Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 216 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Powrót Rafe`a - Nora Roberts

Po dziesięciu latach nieobecności Rafe MacKade niespodziewanie wraca do rodzinnego Antietam. Zawsze miał opinię awanturnika, dlatego jego przyjazd elektryzuje całą społeczność sennego miasteczka. Rafe kupuje dziewiętnastowieczny dom, który zamierza odnowić, by otworzyć w nim przytulny pensjonat. Pomaga mu w tym Regan Bishop, dynamiczna i pomysłowa właścicielka sklepu z antykami. Wspólna praca w starej, pełnej tajemnic posiadłości zaowocuje kilkoma niespodziankami…

W cyklu Bracia Mac Kade ukazały się następujące tytuły: Miłość Shane`a, Powrót Rafe`a, Serce Devina, Duma Jareda.

Opinie o ebooku Powrót Rafe`a - Nora Roberts

Fragment ebooka Powrót Rafe`a - Nora Roberts

BRACIA MacKADE

Nora Roberts

Powrót Rafe’a

Tłumaczyła Julita

PROLOG

Bracia MacKade szukali kłopotów. Jak zwykle. Prowincjonalne miasteczko Antietam w stanie Maryland nie zawsze ich dostarczało, ale samo szukanie też stanowiło miłą rozrywkę.

Idąc do starego chevroleta, kłócili się, kto zasiądzie za kierownicą. Samochód należał do Jareda, najstarszego z braci, ale trzech młodszych MacKade'ów wcale się tym nie przejmowało.

Najbardziej napalony na jazdę był Rafe. Wcisnąć gaz do dechy, pędzić po ciemnych, krętych drogach, uciec od pustki i smutku, zostawić w tyle podły humor. Po prostu gnać przed siebie. Dokądkolwiek.

Dwa tygodnie temu bracia pochowali matkę.

W zielonych oczach Rafe'a płonęła złość, może dlatego został przegłosowany. Za kierownicą usiadł Devin, obok niego Jared; Rafe i Shane, najmłodszy, zajęli miejsca z tyłu.

MacKade'owie, siejąca postrach zuchwała, zielonooka banda. Wysocy, szczupli, niepokorni i porywczy, zawsze gotowi do bójki. Kiedy wpadali w ten awanturniczy nastrój, mądrzy ludzie trzymali się od nich z daleka.

Postanowili zajrzeć do baru Duffa na bilard i piwo. Odpowiadał im panujący w barze półmrok i powietrze gęste od dymu, cieszył łoskot odbijających się bil. Jednak największą satysfakcję sprawiało im rzucane w ich stronę lękliwe spojrzenie Duffa Dempseya i niepewność w oczach pozostałych gości, którzy na ich widok ściszyli głosy.

Nikt nie pytał, po co MacKade'owie tu przyszli. Wiadomo: żeby wdać się z bójkę. I wkrótce cel osiągnęli.

Z papierosem zwisającym z kącika ust Rafe zmrużył oczy i popatrzył na bile. Od dwóch dni się nie golił; ciemny zarost pasował do jego dzisiejszego nastroju. Po chwili zdecydowanym ruchem uderzył białą bilę; siódemka wpadła do łuzy.

– Chociaż w tym jednym szczęście ci sprzyja – oznajmił Joe Dolin, popijając piwo.

Jak zwykle po zachodzie słońca, mocno wstawiony siedział przy barze. W szkole średniej był gwiazdą drużyny futbolowej i rywalizował z MacKade'ami o względy najładniejszych dziewczyn. Teraz, w wieku zaledwie dwudziestu jeden lat, twarz miał nabrzmiałą od alkoholu, a ciało sflaczałe. Przed wyjściem z domu podbił oko swojej młodej żonie, ale chętnie jeszcze by komuś przyłożył.

Rafe potarł kredą kij; na Joego nawet nie spojrzał.

– Po śmierci matki wygrana z bilardu nie starczy na utrzymanie farmy. – Unosząc butelkę, Joe wyszczerzył w uśmiechu zęby. – Słyszałem, że musicie sprzedać ziemię, by zapłacić zaległe podatki.

– Źle słyszałeś. – Rafe obszedł stół.

– Źle? Akurat! Nie znam większych kłamców i kretynów od MacKade'ów.

Zanim Shane zdołał doskoczyć do baru, Rafe zablokował mu kijem drogę.

– On mówi do mnie – rzekł cicho, mierząc Joego wzrokiem. – Prawda, Joe? Mówisz do mnie.

– Mówię do was wszystkich – burknął Joe, obrzucając braci spojrzeniem. Dwudziestoletni Shane, choć postawny i muskularny, z zachowania bardziej przypominał dziecko niż mężczyznę. Devin z kamiennym wyrazem twarzy siedział na krześle. Jared stał niedbale oparty o szafę grającą. A Rafe… po nim wszystkiego można było się spodziewać. – Ale od biedy mogę pogadać z tobą. Z całej czwórki ty jesteś największą ofermą.

Rafe zgniótł w popielniczce papierosa i sięgnął po piwo. Przez chwilę niczym dwaj zawodnicy przed walką mierzyli się wzrokiem. Reszta klientów umilkła w oczekiwaniu na to, co nastąpi.

– Powiedz, Joe, podoba ci się robota w fabryce?

– Przynajmniej zarabiam. Mam forsę, więc nikt mi nie odbierze chałupy.

– I masz żonę, która haruje dwanaście godzin na dobę, żeby opłacić czynsz.

– Stul pysk! To ja przynoszę forsę do domu! Żadna baba nie musi na mnie pracować. Nie jestem jak twój stary, który roztrwonił majątek odziedziczony przez waszą matkę, a potem wykitował.

– Owszem, wykitował. – W Rafe'ie narastał gniew, żal, wyrzuty sumienia. – Ale nigdy na żonę nie podniósł ręki. Matka nie musiała ukrywać siniaków pod ciemnymi okularami i kłamać, że wpadła na drzwi. Nie jak twoja biedna Cassie.

Joe z hukiem postawił butelkę na barze.

– Twierdzisz, że biję żonę? Zaraz odszczekasz to kłamstwo!

– Rafe, nie warto. On jest pijany – szepnął Jared.

Rafe wzruszył ramionami. Nie znosił Joego. Popatrzył uważnie na swój kij, odłożył go na stół.

– Odszczekam? Zmusisz mnie?

– Nie życzę tu sobie żadnych awantur! – krzyknął Duff, wskazując kciukiem ścianę, na której wisiał telefon. – Bo zadzwonię po szeryfa i spędzicie noc za kratkami.

– Ani się waż – ostrzegł go Rafe. Samym spojrzeniem potrafił zmusić właściciela lokalu do wycofania się za bar. – Idziemy, Joe. Na dwór.

– Ale tylko my dwaj. – Zaciskając pięści, Joe popatrzył na pozostałych MacKade'ów. – Czterech na jednego to trochę za dużo.

