Prawie Jutro - Iwona Klimczak - ebook
NOWOŚĆ

Prawie Jutro ebook

Iwona Klimczak

0,0

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Zaciszna wieś, dom odziedziczony po babci, szczęśliwe życie z Patrykiem… Marzenia Amelii zaczynają się spełniać. Los bywa jednak przewrotny. Uczucie Amelii i Patryka zostaje wystawione na próbę, gdy we wsi pojawia się tajemnicza kobieta. Kim jest i co zamierza?

By planować przyszłość, trzeba pozamykać sprawy z przeszłości.

Niespodziewane spotkanie przy rodzinnym grobowcu zmusza Amelię do ponownego zmierzenia się z bolesną historią jej rodziny. Czy uda się odnaleźć wszystkie odpowiedzi? W tle Ustronie – spokojna wieś pod Łodzią, skrywająca wiele tajemnic. Jedna z nich sprawi, że Amelia znajdzie się w poważnym niebezpieczeństwie.

Prawie jutro to poruszająca opowieść o miłości, która daje siłę, o przeszłości, która domaga się rozliczenia, i o przyszłości, którą kształtuje się dzisiaj.

Poznaj dalsze losy bohaterów znanych z Kiedyś jest teraz i odkryj tajemnice, które zmienią ich życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 284

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okładka książki Prawie jutro – Iwona KlimczakFotografia przedstawiająca dłoń trzymającą szklaną kulę (soczewkę), w której odbija się soczysta zieleń lasu. W tle widać rozmyte drzewa. Na górze znajdują się napisy: Iwona Klimczak oraz tytuł Prawie jutro.

Projekt okładki: Kamil Potęga | Pracownia Restory

Projekt graficzny środka, skład: Kamil Potęga | Pracownia Restory

Redaktor prowadzący: Inka Wojtczak | Pracownia Restory

Redakcja: Alicja Gajda | Pracownia Restory

Korekta techniczna: Inka Wojtczak | Pracownia Restory

Copyright © by IKA. Iwona Klimczak 2026

ISBN: 978-83-971188-8-1

Wydanie I 2026

Wydawca:

IKA. Iwona Klimczak

iwonaklimczak.pl

e-mail [email protected]

Przedstawiona w tej publikacji historia, jej bohaterowie oraz lokalizacje są owocem wyobraźni autorki.

Wszelkie prawa do tekstu są zastrzeżone. Powielanie, rozpowszechnianie czy publiczne odtwarzanie treści bez wyraźnej, pisemnej zgody właścicielki praw autorskich jest zabronione.

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Słowo od autorki

Punkty orientacyjne

Okładka

Rozdział 1

Amelia z radością pokonywała kolejne kilometry, a gdy zjechała z głównej drogi w las; gdy owionął ją zapach leśnego igliwia i lekki wiatr wpadający do samochodu przez uchylone okna; gdy mijała kolejne leśne dróżki, które tylko pozornie wydawały się identyczne, poczuła, że naprawdę jest w domu. Nie potrafiła wskazać jakiegoś konkretnego momentu, w którym zyskała pewność, że to tutaj chce żyć. Może stało się to już na samym początku, gdy przyjechała do Ustronia, by spotkać się z babcią, której nigdy nie poznała? Ta obca wieś miała w sobie coś przyciągającego i pociągającego, i – ku zdziwieniu swojemu, a także całego otoczenia – coś niesamowicie ją tutaj ciągnęło. Z czasem zaczęła tęsknić nie tylko do tego miejsca, ale też do niego. Do mężczyzny, którego kochała. Nie wątpiła w to, chociaż nie miała pewności, czy on czuje to samo.

Jeszcze dwa zakręty i będzie w domu. Mogłaby już właściwie zamknąć oczy, a i tak trafiłaby do własnej bramy. Zwolniła, bo prawdziwy powód jej obecności w Ustroniu biegł właśnie środkiem leśnej drogi. Uśmiechnęła się do siebie i nacisnęła klakson. Na szczęście nie miał powszechnego dziś zwyczaju biegania ze słuchawkami w uszach, więc od razu się odwrócił, zatrzymał, a chwilę później z lasu wypadła Wiki i, radośnie machając ogonem, podbiegła do samochodu Amelii. Patryk zerknął na wilczycę, która nie zaszczyciła pana nawet jednym spojrzeniem, po czym ruszył jej śladem. Amelia zatrzymała auto i wysiadła, by przywitać się z Wiki. Chwilę później podniosła wzrok na Patryka, który wyglądał, jakby czekał na swoją kolej. Widziała, że miał radość w oczach, ale z jakiegoś nieznanego jej powodu bardzo starał się zachować poważny wyraz twarzy.

– Uśmiech nie boli – zaczęła, demonstrując mu, jak wygląda taka rozradowana twarz. – Podobno to dobre dla zdrowia. Lekarz powinien to wiedzieć.

Patryk się nie odezwał, ale bez uprzedzenia zamknął ją w ramionach i przygarnął do siebie. Poczuła ciepło rozgrzanego bieganiem ciała i szybkie bicie serca. Zatopił twarz w jej włosach i owionął ją zapach jego wody po goleniu, zmieszanej z jedynym w swoim rodzaju zapachem sosnowego lasu. Zamknęła oczy i pozwalała, by trzymał ją tak blisko. Odsunęła się lekko dopiero, gdy Wiki zapiszczała, przypominając im o swoim istnieniu.

– Tęskniłeś? – spytała Amelia, patrząc mu prosto w oczy.

Zawsze tak pytała, gdy na siebie trafiali, a on zawsze robił tę swoją nibygroźną minę, starając się – nie wiadomo dlaczego – nie uśmiechać. Zawsze, czyli od kilkunastu tygodni. Od czasu, gdy Amelia zdecydowała, że zostanie w Ustroniu. Że ­zostanie z nim. Dla niego. Z jego powodu. Właściwie nadal mu tego nie powiedziała. Nie padły między nimi żadne poważne deklaracje, nie używali wielkich słów, a byli ze sobą. Często wspólnie jadali posiłki czy spędzali czas na rozmowie, siedząc w cieniu na tarasie, a mimo to wciąż nie miała pewności, co Patryk czuje. Może on również tego nie wiedział albo nie był pewien jej uczuć? Oboje zachowywali się ostrożnie, jakby nie chcieli się nawzajem popędzać albo spłoszyć.

– Zdjęcia się udały?

Amelia pokręciła głową, dokładając wymowną minę, i ta reakcja wyraźnie nie odnosiła się do jej pracy zawodowej, a była jawną dezaprobatą dla próby uniknięcia odpowiedzi. Oboje chyba lubili tę grę. Ona zadawała to pytanie, on uciekał od odpowiedzi, by udzielić jej później.

