Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
12 osób interesuje się tą książką
Życie Preppy’ego po raz kolejny zostaje wystawione na ciężką próbę. Kiedy jego ukochana Dre znika w tajemniczych okolicznościach, mężczyzna robi wszystko, by ją odnaleźć i zapewnić kobiecie bezpieczeństwo. Wraz z Kingiem i Bearem rozpoczyna pościg za nieznanymi sprawcami, próbując za wszelką cenę ustalić, kim są i gdzie się ukrywają.
Tymczasem nierozwiązane wcześniej sprawy wciąż nie dają o sobie zapomnieć. Preppy musi zmierzyć się zarówno z napastnikami zagrażającymi jego rodzinie, jak i z demonami przeszłości zmuszającymi go do ponownego przemyślenia relacji z osobami, które dotąd uważał za najbliższych przyjaciół.
„Preppy” to seria erotyczna opowiadająca nie tylko o traumie i bolesnych wspomnieniach, ale również o nadziei na lepszą przyszłość. Pomysłowość i oryginalność T.M. Frazier sprawiają, że nie sposób się oderwać od tej przejmującej historii!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 238
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł: Preppy. Życie i śmierć Samuela Clearwatera. Część 3
Tytuł oryginału: Preppy. The Life & Death of Samuel Clearwater. Part Three
Przekład z języka angielskiego: Sylwia Chojnacka
Copyright © T.M. Frazier, 2026
This edition: © Risky Romance/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt okładki: Damian Niewczyński
Redakcja: Justyna Yiğitler
Korekta: Joanna Armatowska
ISBN 978-91-8153-422-1
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Risky Romance / Gyldendal A/S Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
Dla moich czytelniczek
Rubieże, które dzielą życie od śmierci, są co najmniej mroczne i nieokreślone.
Któż może powiedzieć, gdzie pierwsze się kończy, a drugie zaczyna?
– Edgar Allan Poe
Przedwczesny pogrzeb
(tłum. Bolesław Leśmian)
PROLOG
Dre
CZASAMI W CZŁOWIEKU TKWI ZŁO, które kryje się gdzieś głęboko w duszy i zmusza go do robienia podłych rzeczy, a to wszystko przez demony szepcące mu do ucha.
Zło może być subiektywne. A przynajmniej tego się nauczyłam, gdy byłam z Preppym.
Nie wszystkie złe uczynki są sobie równe. Nie wszyscy ludzie, którzy mają w sobie te demony, je wypuszczają. Są ludzie tacy jak Preppy, Bear i King, którzy postanowili jakoś ukierunkować tę potrzebę, podzielili ją na części i korzystają z nich tylko wtedy, gdy tego potrzebują.
Kiedy coś im grozi.
Preppy jest zdolny i do okrucieństwa, i do miłosierdzia, potrafi kogoś zabić, ale też uratować. Był ofiarą, złoczyńcą i bohaterem. I wydaje mi się, że on nie rozumie pewnej rzeczy – tego, że dzięki temu ma w sobie siłę, o której inni nie mogą nawet pomarzyć. Przez całe swoje życie kroczył po cienkiej linii oddzielającej niebo i piekło, grzesznika i świętego, nieskończoną miłość i zatwardziałą nienawiść.
A potem umarł.
I chociaż jego śmierć nie była dosłowna, to jednak znalazł się w prawdziwym piekle.
Preppy miał prawo żywić tak silną urazę, że mógłby się z niej nie otrząsnąć. Mógł pozwolić, by diabeł zmienił go w człowieka, który odpowiada demonom bez zastanowienia.
Nie chcę przez to powiedzieć, że Preppy został ujarzmiony – to ostatnie słowo, jakiego bym użyła, by go opisać. On jest na to zbyt dziki. Zbyt nieprzewidywalny.
Jest po prostu sobą.
Ujarzmienie Preppy’ego byłoby jak próba złapania wiatru na smycz.
Chociaż wydawał się ostatnio spokojniejszy. Bardziej skupiony i dokładny. Jeśli przymknąć oko na uśmiechy i żarty, to widziało się kogoś, kto trzyma karty blisko piersi i doskonale wie, jak je zagrać.
Tak jak teraz.
Cały czas słyszałam w głowie echa krzyków mojego syna, ale wiedziałam, że Preppy po mnie przyjdzie. Że zagra te karty.
I wygra.
Mówi się, że piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami.
Niedługo będzie wybrukowane krwią.
ROZDZIAŁ 1
Dre
WYBUDZIŁAM SIĘ GWAŁTOWNIE i uderzyłam głową o ścianę tego, w czym byłam zamknięta. Otworzyłam oczy, jednak ujrzałam tylko ciemność. Co jakiś czas podskakiwałam i słyszałam warkot silnika – zrozumiałam, że znajduję się w jakimś pojeździe, ale nie na siedzeniu.
Tylko w bagażniku.
Ręce i nogi miałam związane, a knebel został zawiązany wokół mojej głowy tak mocno, że przez materiał nie mogłam zamknąć ust. Postanowiłam więc go zagryźć.
Serce biło mi z prędkością miliona kilometrów na minutę. Czułam, że mam zimne palce. Zakręciło mi się w głowie, a kiedy próbowałam przełknąć ślinę, odkryłam, że nie mogę tego zrobić.
Tylko nie panikuj.
Odetchnęłam głęboko i wyobraziłam sobie Preppy’ego i Bo. Dzięki temu mogłam się skupić i poczułam przypływ determinacji, by wydostać się z tego bagażnika i wrócić do mojej rodziny.
Tylko jak to zrobić? Ktoś w końcu otworzy bagażnik, a będę wtedy gotowa.
Pomacałam palcami i stopami wokół siebie, szukając czegokolwiek, co mogłoby mi posłużyć za broń, ale szybko ogarnęło mnie rozczarowanie, bo niczego nie znalazłam.
Przerażona i sfrustrowana zaczęłam uderzać związanymi nadgarstkami w tę trumnę na kółkach, ale zamarłam, gdy coś sobie przypomniałam.
– Andreo, jak ten kot znalazł się w bagażniku? – zapytał tata.
– Nie mam pojęcia – odparłam niewinnie, wiercąc się.
Tata nacisnął przycisk na breloku z kluczami i bagażnik się otworzył. Mr Wiggles syknął i wyskoczył stamtąd jak z katapulty. Popatrzył na mnie z typową dla kotów pogardą, a potem czmychnął do domu, bez wątpienia z zamiarem zostawienia kłaczka na mojej poduszce.
– Okej, ale więcej tego nie rób, dobrze?
– Obiecuję, że nie zrobię.
Będę musiała znaleźć inne miejsce, by bawić się w schron przeciwbombowy. Takie, które nie zamyka się automatycznie po zatrzaśnięciu.
– Świetnie. – Tata pokiwał głową, widocznie zadowolony z mojej odpowiedzi. Nachylił się i delikatnie pociągnął mnie za warkoczyki. – Bo nie wydaje mi się, żeby mechanizm awaryjnego otwierania został opracowany z myślą o kotach.
Kiedy tylko przypomniałam sobie słowa taty, zaczęłam macać bagażnik palcami, a z każdą chwilą coraz bardziej frustrowały mnie związane ręce.
Nie wiedziałam, dokąd mnie wiozą, ale byłam pewna, że mam ograniczony czas i jeśli teraz nie zadziałam, to ten psychol, który był na tyle głupi, by mnie porwać, doprowadzi swój plan do końca.
Preppy na pewno znajdzie tego palanta i zrobi wszystko, by za to zapłacił. Ta myśl napędzała mnie, gdy kontynuowałam szukanie. Coraz bardziej się irytowałam. Przewróciłam się na brzuch i wepchnęłam palce w szparę na dnie bagażnika tak głęboko, jak się dało. Westchnęłam z ulgą, kiedy dotknęłam czegoś plastikowego. Stęknęłam, coraz głębiej i głębiej wciskając tam palce, aż w końcu zahaczyłam palcami o pętelkę.
Teraz albo nigdy.
Mając związane nogi i ręce, będę musiała wytoczyć się z bagażnika. Możliwe, że uderzę w samochód jadący z tyłu lub umrę w wyniku zderzenia z ziemią. Odepchnęłam od siebie tę myśl jak najdalej i skupiłam się na dwójce ludzi, którzy liczyli się dla mnie najbardziej na świecie.
Pociągnęłam za pętelkę z całej siły.
Na początku nic się nie wydarzyło, ale kiedy pociągnęłam drugi raz, szarpiąc za uchwyt, aż niemal pękła mi w szyi jakaś żyłka, w końcu dach nade mną się podniósł. Do środka wleciał ciepły wiatr, który owiał mi twarz. Duszne nocne powietrze natychmiast przylepiło się do mojej skóry.
Nie miałam czasu, by liczyć do dziesięciu czy myśleć o konsekwencjach. Otwarty bagażnik na pewno zostanie zauważony.
I miałam rację.
Samochód zatrzymał się z piskiem opon, kiedy już znajdowałam się na krawędzi między bagażnikiem a zderzakiem. Wyleciałam w powietrze i przetoczyłam się kilka razy. Skóra na moich rękach i kolanach zapłonęła żywym ogniem w kontakcie z szorstkim asfaltem, po którym się przeturlałam.
Kiedy w końcu się zatrzymałam, przed oczami zamajaczyły mi rozmazane światła hamowania. Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi samochodu, a potem kroki na drodze, które zbliżały się coraz bardziej i bardziej.
***
Preppy
Właśnie stałem przy ognisku i spokojnie rozmawiałem z Kingiem i Bearem o przyszłości operacji Babcina Zielarnia, gdy nagle Bo zjawił się za mną i pociągnął mnie za szelki.
– Hej, młody – zacząłem, ale wtedy ujrzałem łzy na jego policzkach. Przyklęknąłem, żebyśmy znaleźli się twarzą w twarz, i odstawiłem piwo na trawę. Bo nie mówił, ale nigdy nie miałem problemu ze zrozumieniem go. Próbował mi przekazać, że stało się coś bardzo złego. – Chodzi o mamusię? – zapytałem, czując, że moje serce przyspiesza.