– Sam sobie z tobą poradzę – powiedział Rafe, gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły. I żeby to udowodnić, zrobił unik przed ciosem Joego, obrócił się i zdzielił przeciwnika w szczękę. Polała się krew.

Prawdę mówiąc, nie wiedział, dlaczego się bije. Joe obchodził go tyle, co zeszłoroczny śnieg. To walka sprawiała mu satysfakcję. Nawet wtedy, gdy Joe zaczął oddawać ciosy. Ból pozwalał zapomnieć o wszystkim innym.

Devin z sykiem wciągnął powietrze, kiedy z wargi brata trysnęła krew.

– Daję im pięć minut – oznajmił, wtykając ręce do kieszeni.

– Pięć? Rafe upora się z nim w trzy – stwierdził Shane, patrząc, jak postękujący zawodnicy schodzą do parteru.

– Zakład? Stawiam dychę.

Shane skinął głową i zaczął głośno kibicować bratu:

– Dołóż mu, Rafe! Dowal mu!

Pokonanie Joego zajęło Rafe'owi równo trzy i pół minuty. Kiedy Joe wywrócił oczy białkami do góry i przestał się szarpać, Jared ściągnął z niego Rafe'a.

– Dobra, koniec. Koniec! – powtórzył, odpychając brata, gdy ten chciał wrócić i kontynuować walkę. – Idziemy.

Rafe powoli rozprostował dłonie. Wściekłość wyparowała z jego oczu.

– Puść mnie, Jared. Więcej mu nic nie zrobię.

Zerknął za siebie na półprzytomnego, jęczącego pijaczynę, nad którym Devin wręczał Shane'owi banknoty.

– Cholera, powinienem wziąć pod uwagę, że dureń jest pijany. Gdyby był trzeźwy, walka jak nic trwałaby pięć minut.

– E tam! Rafe'owi szkoda byłoby tyle czasu poświęcić na takiego dupka.

Jared poklepał Rafe'a przyjaźnie po ramieniu.

– Jeszcze jedno piwo?

– Nie. – Spojrzawszy w okno, w którym tłoczyli się bywalcy baru śledzący przebieg walki, Rafe starł krew z przeciętej wargi. – Niech któryś z was zaciągnie go do domu! – zawołał, po czym zwrócił się do braci: – Jedziemy.

Dopiero w samochodzie poczuł się obolały. Słuchając jednym uchem entuzjastycznej relacji Shane'a, który wciąż przeżywał bójkę, przyciskał do ust bandankę Devina, żeby powstrzymać krwawienie.

Co dalej? – zadumał się nad sobą, nad własną przyszłością. Nic nie robił, do niczego nie dążył. Był nikim, tak jak Joe Dolin. Różniło ich tylko pijaństwo Joego.

Nienawidził przeklętej farmy, nienawidził miasteczka, w którym mieszkał, nienawidził sideł, w które z każdym dniem coraz bardziej się wplątywał.

Jared kochał książki, Devin był myślicielem, Shane uwielbiał pracę na farmie. A on, Rafe? Nie miał żadnych pasji, żadnych zainteresowań.

Na skraju miasteczka, gdzie zaczynało się wzniesienie i las gęstniał, zobaczył dom. Duży zrujnowany budynek należący kiedyś do Barlowów. Ciemny, pusty, w którym podobno straszyły duchy. Nikt nie chciał w nim zamieszkać; znając krążące na jego temat legendy, trudno się temu dziwić. W każdym razie miejscowi omijali go z daleka.

– Zatrzymaj wóz – poprosił brata.

– Chcesz puścić pawia? – zaniepokoił się Shane, chwytając pośpiesznie za klamkę.

– Nie. Do cholery, zatrzymaj się, Jared.

Kiedy samochód stanął, Rafe wyskoczył na zewnątrz i zaczął wspinać się po kamienistym zboczu. Kolce jeżyn i ostów zaczepiały nogawki spodni. Za sobą słyszał gniewne głosy i przekleństwa braci.

Dotarłszy na górę, zadarł głowę i przez moment w skupieniu patrzył na dwupiętrowy budynek. W większości okien zamiast szyb widniały deski, ganek był krzywy, zapadły jak policzki wymizerowanej staruszki. Trawnik przed domem porastały chwasty, oset i jeżyny; pomiędzy nimi tkwił uschnięty, poskręcany dąb.

Nagle księżyc wytoczył się zza chmur. Skąpany w srebrzystych promieniach dom miał w sobie dziwną magię. Stał w tym miejscu od ponad dwustu lat; opierał się burzom, wichurom, mijającym latom, a także plotkom rozsiewanym przez okolicznych mieszkańców, na których spoglądał z obojętnością.

– Zamierzasz zapolować na ducha, Rafe? – spytał Shane z błyskiem w oku.

– Może.

– Pamiętacie, jak kiedyś, z dziesięć lat temu, spędziliśmy tu noc? – Schyliwszy się, Devin zerwał źdźbło trawy. – Założyliśmy się, że wytrzymamy do rana. Jared zakradł się na piętro i zaczął otwierać i zamykać drzwi. Shane aż zsikał się ze strachu.

– Gadasz bzdury!

– A właśnie, że się zlałeś!

Młodszy szturchnął starszego, starszy oddał młodszemu. Rafe z Jaredem nie zwracali na nich uwagi.

– Kiedy wyjeżdżasz? – spytał Jared. Domyślił się planów brata, chociaż Rafe o niczym nie powiedział.

– Dziś. Po prostu muszę. Muszę wyruszyć w świat, znaleźć swoje miejsce. Jeśli tego nie zrobię, stanę się taki, jak Joe Dolin. Albo jeszcze gorzej. Mama nie żyje, już nie jestem jej potrzebny… Swoją drogą, nigdy nie byłem.

– Dokąd się wybierasz? Masz jakiś pomysł?

– Nie. Może na Południe? – Rafe nie mógł oderwać oczu od zabitych deskami okien. Gotów był przysiąc, że stary dom patrzy na niego wyczekująco, jakby czegoś chciał. – Postaram się przysyłać wam forsę.

Jared tylko wzruszył ramionami, choć serce mu się krajało.

– Dzięki, ale poradzimy sobie.

– Nie żartuj. Musisz skończyć studia prawnicze. Mamie bardzo na tym zależało. – Rafe obejrzał się za siebie. Devin z Shane'em toczyli zapasy na trawie. – A oni… oni wkrótce dojrzeją i odkryją, na czym im naprawdę zależy.

– Shane od dawna wie. Chce być farmerem.

Pokiwawszy z uśmiechem głową, Rafe wyciągnął papierosa.

– Jeśli zajdzie potrzeba, sprzedaj parę hektarów, ale nie pozwól zabrać naszej farmy. Ta ziemia należy do MacKade'ów. Wkrótce pokażemy miasteczku, co jesteśmy warci.

Po raz pierwszy od dawna przestał się zadręczać. Poczuł dziwną lekkość. Jego bracia siedzieli na trawie, brudni, podrapani i trzymając się za boki, wyli ze śmiechu.

Tak ich zapamiętam, postanowił sobie. Silnych, solidarnych, roześmianych.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Rozrabiaka powrócił. Po dziesięciu latach nieobecności niegrzeczny chłopiec Rafe MacKade wrócił na stare śmieci. Huczało o tym całe Antietam; niczym biesiadnicy przy stole, którzy przekazują jeden drugiemu miskę z parującym gulaszem, mieszkańcy Antietam przekazywali sobie tę niesłychaną nowinę. Och, to był pikantny gulasz, doprawiony seksem, skandalem, tajemnicą.

Niektórzy szeptali, że dopiero teraz się zacznie. Tylko patrzeć, a będą kłopoty. Bo kłopoty to drugie imię Rafe'a MacKade'a. Czy to nie Rafe MacKade znokautował kiedyś dyrektora liceum, za co wyrzucono go ze szkoły? Czy to nie Rafe MacKade rozbił ojcowskiego forda, zanim jeszcze nauczył się prowadzić samochód?

A któregoś lata to na pewno Rafe MacKade wywalił przez okno u Duffa stół oraz tego idiotę Manny'ego Johnsona.

I teraz wrócił. Jakby nigdy nic, przyjechał do miasteczka eleganckim sportowym samochodem, który zaparkował na wprost komisariatu.

Szeryfem był teraz jego brat Devin. W listopadzie minęło pięć lat, odkąd objął tę funkcję. Ale wielu mieszkańców pamiętało, że w jednej z dwóch cel na tyłach komisariatu Rafe MacKade spędził ładnych parę nocy.

Niewiele się zmienił. Jak dawniej, był niesamowicie przystojny; tak przynajmniej twierdziły kobiety. Zresztą wszystkich MacKade'ów natura obdarzyła wyjątkową urodą.

Wysoki, doskonale zbudowany… trudno było oderwać od niego wzrok. Miał gęste, czarne włosy oraz piękne oczy, zimne i zielone jak oczy chińskiej figurki stojącej na wystawie miejscowego sklepu z antykami. Nieduża blizna nad lewą brwią znaczyła jego twarz. Diabli wiedzą, skąd się wzięła.

Nie było kobiety, która nie topniała na widok jego uśmiechu. Pierwszą była Sharilyn Fenniman, której Rafe z czarującym uśmiechem wręczył dwudziestodolarowy banknot za benzynę.

Nim wcisnął pedał gazu, Sharilyn chwyciła słuchawkę, by poinformować kogo się da o powrocie MacKade'a.

– Zadzwoniła do swojej mamy, a pani Metz natychmiast przekazała wiadomość pani Hawbaker ze sklepu wielobranżowego. – Mówiąc to, Cassandra Dolin pochyliła się nad stolikiem i dolała Regan kawy. – Chyba przyjechał na stałe.

Z powodu śniegu, który zasypywał chodniki i jezdnie, w Ed's Cafe panował stosunkowo mały ruch. W ten mroźny styczniowy dzień nikomu nie chciało się ruszać z domu. Cassie wyprostowała się ostrożnie, starając się nie zwracać uwagi na bolące biodro. Potłukła się, kiedy Joe pchnął ją na podłogę.

– Co w tym dziwnego? – Regan Bishop przysunęła do siebie miseczkę z gulaszem. – Przecież tu się urodził.

Chociaż mieszkała w Antietam już trzy lata, nadal nie mogła zrozumieć ekscytacji, z jaką mieszkańcy przyjmowali wyjazdy i powroty.

– No tak, ale tyle czasu go nie było. W ciągu dziesięciu lat może wpadł tu ze trzy razy na dzień lub dwa.

Cassie wyjrzała za okno. Płatki śniegu wirowały w powietrzu. Ciekawa była, dokąd Rafe wyjechał, co widział, czym się zajmował.

– Wyglądasz na zmęczoną – zauważyła cicho Regan.

– Słucham? Nie, nie jestem zmęczona. Wiesz, jak dalej tak będzie sypać, to nauczyciele zwolnią dzieci do domu. Kazałam swoim tu przyjść, ale…

– Więc przyjdą. Nie martw się. To mądre dzieciaki.

– Bardzo mądre. – Cassie uśmiechnęła się.

– Przysiądź na chwilę. – Regan rozejrzała się po kawiarni. Jeden klient siedział w rogu, drzemiąc nad kubkiem kawy, przy ladzie para młodych ludzi jadła gulasz. Byli to jedyni klienci. – Napijemy się kawy… A poza tym – dodała szybko, widząc, że przyjaciółka się waha – opowiesz mi o tym waszym Rafe'ie.

Cassie przygryzła wargę.

– No dobra. Ed! – zawołała do właścicielki kawiarni. – Zrobię sobie przerwę, dobrze?

Z kuchni wychyliła się chuda kobieta o burzy kręconych rudych włosów. Na jej cherlawej piersi wisiały okulary.

– W porządku, złotko. – Edwina Crump miała głos ochrypły od wypalanych dziennie dwóch paczek papierosów, usta czerwone od szminki, oczy starannie pomalowane, policzki zaróżowione od żaru buchającego z garnków. – Cześć, Regan. Zdaje się, że twoja przerwa obiadowa minęła kwadrans temu…

– A co tam. W taką pogodę ludzie nie szukają antyków.

– Co jak co, w tym roku zima nas nie rozpieszcza. – Przyniósłszy kubek, Cassie nalała sobie kawy. – Jeszcze nie skończył się styczeń, a dzieciakom już znudziły się sanki i lepienie bałwanów.

Usiadła ostrożnie, starając się nie krzywić z bólu. Miała dwadzieścia siedem lat, była o rok młodsza od Regan, a czuła się jak jej babka.

Po trzech latach przyjaźni Regan potrafiła jednak wyczytać wszystko z twarzy przyjaciółki.

– Znów cię uderzył? – spytała szeptem.

– Nic mi nie jest – odparła Cassie, wpatrując się w kubek. Wyrzuty sumienia, upokorzenie, strach bolały nie mniej niż cios zadany pięścią. – Nie chcę rozmawiać o Joe.

– Przeczytałaś broszury, które ci dałam? Te o przemocy domowej? Cassie, w Hagerstown jest ośrodek dla kobiet…

– Wiem. Ale mam dwójkę dzieci. I przede wszystkim muszę myśleć o nich.

– Ale…

– Proszę cię. – Cassie popatrzyła przyjaciółce w oczy. – Nie chcę o tym rozmawiać.

– Dobrze – niechętnie przystała Regan. – W takim razie opowiedz mi o tym waszym ladaco.

– Rafe… – Cassie rozpromieniła się. – Uwielbiałam go. Zresztą wszystkie dziewczyny się w nim kochały. A jak nie w nim, to w którymś z jego braci.

– Ja lubię Devina. – Regan pociągnęła łyk kawy. – Sprawia nieco tajemnicze wrażenie, ale w sumie można na nim polegać.

– To prawda. Nikt nie wierzył, że MacKade'owie wyrosną na porządnych ludzi, a tu proszę: Devin doskonale się sprawdza w roli szeryfa, Jared prowadzi kancelarię prawniczą, a Shane od rana do nocy haruje na farmie. Dawniej, kiedy przyjeżdżali do miasta, matki zamykały córki w domach, a faceci omijali ich szerokim łukiem.

– Nieźle.

– Byli młodzi. Roznosiła ich energia. I zawsze się o coś wściekali, najczęściej Rafe. Tego wieczoru, kiedy opuścił miasto, stoczył bójkę z Joem. Rozkwasił mu nos i wybił parę zębów.

– Serio? – Słysząc to, Regan poczuła instynktowną sympatię do Rafe'a.

– Zawsze szukał okazji do zaczepki. Byli dziećmi, kiedy zmarł im ojciec. Kilka lat później zmarła ich matka, przed śmiercią przez rok ciężko chorowała. Dwa tygodnie po jej pogrzebie Rafe wyruszył w świat. Wszyscy myśleli, że bracia będą musieli sprzedać ziemię, żeby pospłacać długi, ale na szczęście udało im się zachować farmę.

– Udało się tym trzem, którzy tu zostali.

– Fakt. – Cassie wypiła łyk kawy. Rzadko się zdarzało, aby mogła nic nie robić, tylko siedzieć i plotkować z przyjaciółką. – Prawdę mówiąc, byli jeszcze dziećmi. Najstarszy Jared miał dwadzieścia trzy lata. Rafe o rok mniej. Devin jest ze cztery lata starszy ode mnie, a Shane o rok młodszy od Devina.

– Pani MacKade miała więc co robić.

– To była wspaniała kobieta. Bardzo silna. Bez względu na problemy, zawsze dawała sobie radę.

– Czasem potrzeba siły, żeby rzucić wszystko w cholerę – szepnęła Regan. Zła na siebie, potrząsnęła głową. Przecież obiecała, że nie będzie naciskać na Cassie. – Jak myślisz, dlaczego Rafe wrócił?

– Nie wiem. Podobno jest dziś bogatym człowiekiem. Dorobił się na handlu nieruchomościami. Ma własną firmę, no i w ogóle. Moja mama stale powtarzała, że Rafe albo zginie młodo, albo wyląduje w więzieniu, lecz… – Nagle umilkła. – O kurczę – mruknęła, wpatrując się w szybę. – Sharilyn nie skłamała.

– Słucham?

– Wygląda zabójczo.

Regan obejrzała się zaciekawiona. Akurat w chwili, kiedy otworzyły się drzwi. Ale przystojniak! Jeśli to jest ta czarna owca…

Rafe strząsnął z włosów płatki śniegu, zdjął czarną skórzaną kurtkę, zdecydowanie nieodpowiednią na ostre zimy, jakie panowały na wschodnim wybrzeżu. Zdaniem Regan, z blizną nad okiem, dwudniowym zarostem ocieniającym twarz i nieco krzywym nosem sprawiał wrażenie wojownika, który wraca do domu po latach tułaczki.

W przetartych dżinsach, flanelowej koszuli i podniszczonych butach z cholewami nie wyglądał jak człowiek sukcesu. Raczej jak ktoś, z kim lepiej nie zadzierać.

Ucieszyło go, że w kawiarni Edwiny właściwie nie zaszły żadne zmiany. Przy ladzie stały te same stołki, na których jako dziecko czekał na koktajl mleczny, z kuchni dolatywała znajoma woń oleju, cebuli i frytek, a w powietrzu unosił się ten sam zapach dymu papierosowego i sosnowego odświeżacza.

Ed przypuszczalnie pracowała na zapleczu, smażąc hamburgery albo mieszając w garnkach. Nic się tu nie zmieniło. Nawet stary Tidas drzemał, tak jak dawniej, przy stoliku w rogu, podczas gdy kawa mu stygła.

Rafe powiódł spojrzeniem po białej ladzie zastawionej ciastkami i plackami, po ścianach ze zdjęciami z czasów wojny secesyjnej i zatrzymał wzrok na stoliku, przy którym siedziały dwie młode kobiety.

Jedną widział po raz pierwszy w życiu. Miała proste, złociste włosy sięgające ramion, delikatne rysy twarzy, gładką skórę o jasnobrzoskwiniowym odcieniu, niebieskie oczy przysłonięte długimi rzęsami oraz ponętny czarny pieprzyk tuż nad pełnymi wargami.

Idealna, pomyślał. Jak z kolorowego pisma dla kobiet.

Przyglądali się sobie bez słowa, z zachwytem, tak jak pięknej broszce lub spince do krawata na wystawie u jubilera. Po chwili Rafe skierował spojrzenie na siedzącą obok drugą blondynkę, która uśmiechała się nieśmiało.

– A niech mnie dunder świśnie! – zawołał radośnie. – Przecież to mała Cassie Connor!

– Cześć, Rafe. Słyszałam, że wróciłeś.

Kiedy MacKade zagarnął Cassie w ramiona, Regan ze zdziwieniem uniosła brwi. Przyjaciółka rzadko śmiała się tak wesoło i beztrosko.

– Śliczna jak zawsze. – Rafe cmoknął Cassie w usta. – Powiedz, kwiatuszku, że pozbyłaś się tego kretyna, swojego męża, i teraz wyjdziesz za mnie.

Cassie oswobodziła się z jego objęć; nie chciała dawać ludziom powodu do plotek.

– Mam dwójkę dzieci.

– Chłopca i dziewczynkę. Wiem, słyszałem. – Popatrzył na nią z zatroskaniem. Była stanowczo za chuda. – Wciąż tu pracujesz?

– Tak. Ed jest w kuchni, jeśli…

– Zaraz do niej zajrzę. A kim jest twoja znajoma? – spytał, spoglądając na milczącą Regan.

– Ojej, przepraszam. Poznaj Regan Bishop, właścicielkę „Czasu Przeszłego”, sklepu z antykami, który mieści się parę metrów dalej. Regan, przedstawiam ci Rafe'a MacKade'a.

– Z tych MacKade'ów? – Regan wyciągnęła na powitanie rękę.

– Owszem, z tych. – Uścisnął jej dłoń. – Sklep z antykami? No proszę, jaki szczęśliwy zbieg okoliczności. Właśnie szukam starych mebli. Zresztą nie tylko mebli.

– Tak? – Nie chciała się ośmieszyć wyszarpywaniem swojej ręki z jego mocnego uścisku. – Z jakiegoś konkretnego okresu?

– Interesuje mnie wyłącznie druga połowa dziewiętnastego wieku. Wszystko, począwszy od wazy na zupę po dziadka do orzechów. Mam pusty dwupiętrowy dom, który czeka, by go urządzić. Poradziłabyś sobie z czymś takim?

Zamurowało ją. Z trudem się powstrzymała, żeby z radości nie rzucić się Rafe'owi na szyję. Do jej sklepiku zaglądali turyści, czasem miejscowi, ale takie duże zlecenie to dar od losu.

– Oczywiście, że tak.

– Kupiłeś dom? – spytała Cassie. – Myślałam, że zamieszkasz na farmie.

– Dobrze myślałaś, kwiatuszku. Kupiłem stary dom Barlowów, ale nie dla siebie. Chcę go wyremontować, a potem urządzić w nim mały pensjonat.

Cassie wytrzeszczyła oczy.

– Kupiłeś dom Barlowów? Ale… ale w nim…

– Straszy? – Rafe błysnął zębami. – Wiem, na tym polega jego urok. – Zerknął w stronę lady. – Mogę prosić o kawę i kawałek placka? Jestem głodny jak wilk.

Wkrótce po tym, jak Regan pożegnała się z przyjaciółką, do kawiarni wpadły przyprószone śniegiem dzieci Cassie. Rafe obserwował scenę powitania; młoda mama zdjęła dzieciom wierzchnie okrycia, skarciła syna, który zapomniał włożyć rękawiczki, z uwagą wysłuchała opowieści córki o tym, czego się dziś nauczyła, po czym posadziła dzieci przy stole, z kredkami i książeczką do rysowania.

W całym tym ceremoniale było coś smutnego, a zarazem dziwnie kojącego. Cassie nic się nie zmieniła; nadal była tą samą dziewczyną, którą znał przed laty, lecz teraz miała dwójkę pociech.

Rafe dopił kawę. Domyślał się, że jego powrót wywoła w miasteczku poruszenie. Że jedni dzwonią do drugich, przekazując najnowsze wieści. To dobrze. Chciał, żeby wszyscy wiedzieli, że wrócił. W dodatku z tarczą, a nie na tarczy.

Miał pieniądze na koncie i wielkie plany na przyszłość. Plany głównie dotyczyły dawnej posiadłości Barlowów. Ten stary dom pełen zawodzących duchów prześladował go od lat. Ucieszył się, gdy wreszcie udało mu się go nabyć. Dziś każdy mur, każdy kamień i krzew na wzgórzu należał do niego. Odrestauruje dom, przywróci mu dawny blask.

Któregoś dnia stanie w oknie na piętrze i popatrzy na rozciągające się w dolinie miasteczko. Udowodni wszystkim, włącznie z sobą, że Rafe MacKade do czegoś w życiu doszedł.

Zostawił na stoliku napiwek; chętnie zostawiłby większy, ale nie chciał wprawiać Cassie w zakłopotanie. Biedaczka była stanowczo za chuda. Zwłaszcza w porównaniu z Regan wydawała się taka krucha, spięta, lękliwa.

A Regan… hm, Regan wywarła na nim spore wrażenie. Była piękna i nieustraszona. Trzymała fason, gdy zaproponował, aby urządziła wnętrze pensjonatu. A raczej niecodziennie dostaje tak duże zlecenia.

Latami ciężko pracował na swoje utrzymanie, tym bardziej podziwiał jej opanowanie i spokój. Czas pokaże, czy Regan Bishop odpowiedzialnie podejdzie do zadania i czy zdoła się z niego wywiązać.

Ale po co wybiegać myślą naprzód? Trzeba żyć teraźniejszością.

– Ten sklep z antykami… – zwrócił się do Cassie. – Mówiłaś, że znajduje się parę metrów stąd?

– Tak. – Parząc kawę, Cassie nie spuszczała oczu z dzieci. – Skręć w lewo i zaraz go zobaczysz. Choć wątpię, czy jest otwarty.

Wyszedł na zewnątrz, z gołą głową, w rozpiętej kurtce. Tak jak się spodziewał, w „Czasie Przeszłym” paliło się światło. Zamiast wejść do środka, zatrzymał się przed wystawą i przez chwilę podziwiał ekspozycję.

Niebieski brokat spływał kaskadą niczym lśniący w słońcu strumień. Na małym, przeznaczonym dla dziecka fotelu na biegunach siedziała porcelanowa lala o wielkich oczach, u jej stóp leżał w artystycznym nieładzie stos zabawek z ubiegłego wieku. Przy niedużym cokole przycupnął wysadzany jadeitem smok z otwartą paszczą. Nieopodal stała mahoniowa kasetka z otwartymi szufladkami, z których wypadały świecidełka; wyglądało to tak, jakby pani domu w nerwowym pośpiechu szukała pasującej do sukni broszki. Emaliowaną półeczkę zdobiły różnych wielkości i kształtów flakoniki perfum.

Rafe skinął z uznaniem głową. Sprytnie. Należy zainteresować przychodniów, zachęcić ich do odwiedzenia sklepu.

Otworzył drzwi. Cicho zabrzęczał dzwoneczek. W powietrzu unosił się zapach cynamonu, jabłek, goździków. A także, co uzmysłowił sobie, gdy nabrał powietrza, zapach Regan Bishop. Już wcześniej, w kawiarni, zwrócił uwagę na jej perfumy o subtelnej, upajającej woni.

Przez kilka minut przechadzał się po ścieżkach wytyczonych ustawieniem mebli. Tu sofa, tam fotel z podnóżkiem. Wkoło lampy, półmiski, wazony. Dalej stół do jadalni, a na nim eleganckie talerze, sztućce, kieliszki, świece i kwiaty, zupełnie jakby lada moment mieli wpaść zaproszeni na kolację goście. Pod ścianą szafka z kolekcją starych winylowych płyt w kolorowych obwolutach oraz dostojnie wyglądający gramofon.

Sklep składał się z trzech lśniących czystością, starannie zaaranżowanych pomieszczeń. Na żadnej powierzchni, na żadnym meblu czy bibelocie Rafe nie dostrzegł najmniejszego śladu kurzu. Zatrzymał się przy kuchennym kredensie pełnym kamionkowych naczyń i słoi z niebieskiego szkła.

– Piękny, prawda? – usłyszał za plecami głos Regan.

– Mamy identyczny na farmie – rzekł, nie odwracając się. Wyczuł jej obecność, zanim jeszcze się odezwała. – Mama trzymała w nim rzeczy do codziennego użytku, między innymi szklanki z grubego szkła, które się tak łatwo nie tłukły. Pamiętam, że jak ją kiedyś zezłościłem, to rzuciła we mnie taką szklanicą.

– Trafiła?

– Nie. Bo nie chciała. – Obejrzawszy się, uśmiechnął się łobuzersko. – Inaczej na pewno by nie spudłowała. Rzuty miała celne. Powiedz, Regan: co tu robisz? W tej małej sennej mieścinie?

– Prowadzę sklep z antykami.

– Widzę. A ile sobie życzysz za tego smoka w oknie?

– Pięć pięćdziesiąt. Masz doskonały gust.

– Hm, drogo… – Wyciągnąwszy rękę, odpiął pojedynczy złoty guzik w jej blezerze.

Nie zareagowała na jego poufały gest.

– Cóż, wszystko ma swoją cenę.

– Słusznie. – Zahaczył kciuki o szlufki dżinsów i znów zaczął krążyć po sklepie. – Od dawna tu mieszkasz?

– Latem minęły trzy lata.

– A wcześniej? – Kiedy nie odpowiedziała, zerknął na nią i uniósł czarną brew. – Staram się być miły, skarbie. To po pierwsze, a po drugie, lubię wiedzieć coś o ludziach, z którymi łączą mnie interesy.

– Nas jeszcze żadne nie łączą. – Odgarnęła włosy za uszy. – Skarbie.

Wybuchnął wesołym śmiechem, a jej dreszcze przeszły po kręgosłupie. Rafe MacKade był typem faceta, przed jakim matki ostrzegają córki. Kusiło ją nawiązanie bliższej znajomości, ale ważniejsze były interesy.

– Czuję, że się zaprzyjaźnimy – powiedział Rafe. Przechylił w bok głowę. – Jesteś bardzo atrakcyjną kobietą.

– Znów starasz się być miły?

– Po prostu stwierdzam fakt. – Popatrzył z uśmiechem na jej ręce. Nosiła kilka złotych pierścionków z malutkimi oczkami. – Czy któryś z nich oznacza, że powinienem trzymać się od ciebie z daleka?

Poczuła dziwne kłucie w żołądku.

– Zależy, co chcesz osiągnąć.

– Zatem nie masz męża. Gdybyś miała, z miejsca byś mnie o nim poinformowała. – Zadowolony, usiadł na dwuosobowej sofie obitej czerwonym aksamitem. – Zapraszam.

– Nie, dziękuję. Przyszedłeś w sprawach zawodowych, czy dlatego, że chcesz mnie zaciągnąć do łóżka?

– Jakoś nigdy dotąd nie musiałem żadnej nigdzie zaciągać.

To prawda, pomyślała. Wystarczyłby sam uśmiech i lekkie skinienie głową.

– Przyszedłem w sprawie zlecenia, Regan. – Odprężony, skrzyżował nogi w kostkach. – Najpierw interesy…

– W porządku. W takim razie może się napijesz grzanego cydru?

– Z przyjemnością.

Zniknęła na zapleczu. Zostawszy sam, pogrążył się w zadumie. Pociągała go, oj, bardzo pociągała. W eleganckim blezerze i ładnej biżuterii, pachnąca dobrymi perfumami, z lekko ironicznym uśmiechem na twarzy, miała w sobie coś szalenie powabnego. Podobała mu się jej szczerość i naturalność. Ale czy powinien się angażować? Chyba miał zbyt wiele spraw na głowie.

Kiedy jednak wyłoniła się na tych swoich zgrabnych długich nogach, odgarniając z twarzy lśniące włosy, zmienił decyzję. Zbyt wiele spraw? Bez przesady. Jedna więcej, jedna mniej.

– Dzięki. – Przyjął kubek z parującym płynem. – Zamierzałem wynająć specjalistyczną firmę z Waszyngtonu lub Baltimore, a wcześniej samemu pobuszować po sklepach.

– Zdobędę ci dokładnie to samo, co firma z Waszyngtonu lub Baltimore, i na pewno za niższą cenę.

– W porządku. Prawdę mówiąc, podoba mi się pomysł, że jesteś na miejscu. – Pociągnął łyk cydru. – Co wiesz o domu Barlowów?

– Że się rozpada. Wymaga kapitalnego remontu. To skandal, że w tej sprawie nikt nic nie zrobił. Zazwyczaj władze stanowe dbają o miejsca i budynki mające wartość historyczną. A tu nikt palcem nie kiwnął. Gdybym była bogata, sama bym kupiła ten dom.

– To pomożesz mi go odrestaurować. Na szczęście mury są solidne, w przeciwnym razie chałupa faktycznie by się rozpadła. Co nie znaczy, że nie trzeba włożyć w nią sporo pracy. – Wyobraźnia podsuwała mu różne obrazy. – Wyrównać podłogi, wycyklinować je, uszczelnić. Zedrzeć stary, popękany tynk, dać nowy, zburzyć parę ścian, wymienić okna. No i dach. Przecieka. Makabra. – Na moment zamilkł, po czym wzruszył ramionami. – Ale to wszystko jest proste, wymaga tylko czasu i pieniędzy. Ważniejsze będą meble, klimat, całe wyposażenie. Chciałbym, żeby dom wyglądał jak w tysiąc osiemset sześćdziesiątym drugim roku, kiedy mieszkali w nim Barlowowie i z okna salonu obserwowali toczącą się w dole bitwę.

– Myślisz, że obserwowali? – spytała z uśmiechem Regan. – A nie zabarykadowali się w piwnicy?

– Diabli wiedzą. Ale wyobrażam sobie, że tacy bogaci, uprzywilejowani ludzi patrzyli na walkę jak na przedstawienie teatralne. Może złościli się, gdy od kanonady pękała szyba w oknie albo kiedy krzyki rannych i umierających budziły niemowlę, które rodzice z trudem ukołysali do snu.

– Boże, ale z ciebie cynik. Bogaci też mają serce, też byliby przerażeni, gdyby w ich ogrodzie umierali ranni żołnierze.

– Aż tak blisko bitwa się nie toczyła – stwierdził z uśmiechem Rafe. – Ale czujesz, o co mi chodzi? Chcę, żeby meble, dekoracje, tapety na ścianach, dywany, cały wystrój domu pasował do epoki. – Miał ochotę zapalić, ale powściągnął impuls. – To co? Interesuje cię urządzanie od początku do końca domu, w którym straszy?

– Bardzo. – Przyjrzała mu się znad krawędzi kubka. – Zresztą nie wierzę w duchy.

– Założę się, że zanim skończysz robotę, to uwierzysz. Kiedyś w dzieciństwie ja i moi bracia spędziliśmy tam całą noc.

– I co? Słyszeliście skrzypienie, brzęczenie łańcuchów?

– Nie – odparł z poważną miną. – Oczywiście nie licząc tych, które porozwieszał Jared, żeby napędzić nam stracha. Tam dzieją się inne rzeczy. Na przykład jest takie miejsce na schodach, gdzie człowieka przenika potworny chłód. Przy kominku w salonie, nawet gdy się nie pali, wyraźnie czuć dym. A idąc holem, ma się wrażenie, że ktoś cię śledzi. Aha, jeszcze jedno. Kiedy panuje cisza, słychać przytłumiony szczęk szabli.

Regan wzdrygnęła się.

– Jeśli próbujesz mnie zniechęcić, to ci się nie uda – rzekła.

– Nie próbuję. Chciałbym, żebyś rzuciła okiem na dom, obejrzała pokoje. Łatwiej ci będzie zaplanować, co i jak. Może jutro po południu, około drugiej? Pasuje ci?

– Tak. Wezmę miarkę i dokonam pomiarów.

– Świetnie. – Odstawił kubek i wstał. – Przyjemnie się z tobą prowadzi interesy.

Wyciągnęła na pożegnanie rękę.

– Miło, że wróciłeś, Rafe.

– Jesteś pierwszą osobą, która to powiedziała. – Uśmiechając się ironicznie, podniósł do ust jej dłoń. – No ale inni znają mnie jak zły szeląg. Zatem do jutra. Aha… – Przystanął w drodze do drzwi. – Nie zapomnij zdjąć smoka z wystawy. Kupuję go.

Opuściwszy miasteczko, zatrzymał samochód na poboczu drogi. Nie zwracając uwagi na ziąb, przez chwilę wpatrywał się w samotny dom na wzgórzu.

Potłuczone szyby w oknach i zapadnięta podłoga na ganku? Kto by się tym przejmował? W zalegającej wokół ciszy prószył śnieg. Duchy? Rafe westchnął. No cóż, trzeba nauczyć się z nimi żyć.

ROZDZIAŁ DRUGI

Zdaniem Regan, największa frajda z bycia właścicielką sklepu polegała na tym, że po pierwsze, kupując i sprzedając towary, mogła kierować się własnym gustem, po drugie, mogła otwierać i zamykać, kiedy jej pasowało, a po trzecie, miała wpływ na wszystko, włącznie z atmosferą, jaka panowała w sklepie.

Pracowała sama. Nie tolerowała gnuśności i bumelanctwa. Jako szefowa była wymagająca, często niecierpliwa; żądała od siebie bezwzględnej dyspozycyjności i ciężkiej pracy. Harowała bez wytchnienia i nigdy nie narzekała.

Spełniło się jej marzenie: zawsze chciała pracować i mieszkać na prowincji, z dala od zgiełku dużego miasta i życia w nieustającym stresie.

Już w trakcie studiów na uniwersytecie w Waszyngtonie postanowiła, że po dyplomie postara się przenieść do Antietam i otworzyć własny biznes. Studiowała historię Stanów Zjednoczonych oraz marketing i zarządzanie. W tym samym czasie zdobywała doświadczenie: przez pięć lat pracowała w sklepie z antykami.

Ale pracowała dla kogoś.

Teraz sama była swoim szefem. Każdy metr kwadratowy sklepu i mieszczącego się nad nim przytulnego mieszkania należał do niej… i do banku. Dzięki zleceniu od MacKade'a część należąca do banku zmniejszy się, a część należąca do niej wydatnie się powiększy.

Kiedy wczoraj MacKade pożegnał się i wyszedł, Regan natychmiast zamknęła sklep i pognała do biblioteki, skąd wróciła z naręczem książek dotyczących wojny secesyjnej. Chciała być dobrze przygotowana.

Już wcześniej wiedziała wszystko na temat bitwy pod Antietam, znała szczegóły walki, liczbę rannych i zabitych po obu stronach. Tym razem szukała czegoś innego.

Przeglądała książki do północy, oczy łzawiły jej z przemęczenia, ale znalazła to, o co jej chodziło: mnóstwo informacji, na które składały się zarówno fakty, jak i domysły na temat Barlowów. Dowiedziała się, że zanim nastał pamiętny wrześniowy dzień tysiąc osiemset sześćdziesiątego drugiego roku, Barlowowie, bogaci właściciele ziemscy i przedsiębiorcy, mieszkali w domu na wzgórzu prawie od stu lat. Na wydawane przez nich bale zjeżdżali się goście z Waszyngtonu i Wirginii.

Sprawdziła, jak wyglądały ówczesne stroje: surduty, koronkowe szale, krynoliny, kapelusze z jedwabiu, aksamitne pantofle. Dowiedziała się również, jak żyli potomkowie pierwszych Barlowów w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku, jak liczną zatrudniali służbę, w jakich kieliszkach pili wino, jakie kwiaty szklarniowe zdobiły dom, a także jakie mieli stoły, łóżka, szafy, komody.

Nazajutrz krętą, przysypaną śniegiem drogą ruszyła na umówione spotkanie. Mrużąc oczy przed rażącym blaskiem słońca, próbowała wyobrazić sobie dom w okresie jego świetności. Brokatowe tkaniny, palisandrowe szyfoniery, porcelana firmy Wedgwood, stylowe sofy, komoda w stylu chippendale, elegancki sekretarzyk z wiśni, mięsiste portiery, błękitne ściany w salonie…

Spełni marzenia Rafe'a MacKade'a. Urządzi mu dom zgodnie z jego życzeniem. Wszystko będzie utrzymane w klimacie lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Oby tylko Rafe'owi starczyło pieniędzy.

Wąska droga prowadząca do domu zasypana była śniegiem. Gładka powierzchnia lśniła. Do diabła, Rafe mógł się trochę postarać i ją odśnieżyć. Poirytowana, Regan zatrzymała samochód na białym poboczu i wysiadła. Z torbą w ręku rozpoczęła marsz pod górę.

Dzięki Bogu, że włożyłam skórzane kozaki na płaskiej podeszwie, pomyślała, zapadając się po kostki w śniegu. Sięgała po elegancki kostium oraz pantofle na obcasie, kiedy uświadomiła sobie, że idzie do pracy, a nie na randkę. Odwiesiła więc spódnicę i założyła szare spodnie, czarny golf i żakiet, na to czerwony wełniany płaszcz. Idealny strój na spotkanie biznesowe.

Dom wyglądał intrygująco. Owszem, znajdował się w dość opłakanym stanie, ganek się zapadał, wiele okien było zabitych deskami, ale to wszystko można było naprawić. Natomiast sam budynek sprawiał solidne wrażenie.

Podobały się jej drobinki miki w kamiennych ścianach, wesoło połyskujące w promieniach słońca. Podobało się wschodnie skrzydło, jakby doklejone do głównego budynku pod przedziwnym ostrym kątem. Podobały się trzy kominy na tle błękitnego nieba; oczami wyobraźni ujrzała unoszący się z nich dym. Właściwie wszystko się jej podobało, nawet uszkodzone, zwisające krzywo okiennice.

Tak, ten dom potrzebuje czułej troski i opieki. Kogoś, kto go pokocha i zaakceptuje. Kto doceni jego charakter i przymknie oko na jego niedoskonałości.

Potrząsnąwszy głową, roześmiała się w głos. Naprawdę ponosi ją fantazja!

Brnęła przez zaspy sypkiego śniegu, potykając się o ukryte pod białym puchem kamienie i przysypane gałęzie. Czasem, znienacka, kolce chwytały ją za nogawki spodni. Ogromny trawnik przed domem kiedyś był pięknie utrzymany, porośnięty soczyście zieloną trawą i barwnymi kwiatami. Jeśli spełni się marzenie Rafe'a, znów tak tu będzie. Ale projektowanie ogrodu to już nie jej sprawa.

Zdyszana dotarła do zniszczonego ganku. Do niej należy urządzenie wnętrza.

Zmarszczyła czoło. Rafe powinien tu już być. Tupiąc dla rozgrzewki, rozglądała się wokoło. Spóźnia się. Zerknęła na zegarek. Chyba nie sądzi, że będzie na niego czekać na wietrze i mrozie? No dobra, dziesięć minut, tyle mu daje. Jeśli do tego czasu Rafe się nie pojawi, zostawi mu w drzwiach kartkę, że bardzo przeprasza, ale ceni sobie punktualność. I wróci do siebie.

Zamiast tkwić bezczynnie, postanowiła zajrzeć do środka przez okno. Co jej szkodzi? Ostrożnie, trzymając się poręczy, skierowała się po schodach na ganek. Kiedyś na pewno był porośnięty bluszczem albo wilcem o pięknych lejkowatych kwiatach. Przymknęła na moment oczy; niemal czuła słodki, wonny zapach.

Zbliżywszy się do drzwi, instynktownie położyła rękę na gałce. Nie spodziewała się, że będą otwarte. Wprost przeciwnie; nawet na prowincji zdarzały się włamania i akty wandalizmu. Ale, o dziwo, gałka obróciła się.

Nie było sensu stać na zewnątrz i marznąć, skoro mogła wejść do środka i zacząć robić pomiary. A jednak gwałtownie cofnęła dłoń, jakby ją coś użądliło. Oddychała ciężko, łapczywie wciągając w płuca powietrze. Mimo skórzanych rękawiczek ręce miała lodowate. Dygotała na całym ciele.

Zmęczyłam się wspinaczką, pomyślała. A dygoczę, bo wieje zimny wiatr. Ale to nie była prawda. Dygotała ze strachu, choć właściwie nie wiedziała, czego się boi.

Zawstydzona, obejrzała się przez ramię. Była sama. Na szczęście nikt nie widział jej dziwnego zachowania.

Wzięła głęboki oddech i roześmiawszy się cicho, pchnęła drzwi.

Oczywiście zaskrzypiały. To było do przewidzenia. Ale ogromny hol tak ją zachwycił, że natychmiast zapomniała o całym świecie. Zamknęła drzwi i oparłszy się o nie, westchnęła błogo.

Czuć było stęchlizną. Wszystko pokrywała warstwa kurzu. Na ścianach widniały mokre plamy, listwy przypodłogowe były pogryzione przez myszy, wszędzie wisiały olbrzymie pajęczyny. Ale Regan tego nie widziała. Widziała ściany pomalowane na intensywnie zielony kolor, beżowy sufit, sosnowe podłogi, lśniące i wypastowane, dywan w maleńkie różyczki.

Hm, tu mógłby stać półokrągły stół na czterech pięknie profilowanych nogach, na nim wazon z bukietem róż, obok dwa srebrne świeczniki. Na prawo od stołu wysokie krzesło z orzecha włoskiego, metalowy pojemnik na parasole, a wyżej lustro w pozłacanej ramie.

Tak przed wieloma laty mógł wyglądać hol, tak może wyglądać i dziś. Regan puściła wodze fantazji.

W salonie oczarował ją duży marmurowy kominek. Marmur był czarny od brudu, ale nigdzie nie był uszkodzony. Miała w sklepie dwa wiekowe wazony, które idealnie by tu pasowały. Przed żeliwną maskownicą mógłby stać stylowy haftowany podnóżek; po dniu ciężkiej pracy można by było usiąść w fotelu, wyciągnąć nogi i grzać je w cieple buchających płomieni.

Podekscytowana, wyjęła z torby notes i zaczęła zapisywać uwagi.

Nitki pajęczyny zwisały jej z włosów, policzki miała usmolone, buty pokryte kurzem. Nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Mierzyła, wybierała w myślach meble; była w swoim żywiole. Kiedy więc usłyszała za sobą kroki, odwróciła się z uśmiechem; nie zamierzała wytykać Rafe'owi spóźnienia.

– Dom jest fantastyczny. Nie mogę się doczekać… – urwała, bo zreflektowała się, że mówi w pustą przestrzeń.

Marszcząc czoło, wyszła z salonu do holu. Otworzyła usta, żeby zawołać Rafe'a, kiedy nagle zobaczyła, że na zakurzonej podłodze widnieją tylko jedne ślady butów: jej własnych.

Zbyt bujna wyobraźnia, pomyślała. Mimo to przeszył ją dreszcz. W dużych pustych domach często słychać dziwne odgłosy. A to drewno się zsycha, a to wiatr uderza w okna, a to myszy harcują. Skrzywiła się. Nie przepadała za myszami, ale się ich nie bała. Ani pająków i skrzypiących podłóg.

Kiedy jednak usłyszała jakiś chrobot nad głową, krzyknęła przerażona. Serce skoczyło jej do gardła. Trzepotało niczym uwięziony w klatce ptak, który chce się wydostać na zewnątrz. Zanim zdołała się uspokoić, rozległ się dźwięk zatrzaskiwanych drzwi.

Rzuciła się pędem ku wyjściu; już stała z ręką na klamce, gdy nagle doznała olśnienia.

Rafe MacKade! Ogarnęła ją wściekłość. Co za podły drań! Albo przyjechał wcześniej, albo zakradł się do domu tylnymi drzwiami. I czekał na górze, żeby ją wystraszyć. Pewnie miał nadzieję, że ona, niczym bohaterka średniowiecznych romansów, blada ze strachu wybiegnie z krzykiem na zewnątrz.

Nic z tego, MacKade! Wyprostowała plecy, uniosła dumnie głowę i zdecydowanym krokiem skierowała się ku kręconym schodom.

– To nie jest śmieszne, Rafe! – zawołała. – Skończ te głupie żarty i bierzmy się do pracy.

Mniej więcej w połowie schodów poczuła przeraźliwy ziąb. Z wrażenia znieruchomiała; twarz jej zastygła, podobnie jak ręka na poręczy. Tkwiła bez ruchu, a świat wirował jej przed oczami. Dopiero cichy jęk – nie była nawet świadoma, że go wydała – sprawił, że się ocknęła. Czterema susami pokonała resztę schodów.

To przeciąg, zwykły przeciąg, pocieszała się, zirytowana własnym tchórzostwem.

– Rafe! – Przygryzła wargę. Psiakość, dlaczego mówi takim słabym, piskliwym głosikiem? Popatrzyła na długi korytarz, wzdłuż którego ciągnęły się zamknięte drzwi. – Rafe! – powtórzyła, starając się ukryć strach, a jednocześnie nadać głosowi gniewne brzmienie. – Mam mnóstwo pracy. Naprawdę szkoda mi czasu na takie wygłupy, więc z łaski swojej…

Urwała. Doleciał ją chrobot drewna o drewno, głośne trzaśnięcie, a po chwili rozdzierający szloch. Zapominając o dumie, ile sił w nogach zawróciła do schodów. Była prawie na samym dole, kiedy usłyszała strzał.

Raptem drzwi, do których biegła, zaczęły się otwierać. Towarzyszyło temu okropne skrzypienie.

Świat ponownie zawirował jej przed oczami, a potem znikł. Nastała ciemność.

– No, skarbie, obudź się.

Przekręciła głowę i jęcząc cicho, zadrżała.

– No, proszę, pokaż mi te swoje wielkie niebieskie oczęta.

Głos był tak ciepły, tak nęcący, że posłuchała. I na wprost siebie ujrzała twarz Rafe'a.