– Mam pyszną kolację. Sałatkę z kozim serem, zainteresowana?

Amelia dostrzegła, że drży mu kącik ust, a oczy zmieniły swój wyraz. Do tego pociemniały, jakby błękit się pogłębił i na dobre przegonił szarość, która wypełniała tęczówki po obwodzie.

– Kozi ser na kolację? – Amelia się skrzywiła.

– Tęskniłem, bardzo.

– Nie było mnie zaledwie tydzień.

– Sto sześćdziesiąt osiem godzin, ponad dziesięć tysięcy minut.

– Niecały tydzień…

– Niecałe dziesięć tysięcy minut.

– I pewnie zamęczałeś biedną Wiki tym bieganiem. – Amelia schyliła się, żeby pogładzić wilczycę po grzbiecie. Chciała też na moment ukryć twarz, by nie widział, jak wielką przyjemność sprawiły jej te słowa i sposób, w jaki je wymówił. Właściwie dlaczego próbowała to ukryć? Nie lepiej popatrzeć mu w oczy i oznajmić to wprost?

Wiki od razu skoczyła radośnie, by ponownie się przywitać, i oboje się poruszyli.

– To ja pójdę naszykować tę ucztę, a ty zrób się na bóstwo.

– Też coś – prychnęła Amelia i wsiadła do samochodu, nie zaszczycając już Patryka nawet spojrzeniem.

Zaparkowała na podjeździe i omiotła wzrokiem ogród. Nie było jej tydzień, nie zmieniło się więc zbyt dużo w otoczeniu, ale czuła nieodpartą potrzebę obejrzenia wszystkiego. Otworzyła dom i od razu spojrzała krytycznie na zawiasy, bo drzwi lekko zaskrzypiały. Weszła do korytarza, a później do wielkiej ­kuchni, niemal niezmienionej od dnia, w którym przyjechała tu po raz pierwszy, nieco zagubiona, bez swojego miejsca na świecie, ze złamanym sercem, w poszukiwaniu nie wiadomo czego.

Zajrzała do pokoju, który nazwała biblioteką, oraz do gabinetu z wielkim biurkiem i wyściełanym fotelem, w którym podobno lubiła siedzieć jej babcia. Na koniec weszła do swojego pokoju z ogromnym, staromodnym łóżkiem i rzuciła walizkę na podłogę, a komputer i torbę ze sprzętem fotograficznym postawiła delikatnie na stole. Musiała jeszcze wieczorem popracować, żeby przygotować materiał dla klienta. Szło jej nieźle i powoli rozkręcała swój biznes. Ważne dla niej było, że jest sama dla siebie szefem i ma wpływ na wybór zleceń. Była w końcu artystką i musiała pilnować, by inni o tym pamiętali. W czasach, gdy każdy miał niezły aparat w telefonie, trzeba było się mocno postarać, by udowodnić, że wykonanie dobrego zdjęcia to coś więcej niż pstrykanie fotek smartfonem.

Nagle coś puknęło w kuchni. Spadło albo zaszurało. Nie była pewna, jak brzmiał ten dźwięk, ale wyraźnie go słyszała. Z lekkim wahaniem ruszyła w stronę kuchni i ostrożnie wystawiła głowę przez drzwi. Odetchnęła, gdy zobaczyła kota siedzącego na nieużywanym obecnie piecu. Czarno­-białe zwierzątko z białą plamą na łebku patrzyło na nią wyczekująco.

– Żabcia, co tu robisz? Jak tu weszłaś?

Amelia wzięła kotkę na ręce, chociaż ta zesztywniała, jakby wolała być w całkiem innym miejscu. Taka już była, niby jej, a jednak nieco dzika i chodząca własnymi ścieżkami.

– Pan o ciebie nie dbał? Nie dał ci jeść?

Kotka zgodnie zamiauczała, Amelia wyciągnęła więc z szafki saszetkę z karmą i wyłożyła jej zawartość na miseczkę. Żabcia była kotką babci, ale po jej śmierci krążyła między domem ­Amelii a domem Patryka, jakby chciała ich ze sobą połączyć. Może tak właśnie było? Obserwowanie kota przy jedzeniu przerwał Amelii dźwięk telefonu. Ruszyła do sypialni i spojrzała na wyświetlacz.

– Cześć, Lena. Co za niespodzianka…

– Co jest zaskakującego w tym, że przyjaciółka dzwoni do przyjaciółki?

Amelia uśmiechnęła się kwaśno. Ich ostatnia rozmowa przebiegła dość burzliwie i na pewno nie można jej było uznać za zakończoną. Nawet jeśli Lena nie potrafiła długo chować urazy, należało się spodziewać ciągu dalszego.

– Myślałam, że się obraziłaś… – zaczęła Amelia ostrożnie, ciągle rozglądając się po pokojach, jakby nadal sprawdzała, czy w domu wszystko jest na swoim miejscu.

– Ja? Przyjaciółki się nie obrażają, ale nadal uważam…

Przewróciła oczami.

– Tak, tak, wiem. Robię błąd, zakopuję się na wsi, na końcu świata, zadupiu i tak dalej.

– To nawet nie o chodzi o to miejsce, kochana…

– Proszę cię, Lena, nie wałkujmy tego wszystkiego od nowa. Dawno mi tak na nikim nie zależało, jak na nim. Próbowałam zapomnieć przez całą zimę. Nie udało się, więc może to coś oznacza. Chcę spróbować, chcę dać mu szansę. Patryk nie jest taki jak inni faceci.

– No pewnie, że nie jest. Żaden inny by się tak nie zachował wobec takiej laski jak ty. Kręcił się wokół ciebie jak dziewica i nie mógł się zdecydować: chce być z tobą czy nie chce, kocha albo nie kocha, chciałby, a się boi, i tak dalej – ciągnęła z przejęciem Lena.

Amelia aż parsknęła pod nosem.

– Jasne, kolejki się ustawiały, by pocałować rąbek sukni panny Amelii. Patryk może i nie jest królem salonów, ale to naprawdę świetny facet i chcę zaryzykować. Nie znasz go…

– Ty w zasadzie też go nie znasz.

– To akurat nieprawda… – Zacisnęła pięści.

Podobną rozmowę odbyły kilka dni temu i jeszcze kilka dni wcześniej, gdy Amelia przyjechała na weekend do mamy, do Gdańska. Miała już dosyć tego tematu, może odrobinę się bała, że Lena jednak ją przekona, że popełnia błąd. Jej przyjaciółka umiała być przekonująca – w końcu nie bez powodu robiła karierę w korporacji.

– Wybierz się do mnie na weekend, pochodzimy po lesie, poznasz lepiej Patryka…

– Połapiemy kleszcze, komary nas zjedzą, a jak nam się znudzi, to pójdziemy zapolować na dziki.