Bo pokiwał głową i złapał mnie za rękę, po czym pociągnął w stronę domu. Tam zastałem roztrzaskaną na podłodze butelkę wina. Czerwony płyn wsiąkł w każda szparę i zagłębienie, po kuchni rozprzestrzeniły się kanały czerwieni.
– Co tu się, do chuja, stało? – zapytał King. Dopiero teraz zauważałem, że przyjaciele poszli za mną.
– Nie wiem, ale musimy, kurwa, iść – odparłem. Odwróciłem się jeszcze do Bo. – Widziałeś, kto ją zabrał? – Zapytałem tak spokojnie, jak tylko się dało, bo nie chciałem go jeszcze bardziej wystraszyć. Bo pokręcił głową i potarł dłońmi twarz i głowę. – Miał maskę? – zapytałem.
Bo pokiwał głową. Strach ścisnął mnie w żołądku.
– Ilu ich było? – zapytałem.
Bo uniósł jeden palec.
– Wiesz, czy to była kobieta czy mężczyzna?
Chłopiec złapał się za krocze.
– Widziałeś, dokąd się udali? – zapytałem.
Pokręcił głową i zaczął biegać w miejscu.
– W porządku – powiedziałem i przytuliłem go. – To dobrze, że uciekłeś.
Puściłem Bo i wybiegłem z domu. Pokonałem podwórko, na którym wciąż kręciła się impreza. Biegłem tak, jakby moje życie od tego zależało. Wpadłem do studia tatuażu Kinga i zdjąłem ze ściany obraz, pod którym krył się sejf. Ręce mi drżały, kiedy wpisywałem kod, ale na szczęście udało mi się to zrobić za pierwszym razem. Rzuciłem broń i amunicję Kingowi i Bearowi, którzy w rekordowym czasie uzbroili się pistoletami i nożami.
– Co się dzieje? – Ktoś zapytał. Odwróciłem się i zobaczyłem ojca Dre stojącego w przejściu. – Co to wszystko ma znaczyć?
– To nic takiego, później wyjaśnię – warknąłem przez zaciśnięte zęby.
– Synu, nie jestem głupi – oznajmił, zakładając ręce na piersi w typowo ojcowskim geście, który przeraziłby mnie, gdybym był inną osobą, i gdyby on był inną osobą.
– Wiem o tym – powiedziałem. – Ale nie ma czasu. Ktoś porwał Dre. Tylko tyle wiemy. I musimy jechać. Jak najszybciej.
– Musimy… Musimy zawiadomić policję… – zaczął.
– Z całym szacunkiem – przerwał mu Bear – ale nie ma mowy. – Dzięki jego południowemu akcentowi każde słowo brzmiało na przeciągnięte, jakby się nim bawił. – Tutaj sami zajmujemy się takimi rzeczami. Znajduje się pan teraz na „dzikim Południu”.
King włożył pistolet za pasek od spodni i sięgnął po kolejny.
– Sprowadzimy ją – powiedział stanowczo.
Wraz z przyjaciółmi minąłem ojca Dre.
– Nie wiem, co Dre o mnie panu powiedziała… – rzuciłem przez ramię, zmierzając przez podwórko w stronę podjazdu, bo ojciec Dre za mną podążał.
– Powiedziała wystarczająco dużo, synu, i nie przeszkadza mi to. Naprawdę nie mam nic przeciwko temu – przyznał i zamilkł na chwilę. – Po prostu… sprowadź naszą Dre. Przyprowadź ją do mnie. Za wszelką cenę.
– Masz, weź to – oznajmiła Thia, która nagle pojawiła się z dzieckiem w ramionach i Ray u boku. Sięgnęła do torby na pieluchy i rzuciła Bearowi dwa pistolety z różowymi kolbami. – Są naładowane – powiedziała.
Bear pocałował ją i dziecko w czoła, a potem podbiegł do swojego motocykla i schował broń do torby przy siedzeniu.
– Kluczyki – zawołałem do Ray, a ona rzuciła mi je bez wahania.
– Przypilnuję Bo – powiedziała ze smutnym uśmiechem.
King i ja wskoczyliśmy do furgonetki Ray i w tej samej chwili rozległ się warkot silnika Beara. Ruszyliśmy. Ja prowadziłem, a King rozglądał się po okolicy, szukając jakichkolwiek śladów, po których można by poznać, gdzie zabrano Dre.
– Czy my w ogóle wiemy, dokąd zmierzamy? – zapytał King.
– Nie, ale niezależnie od tego, kto ją porwał, nie mogą być daleko – oznajmiłem.
Na końcu ulicy Bear zwolnił i zrównał się z nami. Wskazał w lewo i ruszył w tamtą stronę. Skręciłem, dając gaz do dechy.
Tuż za zakrętem zauważyliśmy samochód zaparkowany pośrodku drogi. Kiedy się zbliżyliśmy, odjechał pędem, ale coś leżącego na środku ulicy przyciągnęło moją uwagę.
Nie, nie coś. Ktoś.
Dałem po hamulcach i szarpnąłem kierownicą w lewo. Próbowałem zatrzymać furgonetkę na poboczu. King przechylił się na mnie. Kiedy samochód wpadł w poślizg, nie myślałem o zgrzycie metalu i huku. Skupiałem się na burzy czarnych włosów i bladej skórze, które dostrzegłem na środku drogi.
I modliłem się, by nie było za późno.
ROZDZIAŁ 2
Preppy
– CÓŻ, PRZYJACIELE – zacząłem, opierając się o ścianę w studiu Kinga. – To będzie ta ciekawsza część wieczoru, bo spotkaliśmy się, by przedyskutować to, kto próbuje zrobić nas w chuja i jak go zabić.
Wyciągnąłem nóż zza paska u spodni i zacząłem go czyścić szmatką, aż stał się nieskazitelny i mogłem zobaczyć w nim swoje odbicie.
Dre leżała nieprzytomna na górze. Miała kilka zadrapań, ale nic sobie nie złamała. Wszystko będzie z nią w porządku.
Dzięki, kurwa, Bogu.
Bear siedział na stołku, którego King używał, gdy pracował nad tatuażami. Odgarnął z oczu niesforny kosmyk włosów i złączył dłonie, oparłszy łokcie na kolanach i pochyliwszy się.
– Zawsze twierdziłem, że najlepszym sposobem na wyeliminowanie nieznanego zagrożenia jest zaczęcie od osób, które się zna – powiedział poważnym głosem groźnego motocyklisty, którego używał zawsze, gdy wszystko trafiał szlag i przemawiał do swoich braci.
– Zróbmy więc listę – zasugerował King. Jego potężna sylwetka w całości zajmowała skórzaną sofę. Kolana miał szeroko rozstawione. – Wymieńmy każdego, kto miałby choć mały powód, by skrzywdzić nas lub nasze rodziny.
– I co dalej? – zapytałem. Wciąż pulsowało mi w głowie.
Złapałem palcami za grzbiet nosa.
Bear wzruszył ramionami.
– Potem zabijemy wszystkich, którzy mają z tym związek.
– Zgadzam się – powiedział King i założył ramiona na piersi. – Trzeba pozbyć się wszystkiego, co nam zagraża, niezależnie od powodu. Istnieje więc szansa, że usuniemy też tego, który próbował dopaść Dre.
– W procesie eliminacji – oznajmiłem, rozważając ten pomysł. Z każdą chwilą podobał mi się coraz bardziej. – Chociaż wydaje mi się, że taki proces zazwyczaj nie zakłada masowego mordowania.
Bear prychnął.
– Nie mam pojęcia, kto mógłby mieć na pieńku z Dre. To na pewno ma związek ze mną.
– A co z tym drugim facetem, z którym była Dre, gdy ją poznałeś? – zapytał King. – Z tym, którego nie zabiłeś.
– Eric – podsunąłem. Nie podobało mi się to, jak jego imię brzmiało wymówione na głos. – Wyśledziłem go, jeszcze zanim Dre wyjechała po raz pierwszy, ale się spóźniłem. Skurwiel już nie żył.
– To dobrze – stwierdził King. – Więc on odpada. Kto jeszcze?
Bear odchrząknął.
– W końcu udało nam się namierzyć koronera, który podpisał twój akt zgonu, ale on na pewno nie mógł być opłacany przez Chopa. Poza tym ta pizda uciekła tuż po tym, jak wieść o twoim powrocie zaczęła rozchodzić się po mieście. Myślał, że może przed nami uciec, ale się mylił. Smoke znalazł go na osiedlu w Fort Roming, trzydzieści minut drogi stąd.
– Czyli znajdował się na tyle blisko, że można uznać go za podejrzanego w sprawie wczorajszego porwania – zauważyłem.
King prychnął i strzelił knykciami.
– Skurwiel powinien był uciec jeszcze dalej.
Pokiwałem głową.
– Jest na naszej liście.
– Facet z domu pogrzebowego, który powiedział nam, że trumna nie mogła być otwarta z powodu jakiegoś problemu wynikłego w trakcie balsamowania, został załatwiony przez Jake’a Dunna – poinformował mnie King, bawiąc się sprzączkami skórzanych pasków owiniętych wokół jego przedramienia.
– Dzięki, kurwa, Bogu za tego szalonego skurwiela – powiedziałem i wziąłem łyk whiskey z butelki. Wytarłem usta wierzchem dłoni.
– Kto jeszcze? – zapytał Bear. – A co z mamą Bo?
– Dre jest jego mamą – poprawiłem ostrzej, niż zamierzałem.
– Wiesz, co mam na myśli, Prep. Mówię o jego biologicznej matce. Tej suce, która wydała go na świat – wyjaśnił Bear.
– Nie żyje.
– To twoja zasługa? – zapytał King.
Pokręciłem głową.
– Nie. Chociaż może, pośrednio. Gdy podpisała papiery adopcyjne, dałem jej tyle hery, że musiałaby mieć tolerancję na dragi jak Robert Downey Jr. z ery przed Iron Manem, by to przeżyła. Ale okazało się, że wkurzyła jakiegoś swojego dealera, bo skurwiel wbił jej siekierę w głowę.
– Auć – zareagował Bear, uśmiechając się przy tym.
– Tak, a ja myślałem, że mi głowa pęka – odparłem ze śmiechem. – A jak stoimy w kwestii szpitala?
– Ten szpital to jakiś jebany burdel na kółkach – prychnął King. – Wielu lekarzy zajmuje się jednym przypadkiem. Lekarz, który wtedy był na ostrym dyżurze, jakiś czas temu zmarł na zawał. Potem dowiedzieliśmy się, że osoba, która informuje rodzinę o śmierci, niekoniecznie zajmuje się pacjentem. W szpitalu jest za mało pracowników, a ci, którzy są, pracują więcej niż powinni, więc biorą do pacjenta tego, kto aktualnie jest dostępny. Szukanie tam informacji to jakaś, kurwa, tragedia. Dokumentacja donikąd nie prowadzi.
– Jeden z moich ludzi bzyka się w szefową pielęgniarek z nocnej zmiany – odezwał się Bear. – Zobaczy, co jeszcze da się zrobić.
Zapaliłem szluga.
– Jest jeszcze ten lekarz z pizdowatym tatuażem uśmiechniętej buźki na ręce. Doktor Reid. Jestem pewien, że on był jakoś powiązany z Chopem. Możliwe, że próbował dotrzeć do mnie poprzez Dre, by zatuszować wszystko, co zrobił. Żeby spróbować, musiałby mieć jaja wielkości opon, ale to możliwe. Od miesięcy próbujemy go namierzyć i jak na razie bez skutku. Zrezygnował z pracy w szpitalu i zniknął, ale go znajdziemy. Kiedyś będzie musiał się wychylić. Zawsze tak jest – powiedziałem.
– Nie wiem, kto jeszcze może być w to zamieszany. Dlatego stoimy w miejscu. – King zapalił skręta. – Nie dotrzemy do wszystkich, którzy w tym siedzą, chyba że sprzątniemy cały szpital – zażartował i podał jointa Bearowi.
– Cóż, może jednak… – zacząłem, ale Bear przerwał mi, zanim zdążyłem dokończyć.
– Nie, Preppy, to nie wchodzi w rachubę. Westchnąłem.
– Wiem, ale zrozum, że to mnie zadręcza. Oczywiście jestem świadomy, że to zajmie trochę czasu, ale koniec końców zadbamy o to, by wszyscy odpowiedzialni za to zapłacili. – Zamilkłem i wbiłem spojrzenie w swoje dłonie. – Ale z drugiej strony na myśl, że ktoś jeszcze z tego szpitala może próbować znowu porwać Dre, mam ochotę zadzwonić do tej psychopatki Rage i pozwolić jej wysadzić to miejsce w powietrze.
– Może niech to będzie nasz plan B – podsunął King.
– Dobra – odparłem, pocierając obolałe ramię i poruszając głową, by rozluźnić szyję.
– Wszystko w porządku, Prep? – zapytał King. Z wypadku uszedł tylko z zadrapaniem pod lewym okiem.
– Tak, ale nie wszyscy po zderzeniu mieli okazję wylądować na kierowcy – przypomniałem mu. – Co jeszcze mamy?
– Niewiele, skoro nie ma już Chopa, Isaaca i Elia – rzucił King i wymienił spojrzenie z Bearem.
– Co jest? – zapytałem. – Czego mi nie mówicie?
Bear odchrząknął.
– A co z Kevinem?
– Co z nim? – warknąłem.
King wzruszył ramionami.
– Niemal niczego o nim nie wiemy. Facet zjawia się i oznajmia, że jest twoim bratem. – Upił łyk piwa. – Nie twierdzę, że jest w to wszystko zamieszany tylko dlatego, że jest twoim bratem, o ile naprawdę nim jest, i przez to chciałby dopaść ciebie i Dre. Ale rozważamy różne opcje, racja? I ten dzieciak może być jedną z nich.
– Co o nim wiemy? – zapytał Bear.
Ścisnąłem palcami grzbiet nosa.
– Tak naprawdę niewiele z nim rozmawiałem. Ostatnio byłem zbyt zajęty przeżywaniem tego, że Dre odeszła, a następnie wróciła do domu. Potem staraliśmy się odnaleźć Bo i zapewnić mu bezpieczeństwo. Zamieniłem z Kevinem zaledwie kilka słów, nie miałem dla niego czasu. Na wczorajszej imprezie widziałem go pierwszy raz od miesięcy. – Ogarnęło mnie dziwne poczucie winy. – Już dawno powinienem był z nim porozmawiać.
– To co z tym robimy? – zapytał King.
– Zostawcie Kevina mnie – powiedziałem.
Bear wyprostował się.
– Jak zamierzasz to zrobić? Chcesz go zabić?
– Nie – odparłem.
King i Bear posłali mi dziwne spojrzenia, które wyglądały tak, jakby po części mi współczuli, a po części chcieli powiedzieć: „On musi zniknąć”.
Spojrzałem na przyjaciół.
– A przynajmniej na razie nie.
ROZDZIAŁ 3
Dre
PISK HAMULCÓW narastał w moich uszach coraz bardziej, a zaraz potem głośne szuranie przecięło cichą noc. Powietrze wypełnił zapach palonej gumy.
Udało mi się podnieść głowę na tyle, by zobaczyć, że rozpędzona furgonetka wylatuje w powietrze i przewraca się na bok od strony kierowcy. Metal zaszurał o asfalt z głośnym zgrzytem. Spod samochodu wydobyły się pomarańczowe iskry.
Sunął prosto na mnie.
***
Otworzyłam oczy. Czułam zdezorientowanie, bo dotarło do mnie, że znajduję się w tym samym pokoju, w którym kiedyś odkryłam, że Preppy żyje. Zobaczyłam te same różowe ściany. Ten sam zegar z motywem Barbie. Oczywiście wiedziałam, że teraz to był pokój Max.
Odsunęłam kołdrę na bok i zauważyłam, że mam na sobie tylko za dużą koszulę i majtki.
Dlaczego tu jestem?
Wytężyłam umysł, próbując odgadnąć, dlaczego jestem w pokoju córki Kinga i Ray, ale miałam pustkę w głowie. Chciałam przeciągnąć ramiona nad głową, jednak mi nie wyszło. Powstrzymał mnie ból.
Materiał koszuli otarł się o moją nogę i syknęłam. Uniosłam rąbek i zauważyłam, że większość uda aż po pośladek mam obwiązane bandażem.
Nagle zalała mnie fala wspomnień z poprzedniego wieczora. Pokój zaczął wirować. Poczułam w ustach kwaśny posmak, którego nie potrafiłam przełknąć.
Nie bez powodu mój sen wydawał się taki realistyczny. Bo tak naprawę nie był snem.
Wtedy przypomniałam sobie wszystko – furgonetkę, kierowcę. Poczułam ucisk w piersi na myśl, że mogłam go stracić.
Znowu.
– Nieeeee! Preppy! Nieeeee! – krzyknęłam, czując, jak serce mi pęka na samą myśl o tym, co się mogło wydarzyć.
Zerwałam się na równe nogi i rzuciłam w stronę drzwi. Otworzyły się, zanim w ogóle przekręciłam klamkę. I ujrzałam najpiękniejszy widok w życiu: mężczyznę, którego obawiałam się już nigdy więcej nie zobaczyć.
Ogarnęła mnie niewymowna ulga, ale wciąż czułam panikę, gdy mierzyłam Preppy’ego wzrokiem od stóp do głów. Nie miał na sobie koszuli, a na ramieniu i po lewej stronie klatki piersiowej dostrzegłam zadrapania. Szelki wisiały luźno przy jego biodrach, włosy były zmierzwione, a stopy bose. Oczy wyglądały na przekrwione i podkrążone.
Wyciągnęłam rękę, spodziewając się, że przejdzie przez niego jak przez zjawę. A potem poczułam ciepło jego dłoni, gdy złapał moją dłoń. Mocno zamknęłam oczy i westchnęłam.
– Szukałaś mnie, doktorku? – zapytał Preppy.
I chociaż w jego głosie słyszałam nutkę humoru, jego oczy przysłoniło zmartwienie, bo po raz trzeci, odkąd otworzył drzwi, zmierzył mnie spojrzeniem. Poruszył sugestywnie brwiami, ale skrzywił się i wygładził palcem szwy na siedmiocentymetrowym rozcięciu pod okiem.
Zalała mnie ulga i kolana się pode mną ugięły. Preppy chwycił mnie za ramiona, zanim upadłam. Przycisnął mnie mocno do swojej piersi. Poczułam łzy pod powiekami i starałam się znaleźć odpowiednie słowa, by powiedzieć mu, co czuję, ale nie byłam w stanie. Bo w sumie nie miałam pojęcia, co czuję. Wiedziałam tylko, że zawsze chcę być przy nim.
– Wszystko w porządku? – zapytałam zaniepokojona. – A co z Bo? Gdzie on jest?
Preppy nieco się odsunął i uniósł mi głowę tak, że spojrzałam w jego bursztynowe oczy.
– Ciii. Wszystko w porządku. Nic mi nie jest. Bo tak samo. Ray i Thia zabrały dzieci na plażę na cały dzień. Bear kazał swoim ludziom ich pilnować, tak na wszelki wypadek.
Przyłożył moją dłoń do swojej nagiej piersi, jakby chciał, żebym w ten sposób upewniła się, że on naprawdę tu jest. A potem sam przyłożył mi rękę do serca. Wtedy dotarło do mnie, dlaczego Preppy jest półnagi – miałam na sobie jego koszulę.
Nie puszczając mnie, zrobił krok w moją stronę, więc weszliśmy głębiej do pokoju. Zamknął za nami drzwi.
Najwyraźniej nie tylko ja nie potrafiłam znaleźć odpowiednich słów, bo on też milczał. Staliśmy tak przez kilka minut, słuchając bicia swoich serc.
