Portret śmierci - Nora Roberts - ebook + książka

Portret śmierci ebook

Nora Roberts

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Kiedy morderca traktuje zbrodnię jak sztukę, każdy szczegół staje się zaszyfrowaną, śmiertelną wiadomością.

Eve Dallas przywykła do zbrodni. Ale tym razem morderca nie tylko odbiera życie – on tworzy makabryczne dzieła sztuki.

Kiedy w Nowym Jorku zostaje odnalezione ciało młodej kobiety upozowane jak na portrecie, porucznik Dallas rozpoczyna pościg za kimś, kto traktuje śmierć jak artystyczną ekspresję. Każda kolejna ofiara to starannie zaplanowana kompozycja, a każdy szczegół jest wiadomością rzuconą prosto w twarz policji.

W świecie, gdzie technologia i obsesja splatają się w śmiertelnym tańcu, Eve musi dotrzeć do mordercy, zanim powstanie kolejne makabryczne dzieło.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 439

Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Por­trait in Death

Wydawca: Adrian Tom­czyk Redak­tor pro­wa­dzący: Iwona Den­kie­wicz Korekta: Jadwiga Pil­ler

Copy­ri­ght © 2003 by Nora Roberts Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Bożena Kucha­ruk, 2026

Wydaw­nic­two Świat Książki:

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68812-73-2

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Prolog

Nowy Testa­ment, Mt 6,22

Samuel Cole­ridge

Zaczy­namy umie­rać wraz z pierw­szym odde­chem. Śmierć jest w nas, przy­bliża się z każ­dym ude­rze­niem naszego serca. W końcu nie ma już moż­li­wo­ści ucieczki. A jed­nak trzy­mamy się życia, sła­wimy je mimo jego prze­mi­jal­no­ści, a może wła­śnie dla­tego?

Nie­ustan­nie zasta­na­wiamy się nad śmier­cią, wzno­simy jej pomniki, oswa­jamy ją za pomocą róż­nych obrzę­dów. Myślimy o tym, jaka będzie nasza śmierć – czy nagła i szybka, czy też będziemy odcho­dzić długo i powoli? Czy będziemy wtedy odczu­wać ból? Czy śmierć nadej­dzie po dłu­gim, inten­syw­nym życiu, czy zosta­niemy zabrani z tego świata gwał­tow­nie, nie­spo­dzie­wa­nie, w pełni sił?

Kiedy przy­pad­nie nasz czas? Wiemy prze­cież, że śmierć może nadejść w każ­dym okre­sie naszego życia.

Stwa­rzamy wyobra­że­nia życia po życiu, ponie­waż nie potra­fimy spo­koj­nie egzy­sto­wać, nękani przez widmo nie­uchron­nego końca. Wymy­ślamy bogów, któ­rzy kie­rują naszymi poczy­na­niami i będą nas ocze­ki­wać u zło­tych bram, by zapro­wa­dzić do kra­iny mle­kiem i mio­dem pły­ną­cej.

Jeste­śmy dziećmi, pozo­sta­ją­cymi w oko­wach wyobra­żeń dobra jako życia wiecz­nego i zła jako wie­ku­istego potę­pie­niem. Dla­tego też ni­gdy nie żyjemy naprawdę i ni­gdy nie jeste­śmy wolni.

Od dawna stu­diuję życie i śmierć.

Ist­nieje tylko jeden cel: życie. Musimy żyć, cie­sząc się wol­no­ścią, z każ­dym odde­chem zysku­jąc świa­do­mość, że jeste­śmy czymś wię­cej niż tylko cie­niem. Jeste­śmy bowiem świa­tłem, a świa­tło musi być zasi­lane, pozy­ski­wane z wszyst­kich moż­li­wych źró­deł. Wtedy koniec nie będzie ozna­czał śmierci, a u kresu wszy­scy sta­niemy się świa­tłem.

Być może zostanę posą­dzony o sza­leń­stwo, jed­nak wiem, że odna­la­złem zdro­wie. Zna­la­złem Prawdę i Zba­wie­nie. Kiedy stanę się tym, kim jestem, to, czego doko­nam, co stwo­rzę, będzie wiel­kie i wspa­niałe.

A wtedy wszy­scy będziemy żyć wiecz­nie.

1

Eve dusz­kiem wypiła kawę i się­gnęła do szafy. Zde­cy­do­wała się na cienką koszulkę na ramiącz­kach, jako że lato 2059 roku trzy­mało Nowy Jork i całe Wschod­nie Wybrzeże w moc­nym, duszą­cym uści­sku.

Z dwojga złego wolała jed­nak upał niż zimno.

Pomy­ślała, że nie pozwoli na to, by coś zepsuło jej ten dzień.

Wło­żyła koszulkę, spoj­rzała na drzwi, a gdy upew­niła się, że jest sama, rzu­ciła się do auto­ku­cha­rza po drugi kubek kawy. Zer­k­nęła na zega­rek. Widząc, że ma mnó­stwo czasu na śnia­da­nie, zapro­gra­mo­wała jesz­cze auto­mat na dwa nale­śniki z jago­dami.

Wró­ciła do szafy po buty. Wysoka i szczu­pła, dosko­nale pre­zen­to­wała się w spodniach koloru khaki i nie­bie­skim pod­ko­szulku. Miała krót­kie, ciem­no­brą­zowe włosy z jaśniej­szymi pasmami wypa­lo­nymi przez bez­li­to­sne słońce. Ta fry­zurka paso­wała do jej wyra­zi­stej twa­rzy o sze­roko roz­sta­wio­nych brą­zo­wych oczach i peł­nych war­gach. Na pod­bródku wid­niał płytki dołe­czek. Mąż Eve lubił go doty­kać koniusz­kiem palca.

Mimo że po wyj­ściu z olbrzy­miej sypialni w ogrom­nym, cudow­nie chłod­nym domu cze­kał ją potworny upał, się­gnęła po lekki żakiet i rzu­ciła go na broń, leżącą na kana­pie.

Odznakę miała już w kie­szeni.

Porucz­nik Eve Dal­las wyjęła kubek z kawą i nale­śniki z auto­ku­cha­rza i opa­dła na kanapę, zamie­rza­jąc roz­ko­szo­wać się wspa­nia­łym śnia­da­niem przed pod­ję­ciem obo­wiąz­ków poli­cjantki z wydziału zabójstw.

Gala­had, tłu­sty kocur, bez­błęd­nie wyczu­wa­jący jedze­nie zwie­rzę­cym szó­stym zmy­słem, wyrósł jak spod ziemi, wsko­czył na kanapę i zaczął wpa­try­wać się w talerz pani.

– To moje. – Nabiła nale­śnika na wide­lec i popa­trzyła na kota. – Wiem, że Roarke cię roz­pusz­cza, ale ze mną nie pój­dzie ci tak łatwo jak z moim mężem. Jestem pewna, że już dosta­łeś śnia­da­nie – dodała, kła­dąc nogi na stół. – Założę się, że od świtu urzę­do­wa­łeś w kuchni i łasi­łeś się do Sum­mer­seta.

Pochy­liła się tak, że nie­mal zetknęli się nosami.

– No, przez naj­bliż­sze trzy tygo­dnie nie będziesz miał na to szans. To będą trzy piękne, wspa­niałe, odjaz­dowe tygo­dnie. A wiesz, dla­czego? Wiesz?

Zado­wo­lona, dała kotu kawa­łek nale­śnika.

– Bo ten ponury, kości­sty sukin­syn wyjeż­dża na waka­cje! Daleko stąd! – Miała ochotę śpie­wać z rado­ści, że kamer­dy­ner Roarke’a, prze­kleń­stwo jej życia, nie będzie jej iry­to­wał tego wie­czoru, a także przez wiele następ­nych. – Mam przed sobą dwa­dzie­ścia jeden dni wol­nych od Sum­mer­seta i wprost nie mogę się tym nacie­szyć!

– Nie jestem pewien, czy kot podziela twoją radość. – Roarke już od pew­nego czasu stał w drzwiach, oparty o fra­mugę, i obser­wo­wał żonę.

– Na pewno. – Zja­dła nale­śnika, zanim Gala­had zdą­żył dobrać się do tale­rza. – Tylko że on przyj­muje to ze spo­ko­jem. Myśla­łam, że dzi­siaj rano będziesz zajęty prze­ka­zem sate­li­tar­nym.

– Już skoń­czy­łem.

Wszedł do kuchni. Eve patrzyła na męża z wyraźną przy­jem­no­ścią. Szczu­pły, dłu­go­nogi, zgrabny – był wręcz nie­bez­piecz­nie męski.

Pomy­ślała, że kot mógłby brać u niego lek­cje zwin­no­ści. Uśmiech­nęła się do męża, prze­ko­nana, że nie ma chyba na świe­cie kobiety, która nie cie­szy­łaby się z moż­li­wo­ści oglą­da­nia przy śnia­da­niu tak uro­dzi­wej męskiej twa­rzy.

W przy­padku Roarke’a była ona ist­nym dzie­łem sztuki, stwo­rzo­nym w dniu wiel­kiej hoj­no­ści Pana Boga. Szczu­pła, o wyraź­nie zary­so­wa­nych kościach policz­ko­wych, peł­nych war­gach wyra­ża­ją­cych zde­cy­do­wa­nie – ta twarz wpra­wiała Eve w stan pod­nie­ce­nia. Roarke miał jasne nie­bie­skie oczy i błysz­czące czarne włosy.

Trudno byłoby też zarzu­cić cokol­wiek jego zgrab­nej, musku­lar­nej syl­wetce.

– Chodź tu, przy­stoj­niaku. – Wymie­rzyła mu żar­to­bli­wego kuk­sańca, po czym z lubo­ścią przy­gry­zła jego dolną wargę i leni­wie prze­cią­gnęła po niej języ­kiem. – Sma­ku­jesz jesz­cze lepiej niż nale­śniki.

– Jesteś dziś weso­lutka jak szczy­gie­łek.

– Zga­dza się. Mam ochotę podzie­lić się swoją rado­ścią z całym świa­tem.

– Miła odmiana – odparł wesoło. W jego gło­sie pobrzmie­wał cha­rak­te­ry­styczny irlandzki akcent. – W takim razie możemy zacząć od odpro­wa­dze­nia Sum­mer­seta.

Skrzy­wiła się.

– To może zepsuć mi ape­tyt. – Skoń­czyła posi­łek i dodała: – Nie, nie. Widzę, że wszystko jest w porządku. Mogę poma­chać mu na do widze­nia.

Wymie­rzył jej żar­to­bli­wego kuk­sańca.

– Cie­szę się.

– Zatań­czę z rado­ści dopiero wtedy, kiedy znik­nie mi z oczu. Trzy tygo­dnie. – Prze­cią­gnęła się roz­kosz­nie, wstała i odsu­nęła talerz tak, że stał się nie­do­stępny dla kota. – Nie będę musiała oglą­dać jego szpet­nej twa­rzy i słu­chać jego skrzy­pią­cego głosu przez trzy cudowne tygo­dnie.

– Odno­szę wra­że­nie, że on podob­nie myśli o tobie. – Roarke pod­niósł się z wes­tchnie­niem. – Jestem tego pewien, ale dał­bym sobie rękę uciąć, że będzie wam bra­ko­wać tego ska­ka­nia sobie do oczu.

– Na pewno nie. – Przy­pa­sała broń. – Dzi­siaj wie­czo­rem mam zamiar świę­to­wać. Nie żar­tuję. Będę prze­cha­dzać się nago po salo­nie, zaja­da­jąc pizzę.

Roarke uniósł brwi.

– O! Ten pomysł bar­dzo mi się podoba.

– Zamów pizzę – pole­ciła, wkła­da­jąc żakiet. – Muszę już iść. Cze­kają na mnie w cen­trali.

– Naj­pierw powtórz za mną weso­łym tonem: „Życzę ci przy­jem­nej podróży i miłego wypo­czynku”. – Poło­żył ręce na ramio­nach żony.

– Nie uprze­dzi­łeś mnie, że mam z nim roz­ma­wiać. – Wes­tchnęła, patrząc Roarke’owi w oczy. – No, dobrze. Wiem, że ta sprawa jest warta wiel­kiego poświę­ce­nia. „Życzę ci przy­jem­nej podróży… gnido”. Oczy­wi­ście daruję sobie tę „gnidę”, po pro­stu chcia­łam sobie teraz pofol­go­wać.