Amelia roześmiała się nieco sztucznie, ale zrobiło jej się przykro. Nie dlatego, że przyjaciółka nie rozumiała jej wyboru, nie dlatego nawet, że chciała ją po swojemu ochronić przed życiowym błędem… Ona przecież drwiła z tego, co dla Amelii stawało się ważne. Z nowego, często jeszcze nieznanego, trochę obcego, ale już jej świata.

Sałatka okazała się naprawdę pyszna i Amelia miała podejrzenie, że z jej przygotowaniem musiała mieć coś wspólnego Marzena Zwierzchowska, mama Patryka, podpora miejscowego koła gospodyń wiejskich, której potrawy słynęły na całą okolicę.

– Karolina o ciebie pytała właściwie codziennie. I bez przerwy się upewniała, czy nic ci nie zrobiłem, bo nie mogła uwierzyć, że z własnej woli wyjechałaś na tydzień. Była tu nawet dzisiaj z Marysią. Mała gaworzyła bez przerwy, sama Karola jej chyba nie przegada, jak zacznie mówić.

Amelia uśmiechnęła się na wspomnienie siostry Patryka, którą tak polubiła i która miała duży wkład w jej powrót do Ustronia. Zaproszenie na osiemdziesiąte piąte urodziny ­Karola Zwierzchowskiego pozwoliło jej zrozumieć, że nie tylko nie potrafi zapomnieć o Patryku, ale tego nie chce.

– Niedługo będzie miała rok – mruknęła Amelia, znów uciekając myślami do tej zimy, którą spędziła w Gdańsku po wyjeździe z Ustronia. Były w stałym kontakcie z Karoliną, więc szybko się dowiedziała, że na świat przyszła jej córeczka.

– Karola zamierza wrócić do pracy po Nowym Roku, na początku w niepełnym wymiarze. Mama nawet się ucieszyła, bo ­liczy, że córunia będzie jej podrzucać wnuczkę.

– A jak dziadek?

– W porządku. Też o ciebie pytał. Zresztą mama i tata też o ciebie pytali. Kiedy wrócisz i że mam cię od razu przywieźć na obiad.

Amelii naprawdę zrobiło się miło, polubiła rodzinę Patryka, tak zżytą ze sobą, pełną wewnętrznej siły. Ona była wychowywana przez mamę, babcię i dziadka; i właściwie nie utrzymywała kontaktów z dalszą rodziną, zwłaszcza odkąd przenieśli się z Łodzi do Gdyni, gdy Amelia chodziła jeszcze do szkoły.

– Mama zamierza przyjechać w przyszłym tygodniu – zmieniła temat.

– Pani Basia tak polubiła naszą wiochę?

– Wiochę? Co to za określenie?

Patryk wzruszył ramionami.

– Na początku nie była jakoś przyjaźnie nastawiona do tego miejsca.

– Dziwisz się? Kojarzyło jej się głównie z mężczyzną, który zostawił ją w ciąży, i z kobietą, która jej nie pomogła.

Patryk nałożył Amelii dokładkę, widząc, że jedzenie bardzo przypadło jej do gustu.

– Sama wiesz, że to było dość skomplikowane. Chyba, bo jak było naprawdę, wie tylko twoja mama, pani Krysia już nam niczego nie powie – zamilkł na chwilę.

Lubił wspominać Krystynę Krzemińską, którą opiekował się pod koniec jej życia. Samotnego życia. Amelia zauważyła zmianę nastroju, nie chciała jednak podejmować trudnych tematów, zwłaszcza postawy swojej babci, gdy ta dowiedziała się, że będzie miała wnuczkę. Amelia chciała się cieszyć powrotem do domu, do miejsca, w którym zamierzała budować swoją przyszłość.

– Czasem mam wrażenie, że mama bardziej niż do mnie przyjeżdża do twoich rodziców, a właściwie do twojej mamy. Zobacz, jak była ostatnio, pół dnia spędziła na zakupach z panią Marzeną. Biegały po sklepach, kawiarniach i nie mogły się nagadać, nawet do kosmetyczki poszły.

– Rzeczywiście, tata się denerwował, bo mama raczej nie lubi takich eskapad, a jak pojechały, to zniknęły na długie godziny.

– Sam widzisz, może poświęci mi jakiś wieczór albo zechce zjeść ze mną śniadanie… Twój tata będzie miał za to wolne od…

Oboje roześmieli się głośno.

Patryk jak zwykle wparował do Amelii z samego rana. Wrócił z pracy i zamiast położyć się spać, wstąpił do sklepu po świeże bułki. Wprawdzie Amelia wolała pachnący wiejski chleb, ale przyjęła ten niezwykły prezent, a Patryk bezceremonialnie rozgościł się w jej kuchni i zaczął robić śniadanie.

– Jesteśmy zaproszeni na grilla – oznajmił, smarując bułki świeżym masłem, podczas gdy ona mieszała jajecznicę.

– Na grilla? Dokąd? Właściwie do kogo, bo przecież to ważniejsze niż dokąd…

Patryk zatrzymał rękę z nożem w powietrzu i spojrzał na Amelię, jakby zastanawiał się nad sensem jej słów.

Nagle się ocknął.

– Organizujemy czasem takie imprezy z chłopakami z załogi. Każdy po kolei…

– U tych, którzy nie mają ogródków też? – spytała przekornie.

– Też. – Patryk pokiwał głową dla podkreślenia efektu. Odpowiedź była ogólna; wyraźnie nie wyczuł intencji zawartej w pytaniu, może nawet oczekiwał, że Amelia sama pociągnie temat.

– Grilla organizujecie? – Z trudem zachowywała powagę.

– Nie, no skąd. – Patryk wydawał się autentycznie zaskoczony. Wstał, wyciągnął z szafki talerze i postawił na stole. – Krzysiek i Piotrek mieszkają w blokach, więc zimą spotykamy się u nich, ale Tomek ma dom w Łodzi, na Widzewie. I tam właśnie idziemy.

– Idziemy? – Amelia przełożyła patelnię na deskę i stanęła naprzeciwko niego. – Jeszcze nie powiedziałam, że z tobą pójdę.

– Chciałbym, żebyś poszła. – Patryk wpatrywał się w nią tym swoim przenikliwym spojrzeniem, które uwielbiała.

Uniosła nieco kąciki ust i nałożyła jedzenie na talerze, po czym zarzuciła mu ręce na szyję.

– Chcesz mnie przedstawić chłopakom z załogi? To chyba ważniejsze niż prezentacja rodzicom.

