Preppy. Życie i śmierć Samuela Clearwatera 3 - T.M. Frazier - ebook + audiobook

Preppy. Życie i śmierć Samuela Clearwatera 3 ebook i audiobook

T. M. Frazier

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Życie Preppy’ego po raz kolejny zostaje wystawione na ciężką próbę. Kiedy jego ukochana Dre znika w tajemniczych okolicznościach, mężczyzna robi wszystko, by ją odnaleźć i zapewnić kobiecie bezpieczeństwo. Wraz z Kingiem i Bearem rozpoczyna pościg za nieznanymi sprawcami, próbując za wszelką cenę ustalić, kim są i gdzie się ukrywają.

Tymczasem nierozwiązane wcześniej sprawy wciąż nie dają o sobie zapomnieć. Preppy musi zmierzyć się zarówno z napastnikami zagrażającymi jego rodzinie, jak i z demonami przeszłości zmuszającymi go do ponownego przemyślenia relacji z osobami, które dotąd uważał za najbliższych przyjaciół.

„Preppy” to seria erotyczna opowiadająca nie tylko o traumie i bolesnych wspomnieniach, ale również o nadziei na lepszą przyszłość. Pomysłowość i oryginalność T.M. Frazier sprawiają, że nie sposób się oderwać od tej przejmującej historii!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 238

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 3 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kaja Blasz & Bruno Żywioł

Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
milavvc

Nie oderwiesz się od lektury

Kocham
00
rudaMi85

Nie oderwiesz się od lektury

świetna
00



Okładka przed­sta­wia mocno umię­śnio­nego męż­czy­znę bez ko­szulki na czar­nym tle. Męż­czy­zna ma na so­bie ciemne je­ansy z pa­skiem, a dło­nie trzyma czę­ściowo w kie­sze­niach.
T.M. Fra­zier; Preppy. Ży­cie i śmierć Sa­mu­ela Cle­ar­wa­tera. Część 3; Prze­kład Syl­wia Choj­na­cka; Ri­sky Ro­mance; 2026

Frag­ment

Ty­tuł: Preppy. Ży­cie i śmierć Sa­mu­ela Cle­ar­wa­tera. Część 3

Ty­tuł ory­gi­nału: Preppy. The Life & De­ath of Sa­muel Cle­ar­wa­ter. Part Three

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Syl­wia Choj­na­cka

Co­py­ri­ght © T.M. Fra­zier, 2026

This edi­tion: © Ri­sky Ro­mance/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Da­mian Nie­wczyń­ski

Re­dak­cja: Ju­styna Yiği­tler

Ko­rekta: Jo­anna Ar­ma­tow­ska

ISBN 978-91-8153-422-1

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Ri­sky Ro­mance / Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

Dla mo­ich czy­tel­ni­czek

Ru­bieże, które dzielą ży­cie od śmierci, są co naj­mniej mroczne i nie­okre­ślone.

Któż może po­wie­dzieć, gdzie pierw­sze się koń­czy, a dru­gie za­czyna?

– Ed­gar Al­lan Poe

Przed­wcze­sny po­grzeb

(tłum. Bo­le­sław Le­śmian)

PRO­LOG

Dre

CZA­SAMI W CZŁO­WIEKU TKWI ZŁO, które kryje się gdzieś głę­boko w du­szy i zmu­sza go do ro­bie­nia pod­łych rze­czy, a to wszystko przez de­mony szep­cące mu do ucha.

Zło może być su­biek­tywne. A przy­naj­mniej tego się na­uczy­łam, gdy by­łam z Prep­pym.

Nie wszyst­kie złe uczynki są so­bie równe. Nie wszy­scy lu­dzie, któ­rzy mają w so­bie te de­mony, je wy­pusz­czają. Są lu­dzie tacy jak Preppy, Bear i King, któ­rzy po­sta­no­wili ja­koś ukie­run­ko­wać tę po­trzebę, po­dzie­lili ją na czę­ści i ko­rzy­stają z nich tylko wtedy, gdy tego po­trze­bują.

Kiedy coś im grozi.

Preppy jest zdolny i do okru­cień­stwa, i do mi­ło­sier­dzia, po­trafi ko­goś za­bić, ale też ura­to­wać. Był ofiarą, zło­czyńcą i bo­ha­te­rem. I wy­daje mi się, że on nie ro­zu­mie pew­nej rze­czy – tego, że dzięki temu ma w so­bie siłę, o któ­rej inni nie mogą na­wet po­ma­rzyć. Przez całe swoje ży­cie kro­czył po cien­kiej li­nii od­dzie­la­ją­cej niebo i pie­kło, grzesz­nika i świę­tego, nie­skoń­czoną mi­łość i za­twar­działą nie­na­wiść.

A po­tem umarł.

I cho­ciaż jego śmierć nie była do­słowna, to jed­nak zna­lazł się w praw­dzi­wym pie­kle.

Preppy miał prawo ży­wić tak silną urazę, że mógłby się z niej nie otrzą­snąć. Mógł po­zwo­lić, by dia­beł zmie­nił go w czło­wieka, który od­po­wiada de­mo­nom bez za­sta­no­wie­nia.

Nie chcę przez to po­wie­dzieć, że Preppy zo­stał ujarz­miony – to ostat­nie słowo, ja­kiego bym użyła, by go opi­sać. On jest na to zbyt dziki. Zbyt nie­prze­wi­dy­walny.

Jest po pro­stu sobą.

Ujarz­mie­nie Preppy’ego by­łoby jak próba zła­pa­nia wia­tru na smycz.

Cho­ciaż wy­da­wał się ostat­nio spo­koj­niej­szy. Bar­dziej sku­piony i do­kładny. Je­śli przy­mknąć oko na uśmie­chy i żarty, to wi­działo się ko­goś, kto trzyma karty bli­sko piersi i do­sko­nale wie, jak je za­grać.

Tak jak te­raz.

Cały czas sły­sza­łam w gło­wie echa krzy­ków mo­jego syna, ale wie­dzia­łam, że Preppy po mnie przyj­dzie. Że za­gra te karty.

I wy­gra.

Mówi się, że pie­kło jest wy­bru­ko­wane do­brymi chę­ciami.

Nie­długo bę­dzie wy­bru­ko­wane krwią.

ROZ­DZIAŁ 1

Dre

WY­BU­DZI­ŁAM SIĘ GWAŁ­TOW­NIE i ude­rzy­łam głową o ścianę tego, w czym by­łam za­mknięta. Otwo­rzy­łam oczy, jed­nak uj­rza­łam tylko ciem­ność. Co ja­kiś czas pod­ska­ki­wa­łam i sły­sza­łam war­kot sil­nika – zro­zu­mia­łam, że znaj­duję się w ja­kimś po­jeź­dzie, ale nie na sie­dze­niu.

Tylko w ba­gaż­niku.

Ręce i nogi mia­łam zwią­zane, a kne­bel zo­stał za­wią­zany wo­kół mo­jej głowy tak mocno, że przez ma­te­riał nie mo­głam za­mknąć ust. Po­sta­no­wi­łam więc go za­gryźć.

Serce biło mi z pręd­ko­ścią mi­liona ki­lo­me­trów na mi­nutę. Czu­łam, że mam zimne palce. Za­krę­ciło mi się w gło­wie, a kiedy pró­bo­wa­łam prze­łknąć ślinę, od­kry­łam, że nie mogę tego zro­bić.

Tylko nie pa­ni­kuj.

Ode­tchnę­łam głę­boko i wy­obra­zi­łam so­bie Preppy’ego i Bo. Dzięki temu mo­głam się sku­pić i po­czu­łam przy­pływ de­ter­mi­na­cji, by wy­do­stać się z tego ba­gaż­nika i wró­cić do mo­jej ro­dziny.

Tylko jak to zro­bić? Ktoś w końcu otwo­rzy ba­gaż­nik, a będę wtedy go­towa.

Po­ma­ca­łam pal­cami i sto­pami wo­kół sie­bie, szu­ka­jąc cze­go­kol­wiek, co mo­głoby mi po­słu­żyć za broń, ale szybko ogar­nęło mnie roz­cza­ro­wa­nie, bo ni­czego nie zna­la­złam.

Prze­ra­żona i sfru­stro­wana za­czę­łam ude­rzać zwią­za­nymi nad­garst­kami w tę trumnę na kół­kach, ale za­mar­łam, gdy coś so­bie przy­po­mnia­łam.

– An­dreo, jak ten kot zna­lazł się w ba­gaż­niku? – za­py­tał tata.

– Nie mam po­ję­cia – od­par­łam nie­win­nie, wier­cąc się.

Tata na­ci­snął przy­cisk na bre­loku z klu­czami i ba­gaż­nik się otwo­rzył. Mr Wig­gles syk­nął i wy­sko­czył stam­tąd jak z ka­ta­pulty. Po­pa­trzył na mnie z ty­pową dla ko­tów po­gardą, a po­tem czmych­nął do domu, bez wąt­pie­nia z za­mia­rem zo­sta­wie­nia kłaczka na mo­jej po­duszce.

– Okej, ale wię­cej tego nie rób, do­brze?

– Obie­cuję, że nie zro­bię.

Będę mu­siała zna­leźć inne miej­sce, by ba­wić się w schron prze­ciw­bom­bowy. Ta­kie, które nie za­myka się au­to­ma­tycz­nie po za­trza­śnię­ciu.

– Świet­nie. – Tata po­ki­wał głową, wi­docz­nie za­do­wo­lony z mo­jej od­po­wie­dzi. Na­chy­lił się i de­li­kat­nie po­cią­gnął mnie za war­ko­czyki. – Bo nie wy­daje mi się, żeby me­cha­nizm awa­ryj­nego otwie­ra­nia zo­stał opra­co­wany z my­ślą o ko­tach.

Kiedy tylko przy­po­mnia­łam so­bie słowa taty, za­czę­łam ma­cać ba­gaż­nik pal­cami, a z każdą chwilą co­raz bar­dziej fru­stro­wały mnie zwią­zane ręce.

Nie wie­dzia­łam, do­kąd mnie wiozą, ale by­łam pewna, że mam ogra­ni­czony czas i je­śli te­raz nie za­dzia­łam, to ten psy­chol, który był na tyle głupi, by mnie po­rwać, do­pro­wa­dzi swój plan do końca.

Preppy na pewno znaj­dzie tego pa­lanta i zrobi wszystko, by za to za­pła­cił. Ta myśl na­pę­dzała mnie, gdy kon­ty­nu­owa­łam szu­ka­nie. Co­raz bar­dziej się iry­to­wa­łam. Prze­wró­ci­łam się na brzuch i we­pchnę­łam palce w szparę na dnie ba­gaż­nika tak głę­boko, jak się dało. Wes­tchnę­łam z ulgą, kiedy do­tknę­łam cze­goś pla­sti­ko­wego. Stęk­nę­łam, co­raz głę­biej i głę­biej wci­ska­jąc tam palce, aż w końcu za­ha­czy­łam pal­cami o pę­telkę.

Te­raz albo ni­gdy.

Ma­jąc zwią­zane nogi i ręce, będę mu­siała wy­to­czyć się z ba­gaż­nika. Moż­liwe, że ude­rzę w sa­mo­chód ja­dący z tyłu lub umrę w wy­niku zde­rze­nia z zie­mią. Ode­pchnę­łam od sie­bie tę myśl jak naj­da­lej i sku­pi­łam się na dwójce lu­dzi, któ­rzy li­czyli się dla mnie naj­bar­dziej na świe­cie.

Po­cią­gnę­łam za pę­telkę z ca­łej siły.

Na po­czątku nic się nie wy­da­rzyło, ale kiedy po­cią­gnę­łam drugi raz, szar­piąc za uchwyt, aż nie­mal pę­kła mi w szyi ja­kaś żyłka, w końcu dach nade mną się pod­niósł. Do środka wle­ciał cie­pły wiatr, który owiał mi twarz. Duszne nocne po­wie­trze na­tych­miast przy­le­piło się do mo­jej skóry.

Nie mia­łam czasu, by li­czyć do dzie­się­ciu czy my­śleć o kon­se­kwen­cjach. Otwarty ba­gaż­nik na pewno zo­sta­nie za­uwa­żony.

I mia­łam ra­cję.

Sa­mo­chód za­trzy­mał się z pi­skiem opon, kiedy już znaj­do­wa­łam się na kra­wę­dzi mię­dzy ba­gaż­ni­kiem a zde­rza­kiem. Wy­le­cia­łam w po­wie­trze i prze­to­czy­łam się kilka razy. Skóra na mo­ich rę­kach i ko­la­nach za­pło­nęła ży­wym ogniem w kon­tak­cie z szorst­kim as­fal­tem, po któ­rym się prze­tur­la­łam.

Kiedy w końcu się za­trzy­ma­łam, przed oczami za­ma­ja­czyły mi roz­ma­zane świa­tła ha­mo­wa­nia. Usły­sza­łam dźwięk otwie­ra­nych drzwi sa­mo­chodu, a po­tem kroki na dro­dze, które zbli­żały się co­raz bar­dziej i bar­dziej.

***

Preppy

Wła­śnie sta­łem przy ogni­sku i spo­koj­nie roz­ma­wia­łem z Kin­giem i Be­arem o przy­szło­ści ope­ra­cji Bab­cina Zie­lar­nia, gdy na­gle Bo zja­wił się za mną i po­cią­gnął mnie za szelki.

– Hej, młody – za­czą­łem, ale wtedy uj­rza­łem łzy na jego po­licz­kach. Przy­klęk­ną­łem, że­by­śmy zna­leźli się twa­rzą w twarz, i od­sta­wi­łem piwo na trawę. Bo nie mó­wił, ale ni­gdy nie mia­łem pro­blemu ze zro­zu­mie­niem go. Pró­bo­wał mi prze­ka­zać, że stało się coś bar­dzo złego. – Cho­dzi o ma­mu­się? – za­py­ta­łem, czu­jąc, że moje serce przy­spie­sza.

Bo po­ki­wał głową i zła­pał mnie za rękę, po czym po­cią­gnął w stronę domu. Tam za­sta­łem roz­trza­skaną na pod­ło­dze bu­telkę wina. Czer­wony płyn wsiąkł w każda szparę i za­głę­bie­nie, po kuchni roz­prze­strze­niły się ka­nały czer­wieni.

– Co tu się, do chuja, stało? – za­py­tał King. Do­piero te­raz za­uwa­ża­łem, że przy­ja­ciele po­szli za mną.

– Nie wiem, ale mu­simy, kurwa, iść – od­par­łem. Od­wró­ci­łem się jesz­cze do Bo. – Wi­dzia­łeś, kto ją za­brał? – Za­py­ta­łem tak spo­koj­nie, jak tylko się dało, bo nie chcia­łem go jesz­cze bar­dziej wy­stra­szyć. Bo po­krę­cił głową i po­tarł dłońmi twarz i głowę. – Miał ma­skę? – za­py­ta­łem.

Bo po­ki­wał głową. Strach ści­snął mnie w żo­łądku.

– Ilu ich było? – za­py­ta­łem.

Bo uniósł je­den pa­lec.

– Wiesz, czy to była ko­bieta czy męż­czy­zna?

Chło­piec zła­pał się za kro­cze.

– Wi­dzia­łeś, do­kąd się udali? – za­py­ta­łem.

Po­krę­cił głową i za­czął bie­gać w miej­scu.

– W po­rządku – po­wie­dzia­łem i przy­tu­li­łem go. – To do­brze, że ucie­kłeś.

Pu­ści­łem Bo i wy­bie­głem z domu. Po­ko­na­łem po­dwórko, na któ­rym wciąż krę­ciła się im­preza. Bie­głem tak, jakby moje ży­cie od tego za­le­żało. Wpa­dłem do stu­dia ta­tu­ażu Kinga i zdją­łem ze ściany ob­raz, pod któ­rym krył się sejf. Ręce mi drżały, kiedy wpi­sy­wa­łem kod, ale na szczę­ście udało mi się to zro­bić za pierw­szym ra­zem. Rzu­ci­łem broń i amu­ni­cję Kin­gowi i Be­arowi, któ­rzy w re­kor­do­wym cza­sie uzbro­ili się pi­sto­le­tami i no­żami.

– Co się dzieje? – Ktoś za­py­tał. Od­wró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem ojca Dre sto­ją­cego w przej­ściu. – Co to wszystko ma zna­czyć?

– To nic ta­kiego, póź­niej wy­ja­śnię – wark­ną­łem przez za­ci­śnięte zęby.

– Synu, nie je­stem głupi – oznaj­mił, za­kła­da­jąc ręce na piersi w ty­powo oj­cow­skim ge­ście, który prze­ra­ziłby mnie, gdy­bym był inną osobą, i gdyby on był inną osobą.

– Wiem o tym – po­wie­dzia­łem. – Ale nie ma czasu. Ktoś po­rwał Dre. Tylko tyle wiemy. I mu­simy je­chać. Jak naj­szyb­ciej.

– Mu­simy… Mu­simy za­wia­do­mić po­li­cję… – za­czął.

– Z ca­łym sza­cun­kiem – prze­rwał mu Bear – ale nie ma mowy. – Dzięki jego po­łu­dnio­wemu ak­cen­towi każde słowo brzmiało na prze­cią­gnięte, jakby się nim ba­wił. – Tu­taj sami zaj­mu­jemy się ta­kimi rze­czami. Znaj­duje się pan te­raz na „dzi­kim Po­łu­dniu”.

King wło­żył pi­sto­let za pa­sek od spodni i się­gnął po ko­lejny.

– Spro­wa­dzimy ją – po­wie­dział sta­now­czo.

Wraz z przy­ja­ciółmi mi­ną­łem ojca Dre.

– Nie wiem, co Dre o mnie panu po­wie­działa… – rzu­ci­łem przez ra­mię, zmie­rza­jąc przez po­dwórko w stronę pod­jazdu, bo oj­ciec Dre za mną po­dą­żał.

– Po­wie­działa wy­star­cza­jąco dużo, synu, i nie prze­szka­dza mi to. Na­prawdę nie mam nic prze­ciwko temu – przy­znał i za­milkł na chwilę. – Po pro­stu… spro­wadź na­szą Dre. Przy­pro­wadź ją do mnie. Za wszelką cenę.

– Masz, weź to – oznaj­miła Thia, która na­gle po­ja­wiła się z dziec­kiem w ra­mio­nach i Ray u boku. Się­gnęła do torby na pie­lu­chy i rzu­ciła Be­arowi dwa pi­sto­lety z ró­żo­wymi kol­bami. – Są na­ła­do­wane – po­wie­działa.

Bear po­ca­ło­wał ją i dziecko w czoła, a po­tem pod­biegł do swo­jego mo­to­cy­kla i scho­wał broń do torby przy sie­dze­niu.

– Klu­czyki – za­wo­ła­łem do Ray, a ona rzu­ciła mi je bez wa­ha­nia.

– Przy­pil­nuję Bo – po­wie­działa ze smut­nym uśmie­chem.

King i ja wsko­czy­li­śmy do fur­go­netki Ray i w tej sa­mej chwili roz­legł się war­kot sil­nika Be­ara. Ru­szy­li­śmy. Ja pro­wa­dzi­łem, a King roz­glą­dał się po oko­licy, szu­ka­jąc ja­kich­kol­wiek śla­dów, po któ­rych można by po­znać, gdzie za­brano Dre.

– Czy my w ogóle wiemy, do­kąd zmie­rzamy? – za­py­tał King.

– Nie, ale nie­za­leż­nie od tego, kto ją po­rwał, nie mogą być da­leko – oznaj­mi­łem.

Na końcu ulicy Bear zwol­nił i zrów­nał się z nami. Wska­zał w lewo i ru­szył w tamtą stronę. Skrę­ci­łem, da­jąc gaz do de­chy.

Tuż za za­krę­tem za­uwa­ży­li­śmy sa­mo­chód za­par­ko­wany po­środku drogi. Kiedy się zbli­ży­li­śmy, od­je­chał pę­dem, ale coś le­żą­cego na środku ulicy przy­cią­gnęło moją uwagę.

Nie, nie coś. Ktoś.

Da­łem po ha­mul­cach i szarp­ną­łem kie­row­nicą w lewo. Pró­bo­wa­łem za­trzy­mać fur­go­netkę na po­bo­czu. King prze­chy­lił się na mnie. Kiedy sa­mo­chód wpadł w po­ślizg, nie my­śla­łem o zgrzy­cie me­talu i huku. Sku­pia­łem się na bu­rzy czar­nych wło­sów i bla­dej skó­rze, które do­strze­głem na środku drogi.

I mo­dli­łem się, by nie było za późno.

ROZ­DZIAŁ 2

Preppy

– CÓŻ, PRZY­JA­CIELE – za­czą­łem, opie­ra­jąc się o ścianę w stu­diu Kinga. – To bę­dzie ta cie­kaw­sza część wie­czoru, bo spo­tka­li­śmy się, by prze­dys­ku­to­wać to, kto pró­buje zro­bić nas w chuja i jak go za­bić.

Wy­cią­gną­łem nóż zza pa­ska u spodni i za­czą­łem go czy­ścić szmatką, aż stał się nie­ska­zi­telny i mo­głem zo­ba­czyć w nim swoje od­bi­cie.

Dre le­żała nie­przy­tomna na gó­rze. Miała kilka za­dra­pań, ale nic so­bie nie zła­mała. Wszystko bę­dzie z nią w po­rządku.

Dzięki, kurwa, Bogu.

Bear sie­dział na stołku, któ­rego King uży­wał, gdy pra­co­wał nad ta­tu­ażami. Od­gar­nął z oczu nie­sforny ko­smyk wło­sów i złą­czył dło­nie, oparł­szy łok­cie na ko­la­nach i po­chy­liw­szy się.

– Za­wsze twier­dzi­łem, że naj­lep­szym spo­so­bem na wy­eli­mi­no­wa­nie nie­zna­nego za­gro­że­nia jest za­czę­cie od osób, które się zna – po­wie­dział po­waż­nym gło­sem groź­nego mo­to­cy­kli­sty, któ­rego uży­wał za­wsze, gdy wszystko tra­fiał szlag i prze­ma­wiał do swo­ich braci.

– Zróbmy więc li­stę – za­su­ge­ro­wał King. Jego po­tężna syl­we­tka w ca­ło­ści zaj­mo­wała skó­rzaną sofę. Ko­lana miał sze­roko roz­sta­wione. – Wy­mieńmy każ­dego, kto miałby choć mały po­wód, by skrzyw­dzić nas lub na­sze ro­dziny.

– I co da­lej? – za­py­ta­łem. Wciąż pul­so­wało mi w gło­wie.

Zła­pa­łem pal­cami za grzbiet nosa.

Bear wzru­szył ra­mio­nami.

– Po­tem za­bi­jemy wszyst­kich, któ­rzy mają z tym zwią­zek.

– Zga­dzam się – po­wie­dział King i za­ło­żył ra­miona na piersi. – Trzeba po­zbyć się wszyst­kiego, co nam za­graża, nie­za­leż­nie od po­wodu. Ist­nieje więc szansa, że usu­niemy też tego, który pró­bo­wał do­paść Dre.

– W pro­ce­sie eli­mi­na­cji – oznaj­mi­łem, roz­wa­ża­jąc ten po­mysł. Z każdą chwilą po­do­bał mi się co­raz bar­dziej. – Cho­ciaż wy­daje mi się, że taki pro­ces za­zwy­czaj nie za­kłada ma­so­wego mor­do­wa­nia.

Bear prych­nął.

– Nie mam po­ję­cia, kto mógłby mieć na pieńku z Dre. To na pewno ma zwią­zek ze mną.

– A co z tym dru­gim fa­ce­tem, z któ­rym była Dre, gdy ją po­zna­łeś? – za­py­tał King. – Z tym, któ­rego nie za­bi­łeś.

– Eric – pod­su­ną­łem. Nie po­do­bało mi się to, jak jego imię brzmiało wy­mó­wione na głos. – Wy­śle­dzi­łem go, jesz­cze za­nim Dre wy­je­chała po raz pierw­szy, ale się spóź­ni­łem. Skur­wiel już nie żył.

– To do­brze – stwier­dził King. – Więc on od­pada. Kto jesz­cze?

Bear od­chrząk­nął.

– W końcu udało nam się na­mie­rzyć ko­ro­nera, który pod­pi­sał twój akt zgonu, ale on na pewno nie mógł być opła­cany przez Chopa. Poza tym ta pizda ucie­kła tuż po tym, jak wieść o twoim po­wro­cie za­częła roz­cho­dzić się po mie­ście. My­ślał, że może przed nami uciec, ale się my­lił. Smoke zna­lazł go na osie­dlu w Fort Ro­ming, trzy­dzie­ści mi­nut drogi stąd.

– Czyli znaj­do­wał się na tyle bli­sko, że można uznać go za po­dej­rza­nego w spra­wie wczo­raj­szego po­rwa­nia – za­uwa­ży­łem.

King prych­nął i strze­lił knyk­ciami.

– Skur­wiel po­wi­nien był uciec jesz­cze da­lej.

Po­ki­wa­łem głową.

– Jest na na­szej li­ście.

– Fa­cet z domu po­grze­bo­wego, który po­wie­dział nam, że trumna nie mo­gła być otwarta z po­wodu ja­kie­goś pro­blemu wy­ni­kłego w trak­cie bal­sa­mo­wa­nia, zo­stał za­ła­twiony przez Jake’a Dunna – po­in­for­mo­wał mnie King, ba­wiąc się sprzącz­kami skó­rza­nych pa­sków owi­nię­tych wo­kół jego przed­ra­mie­nia.

– Dzięki, kurwa, Bogu za tego sza­lo­nego skur­wiela – po­wie­dzia­łem i wzią­łem łyk whi­skey z bu­telki. Wy­tar­łem usta wierz­chem dłoni.

– Kto jesz­cze? – za­py­tał Bear. – A co z mamą Bo?

– Dre jest jego mamą – po­pra­wi­łem ostrzej, niż za­mie­rza­łem.

– Wiesz, co mam na my­śli, Prep. Mó­wię o jego bio­lo­gicz­nej matce. Tej suce, która wy­dała go na świat – wy­ja­śnił Bear.

– Nie żyje.

– To twoja za­sługa? – za­py­tał King.

Po­krę­ci­łem głową.

– Nie. Cho­ciaż może, po­śred­nio. Gdy pod­pi­sała pa­piery ad­op­cyjne, da­łem jej tyle hery, że mu­sia­łaby mieć to­le­ran­cję na dragi jak Ro­bert Do­wney Jr. z ery przed Iron Ma­nem, by to prze­żyła. Ale oka­zało się, że wku­rzyła ja­kie­goś swo­jego de­alera, bo skur­wiel wbił jej sie­kierę w głowę.

– Auć – za­re­ago­wał Bear, uśmie­cha­jąc się przy tym.

– Tak, a ja my­śla­łem, że mi głowa pęka – od­par­łem ze śmie­chem. – A jak sto­imy w kwe­stii szpi­tala?

– Ten szpi­tal to ja­kiś je­bany bur­del na kół­kach – prych­nął King. – Wielu le­ka­rzy zaj­muje się jed­nym przy­pad­kiem. Le­karz, który wtedy był na ostrym dy­żu­rze, ja­kiś czas temu zmarł na za­wał. Po­tem do­wie­dzie­li­śmy się, że osoba, która in­for­muje ro­dzinę o śmierci, nie­ko­niecz­nie zaj­muje się pa­cjen­tem. W szpi­talu jest za mało pra­cow­ni­ków, a ci, któ­rzy są, pra­cują wię­cej niż po­winni, więc biorą do pa­cjenta tego, kto ak­tu­al­nie jest do­stępny. Szu­ka­nie tam in­for­ma­cji to ja­kaś, kurwa, tra­ge­dia. Do­ku­men­ta­cja do­ni­kąd nie pro­wa­dzi.

– Je­den z mo­ich lu­dzi bzyka się w sze­fową pie­lę­gnia­rek z noc­nej zmiany – ode­zwał się Bear. – Zo­ba­czy, co jesz­cze da się zro­bić.

Za­pa­li­łem szluga.

– Jest jesz­cze ten le­karz z piz­do­wa­tym ta­tu­ażem uśmiech­nię­tej buźki na ręce. Dok­tor Reid. Je­stem pe­wien, że on był ja­koś po­wią­zany z Cho­pem. Moż­liwe, że pró­bo­wał do­trzeć do mnie po­przez Dre, by za­tu­szo­wać wszystko, co zro­bił. Żeby spró­bo­wać, mu­siałby mieć jaja wiel­ko­ści opon, ale to moż­liwe. Od mie­sięcy pró­bu­jemy go na­mie­rzyć i jak na ra­zie bez skutku. Zre­zy­gno­wał z pracy w szpi­talu i znik­nął, ale go znaj­dziemy. Kie­dyś bę­dzie mu­siał się wy­chy­lić. Za­wsze tak jest – po­wie­dzia­łem.

– Nie wiem, kto jesz­cze może być w to za­mie­szany. Dla­tego sto­imy w miej­scu. – King za­pa­lił skręta. – Nie do­trzemy do wszyst­kich, któ­rzy w tym sie­dzą, chyba że sprząt­niemy cały szpi­tal – za­żar­to­wał i po­dał jo­inta Be­arowi.

– Cóż, może jed­nak… – za­czą­łem, ale Bear prze­rwał mi, za­nim zdą­ży­łem do­koń­czyć.

– Nie, Preppy, to nie wcho­dzi w ra­chubę. Wes­tchną­łem.

– Wiem, ale zro­zum, że to mnie za­drę­cza. Oczy­wi­ście je­stem świa­domy, że to zaj­mie tro­chę czasu, ale ko­niec koń­ców za­dbamy o to, by wszy­scy od­po­wie­dzialni za to za­pła­cili. – Za­mil­kłem i wbi­łem spoj­rze­nie w swoje dło­nie. – Ale z dru­giej strony na myśl, że ktoś jesz­cze z tego szpi­tala może pró­bo­wać znowu po­rwać Dre, mam ochotę za­dzwo­nić do tej psy­cho­patki Rage i po­zwo­lić jej wy­sa­dzić to miej­sce w po­wie­trze.

– Może niech to bę­dzie nasz plan B – pod­su­nął King.

– Do­bra – od­par­łem, po­cie­ra­jąc obo­lałe ra­mię i po­ru­sza­jąc głową, by roz­luź­nić szyję.

– Wszystko w po­rządku, Prep? – za­py­tał King. Z wy­padku uszedł tylko z za­dra­pa­niem pod le­wym okiem.

– Tak, ale nie wszy­scy po zde­rze­niu mieli oka­zję wy­lą­do­wać na kie­rowcy – przy­po­mnia­łem mu. – Co jesz­cze mamy?

– Nie­wiele, skoro nie ma już Chopa, Isa­aca i Elia – rzu­cił King i wy­mie­nił spoj­rze­nie z Be­arem.

– Co jest? – za­py­ta­łem. – Czego mi nie mó­wi­cie?

Bear od­chrząk­nął.

– A co z Ke­vi­nem?

– Co z nim? – wark­ną­łem.

King wzru­szył ra­mio­nami.

– Nie­mal ni­czego o nim nie wiemy. Fa­cet zja­wia się i oznaj­mia, że jest twoim bra­tem. – Upił łyk piwa. – Nie twier­dzę, że jest w to wszystko za­mie­szany tylko dla­tego, że jest twoim bra­tem, o ile na­prawdę nim jest, i przez to chciałby do­paść cie­bie i Dre. Ale roz­wa­żamy różne opcje, ra­cja? I ten dzie­ciak może być jedną z nich.

– Co o nim wiemy? – za­py­tał Bear.

Ści­sną­łem pal­cami grzbiet nosa.

– Tak na­prawdę nie­wiele z nim roz­ma­wia­łem. Ostat­nio by­łem zbyt za­jęty prze­ży­wa­niem tego, że Dre ode­szła, a na­stęp­nie wró­ciła do domu. Po­tem sta­ra­li­śmy się od­na­leźć Bo i za­pew­nić mu bez­pie­czeń­stwo. Za­mie­ni­łem z Ke­vi­nem za­le­d­wie kilka słów, nie mia­łem dla niego czasu. Na wczo­raj­szej im­pre­zie wi­dzia­łem go pierw­szy raz od mie­sięcy. – Ogar­nęło mnie dziwne po­czu­cie winy. – Już dawno po­wi­nie­nem był z nim po­roz­ma­wiać.

– To co z tym ro­bimy? – za­py­tał King.

– Zo­staw­cie Ke­vina mnie – po­wie­dzia­łem.

Bear wy­pro­sto­wał się.

– Jak za­mie­rzasz to zro­bić? Chcesz go za­bić?

– Nie – od­par­łem.

King i Bear po­słali mi dziwne spoj­rze­nia, które wy­glą­dały tak, jakby po czę­ści mi współ­czuli, a po czę­ści chcieli po­wie­dzieć: „On musi znik­nąć”.

Spoj­rza­łem na przy­ja­ciół.

– A przy­naj­mniej na ra­zie nie.

ROZ­DZIAŁ 3

Dre

PISK HA­MUL­CÓW na­ra­stał w mo­ich uszach co­raz bar­dziej, a za­raz po­tem gło­śne szu­ra­nie prze­cięło ci­chą noc. Po­wie­trze wy­peł­nił za­pach pa­lo­nej gumy.

Udało mi się pod­nieść głowę na tyle, by zo­ba­czyć, że roz­pę­dzona fur­go­netka wy­la­tuje w po­wie­trze i prze­wraca się na bok od strony kie­rowcy. Me­tal za­szu­rał o as­falt z gło­śnym zgrzy­tem. Spod sa­mo­chodu wy­do­były się po­ma­rań­czowe iskry.

Su­nął pro­sto na mnie.

***

Otwo­rzy­łam oczy. Czu­łam zdez­o­rien­to­wa­nie, bo do­tarło do mnie, że znaj­duję się w tym sa­mym po­koju, w któ­rym kie­dyś od­kry­łam, że Preppy żyje. Zo­ba­czy­łam te same ró­żowe ściany. Ten sam ze­gar z mo­ty­wem Bar­bie. Oczy­wi­ście wie­dzia­łam, że te­raz to był po­kój Max.

Od­su­nę­łam koł­drę na bok i za­uwa­ży­łam, że mam na so­bie tylko za dużą ko­szulę i majtki.

Dla­czego tu je­stem?

Wy­tę­ży­łam umysł, pró­bu­jąc od­gad­nąć, dla­czego je­stem w po­koju córki Kinga i Ray, ale mia­łam pustkę w gło­wie. Chcia­łam prze­cią­gnąć ra­miona nad głową, jed­nak mi nie wy­szło. Po­wstrzy­mał mnie ból.

Ma­te­riał ko­szuli otarł się o moją nogę i syk­nę­łam. Unio­słam rą­bek i za­uwa­ży­łam, że więk­szość uda aż po po­śla­dek mam ob­wią­zane ban­da­żem.

Na­gle za­lała mnie fala wspo­mnień z po­przed­niego wie­czora. Po­kój za­czął wi­ro­wać. Po­czu­łam w ustach kwa­śny po­smak, któ­rego nie po­tra­fi­łam prze­łknąć.

Nie bez po­wodu mój sen wy­da­wał się taki re­ali­styczny. Bo tak na­prawę nie był snem.

Wtedy przy­po­mnia­łam so­bie wszystko – fur­go­netkę, kie­rowcę. Po­czu­łam ucisk w piersi na myśl, że mo­głam go stra­cić.

Znowu.

– Nie­eeee! Preppy! Nie­eeee! – krzyk­nę­łam, czu­jąc, jak serce mi pęka na samą myśl o tym, co się mo­gło wy­da­rzyć.

Ze­rwa­łam się na równe nogi i rzu­ci­łam w stronę drzwi. Otwo­rzyły się, za­nim w ogóle prze­krę­ci­łam klamkę. I uj­rza­łam naj­pięk­niej­szy wi­dok w ży­ciu: męż­czy­znę, któ­rego oba­wia­łam się już ni­gdy wię­cej nie zo­ba­czyć.

Ogar­nęła mnie nie­wy­mowna ulga, ale wciąż czu­łam pa­nikę, gdy mie­rzy­łam Preppy’ego wzro­kiem od stóp do głów. Nie miał na so­bie ko­szuli, a na ra­mie­niu i po le­wej stro­nie klatki pier­sio­wej do­strze­głam za­dra­pa­nia. Szelki wi­siały luźno przy jego bio­drach, włosy były zmierz­wione, a stopy bose. Oczy wy­glą­dały na prze­krwione i pod­krą­żone.

Wy­cią­gnę­łam rękę, spo­dzie­wa­jąc się, że przej­dzie przez niego jak przez zjawę. A po­tem po­czu­łam cie­pło jego dłoni, gdy zła­pał moją dłoń. Mocno za­mknę­łam oczy i wes­tchnę­łam.

– Szu­ka­łaś mnie, dok­torku? – za­py­tał Preppy.

I cho­ciaż w jego gło­sie sły­sza­łam nutkę hu­moru, jego oczy przy­sło­niło zmar­twie­nie, bo po raz trzeci, od­kąd otwo­rzył drzwi, zmie­rzył mnie spoj­rze­niem. Po­ru­szył su­ge­styw­nie brwiami, ale skrzy­wił się i wy­gła­dził pal­cem szwy na sied­mio­cen­ty­me­tro­wym roz­cię­ciu pod okiem.

Za­lała mnie ulga i ko­lana się pode mną ugięły. Preppy chwy­cił mnie za ra­miona, za­nim upa­dłam. Przy­ci­snął mnie mocno do swo­jej piersi. Po­czu­łam łzy pod po­wie­kami i sta­ra­łam się zna­leźć od­po­wied­nie słowa, by po­wie­dzieć mu, co czuję, ale nie by­łam w sta­nie. Bo w su­mie nie mia­łam po­ję­cia, co czuję. Wie­dzia­łam tylko, że za­wsze chcę być przy nim.

– Wszystko w po­rządku? – za­py­ta­łam za­nie­po­ko­jona. – A co z Bo? Gdzie on jest?

Preppy nieco się od­su­nął i uniósł mi głowę tak, że spoj­rza­łam w jego bursz­ty­nowe oczy.

– Ciii. Wszystko w po­rządku. Nic mi nie jest. Bo tak samo. Ray i Thia za­brały dzieci na plażę na cały dzień. Bear ka­zał swoim lu­dziom ich pil­no­wać, tak na wszelki wy­pa­dek.

Przy­ło­żył moją dłoń do swo­jej na­giej piersi, jakby chciał, że­bym w ten spo­sób upew­niła się, że on na­prawdę tu jest. A po­tem sam przy­ło­żył mi rękę do serca. Wtedy do­tarło do mnie, dla­czego Preppy jest pół­nagi – mia­łam na so­bie jego ko­szulę.

Nie pusz­cza­jąc mnie, zro­bił krok w moją stronę, więc we­szli­śmy głę­biej do po­koju. Za­mknął za nami drzwi.

Naj­wy­raź­niej nie tylko ja nie po­tra­fi­łam zna­leźć od­po­wied­nich słów, bo on też mil­czał. Sta­li­śmy tak przez kilka mi­nut, słu­cha­jąc bi­cia swo­ich serc.

– Jak się czu­jesz? – za­py­tał Preppy, pro­wa­dząc mnie do łóżka. Usia­dłam, kiedy po­czu­łam, że do­tknę­łam ma­te­raca ty­łem ko­lan. Preppy spoj­rzał na mnie z góry, szu­ka­jąc ob­ra­żeń. – Czy… ktoś cię skrzyw­dził? – wy­stę­kał.

– Nie. Nic złego mi się nie stało. Z tego, co wiem, ni­czego so­bie nie zła­ma­łam. Czuję się do­brze, je­stem tylko lekko obo­lała – od­par­łam. – Cho­ciaż to wcale nie jest przy­jemne – do­da­łam i unio­słam rą­bek ko­szuli Preppy’ego, a po­tem od­su­nę­łam ban­daż z uda, po­ka­zu­jąc mu okropną zie­jącą ranę pod spodem.

– Nie zdej­muj opa­trunku. Wkrótce się za­goi – po­wie­dział Preppy i przy­klęk­nął przede mną, kła­dąc ręce na mo­ich ko­la­nach.

– Udało ci się wy­do­stać z tej fur­go­netki – po­wie­dzia­łam. – Ży­jesz.

– Po­win­naś już wie­dzieć, że śmierć mnie nie za­trzyma, dok­torku – oznaj­mił Preppy z za­ro­zu­mia­łym uśmie­chem. Wzru­szył ra­mio­nami. – Poza tym King nie­mal zmiaż­dżył mnie swoim mon­stru­al­nym ciel­skiem, ale kiedy nami ob­ró­ciło, to ja wy­lą­do­wa­łem na nim. Po­wie­dzia­łem wtedy temu skur­wie­lowi, żeby od­sta­wił shaki pro­te­inowe, za­nim za­bije ko­goś swoim roz­mia­rem. Wy­świad­czam ludz­ko­ści przy­sługę.

Uśmiech­nę­łam się. Wciąż nie mo­głam uwie­rzyć, że oboje wy­szli­śmy nie­mal cało z sy­tu­acji, która mo­gła się skoń­czyć o wiele go­rzej. Na­wet śmier­cią.

Preppy wes­tchnął i za­czął ba­wić się rąb­kiem ko­szuli przy moim ko­la­nie.

– Tak na­prawdę nie mam te­raz ochoty o tym roz­ma­wiać. Chcę, że­byś od­po­częła, ale naj­pierw mu­szę cię o coś za­py­tać, dok­torku. Wi­dzia­łaś, kto to był?

Po­krę­ci­łam głową i spoj­rza­łam na ścianę, sku­pia­jąc się na ze­ga­rze z Kop­ciusz­kiem wi­szą­cym nad drzwiami pro­wa­dzą­cymi do ła­zienki. Li­czy­łam na to, że może coś roz­bu­dzi moją pa­mięć.

– A może wi­dzia­łaś sa­mo­chód? – na­ci­skał. – Wiesz, co to była za marka lub mo­del?

Po­now­nie po­krę­ci­łam głową.

– A ko­lor?

Za­mknę­łam oczy, pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć, ale to było na nic.

– Znaj­do­wa­łam się… w ba­gaż­niku. Po­cią­gnę­łam za za­wleczkę awa­ryj­nego otwie­ra­nia.

Preppy skrzy­wił się, ale po chwili uśmiech­nął.

– To… to do­brze, dok­torku. Wy­ka­za­łaś się spry­tem. Poza tym za­wleczki awa­ryj­nego otwie­ra­nia za­częto umiesz­czać w sa­mo­cho­dach na po­czątku dwu­dzie­stego pierw­szego wieku, więc to jest ja­kiś po­czą­tek. Coś jesz­cze?

Za­sta­no­wi­łam się.

– Sa­mo­chód za­trzy­mał się, bo kie­rowca za­uwa­żył, że ba­gaż­nik się otwo­rzył. Ru­szył w moją stronę. Sły­sza­łam go, ale chyba świa­tła wa­szego wozu go od­stra­szyły. Po­tem pa­mię­tam tylko to, że wa­sza fur­go­netka wpa­dła w po­ślizg i za­trzy­mała się parę cen­ty­me­trów ode mnie. Nie wiem, co wy­da­rzyło się da­lej. Na­wet nie wiem, jak się tu do­sta­łam.

– Ze­mdla­łaś. W wy­niku szoku – oznaj­mił Preppy. – Za­bra­li­śmy cię do domu.

– Nie je­steś ranny? – za­py­ta­łam, wska­zu­jąc na roz­cię­cia na jego klatce pier­sio­wej, z któ­rych wciąż są­czyła się krew.

Preppy po­krę­cił głową.

– Zra­ni­łaby mnie tylko utrata cie­bie.

– Mnie rów­nież – od­par­łam, czu­jąc, że znowu zbiera mi się na płacz. Po­czu­łam swę­dze­nie na szyi i już chcia­łam się tam po­dra­pać, ale wy­czu­łam pod pal­cami ja­kiś opa­tru­nek – Co to jest? – za­py­ta­łam, dra­piąc się po ga­zie.

– Prze­stań – na­ka­zał Preppy i de­li­kat­nie zła­pał mnie za nad­gar­stek, po czym przy­ci­snął usta do mo­ich knykci. – To tylko roz­cię­cie. Trzeba było za­ło­żyć parę szwów, i to wszystko. Le­piej ich nie ro­ze­rwij. Szwy są ogrom­nym utra­pie­niem, gdy jest się przy­tom­nym. – Po­ło­żył moją rękę na łóżku i splótł na­sze palce. Do­piero wtedy roz­luź­ni­łam się, prze­sta­łam na­pi­nać ra­miona i opu­ści­łam gardę.

– My­śla­łem, że cię stra­ci­łem. – Preppy gła­skał mnie po ra­mie­niu, mu­ska­jąc moją skórę w górę i w dół. Za­śmiał się, ale bez cie­nia hu­moru. – Znowu.

– Nieee. Tak ła­two się mnie nie po­zbę­dziesz – od­par­łam, na­chy­la­jąc się w jego stronę. – Jak my­ślisz, kto mógł to zro­bić? – za­py­ta­łam.

– Chcia­łem za­py­tać cię o to samo. Roz­ma­wia­łem z Kin­giem i Be­arem i wy­daje nam się, że to może być po­wią­zane z klu­bem. Bear stara się do­wie­dzieć, kto mógł współ­pra­co­wać z Cho­pem i po­móc mu za­tu­szo­wać to, że prze­ży­łem. Prze­świe­tlamy pra­cow­ni­ków kost­nicy, ko­ro­ne­rów, le­ka­rzy, pie­lę­gniarki. Na­wet pra­cow­ni­ków domu po­grze­bo­wego.

– Więc są­dzi­cie, że mógł mnie po­rwać ktoś, kto uważa, że Bear jest o krok od od­kry­cia prawdy? – za­py­ta­łam.

– Może, ale to na­dal nie tłu­ma­czy, dla­czego przy­szli po cie­bie, a nie po mnie. Mamy też drugą teo­rię: wy­daje nam się, że to może być ktoś, komu nie po­doba się, że żyję i znowu od­dy­cham, więc chce mnie do­paść po­przez cie­bie. Z dru­giej jed­nak strony je­stem za­je­bi­stą osobą, więc nie mam po­ję­cia, kto mógłby to być. Przy­glą­damy się wszyst­kim. Na­wet Ke­vi­nowi.

– Two­jemu bratu? – za­py­ta­łam.

– Bądźmy szcze­rzy, dok­torku. Tak na­prawdę zja­wił się zni­kąd i na­dal nie mam po­ję­cia, o co mu cho­dzi. Za­mie­rzam spę­dzić z nim tro­chę czasu. Po­znam jego prze­szłość – oznaj­mił Preppy. Zmarsz­czył brwi, a zmarszczki na jego czole się po­głę­biły. – Dre, po­słu­chaj. Tak cho­ler­nie mi przy­kro, że…

– Nie – prze­rwa­łam mu. – Prze­stań. Ja też mo­głam cię stra­cić. Nie chcę po­now­nie przez to prze­cho­dzić, ła­piesz? Nie mogę.

Preppy wstał i na­chy­lił się nade mną, więc mu­sia­łam po­ło­żyć się na ma­te­racu. Oparł ręce na łóżku po obu stro­nach mo­jego ciała.

– Ni­gdy bym cię nie zo­sta­wił – ode­zwał się. Wy­glą­dał, jakby był zły. – A ty ni­gdy nie zo­sta­wisz mnie. Czy to ja­sne?

– Tak – od­par­łam.

Po­wie­trze mię­dzy nami zgęst­niało. Wy­cią­gnę­łam rękę i pal­cem star­łam krew z za­dra­pa­nia na jego klatce pier­sio­wej. Kro­pla oka­zała się więk­sza, niż mi się z po­czątku wy­da­wało. Spły­nęła po mo­jej dłoni, ma­lu­jąc skórę czer­wie­nią.

Unio­słam głowę i zo­ba­czy­łam, że te­raz krew ze­brała się wo­kół jed­nego z twar­dych sut­ków Preppy’ego. Za­ci­snę­łam uda, igno­ru­jąc ból i na­pię­cie w no­gach. Po­sta­no­wi­łam sku­pić się na tym, jak noz­drza Preppy’ego dziko za­fa­lo­wały, kiedy spoj­rzał na krew na mo­jej dłoni.

Na­stęp­nie sku­pił wzrok na swo­jej klatce pier­sio­wej. Moje ciało za­pło­nęło i na­gle za­krę­ciło mi się w gło­wie. Dresz­cze prze­bie­gły mi po krę­go­słu­pie.

Wy­cią­gnę­łam rękę, by znowu go do­tknąć, a kiedy ją za­bra­łam, za­uwa­ży­łam, że drżę.

– Cho­lera – za­klął Preppy, gdy za­uwa­żył, że krew pły­nie wol­nym stru­my­kiem. Po­tem prze­niósł wzrok na mnie. Żadne z nas nie ru­szyło się, by wy­trzeć krew, po pro­stu na sie­bie pa­trzy­li­śmy.

Zro­biło mi się su­cho w ustach.

Czego nie mo­głam po­wie­dzieć o majt­kach.

Preppy ode­tchnął głę­boko. Z jego gar­dła wy­do­był się po­mruk. Na ten dźwięk całe moje ciało za­częło drżeć ze znie­cier­pli­wie­nia. Preppy zła­pał w garść ko­szulę, którą mia­łam na so­bie, i ją ro­ze­rwał. Gu­ziki po­sy­pały się na łóżko i pod­łogę.

– To była twoja ko­szula – za­uwa­ży­łam, od­dy­cha­jąc ciężko. Za­czer­wie­ni­łam się.

Preppy prze­su­nął wzro­kiem po mo­ich od­sło­nię­tych pier­siach i twar­dych sut­kach. Moje ciało ożyło.

– Mam to, kurwa, gdzieś – od­parł. – Dla ta­kiego wi­doku roz­darł­bym każdą ko­szulę, którą mam. Każ­dego dnia cho­dził­bym pół­nagi, żeby uj­rzeć cię w ten spo­sób cho­ciaż przez se­kundę.

Preppy ode­rwał wzrok od mo­jego ciała i spoj­rzał mi w oczy.

Jedno ude­rze­nie serca. Dwa.

A po­tem wszystko po­to­czyło się szybko.

Wbił swoje usta w moje, kiedy tama wnie­siona z tro­ski o sie­bie na­wza­jem pę­kła i po­wie­trze za­lała fala czy­stego, nie­okieł­zna­nego po­żą­da­nia. Ochota i po­trzeba, by na­wza­jem po­czuć na so­bie swój do­tyk, była wy­czu­walna wszę­dzie, na­wet w od­de­chu. Na­sze ję­zyki sty­kały się i plą­tały. Zła­pa­łam w garść włosy Preppy’ego i przy­cią­gnę­łam go bli­żej sie­bie. Wciąż nie by­li­śmy wy­star­cza­jąco bli­sko.

I chyba ni­gdy nie bę­dziemy.

Preppy wsu­nął mi rękę pod bio­dra i uniósł je, by przy­ci­snąć mnie do swo­jej twar­dej mę­sko­ści. Jęk­nę­łam, czu­jąc żar przez ma­te­riał jego spodni. Zła­pał mnie pod po­ślad­kiem i owi­nął so­bie moją nogę w ta­lii.

Po­ru­sza­li­śmy się przy so­bie. Wi­li­śmy. Ję­cze­li­śmy, roz­pacz­li­wie chcie­li­śmy po­czuć co­kol­wiek, co nie jest prze­ra­że­niem czy ulgą.

Chcie­li­śmy po­czuć się żywi.

A nikt na świe­cie nie spra­wiał, że czu­łam się żywa, tak jak Preppy.

Wło­ży­łam rękę mię­dzy nas i roz­pię­łam mu spodnie. Na chwilę uniósł bio­dra, bym mo­gła mu je ścią­gnąć wraz z bok­ser­kami. Kop­nię­ciem po­zbył się ubrań, a na­stęp­nie po­ło­żył się znowu na mnie i wró­cił do tego, co ro­bił. Jego usta na­kryły moje. Jego fiut zna­lazł się tuż przy moim wej­ściu, a dzie­lił nas tylko ma­te­riał mo­ich maj­tek.

Preppy zo­sta­wił moje usta, by sku­pić się na twar­dych sut­kach – wziął je­den z nich do ust, pie­ścił go ję­zy­kiem, jed­no­cze­śnie wbi­ja­jąc mi palce w po­śla­dek. Wi­łam się pod nim i wie­dzia­łam, że jesz­cze chwila, a dojdę od sa­mego tar­cia jego fiuta przez majtki.

– Kurwa, po­trze­buję cię, dok­torku. Te­raz – za­żą­dał Preppy za­chryp­nię­tym i głę­bo­kim gło­sem.

Na­wet nie po­fa­ty­go­wał się, by ścią­gnąć mi bie­li­znę – nie było na to czasu. Nie mo­gli­śmy już wy­trzy­mać z po­żą­da­nia. Za­ha­czył pal­cami o mo­kry ma­te­riał mo­ich maj­tek i od­su­nął go na bok, po czym usta­wił swo­jego fiuta przy moim wej­ściu. Kiedy po­czu­łam go­rącą je­dwa­bi­stą skórę jego twar­dej mę­sko­ści w miej­scu, gdzie po­trze­bo­wa­łam go naj­bar­dziej, fala przy­jem­no­ści za­lała całe moje ciało.

Za­drża­łam.

– Tak. Te­raz. Po­trze­buję cię te­raz! – na­ka­za­łam, czu­jąc, że moje wnę­trze za­ci­ska się na pu­stce i roz­pacz­li­wie pra­gnie zo­stać wy­peł­nione.

Preppy zła­pał swo­jego fiuta w garść, a po­tem szybko zna­lazł się nade mną i na­sze usta po­now­nie się złą­czyły. Od­szu­kał swoim ję­zy­kiem mój i wtedy jego pe­nis wsu­nął się we mnie, roz­cią­ga­jąc mnie i wy­peł­nia­jąc w cu­do­wny spo­sób cen­ty­metr po cen­ty­me­trze, aż za­czę­łam nie­zro­zu­miale ję­czeć jego imię, po­ru­sza­jąc bio­drami, by jesz­cze le­piej przy­jąć jego po­tężny roz­miar. Każdy ruch mo­jego ciała roz­pa­lał we mnie ko­lejną iskrę.

Przy­jem­ność stała się tak wielka, że aż bo­lała. To był piękny ból i nie chcia­łam, by kie­dy­kol­wiek się skoń­czył.

– Kurwa – jęk­nął Preppy i ode­rwał ode mnie usta, by zo­ba­czyć, gdzie na­sze ciała się łą­czyły. Wy­su­wał się ze mnie odro­binę, by po chwili znowu wejść moc­niej i głę­biej. – Cho­lera, Dre. Jest mi tak do­brze. Za każ­dym, kurwa, ra­zem. – Znowu od­su­nął bio­dra i wsu­nął się we mnie, mam­ro­cząc przy tym prze­kleń­stwa pod no­sem. Po­wta­rzał ten po­su­wi­sty ruch, aż w końcu zna­lazł się we mnie w pełni. To cu­do­wne uczu­cie roz­cią­ga­nia spra­wiło, że moje ścianki za­ci­snęły się na jego mę­sko­ści. Oboje sap­nę­li­śmy.

Roz­cię­cie na jego piersi nie prze­stało krwa­wić, tylko że te­raz krew za­częła ka­pać z klatki pier­sio­wej na mój brzuch. Tar­cie na­szych ciało o sie­bie spo­wo­do­wało, że ban­daż na moim udzie się po­luź­nił. Wraż­liwe za­ró­żo­wione ciało ocie­rało się o Preppy’ego, który pod­parł się na łok­ciach nade mną. Jego krew z każ­dym moc­nym pchnię­ciem ka­pała na moje piersi, ma­lu­jąc na bla­dej skó­rze ta­tuaż skła­da­jący się z czer­wo­nych maź­nięć i za­wi­ja­sów.

Nie prze­sta­li­śmy. Nie mo­gli­śmy.

Pew­nie nie za­trzy­ma­li­by­śmy się, na­wet gdy­bym przez okno wpadł tu roz­pę­dzony po­ciąg. Może dla­tego, że ja i Preppy by­li­śmy po­nie­kąd jak ta­kie roz­pę­dzone po­ciągi. I je­śli mamy się wy­ko­leić, to zro­bimy to ra­zem, złą­czeni, krzy­cząc przy tym na­wza­jem swoje imiona.

Jego pchnię­cia stały się jesz­cze po­tęż­niej­sze. Jesz­cze bar­dziej agre­sywne.

Tak jak jego słowa.

– Ni­gdy mnie nie zo­sta­wisz. Po­wiedz to. Ni­gdy mnie, kurwa, nie zo­sta­wisz – wark­nął Preppy.

Chcia­łam to po­wie­dzieć, ale do­słow­nie rżnął mnie tak, że tra­ci­łam zmy­sły. Za­czy­na­łam wi­dzieć gwiazdki przed oczami, kiedy wle­wał te słowa w moje serce tak samo, jak pie­przył moją cipkę – z pa­sją, nie­ustę­pli­wie, bru­tal­nie, go­rącz­kowo.

Wła­śnie tak mię­dzy nami było.

Preppy uniósł mi ręce nad głowę, przy­trzy­mał nad­garstki i wbił we mnie swój ogromny czło­nek. Nie prze­sta­wał – w ten spo­sób ka­rał mnie i spra­wiał przy­jem­ność. Dzięki niemu zna­la­złam się na skraju eks­tazy.

Nie­mal nie zwró­ci­łam uwagi na ból, który eks­plo­do­wał w dole mo­ich ple­ców, kiedy unio­słam bio­dra, by na­po­tkać jego pchnię­cia. Nasz seks stał się dziki i lek­ko­myślny. Gdzieś po dro­dze zgu­bi­li­śmy rytm i te­raz było to tylko pier­wotne, bru­talne pie­prze­nie.

Preppy rżnął mnie co­raz szyb­ciej i szyb­ciej. Po każ­dym pchnię­ciu i wy­su­nię­ciu się ze mnie czu­łam ogrom czy­stej przy­jem­no­ści, która mnie za­le­wała. Krzyk­nę­łam jego imię, gdy już nie mo­głam wy­trzy­mać, a jed­no­cze­śnie wciąż było mi mało.

– Preppy! Preppy! – Z każdą chwilą moje krzyki tuż przy jego uchu sta­wały się gło­śniej­sze.

– Ni­gdy wię­cej mnie nie zo­sta­wiaj! – po­wtó­rzył Preppy. – Spójrz na mnie, dok­torku, patrz, jak dla cie­bie do­cho­dzę.

Bez sensu – prze­cież i tak nie po­tra­fi­łam ode­rwać od niego wzroku. W tym, jak mię­śnie jego szyi się na­pi­nały, tkwiło ja­kieś piękno. A także w tym, jak za­ci­skał zęby. Cały był piękny.

Fiut Preppy’ego za­pul­so­wał we mnie, a ja jęk­nę­łam długo i gło­śno, bo co chwilę ocie­rał się o wraż­liwe miej­sce w moim wnę­trzu. Preppy roz­chy­lił wargi, na­piął mię­śnie ra­mion. Na jego czole po­ja­wił się pot, kro­pelki spły­wały po skro­niach, po­tem po ko­lo­ro­wych ta­tu­ażach zdo­bią­cych jego szyję.

Nie od­ry­wał ode mnie wzroku i na­wet nie mru­gnął, gdy do­szedł. Wy­ję­czał moje imię, za­le­wa­jąc mnie swoim go­rą­cym speł­nie­niem. Znowu sta­łam się jego.

Otwo­rzy­łam usta, by wy­po­wie­dzieć słowa, które tak chciał usły­szeć: że ni­gdy go nie opusz­czę. Jed­nak nie mo­głam tego zro­bić, bo jego ostat­nie pchnię­cie mnie rów­nież do­pro­wa­dziło do or­ga­zmu, prze­rwało wszyst­kie spójne my­śli w mo­jej gło­wie i wy­wo­łało we mnie wir czy­stej przy­jem­no­ści.

Wy­gię­łam plecy w łuk, wbi­łam palce w ide­alny ty­łek Preppy’ego i bez­wstyd­nie otar­łam się o niego, ujeż­dża­jąc ośle­pia­jące fale speł­nie­nia, które mną wstrzą­sały.

Kiedy znowu mo­głam się sku­pić, otwo­rzy­łam oczy i za­uwa­ży­łam, że Preppy oparł czoło o moją klatkę pier­siową i oto­czył mnie ra­mio­nami w ta­lii. Prze­su­nę­łam dło­nią przez jego włosy, a po­tem po­gła­dzi­łam jego po­li­czek. Za­sko­czona po­czu­łam wil­goć pod pal­cami.

Kiedy Preppy uniósł głowę, by na mnie spoj­rzeć, uj­rza­łam łzę na jego po­liczku, a na dru­gim roz­ma­zaną krew, którą starł z mo­jej klatki pier­sio­wej.

Za­kasz­la­łam, a moje serce za­marło na chwilę, bo ogar­nął mnie szok wy­wo­łany emo­cjami. Uję­łam jego twarz w dło­nie i w końcu od­po­wie­dzia­łam na jego wcze­śniej­sze żą­da­nie.

– Sa­mu­elu Cle­ar­wa­te­rze, obie­cuję, że ni­gdy cię nie opusz­czę – wy­szep­ta­łam. Głos drżał mi tak samo, jak koń­czyny. – Ko­cham cię.

Preppy przy­mknął oczy. Na jego twa­rzy le­ni­wie roz­cią­gnął się uśmiech sa­tys­fak­cji. Po­now­nie po­ło­żył głowę na mo­jej klatce pier­sio­wej.

– Mi­łość to nie­do­po­wie­dze­nie, dok­torku – oznaj­mił i ziew­nął.

Moje serce na­brzmiało. Uśmiech­nę­łam się sen­nie, nie prze­sta­jąc prze­cze­sy­wać wło­sów Preppy’ego pal­cami, do­póki oboje nie od­pły­nę­li­śmy.

Spa­li­śmy do póź­nych po­ran­nych go­dzin i spa­li­by­śmy da­lej, gdyby nie obu­dził nas wy­strzał z broni.

ROZ­DZIAŁ 4

Preppy

– CHO­LERA! – krzyk­nęła Dre i wy­sko­czyła z łóżka.

Mo­men­tal­nie spa­dłem na pod­łogę, by do tej pory spa­łem na Dre jak na naj­wy­god­niej­szej po­duszce, na ja­kiej kie­dy­kol­wiek po­ło­ży­łem głowę.

– Je­śli chcesz na ostro, to mo­żemy to za­ła­twić, skar­bie – wy­mam­ro­ta­łem, wciąż za­spany.

– Co? – za­py­tała Dre.

Otwo­rzy­łem po­wieki i spoj­rza­łem w piękne ciemne oczy, które wy­glą­dały na bar­dzo zdez­o­rien­to­wane.

– Co wła­ści­wie się dzieje? Pró­bo­wa­łaś po­bić mnie we śnie? Bo to wy­daje mi się lekko nie fair – od­par­łem za­spa­nym gło­sem, po­cie­ra­jąc oczy.

Roz­ko­szo­wa­łem się wi­do­kiem na­giej Dre, która klę­czała na pod­ło­dze, wy­pi­na­jąc mały ster­czący ty­łek. Wciąż była po­kryta smu­gami krwi, która te­raz już za­schła. To było piękne przy­po­mnie­nie tego, jak spę­dzi­li­śmy czas, za­nim pa­dli­śmy z wy­czer­pa­nia.

– My­ślę, że ktoś tam strzela – wy­szep­tała Dre i kuc­nęła obok mnie przy łóżku. Za oknem roz­legł się zna­jomy huk. – Sły­szysz? Znowu ten dźwięk.

– Nikt do nas nie strzela – po­wie­dzia­łem, przy­cią­ga­jąc do sie­bie swoją ko­bietę i sa­dza­jąc ją na ko­la­nach. Usta­wi­łem ją tak, by mo­gła wyj­rzeć przez okno na pod­jazd i zo­ba­czyć bar­dzo stary brą­zowy rzęch, który jak są­dzi­łem, za­raz po­jawi się na pod­jeź­dzie. Znowu roz­legł się huk i tym ra­zem to­wa­rzy­szyły mu de­li­katne ob­łoki dymu wy­do­sta­ją­cego się z rury wy­de­cho­wej.

Dre na­tych­miast się roz­luź­niła.

– Kto to? – za­py­tała i sta­nęła na łóżku na pal­cach, by le­piej wi­dzieć.

Sta­ną­łem za nią, by móc po­dzi­wiać jej ty­łek i ład­nie wy­rzeź­bione nogi. Kiedy do­tarło do niej, że jej nie od­po­wie­dzia­łem, już chciała się od­wró­cić w moją stronę, jed­nak po­sta­no­wi­łem jej w tym prze­szko­dzić i oto­czy­łem ją ra­mio­nami w ta­lii, opie­ra­jąc pod­bró­dek na jej ra­mie­niu. Wska­za­łem na drzwi od strony kie­rowcy, które wła­śnie się otwo­rzyły.

– To – po­wie­dzia­łem – jest praw­dziwy złom. – Ke­vin wy­siadł i za­pa­lił pa­pie­rosa. – A to, jak już za pewne wiesz, jest mój bra­ci­szek.

– A co on tu­taj robi?

– Za­dzwo­ni­łem do niego. Ostat­nio wspo­mi­nał coś o tym, że chciałby dla mnie pra­co­wać – oświad­czy­łem. – Więc ka­za­łem mu tu przy­je­chać.

Dre ob­ró­ciła się w mo­ich ra­mio­nach i unio­sła brew.

– Nie ma do­brego mo­mentu na to, by do­wie­dzieć się, czy twoja ro­dzina chce za­bić twoją żonę – wy­ja­śni­łem. – Więc rów­nie do­brze mo­żemy mieć to z głowy już te­raz.

Za­nim za bar­dzo się do sie­bie zbli­żymy.

– Co do­kład­nie za­mie­rzasz zro­bić? – za­py­tała Dre, jakby wie­działa, że w tej hi­sto­rii musi cho­dzić o coś wię­cej.

I miała ra­cję. Cho­dziło o coś wię­cej. Oto­czyła mnie ra­mie­niem za szyję i wtu­liła twarz w moją klatkę pier­siową. Mój fiut, wy­czuw­szy mu­ska­jące go na­gie ciało Dre, drgnął jak na za­wo­ła­nie. Dre spoj­rzała w dół na mój twardy czło­nek. Ob­li­zała wargi i po­słała mi py­ta­jące spoj­rze­nie.

– Nie wiń mnie. Je­śli po­dej­dziesz do psa i po­kle­piesz go za uszami, unie­sie głowę za­in­te­re­so­wany.

Dre za­śmiała się, a po­tem pi­snęła, bo po­chy­li­łem się i zła­pa­łem ją w ta­lii, a na­stęp­nie rzu­ci­łem na łóżko. Jej cycki pod­sko­czyły, kiedy umo­ściła się na po­dusz­kach. Pod­sze­dłem do niej na czwo­ra­kach i jed­nym ru­chem ob­ró­ci­łem ją na brzuch. Prze­su­ną­łem dło­nią po jej ple­cach aż do po­ślad­ków i z po­wro­tem.

– A więc… – za­częła, a jej po­liczki się za­czer­wie­niły, kiedy wsu­ną­łem pa­lec mię­dzy jej po­śladki. – Nie od­po­wie­dzia­łeś na moje py­ta­nie.

– Ja­kie py­ta­nie? – Sku­pi­łem się na jej błysz­czą­cej cipce, która już była dla mnie mo­kra.

– Co do Ke­vina. Chcesz się o nim do­wie­dzieć cze­goś wię­cej. Za­pro­si­łeś go tu­taj. A ja py­ta­łam o to, co do­kład­nie za­mie­rzasz z nim zro­bić – do­koń­czyła. Klep­ną­łem ją w po­śla­dek, a ona spu­ściła głowę i jęk­nęła w po­duszkę.

– Ke­vin chce się wkrę­cić w ro­dzinny biz­nes – po­wie­dzia­łem, prze­su­wa­jąc pal­cem po czer­wo­nym śla­dzie, który wła­śnie zo­sta­wi­łem na jej ide­al­nym tyłku. Obej­rzała się na mnie po­nad ra­mie­niem, a ja po­sła­łem jej prze­bie­gły uśmiech. – Więc za­mie­rzam mu ten ro­dzinny biz­nes po­ka­zać.

Roz­su­ną­łem jej nogi ko­la­nem i zła­pa­łem fiuta w garść, po czym wsze­dłem w jej mo­krą, cia­sną cipkę.

– Ale Ke­vin może po­cze­kać. – Jęk­ną­łem, przy­my­ka­jąc po­wieki, bo tak mi było do­brze, gdy jej cipka za­ci­skała się wo­kół mnie. – Naj­pierw mu­szę za­jąć się czymś in­nym.

– Och, na­prawdę? – za­py­tała, wy­pi­na­jąc bio­dra w moją stronę. Nie­mal sły­sza­łem uśmiech w jej gło­sie. – A czym?

Wsze­dłem w nią znowu mocno, aż zna­la­złem się tak głę­boko w jej ma­gicz­nej cipce, jak tylko jej ciało mi na to po­zwa­lało.

– Tobą.

***

Pół go­dziny póź­niej wy­sze­dłem z domu i bie­gnąc, przy­bi­łem piątki ze sto­ją­cymi przy wej­ściu mo­to­cy­kli­stami z klubu Law­less. Ze­sko­czy­łem z ganku po trzy stop­nie na­raz i sta­ną­łem przed Ke­vi­nem.

– Masz krew na szyi – za­uwa­żył.

Zmarsz­czy­łem brwi i po­sta­no­wi­łem jej nie ście­rać. Dzie­ciak we mnie chciał się prze­chwa­lać przed bra­tem każ­dym szcze­gó­łem tego, co ja i Dre ro­bi­li­śmy rano w łóżku. Z dru­giej strony do­ro­sły we mnie – do­piero nie­dawno do­wie­dzia­łem się, że taki ist­nieje – szybko przy­po­mniał mi, że Dre jest moją żoną. Ogar­nęło mnie uczu­cie za­bor­czo­ści, któ­rego do tej pory nie zna­łem. MOJA. MOJA. MOJA – prze­la­ty­wało mi przez głowę.

Zgro­mi­łem Ke­vina wzro­kiem, jakby wcze­śniej ob­ser­wo­wał, jak się z Dre pie­przymy, albo jakby ja­kimś cu­dem zaj­rzał mi do głowy i zo­ba­czył ją tam nagą.

– Eee, je­steś pe­wien, że chcesz się tym za­jąć dzi­siaj? – za­py­tał Ke­vin, wkła­da­jąc dło­nie do kie­szeni pla­żo­wych spode­nek. – To zna­czy po tym wszyst­kim, co wy­da­rzyło się ostat­niej nocy…

Okrę­ci­łem klu­czyki na palcu.

– Po­słu­chaj, stary, ży­cie jest krót­kie. Kto jak kto, ale ja do­brze to wiem. Trzeba czer­pać z niego gar­ściami. Carpe diem, póki się da, i tak da­lej. – Mach­ną­łem ręką w po­wie­trzu. – Poza tym mo­to­cy­kli­ści pil­nują mo­jej ro­dziny, więc na ra­zie jest okej. Nie zej­dzie nam zbyt długo.

Spoj­rza­łem w okno na pię­trze i za­uwa­ży­łem kur­tynę błysz­czą­cych czar­nych wło­sów, które szybko znik­nęły.

– Ona jest cho­ler­nie sek­sowna, bra­cie – po­wie­dział Ke­vin, rów­nież pa­trząc w to okno.

– To prawda – zgo­dzi­łem się i po­kle­pa­łem go po ple­cach, a po­tem mocno wbi­łem mu palce w ra­mię i po­pro­wa­dzi­łem go w stronę vana Be­ara. – Tknij ją, a ode­tnę ci obie dło­nie. Ja­sne?

***

– Le­ave the pie­ces when you go­ooooo – za­śpie­wa­łem, po­dry­gu­jąc nogą w rytm pio­senki The Wrec­kers, którą sły­sza­łem w gło­wie. Ke­vin i ja wła­śnie sta­li­śmy przed va­nem na pu­stym polu za mia­stem.

– Co my wła­ści­wie tu­taj ro­bimy? – za­py­tał Ke­vin. – My­śla­łem, że za­bie­rzesz mnie do Zie­larni. Po­ka­żesz mi sys­tem. No wiesz, jak ho­do­wać i jak zbie­rać. Tego typu rze­czy.

Cmok­ną­łem.

– Och, nie, mój drogi bra­cie. Za­nim zo­sta­niesz sze­fem kuchni, mu­sisz zmyć w chuj dużo na­czyń. – I wła­śnie w tej chwili zza rogu wy­ło­niła się fur­go­netka cią­gnąca przy­czepę i prze­mie­rzyła pole przez śro­dek, ko­ły­sząc się na boki, bo je­chała przez wy­bo­istą zie­mię. – Je­steś pe­wien, że tego chcesz?

– Tak – od­parł Ke­vin. – Co to ma być?

– To są na­czy­nia.

Na pierw­szy rzut oka wy­glą­dało to jak każda inna fur­go­netka z przy­czepą, któ­rej to­wa­rzy­szył iry­tu­jący, pisz­czący dźwięk przy par­ko­wa­niu. W końcu się za­trzy­mała i sil­nik zgasł.

Jake Dunn, pie­przony blond dia­beł we wła­snej oso­bie, ze­sko­czył z fo­tela kie­rowcy i ob­szedł po­jazd od tyłu. Otwo­rzył drzwiczki, igno­ru­jąc na­szą obec­ność. Od­su­ną­łem na bok Ke­vina, żeby nie ude­rzyły go drzwi, które wy­pa­dły na zie­mię, wzno­sząc w po­wie­trze chmurę pyłu.

– Chwila, co to ma wszystko zna­czyć? – za­py­tał Ke­vin, pa­trząc na przy­czepę.

W środku zo­ba­czy­łem w ca­ło­ści wy­ko­nane z me­talu ste­rylne wnę­trze. Na ha­kach na ścia­nie wi­siały ostre na­rzę­dzia – noże, coś, co przy­po­mi­nało ma­czety, a także kilka węży i szpi­kul­ców do lodu. Po­środku przy­czepy znaj­do­wał się pa­su­jący me­ta­lowy stół z od­pły­wem po jed­nej stro­nie. Do­kład­nie za sie­dze­niem kie­rowcy na ściance wi­siał mały zlew.

Wy­cią­gną­łem rękę ni­czym mo­delka z te­le­tur­nieju Do­bra cena.

– To się na­zywa prze­no­śna mor­dow­nia, przy­ja­cielu – po­in­for­mo­wa­łem Ke­vina i za­pa­li­łem pa­pie­rosa. – A ten przy­stojny blond dżen­tel­men to Jake. A skoro je­ste­śmy tu, by się uczyć, to lek­cja nu­mer je­den brzmi: nie mów Jake’owi, że wy­gląda jak były czło­nek boys­bandu albo jakby wy­szedł z ma­ga­zynu „Bravo”. Wła­ści­wie nie mów nic, co okre­śli­łoby go ina­czej niż jako pod­łego skur­wiela, któ­rym zresztą jest.

Jake rzu­cił mi mor­der­cze spoj­rze­nie, ale jego nie­bie­skie oczy bły­snęły.

Ten fa­cet był cho­dzącą sprzecz­no­ścią.

Oto­czy­łem Ke­vina ra­mie­niem.

– Nie, ina­czej. Lek­cja nu­mer je­den: nie od­zy­waj się do Jake’a. Ni­gdy – po­wie­dzia­łem. Ski­ną­łem głową na Jake’a. – Dzień do­bry, sło­neczko! – krzyk­ną­łem, igno­ru­jąc wła­sną za­sadę.

Jake stęk­nął.

– Kto to ma, kurwa, być?

– Nie wie­dzia­łeś? To je­den z tych dni, gdy przy­pro­wa­dzamy do pracy braci, o któ­rych ist­nie­niu do nie­dawna nie mie­li­śmy po­ję­cia.

Jake spoj­rzał na Ke­vina, jakby już go nie­na­wi­dził. I pew­nie tak było. Bo to Jake. Nie trzeba tego wy­ja­śniać.

– Lek­cja nu­mer dwa – kon­ty­nu­owa­łem, po­da­jąc Ke­vi­nowi za­pal­niczkę, którą pod­pa­lił swo­jego szluga. Spoj­rza­łem na jego spodenki. – Do­pa­suj strój do pracy.

– A co to ma do­kład­nie zna­czyć? – za­py­tał Ke­vin, pa­trząc na swój po­pla­miony i po­gnie­ciony Tshirt z na­pi­sem CO­RAL PI­NES i klapki, jakby nie było w tym nic dziw­nego.

– To zna­czy, że masz wię­cej nie wkła­dać ką­pie­ló­wek, chyba że za­mie­rzasz pod­ry­wać la­ski na plaży. Ubie­rasz się jak stu­dent, który za­po­mniał zro­bić pra­nie. Miej tro­chę god­no­ści, dzie­ciaku.

Ke­vin prych­nął.

– Jak mam się od­po­wied­nio ubrać do pracy, skoro na­wet nie wiem, ja­kie za­da­nia będę wy­ko­ny­wać? Nie mam po­ję­cia, czym ty się wła­ści­wie zaj­mu­jesz – stwier­dził Ke­vin. Brzmiał na sfru­stro­wa­nego.

– Mó­wi­łem ci – po­wie­dzia­łem i w tej chwili Bear i King przy­je­chali starą fur­go­netką Kinga. – Bę­dziesz mył na­czy­nia.

King i Bear okrą­żyli po­jazd i ob­ni­żyli tylną klapę. Ra­zem wy­cią­gnęli coś, co miało mniej wię­cej metr osiem­dzie­siąt dłu­go­ści, było owi­nięte w fo­lię i za­wią­zane liną. Przy­nie­śli go… to zna­czy, przy­nie­śli TO do przy­czepy i po­ło­żyli na stole z gło­śnym hu­kiem.

– Mamy zo­stać i po­móc? – za­py­tał King i ski­nął na po­wi­ta­nie Jake’owi, który opie­rał się wła­śnie o stół, nogi miał skrzy­żo­wane w kost­kach, a ra­miona za­ło­żone na piersi.

– Dzięki, damy so­bie radę, sze­fie – od­par­łem.

King i Bear spoj­rzeli na nas scep­tycz­nie – tak samo pa­trzyli na mnie, gdy po­wie­dzia­łem im, ja­kie mam plany wo­bec Ke­vina na dzi­siaj.

– To do­brze, bo i tak mu­simy po­móc pew­nemu dup­kowi się prze­pro­wa­dzić – po­wie­dział Bear.

– Tak, a ten du­pek unika wła­snej prze­pro­wadzki, da­cie wiarę? – za­py­tał King. Bear po­krę­cił głową, a ja za­sa­lu­to­wa­łem mu środ­ko­wym pal­cem. Od­je­chali.

– Eee… Co to ma, do cho­lery, być? – za­py­tał Ke­vin, pa­trząc na stół w przy­cze­pie.

– Na­wóz – od­par­łem.

– Po­waż­nie?

– Nie. – Wes­tchną­łem. – To pla­sti­kowa torba o kształ­cie czło­wieka, Ke­vin. Co to we­dług cie­bie może, kurwa, być? – Pstryk­ną­łem mu pal­cami przed twa­rzą, by skon­cen­tro­wał się na mo­ich sło­wach. – A te­raz słu­chaj, mój uczniu.

– Kto to jest? – za­py­tał Ke­vin, zbyt sku­piony na tym, co się działo w przy­cze­pie, by na mnie pa­trzeć. Śle­dził wzro­kiem każdy ruch Jake’a, który wła­śnie ostrzył swoje noże.

– Mar­twi nie mają imion – po­wie­dzia­łem

– To z Gry o tron – za­uwa­żył Ke­vin.

– Ale to nie zna­czy, że to nie­prawda.

Jake wska­zał na drzwi, więc Ke­vin i ja ra­zem je pod­nie­śli­śmy. Trzy­ma­li­śmy, do­póki nie usły­sze­li­śmy klik­nię­cia ze środka, co ozna­czało, że zna­la­zły się na miej­scu.

– I co te­raz? – za­py­tał Ke­vin.

Za­pa­li­łem pa­pie­rosa i po­da­łem mu go, a po­tem za­pa­li­łem jed­nego dla sie­bie.

– Te­raz bę­dziemy cze­kać. – Opar­łem się o ścianę przy­czepy.

– A tak w ogóle po co to coś? – za­py­tał Ke­vin, pa­trząc przez ra­mię na za­mknięte drzwi przy­czepy.

– Cóż, je­śli Jake nie używa jej wła­śnie do żad­nych nie­cnych ce­lów, jest wy­ko­rzy­sty­wana przez far­me­rów do uboju by­dła, żeby nie pła­cić kroci za trans­port zwie­rząt do ubojni i z po­wro­tem.

– Uboju? – za­py­tał Ke­vin i po­dra­pał się po gład­kim pod­bródku.

– Tak, sły­sza­łem o tym na ka­nale po­dróż­ni­czym – po­wie­dzia­łem. – Je­śli pro­wa­dzący pro­gram nie chce mó­wić „bru­tal­nie pod­ci­nają ich gar­dła, by spu­ścić z nich całą krew”, to mówi „ubój”. Dzięki temu mor­do­wa­nie na­szego po­ży­wie­nia brzmi o wiele przy­jem­niej, nie są­dzisz?

– A co on tam robi? – do­py­ty­wał Ke­vin.

Nie wie­dzia­łem o nim zbyt wiele, roz­ma­wia­li­śmy ze sobą tylko kilka razy, i to krótko. Ale wie­dzia­łem, że ten dzie­ciak nie jest głupi. Fakt, za­py­tał, co Jake za­mie­rza zro­bić, ale coś mi mó­wiło, że już znał od­po­wiedź.

Z przy­czepy do­biegł mnie od­głos piły me­cha­nicz­nej, a po­tem coś chlup­nęło na drzwi. Opar­łem się o nie i zwró­ci­łem do Ke­vina.

– To ge­niusz, nie są­dzisz? – za­py­ta­łem i pu­ści­łem do niego oko.

Ke­vin ob­ser­wo­wał przy­czepę, jakby to, co znaj­do­wało się w środku, miało za­raz prze­nieść się na ze­wnątrz i on wła­śnie to so­bie wy­obra­żał. Wtedy zro­zu­mia­łem, że oczy miał sze­roko otwarte, ale nie ze stra­chu.

Tylko z za­fa­scy­no­wa­nia.

Punkt pierw­szy dla bra­ciszka.

– Wy­gląda na to, że zda­łeś pierw­szy test. Przez chwilę oba­wia­łem się, że za­raz nie­wła­ści­wie za­re­agu­jesz – przy­zna­łem. Wła­śnie w tej chwili Jake trzy­krot­nie ude­rzył w drzwi od we­wnątrz.

Ode­szli­śmy na bok i po­zwo­li­li­śmy drzwiom znowu opaść na zie­mię. Ke­vin znaj­do­wał się po jed­nej ich stro­nie, ja po dru­giej.

Kiedy Jake wy­szedł, nie miał na so­bie ko­szulki. Wo­kół szyi i ta­lii miał za­wią­zany czarny gu­mowy far­tuch. Był tak długi, że za­kry­wał górną część jego bu­tów. Nikt nie po­znałby błysz­czą­cej sub­stan­cji na czub­kach jego bu­tów, do­póki nie spoj­rzałby za Jake’a na scenę w przy­cze­pie. Z każ­dej po­wierzchni ka­pała czer­wień w prze­róż­nych od­cie­niach, znaj­do­wała się wszę­dzie – na każ­dej ścia­nie i na­rzę­dziu.

– Wi­dzisz, cy­wi­lom śmierć prze­szka­dza. My­ślę, że to przez całą tę krew, flaki i okro­pień­stwa. To ich naj­bar­dziej ru­sza. – Mach­ną­łem pa­pie­ro­sem w po­wie­trzu. – Ale nie­na­wiść i ze­msta po ja­kimś cza­sie przy­zwy­cza­jają nas do ta­kich rze­czy. Wy­my­wają z nas po­czu­cie do­bra i zła. Po­czu­cie winy. I to wszystko.

Ke­vin wy­pro­sto­wał ra­miona.

– Ja nie je­stem cy­wi­lem – opo­no­wał.

– Na­prawdę? – Prze­krzy­wi­łem głowę na bok. – To kim je­steś?

Wzru­szył ra­mio­nami. Wy­glą­dał tak, jakby przez chwilę się nad tym za­sta­na­wiał, a po­tem spoj­rzał mi w oczy.

– Je­stem Cle­ar­wa­te­rem.

Nie od­po­wie­dzia­łem, bo z ja­kie­goś po­wodu przez jego słowa po­czu­łem się głupi. Na szczę­ście Jake nam prze­rwał, bo prze­szedł po le­żą­cych na ziemi drzwiach. Za­pa­lił szluga, roz­luź­nił ra­miona. Strzyk­nęło mu w szyi. Wska­zał na chło­dziarkę sto­jącą nie­da­leko.

– To dla was – po­wie­dział z lek­kim uśmie­chem.

– Chcesz się z nami za­brać, stary? – za­py­ta­łem.

Ke­vin pod­niósł chło­dziarkę z jed­nej strony i szybko ją od­sta­wił, gdy do­tarło do niego, jaka jest ciężka.

W oczach Jake’a bły­snęło roz­ba­wie­nie. Po­krę­cił głową.

– Nie mogę. O czwar­tej moje dzieci wy­stę­pują w ba­le­cie.

– Ja­sne. Mój chce się za­pi­sać na MMA – od­par­łem. Nie mo­głem po­wstrzy­mać się od uśmie­chu, gdy przy­po­mnia­łem so­bie, jak Bo ja­kieś ty­siąc razy wska­zy­wał na walkę w te­le­wi­zji, a po­tem na sie­bie, cały czas pod­ska­ku­jąc. Jake spoj­rzał na mnie, jakby na środku czoła wy­rósł mi ku­tas. – To długa hi­sto­ria. Opo­wiem ci kie­dyś przy ciele.

Daw­niej nie ro­zu­mia­łem, jak to jest, że za dnia Jake jest nie­mal jak se­ryjny mor­derca, a wie­czo­rem bawi się w ta­tu­sia. Tak było, do­póki sam nie za­ło­ży­łem ro­dziny. Te­raz go za to sza­no­wa­łem.

Kiedy by­łem młod­szy, Grace po­wie­działa mi, że można być nie­grzecz­nym chłop­cem, a jed­no­cze­śnie do­brym czło­wie­kiem. Chyba w końcu zro­zu­mia­łem, o co jej cho­dziło.

Jake od­krę­cił ku­rek przy wężu i za­czął po­le­wać wnę­trze przy­czepy. Za­bar­wiona czer­wie­nią woda prze­do­sta­wała się do od­pływu, a po­tem na ze­wnątrz za po­jaz­dem, two­rząc krwawy mi­ni­wo­do­spad. A on po­gwiz­dy­wał, pra­cu­jąc, jak je­bany ósmy kra­sno­lu­dek.

Po­liczki Ke­vina przy­brały ró­żowy ko­lor, po­tem czer­wony, gdy mo­co­wał się z ciężką chło­dziarką. W końcu po­mo­głem mu za­nieść ją do vana i usta­wić w środku mię­dzy wor­kami ze śmie­ciami, które wcze­śniej spe­cjal­nie uło­ży­łem.

Za­su­ną­łem drzwi.

– I co te­raz? – za­py­tał Ke­vin. Uśmiech­ną­łem się.

– Te­raz? Te­raz się, kurwa, za­ba­wimy.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej zna­leź­li­śmy się na sta­rym śli­zga­czu Billy’ego i pły­nę­li­śmy przez ba­gno. Zmie­ni­łem pio­senkę, którą nu­ci­łem, z Le­ave the Pie­ces na Piece of Me Brit­ney Spe­ars.

Tego dnia te „ka­wałki” rze­czy­wi­ście były moim mo­ty­wem prze­wod­nim.

Za­trzy­ma­li­śmy się w moim ulu­bio­nym miej­scu. Cóż, a przy­naj­mniej ulu­bio­nym miej­scu prze­zna­czo­nym do tego, czym się wła­śnie zaj­mo­wa­li­śmy. To była po­lana tuż obok piasz­czy­stej mie­rzei, znaj­du­jąca się za ścianą drzew w miej­scu, gdzie ba­gno spo­ty­kało się z rzeką. Tuż za wy­spą Kinga. Gdy by­li­śmy dziećmi, na­zwa­łem to Wy­spą Skur­wiela.

Ke­vin po­ma­gał mi wrzu­cić ka­wałki tego, który znaj­do­wał się w wor­kach – to sprawa klubu, nie moja – do wody dla ali­ga­to­rów, które już ota­czały łódź.

– Cóż, młody. Chcia­łeś zo­stać wta­jem­ni­czony – oświad­czy­łem – więc zo­sta­łeś.

Ke­vin wrzu­cił za­war­tość ko­lej­nego worka, chyba ko­lano, do wody. Roz­le­gło się chlu­po­ta­nie, gdy ali­ga­tory za­częły wal­czyć o ko­la­cję skła­da­jącą się z ludz­kiego ciała. Ke­vin za­śmiał się i oparł stopy na brzegu ło­dzi. Słońce za­częło za­cho­dzić.

– Dzięki, Preppy – po­wie­dział i wy­tarł dło­nie w shorty.

Po­ki­wa­łem głową i prze­chy­li­łem chło­dziarkę, by resztki krwi spły­nęły do wody. Odło­ży­łem ją na bok i po­kle­pa­łem Ke­vina po ra­mie­niu, uśmie­cha­jąc się pro­mien­nie.

– Wi­taj w je­ba­nym ro­dzin­nym in­te­re­sie, młody. A skoro już mowa o ro­dzi­nie – cią­gną­łem – to tak na­prawdę nie mie­li­śmy jesz­cze oka­zji o tym po­roz­ma­wiać. Za­mie­rzasz mi kie­dy­kol­wiek po­wie­dzieć, skąd wiesz, że je­stem twoim bra­tem?

– Nie ma zbyt wiele do opo­wia­da­nia na ten te­mat – stwier­dził Ke­vin, opie­ra­jąc się o brzeg ło­dzi. Za jego ple­cami w wo­dzie ro­iły się ali­ga­tory. – Uro­dzi­łem się na pół­nocy Flo­rydy, w ma­łym mia­steczku nie­da­leko Dal­tony. Moją matką jest ta sama ko­bieta, która wy­pchnęła na świat cie­bie.

– Opo­wia­dała ci o mnie? – za­py­ta­łem. – Bo ja­koś ciężko mi uwie­rzyć w to, że ko­bieta, która zo­sta­wiła mnie jak starą, nie­po­trzebną ka­napę, w ogóle wy­po­wie­działa moje imię. Po tym, jak spier­do­liła.

Ke­vin po­krę­cił głową.

– Nie, ni­gdy nie wspo­mniała o to­bie na­wet sło­wem. Chyba w ogóle się do mnie nie od­zy­wała, jak pa­mię­tam. Ja­kiś gli­niarz zna­lazł mnie błą­ka­ją­cego się po au­to­stra­dzie w pie­lu­chach, gdy by­łem mały. Od­dali mnie do opieki spo­łecz­nej. Do­ra­sta­łem w sys­te­mie.

– Wierz mi lub nie, ale z nas dwóch to ty mia­łeś wię­cej szczę­ścia – przy­zna­łem.

Ke­vin wes­tchnął i prze­wró­cił oczami.

– Ja­sne, je­śli by­cie bi­tym przez ro­dzi­ców za­stęp­czych można na­zwać szczę­ściem. Albo to, że nie do­sta­wa­łem je­dze­nia, bo nie by­łem jed­nym z ich „praw­dzi­wych” dzieci. Albo to, że po­zwo­li­łem kie­rowcy cię­ża­rówki ob­ma­cać się za knajpą w za­mian za cie­pły po­si­łek.

Współ­czu­łem dzie­cia­kowi. Po­waż­nie. Jed­nak nic nie mo­głem po­ra­dzić na to, jak działa mój umysł – więc wy­buch­ną­łem śmie­chem.

– Są­dzisz, że to za­bawne? – za­py­tał Ke­vin i wstał, a łódź za­ko­ły­sała się.

– Tak, wła­ści­wie to tak.

– Dla­czego? – za­py­tał Ke­vin. Wy­glą­dał na prze­ra­żo­nego i cho­ler­nie wku­rzo­nego. Za­ci­snął pię­ści po bo­kach.

– Sia­daj – na­ka­za­łem.

Prych­nął, ale za­jął miej­sce i de­fen­syw­nie skrzy­żo­wał ręce na piersi.

Na­chy­li­łem się, opie­ra­jąc łok­cie na ko­la­nach.

– Chcesz wie­dzieć, dla­czego uwa­żam, że to ta­kie śmieszne? – za­py­ta­łem. Te­raz w moim gło­sie nie było cie­nia hu­moru.

– Oświeć mnie – wark­nął Ke­vin.

– Bo za­bił­bym, żeby za­mie­nić się z tobą miej­scami. We­dług cie­bie to, że ja­kiś kie­rowca cię­ża­rówki cię ob­ma­cał, jest straszne? Pro­szę cię, gdy­bym mógł, po­zwo­lił­bym tu­zi­nowi kie­row­ców wa­lić mi ko­nia, byle tylko nie prze­żyć tego, co prze­ży­łem. – Po­chy­li­łem się w jego stronę. – Wszystko by­łoby lep­sze niż by­cie zgwał­co­nym przez oj­czyma i zo­sta­wio­nym przez matkę jak nie­chciany me­bel. Zo­sta­wiła mnie i ka­zała mi żyć z je­ba­nym pe­do­fi­lem.

Ke­vin otwo­rzył usta, a po­tem je za­mknął. Po­dra­pał się po swo­ich zmierz­wio­nych wło­sach.

– Co stało się z tym oj­czy­mem?

– Zmarł w wy­niku tra­gicz­nego pla­no­wa­nego wy­padku.

– Za­bi­łeś go?

– King go za­bił – od­par­łem. Wsta­łem i wska­za­łem na ali­ga­tory ota­cza­jące łódkę. – To było jego pierw­sze za­bój­stwo. I dzięki temu zna­leź­li­śmy to miej­sce.

– Cho­lera, stary – rzu­cił Ke­vin, po­cie­ra­jąc oczy. – Prze­pra­szam, nie wie­dzia­łem, że…

– Więc moje prawo do dzie­ciń­stwa zo­stało tro­chę bar­dziej po­gwał­cone niż twoje. Już mi prze­szło, ży­jemy da­lej. – Mach­ną­łem ręką. – Okej, to po­wiedz, jak, do cho­lery, skoń­czy­łeś w Lo­gan’s Be­ach? – za­py­ta­łem, się­ga­jąc do chło­dziarki, tej, która nie była prze­zna­czona na czę­ści ciała. Wy­cią­gną­łem dwa piwa i rzu­ci­łem mu jedno.

– Przy­je­cha­łem tu, by zna­leźć cie­bie – od­parł Ke­vin.

– No i?

– Oka­zało się, że nie ży­jesz. – Pa­trzył wszę­dzie, byle nie w moje oczy, kiedy upi­jał długi łyk z puszki. Zro­bi­łem to samo. Skoń­czy­li­śmy jed­no­cze­śnie, ra­zem zgnie­tli­śmy puszki o udo i wy­tar­li­śmy usta wierz­chem dłoni.

Za­śmia­li­śmy się, gdy do­tarło do nas, że ro­bi­li­śmy do­kład­nie to samo. Wtedy za­czą­łem za­uwa­żać mię­dzy nami po­do­bień­stwa. Naj­bar­dziej róż­niły się na­sze włosy – jego były gę­ste, zmierz­wione, dawno po­winny zo­stać przy­cięte. Miał jed­nak taki sam kształt twa­rzy jak ja, tylko że ja mia­łem na swo­jej wy­jąt­kowo do­brze wy­sty­li­zo­waną brodę. Na­sze oczy miały ten sam piwny od­cień, cho­ciaż może jego wy­da­wały się sze­rzej roz­sta­wione. By­li­śmy chyba tego sa­mego wzro­stu, jed­nak ja wy­glą­da­łem na tro­chę bar­dziej umię­śnio­nego, bo kilka mie­sięcy temu za­czą­łem ćwi­czyć z Kin­giem.

King na­zwał to „tre­nin­giem przy­wra­ca­ją­cym mnie do stanu do­sko­na­ło­ści”. I te­raz ćwi­czy­li­śmy co­dzien­nie.

Ke­vin otwo­rzył ko­lejne piwo i mi je rzu­cił.

– Do­wie­dzia­łem się o to­bie, bo kiedy skoń­czy­łem osiem­na­ście lat, ro­dzina za­stęp­cza wy­ko­pała mnie z domu. Nie mia­łem do­kąd się udać. Pra­cow­niczka po­mocy spo­łecz­nej tro­chę po­szpe­rała i po­wie­działa mi, że mam brata. Do­sta­łem twoje na­zwi­sko i praw­do­po­do­bne miej­sce po­bytu. Nic wię­cej. – Uniósł głowę i spoj­rzał na mnie. – Wie­dzia­łeś, że je­steś tu po­nie­kąd sławny?

– Chyba ra­czej nie­sławny – pod­su­ną­łem.

– Na­zwij to, jak chcesz. Rzecz w tym, że z kim bym nie ga­dał, wszy­scy cię znali lub o to­bie sły­szeli. Na­wet spraw­dzi­łem twoją po­li­cyjną fo­to­gra­fię, żeby wie­dzieć, jak wy­glą­dasz. Kilka razy prze­jeż­dża­łem obok two­jego domu, żeby zo­ba­czyć, gdzie miesz­kasz, a po­tem usły­sza­łem, że kop­ną­łeś w ka­len­darz. Raz od­wie­dzi­łem twój grób. Przy­nio­słem ci piwo. – Za­gryzł wargę. – Cho­ciaż wy­pi­łem je za cie­bie.

Uśmiech­ną­łem się.

– Ale to w chuj wspa­nia­ło­myślne z two­jej strony.

– Po­zna­łem Me­ryla i Freda, gdy sprze­da­wa­łem trawkę przy dworcu au­to­bu­so­wym. To mili lu­dzie. Po­zwo­lili mi u sie­bie prze­ki­mać kilka razy, ale czę­sto ich nie ma. Po­wiem ci, że gdy tam­tego dnia po­ja­wi­łeś się w ich domu, bo ucie­ka­łeś przed gli­nia­rzem, nie­mal się po­szcza­łem, kiedy do­tarło do mnie, że to ty.

Unio­słem pa­lec wska­zu­jący i kciuk i spoj­rza­łem na niego przez szparkę mię­dzy nimi.

– Dla mnie to też było odro­binkę szo­ku­jące. Ni­gdy nie spo­dzie­wa­łem się, że ktoś na­zwie mnie swoim bra­tem – stwier­dzi­łem. – Na na­zwi­sko na­prawdę masz Cle­ar­wa­ter? – za­py­ta­łem, przy­po­mi­na­jąc so­bie, co po­wie­dział wcze­śniej.

Ke­vin po­trzą­snął głową.

– Nie – od­parł. – Schmo­oter. – Brzmiał tak, jakby nie wie­rzył, że na­prawdę to mówi.

Za­śmia­łem się i stuk­ną­łem się z nim puszką w to­a­ście, bo jego na­zwi­sko było śmieszne.

– Po­trze­bu­jesz ja­kiejś ksywy czy coś – rzu­ci­łem.

– Tak, chyba masz ra­cję – zgo­dził się.

– Coś dla cie­bie wy­my­ślę… Schmo­oty? – pod­su­ną­łem.

Ke­vin po­krę­cił głową.

Uru­cho­mi­łem sil­nik łódki.

– Kev-ster? Bar­dzo w stylu Ke­vina sa­mego w domu. Bar­dzo w stylu lat dzie­więć­dzie­sią­tych.

Prze­wró­cił oczami.

Rzu­ci­łem mu prze­pust­nicę.

– Ke­vin Rą­sia? – za­py­ta­łem, prze­krzy­ku­jąc wiatr.

Ke­vin po­ka­zał mi środ­kowy pa­lec.

– Co? Za wcze­śnie na ta­kie żarty? – za­py­ta­łem.

– Od­pier­dol się – oznaj­mił Ke­vin, jed­nak pró­bo­wał za­kryć uśmiech ręką.

– Nie chcę po­ru­szać tego te­matu, gdy tak do­brze się ra­zem ba­wimy i w ogóle… – za­czą­łem pod­nie­sio­nym gło­sem. Mu­sia­łem prze­krzy­czeć wiatr i dźwięk pra­cu­ją­cego sil­nika, bo pły­nę­li­śmy co­raz szyb­ciej i szyb­ciej. Ke­vin zła­pał się me­ta­lo­wej rury przy­twier­dzo­nej do sie­dze­nia pod jego no­gami. – Ale zda­jesz so­bie sprawę, że je­śli do­wiem się, że mia­łeś coś wspól­nego z tym, co przy­tra­fiło się wczo­raj Dre, albo je­śli zro­bisz jej lub mo­jemu dzie­cia­kowi coś, co mnie za­nie­po­koi, to w na­stęp­nej ko­lej­no­ści te je­bane ali­ga­tory zje­dzą cie­bie.

Nie wiem, ja­kiej re­ak­cji się spo­dzie­wa­łem po tej groź­bie, ale na pewno nie uśmie­chu.

– Nie wąt­pi­łem w to ani przez se­kundę, Prep – od­krzyk­nął.

– Cie­szę się, że się ro­zu­miemy.

Do­ci­sną­łem prze­pust­nicę, kie­ru­jąc się w stronę płyt­kiej wody i wy­so­kich traw. Po dro­dze dla jaj wy­ko­na­łem kilka ostrych skrę­tów i kilka ob­ro­tów o sto osiem­dzie­siąt stopni. Ke­vin na­wet śpie­wał ze mną – dość wy­so­kim gło­sem – Piece by Piece Kelly Clark­son. Cóż, to bar­dziej były krzyki na wie­trze niż praw­dziwy śpiew.

Czu­łem, że Ke­vin nie miał nic wspól­nego z próbą po­rwa­nia Dre, ale nie by­łem w stu pro­cen­tach pe­wien. Jesz­cze nie. Ro­dzina była dla mnie wszyst­kim, a po­wie­dze­nie, że krew jest gęst­sza niż woda, gówno dla mnie zna­czyło, bo wie­dzia­łem, kto jest mi naj­bliż­szy. Krew nie tyle nas wią­zała, co ją za sie­bie prze­le­wa­li­śmy.

– Może na­stęp­nym ra­zem wró­cimy tu i po­bie­gamy z ali­ga­to­rami. Zo­ba­czymy, jak wiel­kie masz jaja – po­wie­dzia­łem.

– A co to, do cho­lery, zna­czy: po­bie­gamy z ali­ga­to­rami? – za­py­tał Ke­vin.

– Po­każę ci na­stęp­nym ra­zem – po­wtó­rzy­łem.

Po kilku mi­nu­tach ci­szy spoj­rza­łem na Ke­vina i wy­buch­ną­łem śmie­chem. Usta miał sze­roko otwarte, wiatr wy­dy­mał jego po­liczki, a dzią­sła i zęby były do­sko­nale wi­do­czne. Po­ka­zał mi unie­sione kciuki.

Głu­pek.

W su­mie po­lu­bi­łem mo­jego brata.

Je­śli będę mu­siał go za­bić, to bę­dzie na­prawdę do kitu.