Powolne spalanie - Paula Hawkins - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Powolne spalanie ebook i audiobook

Paula Hawkins

3,8

203 osoby interesują się tą książką

Opis

Paula Hawkins, autorka powieści „Dziewczyny z pociągu” i „Zapisane na wodzie”, które urzekły miliony czytelników na całym świecie, snuje pasjonującą, pełną zwrotów akcji opowieść o oszustwie, morderstwie i zemście.

„Co ci odbiło?”.

Makabryczne morderstwo młodego człowieka na barce w Londynie nasuwa pytania o rolę trzech kobiet. Laury, przeżywającej trudne chwile dziewczyny, z którą późniejsza ofiara umówiła się na przelotny seks i która według świadków jako ostatnia wyszła z barki chłopaka. Carli, jego pogrążonej w żałobie ciotki, i tak już opłakującej inną krewną, która zginęła ledwie kilka tygodni wcześniej. I Miriam, wścibskiej sąsiadki, która znalazła zakrwawione zwłoki i ma tajemnice przed policją.

Trzy kobiety w zasadzie się nie znają, lecz każda z nich była w jakiś sposób powiązana z ofiarą. Trzy kobiety z różnych powodów kipią gniewem. Świadomie lub nie domagają się naprawienia zła, jakie im wyrządzono.

A gdy chodzi o zemstę, nawet porządni ludzie są zdolni do straszliwych czynów. Do czego się posuną, żeby odzyskać spokój?

Paula Hawkins daje nam odważny i pikantny kryminał, w którym pyta: Jak długo tajemnica może się tlić, zanim wybuchnie ogniem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 348

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 27 min

Lektor: Karolina Gruszka

Oceny
3,8 (430 ocen)
130
140
106
41
13
Sortuj według:
zbigniew2003

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ładnie wymyślona i opisana historia. Morderstwo i wiele osób uwikłanych, a może wciągniętych w jego sprawę, przez coś co nazywa się prozą życia. Nie znajdziesz tutaj krwi lejącej się strumieniami, ale coś ważniejszego… ot takie życiowe prawdy i sytuacje, które uczą pokory i patrzenia na świat i ludzi z różnych perspektyw. Zdecydowanie polecam, dobrze i mądrze spędzony czas, czego i innym życzę.
30
agibagi87

Nie oderwiesz się od lektury

Jak dla mnie to bomba! Warto przeczytać
00
Aniapie

Nie oderwiesz się od lektury

Super!
00
jaciebrosze

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka! a Karolina Gruszka przeczytała to GENIALNIE! dzięki niej ta książka jest jeszcze lepsza ❤️
00
Tellerka

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca i głęboka
00

Popularność




Mapa

Powolne spa­la­nie

W języku angiel­skim ter­min „powolne spa­la­nie” (slow fire) odnosi się do pro­cesu degra­da­cji papieru, w wyniku któ­rego żółk­nie i staje się kru­chy na sku­tek zakwa­sza­nia. Kwasy obecne są w samym papie­rze, któ­rego włókna zawie­rają ziarna wła­snego znisz­cze­nia.

Ludzi, któ­rych wkrótce pozna­cie, rów­nież coś zżera od środka – żądza zemsty, pra­gnie­nie miło­ści, chęć dopro­wa­dze­nia do końca nie­za­ła­twio­nych spraw; coś, co tli się w nich latami.

Tak samo jak każ­dego z nas, prawda?

Wpro­wa­dze­nie

Zakrwa­wiona dziew­czyna chwiej­nie wta­pia się w ciem­ność. Podarte ubra­nie zwisa z jej mło­dego ciała, odsła­nia­jąc poła­cie bla­dej skóry. Zgu­biła but, jej stopa krwawi. Prze­żywa katu­sze, ale ból stał się nie­istotny, przy­sło­niły go inne cier­pie­nia.

Jej twarz to maska stra­chu, jej serce to dud­niący bęben, jej oddech to prze­ra­żone zia­ja­nie zaszczu­tego lisa.

Nocną ciszę prze­rywa ciche bucze­nie. Samo­lot? Ocie­ra­jąc krew z oczu, dziew­czyna spo­gląda w niebo, lecz widzi jedy­nie gwiazdy.

Bucze­nie nara­sta i opada. Zmiana bie­gów w samo­cho­dzie? Czyżby dotarła do głów­nej drogi? Pod­nie­siona nieco na duchu, potrafi wykrze­sać z głębi sie­bie resztki ener­gii i pusz­cza się bie­giem.

Nie tyle widzi, ile czuje świa­tło za sobą. Czuje, że wydo­bywa jej postać z ciem­no­ści, i wie, że z tyłu nad­jeż­dża samo­chód. Nad­jeż­dża od strony farmy.

Odwraca się.

Jesz­cze zanim go dostrzega, wie, że ją zna­lazł. Jesz­cze zanim go dostrzega, wie, że to jego ujrzy za kie­row­nicą. Zamiera w bez­ru­chu. Przez mgnie­nie oka się waha, po czym zbiega z szosy, wpada do rowu, prze­ska­kuje drew­niany płot. Bie­gnie na przy­le­głe pole, na oślep pędzi przed sie­bie, potyka się i pod­nosi, nie wyda­jąc naj­mniej­szego dźwięku. Krzyk na nic by się nie zdał.

Gdy w końcu ją dopada, chwyta garść jej wło­sów i pociąga ją na zie­mię. Dziew­czyna czuje jego oddech. Wie, co on z nią zrobi. Wie, co ją czeka, bo widziała, jak robił to wcze­śniej, jak robił to jej przy­ja­ciółce, jak okrut­nie ją…

– Na litość boską! – mruk­nęła gło­śno Irene, z trza­skiem zamy­ka­jąc książkę i rzu­ca­jąc ją na stos innych, prze­zna­czo­nych do sprze­daży na cel cha­ry­ta­tywny. – Co za pira­mi­dalna bzdura!

1

W gło­wie Laury ode­zwała się Deidre: „Twój pro­blem, Lauro, polega na tym, że doko­nu­jesz złych wybo­rów”.

A żebyś, kurwa, wie­działa, Deidre! Laura nie sądziła, że kie­dy­kol­wiek pomy­śli czy powie coś takiego, jed­nak sto­jąc w swo­jej łazience i trzę­sąc się histe­rycz­nie, pod­czas gdy tętno mia­rowo wypy­chało gorącą krew z rany na jej przed­ra­mie­niu, musiała przy­znać, że Deidre, któ­rej głos sobie teraz uro­iła, tra­fiła w samo sedno. Laura pochy­liła się i oparła czo­łem o lustro, żeby nie patrzeć sobie w oczy, tyle że spo­glą­da­nie w dół było jesz­cze gor­sze, ponie­waż w tej pozy­cji widziała wypły­wa­jącą z niej krew, przez co była zamro­czona i czuła, że w każ­dej chwili może się porzy­gać. Tyle krwi! Ska­le­cze­nie było głęb­sze, niż myślała, powinna poje­chać na ostry dyżur. Nie­do­cze­ka­nie, na żaden ostry dyżur się nie wybiera.

Złe wybory…

Gdy w końcu wyciek krwi się zmniej­szył, Laura zdjęła T-shirt, cisnęła go na pod­łogę, wyśli­znęła się z dżin­sów, zrzu­ciła majtki i pozbyła się sta­nika, gwał­tow­nie wcią­ga­jąc powie­trze przez zęby, gdy meta­lowe zapię­cie zaha­czyło o ranę.

– Ja pier­dolę, masa­kra! – syk­nęła.

Sta­nik też rzu­ciła na pod­łogę, wgra­mo­liła się do wanny, puściła prysz­nic i dygo­cząc, sta­nęła pod mizer­nym stru­mycz­kiem kosz­mar­nie gorą­cej wody (pod swoim prysz­nicem mogła wybie­rać jedy­nie mię­dzy lodo­watą a nie­mal wrząt­kiem, opcji pośred­niej nie było). Czub­kami pomarsz­czo­nych pal­ców prze­su­wała po swo­ich pięk­nych śnież­no­bia­łych bli­znach: na bio­drze, udzie, barku, z tyłu głowy. To ja, powie­działa do sie­bie. To ja.

Póź­niej, z przed­ra­mie­niem nie­udol­nie owi­nię­tym zwo­jami papieru toa­le­to­wego i cia­łem okrę­co­nym lichym ręcz­ni­kiem, usia­dła w salo­nie na brzyd­kiej kana­pie pokry­tej szarą dermą i zadzwo­niła do matki. Prze­rwała połą­cze­nie, bo ode­zwała się poczta gło­sowa. Mar­no­wa­nie impul­sów nie miało sensu. Zadzwo­niła do ojca.

– U cie­bie wszystko w porządku, kur­czaczku?

W tle sły­szała jakiś hałas, radio nasta­wione na sta­cję 5 Live.

– Tato… – Prze­łknęła gulę pod­cho­dzącą jej do gar­dła.

– Co sły­chać?

– Tato, mógł­byś do mnie przy­je­chać? Ja… mia­łam kosz­marną noc i tak sobie pomy­śla­łam, że może mógł­byś wpaść do mnie na tro­chę. Wiem, że to kawa­łek drogi, ale…

Usły­szała, jak w tle Deidre syczy przez zaci­śnięte zęby:

– Nie, Phi­li­pie. Jeste­śmy umó­wieni na bry­dża.

