Portret śmierci - Nora Roberts - ebook

Portret śmierci ebook

Nora Roberts

0,0
38,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Kiedy morderca traktuje zbrodnię jak sztukę, każdy szczegół staje się zaszyfrowaną, śmiertelną wiadomością.

Eve Dallas przywykła do zbrodni. Ale tym razem morderca nie tylko odbiera życie – on tworzy makabryczne dzieła sztuki.

Kiedy w Nowym Jorku zostaje odnalezione ciało młodej kobiety upozowane jak na portrecie, porucznik Dallas rozpoczyna pościg za kimś, kto traktuje śmierć jak artystyczną ekspresję. Każda kolejna ofiara to starannie zaplanowana kompozycja, a każdy szczegół jest wiadomością rzuconą prosto w twarz policji.

W świecie, gdzie technologia i obsesja splatają się w śmiertelnym tańcu, Eve musi dotrzeć do mordercy, zanim powstanie kolejne makabryczne dzieło.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Por­trait in Death

Wydawca: Adrian Tom­czyk Redak­tor pro­wa­dzący: Iwona Den­kie­wicz Korekta: Jadwiga Pil­ler

Copy­ri­ght © 2003 by Nora Roberts Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Bożena Kucha­ruk, 2026

Wydaw­nic­two Świat Książki:

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68812-73-2

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Prolog

Nowy Testa­ment, Mt 6,22

Samuel Cole­ridge

Zaczy­namy umie­rać wraz z pierw­szym odde­chem. Śmierć jest w nas, przy­bliża się z każ­dym ude­rze­niem naszego serca. W końcu nie ma już moż­li­wo­ści ucieczki. A jed­nak trzy­mamy się życia, sła­wimy je mimo jego prze­mi­jal­no­ści, a może wła­śnie dla­tego?

Nie­ustan­nie zasta­na­wiamy się nad śmier­cią, wzno­simy jej pomniki, oswa­jamy ją za pomocą róż­nych obrzę­dów. Myślimy o tym, jaka będzie nasza śmierć – czy nagła i szybka, czy też będziemy odcho­dzić długo i powoli? Czy będziemy wtedy odczu­wać ból? Czy śmierć nadej­dzie po dłu­gim, inten­syw­nym życiu, czy zosta­niemy zabrani z tego świata gwał­tow­nie, nie­spo­dzie­wa­nie, w pełni sił?

Kiedy przy­pad­nie nasz czas? Wiemy prze­cież, że śmierć może nadejść w każ­dym okre­sie naszego życia.

Stwa­rzamy wyobra­że­nia życia po życiu, ponie­waż nie potra­fimy spo­koj­nie egzy­sto­wać, nękani przez widmo nie­uchron­nego końca. Wymy­ślamy bogów, któ­rzy kie­rują naszymi poczy­na­niami i będą nas ocze­ki­wać u zło­tych bram, by zapro­wa­dzić do kra­iny mle­kiem i mio­dem pły­ną­cej.

Jeste­śmy dziećmi, pozo­sta­ją­cymi w oko­wach wyobra­żeń dobra jako życia wiecz­nego i zła jako wie­ku­istego potę­pie­niem. Dla­tego też ni­gdy nie żyjemy naprawdę i ni­gdy nie jeste­śmy wolni.

Od dawna stu­diuję życie i śmierć.

Ist­nieje tylko jeden cel: życie. Musimy żyć, cie­sząc się wol­no­ścią, z każ­dym odde­chem zysku­jąc świa­do­mość, że jeste­śmy czymś wię­cej niż tylko cie­niem. Jeste­śmy bowiem świa­tłem, a świa­tło musi być zasi­lane, pozy­ski­wane z wszyst­kich moż­li­wych źró­deł. Wtedy koniec nie będzie ozna­czał śmierci, a u kresu wszy­scy sta­niemy się świa­tłem.

Być może zostanę posą­dzony o sza­leń­stwo, jed­nak wiem, że odna­la­złem zdro­wie. Zna­la­złem Prawdę i Zba­wie­nie. Kiedy stanę się tym, kim jestem, to, czego doko­nam, co stwo­rzę, będzie wiel­kie i wspa­niałe.

A wtedy wszy­scy będziemy żyć wiecz­nie.

1

Eve dusz­kiem wypiła kawę i się­gnęła do szafy. Zde­cy­do­wała się na cienką koszulkę na ramiącz­kach, jako że lato 2059 roku trzy­mało Nowy Jork i całe Wschod­nie Wybrzeże w moc­nym, duszą­cym uści­sku.

Z dwojga złego wolała jed­nak upał niż zimno.

Pomy­ślała, że nie pozwoli na to, by coś zepsuło jej ten dzień.

Wło­żyła koszulkę, spoj­rzała na drzwi, a gdy upew­niła się, że jest sama, rzu­ciła się do auto­ku­cha­rza po drugi kubek kawy. Zer­k­nęła na zega­rek. Widząc, że ma mnó­stwo czasu na śnia­da­nie, zapro­gra­mo­wała jesz­cze auto­mat na dwa nale­śniki z jago­dami.

Wró­ciła do szafy po buty. Wysoka i szczu­pła, dosko­nale pre­zen­to­wała się w spodniach koloru khaki i nie­bie­skim pod­ko­szulku. Miała krót­kie, ciem­no­brą­zowe włosy z jaśniej­szymi pasmami wypa­lo­nymi przez bez­li­to­sne słońce. Ta fry­zurka paso­wała do jej wyra­zi­stej twa­rzy o sze­roko roz­sta­wio­nych brą­zo­wych oczach i peł­nych war­gach. Na pod­bródku wid­niał płytki dołe­czek. Mąż Eve lubił go doty­kać koniusz­kiem palca.

Mimo że po wyj­ściu z olbrzy­miej sypialni w ogrom­nym, cudow­nie chłod­nym domu cze­kał ją potworny upał, się­gnęła po lekki żakiet i rzu­ciła go na broń, leżącą na kana­pie.

Odznakę miała już w kie­szeni.

Porucz­nik Eve Dal­las wyjęła kubek z kawą i nale­śniki z auto­ku­cha­rza i opa­dła na kanapę, zamie­rza­jąc roz­ko­szo­wać się wspa­nia­łym śnia­da­niem przed pod­ję­ciem obo­wiąz­ków poli­cjantki z wydziału zabójstw.

Gala­had, tłu­sty kocur, bez­błęd­nie wyczu­wa­jący jedze­nie zwie­rzę­cym szó­stym zmy­słem, wyrósł jak spod ziemi, wsko­czył na kanapę i zaczął wpa­try­wać się w talerz pani.

– To moje. – Nabiła nale­śnika na wide­lec i popa­trzyła na kota. – Wiem, że Roarke cię roz­pusz­cza, ale ze mną nie pój­dzie ci tak łatwo jak z moim mężem. Jestem pewna, że już dosta­łeś śnia­da­nie – dodała, kła­dąc nogi na stół. – Założę się, że od świtu urzę­do­wa­łeś w kuchni i łasi­łeś się do Sum­mer­seta.

Pochy­liła się tak, że nie­mal zetknęli się nosami.

– No, przez naj­bliż­sze trzy tygo­dnie nie będziesz miał na to szans. To będą trzy piękne, wspa­niałe, odjaz­dowe tygo­dnie. A wiesz, dla­czego? Wiesz?

Zado­wo­lona, dała kotu kawa­łek nale­śnika.

– Bo ten ponury, kości­sty sukin­syn wyjeż­dża na waka­cje! Daleko stąd! – Miała ochotę śpie­wać z rado­ści, że kamer­dy­ner Roarke’a, prze­kleń­stwo jej życia, nie będzie jej iry­to­wał tego wie­czoru, a także przez wiele następ­nych. – Mam przed sobą dwa­dzie­ścia jeden dni wol­nych od Sum­mer­seta i wprost nie mogę się tym nacie­szyć!

– Nie jestem pewien, czy kot podziela twoją radość. – Roarke już od pew­nego czasu stał w drzwiach, oparty o fra­mugę, i obser­wo­wał żonę.

– Na pewno. – Zja­dła nale­śnika, zanim Gala­had zdą­żył dobrać się do tale­rza. – Tylko że on przyj­muje to ze spo­ko­jem. Myśla­łam, że dzi­siaj rano będziesz zajęty prze­ka­zem sate­li­tar­nym.

– Już skoń­czy­łem.

Wszedł do kuchni. Eve patrzyła na męża z wyraźną przy­jem­no­ścią. Szczu­pły, dłu­go­nogi, zgrabny – był wręcz nie­bez­piecz­nie męski.

Pomy­ślała, że kot mógłby brać u niego lek­cje zwin­no­ści. Uśmiech­nęła się do męża, prze­ko­nana, że nie ma chyba na świe­cie kobiety, która nie cie­szy­łaby się z moż­li­wo­ści oglą­da­nia przy śnia­da­niu tak uro­dzi­wej męskiej twa­rzy.

W przy­padku Roarke’a była ona ist­nym dzie­łem sztuki, stwo­rzo­nym w dniu wiel­kiej hoj­no­ści Pana Boga. Szczu­pła, o wyraź­nie zary­so­wa­nych kościach policz­ko­wych, peł­nych war­gach wyra­ża­ją­cych zde­cy­do­wa­nie – ta twarz wpra­wiała Eve w stan pod­nie­ce­nia. Roarke miał jasne nie­bie­skie oczy i błysz­czące czarne włosy.

Trudno byłoby też zarzu­cić cokol­wiek jego zgrab­nej, musku­lar­nej syl­wetce.

– Chodź tu, przy­stoj­niaku. – Wymie­rzyła mu żar­to­bli­wego kuk­sańca, po czym z lubo­ścią przy­gry­zła jego dolną wargę i leni­wie prze­cią­gnęła po niej języ­kiem. – Sma­ku­jesz jesz­cze lepiej niż nale­śniki.

– Jesteś dziś weso­lutka jak szczy­gie­łek.

– Zga­dza się. Mam ochotę podzie­lić się swoją rado­ścią z całym świa­tem.

– Miła odmiana – odparł wesoło. W jego gło­sie pobrzmie­wał cha­rak­te­ry­styczny irlandzki akcent. – W takim razie możemy zacząć od odpro­wa­dze­nia Sum­mer­seta.

Skrzy­wiła się.

– To może zepsuć mi ape­tyt. – Skoń­czyła posi­łek i dodała: – Nie, nie. Widzę, że wszystko jest w porządku. Mogę poma­chać mu na do widze­nia.

Wymie­rzył jej żar­to­bli­wego kuk­sańca.

– Cie­szę się.

– Zatań­czę z rado­ści dopiero wtedy, kiedy znik­nie mi z oczu. Trzy tygo­dnie. – Prze­cią­gnęła się roz­kosz­nie, wstała i odsu­nęła talerz tak, że stał się nie­do­stępny dla kota. – Nie będę musiała oglą­dać jego szpet­nej twa­rzy i słu­chać jego skrzy­pią­cego głosu przez trzy cudowne tygo­dnie.

– Odno­szę wra­że­nie, że on podob­nie myśli o tobie. – Roarke pod­niósł się z wes­tchnie­niem. – Jestem tego pewien, ale dał­bym sobie rękę uciąć, że będzie wam bra­ko­wać tego ska­ka­nia sobie do oczu.

– Na pewno nie. – Przy­pa­sała broń. – Dzi­siaj wie­czo­rem mam zamiar świę­to­wać. Nie żar­tuję. Będę prze­cha­dzać się nago po salo­nie, zaja­da­jąc pizzę.

Roarke uniósł brwi.

– O! Ten pomysł bar­dzo mi się podoba.

– Zamów pizzę – pole­ciła, wkła­da­jąc żakiet. – Muszę już iść. Cze­kają na mnie w cen­trali.

– Naj­pierw powtórz za mną weso­łym tonem: „Życzę ci przy­jem­nej podróży i miłego wypo­czynku”. – Poło­żył ręce na ramio­nach żony.

– Nie uprze­dzi­łeś mnie, że mam z nim roz­ma­wiać. – Wes­tchnęła, patrząc Roarke’owi w oczy. – No, dobrze. Wiem, że ta sprawa jest warta wiel­kiego poświę­ce­nia. „Życzę ci przy­jem­nej podróży… gnido”. Oczy­wi­ście daruję sobie tę „gnidę”, po pro­stu chcia­łam sobie teraz pofol­go­wać.