Zabrzmiało jak żart, ale w gruncie rzeczy było w tym stwierdzeniu sporo prawdy. Patryk często podkreślał, że praca w Lotniczym Pogotowiu Ratunkowym jest wyjątkowa. Przede wszystkim ratowali ludzkie życie, a przy okazji łączyła ich szczególna więź. Kilka osób zamkniętych na pokładzie maszyny zawieszonej kilkaset metrów nad ziemią musiało sobie ufać.

Patryk pokiwał głową, obejmując ją wpół. Uśmiechał się i robiły mu się od tego drobne zmarszczki wokół oczu. Amelia zauważyła też, że na skroniach pojawiły się, niewidoczne z daleka, pojedyncze siwe włosy.

– To już mamy za sobą, prawda? – Cmoknął ją szybko w usta. – A jajecznica stygnie…

Amelia jeszcze przez moment trwała z rękami na jego ramionach – nie chciała przecież sprawiać wrażenia, że robi to, co on jej nakazuje – ale w końcu złapała talerze i postawiła na stole. Patryk przyniósł zrobioną przed chwilą herbatę. Jak zwykle zachowywał się w jej kuchni swobodnie jak w swojej. Na początku trochę ją drażniło, że wiedział, gdzie co stoi, i bez oporów z tej wiedzy korzystał, ale teraz to szarogęszenie się sprawiało jej radość.

– Mam coś zabrać na tego grilla? – spytała, gdy posmakowali już jedzenia.

Patryk był wyraźnie zadowolony, widziała tę radość w jego oczach. Miał wątpliwości, czy z nim pójdzie? Odpowiedział dopiero po chwili, bo przeżuwał właśnie wielki kawał bułki. Lubiła ten jego sposób jedzenia, chociaż odrobinę się z niego podśmiewała.

– Mhm, żony chłopaków przynoszą jakieś sałatki albo ciasta.

– O, są i żony…

Patryk przez chwilę się jej przyglądał, jakby szukał ukrytej intencji w tym stwierdzeniu.

– Wszyscy poza mną są żonaci, więc teoretycznie jestem zwolniony z tego obowiązku. Czasem nawet zapraszają jakąś koleżankę czy kuzynkę – dodał całkiem bez związku.

– Swatają cię? – Amelia dość teatralnie uniosła brwi i przybrała nieco ironiczny wyraz.

Nie powinna, bo przecież Patryk był przystojnym mężczyzną, więc bez wysiłku mógłby znaleźć kobiece towarzystwo, a mimo to od kilku lat pozostawał singlem – po tym, jak narzeczona zdradziła go z przyjacielem.

– Bez przerwy, ale, jak widać, z mizernym skutkiem.

Amelia poczuła satysfakcję, usiłowała jednak ukryć zadowolenie. Tylko po co? Może powinna posłać mu swój najpiękniejszy uśmiech, okazać, jak wielką przyjemność sprawiło jej, że żadnej innej nie udało się zyskać jego uczuć. Tyle że przecież nie chodziło o satysfakcję czy radość ze zwycięstwa. Chodziło o coś więcej. O miłość.

Patryk na pewno dostrzegł jej zamyślenie i rozmarzoną twarz, bo zamarł z resztką bułki w ręku i przypatrywał się jej z równie tajemniczą miną.

– Z reguły udaje mi się coś wyżebrać od mamy. Ciasto albo sałatkę.

– I pewnie mówisz wszystkim, że sam zrobiłeś…

– Jasne! Wiesz, jak to działa na kobiety?

Amelia popatrzyła na niego prowokacyjnie. Była pewna, że mówił tak, by wzbudzić w niej zazdrość. Cała ta rozmowa, mimo że zwyczajna, zaczęła nabierać jakiegoś specjalnego znaczenia i niezwykłego klimatu. Może to za sprawą jego spojrzeń? Mówił niezbyt dużo i pozornie zachowywał się jak zawsze, ale wodził za nią oczami, z wyrazem zachwytu na twarzy. Czuła się przy nim jak nastolatka, która łapała wzrok zapatrzonego w nią chłopaka, nieco onieśmielonego tym, że został na tym przyłapany. Liczyła jednak, że Patryk nie poprzestanie na patrzeniu. Nie chciała go popędzać, cieszyła się tymi pełnymi zmysłowości chwilami, stanowiącymi niejako zaproszenie i zapowiedź tego, co ich czeka zaraz, za moment, może jeszcze dziś, a może jutro…

– To lepiej coś wyżebrz, bo na ciasto w moim wykonaniu nie masz co liczyć. No i nie jestem przecież żoną, więc nie wiem nawet, czy przysługuje mi prawo przyniesienia jakiejś sałatki – dodała ironicznym tonem.

Patryk przełknął ostatni kęs pieczywa, którym wcześniej wytarł talerzyk z resztkami jajecznicy, i wyraźnie nie wiedział, co odpowiedzieć.

– Nie martw się, nawet przez myśl mi to nie przeszło. – Amelia machnęła ręką.

– Nie?

Uniósł brwi i zagryzł usta. Miała ochotę powiedzieć mu, żeby nie wykonywał takich gestów, bo wygląda wówczas, jakby wściekał się na cały świat, ale zauważyła, że oprócz tego przez jego twarz przebiegł jakiś cień. Sprawiła mu przykrość? Poczuł się rozczarowany? Uczyła się wciąż jego reakcji, otwierali się na siebie. On bardzo powoli.

– Naprawdę lepiej, żebym niczego nie piekła, ale jakąś sałatkę może uda się sklecić – spróbowała wybrnąć. – Chociaż najlepiej byłoby, żeby pani Marzena się tym zajęła. Nie mogę ci przynieść wstydu, prawda? Może wezmę lepiej aparat i zrobię nam zdjęcie?

– Świetna myśl. – Patryk nieco się ożywił. Znów zaczął wodzić za nią oczami, gdy wstawiała naczynia do zlewu i włączała ekspres.

– Amela? Cieszę się, że chcesz ze mną pójść – wypalił nagle, tuż przed tym, jak urządzenie rozpoczęło mielenie ziaren.

Zagryzła wargi, żeby ukryć rozbawienie. Co za wyczucie czasu! Miał nadzieję, że nie usłyszy? Gdy gorąca kawa zaczęła wlewać się do filiżanki, Amelia odwróciła się do niego.

– Ja też.

Samochód znacznie zwolnił przed sporym domem z balkonem, na którym wciąż kwitły kwiaty, i drewnianą ławką przed ogrodzeniem, a kierująca nim kobieta skupiła wzrok na posesji, jakby chciała wypatrzeć kogoś na podwórku. Kiedy ostatnio była w Jedliczu, nie przechodziła tędy ani nie przejeżdżała. Spędziła tu zresztą tylko jeden dzień. Babcia wciąż się dąsała i okazywała dezaprobatę dla jej postępowania. Minęło przecież trochę czasu, mogłaby więc odpuścić, ale nie – starucha wyjątkowo obstawała przy swoim. Nie było sensu tu przyjeżdżać i wysłuchiwać tych kazań.

Teraz wszystko wyglądało jednak nieco inaczej. Zamierzała zostać tu przez dłuższy moment i podjąć próbę naprawienia błędu sprzed kilku lat. Do tego w duchu przyznawała rację babci, wciąż wypominającej wnuczce wielki życiowy błąd, który wtedy popełniła, choć nazwanie jej latawicą i wywłoką było zdecydowaną przesadą i nie zamierzała puszczać tego w niepamięć. Wytężyła wzrok, ale na podwórzu nie dostrzegła żywego ducha, nawet pies nie wyszedł zobaczyć, kto przejeżdża, o ile oczywiście wciąż mieli psa.

Dodała gazu i wyjechała na trasę prowadzącą do Ustronia. Skręciła w Starą Drogę i bocznymi leśnymi dróżkami osiągnęła drugi cel swojej wyprawy. Tu zmierzała z dużo większymi emocjami i czuła już szybciej bijące serce, chociaż przecież akurat z tym domem nie wiązały się jej wspomnienia – bywała tu rzadko, bo ówczesny gospodarz tego miejsca wyraźnie jej nie lubił, chociaż zachowywał się uprzedzająco grzecznie i nie mogła mu nic zarzucić. Takie rzeczy jednak się czuje.

Skręciła w ulicę Kapryśną i od razu zobaczyła biały domek z kominem. Tkwił samotnie wśród lasu i również nie było widać wokół niego żadnych oznak życia, inaczej niż po drugiej stronie drogi, w domu starej Krzemińskiej. Tam, na podjeździe, stał samochód z otwartym bagażnikiem, z którego ktoś coś wyjmował albo robił w nim porządki. Nie widziała dobrze tej osoby, bo ta miała na sobie jakąś ciemną kurtkę i narzucony kaptur, ale z sylwetki i ruchów mogła wnioskować, że była to dziewczyna. Ta dziewczyna, która ukradła jej mężczyznę i przez którą może go już nie odzyskać. Przyjrzałaby się lepiej, tamta jednak podniosła głowę i zatrzymała spojrzenie na wolno poruszającym się samochodzie, do tego po drugiej stronie drogi zaszczekał głośno wielki pies. Nie miała tutaj już nic do roboty, dodała więc gazu i odjechała w stronę domu babci.

Rozdział 2

Dzień wstał słoneczny i ciepły. Mimo że minęła już połowa września, wciąż było przyjemnie, chociaż przyroda zapowia­dała już nadejście nowej pory roku. Zżęte zboża, niemal dojrzała kukurydza i złocące się powoli liście drzew zwiastowały jesień. Na razie jednak ogrody i łąki wciąż rozkwitały nowymi kwiatami, a jabłonie i grusze uginały się od owoców.

Patryk szedł drogą z Wiki i oglądał te cuda natury, odkrywając przy okazji, że wcześniej aż tak bardzo nie zwracał uwagi na te zielone, a później złoto­-czerwone liście, na szyszki lecące z sosen, krople rosy czy deszczu na liściach. To Amelia nauczyła go patrzeć na te szczegóły, skupiać się na drobiazgach, gdy spacerowali razem po lesie, czy wsłuchiwać w śpiew ptaków i cykanie świerszczy.

Zachwycała się jak dziecko tym, co dla niego było tylko stałym elementem krajobrazu, mijanym codziennie i niemal niezauważanym.

Już z daleka widział dziadka wolno idącego drogą. Starszy, wciąż dość wysoki, chociaż nieco przygarbiony człowiek, stawiał ostrożnie kroki, postukując laską. Nie byli umówieni, więc dziadek nie mógł się go spodziewać, a mimo to wyglądał, jakby na niego czekał. Gdy dostrzegł wnuka, uśmiechnął się szeroko i od razu, gdy podali sobie ręce, zajął miejsce na ławce.

– Wróciła? – spytał dziadek bez zbędnych wstępów.

– Wróciła i znów wyjechała, i znów wróciła. – Patryk postanowił odpowiedzieć od razu, a nie droczyć się i udawać, że nie wie, o co chodzi.

– Musisz, synku, sprawić, żeby nie chciało jej się wyjeżdżać. – Karol Zwierzchowski postukał laską w ziemię.

– Dziadku, proszę, chociaż ty nie dawaj mi dobrych rad. Poza tym taką ma pracę, te zlecenia ma w różnych miejscach.

Karol zdawał się nie słuchać, zapatrzony w przemieszczające się nieodległą trasą samochody. Przed chwilą przejechał pociąg i jak zwykle po otwarciu przejazdu kolejowego zebrało się ich kilka, a teraz sunęły powoli, jeden za drugim.

– Chciałbym, żebyś wreszcie ułożył sobie życie, chciałbym doczekać prawnuków. Twoich dzieci.

Patryk się skrzywił, pokręcił głową i zmarszczył czoło. Starał się oduczyć tego gestu; Amelia mówiła mu, że sprawia tym wrażenie człowieka groźnego.

– Oj, dziadku, wybierasz się dokądś?

– Na razie nigdzie, ale nie mam pojęcia, co Pan Bóg dla mnie zaplanował. A trochę ci to, synku, zajmie. Musisz ją zaprowadzić przed ołtarz, zrobić dziecko, no i musi się ono urodzić. Sporo czasu wam to zajmie, chociaż niektóre etapy da się pominąć…

Patryk śmiał się już pełnym głosem, za to dziadek skrywał rozbawienie. Na pewno, mimo żartobliwej formy, mówił poważnie. Od wielu lat powtarzał, że chciałby doczekać, aż Patryk się ożeni i zostanie ojcem.

– To wszystko nie jest takie proste…

– Wiem, synku, ale to dziewczyna dla ciebie. Najlepsza.

Patryk się nie odezwał, jednak przez głowę przelatywało mu mnóstwo myśli. Związek z Amelią był nieco dziwny. Niby byli razem, ale obchodzili się trochę z daleka, jakby sami nie chcieli za bardzo się do siebie zbliżyć, zaangażować na całego, zrobić coś zbyt szybko, przestraszyć drugie jakimś wyznaniem czy oczekiwać deklaracji. Zachowywali się jak stare małżeństwo albo przyjaciele, którzy wiedzą o sobie niemal wszystko. Nie miał pewności, czy to on był ostrożny, czy Amelia zachowywała taki dystans.

– Powiedz, dziadku, jak było z babcią…

Zwierzchowski uśmiechnął się z rozrzewnieniem. Zawsze w taki sposób wspominał swoją żonę, a Patryk przyjmował to z podziwem. Miał nadzieję, że jeśli kiedyś będzie siadywał na takiej ławce, albo gdziekolwiek indziej ze swoim wnukiem, też będzie z takim uczuciem mówić o żonie. Amelii…?

– Twoja babcia była cudowną kobietą. Miałem wielkie szczęście, że ją spotkałem i że mnie chciała. Znaliśmy się przecież, bo mieszkała w sąsiedniej wsi, ale w szkole nie zwracałem na nią uwagi, bo była o pięć lat młodsza. Dla osiemnastolatka to był dzieciuch.

– No i była pani Krysia…

– Tak, wtedy była Krysia, ale ona wybrała kogoś innego… Mniejsza z tym. Jak wróciłem po studiach, to odkryłem Marysię. Była piękną dziewczyną i wiedziałem, że muszę się śpieszyć, żeby nikt mi jej nie sprzątnął sprzed nosa, bo mężczyźni się za nią oglądali i miała powodzenie. Oprócz tego, że była piękna, miała też bardzo dobre serce i robota dosłownie paliła jej się w rękach, a to wtedy na wsi miało znaczenie.

– Chyba zawsze ma…

– Teraz jest inaczej, są maszyny, komputery, nieważne… Szybko się pobraliśmy i nigdy tego nie żałowałem. Kochałem ją bardzo… Jeśli czujesz do Amelii to samo, to nie czekaj.

– Jak wyjeżdża, to robi się tak pusto, że nie mogę sobie znaleźć miejsca. Nawet Wiki jest smutna. – powiedział Patryk cicho, z lekko rozmarzonym wyrazem twarzy. – A jak wraca, to jakby wychodziło słońce.

– No i właśnie o to chodzi!

– Tylko że nie mam pewności, czy ona będzie chciała tu zostać.

Dziadek pokiwał głową i zmrużył oczy. Nie odzywał się i widać było, że popadł w zamyślenie. Czy wspominał właśnie swoją Marysię, czy może się zastanawiał, jakiej rady udzielić wnukowi…?

– Masz trochę niewłaściwe podejście. Czyżby twoje uczucia do Amelii zależały od tego, czy chce tu zostać? Jak zechce, to jej powiesz, że ją kochasz, a jak nie, to uznasz, że jej nie kochasz? To chyba tak nie działa. Albo kochasz, albo nie.

– Nie chciałbym się znów rozczarować.

– Amelia cię rozczarowała? – Dziadek aż uniósł brwi.

– Ona nie…

– Chyba nie masz na myśli tamtej nic niewartej dziewuchy? – Aż stuknął laską w ziemię. – Miałem nadzieję, że wyrzuciłeś to już z pamięci. Po co je porównujesz?

– Nie porównuję i wyrzuciłem, ale…

– Ale co? Miłość, synku, jest najważniejsza. Warto żyć dla kogoś, a miejsca… – Karol machnął ręką. – W każdym miejscu można być szczęśliwym, jak się ma obok siebie ukochaną osobę. Jakby Marysia powiedziała „wyjedźmy, żeby żyć gdzie indziej”, wyjechałbym.

– A jakby pani Krysia tak powiedziała?

Dziadek znów miał rozmarzoną i nieco zamyśloną twarz.

– Dla niej na pewno bym wyjechał… Pierwsza miłość zawsze jest szczególna.

– Ale nie zaproponowałeś jej tego?

– Nie, choć może powinienem? Tylko że byłem w sumie prostym chłopem, a ona pochodziła z wielkiego rodu…

– Przecież nie żyłeś w czasach chłopów pańszczyźnianych, wszyscy byli równi…

– Niby tak… Może powinienem to zrobić, ale myślałem wtedy… Bałem się, że ona może tego kiedyś żałować i będziemy nieszczęśliwi.

– Widzisz, przestraszyłeś się. A dziwisz się…

– Dziwię się – wszedł mu w słowo Karol. – Czasy są inne, Amelia jest inna i kocha cię, to widać. Patrzy na ciebie w taki sposób… Nie wiem, czy Marysia kiedyś tak na mnie patrzyła.

Patryk się rozjaśnił.

– Skoro nie wiesz, jakie ma plany, spytaj. Albo nie pytaj, tylko się z nią ożeń. Ja jestem tylko prostym, starym człowiekiem, ale myślę, że ona nie jest taka niezależna i silna, jak się wydaje, że szuka kogoś, na kim będzie mogła się wesprzeć, polegać. Rozumiesz? Może zresztą wszyscy tego szukamy?

– Ja nie wiem, czy ona mnie zechce…

– I będziesz czekał, i się zastanawiał? Oj, Paciu, Paciu…

– Dziadku…

– Wiem, mam tak nie mówić. Życie to ryzyko, synku. Zawsze możesz się zawieść, ale próbować trzeba, nawet jak boli. Ożeń się z nią. Do łóżka zaciągnij…

– Dziadku! – Patryk z trudem powstrzymywał rozbawienie.

– Właściwie to mam nadzieję, że już to zrobiłeś…

Patryk parsknął śmiechem i pokręcił głową. Dziadek był niesamowity.

– Wiem, że czasy są teraz takie, że młodzi nie czekają. Może to i dobrze? Chociaż… kiedyś było podobnie. – Twarz Karola przybrała rozmarzony wyraz, znów miało się wrażenie, że gdzieś na chwilę odleciał, w krainę własnych wspomnień.

– Jak zaraz powiesz, że ty z babcią… A tata był nieślubnym dzieckiem…

– Ależ skąd, Szymek urodził się równo rok po naszym ślubie, ale Marysia miała temperament, pod każdym względem miała… Karolka jest do niej podobna, też taka temperamentna, rozgadana i żywa.

Nagle obaj zamilkli, bo do ławki podszedł Szymon Zwierzchowski.

– Cześć, tato. – Patryk podniósł się szybko i podał mu rękę, bo widział, że ta nagła cisza sprawiła ojcu przykrość, a on się poczuł, jakby go złapano na potajemnym paleniu papierosów.

– Wyszedłem sprawdzić, gdzie nam zniknął dziadek. Mogłem się domyślić… – Ojciec pokiwał głową.

– Siadaj, Szymek. – Dziadek pokazał ręką miejsce obok siebie. – To ławka rodzinna, też możesz tu siadać, a jak umrę, to będziecie tu sobie z Patrykiem rozmawiać. Może i ja czasem do was dołączę, kto wie…

Ojciec zajął miejsce, chociaż widać było, że czuje się niezręcznie.

– Wyglądacie jak spiskowcy przed zamachem. – Zaśmiał się.

– Od razu spiskowcy. Próbuję przekonać twojego syna, że powinien się ożenić.

– A nie chce? – Ojciec przyjął żartobliwy ton.

– Idę do mamy, może chociaż ona nie będzie mnie swatać.

– Rozczarujesz się raczej, ale wszyscy idziemy, bo obiad już jest. Chodź, tato.

Dziadek przyjął rękę, którą podał mu syn, i cała trójka powoli poszła w stronę domu.

Amelia robiła zdjęcia kolejnym prelegentom i uczestnikom konferencji zorganizowanej przez Uniwersytet Łódzki. Nie lubiła takich zleceń, musiała spędzić tu sporo czasu, żeby udokumentować wszystko, na czym zależało organizatorom. Trochę się dziwiła, że uczelnia zleciła komuś taką usługę, zamiast zapędzić do tego pracownika działu promocji, ale nie powinna narzekać. Zlecenie było proste, dobrze płatne i blisko domu. Zajmie jej kilka godzin, później posiedzi jeszcze trochę nad zdjęciami – i po pracy.

Stała w pobliżu mównicy i przyglądała się kobiecie, która właśnie prowadziła wykład. Mówiła dość monotonnie i mało ciekawie, na szczęście Amelia co jakiś czas zmieniała pozycję, by zrobić zdjęcie, więc nie groziło jej, że zaśnie. Nagle odniosła wrażenie, że ktoś jej się przygląda – od zawsze umiała wyczuć, że jest obserwowana. Rozejrzała się i szybko zlokalizowała nieco zbyt pulchnego mężczyznę z burzą rudych włosów. Mógł być około czterdziestki, miał na sobie niezbyt dobrze dopasowaną marynarkę i sprawiał wrażenie, że kazano mu ją włożyć za karę. Co chwilę wygładzał jakieś fałdy albo obciągał rękawy, chociaż nie było takiej potrzeby. Amelia przyglądała się przez moment tym manewrom, aż odwrócił wzrok. Zajęła się więc przygotowaniem kolejnego ujęcia, tym bardziej że zmienił się wykładowca. Gdy po zrobieniu fotografii spojrzała ponownie na obserwującego ją mężczyznę, miejsce, w którym siedział przed chwilą, było puste.

– Dzień dobry.

Aż drgnęła, gdy usłyszała obok siebie głos, i się odwróciła. Przed nią stał nikt inny jak rudzielec.

– Przepraszam, nie chciałem przestraszyć. Czy możemy porozmawiać, gdy już pani skończy? Miałbym dla pani zlecenie. Będę czekał przed salą.

Usiedli w uczelnianej kawiarence. Kiedy doktor Hubert Kozik – bo tak przedstawił się Amelii – poszedł po kawę, sprawdziła połączenia telefoniczne i wiadomości. Kilka kolejnych zapytań, jakieś oferty na sprzęt fotograficzny i esemes od Patryka z pytaniem, jak mija dzień. Tylko posłała mu serduszko, bo jej rozmówca już wrócił.

– Chciałbym panią zatrudnić do dość nietypowego zlecenia.

– To moja specjalność. – Amelia przyjęła lekki ton. Mężczyzna budził sympatię, a jednak musiała pamiętać, że przede wszystkim powinna go olśnić profesjonalizmem.

– Jestem pracownikiem naukowym, ale zajmuję się też, jakby to powiedzieć, nieco lżejszą działką. Piszę książkę popularną dla jednego z wydawnictw i szukam fotografa, który zrobi do niej zdjęcia. Mam już niemal napisany tekst o tajemnicach małych miejscowości wokół Łodzi: Ruda Pabianicka, Łask, Grotniki…

– Grotniki?

– O, to bardzo ciekawe miejsce, kawałek od Łodzi.

– Wiem, mieszkam w Ustroniu. – Amelia na dobre się zaciekawiła.

– No proszę! To może oprócz tego, że zrobi mi pani zdjęcia, uzupełni pani moją wiedzę.

Pokręciła głową.

– Niestety mieszkam tu krótko, właściwie kilka miesięcy, chociaż w zeszłym roku też mieszkałam tu przez jakiś czas, ale… Zresztą nieważne. Chce pan robić zdjęcia w tych miejscowościach?

– Tak, zdjęcia obiektów, o których piszę.

– Jasne. A mogę spytać, co ciekawego jest w Grotnikach?

– To książka o różnych historycznych ciekawostkach albo lokalnych legendach. W Grotnikach, w jednym z ośrodków, przebywali na wypoczynku Niemcy podczas drugiej wojny światowej, stworzono tu coś w rodzaju sanatorium, w ogóle dużo ich tu było w okolicznych willach. Po wojnie powstała legenda, że schowali tu jakieś zrabowane kosztowności albo dzieła sztuki.

– To ciekawe. Jak bursztynowa komnata albo złoty pociąg? – Amelia czuła, jak serce bije jej mocniej. Właściwie nigdy specjalnie nie interesowała się historią, ale opowieść naukowca sprawiła, że poczuła dreszczyk emocji.

– Raczej nie… – Hubert uśmiechnął się nieco pobłażliwie.

– Zamierza pan odnaleźć te klejnoty?

– Nie, mimo że to będzie trochę sensacyjna książka, to jestem historykiem, nie wierzę w te bajki, ale chciałbym, żeby zrobiła mi pani zdjęcia do tego, o czym będę pisał.

– Oczywiście, myślę, że się dogadamy. Proszę mi szczegółowo opisać te miejsca, to, co w nich jest, a wycenię i przygotuję umowę. Będzie pan ze mną jeździł?

– Chciałbym, w miarę możliwości, jeśli to pani nie przeszkadza.

– Ależ skąd, dzięki temu zrobię dokładnie takie zdjęcia, jakie chce pan mieć. A gdzie w Grotnikach było to interesujące pana miejsce?

– To był ośrodek wypoczynkowy niedaleko kąpieliska, w okolicy była kiedyś znana restauracja Zameczek. Z tego, co wiem, już nie istnieje, ale nie byłem jeszcze na miejscu…

– Aha… – Amelia się zamyśliła. – To, co mam sfotografować?

Hubert się roześmiał.

– Dobre pytanie. Jak sfotografować coś, co nie istnieje?

– No właśnie. – Wcale jej to nie rozbawiło.

– Jakieś pozostałości na pewno są, do tego okolica. Większość miejsc, o których piszę, już nie istnieje, przynajmniej nie w stanie użytkowym.

– Okej, rozumiem. Już się cieszę na tę współpracę. Jeszcze nie robiłam zdjęć obiektów, których nie ma.

Amelia natychmiast się uśmiechnęła, żeby nie wyczuł ironii. Mógłby uznać, że współpraca z nią to zły pomysł, a przecież ją zaintrygował i chciała przyjąć to zlecenie.

Karolina z wielką wprawą karmiła córeczkę. Marysia obejmowała rączkami butelkę z mlekiem, jakby się obawiała że mama ją zabierze, zanim ona zdąży się najeść.

– O tym Zameczku to naprawdę opowiadają tu legendy. Babcia mówiła zawsze, że tam straszy – stwierdziła Karolina, gdy Amelia krótko streściła swoje spotkanie z Hubertem Kozikiem.

– Duchy dawnych mieszkańców?

Karolina się zaśmiała.

– Pewnie nie chciała, żebyśmy się tam kręcili. Najpierw była w tym miejscu szkoła, a później restauracja, aż wszystko zburzono. Powinnaś porozmawiać z dziadkiem.

– Jak to zburzono? Zabytkową willę?!

– Nie wiem, czy była zabytkowa, stara na pewno. Takie to były czasy, że nagle prowadzenie takich ośrodków jak nasze przesłało się opłacać. Te domki letniskowe albo niszczały, albo teren dzielono na działki i sprzedawano ludziom, którzy chcieli mieć letnisko. Do dziś jest u nas sporo zaniedbanych miejsc. Serio uważam, że powinnaś porozmawiać o tym z dziadkiem. On wie wszystko – dodała Karolina.

Amelia odwzajemniła uśmiech, który posłała jej najedzona i zadowolona Marysia.

– Chcesz potrzymać? Nie bój się – zaproponowała Karolina.

Amelia zrobiła obronny ruch rękoma.

– Nie, nie. Jeszcze ją upuszczę…

– Coś ty, nie bój się, trenuj. – Karolina, nie czekając na kolejny sprzeciw Amelii, podała jej córeczkę, która od razu obdarzyła ją promiennym uśmiechem, po czym wyciągnęła rączkę i zaczęła delikatnie dotykać twarzy nowej opiekunki: nosa, ust, a nawet zębów, które Amelia radośnie wyszczerzyła.

– A co na to Patryk?

– Patryk? – Oderwała zaskoczony wzrok od dziewczynki. Przez moment miała wrażenie, że pytanie dotyczy właśnie jej.

– Mówiłaś mu?

– O zleceniu? Chyba coś wspominałam…

– I co on na to?

– Nic, raczej nie ocenia moich zleceń i nie wybiera ich. Ja też mu nie wybieram pacjentów.

Roześmiały się obie i zaraz zawtórowała im Marysia. Dziewczynka po chwili nieco ucichła, a oczy zrobiły jej się mniejsze. Amelia odruchowo gładziła ją po paluszkach.

– Do twarzy ci z dzieckiem. Powinniście sobie zrobić takie z Patrykiem. – Karolina pokiwała głową dla wzmocnienia efektu. – To łatwe.

– Nie wątpię, pewnie trudniejsze jest niezrobienie dziecka… Chyba że nie uprawia się seksu.

– Czy chcesz powiedzieć, że nie doszliście jeszcze do tego etapu? Ty się opierasz czy mój braciszek się nie pali? Choć w to trudno by mi było uwierzyć, bo to by znaczyło, że jest większym osłem, niż myślałam.

– Dlaczego? – Amelia nie potrafiła ukryć zdziwienia, chociaż równocześnie nieco bawiła ją ta rozmowa. Karolina była niesamowitą gadułą i chyba właśnie się rozkręcała.

– Mieć obok taką dziewczynę i nic? Muszę nim potrząsnąć, bo chcę mieć siostrę, a ty mi bardzo pasujesz – dodała z mocą.

– Tobie mam pasować?

– Jemu pasujesz, więc nie wiem na co czeka… Daj mi ją. – Karolina wyciągnęła ręce po córeczkę, która niemal zasnęła.

Amelia obserwowała, jak odkłada ją ostrożnie do łóżeczka i okrywa kołderką. Poczuła ukłucie w sercu. Zbliżała się do trzydziestki. Czyżby to zegar biologiczny? Chciałaby mieć rodzinę, chciałaby mieć dziecko. Tyle że do tego potrzebne są dwie osoby, które się kochają, ufają sobie i chcą dzielić życie. Tworzyć rodzinę.

– Daj spokój, Karolcia. Dogadujemy się. Nie poganiajcie nas.

Karolina przez moment w milczeniu stała nad łóżeczkiem Marysi, jakby chciała mieć pewność, że dziecko zasnęło, po czym zagryzła wargi i, wpatrzona w Amelię, zastygła.

– Patryk kiedyś był inny. Zmienił się po tamtej historii z Moniką, to znaczy, nie tyle się zmienił, co zamknął w sobie. Od początku jej nie lubiłam. Pokłóciliśmy się nawet, jak nam oznajmił, że się oświadczył, bo powiedziałam, że będzie jeszcze przez nią płakał. No i szybko się okazało, że miałam rację, ale nie wiem po co w ogóle o tym mówię…

Amelia zacisnęła usta, żeby ukryć rozbawienie. Karolina zawsze twierdziła, że nie powinna mówić czegoś, co właśnie szeroko relacjonowała.

– Zamknął się po tym, jak ta małpa go zostawiła. Chociaż właściwie to on ją przecież zostawił, bo go zdradziła. Przeprowadził się do domu dziadka, bo dziadek mieszkał już z rodzicami, kupił Wiki i dziczał na tym pustkowiu. A tak nawiasem, to ja pierwsza nazwałam ją wilczycą, bo tak przypominała małego wilczka. Imię też ja jej wymyśliłam. Całe szczęście, że chodził do pracy. Jak ty się pojawiłaś, zaczął się otwierać. Widziałam to i cieszyłam się, że wracał ten Patryk, którego znałam. A potem wszystko schrzanił. – Karolina machnęła ręką. – Ale przecież ty to wszystko wiesz…

Amelia przejechała ręką po twarzy, by ukryć rozbawienie.

– Teraz jest inaczej… Dajcie nam czas, Karola.

– Zaciągnij go do łóżka, dobrze ci radzę, przyda mu się to, tobie również nie zaszkodzi. Możecie sobie zrobić od razu dziecko. Patryk będzie świetnym ojcem, tylko trzeba dać mu szansę. Widzę, jak patrzy czasem na Marysię… Oczywiście wtedy, kiedy myśli, że nikt na niego nie spogląda. No i ma takie podejście, że ona się uspokaja, jak tylko weźmie ją na ręce. Żeby nie wiem, jaka była marudna, wujek Patryk zawsze ją utuli.

Amelia zapatrzyła się na śpiącą Marysię.

– Na wszystko przyjdzie czas, Karola, nic na siłę. On musi mieć pewność i ja też… – Spojrzała na nią z wyrazem zadumy w oczach, ale musiała przyznać, że bardzo spodobała jej się wizja, którą po swojemu roztoczyła Karolina.

Rozdział 3