His princess - Monika Czugała - ebook
NOWOŚĆ

His princess ebook

Monika Czugała

4,3

495 osób interesuje się tą książką

Opis

KSIĄŻKA ZAWIERA MOCNE SCENY. TYLKO DLA CZYTELNIKÓW 18+.

Leah Moreau od dziesięciu lat tkwi w toksycznym małżeństwie. Każdego dnia znosi upokorzenia, kontrolę i strach, do którego zdążyła już przywyknąć. Aż pewnego dnia miarka się przebiera.

Odchodzi od męża i wraca do rodzinnego Montefiero, niewielkiego miasteczka ukrytego wśród włoskich Alp. Miejsca, od którego kiedyś uciekła, bo właśnie tutaj, przed laty, spotkała Aidena – chłopaka, który zamienił jej szkolne życie w piekło.

Uciekła od potwora prosto w ramiona prawdziwego demona.

 

Aiden Moretti jest znudzony życiem. Wykłada na miejscowym uniwersytecie, prowadzi pozornie spokojną egzystencję i tylko nocne, nielegalne wyścigi dostarczają mu adrenaliny, od której jest uzależniony.

Ale tak naprawdę od lat brakuje mu czegoś zupełnie innego. Strachu. Tego czystego, zwierzęcego przerażenia, które widział kiedyś w oczach jednej dziewczyny.

Kiedy Aiden dowiaduje się, że Leah wróciła do Montefiero, coś w nim budzi się na nowo. To, co kiedyś było obsesyjną fascynacją, po latach staje się czymś znacznie mroczniejszym. Nie potrafi zostawić Leah w spokoju. I nawet nie zamierza próbować, bo tym razem nie pozwoli jej odejść.

Nie interesuje go, czego chce świat. Nie obchodzi go nawet, czy Leah się go boi. Wystarczy mu jedno.

Ona należy do niego.

Tak było. Jest. I będzie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 326

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (4 oceny)
2
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Choco1234

Dobrze spędzony czas

Czemu nie Miłego czytania bo princessa jest jedna 😘
10
Aludka

Nie oderwiesz się od lektury

super
00
Kleosiaok

Nie oderwiesz się od lektury

Dobre mroczne. Obsesja
00
siyah_kiki

Nie oderwiesz się od lektury

powiem tylko tyle: Aiden Pieprzony Moretti. 🫦
00



Dla moich Patronek 🖤

Dziękuję Wam za każdą wiadomość, reakcję i za to, że pozwoliłyście mi zabrać Was do Montefiero, gdzie granica między obsesją a miłością dawno przestała istnieć. To dzięki Wam Aiden mógł patrzeć na Leah z kart tych stron, a ja mogłam bezkarnie tworzyć dla niego kolejne powody, żeby przekraczał granice.

Dziękuję, że jesteście częścią moich historii, zanim jeszcze trafią do rąk innych czytelników. Za zaufanie, którym obdarzacie mnie przy każdej kolejnej książce. Za cierpliwość do moich pomysłów, które czasami zaczynają się od niewinnego „mam pewien pomysł…”, a kończą dokładnie tak jak ta historia.

Mam nadzieję, że podczas czytania choć przez chwilę poczułyście ten sam dreszcz, który towarzyszył mi podczas pisania.

Bo niektórych potworów nie warto się bać. Czasami warto pozwolić im się znaleźć.

Dziękuję, że jesteście.

Nie ma Cię z nami fizycznie, ale wierzę, że czuwasz nad nami z miejsca pełnego huskich. Wiem, że ta historia by Ci się spodobała i z dumą prezentuję Cię jako jedną z patronek.

Ku pamięci Cysiaksiazkara.

Playlista

Heathens – Twenty One Pilots

A Villain’s Love Story – Yara Nocturne

Every Breath You Take – Chase Holfelder

Animals – Maroon 5

RUNRUNRUN – Dutch Melrose

LET THE WORLD BURN – Chris Grey

Gangsta – Kehlani

Eyes don’t lie – Isabel LaRosa

I’m yours – Isabel LaRosa

Do or die – Natalie Jane

Trigger warnings

Po raz pierwszy stosuję takie ostrzeżenie. Ta historia jest mroczniejsza niż moje poprzednie książki. Znajdują się tu rozbudowane sceny erotyczne, przemoc fizyczna wobec dzieci, przemoc psychiczna w stosunku do nieletnich, ale również dorosłych. Manipulacja, stalking i obsesja. A także molestowanie, przekleństwa i seks przy wątpliwej zgodzie. Seks analny oraz dopochwowy przy użyciu różnych przedmiotów. Tortury, wykopanie zwłok i ich zbezczeszczenie.

Relacja głównych bohaterów jest toksyczna i uzależniająca.

Jeśli wolisz delikatniejsze romanse, proszę, zrezygnuj z tej książki.

Dla kobiet, które nie szukają księcia z bajki, tylko mężczyzny, który nie zawsze potrafi odróżnić miłość od obsesji. Który nigdy nie nauczył się kochać we właściwy sposób. Taki, który nie zawaha się ubrudzić sobie rąk, jeśli dzięki temu ochroni jedną, jedyną osobę, która stała się jego światem.

W końcu nie każda bohaterka marzy o rycerzu na białym koniu.

Niektóre wolą potwora, który wybierze je ponad wszystko inne.

1. LEAH

Siedziałam przy kuchennym stole pochylona nad laptopem. Zdjęcie, które obrabiałam od ponad godziny, wciąż wydawało się nijakie. Miałam ochotę zakląć szpetnie. Nie potrafiłam dojść do tego, żeby zyskało tę samą formę, jaką miałam w swojej głowie. To było frustrujące.

Klucz przekręcił się w zamku, ale nie podniosłam głowy. Przynajmniej nie od razu. Drzwi trzasnęły mocno, wywołując grymas na mojej twarzy.

– Ja pierdolę, znowu wyglądasz jak motłoch – rzucił Philip z przedpokoju. – Mówiłem ci tyle razy, że lubię, jak masz makijaż.

Zapach alkoholu dotarł do mnie szybciej niż jego kroki.

– Pracuję – burknęłam, ignorując uwagę dotyczącą mojego wyglądu. Zdążyłam do nich przywyknąć.

Śmiech, który rozbrzmiał chwilę później, był krótki i suchy.

– Pracujesz? – powtórzył, przeciągając słowo w nieskończoność. – A ile zarobiłaś dzisiaj na tym swoim pracowaniu?

Nie odpowiedziałam, a jedynie pochyliłam się bardziej nad laptopem. Już dawno temu nauczyłam się, żeby nie angażować się w żadną dyskusję z mężem, kiedy ten był pod wpływem. I tak nic do niego nie docierało, a sprowokowany jedynie bardziej ranił mnie swoimi słowami. Pomimo tego ramiona same mi się napięły.

– Pytam cię o coś – dodał, lekko przy tym bełkocząc.

– Nie sprzedałam jeszcze tej sesji – powiedziałam, starając się, by głos mi nie zadrżał. W głębi ducha przygotowałam się na to, co miało zaraz nadejść.

– Oczywiście, że nie – parsknął, nie kryjąc pogardy. Zbliżył się o krok. – Bo kto normalny zapłaci za coś takiego?

Zamknęłam oczy na ułamek sekundy. Zignoruj go, Leah. Jest pijany. Im mniej będziesz mówić, tym szybciej zostawi cię w spokoju.

– Przestań – warknęłam tylko. To by było na tyle z trzymania języka za zębami.

– Nie, serio. – Pochylił się nad moim ramieniem, patrząc na ekran. – Co to w ogóle jest? Myślisz, że jesteś artystką?

Jego oddech śmierdział tanim alkoholem.

– Wygląda jak zdjęcie zrobione przez dziecko.

Uśmiechnęłam się kpiąco. Słyszałam już takie teksty wielokrotnie. Wszystkie twoje prace wyglądają tak samo. W życiu bym za coś takiego nie zapłacił. To nie jest praca i mnóstwo innych.

– Klientowi się podobało – odparłam na swoją obronę.

– Jakiemu klientowi? – prychnął. – Twojej koleżance, która cię żałuje?

– Przestań – powtórzyłam ostrzej, niż zamierzałam.

– Bo co? – Odchylił się i spojrzał na mnie z pogardą.

Twarz męża była czerwona od alkoholu, oczy miał przymknięte, a spojrzenie mętne.

Pokręciłam głową z zażenowania.

– Będziesz płakać? – Philip uśmiechnął się krzywo. – Jedyne, co potrafisz, to milczeć. Nigdy nie docierały do ciebie moje słowa.

Zignorowałam go tak, jak do tej pory. Zamknęłam program, a zaraz po nim laptopa. Był w domu zaledwie kilka minut, a już zdążył podnieść mi ciśnienie. Byłam zła, że nie zdołałam dokończyć pracy, zanim się pojawił. Swój paskudny humor postanowił wyładować na mnie, a ja po raz kolejny zaczęłam fantazjować o tym, jakby to było mieszkać samej.

– Beze mnie nie miałabyś nic – ciągnął, odwracając się i kierując w stronę lodówki. Zapewne po kolejną puszkę piwa. Wciąż było mu mało. – Nauczyłem cię obsługiwać pralkę, pamiętasz?

Odpowiedziała mu cisza. Ciekawe, czy kręcił go taki tryb rozmowy? Równie dobrze mógłby gadać do lustra, przynajmniej by mu przytakiwało.

Zacisnęłam palce tak mocno, że paznokcie wbiły mi się w skórę.

– Tak w ogóle straciłem pracę. Cieszysz się? – rzucił, wsadzając głowę do lodówki.

Zmroziło mnie na krześle. Wpatrywałam się w jego plecy z niedowierzaniem.

– Jak to? – spytałam, siląc się na spokojny ton.

Niedbale wzruszył ramionami. W mig zrozumiałam, skąd paskudny ten nastrój.

– Zaraz znajdę coś innego.

Zerknęłam ponad jego ramieniem w kierunku kuchennego blatu. Dziś były zamknięte sklepy i poprosiłam go, aby kupił chleb. Widocznie wlał w siebie płynny w postaci chmielu, a o mnie zapomniał. Owszem, mogłabym wsiąść w samochód i podjechać parę kilometrów, ale panicznie bałam się jeździć. Myśl o parkowaniu przyprawiała mnie o zimne poty.

Nie dam rady i on dobrze o tym wiedział. Skrzywiłam się, będę musiała iść po chleb pieszo. Ostrożnie podniosłam się z krzesła.

– Jeśli zostały ci jakieś drobne, daj, pójdę po chleb na kolację – powiedziałam.

– Ja nie jestem głodny – odparł tylko.

W bezsilnej złości zacisnęłam pięści.

– Ale ja jestem – wycedziłam.

Popatrzył na mnie z obrzydzeniem.

– Schudniesz, przyda ci się. I tak masz wielką dupę.

Moja klatka piersiowa zafalowała. Tego już było za wiele. Każda kłótnia dotycząca alkoholu kończyła się tym samym: to jego życie i mógł robić z nim, co chciał. W tym momencie zawsze odpuszczałam. Ale teraz byłam głodna, zmęczona i wkurwiona. I nie zamierzałam gryźć się w język.

– Poprosiłam cię, żebyś kupił chleb po drodze – warknęłam.

– Wiesz, co, Leah? Jak jesteś taka mądra, to idź do pracy i sobie zarób na ten pierdolony chleb.

To zabolało mnie bardziej, niż powinno. Głęboko zassałam powietrze.

– Jesteś żałosny – wyrzuciłam z siebie.

Pijackim gestem zatoczył ramieniem koło.

– Jak ci nie pasuje, to spakuj walizkę i wypierdalaj – wybełkotał.

Zamrugałam, usiłując przepędzić zbierające się pod powiekami łzy. Doskonale wiedział, że nie miałam dokąd pójść. Zarabiałam pieniądze nieregularnie i nigdy ich nie żałowałam na nasze wspólne życie. Chwilowo byłam jednak przed kolejną wypłatą, musiałam skończyć obrabianie zdjęć i wysłać je klientowi, o czym też doskonale wiedział.

Te słowa zostawiły dziurę w mojej piersi.

Przez chwilę po prostu stałam w miejscu, wpatrując się w niego, jakby był kimś obcym. To nie ten sam mężczyzna, za którego kiedyś wyszłam. Odwróciłam się bez słowa nie dlatego, że odpuściłam, tylko dlatego, że gdybym została tam jeszcze sekundę dłużej, powiedziałabym coś, czego nie dałoby się cofnąć.

Sięgnęłam po kurtkę.

– Gdzie idziesz? – rzucił za mną.

Zatrzymałam się przy drzwiach. Palce zacisnęły mi się na klamce.

– Po chleb – odpowiedziałam cicho.

Parsknął śmiechem.

– W końcu zrobisz coś pożytecznego.

Zacisnęłam zęby, tłumiąc kolejną ripostę i wyszłam.

Chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz tak mocno, że przez chwilę nie mogłam złapać oddechu. Zaciągnęłam zamek w kurtce wyżej, aż pod samą brodę, i ruszyłam przed siebie. Szłam powoli, mijając kolejne zamknięte witryny sklepów. Latarnie rzucały na chodnik żółte plamy światła, między którymi rozciągały się długie, ciemne odcinki.

Nie myślałam o kłótni ani Philipie. Czułam się pusta i wypalona. Zmęczona wszystkim, co mnie otaczało. Pragnęłam, żeby to się skończyło.

Zatrzymałam się przy przejściu dla pieszych, nawet nie sprawdzając, czy coś jedzie. Uniósł się wiatr, rozwiewając moje włosy. Stałam tak przez chwilę, zupełnie nieruchomo. W mojej głowie na nowo pojawił się obraz tego, jak odchodzę od Philipa i zaczynam nowe życie. Może znajdę mężczyznę, który mnie szanuje? Będzie mnie wspierał i czcił, jakbym była najcenniejszym, co mu się w życiu przytrafiło. Zrozumie, na czym polega moja praca i już nigdy więcej nie usłyszę, jak ktoś mnie poniża.

Zawsze można było pomarzyć, to nic nie kosztuje. Po dziesięciu latach tkwienia w toksycznym małżeństwie przestałam wierzyć w to, że takie uczucie istnieje.

Przełknęłam ślinę i ruszyłam dalej.

2. AIDEN

Silnik zawył, kiedy docisnąłem gaz. Asfalt rozmył się pod kołami, światła miasta zamieniły się w smugę. Żyłem dla takich momentów. Adrenalina, ryzyko, niebezpieczeństwo i ten jeden błąd, który mógł zakończyć wszystko.

Sprawnie wszedłem w zakręt, zostawiając za sobą kolejny samochód. Ktoś z boku mógłby powiedzieć, że to szaleństwo. Uśmiechnąłem się pod nosem. Nie mieli pojęcia, że w moim przypadku szaleństwem było życie bez tego.

Dojechałem na miejsce jako pierwszy, po raz kolejny wygrywając wyścig. Zdecydowanym ruchem przekręciłem kluczyk w stacyjce. W samochodzie zapadła cisza, nienaturalna po tym, jak przez ostatnie minuty wszystko dudniło mi w uszach niczym pieprzone uderzenia serca na dopingu. Zapach spalonej gumy i benzyny wciąż wisiał w powietrzu. Światła reflektorów przecinały noc.

Oparłem dłonie o kierownicę i przez chwilę siedziałem bez ruchu, wpatrując się przed siebie. Trasa dobiegła końca, a wraz z nią puls zaczął się wyrównywać.

Wysiadłem, zatrzaskując za sobą drzwi. Chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz, ale prawie tego nie poczułem.

– Kurwa, Aiden! – ktoś krzyknął. – Znowu to zrobiłeś!

Skinąłem tylko głową, nawet na niego nie patrząc. Ruszyłem w stronę swojego motocykla, który stał trochę dalej, oparty o betonową barierkę. Przesunąłem dłonią po zimnym metalu, ciesząc się jego dotykiem.

– Impreza u Luki! – zawołał ktoś jeszcze. – Wpadasz?

Zaśmiałem się krótko pod nosem. Nie miałem zamiaru nigdzie iść. Włożyłem kask i odpaliłem motor. Ryk maszyny przeciął noc, zagłuszając wszystko inne. Nie żegnając się z nikim, ruszyłem z piskiem opon.

Droga była pusta. Miasto o tej porze oddychało wolniej, jakby zmęczone własnym istnieniem. Lampy uliczne migały jednostajnie, a ich światło rozlewało się po asfalcie jak rozcieńczona krew.

Jechałem szybko, wiatr rozrywał mi ubrania, wdzierał się pod skórę i zmuszał ciało do reakcji. Do życia. Bo bez tego wszystko dookoła było tylko tłem. Szare, nijakie, rozciągnięte w nieskończoność dni, które zlewały się ze sobą w jedną, bezkształtną masę. Ludzie nazywali to codziennością, ja z kolei – wegetacją.

Docisnąłem gaz jeszcze mocniej. Wskaźnik prędkości przesunął się wyżej, silnik zawył ostrzej, jakby chciał zaprotestować. Zignorowałem to. Granice istniały tylko po to, żeby je sprawdzać i przekraczać. Na moment zamknąłem oczy. Ciało napięło się instynktownie, dłonie same skorygowały tor jazdy. Uśmiech wpełzł mi na usta. Właśnie o to chodziło. O ten moment, kiedy wszystko mogło się skończyć. I świadomość, że to ja decydowałem, czy tak się stanie.

Otworzyłem oczy. Droga wciąż była przede mną. Szkoda. Przez krótką chwilę wyobraziłem sobie, jak tracę kontrolę. Jak tylne koło ucieka, metal zgrzyta o asfalt, a ciało uderza o barierkę. Krew zaczęła szybciej krążyć w moich żyłach.

Zatrzymałem się pod domem i zgasiłem silnik. Zdjąłem kask i odłożyłem go na siedzenie, nie odrywając wzroku od budynku. Odziedziczyłem go po w chuj bogatych rodzicach, którzy odeszli niezbyt dawno temu. Rozciągająca się przede mną bryła była zdecydowanie za duża dla jednej osoby, ale lubiłem to, że znajdowała się na uboczu. Żadnych sąsiadów, co zapewniało mi prywatność.

Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Światło zapaliło się automatycznie, zalewając przestrzeń chłodnym blaskiem. Beton, szkło, stal. Minimalizm doprowadzony niemal do granicy sterylności. Zrzuciłem kurtkę na oparcie krzesła i przeszedłem do kuchni. Wyciągnąłem z lodówki butelkę wody i napiłem się prosto z niej, nie zawracając sobie głowy szklanką.

Odstawiłem ją z powrotem i oparłem dłonie o blat. Głowa opadła mi lekko do przodu. Przed oczami pojawił się przebłysk, wspomnienie z czasów szkolnych.

Strach był interesujący. Najbardziej szczera emocja, jaką człowiek potrafił okazać. Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, jakbym smakował to wspomnienie.

Jestem popierdolony.

Dłoń sama zacisnęła mi się w pięść. Potrzebowałem bodźca, bo inaczej miałem wrażenie, że tylko wegetuję.

Poranek był taki sam jak każdy inny. Obudziłem się, zanim zadzwonił budzik. Organizm przyzwyczaił się do rutyny, której sam go nauczyłem. Podniosłem się z łóżka i przeciągnąłem leniwie. Mięśnie zaprotestowały po nocnej jeździe, ale to był znajomy, niemal przyjemny ból.

Skierowałem się do łazienki, gdzie w lustrze zobaczyłem swoją twarz. Przeczesałem dłonią ciemne włosy, które teraz sterczały we wszystkie strony. Ciemny zarost pokrywał moją mocno zarysowaną szczękę. Nawet zastanowiłem się, czy go przyciąć, ale ostatecznie odpuściłem. Wytrzyma jeszcze kilka dni.

Wziąłem szybki prysznic. Zimna woda uderzała w skórę, wybijając resztki snu z głowy. Oparłem dłonie o kafelki i przez chwilę stałem nieruchomo, pozwalając, by strumień spływał po plecach. Po dłuższej chwili zmusiłem się, żeby wyjść i osuszyć ciało ręcznikiem. Ubrałem się szybko, wybierając swój standardowy strój, czyli czarne spodnie, koszulę oraz elegancki zegarek. Spojrzałem jeszcze raz w lustro, poprawiając mankiet. Wszystko musiało być na swoim miejscu.

Ostatecznie zgasiłem światło i wyszedłem z domu, kierując się do garażu. Moim oczom ukazał się rząd samochodów, ustawionych równo, jak żołnierze na apelu. Podszedłem do czarnego Porsche Panamera Turbo S. Matowy lakier i niskie, agresywne linie nadwozia sprawiały wrażenie, jakby samochód był w gotowości do ataku.

Przesunąłem dłonią po masce, zanim wsiadłem. Skóra na siedzeniach była miękka, a zapach wnętrza uderzył znajomą nutą luksusu. Silnik zamruczał nisko, niemal z zadowoleniem. Bez ociągania wyjechałem z posesji.

Droga na uczelnię była prosta. Mijałem ludzi, spieszących się do swoich małych, bezsensownych żyć. Zatrzymałem się na czerwonym. Obok mnie stanęła kobieta w innym aucie. Spojrzała przelotnie w moją stronę, potem jeszcze raz, dłużej. Jej wzrok zatrzymał się na mojej twarzy. Uśmiechnąłem się lekko, na co odwróciła wzrok.

Dotarłem na miejsce, gdy parking pod uczelnią był już częściowo zapełniony. Zostawiłem auto na miejscu dla nauczycieli i wysiadłem. Kilka osób minęło mnie po drodze, ktoś powiedział ciche „dzień dobry”. W odpowiedzi skinąłem im głową. Dziewczyny obrzucały mnie pociągłymi spojrzeniami, które systematycznie ignorowałem.

Sala wykładowa była już prawie pełna, kiedy wszedłem. Rozmowy ucichły niemal natychmiast. Podszedłem do biurka i odłożyłem teczkę. Powoli uniosłem wzrok, przesuwając nim po twarzach studentów. Zatrzymałem się na kilku.

– Dzień dobry – powiedziałem spokojnie.

Kilka osób odpowiedziało cicho. Reszta tylko skinęła głowami. Oparłem się o biurko, krzyżując ręce na piersi.

– Wczoraj mówiliśmy o kontroli – kontynuowałem. – Dzisiaj porozmawiamy o tym, jak ją odebrać.

Kilka głów uniosło się gwałtownie. Wzbudziłem w nich zainteresowanie.

– Załóżmy, że macie przed sobą silną, pewną siebie osobę. Do tego przekonaną o własnej wartości – ciągnąłem powoli.

Zrobiłem krok do przodu.

– Jak ją złamiecie?

Cisza. Ktoś przełknął głośno ślinę, inny student nerwowo poprawił się na krześle.

Uśmiechnąłem się pod nosem.

– Nikt? – Uniosłem brew.

Ręka w drugim rzędzie uniosła się niepewnie.

– Presją? – zapytał chłopak.

Pokręciłem głową.

– Za proste.

Zrobiłem kilka kroków między ławkami. Przechadzając się, czułem ich spojrzenia na sobie.

– Ludzie nie łamią się od razu – powiedziałem ciszej. – Pękają stopniowo.

Zatrzymałem się przy jednej z ławek. Dziewczyna siedząca przy niej zesztywniała niemal natychmiast.

– Najpierw podważacie ich pewność siebie poprzez małe rzeczy i niewinne uwagi. Żarty zawierające tak zwane szpileczki – tłumaczyłem.

Pochyliłem się lekko.

– Potem przechodzicie do etapu izolacji.

Jej oddech przyspieszył.

– A na końcu sprawiacie, że zaczynają wątpić we własne myśli – zawiesiłem głos na moment i wyprostowałem się powoli. – Wtedy nie musicie robić już nic więcej.

Wróciłem na swoje miejsce.

– To bardzo prosty przykład manipulacji. Większość ludzi nawet nie zauważa, kiedy się zaczyna – dodałem spokojnie.

Kilka osób przestało pisać.

– Na następne zajęcia przygotujcie przykłady takich mechanizmów z życia codziennego – powiedziałem, sięgając po teczkę. – Gwarantuję, że znajdziecie ich więcej, niż byście chcieli.

Wykład się skończył. Odwróciłem się i ruszyłem do wyjścia. Uśmiech nieznacznie drgnął na moich ustach. Bo prawda była taka, że właśnie dałem im instrukcję, jak zniszczyć człowieka.

Uwielbiałem patrzeć, jak ludzie się gubią.

3. LEAH

Tej nocy spałam na kanapie w salonie. Nie jestem w stanie zliczyć, który to już raz. I zawsze to ja byłam tą, która się odseparowywała.

Dla niego nie miało znaczenia, czy pił i w jakim stanie docierał do łóżka. Często też wymagał wtedy ode mnie seksu. Z początku naszego małżeństwa, miałam wtedy dwadzieścia lat!, nie miało to wielkiego znaczenia. Ale wzór się powtarzał, alkohol oznaczał u niego podniecenie, a kiedy mu odmawiałam, bo mnie obrzydzał, on się wkurzał. I tak w kółko.

Dlatego spałam dziś na kanapie. Po wczorajszych słowach nie zniosłabym dotyku jego dłoni na sobie.

Wstałam cicho i poszłam do kuchni. Wstawiłam wodę na kawę, opierając dłonie o blat. Przez chwilę stałam tak nieruchomo, próbując zebrać myśli. Musiałam z nim porozmawiać. Choćby o pracy i o tym, co będzie dalej.

Drzwi sypialni skrzypnęły.

– Już wstałaś?

Jego głos był zachrypnięty, ale trzeźwy.

– Tak – odpowiedziałam krótko, nie odwracając się.

Podszedł bliżej. Poczułam jego obecność za plecami.

– Co jest?

Zmarszczyłam brwi i odwróciłam się powoli.

– Nic.

– No chyba coś jest, skoro robisz taką minę.

– Jaką?

Westchnął ciężko, jakby rozmowa ze mną była dla niego wysiłkiem.

– Tę swoją… obrażoną.

– Obrażoną?

– No a jaką? – Wzruszył ramionami.

Przymknęłam oczy. Powinnam się na niego wydrzeć, wyrzucić z siebie wszystko, co kotłowało się w moim wnętrzu, a na końcu go obrzygać. Zamiast tego zacisnęłam zęby i zrezygnowałam. Robiłam to już tyle razy, że wiedziałam, iż nic z tego do niego nie dotrze.

Sięgnął po kubek, jakby nic się nie stało.

– Zawsze robisz takie dramy z niczego.

Zacisnęłam palce na krawędzi blatu.

– To nie było nic.

– No to może powiesz, o co chodziło? – Spojrzał na mnie z lekkim zniecierpliwieniem. – Pokłóciliśmy się? Zdarza się, nie przesadzaj.

Śmiech, który wyrwał mi się z gardła, był pusty.

– Ty się ze mną nie pokłóciłeś.

– No to o co ci chodzi?

Odwróciłam się gwałtownie.

– O to, że mnie obrażałeś. Że byłeś pijany i…

– Okej, stop – przerwał mi, unosząc rękę. – Czyli znowu to samo.

Zmarszczyłam brwi.

– To samo? – powtórzyłam po nim z nadzieją, że się przesłyszałam.

– Zrzucanie wszystkiego na alkohol.

Poczułam, jak coś we mnie rozsypuje się do reszty.

– Bo byłeś pijany – wytknęłam.

– I co z tego? – prychnął. – To nie znaczy, że możesz mnie prowokować.

Zamarłam.

– Ja cię prowokowałam?

– A jak inaczej to nazwać? – Spojrzał na mnie ostro. – Siedzisz z tą swoją miną, odzywasz się z pogardą, jeszcze się stawiasz…

– Straciłeś pracę, może powinniśmy od tego zacząć – przerwałam mu, zmieniając temat.

– Znajdę coś innego – uciął.

– Ale może powinniśmy jakoś zaplanować przyszłość, bo…

– Powiedziałem, że znajdę.

Stałam przez chwilę, patrząc na niego i jednocześnie próbując znaleźć w sobie jeszcze odrobinę siły, żeby ciągnąć tę rozmowę dalej.

Nie znalazłam.

– Dobra – mruknęłam cicho.

Skinął głową, jakby właśnie wygrał, a następnie odwrócił się i wyszedł z kuchni.

Kilka godzin później siedziałam przy laptopie, przeglądając oferty pracy. Czułam podwójną presję, która jeszcze bardziej zmotywowała mnie do działania. Muszę coś znaleźć.

W międzyczasie dostałam e-maila. Kliknęłam powiadomienie bez większego zainteresowania. Ostatnio większość wiadomości kończyła się tak samo: „odezwiemy się”, „dziękujemy, ale…”, „może innym razem”. Teraz również przeskoczyłam po niej wzrokiem. W pierwszej chwili nie zrozumiałam, co czytam. Dlatego zmarszczyłam brwi i cofnęłam się do początku tekstu. Przeczytałam jeszcze raz, a potem trzeci. Serce zabiło mi szybciej.

Klient zaakceptował wszystkie zdjęcia. I to bez poprawek! A na dodatek chciał więcej!

Na moment znieruchomiałam, wpatrując się w ekran, jakby słowa miały zaraz zniknąć. Kącik moich ust drgnął. To naprawdę cudowna wiadomość. Odruchowo sięgnęłam po telefon. Chciałam komuś o tym powiedzieć, ale moje palce zamarły tuż po odblokowaniu ekranu. Zawahałam się, imię Philipa było pierwsze na liście.

W mojej głowie odbiły się echem jego wczorajsze słowa. Bo kto normalny zapłaci za coś takiego?

Powoli opuściłam telefon i odłożyłam go na blat. Odchyliłam się na krześle i zamknęłam oczy. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Brawo, Leah, udało ci się.

Po kilku sekundach wróciłam do laptopa i odpisałam klientowi. Zakwitła we mnie nadzieja, że wreszcie będę mogła otworzyć swoje malutkie studio. Szybko jednak stłamsiłam ją w zarodku. Powoli, małymi kroczkami, upomniałam samą siebie. Na razie planowałam zachować to w tajemnicy.

Następnego ranka Philip wszedł do kuchni, kiedy kończyłam robić kawę. Ukradkiem zerknęłam w jego kierunku. Byłam już na tyle wyczulona, że wystarczył mi jeden rzut oka, aby go wyczuć. Od stanu, w jakim się znajdował, zależało, jak będzie wyglądał cały dzień oraz to, jak miałam się zachować.

– Ładnie pachnie – skomplementował.

Zaskoczona zamrugałam kilkakrotnie.

– Zrobiłem zakupy – dodał, kiedy nie zareagowałam.

Spojrzałam na niego. Twarz mężczyzny była lekko napięta, ale nie dostrzegłam, żeby był pod wpływem. Wręcz przeciwnie, już drugi dzień nic nie pił. Jego ciemnoblond włosy były nieco zmierzwione, a błękitne spojrzenie przytomne. Wskazał na torbę stojącą przy drzwiach.

Podążyłam wzrokiem w tamtą stronę. Faktycznie, z torby wystawała nawet świeża bagietka.

– Dzięki – powiedziałam, otrząsając się z zaskoczenia.

Uśmiechnął się lekko. Podszedł bliżej, minął mnie i sięgnął po kubek. Jego ramię musnęło moje. Nie odsunęłam się.

– Nie patrz tak – mruknął, kiedy nie spuszczałam z niego wzroku.

– Jak? – spytałam, ewidentnie za słabo panując nad mimiką.

– Jakbym miał zaraz coś spieprzyć.

Odchrząknęłam.

– Wydaje ci się.

Uniósł brew, ale nic nie powiedział. Zamiast tego nalał sobie kawy.

– Wieczorem przyjdą Alex i Camille – rzucił od niechcenia. – Dawno ich nie było.

Och.

– W porządku – odparłam. Lubiłam ich, byli nawet fajni.

– Przygotuję coś fajnego do jedzenia – ciągnął.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Lubiłam, kiedy gotował. Przypominało mi to nasze początki.

– Byłoby super – przyznałam.

Podniósł na mnie wzrok i mrugnął.

Boże, uwielbiałam, kiedy taki był. Takiego Philipa pokochałam.

– Trochę tu ogarnę – dodałam, zerkając na salon.

Mężczyzna podszedł bliżej, cmoknął mnie w czubek głowy i ruszył w stronę sypialni.

– Jest idealnie! – zawołał.

Mój uśmiech się poszerzył. To będzie dobry wieczór.

4. AIDEN

Siedziałem na kanapie, trzymając łokieć na oparciu i powoli przesuwając palcem po brzegu szklanki. Lód uderzał o ścianki, cicho brzdękając. Bursztynowy płyn niebezpiecznie zbliżył się do krawędzi, zanim pociągnąłem łyk. Whisky była wyjątkowo dobra. Zapisałem w pamięci, aby pochwalić jutro Rose za sprowadzenie tak wybitnego towaru.

Dzwonek do drzwi przeciął ciszę. Spojrzałem tylko w tamtym kierunku, zastanawiając się, czy naprawdę chcę wpuszczać kogokolwiek do swojego świata. Niechciany gość zadzwonił drugi raz. Westchnąłem zrezygnowany, odstawiłem szklankę i wstałem.

– No kurwa, myślałem, że zdechłeś – rzucił Marco, wchodząc do środka, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.

Zamknąłem drzwi za nim i oparłem się o nie na sekundę.

– Zawiodę cię, nadal żyję – parsknąłem.

Marco prychnął pod nosem i rozejrzał się po domu, jakby widział go pierwszy raz, choć bywał tu częściej, niż ktokolwiek inny.

– Ty serio tu mieszkasz jak jakiś jebany psychopata – mruknął, zrzucając kurtkę na krzesło. – Zero zdjęć, jakichkolwiek dodatków. Nawet kwiatka nie masz.

– Kwiatki umierają.

Spojrzał na mnie kątem oka i parsknął śmiechem.

– Ty to jesteś pojebany.

Nie zaprzeczyłem. Przeszedłem do kuchni, wyciągnąłem drugą szklankę i nalałem mu trunku, nie pytając, czy chce.

– Co robisz dzisiaj? – zapytał, opierając się o blat.

Uniosłem wysoko brwi. A, kurwa, nie widać?

– Nic – odparłem beznamiętnym tonem.

Zrezygnowany Marco pokręcił głową. Uśmiechnąłem się lekko i upiłem łyk.

– W mieście nuda. Myślałem, że chociaż ty masz jakiś plan – mruknął.

– Po raz kolejny muszę się rozczarować. – Błysnąłem zębami w uśmiechu.

– Dobra, słuchaj – powiedział, wyciągając telefon. – Dzisiaj jest mecz. Idziemy do baru albo odpalamy tutaj. Wybieraj.

Zmarszczyłem lekko brwi.

– Nie mam ochoty na mecz.

– Kurwa… – prychnął, przecierając twarz dłonią. – Weź, choć raz bądź normalny.

Parsknąłem śmiechem, na co Marco westchnął teatralnie, ale już odpalał transmisję na telewizorze. Wiedział, że i tak go nie wyrzucę.

Usiadłem z powrotem na kanapie, bardziej z przyzwyczajenia niż zainteresowania. Komentator gadał coś o składach i statystykach, czyli ogólnie pierdolił bez znaczenia. Kamerzysta zrobił zbliżenie na trybuny i wtedy ją zobaczyłem.

Nie dokładnie ją, ale ciemnowłosą kobietę. Siedziała trochę z boku, zdawał się nie do końca pasować do reszty. Ramiona miała lekko napięte, dłonie zaciśnięte na kubku. I ten wzrok. Jakby w każdej chwili była gotowa wstać i wyjść. Obraz zmienił się na boisko, ale ja już tego nie widziałem. Zamiast tego wróciłem wspomnieniami do szkolnego korytarza.

Echo kroków odbijające się od ścian. Stała przy szafce, odwrócona do mnie plecami. Zamarła, kiedy tylko mnie usłyszała. Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka. Tak bardzo ją przypominała. Zacisnąłem palce mocniej na szklance. Pamiętałem jej spojrzenie i to, jak unikała kontaktu wzrokowego. Jak napinała ramiona, kiedy przechodziłem obok. Jak przyspieszała kroku. Jak się bała. Kącik moich ust drgnął lekko. Strach był piękny. A ona… Ona była w tym doskonała.

– Ej! – Głos Marco wyrwał mnie z zamyślenia. – Patrz, co za akcja!

– Widziałem – mruknąłem, nawet nie patrząc na telewizor.

– Gówno widziałeś – burknął mój przyjaciel. – Powinieneś sprowadzić sobie jakąś panienkę. Odbija ci z braku seksu.

Odchyliłem się bardziej na sofie.

– To miasto jest za małe – odparłem. – Ja w przeciwieństwie do ciebie nie zadowalam się byle czym.

Marco zmarszczył brwi.

– Stary… brzmisz teraz jak jebany seryjny morderca.

Parsknąłem. Przyjaciel dalej nie odrywał wzroku od ekranu, pociągnąłem więc kolejny łyk whisky.

– Serio, Aiden, powinieneś się trochę rozerwać. Masz przecież tyle seksownych studentek.

– Nie tykam małolat – przypomniałem mu oschle. Widocznie umknął mu ten malutki szczegół. Za bardzo lubiłem swoją pracę, aby wszystko spieprzyć na rzecz chwilowej przyjemności.

Marco przewrócił oczami.

– Życie to nie tylko robota i twoje jebane wyścigi.

– Masz rację – powiedziałem.

Zamrugał, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał.

– Co?

– Życie to nie tylko wyścigi – wyjaśniłem.

Kumpel był szczerze zdezorientowany. Wbił we mnie pytające spojrzenie.

– Rozwiniesz to jakoś?

Niedbale wzruszyłem ramionami.

– Może masz rację i brakuje mi dobrego seksu. Ale nie mam ochoty zniżać się do poziomu desperacji.

Marco prychnął.

– Przesiąkłeś pracą. Nawet mówiąc o pieprzeniu, brzmisz, jakbyś prowadził wykład.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, którą wypełniał tylko komentarz meczu i odległe okrzyki z telewizora. Marco co jakiś czas rzucał uwagi, których nawet nie komentowałem.

Lubiłem naszą przyjaźń. Jego głupie żarty i nawet nie przeszkadzało mi to, że wchodził do mojego domu jak do siebie. Znaliśmy się jeszcze z czasów szkolnych. Nie pytał, nie analizował, nie próbował mnie naprawiać. Jebany cud, że jeszcze stąd nie spierdolił.

– Dobra – powiedział w końcu, przeciągając się. – Ja się zwijam. Jutro rano robota.

Skinąłem mu głową.

– Zamknij za sobą drzwi.

– Jak zawsze romantyczny – mruknął, wstając.

Ruszył do wyjścia, ale zatrzymał się jeszcze na moment w progu.

– I serio, Aiden…

Spojrzałem na niego.

– Co?

– Jak będziesz dalej tak żył, to ci kiedyś odwali na amen.

Delikatnie uniosłem kącik ust.

– Już dawno mi odwaliło.

Marco pokręcił głową, jakby nie wiedział, czy się śmiać, czy mnie walnąć.

– Dobranoc, psycholu.

– Dobranoc.

Wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi. Upiłem ostatni łyk whisky i odstawiłem szklankę na stolik. Wyłączyłem brzęczący telewizor, który dodatkowo mnie irytował. Przez chwilę jeszcze siedziałem w ciszy, wpatrując się w ciemny ekran. Odbijało się w nim tylko moje własne odbicie, rozmazane i pozbawione wyrazu.

W końcu wstałem, zabierając pustą szklankę do kuchni. Lód już dawno się rozpuścił, zostawiając wodnisty posmak. Wrzuciłem kostki do zlewu. Otworzyłem jedną z szafek, wyciągnąłem butelkę wody i napiłem się prosto z niej. Chłód przeszedł przez gardło.

Wróciłem do salonu, mijając kanapę, na której Marco jeszcze chwilę temu rozwalał się jak u siebie. Zostawił po sobie minimalny chaos w postaci niedopitego alkoholu i porozrzucanych poduszek. Przesunąłem palcami po karku, rozluźniając napięcie, którego nawet nie zauważyłem.

Zmusiłem się, żeby pójść do sypialni. Jutro wybiorę się na kolejny wyścig, jeden dzień przerwy wystarczy. Niedbale rzuciłem koszulę na krzesło i padłem na łóżko. Utkwiłem wzrok w białym suficie, próbując poczuć cokolwiek.

Bezskutecznie.

5. LEAH

Alex nalał sobie kolejną lampkę wina, rozpierając się wygodnie na krześle.

– Nic się nie zmieniło – rzucił z uśmiechem, rozglądając się po mieszkaniu. – Dalej ten sam klimat.

– Bo po co zmieniać coś, co działa – odpowiedział Philip, stukając swoim kieliszkiem o jego.

Camille zaśmiała się cicho.

– Albo coś, do czego się przywykło.

Jej spojrzenie na moment zatrzymało się na mnie. Odwróciłam wzrok.

Przyszli punktualnie. Philip naprawdę się postarał i przygotował przepyszne przekąski. Wiedziona kuszącymi zapachami kilka razy zaglądałam do kuchni, ale mąż przeganiał mnie z niej za pomocą ścierki. Mój śmiech niósł się wtedy po mieszkaniu i czułam się znowu jak nastolatka.

Wróciłam spojrzeniem do dwójki przyjaciół siedzących na kanapie. Camille była uroczą szatynką o ciemnych oczach, tak samo, jak jej facet. Philip przyjaźnił się z nimi od kilku lat, a ja sama również ich polubiłam. Byli normalną parą, nie imprezowali, pracowali i zdawali się żyć w szczęśliwym związku.

W przeciwieństwie do mnie.

– Leah, dalej robisz zdjęcia? – zapytała Camille po chwili, jakby od niechcenia.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Philip mnie uprzedził.

– Dalej się bawi w fotografkę – rzucił z kpiącym uśmiechem.

Alex parsknął śmiechem, ale szybko go zdusił, jakby nie był pewien, czy powinien.

– To nie zabawa – wtrąciłam się, unosząc kieliszek do ust.

– No jasne – mruknął Philip. – Poważny biznes.

Nie spojrzałam na niego. Nauczyłam się tego dawno temu, by nie dawać mu żadnych powodów i ignorować durne zaczepki.

– Ostatnio miała kilka fajnych sesji – dodała Camille, próbując rozładować napięcie. – Pamiętam te zdjęcia z parku, były naprawdę ładne.

Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością.

– Dzięki.

– Ładne? – powtórzył Philip, przechylając głowę. – To chyba kwestia gustu.

Alex chrząknął cicho, sięgając po kieliszek.

– Stary…

– No co? – Mój mąż wzruszył ramionami. – Mówię, co myślę. Szczerość jest chyba ważna w związku, prawda?

Nie wytrzymałam i spojrzałam na niego. Nie umknęło też mojej uwadze, jak Alex z Camille wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. Nagle odeszła mi ochota na zabawę, przez co odstawiłam kieliszek na stół.

– Napij się – rzucił nagle, przesuwając w moją stronę butelkę. – Może wtedy przestaniesz tak patrzeć.

Zmarszczyłam brwi.

– Jak? – spytałam, niepotrzebnie dając się wciągnąć w rozmowę. Głupia, niczego się nie nauczyłaś przez te lata.

– Jakbyś mnie oceniałа.

Cisza przy stole zgęstniała.

– Nie oceniam cię – zapewniłam, mrużąc oczy.

– Jasne. – Upił łyk wina, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Zawsze uważasz się za lepszą.

Pokręciłam głową z kpiącym uśmiechem. Nie daj się sprowokować.

– Philip, przestań – wtrącił się Alex.

– Co mam przestać? – Głos męża był na pozór spokojny.

Alex spojrzał na Camille, a ona na niego.

– To nie jest moment na takie rozmowy – powiedziałam ciszej.

– A kiedy jest? – Uniósł brew.

Zacisnęłam palce na kieliszku.

– Możemy porozmawiać później.

– Nie, Leah. – Pokręcił głową powoli. – Właśnie teraz jest idealny moment.

Serce zaczęło mi walić jak oszalałe.

– Philip…

– Wiesz, co jest w tym wszystkim najlepsze? – wszedł mi w słowo.

Zacisnęłam usta w wąską kreskę, rezygnując z dalszej dyskusji.

Pochylił się lekko do przodu, zapewne chcąc, żeby każdy przy stole usłyszał go dokładnie.

– Ty naprawdę myślisz, że jesteś lepsza.

– Wcale tak nie myślę – powtórzyłam ze znużeniem świadoma, że będziemy teraz wałkować ten temat do jutra.

Uśmiechnął się niemal łagodnie. Natychmiast się spięłam.

– Jesteś taka sama jak twój ojciec.

Zamurowało mnie. Nie mogłam uwierzyć w to, że naprawdę tak powiedział. Przy nich.

Alex zesztywniał, a Camille odwróciła wzrok.

Zamrugałam, usiłując zapanować nad własną twarzą. Ze wszystkich sposobów, na jakie mógł mi ubliżyć, wybrał ten najgorszy. Wyprostowałam się na podłodze, na której siedziałam i popatrzyłam mu w twarz. W błękitnych oczach mężczyzny błysnęła satysfakcja.

Był z siebie dumny, że udało mu się mnie zranić.

– Philip… – Głos Camille był cichy, napięty.

– Co? – Wzruszył ramionami, opierając się wygodnie o krzesło. – Przecież to prawda.

Nie patrzył już na mnie.

Opuściłam wzrok na stół, a potem na swoje dłonie, które drżały lekko. Prawie niezauważalnie. Mój ojciec był potworem. Bił mnie, gdy byłam dzieckiem, znęcał się psychicznie na mojej mamie i starszej siostrze. Zdradzał i miał drugą rodzinę na boku. Skurwiel nawet budował dom, by zamieszkać ze swoją kochanką. Camille i Alex znali te historie, nigdy tego nie ukrywałam. Porównanie mnie do niego, choć niesłuszne, bolało.

Wiedziałam, że nie miał racji i zrobił to tylko, by się popisać. Poniżyć mnie przed znajomymi i pokazać przez to, jaki to jest fajny.

Wzięłam głęboki wdech. Czułam na sobie ich spojrzenia. Kiedy podniosłam głowę, zobaczyłam na ich twarzach współczucie, zakłopotanie i litość.

Podniosłam się powoli, Philip nawet nie zwrócił na mnie uwagi.

– Leah… – zaczęła Camille.

Nie spojrzałam na nią.

– Przepraszam – mruknęłam, odwróciłam się i wyszłam z salonu do kuchni.

Za plecami usłyszałam jeszcze głos Philipa.

– No i widzisz? – rzucił z lekkim rozbawieniem. – Zawsze tak reaguje.

W połowie drogi zmieniłam kierunek i udałam się jednak do sypialni. Cicho zamknęłam za sobą drzwi, po czym usiadłam na łóżku. W ciszy wpatrywałam się w ścianę. Wciąż słyszałam ich głosy. Ktoś się zaśmiał, chyba Alex. Zamknęłam oczy.

Powinnam tam wrócić, powiedzieć coś i rozładować sytuację. Ale po raz pierwszy od dawna nie miałam ochoty tego robić. Byłam zmęczona ciągłym kryciem Philipa i ignorowaniem jego toksycznego zachowania. Niech zmierzy się z tym sam.

Oparłam dłonie o materac, czując pod palcami znajomą fakturę materiału. Wszystko w tym pokoju było znajome. Łóżko, szafa, okno, przez które wpadało blade światło ulicznej latarni. To było moje życie. Dziesięć lat zamkniętych w tych metrach kwadratowych. Przełknęłam ślinę. W głowie wciąż dźwięczały jego słowa.

Jesteś taka sama jak twój ojciec.

Pokręciłam lekko głową. Nie. Nie jestem taka sama. Mój ojciec niszczył ludzi, a ja pozwalałam, żeby ktoś niszczył mnie. Odetchnęłam głęboko, jakbym po raz pierwszy od dawna naprawdę nabrała powietrza.

Za ścianą coś stuknęło. Usłyszałam kroki i przesuwane krzesło. Zaraz ktoś tu zapuka i mnie zawoła.

Zacisnęłam palce na materiale narzuty. Potem podniosłam się powoli z łóżka i spojrzałam jeszcze raz na pokój. Na życie, które przez lata wydawało mi się jedynym możliwym, po czym odwróciłam wzrok i po raz ostatni wyszłam z pokoju.

6. AIDEN

Droga wiodąca w góry była niemal pusta. Wąska, kręta, otoczona ciemnością tak gęstą, że równie dobrze mogło czaić się w niej wszelakie zło. Reflektory przecinały ją na dwa nierówne kawałki, odsłaniając fragmenty asfaltu tylko na kilka sekund przed tym, jak znikały znowu w czerni. Im wyżej się wspinałem, tym bardziej zmieniał się krajobraz. Mgła zaczynała snuć się nisko nad ziemią, najpierw nieśmiało, aż w końcu zaczęła oplatać drogę jak coś żywego. Wdzierała się pod maskę, rozpraszała światło reflektorów, sprawiała, że wszystko wyglądało jak sen albo koszmar.

Znałem tę drogę na pamięć. Wszyscy, którzy tu przyjeżdżali, musieli ją znać. Jeden błąd na tych zakrętach nie kończył się mandatem, tylko bezpośrednim lotem w dół. Kilkaset metrów niżej rozciągało się jezioro, teraz czarne i nieruchome. W dzień wyglądało jak z uroczej pocztówki. W nocy zaś przypominało otwartą paszczę, gotową połknąć wszystko, co spadnie z drogi.

Zwolniłem, kiedy zobaczyłem pierwsze światła. To nie były wyścigi dla dzieciaków z miasta, które chciały się pobawić w szybkie samochody. Tu przyjeżdżali ludzie, którzy wiedzieli, co robią. Zaparkowałem kawałek dalej. Kolejny z moich samochodów do wyścigów, Aston Martin, nie rzucał się w oczy tak, jak reszta tych przerobionych potworów.

To miejsce żyło tylko nocą.

Wysiadłem i od razu poczułem na skórze chłód.

Luca był już na miejscu jak zawsze. Stał przy swoim samochodzie, rozmawiając z dwoma facetami, których kojarzyłem tylko z widzenia. Zamilkli, kiedy podszedłem.

– Aiden, wykurwiście, że już jesteś – powitał mnie.

Oszczędnie skinąłem mu głową.

Luca organizował większość wyścigów w okolicy. Charakteryzowała go łysa głowa, złoty łańcuch na szyi i spojrzenie typa, który potrafił sprzedać własną matkę, jeśli tylko cena byłaby odpowiednia.

– Wiedziałem, że się pojawisz – dodał, uśmiechając się szeroko.

Pieniądze zmieniły właściciela szybciej niż słowa. Nie chodziło tylko o wyścig, ale o kasę, ego i reputację. A ja miałem wszystkie te trzy rzeczy.

To nie był zwykły przejazd, tym razem trasa prowadziła przez przełęcz. Kilka kilometrów czystego ryzyka. Wąskie zakręty, brak barierek na niektórych odcinkach, asfalt miejscami wilgotny od mgły. Jedna chwila nieuwagi i kończyłeś jako historia opowiadana szeptem przy kolejnych wyścigach.

Spojrzałem w stronę samochodów. Tym razem było ich tylko cztery, co mówiło samo za siebie. Na umówiony znak podszedłem do jednego z pojazdów i wsiadłem. Dźwięki z zewnątrz natychmiast się przytłumiły. Zapiąłem pas, czując, jak mój puls przyspiesza. Kochana adrenalina. Znajome napięcie pod skórą, jakby coś budziło się powoli, rozciągało i przeciągnęło palcami po końcówkach nerwów.

Przekręciłem kluczyk. Silnik odpowiedział natychmiast, oparłem dłonie o kierownicę i zacisnąłem palce.

Ustawiłem się na linii startu. Mgła była teraz gęstsza, światła samochodów sięgały zaledwie kilka metrów przed maskę. Droga znikała potem, jakby w ogóle nie istniała. Ktoś stanął przed nami i uniósł rękę. Wrzuciłem bieg i napiąłem mięśnie.

Kątem oka widziałem, jak ramię opada. Ruszyłem. Samochód wyrwał do przodu tak gwałtownie, że przez ułamek sekundy straciłem kontakt z rzeczywistością. Opony złapały przyczepność, silnik zawył, a ja wcisnąłem pedał jeszcze mocniej.

Dotarłem do pierwszego zakrętu. Zredukowałem bieg, delikatne puściłem gaz i natychmiast wcisnąłem go z powrotem. Tył auta lekko zarzucił, ale wyrównałem to instynktownie. Szybko objąłem prowadzenie.

Nadszedł czas na kolejny zakręt, ten był sporo ostrzejszy od poprzedniego. Z lewej strony ciemność i przepaść, której nawet nie było widać przez mgłę. Pomimo tego nie zwolniłem. Serce waliło mi jak oszalałe, ale pewnie trzymałem kierownicę. Samochód za mną próbował mnie dogonić. Widziałem jego światła w lusterku.

Uśmiechnąłem się pod nosem i docisnąłem gaz. Asfalt był wilgotny. Poczułem, jak auto traci przyczepność na ułamek sekundy. Każdy normalny człowiek spanikowałby w tym momencie, ale nie ja. Adrenalina krążyła w moich żyłach, czułem, że żyję. Poprawiłem tor jazdy i przyspieszyłem jeszcze bardziej.

Droga wiła się jak wąż, zakręt za zakrętem, jeden gorszy od drugiego. Nie było miejsca nawet na najmniejszy błąd. Dopiero ostatni odcinek był najgorszy. Prosta, która wyglądała niewinnie. Jechałem praktycznie na pamięć, kierowany instynktem. Linia mety pojawiła się nagle, przeciąłem ją pierwszy.

Zwolniłem dopiero po kilku sekundach, pozwalając, by adrenalina powoli opadła. Oddech miałem ciężki, a puls wciąż wysoki. Zatrzymałem samochód i oparłem głowę o zagłówek, zamykając na chwilę oczy. Przez te kilka minut byłem żywy.

Powoli uniosłem powieki. Mgła nadal była gęsta, ale teraz została przecięta światłami kolejnych samochodów, które dojeżdżały na metę. Pierwszy był daleko za mną. Uśmiechnąłem się pod nosem.

Wyłączyłem silnik. Wysiadłem z auta i od razu poczułem chłód, który wgryzł się w rozgrzaną skórę. Para unosiła się z maski.

Drugi samochód zatrzymał się kilka metrów dalej. Kierowca wysiadł gwałtownie, trzaskając drzwiami. Widziałem po jego ruchach, że jest wkurwiony.

– Kurwa mać! – zaklął, kopiąc w oponę.

Nie zaszczyciłem go nawet spojrzeniem.

– Mówiłem, żebyś nie próbował go brać na tej prostej – odezwał się ktoś z boku.

– Zamknij się – warknął.

Parsknąłem cicho. Zobaczyłem, że Luca pospiesznie zmierza w moją stronę.

– Pięknie – powiedział, zatrzymując się obok mnie. W jego głosie była ta sama satysfakcja, którą sam czułem kilka sekund wcześniej. – Kurwa, pięknie.

Zachowałem niewzruszony wyraz twarzy.

– Mówiłem, że wygram.

Uśmiechnął się szerzej, sięgając do kieszeni kurtki.