– Rozu­miem. – Prze­su­nął dłońmi wzdłuż jej ramion i wziął ją za ręce. Kot wybiegł z pokoju. – Sum­mer­set też cie­szy się z tego wyjazdu. Przez ostat­nie kilka lat nie miał wiele czasu dla sie­bie.

– Bo nie chciał dać mi ani chwili spo­koju. Ale już dobrze, w porządku – powie­działa wesoło. – W końcu teraz przede wszyst­kim liczy się to, że naresz­cie wyjeż­dża.

Z dołu dobiegł prze­raź­liwy pisk kota, siar­czy­ste prze­kleń­stwo, a potem cała seria głu­chych łomo­tów. Eve natych­miast rzu­ciła się w stronę, z któ­rej docho­dziły odgłosy, ale Roarke pierw­szy dopadł scho­dów i zbiegł z nich do Sum­mer­seta, który leżał wśród stosu poroz­rzu­ca­nej bie­li­zny.

– A niech to szlag! – zaklęła Eve, patrząc na scenkę roz­gry­wa­jącą się u stóp scho­dów.

– Nie ruszaj się – pole­cił cicho Roarke, bada­jąc Sum­mer­seta.

Eve zbie­gła na dół i przy­klę­kła. Zlana potem twarz kamer­dy­nera była kre­do­wo­biała. W jego oczach malo­wało się prze­ra­że­nie. Było widać, że bar­dzo cierpi.

– Moja noga – powie­dział sła­bym gło­sem. – Oba­wiam się, że jest zła­mana.

Eve była już tego pewna, widząc nogę Sum­mer­seta dziw­nie zgiętą pod kola­nem.

– Przy­nieś koc – pole­ciła mężowi, wyj­mu­jąc tele­fon komór­kowy. – Jest w szoku. Zawo­łam służby medyczne.

– Nie pozwól mu się ruszać. – Roarke zła­pał z pod­łogi i narzu­cił na Sum­mer­seta prze­ście­ra­dło, po czym wbiegł na schody. – Może mieć jesz­cze inne obra­że­nia.

– To tylko noga. I ramię. – Kamer­dy­ner zamknął oczy, sły­sząc, że Eve dzwoni po pomoc. – Potkną­łem się o tego cho­ler­nego kota. – Otwo­rzył oczy i usi­ło­wał zło­śli­wie uśmiech­nąć się do Eve. Naj­wy­raź­niej szok po upadku ustę­po­wał, choć poja­wiły się dresz­cze, przy­pra­wia­jące go o szczę­ka­nie zębami. – Pew­nie żału­jesz, że nie skrę­ci­łem sobie karku.

– Przy­znaję, że przy­szło mi to do głowy. – Na szczę­ście zacho­wał jasność umy­słu, pomy­ślała z ulgą. Nie stra­cił przy­tom­no­ści, tylko oczy dziw­nie mu błysz­czą. Unio­sła wzrok na Roarke’a, który przy­niósł koc. – Już jadą. Jest przy­tomny i zgryź­liwy. Myślę, że z jego głową wszystko jest w porządku, ale zle­ciał ze scho­dów z takim impe­tem, że omal nie roz­bił posadzki. Potknął się o kota.

– Boże!

Eve patrzyła, jak Roarke ujmuje dłoń Sum­mer­seta. Mimo że szcze­rze nie cier­piała tego kości­stego pawiana, wie­działa, że mąż trak­tuje go jak rodzo­nego ojca.

– Otwo­rzę bramę dla służb medycz­nych.

Pode­szła do tablicy kon­tro­l­nej, by otwo­rzyć furtę, odgra­dza­jącą od mia­sta dom oto­czony wypie­lę­gno­wa­nymi traw­ni­kami – świat stwo­rzony przez Roarke’a. Ni­gdzie nie było śladu Gala­hada. Zapewne nie będzie poka­zy­wać się przez dłuż­szy czas, pomy­ślała kwa­śno.

Cho­lerny kot musiał zro­bić to spe­cjal­nie, chcąc zepsuć jej dosko­nały nastrój, a wszystko dla­tego, że nie dała mu wystar­cza­jąco dużej por­cji nale­śni­ków.

Wie­dząc, że lada chwila usły­szy dźwięk syren, otwo­rzyła drzwi fron­towe i omal się nie prze­wró­ciła, ude­rzona falą upału. Cho­ciaż dopiero docho­dziła ósma, żar był już taki, że laso­wał się mózg. Niebo miało barwę zsia­dłego mleka, a powie­trze kon­sy­sten­cję syropu, któ­rego sma­kiem tak się roz­ko­szo­wała, kiedy jesz­cze miała radość w sercu.

Miłej podróży, pomy­ślała. Sukin­syn.

Wide­ofon zapisz­czał w chwili, gdy zawyły syreny.

– Już tu są! – krzyk­nęła do Roarke’a, po czym ode­szła na bok, by ode­brać połą­cze­nie. – Tu Dal­las. Cho­lera, Nad­ine – powie­działa, gdy na ekra­nie zoba­czyła twarz głów­nej repor­terki Kanału 75. – Dzwo­nisz w fatal­nym momen­cie.

– Mam dla cie­bie wia­do­mość. Wygląda poważ­nie. Spo­tkajmy się na rogu Delan­cey i Ave­nue D. Już jadę.

– Nie roz­łą­czaj się. Nie pojadę na Lower East Side tylko dla­tego, że ty…

– Chyba ktoś nie żyje. – Nad­ine prze­su­nęła się tak, że odsło­niła wydruki zaście­la­jące biurko. – Tak, ta dziew­czyna nie żyje.

Zdję­cia przed­sta­wiały młodą bru­netkę. Jedne były nie­upo­zo­wane, inne ofi­cjalne.

– Dla­czego myślisz, że nie żyje?

– Wszystko ci powiem, gdy się spo­tkamy. Teraz tylko nie­po­trzeb­nie tra­cimy czas.

Eve wpu­ściła służby medyczne i skrzy­wiła się w stronę wide­ofonu.

– Wyślę tam poli­cjanta.

– Nie po to daję ci gorące wia­do­mo­ści, żebyś je lek­ce­wa­żyła i zle­cała sprawę zwy­kłym służ­bom. Dal­las, naprawdę mam coś waż­nego. Spo­tkaj się ze mną albo spraw­dzę to sama i pusz­czę w świat to, co odkry­łam.

– Co za cho­lerny dzień. No dobrze. Stań na rogu i zacze­kaj. Niczego nie ruszaj, dopóki nie przy­jadę. Muszę naj­pierw jakoś upo­rać się z tym, co mam tutaj. – Wes­tchnęła ciężko i spoj­rzała na medy­ków bada­ją­cych Sum­mer­seta. – Przyjdę naj­szyb­ciej, jak będę mogła.

Roz­łą­czyła się, scho­wała komu­ni­ka­tor do kie­szeni, po czym pode­szła do Roarke’a i pokle­pała go po ramie­niu.

– Otrzy­ma­łam ważną wia­do­mość. Myślę, że powin­nam to spraw­dzić.

– Nie pamię­tam, ile on ma lat, zupeł­nie wyle­ciało mi to z głowy.

– Spo­koj­nie. Jest zbyt podły na to, żeby naprawdę mogło mu się coś stać. Słu­chaj, jeśli chcesz, żebym tu została, to odwo­łam spo­tka­nie.

– Nie, jedź. – Potrzą­snął głową. – Bie­dak potknął się o kota. Mógł się zabić. – Odwró­cił się i poca­ło­wał Eve w czoło. – Życie jest pełne paskud­nych nie­spo­dzia­nek. Niech pani uważa na sie­bie, pani porucz­nik. Nie życzę sobie już dzi­siaj żad­nych złych wia­do­mo­ści.

Na uli­cach pano­wał potworny chaos, co dosko­nale kore­spon­do­wało z nastro­jem Eve. Awa­ria mak­si­busa na Lexing­ton Ave­nue spra­wiła, że wokół, jak okiem się­gnąć, samo­chody wyle­wały się z 75 na połu­dnie. Wyły klak­sony. Nad gło­wami war­czały heli­kop­tery służb dro­go­wych. Wyda­wało się, że za chwilę doj­dzie do zakor­ko­wa­nia szla­ków powietrz­nych.

Znie­cier­pli­wiona przy­mu­so­wym posto­jem wśród morza ludzi jadą­cych do pracy, Eve włą­czyła syrenę i spryt­nie przedarta się w kie­runku wschod­nim, gdzie wypa­trzyła nie­za­tło­czoną ulicę.

Połą­czyw­szy się z dys­po­zy­tor­nią, poin­for­mo­wała, że potrze­buje teraz godziny dla sie­bie. Mówie­nie o tym, że podąża w kie­runku wska­za­nym przez nawie­dzoną repor­terkę, bez żad­nego powodu ani zezwo­le­nia prze­ło­żo­nych, mijało się z celem, miała jed­nak zaufa­nie do jej instynktu. Nad­ine już nie­raz wyka­zała się węchem psa myśliw­skiego w tro­pie­niu sen­sa­cyj­nych histo­rii, więc Eve naka­zała swej asy­stentce, by sta­wiła się na Delan­cey.

* * *

Na ulicy pano­wał wielki ruch. W oko­licy znaj­do­wały się nie­zli­czone sklepy i kawiar­nie, zaj­mu­jące pomiesz­cze­nia na par­te­rze budyn­ków i słu­żące głów­nie miesz­kań­com apar­ta­men­tów na pię­trach. W pie­karni reali­zo­wano zamó­wie­nia męż­czy­zny pro­wa­dzą­cego warsz­tat napraw w sąsied­niej pose­sji. Z kolei szef warsz­tatu pro­gra­mo­wał domo­wego andro­ida dla wła­ści­cielki sklepu z ubra­niami, która zaopa­try­wała się w owoce na stra­ga­nie po dru­giej stro­nie ulicy.

Eve pomy­ślała, że wszystko toczy się tutaj według odwiecz­nego sche­matu wza­jem­nych powią­zań. Po usta­niu zamie­szek w mie­ście dziel­nica została odbu­do­wana, cho­ciaż tu i ówdzie nosiła jesz­cze ślady znisz­czeń.

Nie był to teren chęt­nie wybie­rany na wie­czorne spa­cery, a kilka kwar­ta­łów dalej w kie­runku połu­dnio­wym i zachod­nim można było się natknąć na gro­mady nie­chluj­nych włó­czę­gów i nar­ko­ma­nów, sypia­ją­cych pod gołym nie­bem. Jed­nak w ten letni, parny dzień Delan­cey spra­wiała wra­że­nie dziel­nicy wyłącz­nie tęt­nią­cej han­dlem.

Eve zatrzy­mała samo­chód za fur­go­netką i wysta­wiła na dach sygna­li­za­tor świetlny.

Nie­chęt­nie wyszła z chłod­nego wnę­trza wozu na roz­pa­lony chod­nik. Od razu w noz­drza ude­rzyła ją ostra woń solanki, kawy i potu. Znacz­nie przy­jem­niej­szy zapach melo­nów ze stra­ganu został natych­miast wyparty przez stru­mień duszą­cej smro­dli­wej pary, wydo­by­wa­ją­cej się z obwoź­nej budki, w któ­rej sprze­da­wano zapie­kanki ze sztucz­nymi jajami i cebulą.

Wstrzy­mu­jąc oddech, pomy­ślała, że trzeba być bar­dzo odważ­nym, by jeść te świń­stwa. Przy­sta­nęła na rogu ulicy i zba­dała wzro­kiem oko­licę.

Nie dostrze­gła Nad­ine ani Peabody, jej uwagę przy­cią­gnęli nato­miast czte­rej męż­czyźni – wła­ści­ciele skle­pów i straż­nik miej­ski zawzię­cie kłó­cili się o coś przy zie­lo­nym pojem­niku na surowce wtórne.

Miała ochotę skon­tak­to­wać się z Roar­kiem i zapy­tać o zdro­wie Sum­mer­seta, w nadziei, że stał się cud i służby medyczne skle­iły kość tak, że kamer­dy­ner jest w sta­nie odbyć podróż, a po wstrzą­sie, jaki prze­żył tego ranka, zde­cy­do­wał się solid­nie wypo­cząć i prze­dłu­żył waka­cje do czte­rech tygo­dni.

Wyobra­ziła sobie z roz­ma­rze­niem, że w cza­sie urlopu Sum­mer­set zako­cha się w swej płat­nej opie­kunce – jaka inna kobieta zgo­dzi­łaby się na upra­wia­nie seksu z tym potwo­rem? – i posta­nowi osie­dlić się z nią gdzieś w Euro­pie.

Po chwili namy­słu uznała, że Europa jest za bli­sko. Powinni zamiesz­kać w kolo­nii Alfa w gwiaz­do­zbio­rze Byka i ni­gdy już nie powró­cić na pla­netę Zie­mię.

Dobrze zda­wała sobie sprawę, że może kar­mić się tymi złu­dze­niami tylko do czasu, gdy zadzwoni do domu, przy­po­mniała sobie jed­nak ból w oczach Sum­mer­seta i spo­sób, w jaki Roarke trzy­mał sta­rego kamer­dy­nera za rękę, i z cięż­kim wes­tchnie­niem się­gnęła po komu­ni­ka­tor.

Zanim zdą­żyła z niego sko­rzy­stać, jakiś wła­ści­ciel sklepu ode­pchnął straż­nika miej­skiego, który zato­czył się, a po chwili upadł po zada­nym pię­ścią cio­sie.

Eve wepchnęła komu­ni­ka­tor do kie­szeni i pobie­gła w stronę męż­czyzn. Nie zdą­żyła jesz­cze do nich dotrzeć, kiedy poczuła cha­rak­te­ry­styczny zapach. Nie mogła się mylić. Zbyt wiele razy miała do czy­nie­nia ze śmier­cią.

Prze­chod­nie i ludzie, któ­rzy wyle­gli ze skle­pów i oto­czyli wal­czą­cych, zwar­tych teraz w zapa­śni­czym uści­sku na chod­niku, zagrze­wali ich do boju, nie szczę­dząc obraź­li­wych wyzwisk. Tłum gapiów gęst­niał z każdą chwilą.

Bez się­ga­nia po odznakę Eve unio­sła za koszulę męż­czy­znę znaj­du­ją­cego się na górze i posta­wiła stopę na leżą­cym.

– Spo­kój!

Wła­ści­ciel sklepu był niskim, żyla­stym męż­czy­zną. Szarp­nął się gwał­tow­nie, zosta­wia­jąc kawa­łek prze­po­co­nej koszuli w dłoni Eve. Miał oczy czer­wone od gniewu, a z warg kapała mu praw­dziwa krew.

– To nie twój inte­res, paniu­siu, więc spa­daj, bo możesz obe­rwać.

– To jest pani porucz­nik. – Męż­czy­zna leżący na ziemi wyda­wał się zado­wo­lony ze swego miej­sca. Miał wydatny brzuch, był zdy­szany, a lewe oko zni­kało mu pod opu­chli­zną. Jed­nak Eve nie darzyła straż­ni­ków miej­skich sym­pa­tią, więc nie unio­sła nogi z jego torsu. Wycią­gnęła odznakę i obda­rzyła wła­ści­ciela sklepu sze­ro­kim uśmie­chem.

– Chcesz się zało­żyć o to, kto tu obe­rwie? Cof­nij się i gęba na kłódkę.

– O, glina. Powinna pani zamknąć go w pudle. Ja regu­lar­nie płacę podatki. – Męż­czy­zna uniósł ręce i zwró­cił się w stronę tłumu, jak bok­ser okrą­ża­jący ring pomię­dzy run­dami. – Pła­cimy wszystko, jak trzeba, a te gnidy wciąż nie dają nam spo­koju.

– Znie­wa­żył mnie. Chcę wnieść skargę.

Eve popa­trzyła na leżą­cego straż­nika.

– Zamknij się! Nazwi­sko! – zażą­dała, wska­zu­jąc wła­ści­ciela sklepu.

– Remke. Waldo Remke. – Oparł posi­nia­czone dło­nie na wąskich bio­drach. – To ja chcę wnieść oskar­że­nie.

– Dobrze, dobrze. To pań­ski sklep? – Wycią­gnęła rękę w stronę deli­ka­te­sów.

– Od osiem­na­stu lat. Wcze­śniej nale­żał do mojego ojca. Pła­cimy podatki…

– To już wiem. To pań­ski pojem­nik?

– Zapła­ci­li­śmy już za niego chyba ze sto razy. Ja, Costello i Mintz. – Kciu­kiem wska­zał dwóch sto­ją­cych za nim męż­czyzn. – A przez więk­szość czasu i tak jest uszko­dzony. Czuje pani ten wstrętny zapach? Ten ohydny smród? Kto przyj­dzie tu na zakupy, jeżeli tak będzie śmier­dzieć? W ciągu ostat­nich sze­ściu tygo­dni już trzy razy pro­si­li­śmy o naprawę, ale nikt nawet nie kiw­nął pal­cem.

W tłu­mie gapiów roz­le­gły się jakieś pomruki, wyra­ża­jące popar­cie. Jakiś dow­cip­niś krzyk­nął:

– Śmierć faszy­stom!

Eve była świa­doma tego, że w tym upale i smro­dzie oko­liczni gapie na widok krwi w każ­dej chwili mogą prze­obra­zić się we wrogi tłum.

– Panie Remke, chcia­ła­bym, żeby pan, pan Costello i pan Mintz odsu­nęli się tro­chę. Pro­szę się rozejść! – zwró­ciła się do zgro­ma­dzo­nych.

Usły­szała za sobą szybki stu­kot poli­cyj­nych butów. To mogły być tylko kroki jej asy­stentki.

– Peabody – powie­działa, nie odwra­ca­jąc się. – Zrób coś z tymi ludźmi, zanim doj­dzie do lin­czu.

Lekko zdy­szana asy­stentka pode­szła do Eve.

– Tak jest! Pro­szę się rozejść!

Na widok poli­cyj­nego mun­duru, nawet tro­chę już zmię­tego od upału, więk­szość gapiów ode­szła. Peabody popra­wiła oku­lary prze­ciw­sło­neczne i kape­lusz, który prze­chy­lił się w cza­sie biegu.

Jej kwa­dra­towa twarz lśniła od potu, ale oczy ukryte za przy­dy­mio­nymi oku­la­rami pozo­sta­wały czujne. Popa­trzyła na pojem­nik, a potem na Eve.

– Pani porucz­nik?

– Tak. Nazwi­sko – Eve zwró­ciła się do straż­nika miej­skiego, pokle­pu­jąc stopą jego tors.

– Larry Poole. Pani porucz­nik, ja tylko wyko­ny­wa­łem swoje obo­wiązki. Przy­je­cha­łem tu z powodu inter­wen­cji w spra­wie naprawy pojem­nika, a ten facet mnie napadł.

– Kiedy pan tu przy­je­chał?

– Jakieś dzie­sięć minut temu. Sukin­syn nawet nie dał mi obej­rzeć tego śmiet­nika, tylko od razu sko­czył mi do gar­dła.

– Teraz go pan obej­rzy. Nie chcę mieć żad­nych kło­po­tów ze strony wła­ści­ciela sklepu – powie­działa Eve, spo­glą­da­jąc na Rem­kego.

– Chcę wnieść skargę. – Remke zło­żył ramiona na pier­siach i wydął wargi.

Eve pomo­gła Poole’owi wstać.

– Wrzu­cają tu wszyst­kie moż­liwe świń­stwa – narze­kał Poole. – I stąd cały pro­blem. Nie segre­gują śmieci. Potra­fią wrzu­cić jakieś szczątki orga­niczne do otworu na two­rzywa sztuczne, a potem dzi­wią się, że mają smród. – Kuś­ty­ka­jąc, pod­szedł do pojem­nika. Zanim zaj­rzał do środka, wło­żył na twarz maskę z fil­trem. – Wystar­czy­łoby prze­strze­gać instruk­cji, ale oni wolą co pięć minut wno­sić skargi.

– Jak działa zamek?

– Ma spe­cjalny kod. Wypo­ży­czają pojem­nik od mia­sta, ale kod znają tylko służby miej­skie. Mój ska­ner czyta kod, a potem… Cho­lera, ten zamek jest uszko­dzony.

– Mówi­łem, że jest uszko­dzony.

Poole wypro­sto­wał się z god­no­ścią i popa­trzył na Rem­kego spod zmru­żo­nych powiek.

– Zamek i pie­częć są uszko­dzone. Dzie­ciaki cza­sem to robią. To nie moja wina. Kto to wie, skąd dzie­cia­kom przy­cho­dzą do głowy takie pomy­sły? Pew­nie zepsuły go wczo­raj w nocy i wepchnęły do środka jakie­goś zde­chłego kota, sądząc po zapa­chu.

– Nie mam zamiaru pła­cić za wasze zepsute zamki – zło­ścił się Remke.

– Panie Remke, niech pan da spo­kój – ostrze­gła Eve i zwró­ciła się do Poole’a: – Jest otwarty i ma zerwaną pie­częć?

– Tak. Teraz będę musiał wezwać ekipę, żeby opróż­niła pojem­nik. Nie­zno­śne dzie­ciaki. – Zamie­rzał unieść klapę, lecz Eve przy­trzy­mała go za rękę.

– Pro­szę się odsu­nąć. Peabody?

Peabody dobrze zda­wała sobie sprawę, że odór, który przy­pra­wia ją o mdło­ści, za chwilę sta­nie się nie do znie­sie­nia.

– Żałuję, że po dro­dze zja­dłam kro­kieta z jaj­kiem.

Eve z nie­do­wie­rza­niem popa­trzyła na asy­stentkę.

– To ty jadasz takie paskudz­twa? Co się z tobą dzieje?

– Te kro­kiety są cał­kiem smaczne. A poza tym można szybko się najeść. – Wstrzy­mała oddech.

Po chwili obie unio­sły ciężką pokrywę.

Z pojem­nika buch­nął odór roz­kła­da­ją­cego się ciała.

Dziew­czyna została wepchnięta do prze­grody na szczątki orga­niczne. Było widać tylko połowę jej twa­rzy. Eve zauwa­żyła, że denatka ma oczy zie­lo­nego, butel­ko­wego koloru. Za życia była praw­do­po­dob­nie bar­dzo ładna.

Śmierć i gorąco spra­wiły, że obrzmiałe ciało wyglą­dało teraz wręcz obsce­nicz­nie.

– Co też, do cho­lery, tam wło­żyli? – zaczął Poole, zaj­rzał do pojem­nika, po czym natych­miast odwró­cił się, żeby zwy­mio­to­wać.

– Peabody. Zaraz będzie tu Nad­ine. Pew­nie ugrzę­zła w kor­kach, bo powinna już tu być. Zatrzy­maj ją i nie dopuść jej tu z kamerą. Będzie nale­gać, ale musisz być sta­now­cza.

– Ktoś tam jest? – Z twa­rzy Rem­kego natych­miast znik­nął gniew. Prze­ra­żo­nym wzro­kiem wpa­try­wał się w Eve. – Czło­wiek?

– Chcia­ła­bym, żeby wszedł pan do sklepu, panie Remke. Wszy­scy pano­wie. Nie­długo przyjdę, żeby z panami poroz­ma­wiać.

– Niech no spoj­rzę. – Odchrząk­nął. – Może… jeśli to jest ktoś z sąsiedz­twa, może będę wie­dział. Jeśli to w czym­kol­wiek pomoże, zaj­rzę tam.

– To mocne prze­ży­cie – ostrze­gła, ale dała mu ręką znak zachęty.

Ze zbie­lałą twa­rzą pod­szedł do pojem­nika. Przez chwilę nie otwie­rał oczu, po czym zaci­snął zęby i uniósł powieki.

– Rachel. – Usi­łu­jąc powstrzy­mać odruch wymiotny, cof­nął się o parę kro­ków. – O, Boże! Boże! To Rachel, nie znam nazwi­ska. Pra­co­wała, o, Boże, pra­co­wała w 24/7 po dru­giej stro­nie ulicy. To jesz­cze dzie­ciak. – Po jego pra­wie zupeł­nie bia­łej twa­rzy spły­nęły łzy. Odwró­cił głowę. – Miała naj­wy­żej dwa­dzie­ścia, dwa­dzie­ścia jeden lat. Stu­dentka. Cią­gle się cze­goś uczyła.

– Pro­szę wejść do sklepu, panie Remke. Zajmę się nią.

– To jesz­cze dzie­ciak. – Otarł twarz. – Co za bestia zro­biła coś takiego tej dziew­czy­nie?

Mogła mu powie­dzieć, że na świe­cie nie bra­kuje róż­nego rodzaju bestii, nie­okieł­zna­nych i okrut­nych, groź­niej­szych niż cokol­wiek innego na świe­cie, jed­nak posta­no­wiła się nie odzy­wać.

Remke pod­szedł do Poole’a.

– Niech pan też wej­dzie do sklepu. – Poło­żył rękę na ramie­niu straż­nika. – W środku jest chłod­niej. Przy­niosę panu wody.

– Peabody, w samo­cho­dzie mam zestaw polowy.

Odwró­ciw­szy się w stronę ciała, wpięła w klapę mikro­fon rekor­dera.

– No, Rachel – mruk­nęła. – Trzeba zabrać się do roboty. Nagry­wam. Ofiarą jest kobieta, rasy kau­ka­skiej, w wieku około dwu­dzie­stu jeden lat.

Teren został odgro­dzony taśmą, a umun­du­ro­wani poli­cjanci utwo­rzyli zwarty kor­don, by powstrzy­mać cie­kaw­skich. Po zare­je­stro­wa­niu danych Eve zamie­rzała wejść do pojem­nika.

Spo­strze­gła fur­go­netkę Kanału 75 na końcu kwar­tału. Pomy­ślała, że Nad­ine pew­nie cała gotuje się w środku, by­naj­mniej nie tylko z gorąca. Cóż, musi pocze­kać na swoją kolej.

Następne dwa­dzie­ścia minut były po pro­stu kosz­marne.

– Pro­szę. – Gdy Eve wynu­rzyła się z pojem­nika, Peabody podała jej butelkę z wodą.

– Dzięki. – Wypiła dusz­kiem zawar­tość butelki i dopiero potem wzięła głę­boki oddech. Miała wra­że­nie, że ni­gdy nie zdoła pozbyć się tego okrop­nego smaku w ustach. Woda z dru­giej butelki posłu­żyła jej do obmy­cia rąk. – Tych face­tów zosta­wimy sobie na póź­niej. – Wska­zała wej­ście do deli­ka­te­sów. – Naj­pierw muszę zoba­czyć się z Nad­ine.

– Masz już dane?

– Tak. Na pod­sta­wie odci­sków pal­ców. Rachel Howard, zaoczna stu­dentka Uni­wer­sy­tetu Colum­bia. – Otarła pot z twa­rzy. – Remke nie mylił się co do wieku. Miała dwa­dzie­ścia lat. Już można ją zabrać. Nie potra­fię podać przy­czyny ani czasu śmierci, bo ciało znaj­duje się w fatal­nym sta­nie.

Popa­trzyła na pojem­nik.

– Zoba­czymy, co znajdą nasi ludzie, a potem niech się nią zajmą medycy.

– Chcesz zacząć prze­słu­cha­nia?

– Zacze­kaj, muszę naj­pierw poroz­ma­wiać z Nad­ine. – Oddała Peabody pustą butelkę i ruszyła w stronę fur­go­netki. Któ­ryś z gapiów coś zawo­łał, ale kiedy zoba­czył wyraz twa­rzy Eve, słowa zamarły mu na ustach.

Nad­ine wyszła z samo­chodu, świeża jak do występu przed kamerą i wście­kła na cały świat.

– Do cho­lery, Dal­las, jak długo zamie­rzasz mnie blo­ko­wać?

– Tak długo, jak będzie trzeba. Muszę zoba­czyć te zdję­cia, a potem będziesz mi potrzebna w Cen­trali. Muszę ci zadać parę pytań.

– Musisz? Myślisz, że obcho­dzi mnie to, co ty musisz?

To był okropny pora­nek. Eve aż dusiła się z upału, śmier­działa, a śnia­da­nie, które zja­dła z takim ape­ty­tem, leżało jej w żołądku jak kamień. Para bijąca z budki, któ­rej wła­ści­ciel dwoił się i troił, by obsłu­żyć nie­zwy­kle licz­nych tego dnia klien­tów, pra­gną­cych z bli­ska przyj­rzeć się czy­jejś śmierci, zatru­wała tłusz­czem i tak już cięż­kie powie­trze.

Patrząc na Nad­ine, świeżą jak wio­senny pora­nek, z kub­kiem kawy z lodem w wypie­lę­gno­wa­nej dłoni. Eve poczuła, że nie ma ochoty ukry­wać swego humoru.

– W porządku. Masz prawo mil­czeć.

– Co jest, do dia­bła?

– Przy­po­mi­nam ci twoje prawa. Jesteś świad­kiem zabój­stwa. – Ski­nęła na poli­cjanta. – Pro­szę odczy­tać pani Furst jej prawa i odwieźć ją do Cen­trali, gdzie zosta­nie pod­dana prze­słu­cha­niu.

– Podła z cie­bie suka!

– Gadaj sobie do woli. – Eve odwró­ciła się na pię­cie i pode­szła do koro­nera.

2

We wnę­trzu deli­ka­te­sów pano­wał przy­jemny chłód. Pach­niało kawą, wędzo­nym łoso­siem i cie­płym pie­czy­wem. Eve wypiła wodę, którą podał jej Remke. Wła­ści­ciel sklepu w niczym nie przy­po­mi­nał już rakiety kosmicz­nej na chwilę przed star­tem. Spra­wiał wra­że­nie potwor­nie wyczer­pa­nego.

Eve dobrze wie­działa, że gdy ludzie sty­kają się z wyra­fi­no­wa­nym okru­cień­stwem, czę­sto popa­dają w odrę­twie­nie.

– Kiedy ostat­nio korzy­stał pan ze śmiet­nika? – zapy­tała.

– Wczo­raj około siód­mej wie­czo­rem, tuż po zamknię­ciu sklepu. Zazwy­czaj robi to mój sio­strze­niec, ale w tym tygo­dniu ma urlop. Zabrał żonę i dzie­ciaki do Disney­landu, Bóg jeden wie po co.

Wsparł­szy się łok­ciami o ladę, ukrył głowę w dło­niach, mocno przy­ci­ska­jąc palce do skroni.

– Wciąż nie mogę wyma­zać z pamięci twa­rzy tej dziew­czyny.

I ni­gdy ci się to nie uda, pomy­ślała Eve. Takich obra­zów ni­gdy w pełni się nie zapo­mina.

– O któ­rej przy­szedł pan dziś do sklepu?

– O szó­stej. – Z głę­bo­kim wes­tchnie­niem opu­ścił ręce. – Od razu poczu­łem ten zapach. Kop­ną­łem pojem­nik. Boże, kop­ną­łem go, a ona tam była.

– I tak nie mógł pan jej już w niczym pomóc, ale może pan to zro­bić teraz. Co było dalej?

– Odsu­ną­łem go. Zadzwo­ni­łem do ope­ra­tora. Costello i Mintz przy­je­chali tu gdzieś około wpół do siód­mej. Byli­śmy wście­kli. Około siód­mej zadzwo­ni­łem jesz­cze raz, bo nikt się nie poka­zał. Potem dzwo­ni­łem chyba jesz­cze ze sto razy, aż wresz­cie przy­je­chał pan Poole. To było jakieś dzie­sięć minut przed tym, jak go ude­rzy­łem.

– Mieszka pan na pię­trze?

– Tak, razem z żoną i naj­młod­szą córką. Ma szes­na­ście lat. – Ciężko wes­tchnął. – Mogła zna­leźć się w tym śmiet­niku. Wró­ciła do domu dopiero o dzie­sią­tej. Zawsze jej powta­rzam, że o tej porze musi już być w domu. Wczo­raj gdzieś poszła z przy­ja­ciółmi. Nie wiem, co bym zro­bił, gdyby… Chyba bym osza­lał. – Głos mu się zała­mał. – Co można zro­bić w takiej sytu­acji?

– Wiem, że jest panu ciężko. Czy wczo­raj­szego wie­czoru usły­szał pan albo zoba­czył coś podej­rza­nego? Może coś pan pamięta.

– Shel­ley przy­szła o cza­sie. Jeste­śmy z żoną bar­dzo sta­now­czy, jeśli cho­dzi o godzinę powrotu córki do domu, więc przy­szła punk­tu­al­nie o dwu­dzie­stej dru­giej. Gra­łem w jakąś grę na kom­pu­te­rze, ale oczy­wi­ście głów­nie cze­ka­łem na powrót Shel­ley. Poszli­śmy spać koło dwu­dzie­stej trze­ciej. Muszę rano otwie­rać sklep, więc kładę się wcze­śnie. Nic nie sły­sza­łem.

– Pro­szę mi opo­wie­dzieć o Rachel. Co pan o niej wie?

– Nie­wiele. Pra­co­wała w tym cało­do­bo­wym skle­pie, 24/7, chyba gdzieś od roku. Głów­nie w dzień. Cza­sami w nocy, ale przede wszyst­kim w dzień. Kiedy wcho­dziło się do sklepu i nie była zajęta, to zawsze cze­goś się uczyła. Chciała zostać nauczy­cielką. Miała piękny uśmiech. – Głos znów mu się zała­mał. – Czło­wiek jakoś tak lepiej się czuł, kiedy na nią patrzył. Nie wiem, jak ktoś mógł ją tak potrak­to­wać.

Spoj­rzał na śmiet­nik.

– Nie mie­ści mi się w gło­wie, jak ktoś mógł jej to zro­bić.

* * *

Eve i Peabody prze­szły na drugą stronę ulicy, do sklepu 24/7.

– Chcia­ła­bym, żebyś połą­czyła się z Roar­kiem i zapy­tała, jak czuje się Sum­mer­set – zwró­ciła się Eve do asy­stentki.

– Prze­cież dzi­siaj wyje­chał na waka­cje. Zazna­czy­łaś ten dzień w swoim kalen­da­rzu, nary­so­wa­łaś butelkę szam­pana i gwiazdki.

– Zła­mał nogę.

– Coo? Kiedy? Jak to się stało? O, Boże!

– Rano spadł ze scho­dów. Uwa­żam, że zro­bił mi to na złość. Naprawdę tak myślę, ale pro­szę cię, sprawdź, co się dzieje. Powiedz Roarke’owi, że się do niego ode­zwę, kiedy tylko się z tym upo­ram.

– I że myślisz o nim i wspie­rasz go na duchu – dodała z kamienną twa­rzą Peabody.

Eve unio­sła oczy ku niebu i chwy­ciła asy­stentkę za rękę.

– Domy­śli się, że to bujda, ale tak trzeba się zacho­wać.

– I to nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści.

Eve weszła do sklepu. Ktoś wraż­liwy wyłą­czył wesołą muzykę, którą można było usły­szeć w każ­dym skle­pie z sieci 24/7 na całej kuli ziem­skiej. Miej­sce przy­po­mi­nało gro­bo­wiec, wypeł­niony goto­wymi pro­duk­tami żyw­no­ścio­wymi, sprze­da­wa­nymi po zawy­żo­nych cenach. Pod ścianą stał rząd auto­ku­cha­rzy z goto­wymi potra­wami. Jakiś poli­cjant krę­cił się koło sto­iska z muzyką roz­ryw­kową, a za ladą sie­dział młody męż­czy­zna. Miał zaczer­wie­nione oczy.

Jesz­cze jeden wyko­rzy­sty­wany pra­cow­nik, pomy­ślała Eve. Sprze­daw­cami w 24/7 byli prze­waż­nie ludzie bar­dzo mło­dzi albo w zde­cy­do­wa­nie star­szym wieku – tylko oni zga­dzali się na wie­lo­go­dzinną pracę w naj­prze­róż­niej­szych porach dnia i nocy za śmiesz­nie niskie wyna­gro­dze­nie.

Chło­pak był chu­dym Murzy­nem ze ster­czą­cymi wło­sami o jaskra­wo­po­ma­rań­czo­wym odcie­niu. Miał srebrny kol­czyk w dol­nej war­dze, a na ręku tanią bran­so­letę.

Spoj­rzaw­szy na Eve, zaczął cicho pła­kać.

– Nie wolno mi do nikogo dzwo­nić. Powie­dziano mi, że muszę tu zostać. Ale ja chcę stąd wyjść.

– Nie­długo będzie pan wolny. – Ski­nie­niem głowy dała poli­cjan­towi znak, żeby wyszedł.

– Podobno Rachel nie żyje.

– To prawda. Był pan z nią zaprzy­jaź­niony?

– Myślę, że to jakaś pomyłka. To musi być pomyłka. – Otarł nos wierz­chem dłoni. – Jeśli pozwoli mi pani do niej zadzwo­nić, na pewno się okaże, że zaszła jakaś pomyłka.

– Bar­dzo mi przy­kro. Jak się pan nazywa?

– Madinga. Jones Madinga.

– Nie ma mowy o żad­nej pomyłce, Madinga, i ser­decz­nie ci współ­czuję, bo widzę, że byli­ście przy­ja­ciółmi. Jak długo ją zna­łeś?

– Myślę, że to nie­moż­liwe. To nie może być prawda. – Potarł pod­bró­dek. – Zaczęła tu pra­co­wać w lecie zeszłego roku. Wcze­snym latem. Jest stu­dentką col­lege’u i potrze­buje pie­nię­dzy. Cza­sami spę­dza­li­śmy wspól­nie czas.

– Byli­ście tylko zaprzy­jaź­nieni, czy łączyło was coś wię­cej?

– Po pro­stu się przy­jaź­ni­li­śmy. Mam dziew­czynę. Cza­sami cho­dzi­li­śmy do klubu albo oglą­da­li­śmy razem coś nowego na wideo.

– Miała chło­paka?

– Nikogo sta­łego. Nie cho­dziła z nikim na poważ­nie, bo musiała się uczyć. Naprawdę inte­re­so­wała się tylko nauką.

– Czy kie­dy­kol­wiek ci wspo­mniała, że ktoś się jej naprzy­krza? Może jakiś chło­pak, który nie chciał luźno trak­to­wać zna­jo­mo­ści?

– Nie. To zna­czy, był jakiś facet, któ­rego pozna­li­śmy w klu­bie i potem się z nim umó­wiła. Poszli chyba do jakiejś restau­ra­cji, któ­rej był wła­ści­cie­lem. Ale stwier­dziła, że jest zbyt namolny i z nim zerwała. Nie chciał przy­jąć tego do wia­do­mo­ści i jesz­cze przez pewien czas za nią łaził. No, ale to było już kilka mie­sięcy temu. Jesz­cze przed Bożym Naro­dze­niem.

– Jak miał na imię?

– Diego. – Wzru­szył ramio­nami. – Nie znam nazwi­ska. Gładki, wyszcze­kany, z odlo­to­wymi pió­rami. Nędzny pod­ry­wacz. Powie­dział jej, że lubi się zaba­wić z dziew­czy­nami, ale dobrze tań­czył, a Rachel kochała taniec.

– Jaki to klub?

– Scena. Na Czter­na­stej, nie­da­leko Union Squ­are. Czy… czy on jej coś zro­bił, zanim ją tam wło­żył?

– Nie wiem.

– Była dzie­wicą. – Wargi mu drżały. – Mówiła mi, że nie chce tego zro­bić tylko po to, żeby mieć to już za sobą. Cza­sami doku­cza­łem jej z tego powodu, tak dla żartu, bo byli­śmy przy­ja­ciółmi. Jeśli on jej to zro­bił… – W oczach chło­paka nie było już łez. Patrzył przed sie­bie szkla­nym wzro­kiem. – Powin­ni­ście go uka­rać. Niech cierpi tak, jak cier­piała ona.

Po wyj­ściu na dwór Eve prze­cze­sała pal­cami włosy w poszu­ki­wa­niu oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych. Nie miała poję­cia, gdzie się zapo­działy.

– Zła­mana noga – poin­for­mo­wała ją Peabody. – Stłu­czone ramię i uszko­dze­nie ścię­gien.

– O czym ty mówisz?

– O twoim ulu­bieńcu! Roarke powie­dział, że Sum­mer­seta zatrzy­mano na jeden dzień w szpi­talu i że trzeba mu zała­twić opiekę domową. Ma też uszko­dzone dru­gie kolano, więc tro­chę to potrwa, zanim doj­dzie do sie­bie.

– Cho­lera!

– Aha, poza tym powie­dział, że doce­nia twoje zain­te­re­so­wa­nie, o któ­rym bez­zwłocz­nie poin­for­muje pacjenta.

– Cho­lera! – powtó­rzyła Eve.

– A żeby twoje szczę­ście było pełne, wiedz, że masz wia­do­mość od przed­sta­wi­ciela Nad­ine. Dosta­łaś godzinę na zakoń­cze­nie prze­słu­chań. Po tym cza­sie Kanał 75 złoży ofi­cjalną skargę w imie­niu Nad­ine Furst.

– Niech się ski­cha. – Eve wyjęła oku­lary swej asy­stentki z kie­szeni jej mun­duru i wło­żyła je z wyraźną ulgą. – Naj­pierw musimy zawia­do­mić rodzinę Rachel Howard.

* * *

Kiedy Eve w końcu dotarła do Cen­trali, marzyła jedy­nie o prysz­nicu, oka­zało się jed­nak, że będzie musiała z tym zacze­kać. Udała się pro­sto do pomiesz­cze­nia, które poli­cjanci nazy­wali salo­nem, a które peł­niło funk­cję pocze­kalni dla prze­słu­chi­wa­nych, człon­ków rodzin i świad­ków, nie­znaj­du­ją­cych się na liście podej­rza­nych.

Były tam stoły, krze­sła, auto­maty do sprze­daży róż­nych pro­duk­tów i kilka ekra­nów pla­zmo­wych dla ocze­ku­ją­cych na swoją kolej. W tej chwili w pokoju znaj­do­wali się Nad­ine, człon­ko­wie jej ekipy i męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze, któ­rego Eve natych­miast uznała za adwo­kata repor­terki.

Nad­ine zerwała się na nogi.

– Chcemy wresz­cie się cze­goś dowie­dzieć.

Męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze, wysoki, szczu­pły, z burzą kasz­ta­no­wych wło­sów i sta­lo­wym spoj­rze­niem nie­bie­skich oczu, poufa­łym gestem pokle­pał ją po ramie­niu.

– Spo­koj­nie, Nad­ine. Pro­szę pozwo­lić, że się tym zajmę, porucz­nik Dal­las. Nazy­wam się Car­ter Swan, jestem doradcą Kanału 75. Repre­zen­tuję panią Furst i jej współ­pra­cow­ni­ków. Chciał­bym pod­kre­ślić, że potrak­to­wała pani moją klientkę, powszech­nie cenioną i sza­no­waną przed­sta­wi­cielkę mediów, w spo­sób abso­lut­nie nie­do­pusz­czalny. Zamie­rzam wnieść skargę do pani prze­ło­żo­nych.

– Aha. – Eve pode­szła do auto­matu. Kawa z maszyny była luro­wata, ale musiała się cze­goś napić. – Pani Furst – zaczęła, wstu­ku­jąc numer iden­ty­fi­ka­cyjny, a po chwili zaklęła pod nosem, gdyż oka­zało się, że karta kre­dy­towa jest pusta. – Pani Furst jest waż­nym świad­kiem w śledz­twie w spra­wie mor­der­stwa. Została popro­szona o sta­wie­nie się w celu zło­że­nia zeznań, nie wyka­zała jed­nak żad­nej chęci współ­pracy.

Się­gnęła do kie­szeni w nadziei, że znaj­dzie tam jakieś monety albo żetony, lecz kie­szeń była pusta.

– Mia­łam prawo naka­zać dopro­wa­dze­nie pań­skiej klientki, tak jak pani Furst miała prawo spro­wa­dzić tu pana, żeby mnie zde­ner­wo­wać. Nad­ine, potrzebne mi są te wydruki.

Nad­ine usia­dła i skrzy­żo­wała dłu­gie nogi. Po chwili popra­wiła blond włosy i uśmiech­nęła się lekko.

– Będziesz musiała poka­zać nakaz mojemu przed­sta­wi­cie­lowi, a o wydru­kach poroz­ma­wiamy dopiero wtedy, gdy spraw­dzi auten­tycz­ność doku­mentu.

– Nie musisz aż tak utrud­niać mi pracy.

Zie­lone, kocie oczy Nad­ine roz­bły­sły gnie­wem.

– Tak uwa­żasz?

– Zgod­nie z pra­wem sta­no­wym i fede­ral­nym – zaczął Car­ter – pani Furst nie ma żad­nego obo­wiązku prze­ka­zy­wać żad­nej wła­sno­ści, tak pry­wat­nej jak i służ­bo­wej, bez nakazu sądu.

– Zadzwo­ni­łam do cie­bie – powie­działa cicho Nad­ine. – Wcale nie musia­łam tego robić. Mogłam poje­chać pro­sto na Delan­cey i zro­bić, co do mnie należy, ale posta­no­wi­łam dać ci znać, ze względu na naszą przy­jaźń i sza­cu­nek, jakim cię darzę. Tak się zło­żyło, że przy­je­cha­łaś tam pierw­sza. – Zro­biła pauzę, spo­glą­da­jąc przy tym wymow­nie na jed­nego z człon­ków swo­jej ekipy. Młody czło­wiek aż się sku­lił pod jej wzro­kiem. – Wyłą­czy­łaś mnie z tej sprawy. No i nici z mojego repor­tażu.

– Będziesz miała swój cho­lerny repor­taż. Ostat­nie pół godziny spę­dzi­łam w bar­dzo miłym sze­re­go­wym domku w Bro­okly­nie z rodzi­cami dwu­dzie­sto­jed­no­let­niej dziew­czyny i patrzy­łam, jak się zała­mują na wieść o śmierci córki. A musia­łam im też powie­dzieć, gdzie była przez całą noc.

Nad­ine pode­szła do Eve, prze­mie­rza­ją­cej pokój w tę i z powro­tem. W końcu sta­nęły naprze­ciw sie­bie.

– Nie zna­la­zła­byś jej, gdy­bym ci o tym nie powie­działa.

– Mylisz się. Gdy­bym to nie była ja, zna­la­złby ją ktoś inny. Pięć, sześć godzin w pojem­niku, dzie­więć­dzie­siąt stopni Fah­ren­he­ita za oknami, a pew­nie ze sto dwa­dzie­ścia w śmiet­niku. Zna­le­ziono by ją bar­dzo szybko.

– Słu­chaj, Dal­las – zaczęła Nad­ine, lecz Eve wła­śnie się roz­krę­cała.

– Zapewne pomy­ślał o tym, wkła­da­jąc ją do pojem­nika, a potem wysłał ci zdję­cia. Może nawet przy­szło mu do głowy, że jakiś poli­cjant będzie musiał się nią zająć. Nad­ine, chyba wiesz, co dzieje się z cia­łem w takim upale?

– Nie zba­czaj z tematu.

– Ależ to jak naj­bar­dziej należy do tematu. – Gwał­tow­nym ruchem wyjęła rekor­der z kie­szeni i pod­łą­czyła go do moni­tora.

Na ekra­nie poja­wił się obraz Rachel Howard w chwili zna­le­zie­nia jej przez Eve.

– Miała dwa­dzie­ścia lat, była stu­dentką, chciała zostać nauczy­cielką. Lubiła tań­czyć, miała kolek­cję misiów. Plu­szo­wych. – Głos Eve brzmiał dziw­nie ostro, kiedy spo­glą­dała na zdję­cie docze­snych szcząt­ków Rachel Howard. – Miała młod­szą sio­strę, Melisę. Rodzina myślała, że Rachel została w aka­de­miku u przy­ja­ciół, co zda­rzało jej się kilka razy w tygo­dniu, więc nikt nie przej­mo­wał się jej nie­obec­no­ścią. Dopóki nie zapu­ka­łam do ich drzwi.

Odwró­ciła się i spoj­rzała na Nad­ine.

– Jej matka osu­nęła się na kolana, jakby w jed­nej chwili uszło z niej całe powie­trze. Musisz do niej pole­cieć ze swoją ekipą, kiedy tylko skoń­czymy. Jestem pewna, że zdo­bę­dziesz tam wspa­niały mate­riał. Taki obraz cier­pie­nia na pewno pod­nie­sie atrak­cyj­ność repor­tażu.

– To nie­do­pusz­czalne – wark­nął Car­ter. – Moja klientka…

– Cicho, Car­ter. – Nad­ine się­gnęła po skó­rzaną teczkę. – Chcia­ła­bym poroz­ma­wiać z tobą na osob­no­ści, pani porucz­nik.

– Nad­ine, szcze­rze radzę…

– Zamknij się, Car­ter! Dal­las, chcę z tobą poga­dać w cztery oczy.

– W porządku. – Wyłą­czyła magne­to­wid. – Chodźmy do mojego gabi­netu.

Po dro­dze nie ode­zwały się do sie­bie ani sło­wem. Ruchomy chod­nik zawiózł je do odpo­wied­niego sek­tora.

Minęły pomiesz­cze­nia aresztu, skąd natych­miast dobie­gły odgłosy powi­tań domnie­ma­nej nowo przy­by­łej, które jed­nak szybko się urwały, gdy tylko prze­szły dalej.

Gabi­net Eve był mały i miał tylko jedno okno. Po zamknię­ciu drzwi Eve przy­su­nęła do biurka krze­sło, zosta­wia­jąc dru­gie dla Nad­ine.

Jed­nak repor­terka nie usia­dła. Z jej twa­rzy łatwo było wyczy­tać uczu­cia, które ogar­nęły ją po tym, co usły­szała.

– Prze­cież dobrze mnie znasz. Znasz mnie na tyle, żeby wie­dzieć, że nie zasłu­guję na takie trak­to­wa­nie i słowa, które wypo­wie­dzia­łaś pod moim adre­sem.

– Może i nie zasłu­gu­jesz, ale to ty przy­wlo­kłaś tu adwo­kata i sko­czy­łaś mi do gar­dła tylko dla­tego, że nie pozwo­li­łam ci nagrać mate­riału.

– Do cho­lery, Dal­las, prze­cież ty mnie aresz­to­wa­łaś!

– Wcale cię nie aresz­to­wa­łam, tylko kaza­łam dopro­wa­dzić na prze­słu­cha­nie. Nie będziesz ni­gdzie noto­wana z tego powodu.

– Kicham na to. – Roz­wście­czona Nad­ine kop­nęła krze­sło.

Eve dobrze rozu­miała jej zacho­wa­nie, mimo że gwał­tow­nie prze­su­nięty mebel bole­śnie ude­rzył ją w nogę.

– Zadzwo­ni­łam do cie­bie! – wybuch­nęła Nad­ine. – Zawia­do­mi­łam cię, mimo że wcale nie musia­łam tego robić! A w nagrodę nie pozwa­lasz mi zro­bić repor­tażu, cią­gniesz na poli­cję i trak­tu­jesz jak prze­stępcę.

– Nie zabra­nia­łam ci robić repor­tażu, tylko wyko­ny­wa­łam swoją pracę. A pole­ci­łam cię tu dopro­wa­dzić, bo masz infor­ma­cje, które są mi potrzebne, a robisz fochy.

– Ja?

– Oczy­wi­ście. Boże, muszę się napić kawy. – Pode­szła do auto­ku­cha­rza. – Byłam wście­kła, więc nie mia­łam czasu na nasz zwy­cza­jowy taniec godowy. Prze­pra­szam za to, w jaki spo­sób cię potrak­to­wa­łam. Dobrze wiem, że nie żeru­jesz na ludz­kim nie­szczę­ściu. Chcesz tro­chę kawy?

Nad­ine otwo­rzyła usta, po chwili je zamknęła i wypu­ściła powie­trze.

– Gdy­byś miała dla mnie odro­binę sza­cunku…

– Nad­ine. – Eve odwró­ciła się z kub­kiem kawy w ręku. – Gdy­bym nie darzyła cię sza­cun­kiem, to już wcho­dząc do salonu mia­ła­bym w ręku nakaz aresz­to­wa­nia – zamil­kła na chwilę. – Robisz to z tym adwo­ka­tem?

Nad­ine wypiła łyk kawy.

– Prawdę mówiąc, zro­bi­łam kopie zdjęć przed wyjaz­dem na Delan­cey, gdzie dotar­ła­bym znacz­nie wcze­śniej, gdyby Red nie wal­nął w zde­rzak dru­giego auta. – Wyjęła foto­gra­fie z teczki.

– Wydział infor­ma­cji chciałby mieć namiary na twoje łącze.

– Domy­śli­łam się tego. – Bitwa była zakoń­czona, stały teraz naprze­ciw sie­bie: dwie kobiety bez reszty oddane swo­jej pracy.

– Była ładną dziew­czyną. Miała piękny uśmiech – stwier­dziła Nad­ine.

– Wszy­scy to mówią. To zdję­cie z pracy, widzisz sto­isko ze sło­dy­czami. A to pew­nie zro­biono w metrze. A to… nie mam poję­cia. Pew­nie w jakimś parku. Nie są upo­zo­wane. Wygląda na nich tak, jakby w ogóle nie zda­wała sobie sprawy, że ktoś ją foto­gra­fuje.

– Łaził za nią.

– To moż­liwe. A tutaj wyraź­nie pozuje. – Unio­sła ostat­nie zdję­cie.

Rachel sie­działa na krze­śle usta­wio­nym na tle bia­łej ściany, w kręgu cie­płego, mięk­kiego świa­tła, ze skrzy­żo­wa­nymi nogami i rękami leżą­cymi tuż przy kola­nach. Była ubrana w nie­bie­ską bluzkę i dżinsy, w któ­rych została zna­le­ziona. Miała młodą, uro­dziwą twarz, śliczne różowe wargi i policzki. Jed­nak soczy­ście zie­lone oczy wyra­żały pustkę.

– Nie żyje. To zdję­cie było zro­bione już po śmierci.

– Chyba tak. – Eve odło­żyła foto­gra­fię i prze­czy­tała załą­czony tekst.

Ona była pierw­sza, miała czy­ste świa­tło. Odtąd będzie świe­cić na wieki. Teraz to świa­tło żyje we mnie. Ona żyje we mnie. Aby odna­leźć miej­sce jej spo­czynku, należy udać się na skrzy­żo­wa­nie Delan­cey i Ave­nue D. Powiedz światu, że to dopiero począ­tek. Począ­tek wszyst­kiego.

– Mam zamiar zmu­sić Feeneya, żeby wysłał kogoś z działu prze­twa­rza­nia danych po twoje łącze. A skoro jeste­śmy teraz takie pełne wza­jem­nego sza­cunku, nie powin­nam chyba w ogóle doda­wać, że treść tego prze­kazu nie może zostać podana do publicz­nej wia­do­mo­ści w cza­sie trwa­nia śledz­twa.

– Oszczędź sobie tych szcze­gó­łów. Nato­miast ja, rów­nież przez wzgląd na sza­cu­nek, nie będę cię pro­sić, żebyś w cza­sie trwa­nia śledz­twa powia­da­miała mnie o jego postę­pach albo od czasu do czasu spo­ty­kała się ze mną sam na sam.

– Nie musisz, Nad­ine, ale teraz naprawdę nie jestem w sta­nie ci nic powie­dzieć. Muszę jakoś pchnąć tę sprawę.

– W takim razie pro­szę o jakieś oświad­cze­nie, tak żebym mogła prze­ko­nać ludzi, że nowo­jor­ski Depar­ta­ment Poli­cji i Bez­pie­czeń­stwa czuwa i robi postępy.

– Możesz powie­dzieć, że celem śledz­twa jest usta­le­nie wszyst­kich moż­li­wych powią­zań i że poli­cja nie będzie bierna, kiedy młoda kobieta zostaje potrak­to­wana jak suro­wiec wtórny.

* * *

Po odpro­wa­dze­niu Nad­ine Eve usia­dła przy biurku. Miała ochotę natych­miast udać się do pro­sek­to­rium, teraz jed­nak cze­kało ją inne zada­nie.

Zadzwo­niła na pry­watny komu­ni­ka­tor Roarke’a, otrzy­mała wia­do­mość, że jest chwi­lowo nie­do­stępny, i natych­miast została połą­czona z jego sekre­tarką.

– Cześć, Caro. Domy­ślam się, że Roarke jest zajęty.

– Witam, pani porucz­nik. – Na ekra­nie uka­zała się miła twarz. – Wła­śnie koń­czy spo­tka­nie. Za chwilę powi­nien być wolny. Zaraz prze­łą­czę.

– Nie chcę spra­wiać kło­potu. Cho­lera! – zaklęła, ale sekre­tarka zdą­żyła już ją połą­czyć. Eve poru­szyła się nie­spo­koj­nie, sły­sząc serię sygna­łów.

Po chwili na ekra­nie uka­zała się twarz Roarke’a. Cho­ciaż się uśmie­chał, Eve widziała, że jest czymś zaafe­ro­wany.

– Pani porucz­nik! Udało się pani mnie zła­pać.

– Prze­pra­szam, że nie skon­tak­to­wa­łam się z tobą wcze­śniej, ale nie mia­łam wol­nej chwili. Czy u niego wszystko w porządku?

– To brzyd­kie zła­ma­nie. Jest bar­dzo nie­spo­kojny. W dodatku urazy ramie­nia i kolana, a także inne potłu­cze­nia i otar­cia, jesz­cze kom­pli­kują sprawę. To był ciężki upa­dek.

– Jest mi bar­dzo przy­kro. Naprawdę.

– Mmm. Zatrzy­mają go w szpi­talu do jutra. Jeśli wydo­brzeje na tyle, że będą mogli go wypi­sać, przy­wiozę go do domu. Z początku nie będzie w sta­nie poru­szać się o wła­snych siłach i będzie potrze­bo­wał opieki. Już się wszyst­kim zają­łem.

– Może powin­nam coś zro­bić?

Tym razem Roarke uśmiech­nął się swo­bod­niej.

– Na przy­kład?

– Nie mam naj­mniej­szego poję­cia. A jak ty się czu­jesz?

– Muszę przy­znać, że to wszystko mną wstrzą­snęło. Nie potra­fię się pozbie­rać, kiedy komuś znaj­du­ją­cemu się pod moją opieką dzieje się krzywda. A wła­śnie tak odbie­ram tę sytu­ację. Był na mnie wście­kły, że wsa­dzi­łem go do szpi­tala, jak się wyra­ził. Przy­po­mi­nał mi cie­bie w podob­nych sytu­acjach.

– Jestem pewna, że wyzdro­wieje. – Marzyła o tym, by móc teraz czule dotknąć Roarke’a, popra­wić mu nastrój. – Ja naj­czę­ściej spa­dam na cztery łapy.

– Dopóki nie pozna­łem cie­bie, on był jedy­nym pew­nym punk­tem w moim życiu. Kiedy zoba­czy­łem go w takim sta­nie, omal nie odsze­dłem od zmy­słów.

– Nie martw się o niego. Jest zbyt podły, żeby długo cier­pieć. Muszę już iść. Nie wiem, kiedy wrócę do domu.

– To samo mogę powie­dzieć o sobie. Dzięki za kon­takt.

Zakoń­czyła roz­mowę, jesz­cze raz prze­bie­gła wzro­kiem zdję­cia i scho­wała je do torebki. Wycho­dząc, prze­szła obok boksu swo­jej asy­stentki.

– Peabody, lecimy.

– Mam roz­kład zajęć ofiary. – Asy­stentka musiała pod­bie­gać, by dotrzy­mać kroku Eve. – A także listę jej wykła­dow­ców oraz współ­pra­cow­ni­ków z 24/7. Nie mia­łam nawet czasu przyj­rzeć się temu dokład­niej.

– Zrób to w dro­dze do zakładu medy­cyny sądo­wej. Wpro­wadź hasło: foto­gra­fia i wizu­ali­za­cja. Sprawdź, czy któ­raś z osób na liście się tym inte­re­suje.

– Od razu mogę ci to powie­dzieć. Uczęsz­czała na dodat­kowe zaję­cia z wizu­ali­za­cji. Była w tym bar­dzo dobra. Zresztą ona była dosko­nała ze wszyst­kich przed­mio­tów. Jakaś wyjąt­kowo zdolna dziew­czyna. – W dro­dze do garażu wycią­gnęła lap­topa. – Zaję­cia z tej wizu­ali­za­cji miała we wtor­kowe wie­czory.

– Czyli mię­dzy innymi wczo­raj.

– Tak. Jej wykła­dow­czy­nią była Leeanne Brow­ning.

– Sprawdź ją jako pierw­szą. – Pocią­gnęła nosem. – Co to za zapach?

– Jako twoja asy­stentka i przy­ja­ciółka jestem zobo­wią­zana cię poin­for­mo­wać, że to ty go wydzie­lasz.

– Cho­lera!

– Masz. – Peabody wycią­gnęła z torebki dez­odo­rant w sprayu.

Eve cof­nęła się instynk­tow­nie.

– Co to jest? Trzy­maj to ode mnie z daleka.

– Dal­las, kiedy wej­dziemy do samo­chodu, trudno będzie nam oddy­chać, nawet jeśli włą­czymy wen­ty­la­cję. Ty po pro­stu śmier­dzisz. Pew­nie będziesz musiała spa­lić ten żakiet, a szkoda, bo jest bar­dzo szy­kowny.

Zanim Eve zdą­żyła się uchy­lić, Peabody skie­ro­wała na nią potężny stru­mień dez­odo­rantu i nie prze­sta­wała pry­skać mimo pro­te­stów boha­ter­skiej pani porucz­nik.

– To pach­nie jak… zgniłe kwiaty.

– Ta zgniła część należy do cie­bie. – Peabody przy­su­nęła się i wcią­gnęła powie­trze. – Ale jest już dużo lepiej. Z odle­gło­ści trzech-czte­rech metrów w ogóle nic nie czuć. No, ale w pro­sek­to­rium na pewno mają silne środki odka­ża­jące – stwier­dziła, pre­zen­tu­jąc czarny humor. – Będziesz mogła się zde­zyn­fe­ko­wać, a może nawet znaj­dzie się coś do odka­że­nia two­jego ubra­nia.

– Wyłącz się, Peabody.

– Już się robi. – Peabody wsia­dła do samo­chodu i zajęła się spraw­dza­niem danych na temat Leeanne Brow­ning. – Pro­fe­sor Brow­ning ma pięć­dzie­siąt sześć lat. Od dwu­dzie­stu trzech lat pra­cuje na Uni­wer­sy­te­cie Colum­bia. Żyje w mał­żeń­stwie homo­sek­su­al­nym z czter­dzie­stocz­te­ro­let­nią Angelą Bri­ght­star. Miesz­kają na Upper West Side. Nie­ka­rana. Drugi dom w Hamp­tons. Ma brata, miesz­ka­ją­cego na Upper East Side. Żonaty, jedno dziecko, syn. Trzy­dzie­ści osiem lat. Rodzice żyją, są na eme­ry­tu­rze, mają domy w Upper East Side i na Flo­ry­dzie.

– Sprawdź teraz karal­ność tej Bri­ght­star i rodziny.

– Bri­ght­star – stwier­dziła po chwili Peabody. – Dwa­na­ście lat temu miała wyrok za nar­ko­tyki, została ska­zana na trzy mie­siące robót publicz­nych. Bri­ght­star jest nie­za­leżną artystką, ma w miesz­ka­niu stu­dio. Brat czy­sty, podob­nie jak rodzice, ale kuzyn ma dwa wyroki. Jeden za nar­ko­tyki w wieku dwu­dzie­stu trzech lat, a drugi za napaść. Obec­nie mieszka w Bosto­nie.

– Być może warto będzie z nim poroz­ma­wiać. Wrzuć go na listę. Zoba­czymy, czy odwie­dzał nasze wspa­niałe mia­sto. Zdo­bądź plan wykła­dów pro­fe­sor Brow­ning. Chcia­ła­bym z nią dzi­siaj poroz­ma­wiać.

Eve prze­szła bia­łym kory­ta­rzem pro­sek­to­rium. Pomy­ślała, że istot­nie sto­suje się tu silne środki odka­ża­jące, lecz mimo wszystko nie uda­wało się cał­ko­wi­cie zneu­tra­li­zo­wać cha­rak­te­ry­stycz­nego zapa­chu, który wci­skał się we wszyst­kie szcze­liny i zatru­wał powie­trze.

Została skie­ro­wana do sali ze sto­łem sek­cyj­nym, na któ­rym leżała Rachel Howard. Pochy­lał się nad nią dok­tor Mor­ris w dłu­gim zie­lo­nym kitlu narzu­co­nym na cytry­nowy gar­ni­tur. Lekarz zwią­zał włosy w trzy kucyki, jeden pod dru­gim, wymy­ka­jące się spod czepka i opa­da­jące na plecy. Mimo to wcale nie wyglą­dał śmiesz­nie.

Eve pode­szła do ciała. Od razu domy­śliła się przy­czyny śmierci. Nie­wiel­kie ukłu­cie na wyso­ko­ści serca nie mogło powstać w cza­sie sek­cji.

– Co możesz mi powie­dzieć?

– Że grzanka zawsze spada posma­ro­waną stroną na pod­łogę.

– Zano­tuję to w rapor­cie. To przez tę ranę serca?

– Tak. Szybka śmierć. Ktoś bar­dzo spraw­nie posłu­żył się szty­le­tem, szpi­kul­cem do lodu albo czymś podob­nym. Nie chciał bała­ganu ani kło­po­tów.

– Czemu uży­wasz rodzaju męskiego? Czy została zgwał­cona?

– Mówię „on” w sen­sie ogól­nym. Nie było żad­nego gwałtu. Kilka nie­wiel­kich siń­ców, które mogły powstać w cza­sie prze­wozu. Żad­nego bała­ganu, żad­nych kło­po­tów – powtó­rzył. – Opa­trzył ranę. Zna­la­złem ślady pla­stra z opa­trun­kiem. Schludne kółko. Zapewne zdjął go już po wszyst­kim. No i jesz­cze to. – Odwró­cił dłoń Rachel. – Nie­wielki okrą­gły ślad. Naj­praw­do­po­dob­niej po strzy­kawce naci­sko­wej.

– Nie wygląda na osobę, która miała do czy­nie­nia nar­ko­ty­kami, poza tym to dziwne miej­sce na wkłu­cie. Musiał jej coś wstrzyk­nąć, praw­do­po­dob­nie jakiś śro­dek uspo­ka­ja­jący.

– Zoba­czymy po wyko­na­niu ana­liz. Na ciele nie ma śla­dów uży­cia siły, z wyjąt­kiem tego nakłu­cia. Widoczne są jedy­nie nie­znaczne ślady zwią­za­nia na nad­garst­kach, na lewym kola­nie i na pra­wym łok­ciu. Popatrz tutaj.

Podał jej oku­lary.

– Ślady wię­zów? W tych miej­scach? – zdzi­wiła się. – To byłby dziwny spo­sób krę­po­wa­nia ciała.

– Myślę, że roz­mowę na temat róż­nych moż­li­wo­ści krę­po­wa­nia ciała i zwią­za­nych z tym zabaw odło­żymy na póź­niej. Naj­pierw się przyj­rzyj.

Wło­żyła oku­lary ochronne i pochy­liła się nad cia­łem. Dostrze­gła cien­kie, sinawe linie.

– To musiały być jakieś druty – stwier­dził Mor­ris. – Na pewno nie sznur.

– Chciał ją upo­zo­wać. Użył drutu, żeby przy­brała odpo­wied­nią pozę. Popatrz, drut był owi­nięty wokół prze­gu­bów. Zło­żył jej ręce na kola­nie. Skrzy­żo­wał jej nogi, przy­wią­zał do krze­sła. Tych dru­tów nie widać na zdję­ciu, bo je póź­niej usu­nął przy opra­co­wa­niu kom­pu­te­ro­wym.

Wypro­sto­wała się i wyjęła z torby foto­gra­fię.

– Pasuje ci to do teo­rii?

Mor­ris wło­żył oku­lary i przyj­rzał się zdję­ciu.

– Tak, pozy­cja się zga­dza. A więc robi zdję­cia zmar­łym. Był daw­niej taki zwy­czaj, a potem moda wró­ciła na początku tego wieku.

– Jaki zwy­czaj?

– Ukła­dali zmar­łych w pozy­cjach wyra­ża­ją­cych odpo­czy­nek i spo­kój, a potem robili zdję­cia. Ludzie trzy­mali je w spe­cjal­nych albu­mach.

– Chyba ni­gdy nie prze­stanę się dzi­wić ludz­kim zbo­cze­niom.

– Nie wiem, czy tak bym to nazwał. To miało sta­no­wić pocie­sze­nie, utrwa­lić wspo­mnie­nia.

– Może i pra­gnie ją zapa­mię­tać – mruk­nęła Eve – ale myślę, że tym razem przede wszyst­kim to on chce być zapa­mię­tany. Muszę jak naj­szyb­ciej mieć wyniki ana­liz tok­sy­ko­lo­gicz­nych.

– Tro­chę cier­pli­wo­ści, złotko. Już nie­długo.

– Nie wal­czyła albo nie była w sta­nie wal­czyć. Musiała go znać i zaufała mu albo została obez­wład­niona, a potem prze­niósł ją tam, gdzie chciał. – Wło­żyła foto­gra­fię z powro­tem do torby. – Albo już nie żyła, albo tam ją zabił. Wydaje mi się, że wła­śnie tam ją zamor­do­wał, opa­trzył ranę tak, żeby krew nie zapla­miła ubra­nia, potem ją upo­zo­wał i zro­bił zdję­cia. Następ­nie znowu ją prze­wiózł i umie­ścił ciało w pojem­niku na odpadki naprze­ciwko sklepu, w któ­rym pra­co­wała.

Zaczęła prze­cha­dzać się tam i z powro­tem.

– Tak więc jest bar­dzo praw­do­po­dobne, że jej mor­derca mieszka gdzieś w sąsiedz­twie. Widuje ją codzien­nie, dostaje obse­sji na jej punk­cie. Nie sek­su­al­nej, ale jed­nak obse­sji. Śle­dzi ją, robi zdję­cia. Przy­cho­dzi do sklepu, a ona nie zwraca na niego szcze­gól­nej uwagi. Jest uprzejma. Zapewne zna jego imię. Albo jest to ktoś ze stu­diów. Zna­joma twarz, ktoś, komu ona ufa. Może pro­po­nuje, że pod­wie­zie ją do domu albo na uczel­nię? Tak czy owak, jakoś ją dopada. Znała go – pod­su­mo­wała, patrząc na Rachel. – Tak jak on znał ją.

* * *

Nieco oprzy­tom­niaw­szy po przej­ściu przez komorę dezyn­fek­cyjną w kost­nicy, Eve zatrzy­mała się przed oka­za­łym domem, w któ­rym miesz­kała pro­fe­sor Brow­ning.

– Myśla­łam, że nauczy­ciele aka­de­miccy zara­biają mniej niż gliny – zauwa­żyła.

– Zajmę się spraw­dze­niem stanu jej finan­sów.

Eve wyszła z samo­chodu i natych­miast dostrze­gła śpie­szą­cego w jej stronę odźwier­nego.

– Oba­wiam się, że nie może pani zosta­wić tego tutaj.

– To służ­bowy samo­chód. A to – dodała, wyj­mu­jąc odznakę – jest poli­cyjna odznaka. Ponie­waż zamie­rzam wejść do środka w spra­wach służ­bowych, samo­chód zosta­nie tutaj.

– Nie­da­leko stąd jest par­king. Z przy­jem­no­ścią tam panią zapro­wa­dzę.

– Z przy­jem­no­ścią to pan otwo­rzy drzwi, wej­dzie ze mną do środka i poin­for­muje pro­fe­sor Brow­ning, że porucz­nik Dal­las z nowo­jor­skiego Depar­ta­mentu Poli­cji i Bez­pie­czeń­stwa ma zamiar z nią poroz­ma­wiać. A potem może pan sobie wyjść na zewnątrz i kie­ro­wać ludzi choćby i do samego dia­bła. Zro­zu­miano?

Wszystko wska­zy­wało na to, że tak, gdyż odźwierny wybrał kod domo­fonu.

– Gdyby pro­fe­sor Brow­ning pani ocze­ki­wała, był­bym o tym poin­for­mo­wany.

Był tak sztywny i nadęty, że Eve nie mogła powstrzy­mać się od uśmie­chu.

– Wie pan co? Mam w domu kogoś, kto bar­dzo przy­po­mina mi pana. Po pro­stu drugi egzem­plarz. Czyż­by­ście zało­żyli jakiś klub?

Prych­nął gniew­nie i zabęb­nił pal­cami w drzwi.