– Jak się czujesz? – zapytał Preppy, prowadząc mnie do łóżka. Usiadłam, kiedy poczułam, że dotknęłam materaca tyłem kolan. Preppy spojrzał na mnie z góry, szukając obrażeń. – Czy… ktoś cię skrzywdził? – wystękał.
– Nie. Nic złego mi się nie stało. Z tego, co wiem, niczego sobie nie złamałam. Czuję się dobrze, jestem tylko lekko obolała – odparłam. – Chociaż to wcale nie jest przyjemne – dodałam i uniosłam rąbek koszuli Preppy’ego, a potem odsunęłam bandaż z uda, pokazując mu okropną ziejącą ranę pod spodem.
– Nie zdejmuj opatrunku. Wkrótce się zagoi – powiedział Preppy i przyklęknął przede mną, kładąc ręce na moich kolanach.
– Udało ci się wydostać z tej furgonetki – powiedziałam. – Żyjesz.
– Powinnaś już wiedzieć, że śmierć mnie nie zatrzyma, doktorku – oznajmił Preppy z zarozumiałym uśmiechem. Wzruszył ramionami. – Poza tym King niemal zmiażdżył mnie swoim monstrualnym cielskiem, ale kiedy nami obróciło, to ja wylądowałem na nim. Powiedziałem wtedy temu skurwielowi, żeby odstawił shaki proteinowe, zanim zabije kogoś swoim rozmiarem. Wyświadczam ludzkości przysługę.
Uśmiechnęłam się. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że oboje wyszliśmy niemal cało z sytuacji, która mogła się skończyć o wiele gorzej. Nawet śmiercią.
Preppy westchnął i zaczął bawić się rąbkiem koszuli przy moim kolanie.
– Tak naprawdę nie mam teraz ochoty o tym rozmawiać. Chcę, żebyś odpoczęła, ale najpierw muszę cię o coś zapytać, doktorku. Widziałaś, kto to był?
Pokręciłam głową i spojrzałam na ścianę, skupiając się na zegarze z Kopciuszkiem wiszącym nad drzwiami prowadzącymi do łazienki. Liczyłam na to, że może coś rozbudzi moją pamięć.
– A może widziałaś samochód? – naciskał. – Wiesz, co to była za marka lub model?
Ponownie pokręciłam głową.
– A kolor?
Zamknęłam oczy, próbując sobie przypomnieć, ale to było na nic.
– Znajdowałam się… w bagażniku. Pociągnęłam za zawleczkę awaryjnego otwierania.
Preppy skrzywił się, ale po chwili uśmiechnął.
– To… to dobrze, doktorku. Wykazałaś się sprytem. Poza tym zawleczki awaryjnego otwierania zaczęto umieszczać w samochodach na początku dwudziestego pierwszego wieku, więc to jest jakiś początek. Coś jeszcze?
Zastanowiłam się.
– Samochód zatrzymał się, bo kierowca zauważył, że bagażnik się otworzył. Ruszył w moją stronę. Słyszałam go, ale chyba światła waszego wozu go odstraszyły. Potem pamiętam tylko to, że wasza furgonetka wpadła w poślizg i zatrzymała się parę centymetrów ode mnie. Nie wiem, co wydarzyło się dalej. Nawet nie wiem, jak się tu dostałam.
– Zemdlałaś. W wyniku szoku – oznajmił Preppy. – Zabraliśmy cię do domu.
– Nie jesteś ranny? – zapytałam, wskazując na rozcięcia na jego klatce piersiowej, z których wciąż sączyła się krew.
Preppy pokręcił głową.
– Zraniłaby mnie tylko utrata ciebie.
– Mnie również – odparłam, czując, że znowu zbiera mi się na płacz. Poczułam swędzenie na szyi i już chciałam się tam podrapać, ale wyczułam pod palcami jakiś opatrunek – Co to jest? – zapytałam, drapiąc się po gazie.
– Przestań – nakazał Preppy i delikatnie złapał mnie za nadgarstek, po czym przycisnął usta do moich knykci. – To tylko rozcięcie. Trzeba było założyć parę szwów, i to wszystko. Lepiej ich nie rozerwij. Szwy są ogromnym utrapieniem, gdy jest się przytomnym. – Położył moją rękę na łóżku i splótł nasze palce. Dopiero wtedy rozluźniłam się, przestałam napinać ramiona i opuściłam gardę.
– Myślałem, że cię straciłem. – Preppy głaskał mnie po ramieniu, muskając moją skórę w górę i w dół. Zaśmiał się, ale bez cienia humoru. – Znowu.
– Nieee. Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz – odparłam, nachylając się w jego stronę. – Jak myślisz, kto mógł to zrobić? – zapytałam.
– Chciałem zapytać cię o to samo. Rozmawiałem z Kingiem i Bearem i wydaje nam się, że to może być powiązane z klubem. Bear stara się dowiedzieć, kto mógł współpracować z Chopem i pomóc mu zatuszować to, że przeżyłem. Prześwietlamy pracowników kostnicy, koronerów, lekarzy, pielęgniarki. Nawet pracowników domu pogrzebowego.
– Więc sądzicie, że mógł mnie porwać ktoś, kto uważa, że Bear jest o krok od odkrycia prawdy? – zapytałam.
– Może, ale to nadal nie tłumaczy, dlaczego przyszli po ciebie, a nie po mnie. Mamy też drugą teorię: wydaje nam się, że to może być ktoś, komu nie podoba się, że żyję i znowu oddycham, więc chce mnie dopaść poprzez ciebie. Z drugiej jednak strony jestem zajebistą osobą, więc nie mam pojęcia, kto mógłby to być. Przyglądamy się wszystkim. Nawet Kevinowi.
– Twojemu bratu? – zapytałam.
– Bądźmy szczerzy, doktorku. Tak naprawdę zjawił się znikąd i nadal nie mam pojęcia, o co mu chodzi. Zamierzam spędzić z nim trochę czasu. Poznam jego przeszłość – oznajmił Preppy. Zmarszczył brwi, a zmarszczki na jego czole się pogłębiły. – Dre, posłuchaj. Tak cholernie mi przykro, że…
– Nie – przerwałam mu. – Przestań. Ja też mogłam cię stracić. Nie chcę ponownie przez to przechodzić, łapiesz? Nie mogę.
Preppy wstał i nachylił się nade mną, więc musiałam położyć się na materacu. Oparł ręce na łóżku po obu stronach mojego ciała.
– Nigdy bym cię nie zostawił – odezwał się. Wyglądał, jakby był zły. – A ty nigdy nie zostawisz mnie. Czy to jasne?
– Tak – odparłam.
Powietrze między nami zgęstniało. Wyciągnęłam rękę i palcem starłam krew z zadrapania na jego klatce piersiowej. Kropla okazała się większa, niż mi się z początku wydawało. Spłynęła po mojej dłoni, malując skórę czerwienią.
Uniosłam głowę i zobaczyłam, że teraz krew zebrała się wokół jednego z twardych sutków Preppy’ego. Zacisnęłam uda, ignorując ból i napięcie w nogach. Postanowiłam skupić się na tym, jak nozdrza Preppy’ego dziko zafalowały, kiedy spojrzał na krew na mojej dłoni.
Następnie skupił wzrok na swojej klatce piersiowej. Moje ciało zapłonęło i nagle zakręciło mi się w głowie. Dreszcze przebiegły mi po kręgosłupie.
Wyciągnęłam rękę, by znowu go dotknąć, a kiedy ją zabrałam, zauważyłam, że drżę.
– Cholera – zaklął Preppy, gdy zauważył, że krew płynie wolnym strumykiem. Potem przeniósł wzrok na mnie. Żadne z nas nie ruszyło się, by wytrzeć krew, po prostu na siebie patrzyliśmy.
Zrobiło mi się sucho w ustach.
Czego nie mogłam powiedzieć o majtkach.
Preppy odetchnął głęboko. Z jego gardła wydobył się pomruk. Na ten dźwięk całe moje ciało zaczęło drżeć ze zniecierpliwienia. Preppy złapał w garść koszulę, którą miałam na sobie, i ją rozerwał. Guziki posypały się na łóżko i podłogę.
– To była twoja koszula – zauważyłam, oddychając ciężko. Zaczerwieniłam się.
Preppy przesunął wzrokiem po moich odsłoniętych piersiach i twardych sutkach. Moje ciało ożyło.
– Mam to, kurwa, gdzieś – odparł. – Dla takiego widoku rozdarłbym każdą koszulę, którą mam. Każdego dnia chodziłbym półnagi, żeby ujrzeć cię w ten sposób chociaż przez sekundę.
Preppy oderwał wzrok od mojego ciała i spojrzał mi w oczy.
Jedno uderzenie serca. Dwa.
A potem wszystko potoczyło się szybko.
Wbił swoje usta w moje, kiedy tama wniesiona z troski o siebie nawzajem pękła i powietrze zalała fala czystego, nieokiełznanego pożądania. Ochota i potrzeba, by nawzajem poczuć na sobie swój dotyk, była wyczuwalna wszędzie, nawet w oddechu. Nasze języki stykały się i plątały. Złapałam w garść włosy Preppy’ego i przyciągnęłam go bliżej siebie. Wciąż nie byliśmy wystarczająco blisko.
I chyba nigdy nie będziemy.
Preppy wsunął mi rękę pod biodra i uniósł je, by przycisnąć mnie do swojej twardej męskości. Jęknęłam, czując żar przez materiał jego spodni. Złapał mnie pod pośladkiem i owinął sobie moją nogę w talii.
Poruszaliśmy się przy sobie. Wiliśmy. Jęczeliśmy, rozpaczliwie chcieliśmy poczuć cokolwiek, co nie jest przerażeniem czy ulgą.
Chcieliśmy poczuć się żywi.
A nikt na świecie nie sprawiał, że czułam się żywa, tak jak Preppy.
Włożyłam rękę między nas i rozpięłam mu spodnie. Na chwilę uniósł biodra, bym mogła mu je ściągnąć wraz z bokserkami. Kopnięciem pozbył się ubrań, a następnie położył się znowu na mnie i wrócił do tego, co robił. Jego usta nakryły moje. Jego fiut znalazł się tuż przy moim wejściu, a dzielił nas tylko materiał moich majtek.
Preppy zostawił moje usta, by skupić się na twardych sutkach – wziął jeden z nich do ust, pieścił go językiem, jednocześnie wbijając mi palce w pośladek. Wiłam się pod nim i wiedziałam, że jeszcze chwila, a dojdę od samego tarcia jego fiuta przez majtki.
– Kurwa, potrzebuję cię, doktorku. Teraz – zażądał Preppy zachrypniętym i głębokim głosem.
Nawet nie pofatygował się, by ściągnąć mi bieliznę – nie było na to czasu. Nie mogliśmy już wytrzymać z pożądania. Zahaczył palcami o mokry materiał moich majtek i odsunął go na bok, po czym ustawił swojego fiuta przy moim wejściu. Kiedy poczułam gorącą jedwabistą skórę jego twardej męskości w miejscu, gdzie potrzebowałam go najbardziej, fala przyjemności zalała całe moje ciało.
Zadrżałam.
– Tak. Teraz. Potrzebuję cię teraz! – nakazałam, czując, że moje wnętrze zaciska się na pustce i rozpaczliwie pragnie zostać wypełnione.
Preppy złapał swojego fiuta w garść, a potem szybko znalazł się nade mną i nasze usta ponownie się złączyły. Odszukał swoim językiem mój i wtedy jego penis wsunął się we mnie, rozciągając mnie i wypełniając w cudowny sposób centymetr po centymetrze, aż zaczęłam niezrozumiale jęczeć jego imię, poruszając biodrami, by jeszcze lepiej przyjąć jego potężny rozmiar. Każdy ruch mojego ciała rozpalał we mnie kolejną iskrę.
Przyjemność stała się tak wielka, że aż bolała. To był piękny ból i nie chciałam, by kiedykolwiek się skończył.
– Kurwa – jęknął Preppy i oderwał ode mnie usta, by zobaczyć, gdzie nasze ciała się łączyły. Wysuwał się ze mnie odrobinę, by po chwili znowu wejść mocniej i głębiej. – Cholera, Dre. Jest mi tak dobrze. Za każdym, kurwa, razem. – Znowu odsunął biodra i wsunął się we mnie, mamrocząc przy tym przekleństwa pod nosem. Powtarzał ten posuwisty ruch, aż w końcu znalazł się we mnie w pełni. To cudowne uczucie rozciągania sprawiło, że moje ścianki zacisnęły się na jego męskości. Oboje sapnęliśmy.
Rozcięcie na jego piersi nie przestało krwawić, tylko że teraz krew zaczęła kapać z klatki piersiowej na mój brzuch. Tarcie naszych ciało o siebie spowodowało, że bandaż na moim udzie się poluźnił. Wrażliwe zaróżowione ciało ocierało się o Preppy’ego, który podparł się na łokciach nade mną. Jego krew z każdym mocnym pchnięciem kapała na moje piersi, malując na bladej skórze tatuaż składający się z czerwonych maźnięć i zawijasów.
Nie przestaliśmy. Nie mogliśmy.
Pewnie nie zatrzymalibyśmy się, nawet gdybym przez okno wpadł tu rozpędzony pociąg. Może dlatego, że ja i Preppy byliśmy poniekąd jak takie rozpędzone pociągi. I jeśli mamy się wykoleić, to zrobimy to razem, złączeni, krzycząc przy tym nawzajem swoje imiona.
Jego pchnięcia stały się jeszcze potężniejsze. Jeszcze bardziej agresywne.
Tak jak jego słowa.
– Nigdy mnie nie zostawisz. Powiedz to. Nigdy mnie, kurwa, nie zostawisz – warknął Preppy.
Chciałam to powiedzieć, ale dosłownie rżnął mnie tak, że traciłam zmysły. Zaczynałam widzieć gwiazdki przed oczami, kiedy wlewał te słowa w moje serce tak samo, jak pieprzył moją cipkę – z pasją, nieustępliwie, brutalnie, gorączkowo.
Właśnie tak między nami było.
Preppy uniósł mi ręce nad głowę, przytrzymał nadgarstki i wbił we mnie swój ogromny członek. Nie przestawał – w ten sposób karał mnie i sprawiał przyjemność. Dzięki niemu znalazłam się na skraju ekstazy.
Niemal nie zwróciłam uwagi na ból, który eksplodował w dole moich pleców, kiedy uniosłam biodra, by napotkać jego pchnięcia. Nasz seks stał się dziki i lekkomyślny. Gdzieś po drodze zgubiliśmy rytm i teraz było to tylko pierwotne, brutalne pieprzenie.
Preppy rżnął mnie coraz szybciej i szybciej. Po każdym pchnięciu i wysunięciu się ze mnie czułam ogrom czystej przyjemności, która mnie zalewała. Krzyknęłam jego imię, gdy już nie mogłam wytrzymać, a jednocześnie wciąż było mi mało.
– Preppy! Preppy! – Z każdą chwilą moje krzyki tuż przy jego uchu stawały się głośniejsze.
– Nigdy więcej mnie nie zostawiaj! – powtórzył Preppy. – Spójrz na mnie, doktorku, patrz, jak dla ciebie dochodzę.
Bez sensu – przecież i tak nie potrafiłam oderwać od niego wzroku. W tym, jak mięśnie jego szyi się napinały, tkwiło jakieś piękno. A także w tym, jak zaciskał zęby. Cały był piękny.
Fiut Preppy’ego zapulsował we mnie, a ja jęknęłam długo i głośno, bo co chwilę ocierał się o wrażliwe miejsce w moim wnętrzu. Preppy rozchylił wargi, napiął mięśnie ramion. Na jego czole pojawił się pot, kropelki spływały po skroniach, potem po kolorowych tatuażach zdobiących jego szyję.
Nie odrywał ode mnie wzroku i nawet nie mrugnął, gdy doszedł. Wyjęczał moje imię, zalewając mnie swoim gorącym spełnieniem. Znowu stałam się jego.
Otworzyłam usta, by wypowiedzieć słowa, które tak chciał usłyszeć: że nigdy go nie opuszczę. Jednak nie mogłam tego zrobić, bo jego ostatnie pchnięcie mnie również doprowadziło do orgazmu, przerwało wszystkie spójne myśli w mojej głowie i wywołało we mnie wir czystej przyjemności.
Wygięłam plecy w łuk, wbiłam palce w idealny tyłek Preppy’ego i bezwstydnie otarłam się o niego, ujeżdżając oślepiające fale spełnienia, które mną wstrząsały.
Kiedy znowu mogłam się skupić, otworzyłam oczy i zauważyłam, że Preppy oparł czoło o moją klatkę piersiową i otoczył mnie ramionami w talii. Przesunęłam dłonią przez jego włosy, a potem pogładziłam jego policzek. Zaskoczona poczułam wilgoć pod palcami.
Kiedy Preppy uniósł głowę, by na mnie spojrzeć, ujrzałam łzę na jego policzku, a na drugim rozmazaną krew, którą starł z mojej klatki piersiowej.
Zakaszlałam, a moje serce zamarło na chwilę, bo ogarnął mnie szok wywołany emocjami. Ujęłam jego twarz w dłonie i w końcu odpowiedziałam na jego wcześniejsze żądanie.
– Samuelu Clearwaterze, obiecuję, że nigdy cię nie opuszczę – wyszeptałam. Głos drżał mi tak samo, jak kończyny. – Kocham cię.
Preppy przymknął oczy. Na jego twarzy leniwie rozciągnął się uśmiech satysfakcji. Ponownie położył głowę na mojej klatce piersiowej.
– Miłość to niedopowiedzenie, doktorku – oznajmił i ziewnął.
Moje serce nabrzmiało. Uśmiechnęłam się sennie, nie przestając przeczesywać włosów Preppy’ego palcami, dopóki oboje nie odpłynęliśmy.
Spaliśmy do późnych porannych godzin i spalibyśmy dalej, gdyby nie obudził nas wystrzał z broni.
ROZDZIAŁ 4
Preppy
– CHOLERA! – krzyknęła Dre i wyskoczyła z łóżka.
Momentalnie spadłem na podłogę, by do tej pory spałem na Dre jak na najwygodniejszej poduszce, na jakiej kiedykolwiek położyłem głowę.
– Jeśli chcesz na ostro, to możemy to załatwić, skarbie – wymamrotałem, wciąż zaspany.
– Co? – zapytała Dre.
Otworzyłem powieki i spojrzałem w piękne ciemne oczy, które wyglądały na bardzo zdezorientowane.
– Co właściwie się dzieje? Próbowałaś pobić mnie we śnie? Bo to wydaje mi się lekko nie fair – odparłem zaspanym głosem, pocierając oczy.
Rozkoszowałem się widokiem nagiej Dre, która klęczała na podłodze, wypinając mały sterczący tyłek. Wciąż była pokryta smugami krwi, która teraz już zaschła. To było piękne przypomnienie tego, jak spędziliśmy czas, zanim padliśmy z wyczerpania.
– Myślę, że ktoś tam strzela – wyszeptała Dre i kucnęła obok mnie przy łóżku. Za oknem rozległ się znajomy huk. – Słyszysz? Znowu ten dźwięk.
– Nikt do nas nie strzela – powiedziałem, przyciągając do siebie swoją kobietę i sadzając ją na kolanach. Ustawiłem ją tak, by mogła wyjrzeć przez okno na podjazd i zobaczyć bardzo stary brązowy rzęch, który jak sądziłem, zaraz pojawi się na podjeździe. Znowu rozległ się huk i tym razem towarzyszyły mu delikatne obłoki dymu wydostającego się z rury wydechowej.
Dre natychmiast się rozluźniła.
– Kto to? – zapytała i stanęła na łóżku na palcach, by lepiej widzieć.
Stanąłem za nią, by móc podziwiać jej tyłek i ładnie wyrzeźbione nogi. Kiedy dotarło do niej, że jej nie odpowiedziałem, już chciała się odwrócić w moją stronę, jednak postanowiłem jej w tym przeszkodzić i otoczyłem ją ramionami w talii, opierając podbródek na jej ramieniu. Wskazałem na drzwi od strony kierowcy, które właśnie się otworzyły.
– To – powiedziałem – jest prawdziwy złom. – Kevin wysiadł i zapalił papierosa. – A to, jak już za pewne wiesz, jest mój braciszek.
– A co on tutaj robi?
– Zadzwoniłem do niego. Ostatnio wspominał coś o tym, że chciałby dla mnie pracować – oświadczyłem. – Więc kazałem mu tu przyjechać.
Dre obróciła się w moich ramionach i uniosła brew.
– Nie ma dobrego momentu na to, by dowiedzieć się, czy twoja rodzina chce zabić twoją żonę – wyjaśniłem. – Więc równie dobrze możemy mieć to z głowy już teraz.
Zanim za bardzo się do siebie zbliżymy.
– Co dokładnie zamierzasz zrobić? – zapytała Dre, jakby wiedziała, że w tej historii musi chodzić o coś więcej.
I miała rację. Chodziło o coś więcej. Otoczyła mnie ramieniem za szyję i wtuliła twarz w moją klatkę piersiową. Mój fiut, wyczuwszy muskające go nagie ciało Dre, drgnął jak na zawołanie. Dre spojrzała w dół na mój twardy członek. Oblizała wargi i posłała mi pytające spojrzenie.
– Nie wiń mnie. Jeśli podejdziesz do psa i poklepiesz go za uszami, uniesie głowę zainteresowany.
Dre zaśmiała się, a potem pisnęła, bo pochyliłem się i złapałem ją w talii, a następnie rzuciłem na łóżko. Jej cycki podskoczyły, kiedy umościła się na poduszkach. Podszedłem do niej na czworakach i jednym ruchem obróciłem ją na brzuch. Przesunąłem dłonią po jej plecach aż do pośladków i z powrotem.
– A więc… – zaczęła, a jej policzki się zaczerwieniły, kiedy wsunąłem palec między jej pośladki. – Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
– Jakie pytanie? – Skupiłem się na jej błyszczącej cipce, która już była dla mnie mokra.
– Co do Kevina. Chcesz się o nim dowiedzieć czegoś więcej. Zaprosiłeś go tutaj. A ja pytałam o to, co dokładnie zamierzasz z nim zrobić – dokończyła. Klepnąłem ją w pośladek, a ona spuściła głowę i jęknęła w poduszkę.
– Kevin chce się wkręcić w rodzinny biznes – powiedziałem, przesuwając palcem po czerwonym śladzie, który właśnie zostawiłem na jej idealnym tyłku. Obejrzała się na mnie ponad ramieniem, a ja posłałem jej przebiegły uśmiech. – Więc zamierzam mu ten rodzinny biznes pokazać.
Rozsunąłem jej nogi kolanem i złapałem fiuta w garść, po czym wszedłem w jej mokrą, ciasną cipkę.
– Ale Kevin może poczekać. – Jęknąłem, przymykając powieki, bo tak mi było dobrze, gdy jej cipka zaciskała się wokół mnie. – Najpierw muszę zająć się czymś innym.
– Och, naprawdę? – zapytała, wypinając biodra w moją stronę. Niemal słyszałem uśmiech w jej głosie. – A czym?
Wszedłem w nią znowu mocno, aż znalazłem się tak głęboko w jej magicznej cipce, jak tylko jej ciało mi na to pozwalało.
– Tobą.
***
Pół godziny później wyszedłem z domu i biegnąc, przybiłem piątki ze stojącymi przy wejściu motocyklistami z klubu Lawless. Zeskoczyłem z ganku po trzy stopnie naraz i stanąłem przed Kevinem.
– Masz krew na szyi – zauważył.
Zmarszczyłem brwi i postanowiłem jej nie ścierać. Dzieciak we mnie chciał się przechwalać przed bratem każdym szczegółem tego, co ja i Dre robiliśmy rano w łóżku. Z drugiej strony dorosły we mnie – dopiero niedawno dowiedziałem się, że taki istnieje – szybko przypomniał mi, że Dre jest moją żoną. Ogarnęło mnie uczucie zaborczości, którego do tej pory nie znałem. MOJA. MOJA. MOJA – przelatywało mi przez głowę.
Zgromiłem Kevina wzrokiem, jakby wcześniej obserwował, jak się z Dre pieprzymy, albo jakby jakimś cudem zajrzał mi do głowy i zobaczył ją tam nagą.
– Eee, jesteś pewien, że chcesz się tym zająć dzisiaj? – zapytał Kevin, wkładając dłonie do kieszeni plażowych spodenek. – To znaczy po tym wszystkim, co wydarzyło się ostatniej nocy…
Okręciłem kluczyki na palcu.
– Posłuchaj, stary, życie jest krótkie. Kto jak kto, ale ja dobrze to wiem. Trzeba czerpać z niego garściami. Carpe diem, póki się da, i tak dalej. – Machnąłem ręką w powietrzu. – Poza tym motocykliści pilnują mojej rodziny, więc na razie jest okej. Nie zejdzie nam zbyt długo.
Spojrzałem w okno na piętrze i zauważyłem kurtynę błyszczących czarnych włosów, które szybko zniknęły.
– Ona jest cholernie seksowna, bracie – powiedział Kevin, również patrząc w to okno.
– To prawda – zgodziłem się i poklepałem go po plecach, a potem mocno wbiłem mu palce w ramię i poprowadziłem go w stronę vana Beara. – Tknij ją, a odetnę ci obie dłonie. Jasne?
***
– Leave the pieces when you goooooo – zaśpiewałem, podrygując nogą w rytm piosenki The Wreckers, którą słyszałem w głowie. Kevin i ja właśnie staliśmy przed vanem na pustym polu za miastem.
– Co my właściwie tutaj robimy? – zapytał Kevin. – Myślałem, że zabierzesz mnie do Zielarni. Pokażesz mi system. No wiesz, jak hodować i jak zbierać. Tego typu rzeczy.
Cmoknąłem.
– Och, nie, mój drogi bracie. Zanim zostaniesz szefem kuchni, musisz zmyć w chuj dużo naczyń. – I właśnie w tej chwili zza rogu wyłoniła się furgonetka ciągnąca przyczepę i przemierzyła pole przez środek, kołysząc się na boki, bo jechała przez wyboistą ziemię. – Jesteś pewien, że tego chcesz?
– Tak – odparł Kevin. – Co to ma być?
– To są naczynia.
Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak każda inna furgonetka z przyczepą, której towarzyszył irytujący, piszczący dźwięk przy parkowaniu. W końcu się zatrzymała i silnik zgasł.
Jake Dunn, pieprzony blond diabeł we własnej osobie, zeskoczył z fotela kierowcy i obszedł pojazd od tyłu. Otworzył drzwiczki, ignorując naszą obecność. Odsunąłem na bok Kevina, żeby nie uderzyły go drzwi, które wypadły na ziemię, wznosząc w powietrze chmurę pyłu.
– Chwila, co to ma wszystko znaczyć? – zapytał Kevin, patrząc na przyczepę.
W środku zobaczyłem w całości wykonane z metalu sterylne wnętrze. Na hakach na ścianie wisiały ostre narzędzia – noże, coś, co przypominało maczety, a także kilka węży i szpikulców do lodu. Pośrodku przyczepy znajdował się pasujący metalowy stół z odpływem po jednej stronie. Dokładnie za siedzeniem kierowcy na ściance wisiał mały zlew.
Wyciągnąłem rękę niczym modelka z teleturnieju Dobra cena.
– To się nazywa przenośna mordownia, przyjacielu – poinformowałem Kevina i zapaliłem papierosa. – A ten przystojny blond dżentelmen to Jake. A skoro jesteśmy tu, by się uczyć, to lekcja numer jeden brzmi: nie mów Jake’owi, że wygląda jak były członek boysbandu albo jakby wyszedł z magazynu „Bravo”. Właściwie nie mów nic, co określiłoby go inaczej niż jako podłego skurwiela, którym zresztą jest.
Jake rzucił mi mordercze spojrzenie, ale jego niebieskie oczy błysnęły.
Ten facet był chodzącą sprzecznością.
Otoczyłem Kevina ramieniem.
– Nie, inaczej. Lekcja numer jeden: nie odzywaj się do Jake’a. Nigdy – powiedziałem. Skinąłem głową na Jake’a. – Dzień dobry, słoneczko! – krzyknąłem, ignorując własną zasadę.
Jake stęknął.
– Kto to ma, kurwa, być?
– Nie wiedziałeś? To jeden z tych dni, gdy przyprowadzamy do pracy braci, o których istnieniu do niedawna nie mieliśmy pojęcia.
Jake spojrzał na Kevina, jakby już go nienawidził. I pewnie tak było. Bo to Jake. Nie trzeba tego wyjaśniać.
– Lekcja numer dwa – kontynuowałem, podając Kevinowi zapalniczkę, którą podpalił swojego szluga. Spojrzałem na jego spodenki. – Dopasuj strój do pracy.
– A co to ma dokładnie znaczyć? – zapytał Kevin, patrząc na swój poplamiony i pognieciony Tshirt z napisem CORAL PINES i klapki, jakby nie było w tym nic dziwnego.
– To znaczy, że masz więcej nie wkładać kąpielówek, chyba że zamierzasz podrywać laski na plaży. Ubierasz się jak student, który zapomniał zrobić pranie. Miej trochę godności, dzieciaku.
Kevin prychnął.
– Jak mam się odpowiednio ubrać do pracy, skoro nawet nie wiem, jakie zadania będę wykonywać? Nie mam pojęcia, czym ty się właściwie zajmujesz – stwierdził Kevin. Brzmiał na sfrustrowanego.
– Mówiłem ci – powiedziałem i w tej chwili Bear i King przyjechali starą furgonetką Kinga. – Będziesz mył naczynia.
King i Bear okrążyli pojazd i obniżyli tylną klapę. Razem wyciągnęli coś, co miało mniej więcej metr osiemdziesiąt długości, było owinięte w folię i zawiązane liną. Przynieśli go… to znaczy, przynieśli TO do przyczepy i położyli na stole z głośnym hukiem.
– Mamy zostać i pomóc? – zapytał King i skinął na powitanie Jake’owi, który opierał się właśnie o stół, nogi miał skrzyżowane w kostkach, a ramiona założone na piersi.
– Dzięki, damy sobie radę, szefie – odparłem.
King i Bear spojrzeli na nas sceptycznie – tak samo patrzyli na mnie, gdy powiedziałem im, jakie mam plany wobec Kevina na dzisiaj.
– To dobrze, bo i tak musimy pomóc pewnemu dupkowi się przeprowadzić – powiedział Bear.
– Tak, a ten dupek unika własnej przeprowadzki, dacie wiarę? – zapytał King. Bear pokręcił głową, a ja zasalutowałem mu środkowym palcem. Odjechali.
– Eee… Co to ma, do cholery, być? – zapytał Kevin, patrząc na stół w przyczepie.
– Nawóz – odparłem.
– Poważnie?
– Nie. – Westchnąłem. – To plastikowa torba o kształcie człowieka, Kevin. Co to według ciebie może, kurwa, być? – Pstryknąłem mu palcami przed twarzą, by skoncentrował się na moich słowach. – A teraz słuchaj, mój uczniu.
– Kto to jest? – zapytał Kevin, zbyt skupiony na tym, co się działo w przyczepie, by na mnie patrzeć. Śledził wzrokiem każdy ruch Jake’a, który właśnie ostrzył swoje noże.
– Martwi nie mają imion – powiedziałem
– To z Gry o tron – zauważył Kevin.
– Ale to nie znaczy, że to nieprawda.
Jake wskazał na drzwi, więc Kevin i ja razem je podnieśliśmy. Trzymaliśmy, dopóki nie usłyszeliśmy kliknięcia ze środka, co oznaczało, że znalazły się na miejscu.
– I co teraz? – zapytał Kevin.
Zapaliłem papierosa i podałem mu go, a potem zapaliłem jednego dla siebie.
– Teraz będziemy czekać. – Oparłem się o ścianę przyczepy.
– A tak w ogóle po co to coś? – zapytał Kevin, patrząc przez ramię na zamknięte drzwi przyczepy.
– Cóż, jeśli Jake nie używa jej właśnie do żadnych niecnych celów, jest wykorzystywana przez farmerów do uboju bydła, żeby nie płacić kroci za transport zwierząt do ubojni i z powrotem.
– Uboju? – zapytał Kevin i podrapał się po gładkim podbródku.
– Tak, słyszałem o tym na kanale podróżniczym – powiedziałem. – Jeśli prowadzący program nie chce mówić „brutalnie podcinają ich gardła, by spuścić z nich całą krew”, to mówi „ubój”. Dzięki temu mordowanie naszego pożywienia brzmi o wiele przyjemniej, nie sądzisz?
– A co on tam robi? – dopytywał Kevin.
Nie wiedziałem o nim zbyt wiele, rozmawialiśmy ze sobą tylko kilka razy, i to krótko. Ale wiedziałem, że ten dzieciak nie jest głupi. Fakt, zapytał, co Jake zamierza zrobić, ale coś mi mówiło, że już znał odpowiedź.
Z przyczepy dobiegł mnie odgłos piły mechanicznej, a potem coś chlupnęło na drzwi. Oparłem się o nie i zwróciłem do Kevina.
– To geniusz, nie sądzisz? – zapytałem i puściłem do niego oko.
Kevin obserwował przyczepę, jakby to, co znajdowało się w środku, miało zaraz przenieść się na zewnątrz i on właśnie to sobie wyobrażał. Wtedy zrozumiałem, że oczy miał szeroko otwarte, ale nie ze strachu.
Tylko z zafascynowania.
Punkt pierwszy dla braciszka.
– Wygląda na to, że zdałeś pierwszy test. Przez chwilę obawiałem się, że zaraz niewłaściwie zareagujesz – przyznałem. Właśnie w tej chwili Jake trzykrotnie uderzył w drzwi od wewnątrz.
Odeszliśmy na bok i pozwoliliśmy drzwiom znowu opaść na ziemię. Kevin znajdował się po jednej ich stronie, ja po drugiej.
Kiedy Jake wyszedł, nie miał na sobie koszulki. Wokół szyi i talii miał zawiązany czarny gumowy fartuch. Był tak długi, że zakrywał górną część jego butów. Nikt nie poznałby błyszczącej substancji na czubkach jego butów, dopóki nie spojrzałby za Jake’a na scenę w przyczepie. Z każdej powierzchni kapała czerwień w przeróżnych odcieniach, znajdowała się wszędzie – na każdej ścianie i narzędziu.
– Widzisz, cywilom śmierć przeszkadza. Myślę, że to przez całą tę krew, flaki i okropieństwa. To ich najbardziej rusza. – Machnąłem papierosem w powietrzu. – Ale nienawiść i zemsta po jakimś czasie przyzwyczajają nas do takich rzeczy. Wymywają z nas poczucie dobra i zła. Poczucie winy. I to wszystko.
Kevin wyprostował ramiona.
– Ja nie jestem cywilem – oponował.
– Naprawdę? – Przekrzywiłem głowę na bok. – To kim jesteś?
Wzruszył ramionami. Wyglądał tak, jakby przez chwilę się nad tym zastanawiał, a potem spojrzał mi w oczy.
– Jestem Clearwaterem.
Nie odpowiedziałem, bo z jakiegoś powodu przez jego słowa poczułem się głupi. Na szczęście Jake nam przerwał, bo przeszedł po leżących na ziemi drzwiach. Zapalił szluga, rozluźnił ramiona. Strzyknęło mu w szyi. Wskazał na chłodziarkę stojącą niedaleko.
– To dla was – powiedział z lekkim uśmiechem.
– Chcesz się z nami zabrać, stary? – zapytałem.
Kevin podniósł chłodziarkę z jednej strony i szybko ją odstawił, gdy dotarło do niego, jaka jest ciężka.
W oczach Jake’a błysnęło rozbawienie. Pokręcił głową.
– Nie mogę. O czwartej moje dzieci występują w balecie.
– Jasne. Mój chce się zapisać na MMA – odparłem. Nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu, gdy przypomniałem sobie, jak Bo jakieś tysiąc razy wskazywał na walkę w telewizji, a potem na siebie, cały czas podskakując. Jake spojrzał na mnie, jakby na środku czoła wyrósł mi kutas. – To długa historia. Opowiem ci kiedyś przy ciele.
Dawniej nie rozumiałem, jak to jest, że za dnia Jake jest niemal jak seryjny morderca, a wieczorem bawi się w tatusia. Tak było, dopóki sam nie założyłem rodziny. Teraz go za to szanowałem.
Kiedy byłem młodszy, Grace powiedziała mi, że można być niegrzecznym chłopcem, a jednocześnie dobrym człowiekiem. Chyba w końcu zrozumiałem, o co jej chodziło.
Jake odkręcił kurek przy wężu i zaczął polewać wnętrze przyczepy. Zabarwiona czerwienią woda przedostawała się do odpływu, a potem na zewnątrz za pojazdem, tworząc krwawy miniwodospad. A on pogwizdywał, pracując, jak jebany ósmy krasnoludek.
Policzki Kevina przybrały różowy kolor, potem czerwony, gdy mocował się z ciężką chłodziarką. W końcu pomogłem mu zanieść ją do vana i ustawić w środku między workami ze śmieciami, które wcześniej specjalnie ułożyłem.
Zasunąłem drzwi.
– I co teraz? – zapytał Kevin. Uśmiechnąłem się.
– Teraz? Teraz się, kurwa, zabawimy.
Dwadzieścia minut później znaleźliśmy się na starym ślizgaczu Billy’ego i płynęliśmy przez bagno. Zmieniłem piosenkę, którą nuciłem, z Leave the Pieces na Piece of Me Britney Spears.
Tego dnia te „kawałki” rzeczywiście były moim motywem przewodnim.
Zatrzymaliśmy się w moim ulubionym miejscu. Cóż, a przynajmniej ulubionym miejscu przeznaczonym do tego, czym się właśnie zajmowaliśmy. To była polana tuż obok piaszczystej mierzei, znajdująca się za ścianą drzew w miejscu, gdzie bagno spotykało się z rzeką. Tuż za wyspą Kinga. Gdy byliśmy dziećmi, nazwałem to Wyspą Skurwiela.
Kevin pomagał mi wrzucić kawałki tego, który znajdował się w workach – to sprawa klubu, nie moja – do wody dla aligatorów, które już otaczały łódź.
– Cóż, młody. Chciałeś zostać wtajemniczony – oświadczyłem – więc zostałeś.
Kevin wrzucił zawartość kolejnego worka, chyba kolano, do wody. Rozległo się chlupotanie, gdy aligatory zaczęły walczyć o kolację składającą się z ludzkiego ciała. Kevin zaśmiał się i oparł stopy na brzegu łodzi. Słońce zaczęło zachodzić.
– Dzięki, Preppy – powiedział i wytarł dłonie w shorty.
Pokiwałem głową i przechyliłem chłodziarkę, by resztki krwi spłynęły do wody. Odłożyłem ją na bok i poklepałem Kevina po ramieniu, uśmiechając się promiennie.
– Witaj w jebanym rodzinnym interesie, młody. A skoro już mowa o rodzinie – ciągnąłem – to tak naprawdę nie mieliśmy jeszcze okazji o tym porozmawiać. Zamierzasz mi kiedykolwiek powiedzieć, skąd wiesz, że jestem twoim bratem?
– Nie ma zbyt wiele do opowiadania na ten temat – stwierdził Kevin, opierając się o brzeg łodzi. Za jego plecami w wodzie roiły się aligatory. – Urodziłem się na północy Florydy, w małym miasteczku niedaleko Daltony. Moją matką jest ta sama kobieta, która wypchnęła na świat ciebie.
– Opowiadała ci o mnie? – zapytałem. – Bo jakoś ciężko mi uwierzyć w to, że kobieta, która zostawiła mnie jak starą, niepotrzebną kanapę, w ogóle wypowiedziała moje imię. Po tym, jak spierdoliła.
Kevin pokręcił głową.
– Nie, nigdy nie wspomniała o tobie nawet słowem. Chyba w ogóle się do mnie nie odzywała, jak pamiętam. Jakiś gliniarz znalazł mnie błąkającego się po autostradzie w pieluchach, gdy byłem mały. Oddali mnie do opieki społecznej. Dorastałem w systemie.
– Wierz mi lub nie, ale z nas dwóch to ty miałeś więcej szczęścia – przyznałem.
Kevin westchnął i przewrócił oczami.
– Jasne, jeśli bycie bitym przez rodziców zastępczych można nazwać szczęściem. Albo to, że nie dostawałem jedzenia, bo nie byłem jednym z ich „prawdziwych” dzieci. Albo to, że pozwoliłem kierowcy ciężarówki obmacać się za knajpą w zamian za ciepły posiłek.
Współczułem dzieciakowi. Poważnie. Jednak nic nie mogłem poradzić na to, jak działa mój umysł – więc wybuchnąłem śmiechem.
– Sądzisz, że to zabawne? – zapytał Kevin i wstał, a łódź zakołysała się.
– Tak, właściwie to tak.
– Dlaczego? – zapytał Kevin. Wyglądał na przerażonego i cholernie wkurzonego. Zacisnął pięści po bokach.
– Siadaj – nakazałem.
Prychnął, ale zajął miejsce i defensywnie skrzyżował ręce na piersi.
Nachyliłem się, opierając łokcie na kolanach.
– Chcesz wiedzieć, dlaczego uważam, że to takie śmieszne? – zapytałem. Teraz w moim głosie nie było cienia humoru.
– Oświeć mnie – warknął Kevin.
– Bo zabiłbym, żeby zamienić się z tobą miejscami. Według ciebie to, że jakiś kierowca ciężarówki cię obmacał, jest straszne? Proszę cię, gdybym mógł, pozwoliłbym tuzinowi kierowców walić mi konia, byle tylko nie przeżyć tego, co przeżyłem. – Pochyliłem się w jego stronę. – Wszystko byłoby lepsze niż bycie zgwałconym przez ojczyma i zostawionym przez matkę jak niechciany mebel. Zostawiła mnie i kazała mi żyć z jebanym pedofilem.
Kevin otworzył usta, a potem je zamknął. Podrapał się po swoich zmierzwionych włosach.
– Co stało się z tym ojczymem?
– Zmarł w wyniku tragicznego planowanego wypadku.
– Zabiłeś go?
– King go zabił – odparłem. Wstałem i wskazałem na aligatory otaczające łódkę. – To było jego pierwsze zabójstwo. I dzięki temu znaleźliśmy to miejsce.
– Cholera, stary – rzucił Kevin, pocierając oczy. – Przepraszam, nie wiedziałem, że…
– Więc moje prawo do dzieciństwa zostało trochę bardziej pogwałcone niż twoje. Już mi przeszło, żyjemy dalej. – Machnąłem ręką. – Okej, to powiedz, jak, do cholery, skończyłeś w Logan’s Beach? – zapytałem, sięgając do chłodziarki, tej, która nie była przeznaczona na części ciała. Wyciągnąłem dwa piwa i rzuciłem mu jedno.
– Przyjechałem tu, by znaleźć ciebie – odparł Kevin.
– No i?
– Okazało się, że nie żyjesz. – Patrzył wszędzie, byle nie w moje oczy, kiedy upijał długi łyk z puszki. Zrobiłem to samo. Skończyliśmy jednocześnie, razem zgnietliśmy puszki o udo i wytarliśmy usta wierzchem dłoni.
Zaśmialiśmy się, gdy dotarło do nas, że robiliśmy dokładnie to samo. Wtedy zacząłem zauważać między nami podobieństwa. Najbardziej różniły się nasze włosy – jego były gęste, zmierzwione, dawno powinny zostać przycięte. Miał jednak taki sam kształt twarzy jak ja, tylko że ja miałem na swojej wyjątkowo dobrze wystylizowaną brodę. Nasze oczy miały ten sam piwny odcień, chociaż może jego wydawały się szerzej rozstawione. Byliśmy chyba tego samego wzrostu, jednak ja wyglądałem na trochę bardziej umięśnionego, bo kilka miesięcy temu zacząłem ćwiczyć z Kingiem.
King nazwał to „treningiem przywracającym mnie do stanu doskonałości”. I teraz ćwiczyliśmy codziennie.
Kevin otworzył kolejne piwo i mi je rzucił.
– Dowiedziałem się o tobie, bo kiedy skończyłem osiemnaście lat, rodzina zastępcza wykopała mnie z domu. Nie miałem dokąd się udać. Pracowniczka pomocy społecznej trochę poszperała i powiedziała mi, że mam brata. Dostałem twoje nazwisko i prawdopodobne miejsce pobytu. Nic więcej. – Uniósł głowę i spojrzał na mnie. – Wiedziałeś, że jesteś tu poniekąd sławny?
– Chyba raczej niesławny – podsunąłem.
– Nazwij to, jak chcesz. Rzecz w tym, że z kim bym nie gadał, wszyscy cię znali lub o tobie słyszeli. Nawet sprawdziłem twoją policyjną fotografię, żeby wiedzieć, jak wyglądasz. Kilka razy przejeżdżałem obok twojego domu, żeby zobaczyć, gdzie mieszkasz, a potem usłyszałem, że kopnąłeś w kalendarz. Raz odwiedziłem twój grób. Przyniosłem ci piwo. – Zagryzł wargę. – Chociaż wypiłem je za ciebie.
Uśmiechnąłem się.
– Ale to w chuj wspaniałomyślne z twojej strony.
– Poznałem Meryla i Freda, gdy sprzedawałem trawkę przy dworcu autobusowym. To mili ludzie. Pozwolili mi u siebie przekimać kilka razy, ale często ich nie ma. Powiem ci, że gdy tamtego dnia pojawiłeś się w ich domu, bo uciekałeś przed gliniarzem, niemal się poszczałem, kiedy dotarło do mnie, że to ty.
Uniosłem palec wskazujący i kciuk i spojrzałem na niego przez szparkę między nimi.
– Dla mnie to też było odrobinkę szokujące. Nigdy nie spodziewałem się, że ktoś nazwie mnie swoim bratem – stwierdziłem. – Na nazwisko naprawdę masz Clearwater? – zapytałem, przypominając sobie, co powiedział wcześniej.
Kevin potrząsnął głową.
– Nie – odparł. – Schmooter. – Brzmiał tak, jakby nie wierzył, że naprawdę to mówi.
Zaśmiałem się i stuknąłem się z nim puszką w toaście, bo jego nazwisko było śmieszne.
– Potrzebujesz jakiejś ksywy czy coś – rzuciłem.
– Tak, chyba masz rację – zgodził się.
– Coś dla ciebie wymyślę… Schmooty? – podsunąłem.
Kevin pokręcił głową.
Uruchomiłem silnik łódki.
– Kev-ster? Bardzo w stylu Kevina samego w domu. Bardzo w stylu lat dziewięćdziesiątych.
Przewrócił oczami.
Rzuciłem mu przepustnicę.
– Kevin Rąsia? – zapytałem, przekrzykując wiatr.
Kevin pokazał mi środkowy palec.
– Co? Za wcześnie na takie żarty? – zapytałem.
– Odpierdol się – oznajmił Kevin, jednak próbował zakryć uśmiech ręką.
– Nie chcę poruszać tego tematu, gdy tak dobrze się razem bawimy i w ogóle… – zacząłem podniesionym głosem. Musiałem przekrzyczeć wiatr i dźwięk pracującego silnika, bo płynęliśmy coraz szybciej i szybciej. Kevin złapał się metalowej rury przytwierdzonej do siedzenia pod jego nogami. – Ale zdajesz sobie sprawę, że jeśli dowiem się, że miałeś coś wspólnego z tym, co przytrafiło się wczoraj Dre, albo jeśli zrobisz jej lub mojemu dzieciakowi coś, co mnie zaniepokoi, to w następnej kolejności te jebane aligatory zjedzą ciebie.
Nie wiem, jakiej reakcji się spodziewałem po tej groźbie, ale na pewno nie uśmiechu.
– Nie wątpiłem w to ani przez sekundę, Prep – odkrzyknął.
– Cieszę się, że się rozumiemy.
Docisnąłem przepustnicę, kierując się w stronę płytkiej wody i wysokich traw. Po drodze dla jaj wykonałem kilka ostrych skrętów i kilka obrotów o sto osiemdziesiąt stopni. Kevin nawet śpiewał ze mną – dość wysokim głosem – Piece by Piece Kelly Clarkson. Cóż, to bardziej były krzyki na wietrze niż prawdziwy śpiew.
Czułem, że Kevin nie miał nic wspólnego z próbą porwania Dre, ale nie byłem w stu procentach pewien. Jeszcze nie. Rodzina była dla mnie wszystkim, a powiedzenie, że krew jest gęstsza niż woda, gówno dla mnie znaczyło, bo wiedziałem, kto jest mi najbliższy. Krew nie tyle nas wiązała, co ją za siebie przelewaliśmy.
– Może następnym razem wrócimy tu i pobiegamy z aligatorami. Zobaczymy, jak wielkie masz jaja – powiedziałem.
– A co to, do cholery, znaczy: pobiegamy z aligatorami? – zapytał Kevin.
– Pokażę ci następnym razem – powtórzyłem.
Po kilku minutach ciszy spojrzałem na Kevina i wybuchnąłem śmiechem. Usta miał szeroko otwarte, wiatr wydymał jego policzki, a dziąsła i zęby były doskonale widoczne. Pokazał mi uniesione kciuki.
Głupek.
W sumie polubiłem mojego brata.
Jeśli będę musiał go zabić, to będzie naprawdę do kitu.