– Rozu­miem. – Prze­su­nął dłońmi wzdłuż jej ramion i wziął ją za ręce. Kot wybiegł z pokoju. – Sum­mer­set też cie­szy się z tego wyjazdu. Przez ostat­nie kilka lat nie miał wiele czasu dla sie­bie.

– Bo nie chciał dać mi ani chwili spo­koju. Ale już dobrze, w porządku – powie­działa wesoło. – W końcu teraz przede wszyst­kim liczy się to, że naresz­cie wyjeż­dża.

Z dołu dobiegł prze­raź­liwy pisk kota, siar­czy­ste prze­kleń­stwo, a potem cała seria głu­chych łomo­tów. Eve natych­miast rzu­ciła się w stronę, z któ­rej docho­dziły odgłosy, ale Roarke pierw­szy dopadł scho­dów i zbiegł z nich do Sum­mer­seta, który leżał wśród stosu poroz­rzu­ca­nej bie­li­zny.

– A niech to szlag! – zaklęła Eve, patrząc na scenkę roz­gry­wa­jącą się u stóp scho­dów.

– Nie ruszaj się – pole­cił cicho Roarke, bada­jąc Sum­mer­seta.

Eve zbie­gła na dół i przy­klę­kła. Zlana potem twarz kamer­dy­nera była kre­do­wo­biała. W jego oczach malo­wało się prze­ra­że­nie. Było widać, że bar­dzo cierpi.

– Moja noga – powie­dział sła­bym gło­sem. – Oba­wiam się, że jest zła­mana.

Eve była już tego pewna, widząc nogę Sum­mer­seta dziw­nie zgiętą pod kola­nem.

– Przy­nieś koc – pole­ciła mężowi, wyj­mu­jąc tele­fon komór­kowy. – Jest w szoku. Zawo­łam służby medyczne.

– Nie pozwól mu się ruszać. – Roarke zła­pał z pod­łogi i narzu­cił na Sum­mer­seta prze­ście­ra­dło, po czym wbiegł na schody. – Może mieć jesz­cze inne obra­że­nia.

– To tylko noga. I ramię. – Kamer­dy­ner zamknął oczy, sły­sząc, że Eve dzwoni po pomoc. – Potkną­łem się o tego cho­ler­nego kota. – Otwo­rzył oczy i usi­ło­wał zło­śli­wie uśmiech­nąć się do Eve. Naj­wy­raź­niej szok po upadku ustę­po­wał, choć poja­wiły się dresz­cze, przy­pra­wia­jące go o szczę­ka­nie zębami. – Pew­nie żału­jesz, że nie skrę­ci­łem sobie karku.

– Przy­znaję, że przy­szło mi to do głowy. – Na szczę­ście zacho­wał jasność umy­słu, pomy­ślała z ulgą. Nie stra­cił przy­tom­no­ści, tylko oczy dziw­nie mu błysz­czą. Unio­sła wzrok na Roarke’a, który przy­niósł koc. – Już jadą. Jest przy­tomny i zgryź­liwy. Myślę, że z jego głową wszystko jest w porządku, ale zle­ciał ze scho­dów z takim impe­tem, że omal nie roz­bił posadzki. Potknął się o kota.

– Boże!

Eve patrzyła, jak Roarke ujmuje dłoń Sum­mer­seta. Mimo że szcze­rze nie cier­piała tego kości­stego pawiana, wie­działa, że mąż trak­tuje go jak rodzo­nego ojca.

– Otwo­rzę bramę dla służb medycz­nych.

Pode­szła do tablicy kon­tro­l­nej, by otwo­rzyć furtę, odgra­dza­jącą od mia­sta dom oto­czony wypie­lę­gno­wa­nymi traw­ni­kami – świat stwo­rzony przez Roarke’a. Ni­gdzie nie było śladu Gala­hada. Zapewne nie będzie poka­zy­wać się przez dłuż­szy czas, pomy­ślała kwa­śno.

Cho­lerny kot musiał zro­bić to spe­cjal­nie, chcąc zepsuć jej dosko­nały nastrój, a wszystko dla­tego, że nie dała mu wystar­cza­jąco dużej por­cji nale­śni­ków.

Wie­dząc, że lada chwila usły­szy dźwięk syren, otwo­rzyła drzwi fron­towe i omal się nie prze­wró­ciła, ude­rzona falą upału. Cho­ciaż dopiero docho­dziła ósma, żar był już taki, że laso­wał się mózg. Niebo miało barwę zsia­dłego mleka, a powie­trze kon­sy­sten­cję syropu, któ­rego sma­kiem tak się roz­ko­szo­wała, kiedy jesz­cze miała radość w sercu.

Miłej podróży, pomy­ślała. Sukin­syn.

Wide­ofon zapisz­czał w chwili, gdy zawyły syreny.

– Już tu są! – krzyk­nęła do Roarke’a, po czym ode­szła na bok, by ode­brać połą­cze­nie. – Tu Dal­las. Cho­lera, Nad­ine – powie­działa, gdy na ekra­nie zoba­czyła twarz głów­nej repor­terki Kanału 75. – Dzwo­nisz w fatal­nym momen­cie.

– Mam dla cie­bie wia­do­mość. Wygląda poważ­nie. Spo­tkajmy się na rogu Delan­cey i Ave­nue D. Już jadę.

– Nie roz­łą­czaj się. Nie pojadę na Lower East Side tylko dla­tego, że ty…

– Chyba ktoś nie żyje. – Nad­ine prze­su­nęła się tak, że odsło­niła wydruki zaście­la­jące biurko. – Tak, ta dziew­czyna nie żyje.

Zdję­cia przed­sta­wiały młodą bru­netkę. Jedne były nie­upo­zo­wane, inne ofi­cjalne.

– Dla­czego myślisz, że nie żyje?

– Wszystko ci powiem, gdy się spo­tkamy. Teraz tylko nie­po­trzeb­nie tra­cimy czas.

Eve wpu­ściła służby medyczne i skrzy­wiła się w stronę wide­ofonu.

– Wyślę tam poli­cjanta.

– Nie po to daję ci gorące wia­do­mo­ści, żebyś je lek­ce­wa­żyła i zle­cała sprawę zwy­kłym służ­bom. Dal­las, naprawdę mam coś waż­nego. Spo­tkaj się ze mną albo spraw­dzę to sama i pusz­czę w świat to, co odkry­łam.

– Co za cho­lerny dzień. No dobrze. Stań na rogu i zacze­kaj. Niczego nie ruszaj, dopóki nie przy­jadę. Muszę naj­pierw jakoś upo­rać się z tym, co mam tutaj. – Wes­tchnęła ciężko i spoj­rzała na medy­ków bada­ją­cych Sum­mer­seta. – Przyjdę naj­szyb­ciej, jak będę mogła.

Roz­łą­czyła się, scho­wała komu­ni­ka­tor do kie­szeni, po czym pode­szła do Roarke’a i pokle­pała go po ramie­niu.

– Otrzy­ma­łam ważną wia­do­mość. Myślę, że powin­nam to spraw­dzić.

– Nie pamię­tam, ile on ma lat, zupeł­nie wyle­ciało mi to z głowy.

– Spo­koj­nie. Jest zbyt podły na to, żeby naprawdę mogło mu się coś stać. Słu­chaj, jeśli chcesz, żebym tu została, to odwo­łam spo­tka­nie.

– Nie, jedź. – Potrzą­snął głową. – Bie­dak potknął się o kota. Mógł się zabić. – Odwró­cił się i poca­ło­wał Eve w czoło. – Życie jest pełne paskud­nych nie­spo­dzia­nek. Niech pani uważa na sie­bie, pani porucz­nik. Nie życzę sobie już dzi­siaj żad­nych złych wia­do­mo­ści.

Na uli­cach pano­wał potworny chaos, co dosko­nale kore­spon­do­wało z nastro­jem Eve. Awa­ria mak­si­busa na Lexing­ton Ave­nue spra­wiła, że wokół, jak okiem się­gnąć, samo­chody wyle­wały się z 75 na połu­dnie. Wyły klak­sony. Nad gło­wami war­czały heli­kop­tery służb dro­go­wych. Wyda­wało się, że za chwilę doj­dzie do zakor­ko­wa­nia szla­ków powietrz­nych.

Znie­cier­pli­wiona przy­mu­so­wym posto­jem wśród morza ludzi jadą­cych do pracy, Eve włą­czyła syrenę i spryt­nie przedarta się w kie­runku wschod­nim, gdzie wypa­trzyła nie­za­tło­czoną ulicę.

Połą­czyw­szy się z dys­po­zy­tor­nią, poin­for­mo­wała, że potrze­buje teraz godziny dla sie­bie. Mówie­nie o tym, że podąża w kie­runku wska­za­nym przez nawie­dzoną repor­terkę, bez żad­nego powodu ani zezwo­le­nia prze­ło­żo­nych, mijało się z celem, miała jed­nak zaufa­nie do jej instynktu. Nad­ine już nie­raz wyka­zała się węchem psa myśliw­skiego w tro­pie­niu sen­sa­cyj­nych histo­rii, więc Eve naka­zała swej asy­stentce, by sta­wiła się na Delan­cey.

* * *

Na ulicy pano­wał wielki ruch. W oko­licy znaj­do­wały się nie­zli­czone sklepy i kawiar­nie, zaj­mu­jące pomiesz­cze­nia na par­te­rze budyn­ków i słu­żące głów­nie miesz­kań­com apar­ta­men­tów na pię­trach. W pie­karni reali­zo­wano zamó­wie­nia męż­czy­zny pro­wa­dzą­cego warsz­tat napraw w sąsied­niej pose­sji. Z kolei szef warsz­tatu pro­gra­mo­wał domo­wego andro­ida dla wła­ści­cielki sklepu z ubra­niami, która zaopa­try­wała się w owoce na stra­ga­nie po dru­giej stro­nie ulicy.

Eve pomy­ślała, że wszystko toczy się tutaj według odwiecz­nego sche­matu wza­jem­nych powią­zań. Po usta­niu zamie­szek w mie­ście dziel­nica została odbu­do­wana, cho­ciaż tu i ówdzie nosiła jesz­cze ślady znisz­czeń.

Nie był to teren chęt­nie wybie­rany na wie­czorne spa­cery, a kilka kwar­ta­łów dalej w kie­runku połu­dnio­wym i zachod­nim można było się natknąć na gro­mady nie­chluj­nych włó­czę­gów i nar­ko­ma­nów, sypia­ją­cych pod gołym nie­bem. Jed­nak w ten letni, parny dzień Delan­cey spra­wiała wra­że­nie dziel­nicy wyłącz­nie tęt­nią­cej han­dlem.

Eve zatrzy­mała samo­chód za fur­go­netką i wysta­wiła na dach sygna­li­za­tor świetlny.

Nie­chęt­nie wyszła z chłod­nego wnę­trza wozu na roz­pa­lony chod­nik. Od razu w noz­drza ude­rzyła ją ostra woń solanki, kawy i potu. Znacz­nie przy­jem­niej­szy zapach melo­nów ze stra­ganu został natych­miast wyparty przez stru­mień duszą­cej smro­dli­wej pary, wydo­by­wa­ją­cej się z obwoź­nej budki, w któ­rej sprze­da­wano zapie­kanki ze sztucz­nymi jajami i cebulą.

Wstrzy­mu­jąc oddech, pomy­ślała, że trzeba być bar­dzo odważ­nym, by jeść te świń­stwa. Przy­sta­nęła na rogu ulicy i zba­dała wzro­kiem oko­licę.

Nie dostrze­gła Nad­ine ani Peabody, jej uwagę przy­cią­gnęli nato­miast czte­rej męż­czyźni – wła­ści­ciele skle­pów i straż­nik miej­ski zawzię­cie kłó­cili się o coś przy zie­lo­nym pojem­niku na surowce wtórne.

Miała ochotę skon­tak­to­wać się z Roar­kiem i zapy­tać o zdro­wie Sum­mer­seta, w nadziei, że stał się cud i służby medyczne skle­iły kość tak, że kamer­dy­ner jest w sta­nie odbyć podróż, a po wstrzą­sie, jaki prze­żył tego ranka, zde­cy­do­wał się solid­nie wypo­cząć i prze­dłu­żył waka­cje do czte­rech tygo­dni.