– Tato, mógł­byś nie roz­ma­wiać ze mną przez gło­śnik?

– Skar­bie, ja…

– Mówię serio, możesz wyłą­czyć gło­śnik? Nie chcę słu­chać jej głosu, na sam jego dźwięk mam ochotę coś pod­pa­lić…

– Lauro, nie prze­sa­dzaj…

– Nie­ważne, tato, nie ma o czym mówić.

– Jesteś pewna?

Nie nie jestem pewna nie jestem pewna nie jestem kurwa pewna.

– Tak, jasne. Wszystko w porządku. Dam sobie radę.

Wra­ca­jąc do sypialni, nadep­nęła na kurtkę, którą zrzu­ciła wcze­śniej w kory­ta­rzu, by jak naj­szyb­ciej dotrzeć do łazienki. Schy­liła się i ją pod­nio­sła. Rękaw był roze­rwany, w kie­szeni wciąż znaj­do­wał się zega­rek Daniela. Wyjęła go, odwró­ciła i zało­żyła na nad­gar­stek. Papier toa­le­towy na jej przed­ra­mie­niu zakwitł czer­wie­nią, a cała ręka pul­so­wała lekko, gdy tętno wyci­skało z niej krew. Wiro­wało jej w gło­wie. W łazience wrzu­ciła zega­rek do umy­walki, zdarła papier z ręki, upu­ściła ręcz­nik na pod­łogę. Z powro­tem weszła pod prysz­nic.

Usu­wa­jąc nożycz­kami brud spod paznokci, patrzyła, jak woda u jej stóp różo­wieje. Zamknęła oczy. Słu­chała głosu Daniela, który pytał: „Co ci odbiło?”, głosu Deidre, mówią­cej: „Nie, Phi­li­pie, jeste­śmy umó­wieni na bry­dża”, a także swo­jego głosu. „Coś pod­pa­lić. Pod­pa­lić. Pod­pa­lić pod­pa­lić pod­pa­lić”.

2

W co drugą nie­dzielę Miriam czy­ściła toa­letę. Musiała wyjąć (o dziwo, zawsze nie­przy­jem­nie ciężki) zbior­nik z małej ubi­ka­cji na rufie barki, wytasz­czyć go przez kabinę na ścieżkę nad kana­łem, a stam­tąd prze­nieść całe sto metrów do punktu odbioru nie­czy­sto­ści, gdzie feka­lia nale­żało prze­lać do głów­nej toa­lety i spu­ścić wodę, a następ­nie wypłu­kać zbior­nik, żeby usu­nąć resztki. Był to jeden z mniej sie­lan­ko­wych aspek­tów miesz­ka­nia na barce i wolała zała­twiać to wcze­śnie, gdy nikt nie krę­cił się w pobliżu. Prze­no­sze­nie wła­snych gówien pośród nie­zna­jo­mych, ludzi wypro­wa­dza­ją­cych psy na spa­cer oraz bie­ga­czy, było czymś abso­lut­nie nie­god­nym.

Wyszła na tylny pokład, by spraw­dzić, czy ma wolną drogę – czy na ścieżce nie ma żad­nych prze­szkód, rowe­rów ani bute­lek (ludzie czę­sto bywają skraj­nie anty­spo­łeczni, zwłasz­cza w sobot­nie wie­czory). Pora­nek był pogodny, białe pączki na błysz­czą­cych mło­dych gałąz­kach pla­ta­nów i brzóz zapo­wia­dały nadej­ście wio­sny.

Jak na marzec było zimno, a jed­nak zauwa­żyła, że drzwi kabiny sąsied­niej barki są otwarte, tak samo jak ostat­niej nocy. Dziwne, naprawdę dziwne. Sęk w tym, że aku­rat zamie­rzała roz­mó­wić się z wła­ści­cie­lem tej barki, mło­dym czło­wie­kiem, który prze­kro­czył ter­min pobytu. Cumo­wał na tym miej­scu już szes­na­ście dni, o dwa dłu­żej, niż miał prawo, więc zamie­rzała zamie­nić z nim słówko i wyja­śnić, że powi­nien ruszać w dal­szą drogę; nie leżało to w zakre­sie jej obo­wiąz­ków i w ogóle to nie była jej sprawa, ale – w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści ludzi – wro­sła w tutej­szy kra­jo­braz i dla­tego postawa oby­wa­tel­ska szcze­gól­nie leżała jej na sercu.

*

W każ­dym razie wła­śnie to Miriam powie­działa śled­czemu Bar­ke­rowi, kiedy zapy­tał ją póź­niej: „Z jakiego powodu pani tam zaj­rzała?”. Poli­cjant, sku­lony i przy­gar­biony, sie­dział naprze­ciwko niej tak bli­sko, że ich kolana nie­mal się sty­kały. Wyso­kiemu męż­czyź­nie na barce nie jest zbyt wygod­nie, a on był wyjąt­kowo wysoki. Miał głowę gładką jak kula bilar­dowa i wyraz poiry­to­wa­nia na twa­rzy, jakby zapla­no­wał na ten dzień coś cie­kaw­szego, coś przy­jem­nego, na przy­kład wyprawę z dziećmi do parku, a tym­cza­sem tkwił tu z Miriam i wcale mu się to nie podo­bało.

– Czy pani cze­goś doty­kała? – zapy­tał.

No wła­śnie. Doty­kała cze­goś? Miriam zamknęła oczy. Wyobra­ziła sobie, jak ele­gancko puka w okno nie­bie­sko-bia­łej barki. I czeka na odpo­wiedź: czyjś głos albo drgnię­cie firanki. Nie docze­kaw­szy się jed­nak, schy­lona usi­łuje zaj­rzeć do kabiny przez firankę oraz, lekko licząc, dzie­się­cio­let­nią war­stwę miej­skiego i rzecz­nego brudu. Puka raz jesz­cze, a po dłuż­szej chwili wcho­dzi na pokład rufowy. I woła: „Halo? Jest tu kto?”.

Ujrzała sie­bie, jak bar­dzo deli­kat­nie pociąga za drzwi kabiny, a wtedy dola­tuje ją jakaś woń, zapach żelaza, przy­wo­dzący na myśl mięso, wzbu­dza­jący głód. „Halo?”. Jak otwiera drzwi na oścież, scho­dzi po dwóch stop­niach do kabiny i ostat­nie „halo” więź­nie jej w gar­dle na widok sceny, jaką tam zastaje: wszystko jest we krwi, a na pod­ło­dze leży chło­piec – nie, nie tyle chło­piec, ile młody męż­czy­zna – z wycię­tym w szyi sze­ro­kim uśmie­chem.

Ujrzała sie­bie, jak się chwieje, zakrywa dło­nią usta, przez dłuż­szą chwilę nachyla się, oszo­ło­miona, aż w końcu wyciąga rękę i zaci­ska palce na bla­cie. O Boże!

– Dotknę­łam blatu – powie­działa śled­czemu. – Chyba przy­trzy­ma­łam się blatu, zaraz za pro­giem, po lewej stro­nie od wej­ścia do kabiny. Zoba­czy­łam go i pomy­śla­łam… to zna­czy, poczu­łam… zro­biło mi się nie­do­brze. – Zaczer­wie­niła się. – Ale nie zwy­mio­to­wa­łam, jesz­cze nie wtedy. Dopiero na zewnątrz… Ja… prze­pra­szam, że…

– Pro­szę się tym nie przej­mo­wać – prze­rwał jej Bar­ker, wciąż świ­dru­jąc ją wzro­kiem. – Nie ma naj­mniej­szego powodu. Co pani zro­biła potem? Zoba­czyła pani zwłoki, oparła się pani o blat…?

Ta woń nie dawała jej spo­koju. Ale nie fetor krwi, tego morza krwi; tam cuch­nęło coś jesz­cze, uno­sił się jakiś star­szy, słodki odór przy­wo­dzący na myśl lilie, które zbyt długo stały w wazo­nie. Ten zapach i widok, któ­remu nie spo­sób było się oprzeć: pięk­nej mar­twej twa­rzy, szkli­stych oczu oto­czo­nych dłu­gimi rzę­sami, roz­chy­lo­nych peł­nych warg uka­zu­ją­cych równe białe zęby. Jego tułów, jego dło­nie i ramiona były uty­tłane krwią; czubki zakrzy­wio­nych pal­ców doty­kały pod­łogi, jakby się jej kur­czowo trzy­mał. Kiedy odwra­cała się do wyj­ścia, jej wzrok pod­chwy­cił coś leżą­cego na pod­ło­dze, coś, czego tam być nie powinno – błysk sre­bra unu­rza­nego w lep­kiej, czer­nie­ją­cej krwi.

Poty­ka­jąc się na stop­niach, wyszła z kabiny i krztu­sząc się, łap­czy­wie chwy­tała powie­trze. Zwy­mio­to­wała na ścieżkę i otarł­szy usta, krzyk­nęła: „Ratunku! Niech ktoś wezwie poli­cję!”. Ale była dopiero siódma trzy­dzie­ści w nie­dzielę rano, nikogo w zasięgu wzroku. Na ścieżce zero ruchu, na dro­gach powy­żej też nic, ciszę zakłó­cał tylko war­kot gene­ra­tora i swary prze­my­ka­ją­cych obok koko­szek wod­nych. Kiedy spoj­rzała na most nad kana­łem, zda­wało jej się, że kogoś widzi, rap­tem przez chwilę, ale ten ktoś zaraz znik­nął, ona zaś została sama w szpo­nach para­li­żu­ją­cego stra­chu.

– Wyszłam – powie­działa Miriam poli­cjan­towi. – Od razu zeszłam z barki i… zawia­do­mi­łam poli­cję. Zwy­mio­to­wa­łam, a potem pobie­głam na swoją barkę i zadzwo­ni­łam na poli­cję.

– W porządku, spo­koj­nie.

Kiedy pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała na niego, roz­glą­dał się dookoła, lustru­jąc maleńką schludną kabinę, książki nad zle­wem (Potrawy jed­no­garn­kowe, Nowe podej­ście do warzyw), zioła na para­pe­cie – bazy­lię i kolen­drę w pla­sti­ko­wych pojem­ni­kach oraz drew­nie­jący roz­ma­ryn w nie­bie­skiej cera­micz­nej doniczce. Zer­k­nął na półkę pełną ksią­żek w mięk­kich okład­kach, na sto­jący na niej zaku­rzony skrzy­dło­kwiat i opra­wioną w ramki foto­gra­fię brzyd­kiej pary z gru­bo­ko­ści­stym dziec­kiem pośrodku.

– Mieszka tu pani sama? – zapy­tał, choć wła­ści­wie nie było to pyta­nie.

Wie­działa, co sobie myśli: gruba stara panna, stuk­nięta na punk­cie eko­lo­gii, wyznaw­czyni samo­wy­star­czal­no­ści oraz idei „zrób to sam”, a do tego wścib­skie bab­sko. Wty­ka­jąca nos w nie swoje sprawy. Miriam była świa­doma, jak inni ją postrze­gają.

– Czy… czy miewa pani oka­zję do… pozna­nia sąsia­dów? Cho­ciaż czy to są praw­dziwi sąsie­dzi? Raczej wąt­pię, skoro przy­pły­wają i cumują tu przez góra dwa tygo­dnie.

Miriam wzru­szyła ramio­nami.

– Nie­któ­rzy zja­wiają się i wyby­wają regu­lar­nie, mają swój rejon, pas wody, który lubią opły­wać, więc nie­któ­rych udaje się poznać. Jeżeli komuś na tym zależy. Ale co kto lubi, można się trzy­mać na ubo­czu, tak jak ja to robię.

Śled­czy tego nie sko­men­to­wał, patrzył tylko na nią bez­na­mięt­nie. Zdała sobie sprawę, że pró­buje ją roz­gryźć, że nie ufa jej sło­wom i nie­ko­niecz­nie wie­rzy w to, co mu mówi.

– A jak było z nim? Z tym męż­czy­zną, któ­rego zna­la­zła pani dziś rano?

Miriam pokrę­ciła głową.

– Nie zna­łam go. Widzia­łam go kilka razy, wymie­ni­łam z nim… nie, to nawet nie były uprzej­mo­ści. Mówi­łam mu „witam” albo „dzień dobry”, a on mi odpo­wia­dał. I tyle.

(Nie­zu­peł­nie. To prawda, że odkąd zacu­mo­wał, widziała go rap­tem dwa razy i od razu wyczuła w nim ama­tora. Jego barka była w opła­ka­nym sta­nie – odła­żąca farba, zardze­wiałe nad­proża, prze­krzy­wiony komin – za to on był sta­now­czo zbyt wymu­skany jak na życie na wodzie. Czy­ste ubra­nia, białe zęby, żad­nych kol­czy­ków ani tatu­aży. A przy­naj­mniej nie miał ich w widocz­nych miej­scach. Był to nie­zwy­kle przy­stojny młody czło­wiek, dosyć wysoki, bru­net o ciem­nych oczach i ostrych, zde­cy­do­wa­nych rysach twa­rzy. Kiedy spo­tkała go po raz pierw­szy, powie­działa „dzień dobry”, on zaś z uśmie­chem pod­niósł na nią wzrok, a wtedy włosy zje­żyły jej się na karku).

Wów­czas zwró­ciła na to uwagę, ale by­naj­mniej nie zamie­rzała się tym dzie­lić z poli­cjan­tem. „Kiedy go zoba­czy­łam po raz pierw­szy, odnio­słam takie dziwne wra­że­nie…”. Wziąłby ją za postrze­loną wariatkę. Tak czy owak, dopiero teraz uświa­do­miła sobie, co naprawdę wów­czas czuła. Nie było to prze­czu­cie ani żadne tego typu bzdury – ona go roz­po­znała!

To zaś stwa­rzało pewne moż­li­wo­ści. Przy­szło jej to do głowy, gdy tylko zdała sobie sprawę z tego, kim jest ten chło­pak, ale wtedy nie wie­działa, jak sko­rzy­stać z tej szansy. Jed­nak teraz, skoro zgi­nął, uznała, że tak wła­śnie miało być. Szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści.

– Pani Lewis? – Śled­czy Bar­ker o coś ją pytał.

– Panno – spro­sto­wała.

Na chwilę zamknął oczy.

– Panno Lewis, pamięta pani, czy widziała go pani w towa­rzy­stwie? Może z kimś roz­ma­wiał?

Po chwili waha­nia kiw­nęła głową.

– Ktoś go odwie­dził. Pew­nie ze dwa razy. Moż­liwe, że miał także innych gości, ale ja widzia­łam tylko ją. Kobietę, star­szą od niego, raczej w moim wieku. Jakoś po pięć­dzie­siątce. Siwe włosy, bar­dzo krótko obcięte. Była chuda i chyba dosyć wysoka, miała z metr sie­dem­dzie­siąt dwa, może sie­dem­dzie­siąt pięć wzro­stu, do tego ostre rysy twa­rzy…

Bar­ker uniósł brew.

– Widzę, że dobrze jej się pani przyj­rzała?

Miriam wzru­szyła ramio­nami.

– No cóż, jestem bar­dzo spo­strze­gaw­cza. I lubię mieć oko na to, co się tu dzieje. – Rów­nie dobrze może wyjść naprze­ciw jego uprze­dze­niom. – Ale na taką kobietę każdy zwraca uwagę, nawet jeśli nie jest spo­strze­gaw­czy. Jej fry­zura, ubra­nie… wyglą­dała luk­su­sowo.

Poli­cjant znów kiwał głową, zapi­su­jąc jej słowa. Miriam była pewna, że usta­le­nie, o kim mówiła, nie zaj­mie mu wiele czasu.

*

Po wyj­ściu śled­czego mun­du­rowi odgro­dzili taśmą ścieżkę nad kana­łem na odcinku od De Beau­voir do Shep­per­ton, każąc odpły­nąć wszyst­kim bar­kom z wyjąt­kiem jego łodzi – miej­sca zbrodni – i jej. Z początku pró­bo­wali namó­wić ją, by opu­ściła barkę, ale oznaj­miła im bez ogró­dek, że ni­gdzie się nie wybiera. No chyba że zamie­rzali zapew­nić jej dach nad głową? Mun­du­rowy, z któ­rym roz­ma­wiała, młody prysz­czaty chło­pak o piskli­wym gło­sie, wyraź­nie się prze­jął tym, że zrzu­ciła odpo­wie­dzial­ność ze swo­ich bar­ków na jego. Spoj­rzał w niebo, spu­ścił wzrok na wodę, zer­k­nął w górę i w dół kanału, a następ­nie popa­trzył na nią, tę niską, grubą kobietę w śred­nim wieku, i ustą­pił. Odda­lił się nieco, a poga­daw­szy z kimś przez krót­ko­fa­lówkę, wró­cił i powia­do­mił ją, że może zostać.

– Może pani cho­dzić tam i z powro­tem do wła­snego, eee… miesz­ka­nia… ale nie dalej – oświad­czył.

Po połu­dniu Miriam usia­dła na pokła­dzie rufo­wym swo­jej barki, by w sła­bych pro­mie­niach słońca korzy­stać z nie­zwy­kłego spo­koju na zamknię­tym kanale. Z zarzu­co­nym na ramiona kocem i fili­żanką her­baty pod ręką patrzyła, jak poli­cjanci i tech­nicy kry­mi­na­li­styczni kręcą się wte i wewte, spro­wa­dzają psy, spro­wa­dzają łodzie, prze­szu­kują ścieżkę i jej obrzeża, a także grze­bią w męt­nej wodzie.

Zwa­żyw­szy na to, co prze­szła tego dnia, czuła dziwny spo­kój, a wręcz opty­mizm na myśl o nowych moż­li­wo­ściach, jakie się przed nią otwo­rzyły. W kie­szeni roz­pi­na­nego swe­tra nama­cała mały klu­czyk na kółku, wciąż lepki od krwi, który pod­nio­sła z pod­łogi barki i któ­rego ist­nie­nie zata­iła przed śled­czym, nawet nie zasta­na­wia­jąc się nad tym, co robi.

Instynkt.

Zauwa­żyła, że obok zwłok chło­paka coś błysz­czy – klucz. Był zawie­szony na małym drew­nia­nym bre­loczku w kształ­cie ptaka. Poznała go natych­miast; kiedy go widziała poprzed­nio, był przy­pięty do paska dżin­sów Laury, tej z pralni samo­ob­słu­go­wej. Stuk­nięta Laura, tak ją tu nazy­wali. Ale Miriam zawsze uwa­żała Laurę za bar­dzo życz­liwą osobę, która nie ma w sobie za grosz sza­leń­stwa. I to wła­śnie ją widziała, jak wcho­dziła – zda­niem Miriam pod­pita – na tę zapy­ziałą barkę, uwie­szona ramie­nia tego pięk­nego chłopca. Kiedy to było? Wie­czo­rem dwa dni temu? Trzy? Znaj­dzie datę w swoim note­sie, w któ­rym zapi­sy­wała różne cie­kawe rze­czy, takie jak to, kto gdzie się kręci.

Zmierz­chało już, kiedy Miriam patrzyła, jak wyno­szą zwłoki z kabiny i tasz­czą je po schod­kach na ulicę, gdzie cze­kała na nie karetka. Gdy ją mijali, wstała, z sza­cun­kiem skło­niła głowę i cicho, z nie­do­wie­rza­niem powie­działa: „Idź z Bogiem”.

Wyszep­tała też podzię­ko­wa­nia. Dla­tego że cumu­jąc swoją łódź obok jej barki, a potem dając się bru­tal­nie zabić, Daniel Suther­land stwo­rzył Miriam szansę, któ­rej po pro­stu nie mogła prze­pu­ścić; szansę na pomsz­cze­nie krzywdy, jaka ją spo­tkała.

Gdy została sama, wbrew sobie tro­chę się bojąc ciem­no­ści i ciszy, do któ­rej nie nawy­kła, weszła do kabiny swo­jej barki i zamknęła za sobą drzwi na rygiel i dodat­kowo na kłódkę. Wyjęła z kie­szeni klucz Laury i wło­żyła go do drew­nia­nej szka­tułki, którą trzy­mała na naj­wyż­szej półce. W czwar­tek przy­pa­dał dzień pra­nia. Może wtedy odda go Lau­rze.

A może nie odda, kto wie?

Prze­cież ni­gdy nie wia­domo, co nam się może przy­dać, prawda?

3

– Pani Myer­son? Czy chce pani usiąść? Pro­szę bar­dzo. Tylko niech pani oddy­cha. Czy mamy kogoś zawia­do­mić, pani Myer­son?

Carla opa­dła na kanapę. Zgięła się wpół, przy­ci­ska­jąc twarz do kolan. Uświa­do­miła sobie, że sko­wy­czy jak pies.

– Theo – wykrztu­siła z tru­dem. – Zadzwoń­cie do Theo, pro­szę. Mojego męża. Byłego męża. Numer jest w mojej komórce. – Pod­nio­sła wzrok i uważ­nie rozej­rzała się po pokoju, ale ni­gdzie nie dostrze­gła tele­fonu. – Nie wiem, gdzie jest. Nie wiem, gdzie go zosta…

– Trzyma go pani w ręce, pani Myer­son – prze­rwała jej deli­kat­nie poli­cjantka z wydziału kry­mi­nal­nego. – Ma pani tele­fon w ręce.

Carla spu­ściła wzrok i prze­ko­nała się, że rze­czy­wi­ście kur­czowo ści­ska komórkę w gwał­tow­nie trzę­są­cej się dłoni. Pokrę­ciła głową i podała tele­fon śled­czej.

– Chyba tracę zmy­sły – jęk­nęła.

Kobieta wygięła usta w namia­stce uśmie­chu i na chwilę poło­żyła dłoń na ramie­niu Carli. Wzięła komórkę i wyszła na zewnątrz, żeby zadzwo­nić.

Drugi śled­czy, inspek­tor Bar­ker, odchrząk­nął.

– Jeśli dobrze zro­zu­mia­łem, matka Daniela nie żyje, tak?

Carla przy­tak­nęła ruchem głowy.

– Od sze­ściu… nie, od ośmiu tygo­dni – powie­działa, patrząc na brwi poli­cjanta, które wystrze­liły w górę i dotar­łyby aż do linii wło­sów, gdyby je jesz­cze miał. – Moja sio­stra upa­dła w domu – wyja­śniła. – To nie było… To był wypa­dek.

– A czy ma pani jakieś namiary na ojca Daniela?

Carla pokrę­ciła głową.

– Nie­stety nie. On mieszka w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, prze­pro­wa­dził się tam dawno temu. Nie inte­re­suje się życiem Daniela, syn ni­gdy go nie obcho­dził. Chło­pak miał… – Głos Carli się zała­mał; ode­tchnęła głę­boko, powoli wypusz­cza­jąc powie­trze. – Daniel miał tylko Angelę. I mnie.

Bar­ker poki­wał głową, bez słowa. Sztywny, jakby kij połknął, stał przed komin­kiem, cze­ka­jąc, aż Carla weź­mie się w garść.

– Pani mieszka tu od nie­dawna? – zapy­tał po prze­rwie, którą Carla ode­brała jako wyraz sza­cunku. Spoj­rzała na niego, nie bar­dzo rozu­mie­jąc, o co mu cho­dzi. Wyce­lo­wał długi palec wska­zu­jący w pudła sto­jące na pod­ło­dze jadalni oraz w oparte o ścianę obrazy.

Gło­śno wytarła nos.

– Od bli­sko sze­ściu lat zamie­rzam powie­sić te obrazy – odparła. – Kie­dyś w końcu się sprężę i zała­twię odpo­wied­nie haki. A te pudła są z domu mojej sio­stry. Wie pan, listy, foto­gra­fie. Rze­czy, któ­rych nie chcia­łam się pozby­wać.

Bar­ker ski­nął głową. Splótł ręce na piersi, prze­niósł cię­żar ciała z jed­nej nogi na drugą i otwo­rzył usta, chcąc coś powie­dzieć, ale powstrzy­mało go trza­śnię­cie drzwi fron­to­wych. Carla pod­sko­czyła. Do pokoju wbie­gła śled­cza, poste­run­kowa Chal­mers, i prze­pra­sza­jąco schy­liła głowę.

– Pan Myer­son już idzie. Powie­dział, że nie­długo będzie.

– Mieszka pięć minut drogi stąd – rze­kła Carla. – Przy Noel Road. Wie pani, gdzie to jest? W latach sześć­dzie­sią­tych miesz­kał tam Joe Orton. No, ten dra­ma­to­pi­sarz. To tam został zabity, zdaje się, że zatłu­czony młot­kiem, a może zadźgany? – Śled­czy patrzyli na nią bez­na­mięt­nie. – Ale to nie… Odbie­głam od tematu – dorzu­ciła Carla. Przez krótką kosz­marną chwilę oba­wiała się, że lada moment par­sk­nie śmie­chem. Po co w ogóle o tym wspo­mniała? Co ją pod­ku­siło, żeby mówić o Joem Orto­nie i ludziach zatłu­czonych na śmierć? Rze­czy­wi­ście tra­ciła zmy­sły. A jed­nak wyda­wało się, że śled­czy albo nie zwró­cili na to uwagi, albo mieli to gdzieś. A może wszy­scy zacho­wują się jak obłą­kani, dowia­du­jąc się, że ktoś z ich rodziny został zamor­do­wany?

– Kiedy widziała pani sio­strzeńca po raz ostatni, pro­szę pani? – zapy­tał Bar­ker.

Carla miała kom­pletną pustkę w gło­wie.

– Ja… Rany boskie, widzia­łam go w… w domu Angeli. Mojej sio­stry. To nie­da­leko stąd, dwa­dzie­ścia minut pie­chotą, po dru­giej stro­nie kanału, przy Hay­ward’s Place. Porząd­ko­wa­łam aku­rat jej rze­czy, a Daniel wpadł zabrać jakieś szpar­gały. Nie miesz­kał tam od wie­ków, ale w daw­nej sypialni wciąż miał swoje rze­czy, głów­nie szki­cow­niki. Był cał­kiem zdol­nym gra­fi­kiem. Ryso­wał komiksy. Wie­cie, histo­rie rysun­kowe. – Wzdry­gnęła się odru­chowo. – Czyli że to było… tydzień temu? Dwa tygo­dnie? Jezu, nic nie pamię­tam, w gło­wie mam kom­pletną sieczkę. Ja… – Zmierz­wiła pal­cami krót­kie włosy.

– Pro­szę się tym nie przej­mo­wać, pani Myer­son, abso­lut­nie – rze­kła uspo­ka­ja­jąco Chal­mers. – Takie szcze­góły poda nam pani póź­niej.

– A więc jak długo on miesz­kał na tej barce? – zapy­tał Bar­ker.

Roz­legł się dono­śny stu­kot kołatki do drzwi; Carla znów pod­sko­czyła.

– Theo – wyszep­tała, zry­wa­jąc się z kanapy. – Bogu dzięki!

Chal­mers dotarła do drzwi przed nią i wpu­ściła gościa do holu; Theo był czer­wony na twa­rzy i zlany potem.

– Chry­ste Panie, Ce! – rzu­cił, chwy­ta­jąc Carlę w obję­cia i przy­ci­ska­jąc ją mocno do sie­bie. – Co się stało, na litość boską?

*

Poli­cjanci po raz kolejny opo­wie­dzieli całą histo­rię. Otóż tego dnia rano na barce zacu­mo­wa­nej w Regent’s Canal, na wyso­ko­ści De Beau­voir Road, zna­le­ziono zwłoki sio­strzeńca Carli, Daniela Suther­landa. Który zgi­nął od wie­lo­krot­nych pchnięć ostrym narzę­dziem. Zabój­stwa naj­praw­do­po­dob­niej doko­nano nie póź­niej niż dwa­dzie­ścia cztery godziny i nie wcze­śniej niż trzy­dzie­ści sześć godzin od odkry­cia ciała. Ale wkrótce będzie można zawę­zić ten prze­dział cza­sowy. Wypy­ty­wano ich o pracę i zna­jo­mych Daniela, a także o to, czy miał kło­poty finan­sowe i czy zaży­wał nar­ko­tyki.

Nie wie­dzieli.

– Nie byli­ście spe­cjal­nie zżyci? – pod­su­nęła Chal­mers.

– Ja go ledwo zna­łem – odparł Theo. Sie­dział obok Carli i pocie­rał czu­bek głowy pal­cem wska­zu­ją­cym, jak zawsze, kiedy się czymś nie­po­koił.

– A pani?

– Nie, nie byli­śmy zżyci. Ja… no cóż. Rzadko widy­wa­ły­śmy się z sio­strą. Rozu­mie­cie…

– Mimo że miesz­kała tuż po dru­giej stro­nie kanału? – wtrą­ciła Chal­mers.

– Ow­szem. – Carla pokrę­ciła głową. – My… Już od bar­dzo dawna nie spę­dza­łam czasu z Danie­lem. Na dobrą sprawę wcale, odkąd prze­stał być małym chłop­cem. Jak mówi­łam, zoba­czy­łam go ponow­nie po śmierci sio­stry. On przez jakiś czas miesz­kał za gra­nicą. Chyba w Hisz­pa­nii.

– A kiedy się prze­niósł na łódź? – zapy­tał Bar­ker.

Carla zaci­snęła usta i pokrę­ciła głową.

– Nie wiem – odparła. – Naprawdę.

– W ogóle nie mie­li­śmy poję­cia, że tam miesz­kał – włą­czył się Theo.

Bar­ker zmie­rzył go prze­cią­głym spoj­rze­niem.

– A prze­cież pań­ski dom jest tak bli­sko. Przy Noel Road, zga­dza się? Czyli ile? Góra pół­tora kilo­me­tra od jego barki.

Theo wzru­szył ramio­nami i potarł czoło; skóra poni­żej linii wło­sów mocno się zaró­żo­wiła. Wyglą­dał, jakby za długo prze­by­wał na słońcu.

– Cał­kiem moż­liwe, ale nie mia­łem poję­cia, że on tam mieszka.

Śled­czy poro­zu­mieli się wzro­kiem.

– A pani, pani Myer­son? – Bar­ker spoj­rzał na Carlę.

Pokrę­ciła głową.

– Ja rów­nież nie mia­łam poję­cia – odparła cicho.

Poli­cjanci mil­czeli i trwało to przez dłuż­szy czas. Carla wyobra­żała sobie, że cze­kali, żeby coś dodała… ona albo Theo.

Jej były mąż sta­nął na wyso­ko­ści zada­nia.

– Mówi­li­ście o dwu­dzie­stu czte­rech godzi­nach, zga­dza się? Że minęło nie mniej niż dwa­dzie­ścia cztery godziny i nie wię­cej niż trzy­dzie­ści sześć godzin?

Chal­mers przy­tak­nęła ruchem głowy.

– Sza­cu­jemy, że śmierć nastą­piła mię­dzy ósmą wie­czo­rem w pią­tek a ósmą rano w sobotę.

– Aha. – Theo znowu pocie­rał głowę, wyglą­da­jąc przez okno.

– Coś się panu przy­po­mniało, panie Myer­son?

– Widzia­łem dziew­czynę – oznaj­mił Theo. – W sobotę rano. Wcze­śnie, gdzieś tak koło szó­stej. Szła ścieżką nad kana­łem, mijała aku­rat mój dom. Kiedy ją zoba­czy­łem, sta­łem w swo­jej pra­cowni, a zapa­mię­ta­łem ją, bo była we krwi. Miała zakrwa­wioną twarz. I chyba ubra­nie. Nie ocie­kała krwią, co to, to nie, ale miała na sobie plamy krwi.

Carla z nie­do­wie­rza­niem wle­piła w niego wzrok.

– O czym ty mówisz? Dla­czego nic mi nie powie­dzia­łeś?

– Bo spa­łaś – wyja­śnił Theo. – Wsta­łem, żeby zapa­rzyć kawę, i posze­dłem do pra­cowni po papie­rosy. Zoba­czy­łem ją przez okno. Była młoda, moim zda­niem nie­wiele po dwu­dzie­stce, i szła ścieżką. Kulała. A może się zata­czała? Pomy­śla­łem, że jest pijana. W sumie… w sumie nie przej­mo­wa­łem się tym, bo prze­cież w Lon­dy­nie roi się od dziw­nych pija­nych osob­ni­ków, prawda? O tej porze czę­sto widać ludzi wra­ca­ją­cych do domu…

– Zakrwa­wio­nych? – wtrą­cił Bar­ker.

– No, chyba nie. Zakrwa­wio­nych raczej się nie widuje. Wła­śnie dla­tego ją zapa­mię­ta­łem. Pomy­śla­łem, że się prze­wró­ciła albo wdała w bójkę. Uzna­łem więc…

– Ale dla­czego nic mi nie powie­dzia­łeś? – prze­rwała mu Carla.

– Bo spa­łaś, Ce. Nie uwa­ża­łem, żeby…

– Pani Myer­son spała w pań­skim domu? – wtrą­ciła się Chal­mers, marsz­cząc czoło. – Czy dobrze zro­zu­mia­łam? Została pani na noc u pana Myer­sona?

Carla wolno poki­wała głową; widać było, że jest skon­ster­no­wana.

– W pią­tek byli­śmy umó­wieni na kola­cję, a potem zosta­łam na noc…

– Jeste­śmy wpraw­dzie w sepa­ra­cji, ale nasz zwią­zek by­naj­mniej nie wygasł. Zro­zum­cie, my czę­sto…

– Theo, ich to nie obcho­dzi – prze­rwała mu Carla tak ostro, że aż się skrzy­wił. Przy­ci­snęła do nosa chu­s­teczkę higie­niczną. – Prze­pra­szam. Bar­dzo prze­pra­szam. Ale to nie ma zna­cze­nia, prawda?

– Ni­gdy nie wia­domo, co się okaże ważne – odparł Bar­ker zagad­kowo i skie­ro­wał się do wyj­ścia. Wrę­czył im służ­bowe wizy­tówki, powie­dział Theo coś o for­mal­nej iden­ty­fi­ka­cji ciała, o związ­kach rodzin­nych i że będą w kon­tak­cie. Theo poki­wał głową, wsu­nął wizy­tówkę do kie­szeni spodni i uści­snął śled­czemu dłoń.

– Jak się dowie­dzie­li­ście? – zapy­tała nagle Carla. – To zna­czy, kto wam zgło­sił… Kto odkrył zwłoki?

Chal­mers spoj­rzała na swo­jego szefa, a potem na Carlę.

– Zna­la­zła go pewna kobieta – odparła.

– Kobieta? – powtó­rzył Theo. – Młoda? Szczu­pła? Bo przy­szła mi na myśl ta, którą widzia­łem, ta zakrwa­wiona. Może to ona…

Chal­mers pokrę­ciła głową.

– Nie, ta kobieta mieszka na innej barce i nie jest młoda, raczej w śred­nim wieku. Zauwa­żyła, że od jakie­goś czasu na barce nic się nie dzieje, więc zaj­rzała tam, żeby spraw­dzić, czy wszystko w porządku.

– A więc nic nie widziała? – spy­tał Theo.

– Prze­ciw­nie, bar­dzo nam pomo­gła – rzekł Bar­ker. – Jest nie­zwy­kle spo­strze­gaw­cza.

– To dobrze – mruk­nął Theo, pocie­ra­jąc czu­bek głowy. – Bar­dzo dobrze.

– Ta pani nazywa się Lewis – dodał Bar­ker, na co Chal­mers spro­sto­wała:

– Panna.

– Wła­śnie – przy­tak­nął Bar­ker.

Carla zoba­czyła, jak krew odpływa z twa­rzy Theo, gdy śled­czy dorzu­cił:

– Panna Miriam Lewis.

4

– To on zaczął, no nie? Nic nie mów. Sam zaczął.

Kiedy wró­ciła do domu, już na nią cze­kali. Musiało tak być, bo zało­mo­tali do drzwi wej­ścio­wych dosłow­nie trzy­dzie­ści sekund po tym, jak wró­ciła. Nie zdą­żyła nawet zła­pać tchu – miesz­kała na siód­mym pię­trze, windy znów nie dzia­łały – a ci już się zja­wili, więc z jed­nej strony się roz­gnie­wała, z dru­giej zde­ner­wo­wała. I wła­śnie dla­tego, skoń­czona idiotka, od razu zaczęła paplać, choć dosko­nale wie­działa, że nie należy tego robić. Nie po raz pierw­szy wpa­ko­wała się w kło­poty.

Po praw­dzie zazwy­czaj były to kło­poty innego rodzaju. Picie w miej­scu publicz­nym, drobne kra­dzieże, wtar­gnię­cie na czyjś teren, wan­da­lizm, zakłó­ca­nie porządku publicz­nego. Sąd unie­win­nił ją od oskar­że­nia o zwy­kłą napaść. Sprawa o uszko­dze­nie ciała na­dal się toczyła.

Ale tym razem cho­dziło o coś innego. Zdała sobie z tego sprawę nie­mal natych­miast, bo kiedy stała zdy­szana i zasa­pana, mie­ląc ozo­rem, pomy­ślała: Zaraz, prze­cież to są śled­czy z docho­dze­niówki. Przed­sta­wili się, podali swoje stop­nie służ­bowe i tak dalej, co zresztą od razu zapo­mniała, w każ­dym razie byli po cywil­nemu, a to ozna­czało kło­poty cał­kiem innego rodzaju.

– Pozwoli pani, że wej­dziemy, panno Kil­bride? – zapy­tał ten gość, nawet dosyć uprzej­mie. Był wysoki, szczu­pły i łysy jak kolano. – Lepiej poroz­ma­wiajmy w środku. – Świ­dro­wał wzro­kiem okno kuchenne, które z mar­nym skut­kiem zabiła deskami.

Laura już krę­ciła głową.

– Nie, nic z tego. Nic z tego. Musi być obecna osoba peł­no­let­nia, bez niej nie może­cie mnie prze­słu­chi­wać… A w ogóle to o co cho­dzi? O tego gościa z baru? Ale wie­cie, to już jest w sys­te­mie. Mam wezwa­nie na roz­prawę, wisi na lodówce. Przy­cze­pione magne­sem, jak chce­cie, sami może­cie je zoba­czyć… Nie, nie, nie, chwila. Moment. To nie było zapro­sze­nie do środka, tylko taki zwrot reto­ryczny…

– Po co pani obec­ność osoby peł­no­let­niej, panno Kil­bride? – Ta druga unio­sła zro­śnięte brwi; niż­sza od part­nera o dobre trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów, miała szorst­kie ciemne włosy i wielką pyzatą twarz, pośrodku któ­rej stło­czyły się wszyst­kie jej ele­menty. – Chyba nie jest pani nie­let­nia, prawda?

– Dosko­nale wie­cie, że mam dwa­dzie­ścia pięć lat! – wark­nęła Laura.

Nie mogła ich zatrzy­mać – Jajo był już w poło­wie kory­ta­rza, a Brew prze­ci­skała się obok niej, mówiąc:

– A niby skąd mie­li­by­śmy o tym wie­dzieć?

– Kto co zaczął, panno Kil­bride?! – zawo­łał Jajo. Poszła za jego gło­sem do kuchni, gdzie stał zgięty wpół, z rękami sple­cio­nymi za ple­cami, i czy­tał wezwa­nie do sądu.

Laura gło­śno sap­nęła z nie­za­do­wo­le­niem i poczła­pała do zlewu, by nalać sobie tro­chę wody. Musiała się uspo­koić. Pomy­śleć. Gdy odwró­ciła się twa­rzą do niego, spoj­rzał naj­pierw na nią, a potem nad jej ramie­niem na okno.

– Miała pani jakieś kło­poty? – zapy­tał, uno­sząc brwi, niczym uoso­bie­nie nie­win­no­ści.

– Nie­zu­peł­nie.

– Zra­ni­łaś się, Lauro? – spy­tała poli­cjantka, marsz­cząc zro­śnięte brwi.

Laura zbyt łap­czy­wie wypiła wodę, zanio­sła się kasz­lem i spoj­rzała wil­kiem na poli­cjantkę.

– A gdzie się podziała „panna Kil­bride”, co? Chyba że teraz już jeste­śmy dwie kum­pele? Papużki nie­roz­łączki?

– Twoja noga, Lauro. – On też zaczął ją tykać. – W jaki spo­sób się tak zra­ni­łaś?

– Za młodu wpa­dłam pod samo­chód. Pęk­nię­cie zło­żone przy­środ­ko­wej czę­ści kości udo­wej. Została mi kosz­marna bli­zna – wyja­śniła; jej palce powę­dro­wały do zamka bły­ska­wicz­nego dżin­sów. Spoj­rzała mu pro­sto w oczy. – Chce pan ją zoba­czyć?

– Nie­ko­niecz­nie – odparł łagod­nie. – A twoja ręka? – Poka­zał pal­cem na jej oban­da­żo­wany prawy nad­gar­stek. – To nie jest pamiątka z dzie­ciń­stwa.

Laura przy­gry­zła wargę.

– Zgu­bi­łam klucz, bywa, no nie? W pią­tek wie­czo­rem. Jak wró­ci­łam, musia­łam się wła­mać. – Szarp­nęła głową do tyłu, wska­zu­jąc kuchenne okno, wycho­dzące na gale­rię bie­gnącą wokół całego bloku. – Nie bar­dzo mi to wyszło.

– Szwy?

Laura pokrę­ciła głową.

– Nie było aż tak źle.

– I zna­la­zła go pani?

Odwró­cił się od niej i powoli ruszył przej­ściem mię­dzy kuch­nią i salo­nem; roz­glą­dał się tak uważ­nie jak ktoś, kto zamie­rza jej zło­żyć ofertę kupna lokalu. Co było mało praw­do­po­dobne, miesz­ka­nie wyglą­dało jak chlew. Wie­działa, że powinna się tego wsty­dzić, tych tan­det­nych mebli, gołych ścian i popiel­niczki na pod­ło­dze, którą ktoś kop­nął, tak że cała wykła­dzina była uty­tłana popio­łem, zresztą cho­lera wie od jak dawna, bo prze­cież nawet nie paliła, a nie pamię­tała, kiedy ostat­nio zapro­siła kogoś do sie­bie, ale wisiało jej to, nie mogła się zebrać, żeby coś z tym zro­bić.

– To jak, zna­la­zła pani? – Brew zmarsz­czyła nos, znowu mie­rząc Laurę wzro­kiem od stóp do głów: jej zbyt luźne leg­ginsy, popla­mioną koszulkę, odpry­sku­jący lakier na paznok­ciach, tłu­ste włosy. Laura zapo­mi­nała cza­sami wziąć prysz­nic, bywało, że nawet przez kilka dni z rzędu, cza­sem z natry­sku leciał wrzą­tek, a cza­sem woda była ledwo let­nia, tak jak teraz, ponie­waż boiler kie­ro­wał się wła­snym rozu­mem, więc albo dzia­łał, albo nie dzia­łał, a nie miała pie­nię­dzy na wezwa­nie hydrau­lika, więc co z tego, że na okrą­gło wydzwa­niała do rady miej­skiej, skoro i tak gówno robili.

– A co mia­łam zna­leźć?

– Klucz – odparła Brew; na jej ustach igrał uśmie­szek, jakby ją pode­szła i przy­ła­pała na kłam­stwie. – Czy zna­la­zła pani klucz do swo­jego miesz­ka­nia?

Laura wypiła ostatni łyk wody, prze­łknęła i syk­nęła przez zęby. Udała, że nie sły­szała pyta­nia.

– Co pan tam robi?! – zawo­łała, prze­ci­ska­jąc się obok Brwi, by dołą­czyć do Jaja.

– Nic szcze­gól­nego – odparł. Stał teraz na środku jej salonu, patrząc na jedyną ozdobę w pomiesz­cze­niu: opra­wioną w ramki foto­gra­fię, przed­sta­wia­jącą rodzi­ców i małą dziew­czynkę. Ktoś zadał sobie trud, żeby oszpe­cić zdję­cie, przed opra­wie­niem i powie­sze­niem na ścia­nie dory­so­wu­jąc rogi na gło­wie ojca, roz­wi­dlony język wysta­jący z ust matki, a dziew­czynce zakre­śla­jąc iksami oczy i malu­jąc jej wargi na krwi­sto­czer­wony kolor. Jajo zmarsz­czył czoło, odwró­cił się i spoj­rzał na Laurę.

– Por­tret rodzinny? – zapy­tał, co skwi­to­wała wzru­sze­niem ramion. – Tata jest dia­błem, tak?

Pokrę­ciła głową, patrząc mu pro­sto w oczy.

– Roga­czem – odparła.

Jajo wydął wargi, nie­śpiesz­nie poki­wał głową, odwró­cił się i znowu spoj­rzał na foto­gra­fię.

– No pro­szę – mruk­nął. – A to ci dopiero.

– Jestem osobą doro­słą szcze­gól­nej tro­ski – oświad­czyła Laura, na co śled­czy wes­tchnął.

– Nic podob­nego – zaprze­czył ze zmę­cze­niem. Odwró­cił się od zdję­cia i ciężko opadł na kanapę. – Miesz­kasz sama, pra­cu­jesz na pół etatu w pralni samo­ob­słu­go­wej Sun­shine przy Spen­cer Street i wiemy na pewno, że poli­cja wie­lo­krot­nie prze­słu­chi­wała cię w róż­nych spra­wach bez obec­no­ści osoby doro­słej, więc darujmy to sobie, zgoda?

W jego gło­sie poja­wiła się ostra nuta; ubra­nie miał wygnie­cione i wyraź­nie był bar­dzo zmę­czony, jakby miał za sobą długą podróż albo spał za krótko.

– A teraz sia­daj i opo­wiedz mi o Danielu Suther­lan­dzie.

Laura usia­dła przy małym sto­liku w rogu pokoju, tym samym, przy któ­rym jadała kola­cje, oglą­da­jąc tele­wi­zję. Na chwilę poczuła ulgę. Wzru­szyła ramio­nami tak, że pod­sko­czyły pod jej uszy.

– Co chce­cie o nim wie­dzieć?

– A więc go pani zna?

– Oczy­wi­ście, że tak. I oczy­wi­ście wam na mnie naskar­żył. Więc powiem wam tyle, że to gówno prawda, bo nic się nie stało, a zresztą i tak on zaczął.

Jajo uśmiech­nął się. Miał zaska­ku­jąco cie­pły uśmiech.

– Nic się nie stało, ale i tak on zaczął? – powtó­rzył.

– Wła­śnie.

– A kiedy nie stało się to nic, które on zaczął? – spy­tała Brew, powoli wcho­dząc z kuchni do pokoju. Usia­dła obok swo­jego kolegi na brzyd­kiej dwu­oso­bo­wej kana­pie pokry­tej dermą. Sie­dząc ramię w ramię, wyglą­dali komicz­nie: mała i duży, on długi i szczu­pły, jak Lurch słu­żący swo­jemu małemu tłu­stemu Feste­rowi.

Laura uśmiech­nęła się drwiąco.

Brwi się to nie spodo­bało; jej twarz nabie­gła krwią.

– Co cię tak bawi? – wark­nęła. – Widzisz w tej sytu­acji coś śmiesz­nego, Lauro?

Dziew­czyna pokrę­ciła głową.

– Fester – powie­działa z uśmie­chem. – Wygląda pan cał­kiem jak wujek Fester Addams. Nikt ni­gdy panu tego nie mówił?

Poli­cjantka otwo­rzyła usta, żeby się ode­zwać, ale Jajo, z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem, nie dał jej dojść do słowa.

– Daniel Suther­land – powtó­rzył, tym razem gło­śniej – nic nam o pani nie mówił. Przy­szli­śmy poroz­ma­wiać z panią, ponie­waż z kie­liszka na barce Daniela zdję­li­śmy dwa zestawy odci­sków pal­ców… jeden nale­żący do niego, a drugi do pani.

Laura nagle poczuła zimny dreszcz. Potarła pal­cami oboj­czyk i odchrząk­nęła.

– Co zdję­li­ście…? Odci­ski pal­ców? O co tu wła­ści­wie cho­dzi?

– Możesz nam opo­wie­dzieć o swoim związku z panem Suther­lan­dem, Lauro? – popro­siła Brew.

– O związku? – Dziew­czyna mimo woli się roze­śmiała. – Za dużo powie­dziane. Prze­le­cia­łam go dwa razy w pią­tek wie­czo­rem. Ale nie nazwa­ła­bym tego związ­kiem.

Brew pokrę­ciła głową z naganą albo z nie­do­wie­rza­niem.

– A jak go pozna­łaś?

Laura gło­śno prze­łknęła ślinę.

– Pozna­łam go, bo, no wie­cie, cza­sami poma­gam takiej pani, Irene, ona mieszka przy Hay­ward’s Place, wie­cie, obok tego kościoła, co stoi po dro­dze do tego małego Tesco. Pozna­łam ją kilka mie­sięcy temu i jak mówi­łam, poma­gam jej od czasu do czasu, bo jest stara, ma artre­tyzm i pamięć jej szwan­kuje, a nie­dawno się prze­wró­ciła, skrę­ciła kostkę czy coś w tym rodzaju, i nie bar­dzo może cho­dzić na zakupy. Nie robię tego dla pie­nię­dzy, nic z tych rze­czy, choć ona wtyka mi cza­sami pią­taka, wie­cie, za to, że poświę­cam jej czas, taka już jest miła… Nie­ważne. A więc Dan… Daniel Suther­land… kie­dyś był sąsia­dem Irene, to było wieki temu, ale jego matka wciąż tam miesz­kała, aż do śmierci, i wła­śnie wtedy się pozna­li­śmy.

– Poznała go pani, kiedy umarła jego matka?

– Póź­niej – spre­cy­zo­wała Laura. – Nie było mnie na miej­scu, kiedy kop­nęła w kalen­darz.

Brew zer­k­nęła na kolegę, ale on na nią nie patrzył, znowu spo­glą­dał na por­tret rodzinny, a na jego twa­rzy malo­wał się smu­tek.

– No dobrze – rzu­ciła Brew. – Zostawmy to. A zatem byłaś z panem Suther­lan­dem w pią­tek, zga­dza się?

Laura poki­wała głową.

– Byli­śmy na randce – powie­działa z naci­skiem. – Tylko że dla niego randka ozna­cza dwa drinki w barze w Sho­re­ditch, a potem bzy­kanko na jego gów­nia­nej barce.

– I wtedy cię… skrzyw­dził? Albo do cze­goś zmu­sił? Co takiego zaczął? – zapy­tał Jajo, pochy­lony; teraz już sku­piony był tylko na Lau­rze. – Powie­dzia­łaś, że to on zaczął. Ale co kon­kret­nie?

Laura zamru­gała szybko. Nagle, z nie­zwy­kłą jasno­ścią, przed oczami sta­nęła jej jego zasko­czona mina, kiedy się na niego rzu­ciła.

– Było miło – powie­działa. – Dobrze się bawi­li­śmy. A raczej sądzi­łam, że się dobrze bawimy. – Ni stąd, ni zowąd zaczer­wie­niła się, poczuła, jak palący żar roz­lewa się z jej piersi na szyję i wypływa na policzki. – Bo nagle on się stał, no… jakiś taki zimny, jakby już nie chciał mnie tam widzieć. Zacho­wy­wał się jak… jak ostatni cham. – Spu­ściła wzrok na chorą nogę i wes­tchnęła. – Jestem chora. Jestem osobą szcze­gól­nej tro­ski. Wiem, pan twier­dzi, że to nie­prawda, ale taka jestem. Wyma­gam opieki.

– Więc się pokłó­ci­li­ście? – spy­tała Brew.

Laura kiw­nęła głową. Patrzyła na swoje stopy.

– Tak, można tak powie­dzieć.

– Czy doszło do bija­tyki? Prze­mocy fizycz­nej?

Na teni­sówce miała plamę, tuż nad małym pal­cem lewej stopy. Plama była bru­natna. Scho­wała lewą stopę za kostkę pra­wej nogi.

– N… nie. W każ­dym razie nie na poważ­nie.

– A więc doszło do uży­cia prze­mocy, ale twoim zda­niem to nie było nic poważ­nego?

Laura wsu­nęła lewą stopę za prawą łydkę.

– To nie było naprawdę… tylko uda­wa­li­śmy.

Pod­nio­sła wzrok na Jajo, który pocie­rał pal­cem wska­zu­ją­cym wąskie usta; on z kolei spoj­rzał na Brew, a ona na niego, bez słów, i coś mię­dzy nimi prze­le­ciało. Poro­zu­mie­nie.

– Panno Kil­bride, w nie­dzielę rano na barce Daniela Suther­landa zna­le­ziono jego zwłoki. Czy może nam pani powie­dzieć, kiedy dokład­nie widziała go pani po raz ostatni?

Nagle Lau­rze bole­śnie zaschło w ustach, nie była w sta­nie prze­łknąć, dud­niło jej w uszach… Zamknęła oczy.

– Zaraz… – Wstała i przy­trzy­mała się stołu, czuła, że świat się kiwa. Usia­dła z powro­tem. – Zaraz – powtó­rzyła. – Jego zwłoki?! Twier­dzi pan…

– Że pan Suther­land nie żyje – dokoń­czył Jajo cichym, spo­koj­nym gło­sem.

– Ale to… to nie­moż­liwe. – Laura usły­szała, jak głos jej się łamie. Jajo wolno poki­wał głową. – W nie­dzielę rano? Powie­dział pan, że w nie­dzielę rano?

– Zga­dza się – przy­tak­nął Jajo. – Zwłoki pana Suther­landa zna­le­ziono w nie­dzielę rano.

– Ale… – Laura czuła rosnącą w gar­dle gulę. – Ale ja spo­tka­łam się z nim w pią­tek wie­czo­rem i wyszłam w sobotę rano. Wyszłam w sobotę rano. Pew­nie o siód­mej, a może nawet wcze­śniej. W sobotę rano – powtó­rzyła z naci­skiem, po raz ostatni.

Teraz ode­zwała się Brew, mówiła lek­kim, melo­dyj­nym gło­sem, jakby opo­wia­dała zabawną aneg­dotkę i wła­śnie zbli­żała się do puenty.

– Pan Suther­land zmarł na sku­tek znacz­nej utraty krwi, został raniony nożem w pierś i szyję. Ofi­cjal­nie nie potwier­dzono jesz­cze czasu zgonu, ale nasz tech­nik jest zda­nia, że śmierć nastą­piła nie póź­niej niż dwa­dzie­ścia cztery godziny i nie wcze­śniej niż trzy­dzie­ści sześć godzin od odkry­cia zwłok. A ty twier­dzisz, że spę­dzi­łaś z panem Suther­landem piąt­kową noc, mam rację?

Laurę paliła twarz, pie­kły ją oczy. Idiotka. Jestem skoń­czoną idiotką.

– Tak – potwier­dziła cicho. – Spę­dzi­łam z nim piąt­kową noc.

– Piąt­kową noc. I poszłaś z nim na jego barkę, tak? Mówi­łaś, że upra­wia­li­ście seks. Dwa razy, zga­dza się? A o któ­rej dokład­nie w sobotę rano roz­sta­łaś się z panem Suther­lan­dem?

Pułapka. To była pułapka, w którą dała się zwa­bić. Idiotka. Poskro­bała zębami dolną wargę, zagry­zła ją mocno. Wyobra­ziła sobie, jak adwo­kat przy­ka­zuje jej: Nic nie mów. Nie roz­ma­wiaj z nikim. Pokrę­ciła głową. Z gar­dła wyrwał jej się cichy dźwięk, na pozór wbrew jej woli.

– Co to było, Lauro? Chcia­łaś coś powie­dzieć?

– Przy­kro mi, że nie żyje, i w ogóle – odparła, igno­ru­jąc radę, która zro­dziła się w jej wła­snej gło­wie. – Ale ja nic nie zro­bi­łam. Sły­szy­cie mnie? Nic nie zro­bi­łam. Nikogo nie zadźga­łam. Ten, kto twier­dzi ina­czej, łże jak pies. On się… sama nie wiem, wyga­dy­wał takie różne, mówił mi rze­czy, które mi się nie podo­bały. Ale ja nic nie zro­bi­łam. Może go ude­rzy­łam, może… – Poczuła w ustach smak krwi i prze­łknęła gło­śno. – Nie… nawet nie pró­buj­cie mi wma­wiać, że go zabi­łam, bo nie mia­łam z tym nic wspól­nego. Może przez chwilę się sza­mo­ta­li­śmy, ale to były tylko takie prze­py­chanki, rozu­mie­cie, a potem odszedł i tyle. Rozu­mie­cie? To tyle. To nie moja wina, nie moja wina, nawet jeśli… Cała ta szar­pa­nina to nie przeze mnie.

Laura sły­szała wła­sny głos, wzno­szący się coraz wyżej, ten potok słów, i wie­działa, jak to brzmi, jak tyrada sza­leńca, jakby była jedną z tych waria­tek, co to stają na rogach ulic i wydzie­rają się w próż­nię, wie­działa, że krzy­czy jak jedna z nich, ale nie potra­fiła się powstrzy­mać.

– Odszedł? – mruk­nęła Brew. – Powie­dzia­łaś: „a potem odszedł”. Co mia­łaś na myśli, Lauro?

– To, że odszedł. Wyszedł, poszedł sobie. A jak myśli­cie? Po tym, jak się pobi­li­śmy… w sumie się nie pobi­li­śmy, ale wie­cie, o czym mówię… no więc potem bez słowa wło­żył dżinsy, wyszedł i mnie tam zosta­wił.

– W swoim domu… na swo­jej barce, samą?

– No wła­śnie. Przy­pusz­czam, że on jest z tych, co to ufają ludziom. – Roze­śmiała się, choć wie­działa, że jest to z gruntu nie­sto­sowne, ale nie mogła się powstrzy­mać, bo to było takie zabawne, pomysł, że on ufał ludziom, no nie? W tych oko­licz­no­ściach? No, może nie cał­kiem zabawne, ale jed­nak. A kiedy już par­sk­nęła śmie­chem, stwier­dziła, że nie może prze­stać; czuła, że jej twarz robi się czer­wona, jakby się czymś zakrztu­siła.

Śled­czy poro­zu­mieli się wzro­kiem.

Brew wzru­szyła ramio­nami.

– Pójdę i przy­niosę jej szklankę wody – powie­działa w końcu.

Po chwili Laura usły­szała, jak poli­cjantka woła part­nera, nie z kuchni, tylko z łazienki.

– Inspek­to­rze, zaj­rzy pan tu na chwilkę?

Łysy wstał i w tym momen­cie Laura poczuła nara­sta­jący lęk, który prze­gnał śmiech z jej piersi.

– Chwi­leczkę, nie powie­dzia­łam, że może pan tam wejść – rzu­ciła, ale było już za późno.

Poszła za nimi. Brew stała w progu łazienki, wska­zu­jąc pal­cem naj­pierw na umy­walkę, w któ­rej Laura zosta­wiła zega­rek (nale­żący bez dwóch zdań do Daniela Suther­landa, skoro na odwro­cie miał wygra­we­ro­wane jego ini­cjały), a potem na rzu­coną w kąt zakrwa­wioną koszulkę dziew­czyny, zmiętą w kulkę.

– Ska­le­czy­łam się – powie­działa Laura, czer­wona jak burak. – Już wam to mówi­łam. Ska­le­czy­łam się, wcho­dząc przez okno.

– Ow­szem, o tym mówi­łaś – przy­tak­nął Jajo. – Bądź więc tak dobra i opo­wiedz nam jesz­cze o zegarku.

– Zabra­łam go – odparła Laura, nadą­sana. – To prze­cież jasne. Zabra­łam go. Ale to nie jest tak, jak myśli­cie. Zro­bi­łam to, żeby go wku­rzyć… Chcia­łam… sama nie wiem, wrzu­cić go do kanału i kazać mu apor­to­wać. Ale potem… nie wiem, pomy­śla­łam, że pew­nie on dla niego dużo zna­czy, jak zoba­czy­łam ten napis z tyłu, pomy­śla­łam, że może dała mu go matka na krótko przed śmier­cią albo co i że jest nie do zastą­pie­nia. Więc zamie­rza­łam mu go oddać.

Jajo spoj­rzał na nią ze smut­kiem, jakby miał jej do zako­mu­ni­ko­wa­nia złe wie­ści, co ponie­kąd było prawdą.

– A teraz zro­bimy tak – powie­dział. – Zabie­rzemy cię na poste­ru­nek poli­cji, gdzie odpo­wiesz na kolejne pyta­nia. Zosta­niesz pouczona o przy­słu­gu­ją­cych ci pra­wach. Wiesz, co to ozna­cza? Poza tym pobie­rzemy od cie­bie kilka pró­bek w celu porów­na­nia z tym, co zna­leź­li­śmy na miej­scu zbrodni.

– Jakich pró­bek? Co to zna­czy?

– Poli­cjantka na poste­runku weź­mie mate­riał spod two­ich paznokci, prze­cze­sze ci włosy w poszu­ki­wa­niu włó­kien, tego typu rze­czy. To nie będzie nic inwa­zyj­nego, nie masz się czym mar­twić…

– A jeśli nie będę chciała? – Głos Laury drżał, pra­gnęła, żeby ktoś udzie­lił jej pomocy, ale nikt taki nie przy­cho­dził jej na myśl. – Czy mogę się nie zgo­dzić?

– Spo­koj­nie, Lauro. – Głos Brwi się zmie­nił, stał się kojący. – To bar­dzo pro­sta i łatwa pro­ce­dura, nie ma się czego bać.

– Kła­miesz – powie­działa Laura. – Dobrze wiesz, że to kłam­stwo.

– Następ­nie wystą­pimy o nakaz prze­szu­ka­nia two­jego miesz­ka­nia – pod­jął Jajo. – Na pewno zda­jesz sobie sprawę, że w tych oko­licz­no­ściach zdo­bę­dziemy go bez trudu, dla­tego jeśli uwa­żasz, że powin­ni­śmy wie­dzieć o czymś jesz­cze, to teraz jest naj­lep­szy moment, żeby nam o tym powie­dzieć. Okej?

Laura zasta­no­wiła się, pró­bo­wała się sku­pić na tym, czy coś jesz­cze powinna im powie­dzieć, ale w gło­wie miała kom­pletną pustkę. Brew coś do niej mówiła, a kiedy dotknęła jej ramie­nia, Laura się wzdry­gnęła.

– Twoje ubra­nie, Lauro. Poka­żesz nam, co mia­łaś na sobie w pią­tek wie­czo­rem?

Dziew­czyna na chy­bił tra­fił zgar­nęła jakieś ubra­nia z pod­łogi w sypialni, podała im dżinsy, które może nosiła tam­tego wie­czoru, a może nie, i rzu­ciła sta­nik z grub­sza w ich kie­runku. Poszła do toa­lety, zosta­wia­jąc ich dwoje w kory­ta­rzu; Jajo nachy­lał głowę, słu­cha­jąc tego, co mówi Brew. Przy­sta­nęła w drzwiach łazienki i usły­szała, jak poli­cjantka szep­cze coś o „gra­we­runku”, mówi, że „to dziwne” i że „ona chyba ma nie­równo pod sufi­tem, nie?”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki