Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Najbardziej boli, gdy pękają więzi budowane przez całe życie…
Po wojennych zawirowaniach i trudnych czasach rządów Mussoliniego w niewielkiej miejscowości Villasanta w Lombardii w końcu nastaje czas dobrobytu. Il miracolo economico, czyli włoski cud gospodarczy lat 50., sprawia, że ulice tętnią życiem, a z telewizorów płyną piosenki zwycięzców festiwalu w San Remo. Jednak zza drzwi piekarni Consonnich dochodzi nie tylko zapach chleba – można też wyczuć napięcie i narastające konflikty.
Dorosło trzecie pokolenie rodziny. Rodzeństwo Francesco i Maria próbuje wspólnie prowadzić piekarnię. Oboje kochająto miejsce, jednak ich odmienne temperamenty i trudne doświadczenia są źródłem coraz liczniejszych nieporozumień. Czy miłość do piekarni i przywiązanie do tradycji okażą się wystarczające, by ocalić rodzinny interes?
Popołudnia jak gorzka czekolada to trzeci tom sagi opartej na prawdziwej historii rodziny Consonni, której losy połączyły się z Polską.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 301
Data ważności licencji: 6/30/2031
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt serii i okładkiNATALIA TWARDY
Fotografie na okładceObsessively/Adobe StockSelene Studio/Adobe StockMas/Adobe StockPixelSquid360/Envato Elements
Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC
Opieka redakcyjnaANNA HEINE
RedakcjaCELINA RYMSZA
KorektaANNA KURZYCA
Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Polish edition © Sabina Waszut, Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved.
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7136-8
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Se io facessi il fornaio, vorrei cuocere il pane
così grande da sfamare tutta, tutta la gente
che non ha da mangiare.
Un pane più grande del sole, dorato, profumato come le viole.
Un pane così verrebbero a mangiarlo dall’India e dal Chili
i poveri, i bambini, i vecchietti e gli uccellini.
Sarà una data da studiare a memoria: un giorno senza fame!
Il più bel giorno di tutta la storia1.
Il pane, Gianni Rodari
– Cecchino, Cecchino, gdzie ty się podziewasz?!
Donośny i wyraźnie zniecierpliwiony głos siostry sprawił, że Francesco drgnął nerwowo. Nie był pewien, czy Maria woła go po raz pierwszy, czy też szuka go już od jakiegoś czasu. Gdy skupiał się na swojej pracy, tracił czasem kontakt z tym, co go otaczało. Tak jakby świat poza nim przestawał istnieć.
– Tu jesteś! – usłyszał za plecami kobiecy głos. – Dlaczego się nie odzywasz?!
Nim się odwrócił, dobrze wiedział, z czym przyjdzie mu się mierzyć. Powoli, z pewnym ociąganiem wyprostował plecy i rozluźnił napięte mięśnie ramion. Jeszcze raz zerknął na leżące na stole kawałki ciasta, które pod jego sprawnymi palcami coraz bardziej przypominały małe wielbłądy. Za kilka dni, w święto Trzech Króli, będą się nimi zajadały dzieci z Villasanty i okolic.
– Robię cammelli di Varese2 – odpowiedział przepraszającym tonem, kiedy w końcu spojrzał na siostrę.
Tak jak podejrzewał, Maria stała zdecydowanie zbyt blisko niego, z rękoma opartymi na biodrach. Nawet gdy się nie poruszała i nic nie mówiła, jej spięte w luźny kok włosy przypominające sprężynki unosiły się i opadały, jakby były nieustannie smagane przez niewyczuwalne dla innych podmuchy. Francesco lubił myśleć, że to jego siostra jest wiatrem i trzeba bardzo uważać, aby ten delikatny niczym wiejący nad Gardą ora nie zmienił się w jednej chwili w gwałtowny i niebezpieczny huragan.
Maria cmoknęła niezadowolona i również spojrzała na drewniany blat z poukładanymi w rzędy wielbłądami.
– Nie tym powinieneś się teraz zajmować. Mamy chłopców do pomocy, oni spokojnie mogą wykonać to monotonne zajęcie.
– Ale ja to lubię – zapewnił Francesco, choć przypuszczał, że to i tak niewiele będzie jego siostrę obchodziło.
Jeśli wymyśliła dla niego inną pracę, nie wywinie się. Będzie musiał umyć dłonie, ściągnąć fartuch i zrobić to, co za moment ona mu poleci.
– Cecchino... – Maria odezwała się głosem, jakim przemawiało się do dzieci, które nie mają jeszcze pojęcia, co jest dla nich dobre, a co nie. – Powinieneś iść do biura i pomóc ojcu w przygotowywaniu zamówień. Po świętach i Nowym Roku wielu towarów nam brakuje. Trzeba jak najprędzej pojechać do Mediolanu i Monzy, by wszystko uzupełnić.
Francesco powiódł wzrokiem po pojawiających się w jego wyobraźni półkach magazynu. Były zapełnione towarem. Uzupełnienie zapasów mogło trochę poczekać – to przygotowanie odpowiedniej liczby ciasteczek na zbliżające się święto było teraz priorytetem. Wbrew temu, co sądziła Maria, tworzenie maleńkich wielbłądów wcale nie było proste i z pewnością wymagało pewnej wprawy. Figurki musiały być idealne, wszak według legendy symbolizowały zwierzęta, na których Trzej Królowie, podążając za gwiazdą, jechali, aby oddać cześć Jezusowi.
Francesco, mimo odmiennego zdania, w normalnych okolicznościach nie odważyłby się przeciwstawić siostrze albo choć podjąć z nią dyskusji. Sprzeczka z Marią była ostatnią rzeczą, na którą miał ochotę. Dziś jednak jedno jej słowo zirytowało go na tyle mocno, że zdecydował się na konfrontację. Zmrużył oczy i wziął głęboki oddech.
– Jesteś ostatnią osobą w domu, która mówi do mnie Cecchino. Mario, ja mam dwadzieścia sześć lat, czy możesz w końcu przestać zdrabniać moje imię? Jestem Francesco i chcę z dumą nosić imię naszego dziadka.
Kobieta otworzyła usta, ale natychmiast je zamknęła. Widać było, że słowa brata, a raczej jego stanowczy ton ją zaskoczyły. Consonni zupełnie się temu nie dziwił. Niezwykle rzadko czemuś się sprzeciwiał albo przeciwko czemuś buntował. Wiedział, że zarówno wśród rodziny, jak i sąsiadów czy klientów piekarni „Cecca. La Panetteria” miał opinię małomównego i spokojnego człowieka, który nikomu nie wchodzi w drogę, ale za to chętnie służy pomocą i pracuje za dwóch. Maria stanowiła jego przeciwieństwo pod wieloma względami. Nie przeszkadzało mu, że to siostra dominowała i powoli przejmowała zarządzanie firmą. Ojciec też zdawał się to w pełni akceptować. Francesco jednak znał swoją wartość, a przede wszystkim był niezwykle dumny z noszonego imienia, które otrzymał po zmarłym przed dziewięciu laty dziadku. To Francesco Consonni senior wraz z babką Ceccą założyli piekarnię w La Sancie, a ich wnuk wierzył, że oboje wciąż czuwają nad tym miejscem.
Twarz wpatrującej się w niego Marii zaczęła zmieniać wyraz. Zaciętość się rozpłynęła, by ustąpić miejsca pewnemu rozczuleniu.
Siostra – tak jak i on – wciąż tęskniła za nonną Decio i nonno Consonnim. To dziadkowie mieli dla nich więcej czasu i cierpliwości niżeli zapracowani rodzice i to oni nauczyli ich miłości do chleba oraz szacunku dla piekarni. Lekcje przyniosły efekt, bo rodzeństwo czuło się niezwykle silnie związane z rodzinnym interesem.
– Dobrze, Francesco – zgodziła się Maria. – Zapomnijmy o Cecchino, ale teraz poproś chłopców, aby to dokończyli, a ty idź do biura i zrób z ojcem zamówienia – powiedziała łagodnie i zbliżywszy się jeszcze bardziej do brata, pocałowała go w policzek.
Francesco wiedział, że chce go tym gestem udobruchać. Niepotrzebnie, bo już nie był zły. Wbrew pozorom oboje byli naprawdę oddanym sobie rodzeństwem i wspierali się nawzajem, choć Marii z całą pewnością nie można było zaliczyć do kobiet uległych i o łagodnym charakterze. Ale czy którąkolwiek z przedstawicielek płci pięknej w jego rodzinie można za taką uznać? Raczej nie. No, może z wyjątkiem cioci Idy.
Mężczyzna sądził, że akurat w przypadku Marii to ojciec i ciotka Rachele, którzy już od wczesnego dzieciństwa zabierali dziewczynkę na zawody w Monzie, zaszczepili w niej potrzebę rywalizacji i walki. A ta w przypadku siostry nie objawiła się chęcią uczestnictwa w rajdach i wyścigach samochodowych, lecz pragnieniem zarządzania rodzinnym interesem i potrzebą bycia lepszą od coraz liczniejszej konkurencji. Jak dotąd się jej to udawało – z pomocą wciąż zaangażowanych rodziców.
Francesco dobrze znał siostrę – wszak całe dzieciństwo i czas dorastania spędzili w swoim towarzystwie – i nie miał wątpliwości, że cechująca Marię powściągliwość w okazywaniu uczuć wynikała nie tylko z charakteru, ale również z doświadczenia bolesnej straty. Niestety wojna, która zakończyła się już pięć lat temu, nadal rzucała ponure cienie i czasem trudno było przez nie ujrzeć słońce czy piękną i spokojną przyszłość. Chłopak, dla którego jego siostra być może skłonna była rozpocząć nowe życie – nawet z dala od Villasanty – zginął w marcu 1945 roku, kiedy walczył w partyzantce. Nie była to zresztą jedyna śmierć, jaką musiała opłakiwać rodzina. Ofiarą tej piekielnej wojny, której naród włoski nie chciał, był też mąż Idy. Mężczyzna został zabity w Grecji, gdzie – jak to zawsze powtarzała matka – zmuszony był przedzierać się przez góry w butach o tekturowych podeszwach, bo tylko takimi dysponowało włoskie wojsko.
– Jutro jest targ w Mediolanie, pamiętasz? – odezwała się ponownie Maria, już naturalnym, nieco władczym tonem. – Mam nadzieję, że do tej pory uda wam się spisać braki. To ważne. Naprawdę.
Francesco kiwnął głową i ostatni raz spojrzał na rzędy wielbłądów z ciasta, których tworzenie przynosiło mu tyle satysfakcji. Nim podążył do wciśniętego w kąt piekarni biura, podszedł jeszcze do chłopców, których rodzina Consonni zatrudniała do pomocy w sezonach wymagających większej liczby rąk do pracy. Jednym z tych ostatnich był okres Bożego Narodzenia, zaczynający się w dniu, w którym ojciec ogłaszał rozpoczęcie wypieku panettone, a kończący się po święcie Trzech Króli.
Francesco powątpiewał w to, że wielbłądy wykonane przez jednego z tych dzieciaków będą ładne i kształtne, ale uznał, że tych zrobionych przez niego jest już dostatecznie dużo. Kilkadziesiąt nierównych garbów nie było warte sprzeczki z siostrą.
Gdy w końcu wszedł do biura, zastał w nim nie tylko ojca, ale również matkę. Carolina Vigano spojrzała na niego pytająco, ale też z pewnym niepokojem.
– Maria uznała, że powinienem pomóc ojcu – powiedział. Czuł, że potwierdza jej domysły. – Uważa, że jeśli jutro nie pojadę na targ i nie złożę zamówienia, piekarnia będzie musiała zostać zamknięta – dodał, przewracając oczami.
Miał nadzieję, że tym gestem obróci wszystko w żart. Wiedział, że matka jako jedyna nie akceptuje władczego zachowania Marii.
– Jeśli byłeś zajęty czymś innym, powinieneś jej to powiedzieć! – skomentowała. – Zarówno ty, jak i ojciec zanadto jej pobłażacie. Nic dobrego z tego nie wyniknie.
Spojrzała na pochylonego nad papierami męża, ale ten jedynie lekko wzruszył ramionami.
Francesco zdawał sobie sprawę, że to nie konserwatywne poglądy co do roli kobiet są przyczyną niezadowolenia matki z poczynań córki. Choć Carolina Vigano pozostawała nieco w cieniu męża, w młodości wielokrotnie udowodniła, jak bardzo jest silna i niezależna. Podczas Wielkiej Wojny pracowała jako sanitariuszka nad rzeką Isonzo, gdzie otruto żołnierzy gazami bojowymi, potem odrzuciła zaloty mężczyzny, który uznał, że dziewczyna, chcąc tego czy nie, zostanie jego żoną, a następnie wyjechała z rodzinnego domu, aby zacząć pracę w mediolańskim szpitalu. Jeszcze później poślubiła ojca – z miłości, nie z obowiązku. Carolinę Vigano nigdy też nie oburzało zachowanie ciotki Rachele, która zrobiła licencję na prowadzenie samochodu i jako pierwsza kobieta w Villasancie nosiła spodnie. Jej krytyka wobec zachowania Marii wynikała wyłącznie z troski. Matka pewnie zdawała sobie sprawę, że stanowczy charakter córki zaczyna być powodem plotek w miasteczku, bo dziewczynie zdarzało się odezwać ostro nie tylko do Francesca, ale także do tymczasowo zatrudnianych pracowników, a kilkakrotnie nawet do nieuprzejmych klientów. A choć czasy się zmieniły, większość włoskich mężczyzn nadal nie potrafiła zaakceptować władczych kobiet. Na wydawanie im poleceń pozwalali wyłącznie swoim matkom.
Członkowie rodziny Consonni, a szczególnie Carolina, wiedzieli doskonale, że w tak małej społeczności jak ta, w jakiej żyli, przychylność i sympatia innych jest niezbędna, aby przetrwać.
Nim uniósł głowę znad poduszki, przekręcił nią nieco w lewo, aby spojrzeć na śpiącą obok Carolinę. Uśmiechnął się bezwiednie, licząc w myślach, od ilu to już lat pierwsze, co widzi po przebudzeniu, to twarz żony, otulona nikłym światłem ulicznej latarni. Przez chwilę wpatrywał się w drobne zmarszczki w kącikach jej zamkniętych oczu i niewielkie przebarwienia na policzkach. Czas był dla Caroliny łagodny, jednak każdy rok ciężkiej pracy pozostawiał jakieś ślady. Oboje się zmieniali, oboje się starzeli. To jednak go zupełnie nie martwiło. W kobiecie, która zgodziła się zostać jego żoną, nadal widział jedynie piękno, a co ważniejsze – na śpiącym obliczu ukochanej dostrzegał też spokój. Serce przyspieszyło mu z radości. To, że potrafił zapewnić żonie poczucie bezpieczeństwa, że codziennie, mimo przeróżnych większych i mniejszych trosk, mógł patrzeć na jej uśmiech, było największym darem, jaki zesłał mu los. Czuł dumę, że sprostał zadaniu, które kiedyś przed sobą postawił, i zapewnił ukochanej dobre życie.
Usiadł ostrożnie na łóżku i zsunął stopy na deski podłogi. Przez chwilę zastygł nienaturalnie wygięty, czekając, aż minie poranne zesztywnienie i uczucie napięcia gdzieś w dole brzucha, co uznawał za kiepski benefit, otrzymany za lata wyrabiania ton ciasta i dźwigania ciężkich worków z mąką.
– Już wstajesz? – usłyszał za plecami zaspany głos Caroliny. – Która godzina? Mam wrażenie, że zasnęłam ledwie pięć minut temu. – Cichutko westchnęła.
Nino wiedział, że żona cierpi od jakiegoś czasu na bezsenność, a upragniony odpoczynek przychodzi często tuż przed świtem. Zioła przepisane przez lekarza nieco łagodziły przykrą przypadłość, ale czasem i one nie pomagały. Na szczęście, odkąd to Maria zaczęła prowadzić sklep – i radziła sobie z tym doskonale – Carolina mogła wstawać nieco później i łapać choć kilka godzin porannego snu.
– Jest trzecia – odpowiedział. – Francesco też już jest na nogach. Strasznie czymś szura, pewnie znów o coś się potknął. – Zaśmiał się cicho.
Carolina ziewnęła i lekko podciągnęła się na poduszkach. Przez chwilę nasłuchiwała, ale z maleńkiego mieszkanka poniżej, które od pewnego czasu zajmował ich syn, nie dochodziły już żadne dźwięki.
– On wiecznie chodzi zamyślony – stwierdziła nieco strapiona. – Jakby żył w innym świecie.
Nino wzruszył ramionami.
– Taki po prostu jest. Ale przy tym to doskonały pracownik i dobry człowiek. No i ma talent do tworzenia pięknych rzeczy. Rachele i Leo wiele go nauczyli.
Kobieta skinęła głową, ale Nino dobrze wiedział, że niewyspaną żoną zawładnął niepokój. Jak każda matka zanadto troszczyła się o swoje dzieci. A fakt, że żadne z nich nie znalazło sobie jeszcze życiowego partnera, było głównym jej zmartwieniem.
Consonni bez chwili namysłu ponownie położył się obok żony i przyciągnął ją do siebie. Na szczęście dziś znał sposób, aby ją pocieszyć.
– Właściwy człowiek zawsze przychodzi we właściwym czasie: ani za wcześnie, ani za późno – powiedział.
Carolina spojrzała na niego zaskoczona, ale też odrobinę zakłopotana tym, że z taką łatwością czyta w jej myślach. On udał, że tego nie dostrzega.
– Wuj Alessandro jest tego najlepszym przykładem – kontynuował, a potem sięgnął jedną ręką do nocnego stolika, na którym leżał otrzymany wczoraj list, i choć Carolina również go czytała, uznał, że teraz mogą zrobić to ponownie. Włączył nocną lampkę i założył okulary, których używał tylko wówczas, gdy nikt spoza rodziny go nie widział.
Brugia, marzec 1950
Moi najmilsi, przede wszystkim dziękuję Wam za ostatni list i życzenia. Nie wiem, czy siedemdziesiąte siódme urodziny powinno się jeszcze obchodzić, ale przesłane przez Was smakołyki zjadamy z ogromną przyjemnością. Gdyby nie Monique, pewnie nic by już z Waszej paczki nie pozostało, bo to ta cudowna kobieta uznała, że nadmiar słodyczy mi szkodzi, więc wydziela mi tylko po jednym baci di dama3dziennie. Wyobrażacie to sobie?! A mówi się, że Belgowie kochają słodycze i słyną z najlepszej czekolady. Swoją drogą, nie mam pojęcia, jak to się stało, że stary, zagorzały rewolucjonista jest skłonny we wszystkim ulegać takiej młódce. Cóż, muszę przyznać, że Monique ma nade mną większą władzę niż wszyscy włoscy carabinieri razem wzięci.
Twoja matka, Nino, wiecznie nakłaniała mnie do małżeństwa, ale chyba nie przypuszczała, że wpadnę w nie po same uszy, a co więcej, że będzie mi w nim aż tak dobrze. Nigdy bym nie przypuszczał, że miłość do kobiety dopadnie mnie w starczym wieku, i to w miejscu, do którego jechałem z tak ogromnym rozżaleniem i poczuciem straty. Cóż, los płata nam różne psikusy.
Nino przerwał na moment. Mimo że z natury raczej nie był sentymentalny, teraz w jego wspomnieniach pojawił się dzień, w którym Alessandro wyjeżdżał do Belgii z przeświadczeniem, na szczęście mylnym, że do Włoch nigdy nie wróci.
W niemłodym już mężczyźnie znów zagotowała się krew, gdy w 1924 roku w tajemniczych okolicznościach został zamordowany Giacomo Matteotti, lider Zjednoczonej Partii Socjalistycznej, i natychmiast pojawiły się potwierdzone później przypuszczenia, że zabójstwa dokonali ludzie z najbliższego kręgu Mussoliniego, bo Matteotti w swojej książce Zdemaskowani faszyści: rok faszystowskiej dominacji bardzo ostro i otwarcie skrytykował rządy Duce. Alessandro ponownie dołączył wówczas do buntowników, którzy zaczęli wychodzić na ulice i publicznie domagać się przywrócenia rządów konstytucyjnych. Mussolini odpowiedział na te protesty nasileniem terroru. Napady, pobicia, a nawet morderstwa opozycjonistów stały się codziennością. W 1926 roku Alessandro trafił do więzienia. Kiedy wyszedł, okazało się, że o dalszych działaniach przeciwko Mussoliniemu nie ma już mowy, bo Duce zdążył podporządkować sobie Włochów. Ludzi fascynowały jego gestykulacja i soczyste przemówienia. Zdecydowany i stanowczy budził zaufanie. Szybko zapomniano, że do władzy doszedł po trupach. I to bez przenośni. Wielu przyjaciół Alessandra w poczuciu klęski i bezradności wyjechało z Włoch. On sam zaś, choć przez większość czasu się ukrywał, pozostał.
Nino był pewien, że zrobił tak, ponieważ chciał być blisko ukochanej kuzynki, której stan zdrowia pogarszał się z roku na rok. Gdy w 1934 roku Ernesta Decio zmarła, Alessandro zdecydował się na opuszczenie kraju. Wybór padł na Belgię.
Giovanni, mimo upływających lat, wciąż dobrze pamiętał ich ostatnie spotkanie. Siedzieli przy kuchennym stole, tym samym, który należał jeszcze do Giuseppego, piekarza z nieistniejącej już kolonii robotniczej nad jeziorem Como. Milczący Alessandro zdawał się zupełnie pokonany, a Nino po raz pierwszy zobaczył w nim starego człowieka.
Przez kilka kolejnych lat Alessandro nie kontaktował się z rodziną. Nie wiedzieli, gdzie przebywa i czy w ogóle żyje. Mimo starań nie zdołali powiadomić go o śmierci Francesca, który zmarł sześć lat po swojej żonie, w maju 1940 roku. Potem i do nich dotarła straszna wojna, a dwa lata po jej zakończeniu, pewnego zupełnie zwyczajnego dnia, do drzwi domu przy Via Confalonieri zapukał listonosz z przesyłką od Alessandra. Już sam fakt, że wuj odezwał się po takim czasie, był wielkim zaskoczeniem, ale to dopiero zawarta w liście wiadomość wprawiła czytających w takie osłupienie, że długo nie mogli się otrząsnąć. Mężczyzna napisał bowiem, że planuje się ożenić, a na ślub zaprasza wszystkich, którzy będą mogli przyjechać do Brugii, gdzie mieszka. Nie da się ukryć, że euforia, która wówczas ogarnęła członków rodziny, była ogromna.
I tak w wieku siedemdziesięciu czterech lat Alessandro znalazł swoją drugą połowę. Wybranką jego serca była o dziesięć lat młodsza Monique – Belgijka prowadząca sklepik z koronką brugijską, wdowa i matka dwóch synów.
Nino ponownie powiódł oczami po nadzwyczaj starannie zapisanych zdaniach.
Oczywiście nieustannie planujemy do Was przyjechać. Podczas „podróży poślubnej” do Italii moja Monique pokochała naszą cudowną krainę, ale w moim wieku coraz trudniej już się zdobyć na taki wysiłek, więc może wcześniej to ktoś z Was ponownie przyjedzie z wizytą. Odwiedziny Idy sprawiły nam niebywałą radość i nadal często wspominamy tamte dni. Wiem, że Belgia to nie Italia, ale i ona ma swój urok, który zdążyłem odkryć. Tak, za ten kraj też mógłbym nadstawić karku, gdyby jeszcze ktoś tego ode mnie zażądał.
Pozostańcie wszyscy w dobrym zdrowiu.
Alessandro Decio
Nino doczytał list do końca, a potem włożył go starannie do koperty i znów przytulił żonę.
– Szkoda, że Ernesta nie doczekała ożenku Alessandra – zadumała się Carolina. – Ona bardzo mu kibicowała.
– Szkoda – przyznał Nino. – Matka całe życie martwiła się o wuja. Ja go podziwiałem za odwagę i determinację. Nawet jego pobyty w więzieniu wydawały mi się powodem do dumy, a ona chciała tylko, aby zaznał spokojnego życia.
– I tak się stało. Kto by pomyślał, że tak daleko. Widocznie Włoszki nie były dla niego.
Zaśmiali się. Byli już zupełnie rozbudzeni. Francesco cieszył się, że Carolinie powrócił dobry nastrój. Teraz mógł spokojnie zejść do piekarni.
Od kilku dni zaczęli sprzedawać nowy rodzaj pieczywa. Chleb o nazwie montasu pochodził z Padwy, ale po wojnie zyskiwał coraz większą popularność również w okolicach Mediolanu. Oprócz mąki pszennej i drożdży dodawano do ciasta smalec, a następnie formowano z niego niewielkie półksiężyce. I choć Francesco doskonale wiedział, co robić, bo to on pierwszy wypróbował zdobyty przepis, Nino czuł, że jego obowiązkiem jest doglądać każdego nowego produktu sprzedawanego pod szyldem „Cecca. La Panetteria”.
Miał nadzieję, że po jego wyjściu, gdy w mieszkaniu na poddaszu zapanuje spokój, Carolina zdoła jeszcze zmrużyć oczy. On – w przeciwieństwie do żony – nie przejmował się, że ich dzieci nie założyły dotąd własnych rodzin. Maria i Francesco mieli na to czas, a on cieszył się teraz każdym dniem, kiedy wspólnie, ramię w ramię, prowadzili rodzinną piekarnię.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Gdybym był piekarzem, chciałbym upiec chleb tak wielki,że mógłbym nakarmić wszystkich, wszystkich ludzi,którzy nie mają co jeść.Bochenek większy niż słońce, złoty, pachnący jak fiołki.Taki chleb jedliby biedni z Indii i Chile,dzieci, starcy i małe ptaszki.To byłaby data do zapamiętania: dzień bez głodu!Najpiękniejszy dzień w historii. (tłum. własne autorki) ↩
2 Cammelli di Varese (wł.) – wielbłądy z Varese. Według lokalnych podań relikwie Trzech Króli, skradzione przez Fryderyka Barbarossę z kościoła Sant'Eustorgio w Mediolanie, w drodze do Niemiec zostały przywiezione do Varese, do arcybiskupa Kolonii, który właśnie tam się zatrzymał. ↩
3 Przepis na końcu książki. ↩
Druga szansa na pierwszą miłość. Poruszająca historia miłosna i dramat sądowy w jednym
Najgłośniejszy włoski debiut ostatnich lat! Saga rodzinna o kobietach, które zawalczyły o swoje szczęście w świecie zdominowanym przez mężczyzn
Przejmująca opowieść o życiu Catheriny, dziewczyny z górskiej wioski