Wyobra­ziła sobie z roz­ma­rze­niem, że w cza­sie urlopu Sum­mer­set zako­cha się w swej płat­nej opie­kunce – jaka inna kobieta zgo­dzi­łaby się na upra­wia­nie seksu z tym potwo­rem? – i posta­nowi osie­dlić się z nią gdzieś w Euro­pie.

Po chwili namy­słu uznała, że Europa jest za bli­sko. Powinni zamiesz­kać w kolo­nii Alfa w gwiaz­do­zbio­rze Byka i ni­gdy już nie powró­cić na pla­netę Zie­mię.

Dobrze zda­wała sobie sprawę, że może kar­mić się tymi złu­dze­niami tylko do czasu, gdy zadzwoni do domu, przy­po­mniała sobie jed­nak ból w oczach Sum­mer­seta i spo­sób, w jaki Roarke trzy­mał sta­rego kamer­dy­nera za rękę, i z cięż­kim wes­tchnie­niem się­gnęła po komu­ni­ka­tor.

Zanim zdą­żyła z niego sko­rzy­stać, jakiś wła­ści­ciel sklepu ode­pchnął straż­nika miej­skiego, który zato­czył się, a po chwili upadł po zada­nym pię­ścią cio­sie.

Eve wepchnęła komu­ni­ka­tor do kie­szeni i pobie­gła w stronę męż­czyzn. Nie zdą­żyła jesz­cze do nich dotrzeć, kiedy poczuła cha­rak­te­ry­styczny zapach. Nie mogła się mylić. Zbyt wiele razy miała do czy­nie­nia ze śmier­cią.

Prze­chod­nie i ludzie, któ­rzy wyle­gli ze skle­pów i oto­czyli wal­czą­cych, zwar­tych teraz w zapa­śni­czym uści­sku na chod­niku, zagrze­wali ich do boju, nie szczę­dząc obraź­li­wych wyzwisk. Tłum gapiów gęst­niał z każdą chwilą.

Bez się­ga­nia po odznakę Eve unio­sła za koszulę męż­czy­znę znaj­du­ją­cego się na górze i posta­wiła stopę na leżą­cym.

– Spo­kój!

Wła­ści­ciel sklepu był niskim, żyla­stym męż­czy­zną. Szarp­nął się gwał­tow­nie, zosta­wia­jąc kawa­łek prze­po­co­nej koszuli w dłoni Eve. Miał oczy czer­wone od gniewu, a z warg kapała mu praw­dziwa krew.

– To nie twój inte­res, paniu­siu, więc spa­daj, bo możesz obe­rwać.

– To jest pani porucz­nik. – Męż­czy­zna leżący na ziemi wyda­wał się zado­wo­lony ze swego miej­sca. Miał wydatny brzuch, był zdy­szany, a lewe oko zni­kało mu pod opu­chli­zną. Jed­nak Eve nie darzyła straż­ni­ków miej­skich sym­pa­tią, więc nie unio­sła nogi z jego torsu. Wycią­gnęła odznakę i obda­rzyła wła­ści­ciela sklepu sze­ro­kim uśmie­chem.

– Chcesz się zało­żyć o to, kto tu obe­rwie? Cof­nij się i gęba na kłódkę.

– O, glina. Powinna pani zamknąć go w pudle. Ja regu­lar­nie płacę podatki. – Męż­czy­zna uniósł ręce i zwró­cił się w stronę tłumu, jak bok­ser okrą­ża­jący ring pomię­dzy run­dami. – Pła­cimy wszystko, jak trzeba, a te gnidy wciąż nie dają nam spo­koju.

– Znie­wa­żył mnie. Chcę wnieść skargę.

Eve popa­trzyła na leżą­cego straż­nika.

– Zamknij się! Nazwi­sko! – zażą­dała, wska­zu­jąc wła­ści­ciela sklepu.

– Remke. Waldo Remke. – Oparł posi­nia­czone dło­nie na wąskich bio­drach. – To ja chcę wnieść oskar­że­nie.

– Dobrze, dobrze. To pań­ski sklep? – Wycią­gnęła rękę w stronę deli­ka­te­sów.

– Od osiem­na­stu lat. Wcze­śniej nale­żał do mojego ojca. Pła­cimy podatki…

– To już wiem. To pań­ski pojem­nik?

– Zapła­ci­li­śmy już za niego chyba ze sto razy. Ja, Costello i Mintz. – Kciu­kiem wska­zał dwóch sto­ją­cych za nim męż­czyzn. – A przez więk­szość czasu i tak jest uszko­dzony. Czuje pani ten wstrętny zapach? Ten ohydny smród? Kto przyj­dzie tu na zakupy, jeżeli tak będzie śmier­dzieć? W ciągu ostat­nich sze­ściu tygo­dni już trzy razy pro­si­li­śmy o naprawę, ale nikt nawet nie kiw­nął pal­cem.

W tłu­mie gapiów roz­le­gły się jakieś pomruki, wyra­ża­jące popar­cie. Jakiś dow­cip­niś krzyk­nął:

– Śmierć faszy­stom!

Eve była świa­doma tego, że w tym upale i smro­dzie oko­liczni gapie na widok krwi w każ­dej chwili mogą prze­obra­zić się we wrogi tłum.

– Panie Remke, chcia­ła­bym, żeby pan, pan Costello i pan Mintz odsu­nęli się tro­chę. Pro­szę się rozejść! – zwró­ciła się do zgro­ma­dzo­nych.

Usły­szała za sobą szybki stu­kot poli­cyj­nych butów. To mogły być tylko kroki jej asy­stentki.

– Peabody – powie­działa, nie odwra­ca­jąc się. – Zrób coś z tymi ludźmi, zanim doj­dzie do lin­czu.

Lekko zdy­szana asy­stentka pode­szła do Eve.

– Tak jest! Pro­szę się rozejść!

Na widok poli­cyj­nego mun­duru, nawet tro­chę już zmię­tego od upału, więk­szość gapiów ode­szła. Peabody popra­wiła oku­lary prze­ciw­sło­neczne i kape­lusz, który prze­chy­lił się w cza­sie biegu.

Jej kwa­dra­towa twarz lśniła od potu, ale oczy ukryte za przy­dy­mio­nymi oku­la­rami pozo­sta­wały czujne. Popa­trzyła na pojem­nik, a potem na Eve.

– Pani porucz­nik?

– Tak. Nazwi­sko – Eve zwró­ciła się do straż­nika miej­skiego, pokle­pu­jąc stopą jego tors.

– Larry Poole. Pani porucz­nik, ja tylko wyko­ny­wa­łem swoje obo­wiązki. Przy­je­cha­łem tu z powodu inter­wen­cji w spra­wie naprawy pojem­nika, a ten facet mnie napadł.

– Kiedy pan tu przy­je­chał?

– Jakieś dzie­sięć minut temu. Sukin­syn nawet nie dał mi obej­rzeć tego śmiet­nika, tylko od razu sko­czył mi do gar­dła.

– Teraz go pan obej­rzy. Nie chcę mieć żad­nych kło­po­tów ze strony wła­ści­ciela sklepu – powie­działa Eve, spo­glą­da­jąc na Rem­kego.

– Chcę wnieść skargę. – Remke zło­żył ramiona na pier­siach i wydął wargi.

Eve pomo­gła Poole’owi wstać.

– Wrzu­cają tu wszyst­kie moż­liwe świń­stwa – narze­kał Poole. – I stąd cały pro­blem. Nie segre­gują śmieci. Potra­fią wrzu­cić jakieś szczątki orga­niczne do otworu na two­rzywa sztuczne, a potem dzi­wią się, że mają smród. – Kuś­ty­ka­jąc, pod­szedł do pojem­nika. Zanim zaj­rzał do środka, wło­żył na twarz maskę z fil­trem. – Wystar­czy­łoby prze­strze­gać instruk­cji, ale oni wolą co pięć minut wno­sić skargi.

– Jak działa zamek?

– Ma spe­cjalny kod. Wypo­ży­czają pojem­nik od mia­sta, ale kod znają tylko służby miej­skie. Mój ska­ner czyta kod, a potem… Cho­lera, ten zamek jest uszko­dzony.

– Mówi­łem, że jest uszko­dzony.

Poole wypro­sto­wał się z god­no­ścią i popa­trzył na Rem­kego spod zmru­żo­nych powiek.

– Zamek i pie­częć są uszko­dzone. Dzie­ciaki cza­sem to robią. To nie moja wina. Kto to wie, skąd dzie­cia­kom przy­cho­dzą do głowy takie pomy­sły? Pew­nie zepsuły go wczo­raj w nocy i wepchnęły do środka jakie­goś zde­chłego kota, sądząc po zapa­chu.

– Nie mam zamiaru pła­cić za wasze zepsute zamki – zło­ścił się Remke.

– Panie Remke, niech pan da spo­kój – ostrze­gła Eve i zwró­ciła się do Poole’a: – Jest otwarty i ma zerwaną pie­częć?

– Tak. Teraz będę musiał wezwać ekipę, żeby opróż­niła pojem­nik. Nie­zno­śne dzie­ciaki. – Zamie­rzał unieść klapę, lecz Eve przy­trzy­mała go za rękę.

– Pro­szę się odsu­nąć. Peabody?

Peabody dobrze zda­wała sobie sprawę, że odór, który przy­pra­wia ją o mdło­ści, za chwilę sta­nie się nie do znie­sie­nia.

– Żałuję, że po dro­dze zja­dłam kro­kieta z jaj­kiem.

Eve z nie­do­wie­rza­niem popa­trzyła na asy­stentkę.

– To ty jadasz takie paskudz­twa? Co się z tobą dzieje?

– Te kro­kiety są cał­kiem smaczne. A poza tym można szybko się najeść. – Wstrzy­mała oddech.

Po chwili obie unio­sły ciężką pokrywę.

Z pojem­nika buch­nął odór roz­kła­da­ją­cego się ciała.

Dziew­czyna została wepchnięta do prze­grody na szczątki orga­niczne. Było widać tylko połowę jej twa­rzy. Eve zauwa­żyła, że denatka ma oczy zie­lo­nego, butel­ko­wego koloru. Za życia była praw­do­po­dob­nie bar­dzo ładna.

Śmierć i gorąco spra­wiły, że obrzmiałe ciało wyglą­dało teraz wręcz obsce­nicz­nie.

– Co też, do cho­lery, tam wło­żyli? – zaczął Poole, zaj­rzał do pojem­nika, po czym natych­miast odwró­cił się, żeby zwy­mio­to­wać.

– Peabody. Zaraz będzie tu Nad­ine. Pew­nie ugrzę­zła w kor­kach, bo powinna już tu być. Zatrzy­maj ją i nie dopuść jej tu z kamerą. Będzie nale­gać, ale musisz być sta­now­cza.

– Ktoś tam jest? – Z twa­rzy Rem­kego natych­miast znik­nął gniew. Prze­ra­żo­nym wzro­kiem wpa­try­wał się w Eve. – Czło­wiek?

– Chcia­ła­bym, żeby wszedł pan do sklepu, panie Remke. Wszy­scy pano­wie. Nie­długo przyjdę, żeby z panami poroz­ma­wiać.

– Niech no spoj­rzę. – Odchrząk­nął. – Może… jeśli to jest ktoś z sąsiedz­twa, może będę wie­dział. Jeśli to w czym­kol­wiek pomoże, zaj­rzę tam.

– To mocne prze­ży­cie – ostrze­gła, ale dała mu ręką znak zachęty.

Ze zbie­lałą twa­rzą pod­szedł do pojem­nika. Przez chwilę nie otwie­rał oczu, po czym zaci­snął zęby i uniósł powieki.

– Rachel. – Usi­łu­jąc powstrzy­mać odruch wymiotny, cof­nął się o parę kro­ków. – O, Boże! Boże! To Rachel, nie znam nazwi­ska. Pra­co­wała, o, Boże, pra­co­wała w 24/7 po dru­giej stro­nie ulicy. To jesz­cze dzie­ciak. – Po jego pra­wie zupeł­nie bia­łej twa­rzy spły­nęły łzy. Odwró­cił głowę. – Miała naj­wy­żej dwa­dzie­ścia, dwa­dzie­ścia jeden lat. Stu­dentka. Cią­gle się cze­goś uczyła.

– Pro­szę wejść do sklepu, panie Remke. Zajmę się nią.

– To jesz­cze dzie­ciak. – Otarł twarz. – Co za bestia zro­biła coś takiego tej dziew­czy­nie?

Mogła mu powie­dzieć, że na świe­cie nie bra­kuje róż­nego rodzaju bestii, nie­okieł­zna­nych i okrut­nych, groź­niej­szych niż cokol­wiek innego na świe­cie, jed­nak posta­no­wiła się nie odzy­wać.

Remke pod­szedł do Poole’a.

– Niech pan też wej­dzie do sklepu. – Poło­żył rękę na ramie­niu straż­nika. – W środku jest chłod­niej. Przy­niosę panu wody.

– Peabody, w samo­cho­dzie mam zestaw polowy.

Odwró­ciw­szy się w stronę ciała, wpięła w klapę mikro­fon rekor­dera.

– No, Rachel – mruk­nęła. – Trzeba zabrać się do roboty. Nagry­wam. Ofiarą jest kobieta, rasy kau­ka­skiej, w wieku około dwu­dzie­stu jeden lat.

Teren został odgro­dzony taśmą, a umun­du­ro­wani poli­cjanci utwo­rzyli zwarty kor­don, by powstrzy­mać cie­kaw­skich. Po zare­je­stro­wa­niu danych Eve zamie­rzała wejść do pojem­nika.

Spo­strze­gła fur­go­netkę Kanału 75 na końcu kwar­tału. Pomy­ślała, że Nad­ine pew­nie cała gotuje się w środku, by­naj­mniej nie tylko z gorąca. Cóż, musi pocze­kać na swoją kolej.

Następne dwa­dzie­ścia minut były po pro­stu kosz­marne.

– Pro­szę. – Gdy Eve wynu­rzyła się z pojem­nika, Peabody podała jej butelkę z wodą.

– Dzięki. – Wypiła dusz­kiem zawar­tość butelki i dopiero potem wzięła głę­boki oddech. Miała wra­że­nie, że ni­gdy nie zdoła pozbyć się tego okrop­nego smaku w ustach. Woda z dru­giej butelki posłu­żyła jej do obmy­cia rąk. – Tych face­tów zosta­wimy sobie na póź­niej. – Wska­zała wej­ście do deli­ka­te­sów. – Naj­pierw muszę zoba­czyć się z Nad­ine.

– Masz już dane?

– Tak. Na pod­sta­wie odci­sków pal­ców. Rachel Howard, zaoczna stu­dentka Uni­wer­sy­tetu Colum­bia. – Otarła pot z twa­rzy. – Remke nie mylił się co do wieku. Miała dwa­dzie­ścia lat. Już można ją zabrać. Nie potra­fię podać przy­czyny ani czasu śmierci, bo ciało znaj­duje się w fatal­nym sta­nie.

Popa­trzyła na pojem­nik.

– Zoba­czymy, co znajdą nasi ludzie, a potem niech się nią zajmą medycy.

– Chcesz zacząć prze­słu­cha­nia?

– Zacze­kaj, muszę naj­pierw poroz­ma­wiać z Nad­ine. – Oddała Peabody pustą butelkę i ruszyła w stronę fur­go­netki. Któ­ryś z gapiów coś zawo­łał, ale kiedy zoba­czył wyraz twa­rzy Eve, słowa zamarły mu na ustach.

Nad­ine wyszła z samo­chodu, świeża jak do występu przed kamerą i wście­kła na cały świat.

– Do cho­lery, Dal­las, jak długo zamie­rzasz mnie blo­ko­wać?

– Tak długo, jak będzie trzeba. Muszę zoba­czyć te zdję­cia, a potem będziesz mi potrzebna w Cen­trali. Muszę ci zadać parę pytań.

– Musisz? Myślisz, że obcho­dzi mnie to, co ty musisz?

To był okropny pora­nek. Eve aż dusiła się z upału, śmier­działa, a śnia­da­nie, które zja­dła z takim ape­ty­tem, leżało jej w żołądku jak kamień. Para bijąca z budki, któ­rej wła­ści­ciel dwoił się i troił, by obsłu­żyć nie­zwy­kle licz­nych tego dnia klien­tów, pra­gną­cych z bli­ska przyj­rzeć się czy­jejś śmierci, zatru­wała tłusz­czem i tak już cięż­kie powie­trze.

Patrząc na Nad­ine, świeżą jak wio­senny pora­nek, z kub­kiem kawy z lodem w wypie­lę­gno­wa­nej dłoni. Eve poczuła, że nie ma ochoty ukry­wać swego humoru.

– W porządku. Masz prawo mil­czeć.

– Co jest, do dia­bła?

– Przy­po­mi­nam ci twoje prawa. Jesteś świad­kiem zabój­stwa. – Ski­nęła na poli­cjanta. – Pro­szę odczy­tać pani Furst jej prawa i odwieźć ją do Cen­trali, gdzie zosta­nie pod­dana prze­słu­cha­niu.

– Podła z cie­bie suka!

– Gadaj sobie do woli. – Eve odwró­ciła się na pię­cie i pode­szła do koro­nera.

2

We wnę­trzu deli­ka­te­sów pano­wał przy­jemny chłód. Pach­niało kawą, wędzo­nym łoso­siem i cie­płym pie­czy­wem. Eve wypiła wodę, którą podał jej Remke. Wła­ści­ciel sklepu w niczym nie przy­po­mi­nał już rakiety kosmicz­nej na chwilę przed star­tem. Spra­wiał wra­że­nie potwor­nie wyczer­pa­nego.

Eve dobrze wie­działa, że gdy ludzie sty­kają się z wyra­fi­no­wa­nym okru­cień­stwem, czę­sto popa­dają w odrę­twie­nie.

– Kiedy ostat­nio korzy­stał pan ze śmiet­nika? – zapy­tała.

– Wczo­raj około siód­mej wie­czo­rem, tuż po zamknię­ciu sklepu. Zazwy­czaj robi to mój sio­strze­niec, ale w tym tygo­dniu ma urlop. Zabrał żonę i dzie­ciaki do Disney­landu, Bóg jeden wie po co.

Wsparł­szy się łok­ciami o ladę, ukrył głowę w dło­niach, mocno przy­ci­ska­jąc palce do skroni.

– Wciąż nie mogę wyma­zać z pamięci twa­rzy tej dziew­czyny.

I ni­gdy ci się to nie uda, pomy­ślała Eve. Takich obra­zów ni­gdy w pełni się nie zapo­mina.

– O któ­rej przy­szedł pan dziś do sklepu?

– O szó­stej. – Z głę­bo­kim wes­tchnie­niem opu­ścił ręce. – Od razu poczu­łem ten zapach. Kop­ną­łem pojem­nik. Boże, kop­ną­łem go, a ona tam była.

– I tak nie mógł pan jej już w niczym pomóc, ale może pan to zro­bić teraz. Co było dalej?

– Odsu­ną­łem go. Zadzwo­ni­łem do ope­ra­tora. Costello i Mintz przy­je­chali tu gdzieś około wpół do siód­mej. Byli­śmy wście­kli. Około siód­mej zadzwo­ni­łem jesz­cze raz, bo nikt się nie poka­zał. Potem dzwo­ni­łem chyba jesz­cze ze sto razy, aż wresz­cie przy­je­chał pan Poole. To było jakieś dzie­sięć minut przed tym, jak go ude­rzy­łem.

– Mieszka pan na pię­trze?

– Tak, razem z żoną i naj­młod­szą córką. Ma szes­na­ście lat. – Ciężko wes­tchnął. – Mogła zna­leźć się w tym śmiet­niku. Wró­ciła do domu dopiero o dzie­sią­tej. Zawsze jej powta­rzam, że o tej porze musi już być w domu. Wczo­raj gdzieś poszła z przy­ja­ciółmi. Nie wiem, co bym zro­bił, gdyby… Chyba bym osza­lał. – Głos mu się zała­mał. – Co można zro­bić w takiej sytu­acji?

– Wiem, że jest panu ciężko. Czy wczo­raj­szego wie­czoru usły­szał pan albo zoba­czył coś podej­rza­nego? Może coś pan pamięta.

– Shel­ley przy­szła o cza­sie. Jeste­śmy z żoną bar­dzo sta­now­czy, jeśli cho­dzi o godzinę powrotu córki do domu, więc przy­szła punk­tu­al­nie o dwu­dzie­stej dru­giej. Gra­łem w jakąś grę na kom­pu­te­rze, ale oczy­wi­ście głów­nie cze­ka­łem na powrót Shel­ley. Poszli­śmy spać koło dwu­dzie­stej trze­ciej. Muszę rano otwie­rać sklep, więc kładę się wcze­śnie. Nic nie sły­sza­łem.

– Pro­szę mi opo­wie­dzieć o Rachel. Co pan o niej wie?

– Nie­wiele. Pra­co­wała w tym cało­do­bo­wym skle­pie, 24/7, chyba gdzieś od roku. Głów­nie w dzień. Cza­sami w nocy, ale przede wszyst­kim w dzień. Kiedy wcho­dziło się do sklepu i nie była zajęta, to zawsze cze­goś się uczyła. Chciała zostać nauczy­cielką. Miała piękny uśmiech. – Głos znów mu się zała­mał. – Czło­wiek jakoś tak lepiej się czuł, kiedy na nią patrzył. Nie wiem, jak ktoś mógł ją tak potrak­to­wać.

Spoj­rzał na śmiet­nik.

– Nie mie­ści mi się w gło­wie, jak ktoś mógł jej to zro­bić.

* * *

Eve i Peabody prze­szły na drugą stronę ulicy, do sklepu 24/7.

– Chcia­ła­bym, żebyś połą­czyła się z Roar­kiem i zapy­tała, jak czuje się Sum­mer­set – zwró­ciła się Eve do asy­stentki.

– Prze­cież dzi­siaj wyje­chał na waka­cje. Zazna­czy­łaś ten dzień w swoim kalen­da­rzu, nary­so­wa­łaś butelkę szam­pana i gwiazdki.

– Zła­mał nogę.

– Coo? Kiedy? Jak to się stało? O, Boże!

– Rano spadł ze scho­dów. Uwa­żam, że zro­bił mi to na złość. Naprawdę tak myślę, ale pro­szę cię, sprawdź, co się dzieje. Powiedz Roarke’owi, że się do niego ode­zwę, kiedy tylko się z tym upo­ram.

– I że myślisz o nim i wspie­rasz go na duchu – dodała z kamienną twa­rzą Peabody.

Eve unio­sła oczy ku niebu i chwy­ciła asy­stentkę za rękę.

– Domy­śli się, że to bujda, ale tak trzeba się zacho­wać.

– I to nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści.

Eve weszła do sklepu. Ktoś wraż­liwy wyłą­czył wesołą muzykę, którą można było usły­szeć w każ­dym skle­pie z sieci 24/7 na całej kuli ziem­skiej. Miej­sce przy­po­mi­nało gro­bo­wiec, wypeł­niony goto­wymi pro­duk­tami żyw­no­ścio­wymi, sprze­da­wa­nymi po zawy­żo­nych cenach. Pod ścianą stał rząd auto­ku­cha­rzy z goto­wymi potra­wami. Jakiś poli­cjant krę­cił się koło sto­iska z muzyką roz­ryw­kową, a za ladą sie­dział młody męż­czy­zna. Miał zaczer­wie­nione oczy.

Jesz­cze jeden wyko­rzy­sty­wany pra­cow­nik, pomy­ślała Eve. Sprze­daw­cami w 24/7 byli prze­waż­nie ludzie bar­dzo mło­dzi albo w zde­cy­do­wa­nie star­szym wieku – tylko oni zga­dzali się na wie­lo­go­dzinną pracę w naj­prze­róż­niej­szych porach dnia i nocy za śmiesz­nie niskie wyna­gro­dze­nie.

Chło­pak był chu­dym Murzy­nem ze ster­czą­cymi wło­sami o jaskra­wo­po­ma­rań­czo­wym odcie­niu. Miał srebrny kol­czyk w dol­nej war­dze, a na ręku tanią bran­so­letę.

Spoj­rzaw­szy na Eve, zaczął cicho pła­kać.

– Nie wolno mi do nikogo dzwo­nić. Powie­dziano mi, że muszę tu zostać. Ale ja chcę stąd wyjść.

– Nie­długo będzie pan wolny. – Ski­nie­niem głowy dała poli­cjan­towi znak, żeby wyszedł.

– Podobno Rachel nie żyje.

– To prawda. Był pan z nią zaprzy­jaź­niony?

– Myślę, że to jakaś pomyłka. To musi być pomyłka. – Otarł nos wierz­chem dłoni. – Jeśli pozwoli mi pani do niej zadzwo­nić, na pewno się okaże, że zaszła jakaś pomyłka.

– Bar­dzo mi przy­kro. Jak się pan nazywa?

– Madinga. Jones Madinga.

– Nie ma mowy o żad­nej pomyłce, Madinga, i ser­decz­nie ci współ­czuję, bo widzę, że byli­ście przy­ja­ciółmi. Jak długo ją zna­łeś?

– Myślę, że to nie­moż­liwe. To nie może być prawda. – Potarł pod­bró­dek. – Zaczęła tu pra­co­wać w lecie zeszłego roku. Wcze­snym latem. Jest stu­dentką col­lege’u i potrze­buje pie­nię­dzy. Cza­sami spę­dza­li­śmy wspól­nie czas.

– Byli­ście tylko zaprzy­jaź­nieni, czy łączyło was coś wię­cej?

– Po pro­stu się przy­jaź­ni­li­śmy. Mam dziew­czynę. Cza­sami cho­dzi­li­śmy do klubu albo oglą­da­li­śmy razem coś nowego na wideo.

– Miała chło­paka?

– Nikogo sta­łego. Nie cho­dziła z nikim na poważ­nie, bo musiała się uczyć. Naprawdę inte­re­so­wała się tylko nauką.

– Czy kie­dy­kol­wiek ci wspo­mniała, że ktoś się jej naprzy­krza? Może jakiś chło­pak, który nie chciał luźno trak­to­wać zna­jo­mo­ści?

– Nie. To zna­czy, był jakiś facet, któ­rego pozna­li­śmy w klu­bie i potem się z nim umó­wiła. Poszli chyba do jakiejś restau­ra­cji, któ­rej był wła­ści­cie­lem. Ale stwier­dziła, że jest zbyt namolny i z nim zerwała. Nie chciał przy­jąć tego do wia­do­mo­ści i jesz­cze przez pewien czas za nią łaził. No, ale to było już kilka mie­sięcy temu. Jesz­cze przed Bożym Naro­dze­niem.

– Jak miał na imię?

– Diego. – Wzru­szył ramio­nami. – Nie znam nazwi­ska. Gładki, wyszcze­kany, z odlo­to­wymi pió­rami. Nędzny pod­ry­wacz. Powie­dział jej, że lubi się zaba­wić z dziew­czy­nami, ale dobrze tań­czył, a Rachel kochała taniec.

– Jaki to klub?

– Scena. Na Czter­na­stej, nie­da­leko Union Squ­are. Czy… czy on jej coś zro­bił, zanim ją tam wło­żył?

– Nie wiem.

– Była dzie­wicą. – Wargi mu drżały. – Mówiła mi, że nie chce tego zro­bić tylko po to, żeby mieć to już za sobą. Cza­sami doku­cza­łem jej z tego powodu, tak dla żartu, bo byli­śmy przy­ja­ciółmi. Jeśli on jej to zro­bił… – W oczach chło­paka nie było już łez. Patrzył przed sie­bie szkla­nym wzro­kiem. – Powin­ni­ście go uka­rać. Niech cierpi tak, jak cier­piała ona.

Po wyj­ściu na dwór Eve prze­cze­sała pal­cami włosy w poszu­ki­wa­niu oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych. Nie miała poję­cia, gdzie się zapo­działy.

– Zła­mana noga – poin­for­mo­wała ją Peabody. – Stłu­czone ramię i uszko­dze­nie ścię­gien.

– O czym ty mówisz?

– O twoim ulu­bieńcu! Roarke powie­dział, że Sum­mer­seta zatrzy­mano na jeden dzień w szpi­talu i że trzeba mu zała­twić opiekę domową. Ma też uszko­dzone dru­gie kolano, więc tro­chę to potrwa, zanim doj­dzie do sie­bie.

– Cho­lera!

– Aha, poza tym powie­dział, że doce­nia twoje zain­te­re­so­wa­nie, o któ­rym bez­zwłocz­nie poin­for­muje pacjenta.

– Cho­lera! – powtó­rzyła Eve.

– A żeby twoje szczę­ście było pełne, wiedz, że masz wia­do­mość od przed­sta­wi­ciela Nad­ine. Dosta­łaś godzinę na zakoń­cze­nie prze­słu­chań. Po tym cza­sie Kanał 75 złoży ofi­cjalną skargę w imie­niu Nad­ine Furst.

– Niech się ski­cha. – Eve wyjęła oku­lary swej asy­stentki z kie­szeni jej mun­duru i wło­żyła je z wyraźną ulgą. – Naj­pierw musimy zawia­do­mić rodzinę Rachel Howard.

* * *

Kiedy Eve w końcu dotarła do Cen­trali, marzyła jedy­nie o prysz­nicu, oka­zało się jed­nak, że będzie musiała z tym zacze­kać. Udała się pro­sto do pomiesz­cze­nia, które poli­cjanci nazy­wali salo­nem, a które peł­niło funk­cję pocze­kalni dla prze­słu­chi­wa­nych, człon­ków rodzin i świad­ków, nie­znaj­du­ją­cych się na liście podej­rza­nych.

Były tam stoły, krze­sła, auto­maty do sprze­daży róż­nych pro­duk­tów i kilka ekra­nów pla­zmo­wych dla ocze­ku­ją­cych na swoją kolej. W tej chwili w pokoju znaj­do­wali się Nad­ine, człon­ko­wie jej ekipy i męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze, któ­rego Eve natych­miast uznała za adwo­kata repor­terki.

Nad­ine zerwała się na nogi.

– Chcemy wresz­cie się cze­goś dowie­dzieć.

Męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze, wysoki, szczu­pły, z burzą kasz­ta­no­wych wło­sów i sta­lo­wym spoj­rze­niem nie­bie­skich oczu, poufa­łym gestem pokle­pał ją po ramie­niu.

– Spo­koj­nie, Nad­ine. Pro­szę pozwo­lić, że się tym zajmę, porucz­nik Dal­las. Nazy­wam się Car­ter Swan, jestem doradcą Kanału 75. Repre­zen­tuję panią Furst i jej współ­pra­cow­ni­ków. Chciał­bym pod­kre­ślić, że potrak­to­wała pani moją klientkę, powszech­nie cenioną i sza­no­waną przed­sta­wi­cielkę mediów, w spo­sób abso­lut­nie nie­do­pusz­czalny. Zamie­rzam wnieść skargę do pani prze­ło­żo­nych.

– Aha. – Eve pode­szła do auto­matu. Kawa z maszyny była luro­wata, ale musiała się cze­goś napić. – Pani Furst – zaczęła, wstu­ku­jąc numer iden­ty­fi­ka­cyjny, a po chwili zaklęła pod nosem, gdyż oka­zało się, że karta kre­dy­towa jest pusta. – Pani Furst jest waż­nym świad­kiem w śledz­twie w spra­wie mor­der­stwa. Została popro­szona o sta­wie­nie się w celu zło­że­nia zeznań, nie wyka­zała jed­nak żad­nej chęci współ­pracy.

Się­gnęła do kie­szeni w nadziei, że znaj­dzie tam jakieś monety albo żetony, lecz kie­szeń była pusta.

– Mia­łam prawo naka­zać dopro­wa­dze­nie pań­skiej klientki, tak jak pani Furst miała prawo spro­wa­dzić tu pana, żeby mnie zde­ner­wo­wać. Nad­ine, potrzebne mi są te wydruki.

Nad­ine usia­dła i skrzy­żo­wała dłu­gie nogi. Po chwili popra­wiła blond włosy i uśmiech­nęła się lekko.

– Będziesz musiała poka­zać nakaz mojemu przed­sta­wi­cie­lowi, a o wydru­kach poroz­ma­wiamy dopiero wtedy, gdy spraw­dzi auten­tycz­ność doku­mentu.

– Nie musisz aż tak utrud­niać mi pracy.

Zie­lone, kocie oczy Nad­ine roz­bły­sły gnie­wem.

– Tak uwa­żasz?

– Zgod­nie z pra­wem sta­no­wym i fede­ral­nym – zaczął Car­ter – pani Furst nie ma żad­nego obo­wiązku prze­ka­zy­wać żad­nej wła­sno­ści, tak pry­wat­nej jak i służ­bo­wej, bez nakazu sądu.

– Zadzwo­ni­łam do cie­bie – powie­działa cicho Nad­ine. – Wcale nie musia­łam tego robić. Mogłam poje­chać pro­sto na Delan­cey i zro­bić, co do mnie należy, ale posta­no­wi­łam dać ci znać, ze względu na naszą przy­jaźń i sza­cu­nek, jakim cię darzę. Tak się zło­żyło, że przy­je­cha­łaś tam pierw­sza. – Zro­biła pauzę, spo­glą­da­jąc przy tym wymow­nie na jed­nego z człon­ków swo­jej ekipy. Młody czło­wiek aż się sku­lił pod jej wzro­kiem. – Wyłą­czy­łaś mnie z tej sprawy. No i nici z mojego repor­tażu.

– Będziesz miała swój cho­lerny repor­taż. Ostat­nie pół godziny spę­dzi­łam w bar­dzo miłym sze­re­go­wym domku w Bro­okly­nie z rodzi­cami dwu­dzie­sto­jed­no­let­niej dziew­czyny i patrzy­łam, jak się zała­mują na wieść o śmierci córki. A musia­łam im też powie­dzieć, gdzie była przez całą noc.

Nad­ine pode­szła do Eve, prze­mie­rza­ją­cej pokój w tę i z powro­tem. W końcu sta­nęły naprze­ciw sie­bie.

– Nie zna­la­zła­byś jej, gdy­bym ci o tym nie powie­działa.

– Mylisz się. Gdy­bym to nie była ja, zna­la­złby ją ktoś inny. Pięć, sześć godzin w pojem­niku, dzie­więć­dzie­siąt stopni Fah­ren­he­ita za oknami, a pew­nie ze sto dwa­dzie­ścia w śmiet­niku. Zna­le­ziono by ją bar­dzo szybko.

– Słu­chaj, Dal­las – zaczęła Nad­ine, lecz Eve wła­śnie się roz­krę­cała.

– Zapewne pomy­ślał o tym, wkła­da­jąc ją do pojem­nika, a potem wysłał ci zdję­cia. Może nawet przy­szło mu do głowy, że jakiś poli­cjant będzie musiał się nią zająć. Nad­ine, chyba wiesz, co dzieje się z cia­łem w takim upale?

– Nie zba­czaj z tematu.

– Ależ to jak naj­bar­dziej należy do tematu. – Gwał­tow­nym ruchem wyjęła rekor­der z kie­szeni i pod­łą­czyła go do moni­tora.

Na ekra­nie poja­wił się obraz Rachel Howard w chwili zna­le­zie­nia jej przez Eve.

– Miała dwa­dzie­ścia lat, była stu­dentką, chciała zostać nauczy­cielką. Lubiła tań­czyć, miała kolek­cję misiów. Plu­szo­wych. – Głos Eve brzmiał dziw­nie ostro, kiedy spo­glą­dała na zdję­cie docze­snych szcząt­ków Rachel Howard. – Miała młod­szą sio­strę, Melisę. Rodzina myślała, że Rachel została w aka­de­miku u przy­ja­ciół, co zda­rzało jej się kilka razy w tygo­dniu, więc nikt nie przej­mo­wał się jej nie­obec­no­ścią. Dopóki nie zapu­ka­łam do ich drzwi.

Odwró­ciła się i spoj­rzała na Nad­ine.

– Jej matka osu­nęła się na kolana, jakby w jed­nej chwili uszło z niej całe powie­trze. Musisz do niej pole­cieć ze swoją ekipą, kiedy tylko skoń­czymy. Jestem pewna, że zdo­bę­dziesz tam wspa­niały mate­riał. Taki obraz cier­pie­nia na pewno pod­nie­sie atrak­cyj­ność repor­tażu.

– To nie­do­pusz­czalne – wark­nął Car­ter. – Moja klientka…

– Cicho, Car­ter. – Nad­ine się­gnęła po skó­rzaną teczkę. – Chcia­ła­bym poroz­ma­wiać z tobą na osob­no­ści, pani porucz­nik.

– Nad­ine, szcze­rze radzę…

– Zamknij się, Car­ter! Dal­las, chcę z tobą poga­dać w cztery oczy.

– W porządku. – Wyłą­czyła magne­to­wid. – Chodźmy do mojego gabi­netu.

Po dro­dze nie ode­zwały się do sie­bie ani sło­wem. Ruchomy chod­nik zawiózł je do odpo­wied­niego sek­tora.

Minęły pomiesz­cze­nia aresztu, skąd natych­miast dobie­gły odgłosy powi­tań domnie­ma­nej nowo przy­by­łej, które jed­nak szybko się urwały, gdy tylko prze­szły dalej.

Gabi­net Eve był mały i miał tylko jedno okno. Po zamknię­ciu drzwi Eve przy­su­nęła do biurka krze­sło, zosta­wia­jąc dru­gie dla Nad­ine.

Jed­nak repor­terka nie usia­dła. Z jej twa­rzy łatwo było wyczy­tać uczu­cia, które ogar­nęły ją po tym, co usły­szała.

– Prze­cież dobrze mnie znasz. Znasz mnie na tyle, żeby wie­dzieć, że nie zasłu­guję na takie trak­to­wa­nie i słowa, które wypo­wie­dzia­łaś pod moim adre­sem.

– Może i nie zasłu­gu­jesz, ale to ty przy­wlo­kłaś tu adwo­kata i sko­czy­łaś mi do gar­dła tylko dla­tego, że nie pozwo­li­łam ci nagrać mate­riału.

– Do cho­lery, Dal­las, prze­cież ty mnie aresz­to­wa­łaś!

– Wcale cię nie aresz­to­wa­łam, tylko kaza­łam dopro­wa­dzić na prze­słu­cha­nie. Nie będziesz ni­gdzie noto­wana z tego powodu.

– Kicham na to. – Roz­wście­czona Nad­ine kop­nęła krze­sło.

Eve dobrze rozu­miała jej zacho­wa­nie, mimo że gwał­tow­nie prze­su­nięty mebel bole­śnie ude­rzył ją w nogę.

– Zadzwo­ni­łam do cie­bie! – wybuch­nęła Nad­ine. – Zawia­do­mi­łam cię, mimo że wcale nie musia­łam tego robić! A w nagrodę nie pozwa­lasz mi zro­bić repor­tażu, cią­gniesz na poli­cję i trak­tu­jesz jak prze­stępcę.

– Nie zabra­nia­łam ci robić repor­tażu, tylko wyko­ny­wa­łam swoją pracę. A pole­ci­łam cię tu dopro­wa­dzić, bo masz infor­ma­cje, które są mi potrzebne, a robisz fochy.

– Ja?

– Oczy­wi­ście. Boże, muszę się napić kawy. – Pode­szła do auto­ku­cha­rza. – Byłam wście­kła, więc nie mia­łam czasu na nasz zwy­cza­jowy taniec godowy. Prze­pra­szam za to, w jaki spo­sób cię potrak­to­wa­łam. Dobrze wiem, że nie żeru­jesz na ludz­kim nie­szczę­ściu. Chcesz tro­chę kawy?

Nad­ine otwo­rzyła usta, po chwili je zamknęła i wypu­ściła powie­trze.

– Gdy­byś miała dla mnie odro­binę sza­cunku…

– Nad­ine. – Eve odwró­ciła się z kub­kiem kawy w ręku. – Gdy­bym nie darzyła cię sza­cun­kiem, to już wcho­dząc do salonu mia­ła­bym w ręku nakaz aresz­to­wa­nia – zamil­kła na chwilę. – Robisz to z tym adwo­ka­tem?

Nad­ine wypiła łyk kawy.

– Prawdę mówiąc, zro­bi­łam kopie zdjęć przed wyjaz­dem na Delan­cey, gdzie dotar­ła­bym znacz­nie wcze­śniej, gdyby Red nie wal­nął w zde­rzak dru­giego auta. – Wyjęła foto­gra­fie z teczki.

– Wydział infor­ma­cji chciałby mieć namiary na twoje łącze.

– Domy­śli­łam się tego. – Bitwa była zakoń­czona, stały teraz naprze­ciw sie­bie: dwie kobiety bez reszty oddane swo­jej pracy.

– Była ładną dziew­czyną. Miała piękny uśmiech – stwier­dziła Nad­ine.

– Wszy­scy to mówią. To zdję­cie z pracy, widzisz sto­isko ze sło­dy­czami. A to pew­nie zro­biono w metrze. A to… nie mam poję­cia. Pew­nie w jakimś parku. Nie są upo­zo­wane. Wygląda na nich tak, jakby w ogóle nie zda­wała sobie sprawy, że ktoś ją foto­gra­fuje.

– Łaził za nią.

– To moż­liwe. A tutaj wyraź­nie pozuje. – Unio­sła ostat­nie zdję­cie.

Rachel sie­działa na krze­śle usta­wio­nym na tle bia­łej ściany, w kręgu cie­płego, mięk­kiego świa­tła, ze skrzy­żo­wa­nymi nogami i rękami leżą­cymi tuż przy kola­nach. Była ubrana w nie­bie­ską bluzkę i dżinsy, w któ­rych została zna­le­ziona. Miała młodą, uro­dziwą twarz, śliczne różowe wargi i policzki. Jed­nak soczy­ście zie­lone oczy wyra­żały pustkę.

– Nie żyje. To zdję­cie było zro­bione już po śmierci.

– Chyba tak. – Eve odło­żyła foto­gra­fię i prze­czy­tała załą­czony tekst.

Ona była pierw­sza, miała czy­ste świa­tło. Odtąd będzie świe­cić na wieki. Teraz to świa­tło żyje we mnie. Ona żyje we mnie. Aby odna­leźć miej­sce jej spo­czynku, należy udać się na skrzy­żo­wa­nie Delan­cey i Ave­nue D. Powiedz światu, że to dopiero począ­tek. Począ­tek wszyst­kiego.

– Mam zamiar zmu­sić Feeneya, żeby wysłał kogoś z działu prze­twa­rza­nia danych po twoje łącze. A skoro jeste­śmy teraz takie pełne wza­jem­nego sza­cunku, nie powin­nam chyba w ogóle doda­wać, że treść tego prze­kazu nie może zostać podana do publicz­nej wia­do­mo­ści w cza­sie trwa­nia śledz­twa.

– Oszczędź sobie tych szcze­gó­łów. Nato­miast ja, rów­nież przez wzgląd na sza­cu­nek, nie będę cię pro­sić, żebyś w cza­sie trwa­nia śledz­twa powia­da­miała mnie o jego postę­pach albo od czasu do czasu spo­ty­kała się ze mną sam na sam.

– Nie musisz, Nad­ine, ale teraz naprawdę nie jestem w sta­nie ci nic powie­dzieć. Muszę jakoś pchnąć tę sprawę.

– W takim razie pro­szę o jakieś oświad­cze­nie, tak żebym mogła prze­ko­nać ludzi, że nowo­jor­ski Depar­ta­ment Poli­cji i Bez­pie­czeń­stwa czuwa i robi postępy.

– Możesz powie­dzieć, że celem śledz­twa jest usta­le­nie wszyst­kich moż­li­wych powią­zań i że poli­cja nie będzie bierna, kiedy młoda kobieta zostaje potrak­to­wana jak suro­wiec wtórny.

* * *

Po odpro­wa­dze­niu Nad­ine Eve usia­dła przy biurku. Miała ochotę natych­miast udać się do pro­sek­to­rium, teraz jed­nak cze­kało ją inne zada­nie.

Zadzwo­niła na pry­watny komu­ni­ka­tor Roarke’a, otrzy­mała wia­do­mość, że jest chwi­lowo nie­do­stępny, i natych­miast została połą­czona z jego sekre­tarką.

– Cześć, Caro. Domy­ślam się, że Roarke jest zajęty.

– Witam, pani porucz­nik. – Na ekra­nie uka­zała się miła twarz. – Wła­śnie koń­czy spo­tka­nie. Za chwilę powi­nien być wolny. Zaraz prze­łą­czę.

– Nie chcę spra­wiać kło­potu. Cho­lera! – zaklęła, ale sekre­tarka zdą­żyła już ją połą­czyć. Eve poru­szyła się nie­spo­koj­nie, sły­sząc serię sygna­łów.

Po chwili na ekra­nie uka­zała się twarz Roarke’a. Cho­ciaż się uśmie­chał, Eve widziała, że jest czymś zaafe­ro­wany.

– Pani porucz­nik! Udało się pani mnie zła­pać.

– Prze­pra­szam, że nie skon­tak­to­wa­łam się z tobą wcze­śniej, ale nie mia­łam wol­nej chwili. Czy u niego wszystko w porządku?

– To brzyd­kie zła­ma­nie. Jest bar­dzo nie­spo­kojny. W dodatku urazy ramie­nia i kolana, a także inne potłu­cze­nia i otar­cia, jesz­cze kom­pli­kują sprawę. To był ciężki upa­dek.

– Jest mi bar­dzo przy­kro. Naprawdę.

– Mmm. Zatrzy­mają go w szpi­talu do jutra. Jeśli wydo­brzeje na tyle, że będą mogli go wypi­sać, przy­wiozę go do domu. Z początku nie będzie w sta­nie poru­szać się o wła­snych siłach i będzie potrze­bo­wał opieki. Już się wszyst­kim zają­łem.

– Może powin­nam coś zro­bić?

Tym razem Roarke uśmiech­nął się swo­bod­niej.

– Na przy­kład?

– Nie mam naj­mniej­szego poję­cia. A jak ty się czu­jesz?

– Muszę przy­znać, że to wszystko mną wstrzą­snęło. Nie potra­fię się pozbie­rać, kiedy komuś znaj­du­ją­cemu się pod moją opieką dzieje się krzywda. A wła­śnie tak odbie­ram tę sytu­ację. Był na mnie wście­kły, że wsa­dzi­łem go do szpi­tala, jak się wyra­ził. Przy­po­mi­nał mi cie­bie w podob­nych sytu­acjach.

– Jestem pewna, że wyzdro­wieje. – Marzyła o tym, by móc teraz czule dotknąć Roarke’a, popra­wić mu nastrój. – Ja naj­czę­ściej spa­dam na cztery łapy.

– Dopóki nie pozna­łem cie­bie, on był jedy­nym pew­nym punk­tem w moim życiu. Kiedy zoba­czy­łem go w takim sta­nie, omal nie odsze­dłem od zmy­słów.

– Nie martw się o niego. Jest zbyt podły, żeby długo cier­pieć. Muszę już iść. Nie wiem, kiedy wrócę do domu.

– To samo mogę powie­dzieć o sobie. Dzięki za kon­takt.

Zakoń­czyła roz­mowę, jesz­cze raz prze­bie­gła wzro­kiem zdję­cia i scho­wała je do torebki. Wycho­dząc, prze­szła obok boksu swo­jej asy­stentki.

– Peabody, lecimy.

– Mam roz­kład zajęć ofiary. – Asy­stentka musiała pod­bie­gać, by dotrzy­mać kroku Eve. – A także listę jej wykła­dow­ców oraz współ­pra­cow­ni­ków z 24/7. Nie mia­łam nawet czasu przyj­rzeć się temu dokład­niej.

– Zrób to w dro­dze do zakładu medy­cyny sądo­wej. Wpro­wadź hasło: foto­gra­fia i wizu­ali­za­cja. Sprawdź, czy któ­raś z osób na liście się tym inte­re­suje.

– Od razu mogę ci to powie­dzieć. Uczęsz­czała na dodat­kowe zaję­cia z wizu­ali­za­cji. Była w tym bar­dzo dobra. Zresztą ona była dosko­nała ze wszyst­kich przed­mio­tów. Jakaś wyjąt­kowo zdolna dziew­czyna. – W dro­dze do garażu wycią­gnęła lap­topa. – Zaję­cia z tej wizu­ali­za­cji miała we wtor­kowe wie­czory.

– Czyli mię­dzy innymi wczo­raj.

– Tak. Jej wykła­dow­czy­nią była Leeanne Brow­ning.

– Sprawdź ją jako pierw­szą. – Pocią­gnęła nosem. – Co to za zapach?

– Jako twoja asy­stentka i przy­ja­ciółka jestem zobo­wią­zana cię poin­for­mo­wać, że to ty go wydzie­lasz.

– Cho­lera!

– Masz. – Peabody wycią­gnęła z torebki dez­odo­rant w sprayu.

Eve cof­nęła się instynk­tow­nie.

– Co to jest? Trzy­maj to ode mnie z daleka.

– Dal­las, kiedy wej­dziemy do samo­chodu, trudno będzie nam oddy­chać, nawet jeśli włą­czymy wen­ty­la­cję. Ty po pro­stu śmier­dzisz. Pew­nie będziesz musiała spa­lić ten żakiet, a szkoda, bo jest bar­dzo szy­kowny.

Zanim Eve zdą­żyła się uchy­lić, Peabody skie­ro­wała na nią potężny stru­mień dez­odo­rantu i nie prze­sta­wała pry­skać mimo pro­te­stów boha­ter­skiej pani porucz­nik.

– To pach­nie jak… zgniłe kwiaty.

– Ta zgniła część należy do cie­bie. – Peabody przy­su­nęła się i wcią­gnęła powie­trze. – Ale jest już dużo lepiej. Z odle­gło­ści trzech-czte­rech metrów w ogóle nic nie czuć. No, ale w pro­sek­to­rium na pewno mają silne środki odka­ża­jące – stwier­dziła, pre­zen­tu­jąc czarny humor. – Będziesz mogła się zde­zyn­fe­ko­wać, a może nawet znaj­dzie się coś do odka­że­nia two­jego ubra­nia.

– Wyłącz się, Peabody.

– Już się robi. – Peabody wsia­dła do samo­chodu i zajęła się spraw­dza­niem danych na temat Leeanne Brow­ning. – Pro­fe­sor Brow­ning ma pięć­dzie­siąt sześć lat. Od dwu­dzie­stu trzech lat pra­cuje na Uni­wer­sy­te­cie Colum­bia. Żyje w mał­żeń­stwie homo­sek­su­al­nym z czter­dzie­stocz­te­ro­let­nią Angelą Bri­ght­star. Miesz­kają na Upper West Side. Nie­ka­rana. Drugi dom w Hamp­tons. Ma brata, miesz­ka­ją­cego na Upper East Side. Żonaty, jedno dziecko, syn. Trzy­dzie­ści osiem lat. Rodzice żyją, są na eme­ry­tu­rze, mają domy w Upper East Side i na Flo­ry­dzie.

– Sprawdź teraz karal­ność tej Bri­ght­star i rodziny.

– Bri­ght­star – stwier­dziła po chwili Peabody. – Dwa­na­ście lat temu miała wyrok za nar­ko­tyki, została ska­zana na trzy mie­siące robót publicz­nych. Bri­ght­star jest nie­za­leżną artystką, ma w miesz­ka­niu stu­dio. Brat czy­sty, podob­nie jak rodzice, ale kuzyn ma dwa wyroki. Jeden za nar­ko­tyki w wieku dwu­dzie­stu trzech lat, a drugi za napaść. Obec­nie mieszka w Bosto­nie.

– Być może warto będzie z nim poroz­ma­wiać. Wrzuć go na listę. Zoba­czymy, czy odwie­dzał nasze wspa­niałe mia­sto. Zdo­bądź plan wykła­dów pro­fe­sor Brow­ning. Chcia­ła­bym z nią dzi­siaj poroz­ma­wiać.

Eve prze­szła bia­łym kory­ta­rzem pro­sek­to­rium. Pomy­ślała, że istot­nie sto­suje się tu silne środki odka­ża­jące, lecz mimo wszystko nie uda­wało się cał­ko­wi­cie zneu­tra­li­zo­wać cha­rak­te­ry­stycz­nego zapa­chu, który wci­skał się we wszyst­kie szcze­liny i zatru­wał powie­trze.

Została skie­ro­wana do sali ze sto­łem sek­cyj­nym, na któ­rym leżała Rachel Howard. Pochy­lał się nad nią dok­tor Mor­ris w dłu­gim zie­lo­nym kitlu narzu­co­nym na cytry­nowy gar­ni­tur. Lekarz zwią­zał włosy w trzy kucyki, jeden pod dru­gim, wymy­ka­jące się spod czepka i opa­da­jące na plecy. Mimo to wcale nie wyglą­dał śmiesz­nie.

Eve pode­szła do ciała. Od razu domy­śliła się przy­czyny śmierci. Nie­wiel­kie ukłu­cie na wyso­ko­ści serca nie mogło powstać w cza­sie sek­cji.

– Co możesz mi powie­dzieć?

– Że grzanka zawsze spada posma­ro­waną stroną na pod­łogę.

– Zano­tuję to w rapor­cie. To przez tę ranę serca?

– Tak. Szybka śmierć. Ktoś bar­dzo spraw­nie posłu­żył się szty­le­tem, szpi­kul­cem do lodu albo czymś podob­nym. Nie chciał bała­ganu ani kło­po­tów.

– Czemu uży­wasz rodzaju męskiego? Czy została zgwał­cona?

– Mówię „on” w sen­sie ogól­nym. Nie było żad­nego gwałtu. Kilka nie­wiel­kich siń­ców, które mogły powstać w cza­sie prze­wozu. Żad­nego bała­ganu, żad­nych kło­po­tów – powtó­rzył. – Opa­trzył ranę. Zna­la­złem ślady pla­stra z opa­trun­kiem. Schludne kółko. Zapewne zdjął go już po wszyst­kim. No i jesz­cze to. – Odwró­cił dłoń Rachel. – Nie­wielki okrą­gły ślad. Naj­praw­do­po­dob­niej po strzy­kawce naci­sko­wej.

– Nie wygląda na osobę, która miała do czy­nie­nia nar­ko­ty­kami, poza tym to dziwne miej­sce na wkłu­cie. Musiał jej coś wstrzyk­nąć, praw­do­po­dob­nie jakiś śro­dek uspo­ka­ja­jący.

– Zoba­czymy po wyko­na­niu ana­liz. Na ciele nie ma śla­dów uży­cia siły, z wyjąt­kiem tego nakłu­cia. Widoczne są jedy­nie nie­znaczne ślady zwią­za­nia na nad­garst­kach, na lewym kola­nie i na pra­wym łok­ciu. Popatrz tutaj.

Podał jej oku­lary.

– Ślady wię­zów? W tych miej­scach? – zdzi­wiła się. – To byłby dziwny spo­sób krę­po­wa­nia ciała.

– Myślę, że roz­mowę na temat róż­nych moż­li­wo­ści krę­po­wa­nia ciała i zwią­za­nych z tym zabaw odło­żymy na póź­niej. Naj­pierw się przyj­rzyj.

Wło­żyła oku­lary ochronne i pochy­liła się nad cia­łem. Dostrze­gła cien­kie, sinawe linie.

– To musiały być jakieś druty – stwier­dził Mor­ris. – Na pewno nie sznur.

– Chciał ją upo­zo­wać. Użył drutu, żeby przy­brała odpo­wied­nią pozę. Popatrz, drut był owi­nięty wokół prze­gu­bów. Zło­żył jej ręce na kola­nie. Skrzy­żo­wał jej nogi, przy­wią­zał do krze­sła. Tych dru­tów nie widać na zdję­ciu, bo je póź­niej usu­nął przy opra­co­wa­niu kom­pu­te­ro­wym.

Wypro­sto­wała się i wyjęła z torby foto­gra­fię.

– Pasuje ci to do teo­rii?

Mor­ris wło­żył oku­lary i przyj­rzał się zdję­ciu.

– Tak, pozy­cja się zga­dza. A więc robi zdję­cia zmar­łym. Był daw­niej taki zwy­czaj, a potem moda wró­ciła na początku tego wieku.

– Jaki zwy­czaj?

– Ukła­dali zmar­łych w pozy­cjach wyra­ża­ją­cych odpo­czy­nek i spo­kój, a potem robili zdję­cia. Ludzie trzy­mali je w spe­cjal­nych albu­mach.

– Chyba ni­gdy nie prze­stanę się dzi­wić ludz­kim zbo­cze­niom.

– Nie wiem, czy tak bym to nazwał. To miało sta­no­wić pocie­sze­nie, utrwa­lić wspo­mnie­nia.

– Może i pra­gnie ją zapa­mię­tać – mruk­nęła Eve – ale myślę, że tym razem przede wszyst­kim to on chce być zapa­mię­tany. Muszę jak naj­szyb­ciej mieć wyniki ana­liz tok­sy­ko­lo­gicz­nych.

– Tro­chę cier­pli­wo­ści, złotko. Już nie­długo.

– Nie wal­czyła albo nie była w sta­nie wal­czyć. Musiała go znać i zaufała mu albo została obez­wład­niona, a potem prze­niósł ją tam, gdzie chciał. – Wło­żyła foto­gra­fię z powro­tem do torby. – Albo już nie żyła, albo tam ją zabił. Wydaje mi się, że wła­śnie tam ją zamor­do­wał, opa­trzył ranę tak, żeby krew nie zapla­miła ubra­nia, potem ją upo­zo­wał i zro­bił zdję­cia. Następ­nie znowu ją prze­wiózł i umie­ścił ciało w pojem­niku na odpadki naprze­ciwko sklepu, w któ­rym pra­co­wała.

Zaczęła prze­cha­dzać się tam i z powro­tem.

– Tak więc jest bar­dzo praw­do­po­dobne, że jej mor­derca mieszka gdzieś w sąsiedz­twie. Widuje ją codzien­nie, dostaje obse­sji na jej punk­cie. Nie sek­su­al­nej, ale jed­nak obse­sji. Śle­dzi ją, robi zdję­cia. Przy­cho­dzi do sklepu, a ona nie zwraca na niego szcze­gól­nej uwagi. Jest uprzejma. Zapewne zna jego imię. Albo jest to ktoś ze stu­diów. Zna­joma twarz, ktoś, komu ona ufa. Może pro­po­nuje, że pod­wie­zie ją do domu albo na uczel­nię? Tak czy owak, jakoś ją dopada. Znała go – pod­su­mo­wała, patrząc na Rachel. – Tak jak on znał ją.

* * *

Nieco oprzy­tom­niaw­szy po przej­ściu przez komorę dezyn­fek­cyjną w kost­nicy, Eve zatrzy­mała się przed oka­za­łym domem, w któ­rym miesz­kała pro­fe­sor Brow­ning.

– Myśla­łam, że nauczy­ciele aka­de­miccy zara­biają mniej niż gliny – zauwa­żyła.

– Zajmę się spraw­dze­niem stanu jej finan­sów.

Eve wyszła z samo­chodu i natych­miast dostrze­gła śpie­szą­cego w jej stronę odźwier­nego.

– Oba­wiam się, że nie może pani zosta­wić tego tutaj.

– To służ­bowy samo­chód. A to – dodała, wyj­mu­jąc odznakę – jest poli­cyjna odznaka. Ponie­waż zamie­rzam wejść do środka w spra­wach służ­bowych, samo­chód zosta­nie tutaj.

– Nie­da­leko stąd jest par­king. Z przy­jem­no­ścią tam panią zapro­wa­dzę.

– Z przy­jem­no­ścią to pan otwo­rzy drzwi, wej­dzie ze mną do środka i poin­for­muje pro­fe­sor Brow­ning, że porucz­nik Dal­las z nowo­jor­skiego Depar­ta­mentu Poli­cji i Bez­pie­czeń­stwa ma zamiar z nią poroz­ma­wiać. A potem może pan sobie wyjść na zewnątrz i kie­ro­wać ludzi choćby i do samego dia­bła. Zro­zu­miano?

Wszystko wska­zy­wało na to, że tak, gdyż odźwierny wybrał kod domo­fonu.

– Gdyby pro­fe­sor Brow­ning pani ocze­ki­wała, był­bym o tym poin­for­mo­wany.

Był tak sztywny i nadęty, że Eve nie mogła powstrzy­mać się od uśmie­chu.

– Wie pan co? Mam w domu kogoś, kto bar­dzo przy­po­mina mi pana. Po pro­stu drugi egzem­plarz. Czyż­by­ście zało­żyli jakiś klub?

Prych­nął gniew­nie i zabęb­nił pal­cami w drzwi.

– Pani pro­fe­sor, tu Monty. Prze­pra­szam, że panią nie­po­koję, ale jest tu ze mną porucz­nik Dal­las. Chce coś wyja­śnić. Tak, pani pro­fe­sor – powie­dział do mikro­fonu. – Widzia­łem jej odznakę. Towa­rzy­szy jej druga poli­cjantka w mun­du­rze. Tak, oczy­wi­ście, pani pro­fe­sor.

Zwró­cił się w stronę Eve. Miał usta tak wąskie, że mógłby prze­ciąć nimi papier.

– Pro­fe­sor Brow­ning zgo­dziła się z paniami spo­tkać. Pro­szę udać się windą na czter­na­ste pię­tro. Ktoś będzie tam na panie ocze­ki­wał.

– Dzię­kuję, Monty. – Jak to się dzieje, że odźwierni zawsze mnie nie­na­wi­dzą? – zapy­tała Eve, kiedy szły z Peabady w stronę windy.

– Myślę, że wyczu­wają twoją pogardę, tak jak fero­mony. Gdy­byś powie­działa im, że jesteś żoną Roarke’a, oczy­wi­ście natych­miast padliby na kolana i zaczęli odda­wać ci hołdy.

– To już wolę, żeby się mnie bali i nie­na­wi­dzili. – Weszła do windy. – Czter­na­ste pię­tro – pole­ciła.

3

Winda otwo­rzyła się na czter­na­stym pię­trze, gdzie cze­kał już domowy android. Jego czarne włosy były zacze­sane do góry, a górną wargę zdo­bił ciemny wąsik. Miał na sobie dziwny strój w rodzaju tych, które Eve widy­wała na sta­rych nagra­niach wideo: czarny, o połach z przodu obcię­tych, a z tyłu wydłu­żo­nych. Znaj­du­jąca się pod nim koszula spra­wiała wra­że­nie sztyw­nej i była wprost nie­wia­ry­god­nie biała.

– Porucz­nik Dal­las i asy­stentka – ode­zwał się dono­śnym gło­sem z wyraź­nym bry­tyj­skim akcen­tem. – Czy mogłyby się panie wyle­gi­ty­mo­wać?

– Oczy­wi­ście. – Gdy Eve wycią­gnęła odznakę, mię­dzy oczami andro­ida prze­sko­czyła cienka czer­wona linia. – Jesteś sze­fem ochrony?

– Peł­nię bar­dzo wiele róż­nych funk­cji, pani porucz­nik. – Nie­znacz­nie się skło­niw­szy, podał jej odznakę. – Pro­szę za mną.

Cof­nął się, umoż­li­wia­jąc im wyj­ście z windy. Przed ich oczami roz­to­czyło się ogromne foyer z mar­mu­rową posadzką i lśnią­cymi antycz­nymi meblami, na któ­rych stały wazony z arty­stycz­nie uło­żo­nymi bukie­tami kwia­tów.

W tym olbrzy­mim pomiesz­cze­niu znaj­do­wał się rów­nież oka­zały posąg nagiej kobiety, z głową odrzu­coną do tyłu i dłońmi wsu­nię­tymi we włosy. U stóp rzeźby leżały kwiaty.

Na ścia­nach wisiały pięk­nie opra­wione obrazy, a także foto­gra­fie i dzieła mul­ti­me­dialne. Eve zauwa­żyła akty utrzy­mane w stylu roman­tycz­nym, z roz­pro­szo­nym świa­tłem i widocz­nymi w tle zasło­nami cien­kimi jak mgiełka.

Android otwo­rzył kolejne drzwi i wpro­wa­dził poli­cjantki do apar­ta­mentu.

Eve pomy­ślała, że nazwa apar­ta­ment jest eufe­mi­zmem na okre­śle­nie ogrom­nego miesz­ka­nia, peł­nego barw, kwia­tów i mięk­kich dra­pe­rii. Tutaj także na ścia­nach znaj­do­wało się wiele dzieł sztuki.

Patrząc na sze­ro­kie drzwi po pra­wej i lewej stro­nie, oraz jesz­cze jedne, pro­wa­dzące na kory­tarz bie­gnący wzdłuż pokoju, docho­dziła do wnio­sku, że Brow­ning i Bri­ght­star nie tylko miesz­kają na czter­na­stym pię­trze, ale wręcz sta­no­wią jego istotę.

– Pro­szę spo­cząć – ode­zwał się android. – Pro­fe­sor Brow­ning zaraz przyj­dzie. Czy mogę zapro­po­no­wać coś do picia?

– Nie, dzię­ku­jemy.

– Rodzinny mają­tek – powie­działa szep­tem Peabody, kiedy zostały same. – Obie nie mogą narze­kać na brak gotówki, ale nadziana jest przede wszyst­kim Bri­ght­star. No, nie tak jak Roarke, ale i ona śpi na pie­nią­dzach. Angela Bri­ght­star pocho­dzi z tych Bri­ght­starów z Bri­ght­star Gal­lery na Madi­son. Szpa­ner­skie miej­sce. Kie­dyś byłam tam z Char­le­sem na wer­ni­sażu.

Eve pode­szła do malo­wi­dła, na które skła­dały się barwne plamy i grudki farby.

– Jak to się dzieje, że ludzie nie malują już domów i tym podob­nych rze­czy? Cho­dzi mi o odwzo­ro­wa­nie rze­czywistości.

– Każdy ina­czej odbiera rze­czy­wi­stość.

Do pokoju wkro­czyła Leeanne Brow­ning. Słowo „weszła” byłoby tu zde­cy­do­wa­nie nie na miej­scu, pomy­ślała Eve. Kobieta, licząca ponad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, o buj­nych kształ­tach, ubrana w błysz­czącą sre­brzy­stą suk­nię, mogła jedy­nie wkra­czać.

Włosy opa­dały jej sło­neczną kaskadą aż do pasa. Miała przy tym nie­zwy­kle wyra­zi­stą twarz o sze­ro­kich ustach z cof­niętą górną wargą. Długi nos był leciutko zadarty, a sze­roko roz­sta­wione oczy pod­kre­ślał maki­jaż w żywym odcie­niu pur­pury.

Eve natych­miast roz­po­znała modelkę, która pozo­wała do bia­łej rzeźby w foyer.

– Pro­szę mi wyba­czyć mój wygląd. – Gospo­dyni uśmiech­nęła się jak kobieta, która dosko­nale zdaje sobie sprawę, że wywarła ogromne wra­że­nie na zgro­ma­dzo­nych. – Wła­śnie pozo­wa­łam mojej przy­ja­ciółce. Pro­po­nuję, żeby­śmy usia­dły, napiły się cze­goś zim­nego, a potem panie powie­dzą mi, co spro­wa­dza poli­cję w moje progi.

– Czy ma pani stu­dentkę Rachel Howard?

– Mam wielu stu­den­tów. – Usia­dła na sofie w kolo­rze soczy­stej czer­wieni płat­ków maku, z ostroż­no­ścią i pre­cy­zją dorów­nu­jącą aran­ża­cji dzieł sztuki na ścia­nach. – Ale tak – cią­gnęła – znam Rachel. Takich stu­den­tów łatwo się nie zapo­mina. Jest bar­dzo bystra i aż rwie się do nauki. Dosko­nale sobie radzi na moich zaję­ciach, mimo że wybrała je jako dodat­kowe.

Na jej twa­rzy poja­wił się uśmiech.

– Mam nadzieję, że nie ma żad­nych kło­po­tów. Cho­ciaż oso­bi­ście uwa­żam, że młoda dziew­czyna od czasu do czasu powinna wpa­dać w jakieś tara­paty.

– Nie­stety, ma bar­dzo duży kło­pot, pani pro­fe­sor. Nie żyje.

Uśmiech znik­nął z twa­rzy Leeanne. Wypro­sto­wała się.

– Nie żyje? Co się stało? Prze­cież to bar­dzo młoda osoba. Czyżby miała wypa­dek?

– Nie. Kiedy widziała ją pani po raz ostatni?

– Na zaję­ciach, wczo­raj wie­czo­rem. Boże, nie jestem w sta­nie zebrać myśli. – Przy­ło­żyła palce do skroni. – Rod­ney! Rod­ney, przy­nieś nam coś… coś zim­nego. Jest mi bar­dzo przy­kro to sły­szeć.

Porzu­ciła ton flirtu i pozę zado­wo­lo­nej z sie­bie kobiety. Opu­ściła rękę, a po chwili unio­sła ją w geście bez­rad­no­ści.

– Nie mogę w to uwie­rzyć, naprawdę nie mogę. Są panie pewne, że cho­dzi o Rachel Howard?

– Tak. Co panią z nią łączyło?

– Była stu­dentką. Widy­wa­łam ją raz w tygo­dniu, uczęsz­czała też na warsz­taty, które pro­wa­dzę w dru­gie soboty mie­siąca. Lubi­łam ją. Była, jak już powie­dzia­łam, zdolna i chętna do nauki. Młoda, ładna dziew­czyna, która miała życie przed sobą. W kam­pu­sie widuje się ich całe mro­wie każ­dego roku, ale Rachel wyróż­niała się zdol­no­ściami, była pełna zapału i rado­ści życia. Boże, to straszne. Czy to był napad? Jej chło­pak?

– Miała chło­paka?

– Nie wiem. W ogóle nie­wiele wiem na temat jej pry­wat­nego życia. Przy­po­mi­nam sobie teraz, że kie­dyś po zaję­ciach przy­je­chał po nią jakiś młody męż­czy­zna. Czę­sto była oto­czona przy­ja­ciółmi. Była typem osoby, która przy­ciąga ludzi. Parę razy widzia­łam ją też w kam­pu­sie z innym chło­pa­kiem. Zapa­mię­ta­łam to, gdyż tak pięk­nie razem wyglą­dali. Mogli być żywą ilu­stra­cją hasła „Mło­dzi przy­szło­ścią Ame­ryki”. Dzię­kuję, Rod­ney – zwró­ciła się do andro­ida, który posta­wił na sto­liku tacę z trzema szklan­kami musu­ją­cego różo­wego napoju.

– Czy ma jesz­cze pani dla mnie jakieś pole­ce­nia?

– Tak, powiedz pani Bri­ght­star, że chcia­ła­bym się z nią zoba­czyć.

– Tak jest.

– Czy może wspo­mi­nała kogoś o imie­niu Diego?

– Nie. Naprawdę, nie zwie­rzała mi się ze swo­ich spraw. Była dla mnie tylko stu­dentką, którą dobrze zapa­mię­ta­łam ze względu na jej wygląd i ema­nu­jącą z niej radość życia. Nie mam poję­cia, co robiła poza zaję­ciami.

– Pani pro­fe­sor, czy mogłaby mi pani powie­dzieć, co robiła pani wczo­raj wie­czo­rem po zaję­ciach?

Po chwili waha­nia pro­fe­sor Brow­ning wes­tchnęła z rezy­gna­cją.

– Przy­pusz­czam, że musi pani zadać to pyta­nie. – Unio­sła szklankę. – Po zaję­ciach poszłam pro­sto do domu, tak że przy­szłam tu jakieś dwa­dzie­ścia po dzie­wią­tej. Razem z Angie zja­dły­śmy późną kola­cję, roz­ma­wia­ły­śmy o pracy. Nie mam dzi­siaj zajęć, więc sie­dzia­ły­śmy do pierw­szej w nocy. Słu­cha­ły­śmy muzyki, kocha­ły­śmy się, potem poszły­śmy spać. Dzi­siaj wsta­ły­śmy dopiero około dzie­sią­tej. Żadna z nas jesz­cze nie wycho­dziła z domu. Jest potworny upał, a Angie pra­cuje w swoim stu­diu.

Poru­szyła się i wycią­gnęła rękę, widząc wcho­dzącą do pokoju Angelę Bri­ght­star. Współ­miesz­kanka miała na sobie nie­bie­ski far­tuch do pół łydki, poma­zany far­bami we wszyst­kich moż­li­wych kolo­rach. Burza krę­co­nych wło­sów w kolo­rze wina była zwią­zana na czubku głowy szarfą, któ­rej końce opa­dały na plecy.

Angela Bri­ght­star miała twarz o deli­kat­nych rysach, różowe usteczka lalki i zamglone szare oczy. Drobna figurka wyda­wała się jakby zagu­biona w ogrom­nym, wor­ko­wa­tym far­tu­chu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki