ręką, a jej oczy wypełniły się łzami.

Gdy zobaczyłem ją po przyjeździe do domu Mirny, podążyłem za nią najpierw tylko dlatego, że była wolniejsza niż tamte dwie pizdy i stwierdziłem, że koniec końców mnie do nich doprowadzi.

Ale wtedy nie wiedziałem, że ona nie uciekała tylko przede mną.

Przed nimi również.

– Nie chcę hery – powiedziała, cholernie mnie tym stwierdzeniem szokując.

– Niedobra z ciebie ćpunka – wytknąłem.

– Nie jestem ćpunką. Jestem ćpunką, którą heroina trzyma na smyczy. Do tej pory nie wiedziałam, że to dwie różne rzeczy, ale teraz dotarło do mnie, że bardzo się różnią.

– Tak, zauważyłem to, gdy balansowałaś na krawędzi – powiedziałem, wskazując na skraj platformy. Dre nie spojrzała w tamtą stronę, zamiast tego mocno zacisnęła powieki i objęła się ramionami w talii, jakby nie mogła znieść myśli, że niemal się zabiła.

– I to nie tak, że ja nie chcę. Chcę wziąć herę. Pragnę jej tak bardzo, że czuję ją na języku, bo gdy dajesz sobie w żyłę, narkotyk zostawia taki posmak w twoich ustach i… – tłumaczyła, dotykając swoich ust. – Ale…

– Ale?

– To szalone, ale bardziej nie chcę jej brać, niż chcę. – Odetchnęła z trudem. – Poradzę sobie ze swoimi problemami, ale mówiłam szczerze, kiedy wspomniałam, że chcę czegoś od ciebie. Właściwie chcę dwóch rzeczy.

– Nie masz prawa niczego ode mnie żądać – przypomniałem jej, chociaż zarówno ja, jak i mój ciekawski fiut byliśmy zaintrygowani, czego ta mała osóbka mogłaby ode mnie chcieć.

– Nie mam, to prawda – odparła głosem, który brzmiał tak, jakby odnalazła w sobie determinację. Uniosła głowę i kiedy jej wzrok napotkał mój, przysięgam, miałem wrażenie, że jej jaja rosną z każdym słowem, które opuszcza jej usta. – Ale zaryzykuję, bo życie to nie słoneczna kraina whiskey płynąca.

– Nie, życie to kraina ciemnych burz zalewana światłem księżyca – podsunąłem, śmiejąc się z naszego żartu. – Ale jeśli masz zamiar mnie poprosić, bym zrzucił cię z wieży ciśnień, to moja odpowiedź brzmi nie, i to nie dlatego, że moralnie jestem temu przeciwny. Właściwie nie jestem temu przeciwny, ale po prostu nie chcę, żebyś nawiedzała jedno z moich ulubionych miejsc. Ale słyszałem, że grobla jest świetna. Na Yelpie ma niemal pięć gwiazdek w kategorii „miejsce, gdzie najlepiej zakończyć życie”. Powiedz mi, czego chcesz, mała ćpunko.

Spojrzała na mnie, widocznie nierozbawiona moimi żartami.

– Po prostu chcę, żebyś mi powiedziała, gdzie udali się Flip i Flap, i możesz prosić o wszystko w granicach rozsądku – upierałem się.

– A ty ich zabijesz. – To nie było pytanie.

– Tak. Będą martwymi Flipem i Flapem.

***

Dre

– Tato? – zapytałam szeptem. O dziwo, gdy powiedziałam Preppy’emu, że chcę skorzystać z jego telefonu, dał mi go bez wahania. Zastrzegł tylko, bym rozmawiała na głośniku, żeby miał pewność, że nie zadzwonię do Connera i Erica, by ich ostrzec. To by było niemożliwe, nawet gdybym tego chciała, bo żaden z nich nie miał telefonu.

– Andrea? To ty? Która godzina? – zapytał tata i odchrząknął. Nie odpowiedziałam, nie tylko dlatego, że to nie miało znaczenia, ale też dlatego, że nie wiedziałam. Byłam pewna tylko co do tego, że jest bardzo późno.

Miałam jednak nadzieję, że nie za późno.

– Tato, wracam do domu.

– Andrea – odezwał się i westchnął sfrustrowany. – Masz bilet, który ci wysłałem?

– Cholera – powiedziałam i zalała mnie panika. Bilet ukryłam w staniku, który teraz leżał gdzieś pod wieżą ciśnień. – Nie… – zaczęłam, ale tata mi przerwał.

– Nie wyślę ci kolejnego, Andreo. To twoja ostatnia szansa. Kocham cię, potrzebujesz pomocy. Mogę ci ją załatwić, ale ty musisz wsiąść do tego autobusu.

Znajdę ten bilet, nawet jeśli to będzie ostatnia rzecz, jaką zrobię w tym życiu.

– Będę na miejscu. Obiecuję. Wracam do domu. Tym razem naprawdę.

– Koniec z kłamstwami.

– Koniec z kłamstwami – wydusiłam.

– Andreo, jeszcze jedno – ostrzegł. – Jeśli pójdę na dworzec, by cię odebrać, a ciebie tam nie będzie, to koniec. Nie przyjmę żadnych wymówek. Jestem już zbyt zmęczony, by ich wysłuchiwać. Żadnych więcej telefonów. Żadnych kolejnych szans. Jeśli nie będzie cię w tym autobusie, to ten dom już nie jest twój, a ja nie jestem twoją rodziną. – Zasłużyłam sobie na tę groźbę. Była wynikiem tego, że o jeden raz za dużo wybrałam heroinę.

– Obiecuję, będę na miejscu – zapewniłam ojca. Spojrzałam na Preppy’ego, który wyciągnął rękę po telefon z trudną do odczytania miną. – Muszę kończyć. Kocham cię. Zobaczymy się niedługo.

A więc to była jedna prośba. A jaka jest kolejna? – zapytał Preppy, biorąc telefon i wkładając go do kieszeni spodni. Jego uśmiech, który mi posłał, świadczył o tym, że on coś kombinował. Poszło mi zbyt łatwo. W jednej chwili chciał mnie zabić, a w następnej próbował mi pomóc? Może w ogóle nie zamierzał puścić mnie wolno.

To nie miało jednak znaczenia. To, co powiedziałam tacie, było na poważnie. Zamierzam wsiąść do tego autobusu. Za wszelką cenę.

Nawet jeśli będę musiała zabić mężczyznę, który urato-wał mi życie.

ROZDZIAŁ 5

P r e p p y

ŻĄDANIA DRE okazały się zupełnie inne, niż się spodziewałem. Nie poprosiła nawet o pieniądze, a byłem tak pewny, że to zrobi, że mógłbym się założyć o moje lewe jądro. Najpierw chciała, żebym pozwolił jej skorzystać z mojego telefonu, by zadzwoniła do ojca – bez wahania podałem jej aparat na znak zaufania.

– Jednego z nich musisz zostawić przy życiu. Connera – powiedziała, patrząc na swoje dłonie i wykręcając palce.

– Dlaczego? – zapytałem zirytowany jej prośbą. – To twój chłopak czy coś?

– Nie – rzuciła. I to była cała jej odpowiedź.

– Musiał coś zrobić, by zyskać sobie taką lojalność.

– Nie zyskał. Ale ja tak. Jestem mu coś winna –przyznała.

Nie naciskałem bardziej, bo to nie miało znaczenia. Pomogłem jej zejść z wieży, znaleźć ubrania, buty i ściągnąć bilet autobusowy z drzewa. Co więcej, zawiozłem ją na dworzec, takim byłem rycerskim skurwielem.

Nawet jeśli to wszystko gówno prawda.

Zamierzałem ją zostawić w miejscu, które zaprowadzi mnie do tych dwóch gnojków. Gdy poprosiła mnie o oszczędzenie życia Connerowi, zrozumiałem, że w jakiś sposób jest wobec niego lojalna, więc gdy powiedziała, że pewnie udadzą się do Coral Pines, by spotkać się z dilerem, nie zamierzałem uwierzyć jej na słowo. Równie dobrze mogła mnie wysłać prosto w zasadzkę.

Gdy tylko podjechaliśmy na dworzec, Dre otworzyła drzwi samochodu, zanim w ogóle zaparkowałem.

– Hej! – krzyknąłem, myśląc, że wyskoczy i ucieknie, ale ona zgięła się w pół i zwymiotowała na chodnik.

Zjazd po heroinie to nie żarty.

Kiedy skończyła rzygać, powoli się wyprostowała i otarła usta wierzchem dłoni. Wysiadła z samochodu, a ja pochyliłem się, by zamknąć za nią drzwi. Odwróciła się w moją stronę i posłała mi smutny uśmiech, stojąc tam i ściskając jedyną rzecz, którą przy sobie miała – bilet autobusowy. Tuliła go do piersi, jakby był noworodkiem.

Czy twój ojciec to dobry człowiek? – zapytałem nagle, zaskakując nawet siebie. – Czy jest dobrym ojcem? To znaczy, czy lubi spędzać z tobą czas i gdzieś cię zabierać? Czy dawał ci jeść i posyłał do szkoły?

Pokiwała głową.

– Tak.

– Na świecie jest wielu ludzi, którzy tego nie robią albo mieliby gdzieś to, by sprowadzić do domu córkę ćpunkę, więc gdy już tam dotrzesz, postaraj się być miła i uprzejma dla tego gościa – powiedziałem, jakbym wierzył, że ona naprawdę wróci do domu, a nie do zaćpanej męskiej wersji bliźniaczek Olsen.

Może bądź co bądź w to wierzyłem. Był tylko jeden sposób, by się przekonać.

Odgarnęła włosy z oczu.

– Może jednak jesteś doktorem House’em – powiedziała i zniknęła w cieniu pod markizą, udając się w stronę pustych ławek na przystanku autobusowym.

Jeśli czuła się tak źle, jak wyglądała, i naprawdę zamierzała wsiąść do tego autobusu, to podróż do miejsca, które jest jej celem, będzie naprawdę długa i męcząca.

– I tak tam, kurwa, nie dotrze – wymamrotałem i zawróciłem, a gdy znalazłem się na kolejnej przecznicy, skręciłem w nieutwardzoną drogę, która robiła za podjazd przed starym motelem. Zaparkowałem na tyłach dworca, który właściwie wcale nie był dworcem, tylko małym budynkiem z cegły z płaskim dachem, okienkiem kasowym wychodzącym na ulicę i kilkoma zniszczonymi ławkami. Światło nad głową Dre migotało, przez co to brudne miejsce co chwilę spowijało się cieniem.

Cholera, może ona naprawdę wsiądzie jednak do tego autobusu? Przez chwilę cieszyłem się, że ten dzieciak wróci do ojca. Nie żartowałem, gdy mówiłem, że większość ludzi nie ma ojca, któremu zależy na tyle, by dać dziecku takie ultimatum, jakie on podstawił córce. Już miałem wrócić do siebie, kiedy zobaczyłem światła nadjeżdżającego autobusu. Właśnie postanowiłem, że zaczekam, aż do niego wsiądzie, i dopiero potem udam się do Coral Pines, kiedy nagle jej stopy przestały podrygiwać i zniknęły w ciemności.

Nie tak, jakby wstała, nie tak, jakby podciągnęła je do góry.

Tylko tak, jakby ktoś ją gdzieś ciągnął.

Wyjąłem broń z buta i wysiadłem z samochodu. Podbiegłem ukradkiem do ściany budynku, czekając, aż mój wzrok przyzwyczai się do mroku. Wtedy zobaczyłam Dre po drugiej stronie parkingu.

Tak, bez wątpienia ktoś ją ciągnął. Za włosy, przez parking, w stronę starego motelu w mrugającym znakiem „BRAK MIEJSC”. Mężczyzna, który ją trzymał, był niemal tak chudy, jak ona, ale nie trzeba być wielkim, by poradzić sobie z kimś tak drobnym jak Dre. Światło przy motelu się zapaliło i dzięki temu lepiej przyjrzałem się Dre, która patrzyła nieobecnym wzrokiem. Jej czarne oczy wyglądały na zaszklone, a z kącika jej ust leciała strużka śliny.

– Nie trzeba było wyjeżdżać – wymamrotał mężczyzna, przyciągając Dre i stawiając ją na krawężniku. Jej nogi zaszurały o ziemię, gdy on sapnął i jęknął z wysiłku. – Myślisz, że możesz mnie tak zostawić? Jesteś mi coś winna, Dre. Pamiętaj o tym. Nie możesz tak po prostu wrócić do domu – powiedział do niemal nieprzytomnej dziewczyny, która wyglądała, jakby odpłynęła kilometry stąd. – Jeśli ja nie mogę wrócić do domu, to ty też tego nie zrobisz. Przykro mi… Przepraszam, że ci to zrobiłem – powiedział ciszej. – Ale właśnie dałem ci trochę ze swojego zapasu, więc powinnaś mi wybaczyć. To dobry towar, najlepszy. Zostawiłem go właśnie dla ciebie.

Przyklęknąłem i ukryty w cieniu przebiegłem z dworca w stronę zadaszenia przy motelu. Mimo że bardzo chciałem zastrzelić tego skurwiela za to, że ją zabrał, musiałem zaczekać. Każda sekunda była jak dekada, gdy stałem, trzymając w dłoni broń, a palec chciał pociągnąć za spust.

– Jestem przy tobie, Dre. Od teraz zajmie się tobą Conner. Obiecuję. Sama zobaczysz. Nie możesz znowu wyjechać. Tak dobrze nam razem idzie, a ty wszystko musisz zawsze zniszczyć! – krzyknął. – To właśnie robisz! Wszystko niszczysz.

Czy to był Conner? Ten, którego ona chciała ocalić?

Odetchnął głęboko i znowu uśmiechnął się dziwnie. Otarł czoło wierzchem zniszczonego rękawa i przesunął ręce spod jej pach na piersi, by przeciągnąć ją z wysiłkiem przez krawężnik. Potem zaciągnął ją w stronę jednego z pokoi.

– Tak bardzo mi przykro, Dre. – Conner pociągnął nosem. – To znaczy… Mimo że jesteś na nas zła, tak naprawdę podobało ci się to, co z tobą robiliśmy. Myślę, że to były dobre krzyki. Kiedy Eric wróci… – Głos Connera ucichł, gdy kopnięciem zatrzasnął drzwi. Dziewiątka na drzwiach spadła z jednego gwoździa i przekręciła się, przez co teraz wyglądała na szóstkę, a po chwili kołysania spadła na chodnik.

Może to przez jego słowa. Może przez to, jak jej groził – jakby do niego należała. Może dlatego że chciała, bym ją przed nim ochronił, ale już wiedziałem, co zamierzam zrobić.

Niech szlag trafi fałszywe obietnice.

To, co wydarzyło się później, było jak akcja z brutalnej gry wideo. Gdy zbliżyłem się do motelu, wzrok rozmazywał mi się na krańcach. Kopnięciem otworzyłem drzwi, trzymając broń w wyciągniętej ręce. Conner klęczał nad Dre, która leżała na podłodze z twarzą wciśniętą w wyblaknięty niebieski dywan. Miała ściągnięte spodenki i świeciła tyłkiem, a ten gnojek sobie trzepał. Na dźwięk drzwi uderzających o ścianę uniósł głowę zaskoczony – jego reakcję spowalniało to, co aktualnie płynęło w jego żyłach.

– Kim ty, do cholery jesteś? Wypierdalaj… – zaczął, a potem skupił wzrok na mojej broni. – Co zamierzasz…? – urwał, a jego twarz zbladła i wytrzeszczył przekrwione oczy. – Chwila, wiem, kim jesteś…

– Dobrze, bo przedstawianie się jest takie nudne – stwierdziłem. – Wiesz – podrapałem się po głowie lufą broni – przez takich ćpunów jak ty narkotyki mają złą sławę. To przez ciebie niektóre z moich ulubionych dragów rozkręcających imprezy nigdy nie będą dostępne i wystawione na półkach w promocji w moim lokalnym supermarkecie po starych dobrych amerykańskich cenach, jak za towar made in China. – Wycelowałem bronią w jego klatkę piersiową. – Odsuń się od niej albo cię, kurwa, zabiję na miejscu. – Conner stał ze skulonymi ramionami, a jego mięknący mały kutas wisiał z rozporka. Uniósł ręce, jak nakazałem, i odsunął się od Dre. Zauważyłem otwarte drzwi do łazienki.

– Wycofaj się w tamtą stronę. Stań pod prysznicem.

– Proszę, nie zabijaj mnie – błagał, cofając się. Zerknąłem na Dre i przyklęknąłem, by sprawdzić, czy oddycha. Tak było. Przewróciłem ją na plecy i obróciłem głowę na bok, żeby nie zadławiła się własnymi rzygami, gdy znowu zbierze jej się na mdłości. Podążyłem za Connerem do małej łazienki, gdzie potknął się o brzeg wanny i wylądował dupą pod prysznicem, pociągając za sobą plastikową beżową zasłonę. – Zrobię wszystko. Wszystko – powiedział, gapiąc się na moje krocze.

– Koleś, okaż trochę pieprzonego szacunku – powiedziałem. – No chyba że to cię kręci. Jesteś gejem, Conner?

Pokręcił głową, a jego dolna warga zadrżała.

– Posłuchaj, szanuję ludzi, którzy pieprzą się z kim chcą i jak chcą, ale skoro mi mówisz, że jesteś hetero, to właśnie spadłeś na samo dno, bo zaoferowałeś innemu facetowi, że zrobisz mu laskę.

– Ja po prostu… Mam problem – powiedział, kołysząc nogami nad brzegiem wanny.

– Tak, masz, kurwa, problem. – Zauważyłem na mojej broni odcisk palca, więc chuchnąłem i wytarłem powierzchnię podwiniętym rękawem koszuli.

– Po prostu potrzebuję pomocy. Proszę, naprawdę nie jestem złym facetem… – Jąkał się.

Przewróciłem oczami.