– Pani pro­fe­sor, tu Monty. Prze­pra­szam, że panią nie­po­koję, ale jest tu ze mną porucz­nik Dal­las. Chce coś wyja­śnić. Tak, pani pro­fe­sor – powie­dział do mikro­fonu. – Widzia­łem jej odznakę. Towa­rzy­szy jej druga poli­cjantka w mun­du­rze. Tak, oczy­wi­ście, pani pro­fe­sor.

Zwró­cił się w stronę Eve. Miał usta tak wąskie, że mógłby prze­ciąć nimi papier.

– Pro­fe­sor Brow­ning zgo­dziła się z paniami spo­tkać. Pro­szę udać się windą na czter­na­ste pię­tro. Ktoś będzie tam na panie ocze­ki­wał.

– Dzię­kuję, Monty. – Jak to się dzieje, że odźwierni zawsze mnie nie­na­wi­dzą? – zapy­tała Eve, kiedy szły z Peabady w stronę windy.

– Myślę, że wyczu­wają twoją pogardę, tak jak fero­mony. Gdy­byś powie­działa im, że jesteś żoną Roarke’a, oczy­wi­ście natych­miast padliby na kolana i zaczęli odda­wać ci hołdy.

– To już wolę, żeby się mnie bali i nie­na­wi­dzili. – Weszła do windy. – Czter­na­ste pię­tro – pole­ciła.

3

Winda otwo­rzyła się na czter­na­stym pię­trze, gdzie cze­kał już domowy android. Jego czarne włosy były zacze­sane do góry, a górną wargę zdo­bił ciemny wąsik. Miał na sobie dziwny strój w rodzaju tych, które Eve widy­wała na sta­rych nagra­niach wideo: czarny, o połach z przodu obcię­tych, a z tyłu wydłu­żo­nych. Znaj­du­jąca się pod nim koszula spra­wiała wra­że­nie sztyw­nej i była wprost nie­wia­ry­god­nie biała.

– Porucz­nik Dal­las i asy­stentka – ode­zwał się dono­śnym gło­sem z wyraź­nym bry­tyj­skim akcen­tem. – Czy mogłyby się panie wyle­gi­ty­mo­wać?

– Oczy­wi­ście. – Gdy Eve wycią­gnęła odznakę, mię­dzy oczami andro­ida prze­sko­czyła cienka czer­wona linia. – Jesteś sze­fem ochrony?

– Peł­nię bar­dzo wiele róż­nych funk­cji, pani porucz­nik. – Nie­znacz­nie się skło­niw­szy, podał jej odznakę. – Pro­szę za mną.

Cof­nął się, umoż­li­wia­jąc im wyj­ście z windy. Przed ich oczami roz­to­czyło się ogromne foyer z mar­mu­rową posadzką i lśnią­cymi antycz­nymi meblami, na któ­rych stały wazony z arty­stycz­nie uło­żo­nymi bukie­tami kwia­tów.

W tym olbrzy­mim pomiesz­cze­niu znaj­do­wał się rów­nież oka­zały posąg nagiej kobiety, z głową odrzu­coną do tyłu i dłońmi wsu­nię­tymi we włosy. U stóp rzeźby leżały kwiaty.

Na ścia­nach wisiały pięk­nie opra­wione obrazy, a także foto­gra­fie i dzieła mul­ti­me­dialne. Eve zauwa­żyła akty utrzy­mane w stylu roman­tycz­nym, z roz­pro­szo­nym świa­tłem i widocz­nymi w tle zasło­nami cien­kimi jak mgiełka.

Android otwo­rzył kolejne drzwi i wpro­wa­dził poli­cjantki do apar­ta­mentu.

Eve pomy­ślała, że nazwa apar­ta­ment jest eufe­mi­zmem na okre­śle­nie ogrom­nego miesz­ka­nia, peł­nego barw, kwia­tów i mięk­kich dra­pe­rii. Tutaj także na ścia­nach znaj­do­wało się wiele dzieł sztuki.

Patrząc na sze­ro­kie drzwi po pra­wej i lewej stro­nie, oraz jesz­cze jedne, pro­wa­dzące na kory­tarz bie­gnący wzdłuż pokoju, docho­dziła do wnio­sku, że Brow­ning i Bri­ght­star nie tylko miesz­kają na czter­na­stym pię­trze, ale wręcz sta­no­wią jego istotę.

– Pro­szę spo­cząć – ode­zwał się android. – Pro­fe­sor Brow­ning zaraz przyj­dzie. Czy mogę zapro­po­no­wać coś do picia?

– Nie, dzię­ku­jemy.

– Rodzinny mają­tek – powie­działa szep­tem Peabody, kiedy zostały same. – Obie nie mogą narze­kać na brak gotówki, ale nadziana jest przede wszyst­kim Bri­ght­star. No, nie tak jak Roarke, ale i ona śpi na pie­nią­dzach. Angela Bri­ght­star pocho­dzi z tych Bri­ght­starów z Bri­ght­star Gal­lery na Madi­son. Szpa­ner­skie miej­sce. Kie­dyś byłam tam z Char­le­sem na wer­ni­sażu.

Eve pode­szła do malo­wi­dła, na które skła­dały się barwne plamy i grudki farby.

– Jak to się dzieje, że ludzie nie malują już domów i tym podob­nych rze­czy? Cho­dzi mi o odwzo­ro­wa­nie rze­czywistości.

– Każdy ina­czej odbiera rze­czy­wi­stość.

Do pokoju wkro­czyła Leeanne Brow­ning. Słowo „weszła” byłoby tu zde­cy­do­wa­nie nie na miej­scu, pomy­ślała Eve. Kobieta, licząca ponad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, o buj­nych kształ­tach, ubrana w błysz­czącą sre­brzy­stą suk­nię, mogła jedy­nie wkra­czać.

Włosy opa­dały jej sło­neczną kaskadą aż do pasa. Miała przy tym nie­zwy­kle wyra­zi­stą twarz o sze­ro­kich ustach z cof­niętą górną wargą. Długi nos był leciutko zadarty, a sze­roko roz­sta­wione oczy pod­kre­ślał maki­jaż w żywym odcie­niu pur­pury.

Eve natych­miast roz­po­znała modelkę, która pozo­wała do bia­łej rzeźby w foyer.

– Pro­szę mi wyba­czyć mój wygląd. – Gospo­dyni uśmiech­nęła się jak kobieta, która dosko­nale zdaje sobie sprawę, że wywarła ogromne wra­że­nie na zgro­ma­dzo­nych. – Wła­śnie pozo­wa­łam mojej przy­ja­ciółce. Pro­po­nuję, żeby­śmy usia­dły, napiły się cze­goś zim­nego, a potem panie powie­dzą mi, co spro­wa­dza poli­cję w moje progi.

– Czy ma pani stu­dentkę Rachel Howard?

– Mam wielu stu­den­tów. – Usia­dła na sofie w kolo­rze soczy­stej czer­wieni płat­ków maku, z ostroż­no­ścią i pre­cy­zją dorów­nu­jącą aran­ża­cji dzieł sztuki na ścia­nach. – Ale tak – cią­gnęła – znam Rachel. Takich stu­den­tów łatwo się nie zapo­mina. Jest bar­dzo bystra i aż rwie się do nauki. Dosko­nale sobie radzi na moich zaję­ciach, mimo że wybrała je jako dodat­kowe.

Na jej twa­rzy poja­wił się uśmiech.

– Mam nadzieję, że nie ma żad­nych kło­po­tów. Cho­ciaż oso­bi­ście uwa­żam, że młoda dziew­czyna od czasu do czasu powinna wpa­dać w jakieś tara­paty.

– Nie­stety, ma bar­dzo duży kło­pot, pani pro­fe­sor. Nie żyje.

Uśmiech znik­nął z twa­rzy Leeanne. Wypro­sto­wała się.

– Nie żyje? Co się stało? Prze­cież to bar­dzo młoda osoba. Czyżby miała wypa­dek?

– Nie. Kiedy widziała ją pani po raz ostatni?

– Na zaję­ciach, wczo­raj wie­czo­rem. Boże, nie jestem w sta­nie zebrać myśli. – Przy­ło­żyła palce do skroni. – Rod­ney! Rod­ney, przy­nieś nam coś… coś zim­nego. Jest mi bar­dzo przy­kro to sły­szeć.

Porzu­ciła ton flirtu i pozę zado­wo­lo­nej z sie­bie kobiety. Opu­ściła rękę, a po chwili unio­sła ją w geście bez­rad­no­ści.

– Nie mogę w to uwie­rzyć, naprawdę nie mogę. Są panie pewne, że cho­dzi o Rachel Howard?

– Tak. Co panią z nią łączyło?

– Była stu­dentką. Widy­wa­łam ją raz w tygo­dniu, uczęsz­czała też na warsz­taty, które pro­wa­dzę w dru­gie soboty mie­siąca. Lubi­łam ją. Była, jak już powie­dzia­łam, zdolna i chętna do nauki. Młoda, ładna dziew­czyna, która miała życie przed sobą. W kam­pu­sie widuje się ich całe mro­wie każ­dego roku, ale Rachel wyróż­niała się zdol­no­ściami, była pełna zapału i rado­ści życia. Boże, to straszne. Czy to był napad? Jej chło­pak?

– Miała chło­paka?

– Nie wiem. W ogóle nie­wiele wiem na temat jej pry­wat­nego życia. Przy­po­mi­nam sobie teraz, że kie­dyś po zaję­ciach przy­je­chał po nią jakiś młody męż­czy­zna. Czę­sto była oto­czona przy­ja­ciółmi. Była typem osoby, która przy­ciąga ludzi. Parę razy widzia­łam ją też w kam­pu­sie z innym chło­pa­kiem. Zapa­mię­ta­łam to, gdyż tak pięk­nie razem wyglą­dali. Mogli być żywą ilu­stra­cją hasła „Mło­dzi przy­szło­ścią Ame­ryki”. Dzię­kuję, Rod­ney – zwró­ciła się do andro­ida, który posta­wił na sto­liku tacę z trzema szklan­kami musu­ją­cego różo­wego napoju.

– Czy ma jesz­cze pani dla mnie jakieś pole­ce­nia?

– Tak, powiedz pani Bri­ght­star, że chcia­ła­bym się z nią zoba­czyć.

– Tak jest.

– Czy może wspo­mi­nała kogoś o imie­niu Diego?

– Nie. Naprawdę, nie zwie­rzała mi się ze swo­ich spraw. Była dla mnie tylko stu­dentką, którą dobrze zapa­mię­ta­łam ze względu na jej wygląd i ema­nu­jącą z niej radość życia. Nie mam poję­cia, co robiła poza zaję­ciami.

– Pani pro­fe­sor, czy mogłaby mi pani powie­dzieć, co robiła pani wczo­raj wie­czo­rem po zaję­ciach?

Po chwili waha­nia pro­fe­sor Brow­ning wes­tchnęła z rezy­gna­cją.

– Przy­pusz­czam, że musi pani zadać to pyta­nie. – Unio­sła szklankę. – Po zaję­ciach poszłam pro­sto do domu, tak że przy­szłam tu jakieś dwa­dzie­ścia po dzie­wią­tej. Razem z Angie zja­dły­śmy późną kola­cję, roz­ma­wia­ły­śmy o pracy. Nie mam dzi­siaj zajęć, więc sie­dzia­ły­śmy do pierw­szej w nocy. Słu­cha­ły­śmy muzyki, kocha­ły­śmy się, potem poszły­śmy spać. Dzi­siaj wsta­ły­śmy dopiero około dzie­sią­tej. Żadna z nas jesz­cze nie wycho­dziła z domu. Jest potworny upał, a Angie pra­cuje w swoim stu­diu.

Poru­szyła się i wycią­gnęła rękę, widząc wcho­dzącą do pokoju Angelę Bri­ght­star. Współ­miesz­kanka miała na sobie nie­bie­ski far­tuch do pół łydki, poma­zany far­bami we wszyst­kich moż­li­wych kolo­rach. Burza krę­co­nych wło­sów w kolo­rze wina była zwią­zana na czubku głowy szarfą, któ­rej końce opa­dały na plecy.

Angela Bri­ght­star miała twarz o deli­kat­nych rysach, różowe usteczka lalki i zamglone szare oczy. Drobna figurka wyda­wała się jakby zagu­biona w ogrom­nym, wor­ko­wa­tym far­tu­chu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki