Pokochaj albo zabij - Weronika Ancerowicz - ebook + audiobook
BESTSELLER

Pokochaj albo zabij ebook i audiobook

Weronika Ancerowicz

4,5

79 osób interesuje się tą książką

Opis

Czasem największe potwory nie skrywają się pod łóżkiem, tylko śpią tuż obok.

Isabelle Rodriguez od dziecka była przygotowywana do roli, którą wyznaczył jej ojciec. Jako córka mafiosa musiała wcześniej czy później zacząć działać na rzecz rodziny. Więc kiedy kończy dwadzieścia jeden lat i otrzymuje pierwsze poważne zadanie, jest wniebowzięta.

 

Jej ambitny, bardzo potężny ojciec chce poszerzyć wpływy o Nowy Jork. Isabelle musi rozpracować całe podziemie narkotykowe w mieście. W końcu odkrywa sieć dilerów i trafia na ważny trop, który prowadzi do klubu „Rising Sun”. Kobieta czuje, że właśnie w tym miejscu znajdzie odpowiedzi dla swojego ojca.

 

Przez przypadek poznaje tam tajemniczego mężczyznę. Nieznajomy ją fascynuje, więc postanawia się do niego zbliżyć. Isabelle podejrzewa, że może on mieć coś wspólnego z mafijnym rynkiem narkotykowym.

 

Alessandro Salvatore szybko udowodni Isabelle, że życie, jakie do tej pory znała, wcale nie było trudne. I pokaże, jak bardzo się myliła, nie dostrzegając w mężczyźnie niebezpieczeństwa oraz jego mrocznej natury.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 510

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 56 min

Lektor: Weronika Ancerowicz

Oceny
4,5 (701 ocen)
481
135
66
13
6
Sortuj według:
rozaliaax33

Nie oderwiesz się od lektury

Powiem tyle wow zakończenie złamało mi serce
120
owczarek6

Nie oderwiesz się od lektury

Szkoda że taki koniec, bez happy endu… nie tego przyzwyczaiły mnie inne książki tego typu… Tyle emocji, tyle pasji a po przeczytaniu pozostaje tylko uczucie smutku. Rzadko się to zdarza. No cóż, nie zawsze jest miłość i szczęście. Zycie ma gorzko-słodki smak.
123
Flajszman81

Całkiem niezła

świetna, jedynie zakończenie mnie rozczarowało, niedosyt pozostał
ania83sosnowiec

Nie oderwiesz się od lektury

Zapraszam na recenzję debiutu @weronika_ancerowicz "Pokochaj albo zabij". Mafia. Znowu mafia. Wszędzie mafia. Kochani, jak wiadomo książkowy rynek mafią i erotykami stoi. Nuda. Ileż można czytać to samo?! Ostatnio powiedziałam sobie, że koniec z erotykami mafijnymi. Coś mnie podkusiło i postanowiłam przeczytać na @czytamzlegimi debiutancką książkę @weronika_ancerowicz. I napiszę w skrócie. Jakie to było dobre. Niczym ciastko z najlepszej cukierni. Nie spodziewajcie się słodko pierdzącej opowieści rodem z taniego romansidła. To dobra, ba, bardzo dobra książka obyczajowa, sensacyjno kryminalna z elementami manipulacji. To manipulacja i wątek sensacyjny robią tu fenomenalną robotę. Czegoś takiego jeszcze nie było. Do tego bohaterowie, którzy zostali wykreowani w szczególny sposób. To nie są słabe charaktery, mające fiu-bździu w głowie a ich głównym życiowym zajęciem jest zabijanie i seks. To nie tutaj i bardzo dobrze. Ogromny plus za nie schematyczną fabułę. Początkowo niby banalna zwycz...
80
Asienka1207

Nie oderwiesz się od lektury

Tak się robi 😭 zerwalam noc aby ją przeczytać i mam taki niedosyt, że aż boli 😝 Mam ogromną nadzieję, że druga część będzie kontynuacją Belli 😍
80

Popularność




Copyright ©

Weronika Ancerowicz

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2022

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

All rights reserved

Redakcja:

Alicja Chybińska

Korekta:

Anna Adamczyk

Edyta Giersz

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8178-819-9

Prolog

5 lat

Od rana wszyscy byli jacyś dziwni, a w dodatku nigdzie nie mogłam znaleźć mamy. W końcu zostałam sama w domu ze znajomymi taty. Byli to duzi panowie. Każdy miał pistolet i taką śmieszną sprężynkę w uchu. Od zawsze gdzieś się kręcili, czasami nawet bawiliśmy się razem w bijatyki. Pokazywali mi też, jak mam bronić się przed moim starszym bratem. Teraz jednak byli spięci i milczący. Cały czas pytałam ich o to, gdzie jest tato, mój brat i co się stało z mamą. Nikt mi jednak nie odpowiadał.

7 lat

Byłam dzisiaj z tatą na strzelnicy. Pokazywał mi, jak obchodzić się z bronią. Była strasznie ciężka. W dodatku po każdym wystrzale odrzucało mnie do tyłu. Tato kazał mi dużo ćwiczyć.

10 lat

Wróciłam z treningu Vale Tudo i od razu poszłam do gabinetu taty. Powiedział, że od dzisiaj wszystko w moim życiu się zmieni. Uznał, że jestem na tyle dorosła, że mogę pomagać w rodzinnym interesie. Nie mogłam się doczekać.

14 lat

Odsunęłam krzaki i wpatrzyłam się w ciemną dziuplę w drzewie. Włożyłam rękę do dziury i wymacałam plik banknotów. Wyciągnęłam je i wsadziłam do swojego szkolnego plecaka, po czym sięgnęłam do torby sportowej i stamtąd wydobyłam ciemne paczuszki. Wsadziłam je do dziupli i ułożyłam na niej suchą trawę. Wstałam z klęczek, otrzepałam spodnie i udałam się do domu.

17 lat

– Jak stoją sprawy, Isabelle?

– Fabrykanci zmienili recepturę, tak jak kazałeś. Roznosiciele czekają na sygnał. Po klubach są już porozsyłane informacje o nowym produkcie. Miasto czyste, tylko my działamy. Problem sprzed miesiąca się nie powtórzył.

– Tak trzymać. Cieszę się, że radzisz sobie na nowym stanowisku.

Uśmiechnęłam się zadowolona. Uwielbiałam, jak tato mnie chwalił.

21 lat

– Wejdź – usłyszałam surowy głos ojca po tym, jak zapukałam do jego gabinetu.

– Chciałeś mnie widzieć? – Weszłam do środka, zamykając za sobą drzwi.

– Usiądź. – Wskazał mi brązowy, skórzany fotel naprzeciwko swojego biurka. Złączył ze sobą dłonie, a łokcie położył na blacie. Wpatrywał się we mnie swoim zimnym, wyrachowanym spojrzeniem. – Czas poszerzyć wpływy. Zgarniamy Nowy Jork.

Rozdział 1Inwigilacja

Najpierw wyczuj otoczenie, zaaklimatyzuj się. Pamiętaj, aby działać bez pośpiechu, musisz dobrze poznać wroga…

Przygotowania trochę trwały, ale oto byłam. Już od trzech miesięcy uczęszczałam na jakże prestiżowy Uniwersytet Nowojorski.

Trzy pierdolone miesiące, a ja utknęłam na początkowej fazie planu zwanej „inwigilacją”.

Gdy ojciec wybrał mnie do tego zadania, czułam przede wszystkim dumę. W końcu mnie docenił, a ja wreszcie mogłam się wykazać i udowodnić, że byłam jego najlepszym człowiekiem. Myślałam więc, że gdy tu przyjadę, będę osiągać same sukcesy, sprawnie wykonam powierzoną mi misję, a tato będzie ze mnie zadowolony. Nie było nic bardziej cennego niż aprobata widziana na twarzy ojca. Rzadko się tam pojawiała, dlatego tak bardzo doceniałam każdy jej przejaw.

Ale nie, nie było tak, jak myślałam. Po wylądowaniu samolotu czekało na mnie szare niebo, ciężkie chmury i wysokie budynki, które przytłaczały swoją wielkością i wszechobecnością. W Nowym Jorku poczułam się od razu jak w puszce. A potem okazało się, że zadanie nie było tak łatwe, jak mi się wydawało. No dobrze, przez te kilka miesięcy, gdy trenowano mnie na misję w terenie, wielokrotnie słyszałam ostrzeżenia, że będę musiała działać powoli i z rozwagą. Ale w głowie i tak miałam bijatyki, strzelanki, intrygi i inne niebezpieczne rzeczy. Okazało się jednak, że moim głównym zadaniem było… chodzenie na imprezy i rozmawianie z napompowanymi hormonami nastolatkami. I mimo że większość tutejszych ludzi była w moim wieku, całkowicie się różniliśmy. Potrafili rozmawiać tylko o seksie, alkoholu, a sporadycznie o zajęciach na studiach albo o ostatnio obejrzanych serialach. Nie wiedzieli, co to strata, ból, śmierć i ciągła walka o władzę. Nie mieli pojęcia, że żyją w świecie skorumpowanym przez organizacje przestępcze. Że rząd Stanów Zjednoczonych daje ciche przyzwolenie na dystrybucję narkotyków i handel ludźmi, a niekiedy sam w tym uczestniczy. Rzeczywistością rządziły pieniądze, skłonne sprowadzić na złą drogę nawet człowieka moralnego. A oni o niczym nie wiedzieli. Byli beztroscy i wolni.

Na początku czułam się jak wrzucona do innego świata. Nie potrafiłam się z nimi porozumieć. Dopiero z czasem załapałam, jak mówić tak jak oni i zachowywać się podobnie. Wtedy powoli, powoli udało mi się wkraść w ich łaski.

Ceną tego było uczestniczenie w każdej domówce, rozmawianie dosłownie ze wszystkimi i wieczne uśmiechanie się. Musiałam długo trenować szczery pokaz radości przed lustrem, bo nie potrafiłam na początku tego robić i wychodziły mi jakieś nędzne grymasy. Ale w końcu udało mi się, bo ludzie zaczęli uważać mnie za towarzyską imprezowiczkę. A ja miałam coraz więcej informacji o poszczególnych osobach oraz o tym, jaka hierarchia panowała na Uniwersytecie Nowojorskim i kto miał jakie wpływy.

Dużo pomogła mi w tym moja współlokatorka. W tym aspekcie mi się poszczęściło, bo Lizzy okazała się popularną dziewczyną z mnóstwem znajomych. Studiowała prawo i naprawdę przykładała się do nauki, ale oprócz tego lubiła sobie wypić i była bardzo towarzyska. Dzięki tej drobnej, energicznej blondynce już na początku udało mi się ustalić, że nasz informator miał rację i na NYU dość prężnie rozwijał się handel narkotykami. Jeśli inne nasze tropy były prawdą, to za wszystko odpowiedzialny był szef nowojorskiej mafii. Nasz finalny cel, którego tożsamość musiałam odkryć. Ale najpierw trzeba było zacząć od dołu drabiny.

I tak oto w ten sobotni wieczór byłam na imprezie organizowanej przez bractwo. Trzymałam w ręku plastikowy, czerwony kubek i udawałam, że z niego piłam. Na oku miałam swój dzisiejszy obiekt zainteresowania i nie spuszczałam go z celownika od początku wieczoru. Przez cały tydzień kręciłam się koło niego i choć wydawało mi się, że raczej był niewinny, to tej nocy postanowiłam go definitywnie sprawdzić i odhaczyć.

Zaczęłam go podejrzewać, bo był bardzo popularny. Sportowiec, który często znikał z imprez ze znajomymi, którzy pojawiali się potem pod wpływem różnych środków. Sam George pozostawał jednak czysty. Pasował mi do sylwetki dilera. Miał znajomości, dobrą gadkę, nie opuścił żadnej z imprez, a sam nie ćpał. Ba, stronił też od alkoholu. Albo prowadził bardzo zdrowy tryb życia – w przeciwieństwie do kolegów z drużyny – albo miałam rację i złapałam płotkę.

W końcu do niego podeszłam, gdy akurat odszedł od ludzi, z którymi rozmawiał, i udał się w kierunku kuchni. Złapałam go przed samym wejściem.

– Cześć, George. – Uśmiechnęłam się do postawnego mężczyzny.

– Witam piękną panią – zamruczał, a ja zachichotałam, jakby sprawił mi tym komplement. W rzeczywistości chciało mi się rzygać. Oni wszyscy byli tacy… płytcy. Byłam od nich lepsza. Inteligentniejsza, bardziej świadoma, dojrzalsza. Trudno było mi przezwyciężyć to poczucie wyższości, które czułam, i starałam się, aby mimo wszystko wyraz mojej twarzy pozostał przyjazny. – Co tam?

– Ach, no dobrze. – Kolejny wymuszony przeze mnie uśmiech. – Nie pijesz alkoholu? – Wskazałam na jego puste dłonie.

Wzruszył na to ramionami.

– Jutro mamy mecz, chcę być w formie.

Ostentacyjnie popatrzyłam na innych członków zespołu, którzy grali właśnie w piwnego ping ponga, zachowując się bardzo głośno. Poziom ich upojenia alkoholowego zasiał we mnie wątpliwość, czy dadzą radę jutro wyjść na boisko.

George zobaczył, na co zerkałam, i uśmiechnął się speszony jak rodzic przyłapany na niedopilnowaniu dzieci.

– Cóż, nie wszystkim chyba zależy na wygranej tak jak mnie.

Przez resztę wieczoru nie odstępowałam go na krok, a jemu zdecydowanie podobała się poświęcana przeze mnie uwaga. Kilka razy dawał jakieś sugestie o tym, żeby przenieść się w jakieś ustronniejsze miejsce, a ja wtedy musiałam dusić w sobie mordercze instynkty. Zbywałam to cały czas śmiechem, zgrabnie zmieniając temat. Byłam dumna ze swoich umiejętności aktorskich i z tego, że nie wyciągnęłam broni i przystawiając mu ją do krocza, nie zagroziłam przestrzeleniem jaj, za samo myślenie o mnie w tym kontekście. Nawet nie wiedział, jakie miał szczęście, że w ogóle mógł obok mnie siedzieć. Mało osób dostąpiło zaszczytu poznania mnie. Moja tożsamość była od zawsze ukrywana. Budziłam postrach jako Żmija, córka Hectora Rodrigueza. Krążyły wokół mnie legendy, że jedyni, którzy mnie widzieli, byli już martwi. Kryła się w tym jakaś prawda. Oczywiście najwyżej postawieni w mafii doskonale mnie znali, ale poza tym ojciec bardzo mnie strzegł.

George zaczął bawić się moimi włosami, a ja zacisnęłam rękę w pięść, która aż mrowiła od chęci przywalenia mu. Gdy już myślałam, że moja cała przykrywka pójdzie się jebać, przez to, że zaczął wodzić nosem po mojej szyi, nadszedł moment, na który czekałam. Podeszli do nas jego znajomi, z którymi zawsze wychodził.

Było to kilkoro zawodników rugby, dwóch członków bractwa, w którego siedzibie dzisiaj się bawiliśmy, i jakaś dziewczyna o czarnych, krótkich włosach, która miała na powiekach mocny, czarny makijaż.

– Idziesz się przewietrzyć? – zapytał Brian, zezując przy tym na mnie. Przypuszczałam, że gdyby nie moja obecność, powiedziałby coś innego.

– Jasne – odpowiedział George i zaczął wstawać, a ja razem z nim, jakby to było coś naturalnego.

Wszyscy się spięli, a jego kolega z drużyny, Mike, się odezwał:

– Chyba nie zamierzasz zabierać jej ze sobą? – Mówił o mnie, jakby mnie tu nie było, ale postanowiłam nic nie mówić, aby nie zaprzepaścić swojej szansy.

– Może iść, ona jest spoko. – George objął mnie ramieniem i zaczął prowadzić do drzwi wyjściowych.

Reszta, chcąc nie chcąc, poszła w nasze ślady, choć słyszałam szepty za naszymi plecami. Zdecydowanie nie spodobało im się to, że z nimi szłam. Ja jednak byłam zadowolona z tego, że tak łatwo poszło mi zdobycie zaufania George’a.

Wyszliśmy wszyscy na zewnątrz, a ja lekko zadrżałam, gdy zawiał listopadowy wiatr. Obeszliśmy dom dookoła, aż znaleźliśmy się na podwórku z tyłu. Nie widziałam za wiele w panującej ciemności, ale spostrzegłam, że na końcu, pod samym płotem, majaczyła mała budka, wyglądająca jak schowek na narzędzia. To w jej kierunku prowadził mnie George, z wciąż przewieszoną przez moje ramię ręką. Dociskał mnie mocno do siebie, a ja czułam, że się duszę. Nie lubiłam, gdy ktoś dotykał mnie bez mojej zgody. Nie przepadałam za kontaktem fizycznym.

Starałam się jednak nie tracić czujności i rozglądnęłam się wokół siebie, wypatrując potencjalnego zagrożenia. Położyłam rękę na udzie, gdzie wyczuwałam kształt broni. Glocka 17 schowałam pod luźną spódnicą, gdzie był niedostępny dla oczu postronnych. Ja za to czułam się z nim pewniej i bezpieczniej. Ojciec od małego wpajał mi zasadę: Nie rozstawaj się z bronią. Nawet podczas snu.

W końcu dotarliśmy do rozpadającej się kanciapy, która już z zewnątrz śmierdziała wilgotnym drewnem. Brian wyprzedził nas i otworzył zamknięte na kłódkę drzwi. Wszedł jako pierwszy i zapalił światło, które było smętnie zawieszoną żarówką pod sufitem. Okazało się, że pomieszczenie wcale nie było schowkiem na narzędzia.

Na środku stały kanapy i fotele, a między nimi brązowy stolik. Cuchnęło tu papierosowym dymem, trawką i zwietrzałymi wymiocinami. W kątach walały się szklane butelki, puszki po napojach i puste opakowania po chipsach. Zauważyłam nawet rozerwane opakowanie prezerwatywy.

– Gdzie jesteśmy? – zapytałam zniesmaczona. Wyglądało to na zapyziałą melinę albo schron bezdomnego.

– W naszym małym królestwie, złociutka. – George wyszczerzył do mnie zęby.

– Tylko piśnij komuś słówko, a… – zaczął Mike, ale dostał kuksańca od George’a, więc ucichł w połowie zdania.

Wszyscy się porozsiadali, więc i ja poszłam za ich przykładem. W miejscu, gdzie usiadłam, była podejrzana plama na kanapie, ale starałam się o tym nie myśleć. W zamian zlustrowałam pomieszczenie i robiąc mentalne notatki, stworzyłam w głowie kilka dróg ucieczki. Miałam nadzieję, że nie będę musiała ich wykorzystywać.

Mój nowy kolega znalazł się znowu obok mnie i po raz kolejny wyciągnął swoje lepkie łapska, kładąc mi dłoń na udzie. Chciałam, żeby ten wieczór skończył się jak najszybciej, a w mojej głowie po raz kolejny przemknęła myśl, że nie tak sobie to wszystko wyobrażałam.

Obserwowałam uważnie obecnych, czekając na moment, aż George zacznie rozdawać wszystkim narkotyki. Byłoby to idealnym potwierdzeniem jego winy, pozwalającym uciec mi z tej śmierdzącej budy, jak najdalej od mężczyzny, który zbyt się ze mną spoufalał.

W ogóle jednak nie spodziewałam się tego, co nastąpiło za chwilę. W ręku Briana magicznie znalazły się karty do gry, a każdy, jak na komendę, zaczął kłaść pieniądze na stół.

Hazard.

– Umiesz grać w pokera, mała? – Powoli zaczynały mnie irytować przezwiska, którymi nazywał mnie George, ale wbrew temu, co czułam w środku, postarałam się uśmiechnąć. Próbowałam też pozbierać się po porażce, której doświadczyłam. Nie będzie handlowania narkotykami, gówniarze mieli zamiar grać w karty. Czy ten wieczór mógł być jeszcze gorszy?

Chwilę zastanawiałam się nad odpowiedzią. Należałam do jednego z największych karteli narkotykowych na zachodniej półkuli. Mój ojciec był najgroźniejszym i najbardziej poszukiwanym mafijnym bossem od czasów Pablo Escobara. Odkąd się urodziłam, otaczali mnie mafiosi. Jasne, kurwa, że potrafiłam grać w pokera. I byłam na tyle wkurwiona, że miałam zamiar ich wszystkich ograć.

Oblizałam nerwowo usta i powiedziałam:

– Jak byłam młodsza, to grywałam w to z bratem. Graliśmy na guziki. Ale musiałabym chwilę popatrzeć, żeby przypomnieć sobie zasady.

– Jasne, popatrz przez kilka partyjek, ale potem wchodzisz do gry – powiedział George, wędrując wyżej ręką. Wzięłam ją w swoją dłoń i położyłam na powrót na kolanie. Rzucił mi zniesmaczone spojrzenie z ukosa.

Przez jakiś czas śledziłam rozgrywkę z uwagą. Zorientowałam się, że najlepszy z nich był Dominic, współlokator Briana, blondyn o niebieskich oczach, który miał uśmiech jak z reklamy pasty do zębów.

Po drugiej partii Mike wyciągnął z kieszeni przeźroczystą paczuszkę, w której znajdowały się białe tableteczki i wziął jedną. Wyczuł na sobie moje czujne spojrzenie i powiedział z lodowatym uśmiechem:

– Pastylki na gardło.

– Jasne. – Puściłam do niego oczko, udając wyluzowaną.

Korciło mnie, aby zapytać, skąd miał towar, ale wiedziałam, że musiałam być bardzo ostrożna. Oni wciąż mi nie ufali. Mogłam bardzo łatwo zostać skreślona towarzysko, zyskując miano wścibskiej suki. Postanowiłam jak na razie zachować milczenie i dalej dokonywać obserwacji.

– Hej, weź się podziel, mi się skończyły – zabrzmiał marudny ton czarnowłosej piękności. Mike przewrócił oczami, ale sięgnął z powrotem do kieszeni i poczęstował koleżankę. Wzięła ecstasy i ze zwycięskim uśmiechem położyła ją sobie na wyciągniętym języku, przykrywając tym samym błyszczący kolczyk.

Wkrótce potem dołączyłam do gry. Przegrałam na początku jedną partię, żeby zwycięstwo smakowało jeszcze lepiej, a już niedługo potem uśmiechy wszystkim zrzedły, a portfele opróżniły. W kółko pytali mnie, gdzie nauczyłam się tak grać, ja jednak tylko tajemniczo się uśmiechałam i wzruszałam ramionami, mówiąc, że to musi być wrodzony talent.

Jako że nie mieli już za co grać i byli wkurzeni przegraną, chcieli wracać z powrotem na imprezę. Nie oponowałam. Jak dla mnie wieczór był do skreślenia. Niestety musiałam wyeliminować George’a z listy podejrzanych. Był po prostu sumiennym sportowcem, który nie zażywał narkotyków, choć obracał się w naprawdę podejrzanym towarzystwie.

Wszyscy poszli w kierunku domu, a ja z George’em wlokłam się z tyłu. Wymówiłam się bólem głowy i powiedziałam mu, że wracam do akademika. Zawód w jego oczach był widoczny. Pewnie myślał, że ten wieczór skończy się inaczej, a ja wzdrygnęłam się na samą myśl o tym, co mógł sobie wyobrażać.

Pożegnałam się z nim szybko i udałam, że idę na przystanek autobusowy. Tak naprawdę poszłam w kierunku swojego samochodu. Byłam trzeźwa, pozorowałam przez cały wieczór, że piłam, aby ludziom łatwiej rozwiązywał się przy mnie język. Jeśli myśleli, że człowiek był pod wpływem alkoholu, byli bardziej skorzy do zwierzeń i udzielania informacji, jakby od razu zakładali, że ktoś taki na drugi dzień nie będzie nic pamiętał.

Wsiadłam do swojego czarnego audi i zamiast pojechać w stronę akademika, skierowałam samochód do innej części miasta. Oprócz pokoju, który dzieliłam z Lizzy, miałam wynajętą klitkę w motelu. To tam trzymałam wszystkie notatki i zdjęcia, które zebrałam. Miałam tam też schowaną pokaźną kolekcję broni. Potrzebowałam tych wszystkich rzeczy, a przecież nie mogłam dopuścić do tego, żeby moja współlokatorka znalazła coś w naszym pokoju. Z drugiej strony – musiałam mieszkać w akademiku. Tam łatwiej było mi nawiązywać znajomości, niż gdybym miała zaszyć się gdzieś w mieszkaniu na przedmieściach.

Pojechałam na Brooklyn i zaparkowałam samochód przed motelem, który nie wyglądał zbyt dobrze. Nie potrzebowałam jednak luksusów, w końcu tu nie mieszkałam.

Wysiadłam i weszłam do środka. Minęłam dziewczynę w różowych włosach, która siedziała na recepcji. Była niezbyt zainteresowana tym, kto wchodził i wychodził. Bardzo głośno żuła gumę, a połowę jej twarzy zakrywało czytane przez nią kolorowe pisemko. Nogi położyła na kontuarze.

– Yo – powiedziała, gdy zobaczyła mnie, zerkając znad gazety.

– Hej – przywitałam się i poszłam do windy.

Za każdym razem bałam się, że nie dowiezie mnie na moje piętro. Była obdrapana z każdej strony, wydawała dziwne dźwięki i kołysała się na boki przy każdej trasie. Weszłam do niej i kliknęłam przycisk z numerem „7”. Ruszyła z ciężkim zgrzytem. Po chwili wydała z siebie piknięcie, a ja wyszłam na ciasny i ciemny korytarz, w którym śmierdziało moczem. Podeszłam do swoich drzwi i otworzyłam je kluczem. Tak, kluczem, nie żadnym czytnikiem kart. Tu technologia jeszcze nie dotarła.

Weszłam do środka, zapalając po drodze światło. Powitał mnie mały pokój z jednym pojedynczym łóżkiem. Na ścianie zawieszona była mapa Nowego Jorku.

Wiedzieliśmy na razie o kilku miejscach, które kontrolowała tutejsza mafia. Był to na pewno zaznaczony czerwoną pinezką NYU. Potwierdziliśmy także dwa hotele, których byli właścicielami, i one również miały oznaczenia. Sprawdziłam je, ale nie działo się w nich nic podejrzanego. Wyglądały na zwykłą pralnię pieniędzy.

Nurtowało mnie, że nie wiedzieliśmy o żadnym klubie. A przecież wiadomo, że na nocnych klubach trzepało się największy hajs. Po pierwsze – łatwo tam rozprowadzać narkotyki, a po drugie taki klub zawsze miał podziemie, w którym odbywały się albo: a) nielegalne walki, b) prostytucja lub: c) hazard. Możliwe też, że wszystko naraz. W Los Angeles, w którym mieliśmy swoją główną siedzibę i gdzie mieszkałam przez całe swoje życie, kontrolowaliśmy naprawdę wiele lokali. Nie wiem, jak było tu. I to mnie irytowało. Musiałam jak najszybciej zebrać informacje.

Podeszłam do komody, gdzie miałam schowane teczki z dokumentami. Wybrałam tę poświęconą uniwersytetowi, wyjęłam z niej dane o George’u i napisałam na nich czerwonym flamastrem „czysty”. Rozsiadłam się na łóżku, a swoje długie, falowane, czarne włosy zebrałam w kok na czubku głowy. Postanowiłam jeszcze raz przejrzeć wszystkie informacje, jakie posiadałam. Możliwe, że wcześniej coś przeoczyłam.

Po kilku godzinach bezowocnej analizy z frustracją schowałam wszystko z powrotem do komody. Rozciągnęłam się, strzykając głośno kośćmi. Bolały mnie plecy od siedzenia długo w niewygodnej pozycji, a oczy piekły od wpatrywania się w małe literki. Wstałam, czując zdrętwienie w nogach. Skierowałam się do łazienki, chcąc ochlapać twarz zimną wodą.

Tam spojrzałam w lustro i zobaczyłam swoje zmęczone odbicie. Pod brązowymi oczami rysowały się nieatrakcyjne cienie, a usta pociągnięte czerwoną szminką były spękane. Twarz odznaczała się nienaturalną bladością, choć mój kolor skóry był raczej oliwkowy, odziedziczony po matce Włoszce i ojcu, który pochodził z Meksyku. Mimo dwudziestu dwóch lat wyglądałam dojrzale i kobieco, co często było dużym minusem, jeśli żyło się w mafijnym świecie. Bywało, że nie brano mnie na poważnie albo traktowano przedmiotowo. Nie widziano we mnie rywala, a obiekt pożądania. Przez to przeszłam przez naprawdę parszywe sytuacje. Niektóre z nich skończyły się mordem.

Odepchnęłam od siebie mroczne wspomnienia i wróciłam do pokoju. Przebrałam się w szorty i sportową koszulkę. Chwilę się rozgrzałam, a później podeszłam do worka bokserskiego stojącego w kącie. Zaczęłam swój codzienny trening.

***

Byłam tak wykończona, że skończyło się to na nocowaniu w motelu. Nie wróciłam na noc do akademika i przez to musiałam rano wstać wcześniej, aby zdążyć dojechać na zajęcia. Spowodowało to we mnie rozdrażnienie, bo zakłóciłam sobie tym codzienną rutynę.

Pierwsze, co mnie czekało, to wykład o modelach konkurencji rynkowej. Papiery, które zostały złożone na tę uczelnię, były fałszywe i mój pobyt tutaj to jedna wielka mistyfikacja, ale ojciec chciał, żebym jednak próbowała czegoś się nauczyć. I tak oto wylądowałam na zarządzaniu, które swoją drogą było dość interesujące. Wiele z rzeczy, o których tu mówiono, miało faktyczne zastosowane w życiu. Coś o tym wiedziałam – sprawowałam pieczę nad Fabrykantami i Roznosicielami, czyli mówiąc krótko, pilnowałam produkcji i dystrybucji narkotyków w naszym oddziale w Los Angeles. To była dość duża fucha, zważywszy na mój wiek i przede wszystkim to, że byłam kobietą. Przez lata jednak wyrobiłam sobie już szacunek w kartelu. Już nie widzieli we mnie lali, którą można było wyruchać, a niebezpieczną kobietę, której się obawiali. Cieszyłam się, że widziano we mnie godnego przeciwnika, bo nie oszukujmy się – w tym świecie przeważali mężczyźni. Każdy władczy i napakowany testosteronem. Musiałam sobie jakoś radzić.

– Dzień dooooberek – zaświergotał Collin, przeciągając litery. Opadł na siedzenie obok mnie.

Czasem się z nim trzymałam, bo chodziliśmy na część zajęć wspólnie i był częstym bywalcem imprez, jak ja. Miał wygląd typowego chłopaka z sąsiedztwa: na głowie sterczały mu wiecznie poczochrane ciemnoblond włosy, a uśmiech nie schodził nigdy z jego twarzy. Zawsze wiedział co powiedzieć i rzucał żarcikami na prawo i lewo. Niczym się nie przejmował i wydawało się, że każdy go lubi. No bo jak można było nie. Nawet mnie kupił tą swoją niefrasobliwością i oczami szczeniaczka.

– Hej – odpowiedziałam, obracając głowę w jego kierunku. – Co tam?

– U mnie luzik. Gdzie wczoraj zniknęłaś na imprezie? – zapytał mnie.

– Byłeś tam? – Nie pamiętałam, abym go widziała. Ale przewijało się tam tyle osób, że łatwo było kogoś pominąć. – Mogłeś podejść i zagadać. – Wysunęłam dolną wargę, udając złą. Starałam się zmienić temat, odciągając go od pytania, które mi zadał. Wolałam na nie nie odpowiadać.

– Nie chciałem przeszkadzać tobie i George’owi. – Uniósł wysoko brwi i odwrócił się do mnie całym ciałem. – Ty i George, serio? – Popatrzył na mnie z niedowierzaniem i lekkim politowaniem, jakby nie wierzył, że naprawdę zadawałam się z kimś takim.

– Co do niego masz? Jest miły! – wykrzyknęłam. – I nie pije alkoholu! – dodałam obronnie. Widząc jednak, jak wciąż na mnie patrzył, roześmiałam się w końcu i dałam za wygraną – Dobra, masz mnie. Nieudany eksperyment.

– Jakbyś chciała kiedyś jeszcze poeksperymentować, to jestem do twojej dyspozycji. – Zabawnie poruszył brwiami, a ja uderzyłam go w ramię.

– Jasne, jasne, ogierze. – Uśmiechnęłam się lekko, starając się, aby nie wyszedł z tego grymas. Collin zakrył oczy obiema rękami i wydał z siebie dziwne jęki, jakby coś go bolało. – Coś się stało? – zapytałam zdziwiona.

– To tylko twój blask mnie poraził i ten anielski uśmiech. – Oderwał dłonie i znów na mnie spojrzał, szczerząc zęby. Przewróciłam na to oczami. Collin czasami bywał teatralny i przesadzał swoim zachowaniem.

– Skończ z tymi tanimi tekstami – mruknęłam. – I tak nie pójdę z tobą do łóżka. – Odwróciłam się z powrotem w stronę tablicy, stwierdzając, że dłuższa rozmowa z nim nie miała sensu.

– Szkoda. – Wzruszył ramionami. – Nie zaszkodziło jednak spróbować.

Od dalszej konwersacji uratował mnie przechodzący obok chłopak. Stanął w przejściu, przy naszym rzędzie, i spojrzał nerwowo na Collina.

– Możemy porozmawiać? – Brzmiał na dość zdesperowanego. Zauważyłam, że trzęsły mu się ręce, a pod pachami miał plamy z potu.

Collin rzucił mi szybkie spojrzenie, nim odpowiedział.

– Nie teraz, stary. Po zajęciach, dobrze?

– Ale ja potrzebuję teraz! – wykrzyczał. – Kurier już u ciebie był?

– Nie teraz – wycedził Collin przez zaciśnięte zęby. Po raz pierwszy widziałam go w takim stanie. Był nieźle wkurzony.

– Powiedz tylko, czy mogę dzisiaj przyjść po przesyłkę! – kontynuował zrozpaczonym tonem chłopak.

– Tak. Możesz przyjść dzisiaj po swoją przesyłkę – powiedział szybko i stanowczo Collin, patrząc cały czas przy tym na mnie nerwowo. Nawet nie udawałam, że im się nie przysłuchiwałam, tylko ciekawie obserwowałam, to jednego, to drugiego.

Chłopak pokiwał głową i odszedł. Widziałam, jak wychodził z sali, co wskazywało na to, że nawet nie uczęszczał z nami na zajęcia i przyszedł tu tylko dla Collina.

On widząc mój badawczy wzrok na sobie, zaczął od razu tłumaczyć:

– Zamówił do mnie swoją paczkę, bo sam nie mógł odebrać.

Udałam dłużej niezainteresowaną tematem i otworzyłam podręcznik na temacie, na którym ostatnio skończyliśmy zajęcia. Nie mogłam jednak przeoczyć faktu, że jego kolega wykazywał typowe objawy głodu narkotykowego.

W głowie zapaliła mi się czerwona lampka.

Rozdział 2Masz jakiś towar?

Twoim pierwszym zadaniem będzie rozpracowanie najniższego szczebla hierarchii. A potem będziesz powoli szła po drabinie…

To mogłaby być normalna rozmowa, ale nie musiała też nią być, a ja postanowiłam sprawdzać każdy podejrzany trop. Ich wymiana zdań mocno przypominała narkotykowy slang. Wiadomo, że w każdym miejscu trochę różnił się od siebie, jednak, gdyby się uprzeć, rozmowa o kurierze mogła oznaczać, że diler miał nową dostawę towaru, a chłopak wyglądał na kogoś, kto coś brał. Oczywiście mogłam być też paranoiczką i błędnie czytać między wierszami, ale nie o to w sumie chodziło.

Byłam zła na siebie, że przeoczyłam tak ważny element. Możliwe, że najciemniej było pod latarnią, a ja nie widziałam oczywistych znaków, bo zaślepiła mnie sympatia. Collin idealnie nadawał się do roli dilera. Nie mogłam zapomnieć o fakcie, że dystrybutor na NYU nie był zwykłym roznosicielem narkotyków, który hodował trawkę na strychu. Pracował dla samego bossa mafii Nowego Jorku. Może mój kolega nie podlegał mu bezpośrednio, bo drabina miała raczej więcej szczebelków, ale jednak i tak to on był głównym szefem, choć możliwe, że nigdy nawet się nie spotkali. W związku z tym Collin nie mógł być pierwszym lepszym studentem, musiał być inteligentny, a przecież on właśnie taki był. Pod tymi uśmiechami i luzacką gadką skrywał błyskotliwość. Poza tym, co już zauważyłam – miałam wrażenie, że znał go każdy. Miał też łatwy dostęp do ludzi. Był wszędzie tam, gdzie coś się działo. Nie mogłam uwierzyć, że wcześniej nie dodałam go do listy podejrzanych. Postanowiłam zaraz po zajęciach sprawdzić go dokładniej.

– Inez? Halo, Inez! – Otrząsnęłam się z rozmyślań i spojrzałam na Collina, który machał mi ręką przed twarzą.

Było już po zajęciach i wszyscy wstawali ze swoich miejsc. Cały ten czas spędziłam na analizowaniu wszystkich za i przeciw temu, że chłopak, który siedział obok mnie, handlował. Musiałam poważnie odpłynąć, bo wydawało się, że już wcześniej coś do mnie mówił. Dodatkowo, mimo że minęło kilka miesięcy, wciąż nie przyzwyczaiłam się do swojego fałszywego imienia. Według papierów, które składałam na studia, i moich nowych dokumentów nazywałam się teraz Inez Santoz.

– Idziesz?

– Zaraz do ciebie dołączę, idź. – Następne wykłady mieliśmy znowu razem. – Muszę tylko gdzieś zadzwonić.

Zebrałam swoje rzeczy i wyślizgnęłam się z sali. Wyszłam z budynku, kierując się w stronę jakiegoś ustronnego miejsca. Gdy tylko takie znalazłam, jeszcze kilka razy na wszelki wypadek rozejrzałam się i sprawdziłam, czy nikogo nie było w pobliżu. Dopiero wtedy wybrałam numer z kontaktów.

– Kosiarz?

– Witam cię, Bello. Czym mogę ci znów służyć? – usłyszałam głęboki głos swojego przyjaciela.

– Sprawdzisz mi kogoś jeszcze? – zapytałam. – Nazywa się Collin McCartney.

***

Dopiero wieczorem dostałam potrzebne mi dane. Siedziałam w swoim pokoju w motelu, czekając na nie, aby móc przejrzeć je w spokoju. Byłam w trakcie treningu, gdy usłyszałam, że dostałam e-mail. Wiedziałam, że musiała to być wiadomość od Kosiarza, bo był to niedawno założony adres, który posiadał tylko on i mój ojciec.

Dane nie były jakieś zaskakująco szczegółowe. Dowiedziałam się z nich, że Collin miał młodszą siostrę, która od kilku lat chorowała na raka, częściej przebywając w szpitalu niż w domu. Jego ojciec zmarł, gdy chłopak był mały, została mu tylko matka, która pracowała jako kelnerka. Collin zaczął pasować mi coraz bardziej. Dorastał w niepełnym domu, był głową rodziny, miał siostrę wymagającą opieki, która pewnie sporo kosztowała. Na handlowaniu narkotykami szło zarobić naprawdę niezłe pieniądze. Niezłe i szybkie. Ale nie do końca łatwe – bo było to niebezpieczne. Tym bardziej że nie pracował dla byle kogo.

Poczułam, że to mogło być to. Nie wykluczałam jednak jeszcze innych opcji, na to było za wcześnie. To prawda, że byłam już zmęczona szukaniem i obserwowaniem i wolałabym zacząć konkretnie działać, ale wiedziałam też, że nie mogłam się spieszyć i podejmować pochopnych decyzji. Dlatego, nie skreślając na razie innych, musiałam teraz po prostu dyskretnie obserwować Collina.

Okazja miała się nadarzyć już za tydzień. W piątek odbywał się mecz rugby, a po nim oczywiście impreza. Uznałam, że tym razem zaryzykuję i przeniosę swoje zdolności aktorskie na wyższy poziom. Ludzie mnie lubili i zaczynali mi ufać. Uważali mnie już poniekąd za „swoją”, a nie za przybłędę. Według papierów swój pierwszy rok ukończyłam na uniwersytecie w Alabamie, a podczas drugiego przeniosłam się tu, więc trochę trwało, aż przestali nazywać mnie „Nowa”. Poza tym jeśli Collin był dobrym trafem, miałam naprawdę duże szanse na powodzenie.

W piątek po zajęciach poszłam do swojego pokoju w akademiku. Zastałam tam Lizzy siedzącą po turecku na swoim łóżku i malującą paznokcie u rąk. Jej jedwabiste blond włosy utworzyły kotarę wokół głowy, gdy tak pochylała się nad dłonią leżącą na łóżku. Gdy weszłam, podniosła ją, a jej różowe pełne wargi rozciągnęły się w uśmiechu.

– Cześć! – wykrzyknęła z entuzjazmem. Mruknęłam powitanie w jej stronę. – Ostatnio strasznie rzadko się widujemy – zaczęła od razu rozmowę.

– Byłam zawalona zadaniami. – Tak naprawdę większość czasu spędzałam w motelu, gdzie ślęczałam nad dokumentami albo byłam na siłowni czy strzelnicy, ale nie mogłam jej tego powiedzieć.

– Idziesz dzisiaj na imprezę do chłopaków? – zapytała mnie, wracając do malowania. Wystawiła koniuszek języka ze skupieniem, starając się nie wyjść poza płytkę paznokcia.

– Idę – odpowiedziałam krótko.

Zaczęłam przeglądać zawartość szafy w poszukiwaniu odpowiedniego stroju. Tym razem zdecydowałam się na obcisłe rzeczy, a to wykluczało schowanie pistoletu. Stwierdziłam, że włożę go do torebki, a obwieszę się nożami, które są mniej widoczne. Z tą myślą skierowałam się do łazienki.

Przebrałam się w czarny top z dekoltem, w którym moje piersi były dobrze widoczne i skórzaną miniówkę, eksponującą i podkreślającą długie nogi. I choć zwykle preferowałam luźniejsze ubrania, w których można było się poruszać bez skrępowania i w razie czego uciekać lub się bić, dzisiaj potrzebny był inny typ odzieży.

Pochwę z jednym nożem przymocowałam do paska spódniczki od wewnątrz, przykrywając wystającą część bluzką. Drugą włożyłam do botka na wysokim obcasie. Obróciłam się w lustrze. Żadna broń nie wystawała, a wszystko obciskało mnie w odpowiednich miejscach.

Wyszłam z pokoju, a Lizzy wytrzeszczyła oczy, gdy mnie zobaczyła.

– Ale ładnie wyglądasz – westchnęła z tęsknotą, lustrując moje ciało. – Przyznaj, w Alabamie byłaś modelką.

– Myślę, że są ciekawsze rzeczy do roboty od wyginania się przed obiektywem. – Uśmiechnęłam się do niej lekko, czując jednak nieprzyjemny ucisk w żołądku.

Lizzy nie miała pojęcia, że uroda w moim świecie była przekleństwem.

Przed oczami stanęło mi wspomnienie, gdy próbowano zgwałcić mnie po raz pierwszy. Miałam wtedy dwanaście lat. Wzdrygnęłam się niezauważalnie, czując dreszcz przechodzący przez moje ciało.

Z czasem nauczyłam się wykorzystywać swój wygląd w charakterze broni, ale zajęło mi wiele lat, aby zmienić swój sposób myślenia i przestać się bać pokazywać swoje atuty.

Przeglądając się w lustrze, rozpuściłam włosy, które wcześniej miałam związane w kucyk, a one opadły kaskadą na moje plecy i ramiona. Kręciły się naturalnie na końcach, co mi się podobało, więc tylko przeczesałam je palcami. Zrobiłam sobie kreski eyelinerem na powiekach i pomalowałam usta na czerwono.

– O której wychodzisz? – zapytałam Lizzy.

– Przebiorę się i idę. – Mówiąc to, dmuchała na swoje pomalowanie już paznokcie.

– Ja już jestem gotowa, mogę poczekać i pojedziemy razem.

Wzruszyła ramionami.

– Okej.

Wstała z łóżka i podeszła do szafy, patrząc z namysłem na ubrania. Wiele jej nie trzeba było, aby wyglądać dobrze. Miała naturalnie jasne włosy i twarz w kształcie serca. W jej kocich zielonych oczach pobłyskiwały ogniki, jakby zawsze była gotowa coś zbroić. Oprócz tego miała dużo uroku i charyzmy, czym zjednywała sobie ludzi.

Może w innym świecie zostałybyśmy przyjaciółkami. Jednak ja należałam do mafii i nauczyłam się, że wszystkie kontakty ze zwykłymi ludźmi były zwyczajnie skazane na porażkę. Więc niby byłam dla niej miła, utrzymywałyśmy jakieś koleżeńskie stosunki, ale mimo wszystko nie pozostawałyśmy blisko. Podobało mi się, że nie naciskała i nie próbowała urządzać jakichś babskich pogadanek od serca, podczas których byśmy się sobie zwierzały. Nie przekraczała ustanowionej przeze mnie granicy.

– Ta czy ta? – Odwróciła się w moją stronę, trzymając w jednej ręce małą czarną, a w drugiej czerwoną sukienkę z opadającymi ramiączkami.

Wskazałam na czerwoną kieckę, a ona pokiwała głową, nie spierając się, jakby ufała mojej decyzji. Zmieniła szybko ubrania, a ja w tym czasie przepakowałam po kryjomu pistolet z torby, którą miałam na zajęciach do torebki, którą zabierałam ze sobą.

W końcu wyszłyśmy z akademika i wsiadłyśmy do zamówionego wcześniej Ubera. Przez całą podróż Lizzy opowiadała mi o profesorze, który uwziął się na nią, a ja udawałam, że ją słuchałam. Myślami byłam jednak całkowicie gdzie indziej. Planowałam swoje dzisiejsze posunięcia. W końcu miałam wyjść ze swojej strefy komfortu. Jeśli jednak nie myliłam się co do Collina, to ten wieczór mógł być przełomowy.

Wysiadłyśmy z auta po krótkiej przejażdżce i od razu skierowałyśmy się w stronę domu, z którego huczała muzyka. Już na zewnątrz stali ludzie, trzymając w rękach trunki, popijając je i głośno się przy tym śmiejąc. Weszłyśmy do środka i uderzył w nas jeszcze większy hałas, a gdzie by nie spojrzeć, można było dostrzec spocone ciała. W powietrzu unosił się papierosowy dym i wyraźnie czuć było trawkę. Wzdrygnęłam się. Ja naprawdę nie lubiłam tej atmosfery na imprezach. Było za głośno i zbyt dużo obcych ocierało się o mnie. Może czułabym się tu dobrze dopiero wtedy, gdybym porządnie wlała sobie do gardła, ale to odpadało. Musiałam być cały czas trzeźwa i skupiona.

Poszłyśmy razem do kuchni po piwo. Razem z Lizzy wzięłyśmy po czerwonym kubeczku, który od razu przytknęłam do warg, udając, że piję.

– Idę poszukać Collina – krzyknęłam, nachylając się do jej ucha.

Przytaknęła, wiedząc, kogo miałam na myśli. Kolegowała się z nim, jak większość ludzi.

– Idę z tobą! – odkrzyknęła.

Stwierdziłam, że raczej nie przeszkodzi mi w moim planie, więc nie odwiodłam jej od tego pomysłu.

Zaczęłyśmy się przepychać przez tłum, a ja modliłam się w duchu, aby tu dziś był. Ktoś mnie chyba tam na górze wysłuchał, bo znalazłyśmy go z tyłu domu. Siedział na białych leżakach przy basenie i rozmawiał z grupką dziewczyn.

– Hej. – Usiadłam obok niego, zarzucając mu rękę na ramię i przytulając się do jego boku. Zignorowałam dyskomfort, który pojawił się u mnie przy dotyku. – Cześć wam. – Uśmiechnęłam się przyjaźnie do dziewczyn, z którymi rozmawiał.

Lizzy powoli usiadła obok mnie i także przywitała się z dziewczynami.

– Hej, ty jesteś Inez, nie? Chodzimy razem na rachunkowość – powiedziała do mnie dziewczyna z rudymi warkoczykami. Przytaknęłam, choć słabo ją kojarzyłam.

– Mogę cię prosić na sekundę? – wyszeptałam Collinowi do ucha.

Zerknął na mnie, jakby zastanawiał się, o co mogło mi chodzić, ale wstał. Powiedziałam do Lizzy, że zaraz wrócimy, jednak ona nie zwróciła na mnie większej uwagi, zajęta rozmową z dziewczynami.

Weszliśmy do domu, a ja zaprowadziłam Collina do łazienki. Zamknęłam się tam z nim i starałam się dać mu jak najlepszy wgląd w moje piersi. Chłopak od razu z tego skorzystał, nie mogąc oderwać oczu od mojego ciała. Przysunęłam się blisko niego i powiedziałam, starając się brzmieć na zdesperowaną:

– Słuchaj, słyszałam, że handlujesz. – Oblizałam usta, udając zdenerwowaną. – Masz jakiś towar? Podzieliłbyś się z koleżanką?

Na chwilę oderwał wzrok od moich cycków i zerknął na mnie niespokojnie.

– Naprawdę, Inez? Przecież narkotyki to gówno.

Miałam na uwadze to, że nie zaprzeczył, że coś miał. A to już coś. Objęłam go rękami za kark, a on położył mi dłonie w talii, od razu zsuwając je na mój tyłek. Starałam się zagłuszyć uczucia i grać dalej.

– Przez chwilę radziłam sobie tu bez nich, ale to nie to samo, wiesz? Nie jestem uzależniona, po prostu lubię wziąć jakąś pigułę na imprezie i dobrze się bawić. – Starałam się mówić przekonująco, ocierając się przy tym o niego w taktycznych punktach. Działało. Aż miałam ochotę przewrócić oczami.

Collin przełknął z trudem ślinę, a ja poczułam na brzuchu, że zrobił się twardy.

– Eee… hm… – zająknął się. – No dobrze, może coś tam mam. Ale lubię cię, wiesz? – Spojrzał mi z troską w oczy. – Nie chcę, żebyś się w coś wpakowała.

Byłam zdziwiona jego troską o moją osobę. Nie wiedziałam, czym była spowodowana. Mało osób troszczyło się o mnie, nie byłam więc do tego przyzwyczajona. Wybiło mnie to na chwilę z rytmu.

Collin jednak nie zauważył zmiany w moim zachowaniu, puścił mnie, jakby z oporem, i sięgnął do kieszeni. Wyjął z niej przezroczyste opakowanie, w którym były trzy tabletki. Oczy rozbłysły mi na ten widok, ale on błędnie to odebrał i się skrzywił.

– Ale dzisiaj weź tylko jedną, dobra? – Przytaknęłam szybko i chciałam mu dać zwitek banknotów, który on od siebie odepchnął. – Nie, no co ty, pierwszy raz jest darmowy.

Wzięłam od niego tabletki i wepchnęłam je sobie w dekolt. Posłusznie podążył za moimi ruchami, znowu wpatrując się w moją klatkę piersiową.

– Tylko ty sprzedajesz czy od kogoś jeszcze mogę dostać towar? – zapytałam niby niefrasobliwie. Starałam się, aby zabrzmiało to niewinnie.

– Na tym uniwerku? Tylko ode mnie. – Uśmiechnął się z dumą.

Podziękowałam mu i wyszłam z łazienki, nie oglądając się za siebie.

Byłam więcej niż zadowolona. Mogłam w końcu przejść do realizacji drugiej części planu. Inwigilacja zakończona.

Czas na infiltrację.

Rozdział 3Infiltracja

Dotarcie do góry nie będzie łatwe. Będziesz musiała zmusić liska do wystawienia nosa ze swojej norki. Trzeba będzie go zaciekawić, sprowokować reakcję.

Zbieranie informacji to był pierwszy krok. Teraz musiałam przeniknąć w szeregi wroga.

Plan wielkiego Hectora Rodrigueza polegał na tym, że gdy tylko zdobędę informację o handlarzu narkotyków na Uniwersytecie Nowojorskim, zacznę go sabotować. Będę rozprowadzać nasz towar, przejmując tutejszy rynek. Nie miały to być Bóg wie jak duże ilości, tylko takie, aby zainteresować tym nowojorską mafię. Miała do nich dotrzeć informacja o naszych dragach, tak najłatwiej byłoby ich wywabić z ukrycia. Ojciec ostrzegał mnie, abym była ostrożna, działała powoli i za bardzo ich nie wkurwiała. Nie zależało mu na otwartej wojnie, co w sumie było do niego niepodobne. W tym przypadku zalecał mi subtelne działanie, a ja jak zwykle nie pytałam, tylko wykonywałam rozkazy.

Do tej pory mieliśmy neutralne stosunki z Nowym Jorkiem. Schodziliśmy sobie z drogi i unikaliśmy kontaktu. Chodziły plotki, że mieli dobre układy z Włochami, a Hector Rodriguez jak ognia unikał wszystkiego, co związane z tym krajem. Być może został w nim jakiś sentyment, bo matka była włoską modelką, ale przez jego niedopilnowanie zginęła dość tragicznie. Nigdy nie zwierzał mi się na ten temat, pozostawało mi zatem tylko gdybanie. Zdziwiłam się więc, gdy ogłosił, że chce przejąć Nowy Jork. Rządził większością stanów w Ameryce, ale widocznie zapragnął jeszcze bardziej poszerzyć swoje wpływy i zwiększyć władzę. Ojciec był zachłannym sukinsynem, ale jednocześnie moim największym autorytetem. Skoro chciał władzy, ja dla niego po nią sięgnę, choćbym nie wiem, jak bardzo miała mieć potem zakrwawione ręce.

Aby przejść do wykonywania następnego kroku, musiałam znów czekać do weekendu. To zazwyczaj wtedy odbywały się największe imprezy.

Collin zachowywał się dość zwyczajnie w ciągu tygodnia, choć czasami przyłapywałam go na rzucaniu mi spojrzeń z ukosa. Miałam wrażenie, jakbym trochę straciła w jego oczach przez to, że wzięłam te tabletki, których oczywiście nie zażyłam. Wysłałam je do naszego laboratorium, aby poznać recepturę wroga. Nie żebyśmy potrzebowali kogoś kopiować, bo mieliśmy naprawdę dobrych chemików, chodziło o zwykłe uzyskanie informacji. Chcieliśmy się dowiedzieć, czym handlowało się w tej zapyziałej dziurze, zwanej Nowym Jorkiem. Być może skład dałby nam wgląd w to, czy sami wyrabiali narkotyki, czy skądś je sprowadzali.

Oprócz obserwowania zachowania Collina zaczęłam także zwracać uwagę na ludzi, z którymi rozmawiał, a którzy przypuszczalnie byli jego klientami. Jeśli chciałam zacząć wciskać komuś nasz towar, musiałam wiedzieć komu. Nie mogłam przecież wparować na imprezę i krzyknąć: Hej, mam fajne piguły, kto chce?

Gdy już jednak wiedziałam, że Collin sprzedawał narkotyki, to zaczęłam zauważać rzeczy wcześniej dla mnie niewidoczne. Przyglądałam się szczegółom, jakie przedtem mi umykały. Na przykład to, jak rozmawiał z dziewczyną o szarej, suchej skórze z wypryskami, co wskazywało na zażywanie metamfetaminy. Raz zobaczyłam, że zaczepił go koleś, któremu Collin podał znaczek pocztowy. Niby niewinnie, ale wtajemniczony od razu będzie wiedział, że czasami kwasem lizergowym nasączało się kawałki papieru, czyli jak w tym wypadku – znaczki pocztowe. Po co mu on, jak nie po to, żeby położyć go na języku i przeżyć podróż życia? Nikt w tych czasach nie pisał już listów. Dało mi to też mniej więcej rozeznanie, czym handlowało się na Uniwersytecie Nowojorskim. Ecstasy, czyli nasze małe tabletki szczęścia z imprezy, amfa i jej koleżanka meta oraz kwas, czyli LSD. Raczej wątpiłam, żeby w obieg szły cięższe narkotyki jak na przykład kokaina. To ekskluzywny narkotyk, na który nie było stać większości dzieciaków.

Postanowiłam, że na domówce rozdam trochę naszych dropsów z Los Angeles. Mieliśmy sporo odmian ecstasy, ale tego wieczoru postanowiłam wejść z Myszką Miki, czyli uroczymi pigułami w kształcie głów disneyowskiej postaci. Wyglądały bardziej jak cukierki i sprawiały sympatyczne wrażenie. Nie mieliśmy monopolu na ten wzór, na rynku przewinął się już nie raz, ale na razie chciałam zacząć delikatnie. Wybadać teren. Zobaczyć, jaka będzie reakcja.

Długo myślałam, jak to rozegrać. Nie mogłam przecież osobiście zacząć ich rozdawać. Pierwszy lepszy typek zapytany, skąd miał towar, wskazałby na mnie, a gdyby to poszło do góry, moja przykrywka zostałaby spalona. Intruzi, którzy handlowali na cudzym terenie, ginęli dość marnie.

Postanowiłam podrzucić paczuszki z dragami osobom, które, jak zdążyłam zaobserwować, często rozmawiały z Collinem. Kilka trafiło też do tych, których podejrzewałam o to, że mogliby być zainteresowani narkotykami. W piątek, pod koniec dnia zajęć, obeszłam pół uczelni, wkładając ludziom do plecaków, kurtek, toreb i gdziekolwiek się dało przeźroczyste torebeczki z dwoma dropsami w kształcie głowy Myszki Miki. W środku znajdowała się także karteczka z wydrukowanym napisem: Dobry towar, ale mam jeszcze lepszy. Wiem, że będą chcieli więcej, bo był to jeden z naszych lepszych wynalazków. Nie dość, że odjazd był zajebisty, to jeszcze człowiek na drugi dzień czuł się dobrze.

Gdy nastała sobota, wyszykowałam się i w dobrym, jak na mnie, nastroju, poszłam na imprezę. Tym razem udałam się tam bez Lizzy, która zaszyła się w pokoju, żeby przygotować się do wyjątkowo trudnych poniedziałkowych zajęć. Nie wnikałam. Ale czułam podziw dla wszystkich prawników świata, bo widziałam, że dziewczyna musiała dużo wkuwać, a materiał nie należał do łatwych.

Na miejscu jak zwykle zastałam tłum ludzi działający na mnie klaustrofobicznie. Przez głowę przemknęła mi myśl, że gdy tylko misja się skończy, zamknę się w swoim pokoju w Los Angeles i nie będę z niego wychodzić przez tydzień. Chciałam w końcu odpocząć i pobyć sama ze sobą. Niestety w tej chwili znajdowałam się w ponurej rzeczywistości, gdzie musiałam ocierać się o spoconych, pijanych i wrzeszczących ludzi, żeby znaleźć Collina. Gdy w końcu wyłowiłam go wzrokiem, akurat rozmawiał z niską, piegowatą dziewczyną, którą kojarzyłam. Dzień wcześniej wrzuciłam jej do plecaka ecstasy.

Ewidentnie była na haju, miała gorączkowe ruchy i rozszerzone źrenice. Zachowywała się trochę chaotycznie, przytulając chłopaka, aż w końcu wykrzyknęła słowa, które były miodem dla moich uszu:

– Zajebisty odjazd, stary!

Miałam tylko nadzieję, że mówiła o moich ecstasy, ale raczej nie było wątpliwości w tej kwestii. Collin gorączkowo rozejrzał się wokół, a potem zaczął ją uciszać, choć równocześnie starał się do niej uśmiechnąć. W końcu życzył jej miłej zabawy i szybko się wymknął, znikając w tłumie.

Po chwili ruszyłam jego śladem, co jakiś czas zatrzymując się i zagadując ludzi. W końcu znów go zobaczyłam. Stał w kuchni, a kilku osiłków klepało go po ramieniu, mrucząc:

– Niezłe, daje kopa.

Szło jak z płatka.

Stwierdziłam, że to dobry moment, abym i ja wkroczyła do akcji.

– Och, Collin! Tu jesteś! – wykrzyknęłam i rzuciłam mu się na szyję. Starałam się być głośna i rozentuzjazmowana. – Ale czadersko! Dawno nie miałam takiego odlotu! – krzyczałam mu do ucha.

Skrzywił się może dlatego, że pękały mu bębenki od mojego wrzasku, a może dlatego, że niby byłam naćpana.

– Są dużo lepsze niż ostatnio! Cudo! – Objęłam go szybko w pasie i puściłam. – Idę wykorzystać nową energię!

Popatrzył na mnie z lekką dezorientacją, ale szybko zniknęłam mu z oczu. Pewnie zastanawiał się, czemu nagle wszyscy mówili o nowym towarze i o tym, jaki był dobry. Jeśli miał szare komórki w odpowiedniej ilości, wkrótce doda dwa do dwóch.

Do końca wieczoru obserwowałam rozwój sytuacji. Albo mi się wydawało, albo ludzie bawili się dzisiaj wyjątkowo dobrze. Chciałam myśleć, że to dzięki moim tabletkom szczęścia.

Collin wyglądał niemrawo, jakby coś go dręczyło. Jego ruchy były nerwowe i nie tryskał dobrym humorem jak zwykle. Czyżby zestresował go fakt, że prawdopodobnie ktoś podkradał mu klientów?

Zmył się z imprezy dość szybko, a ja wyszłam kilka minut po nim. Przynęta została zarzucona, teraz pozostało czekać, aż ryba ją zje.

Przez cały następny tydzień podsłuchiwałam rozmowy toczące się na uniwersytecie. Parę razy doleciało do mnie, że ludzie wspominali o Myszce Miki. Udało mi się nawet przyłapać Collina, jak zbywał ludzi, mówiąc, że więcej już nie ma i prosił o to, aby do niego więcej nie podchodzili. Zrobiło się małe zamieszanie i widać było, że nie podobało się to chłopakowi. Taki nagabujący tłum na pewno go stresował i mógł budzić podejrzenia. Z dnia na dzień Collin stawał się coraz bardziej milczący i spięty.

W końcu nadszedł kolejny weekend, a ja miałam przyszykowaną ostateczną torpedę. Tabletki z wygrawerowanym „H”. Był to nasz najbardziej rozpoznawalny wzór. „H” jak Husk, czyli przezwisko mojego ojca, Hectora Rodrigueza. Każdy z przestępczego światka, kto pochodziłby nawet z drugiego końca globu, wiedziałby, czyja to własność. Czas, by wywabić nowojorskie myszki z ukrycia. Byłam pewna, że po dzisiejszej nocy obsrany Collin zgłosi się do swojego szefa. Nawet on rozpozna wzór na tabletce, którą miałam zamiar podsunąć mu pod sam nos, aby dokładnie się jej przyjrzał.

Na imprezę znowu poszłam bez swojej współlokatorki. Dziś odrzuciła książki w kąt i też się na nią wybierała, ale zbyłam ją, mówiąc, że z kimś już się umówiłam. Nie mogłam ryzykować tego, że miałabym ogon podczas realizacji swojego planu.

Wczoraj wieczorem znów porozdawałam kilka paczuszek z dropsami. Wchodząc na domówkę, zauważyłam, że ludzie bawili się naprawdę dobrze. Byli głośni i szczęśliwi. Napełniła mnie satysfakcja.

Zrobiłam szybki obchód domu, szukając Collina. Znalazłam go siedzącego w ogródku na tyłach. Dziwny był jego widok bez wianuszka ludzi. Zmęczenie wyraźnie odrysowywało się w jego zgarbionej posturze.

Upewniłam się, że na moich wargach widniał szeroki uśmiech i podeszłam do niego.

– Hej – powiedziałam, siadając na wolnym miejscu obok. – Co tam, Collin? Źle wyglądasz.

Spojrzał na mnie nieobecnym wzrokiem.

– O, Inez. Cześć – przywitał się ze mną. – Co tam u ciebie?

– Lepiej powiedz, co u ciebie. Jakieś kłopoty?

– Nie, wszystko w porządku. – Uśmiechnął się sztucznie.

Poprawiłam się na siedzeniu, gotowa, aby rozpętać piekło.

– Powinieneś być szczęśliwy, bo twój nowy towar wymiata – zaczęłam niewinnie. Zacisnęłam dłoń na przeźroczystej torebeczce. Tabletki będące w środku już za chwilę miały wywołać chaos. – Powaga, nigdy nie miałam takiej jazdy. Już wczoraj, jak dostałam paczuszkę, to nie mogłam się doczekać i zażyłam jedną. Totalny odlot. Na dzisiaj zostały mi tylko dwie.

Zrobiłam na końcu smutną minę. Podniosłam dłoń i pomachałam mu przed oczami woreczkiem. W środku znajdowały się okrągłe ecstasy z literą „H”.

Collin otworzył szerzej oczy i wyrwał mi plastikowe opakowanie z rąk. Potwór wewnątrz mnie zamruczał cicho. Udało się.

– Skąd to masz? – zapytał bliski paniki, podnosząc głos.

Kilka osób, które przechodziły obok nas, obejrzały się na niego. Wzruszyłam ramionami, starając się, aby na mojej twarzy nie ukazały się zbędne emocje.

– Znalazłam wczoraj w plecaku z tą karteczką – odpowiedziałam niefrasobliwie, pokazując mu świstek, na którym było napisane: „Obiecany najlepszy towar”. – Czemu pytasz? Przecież to od ciebie, nie?

Zerknął niespokojnie na kawałek papieru i ostrożnie wziął go ode mnie. Przyjrzał mu się z każdej strony i schował do kieszeni trzęsącymi się dłońmi.

– Jasne, tak, jasne, że ode mnie – zmieszał się trochę. Otworzył woreczek, który wcześniej mi wyrwał, i wyciągnął z niego tabletkę. Skierował ją do lepszego światła i gdy zobaczył, jak wygląda, sapnął z przerażeniem. – Nie, kurwa, tylko nie to, to niemożliwe – zaczął mamrotać do siebie.

Teraz już miałam potwierdzenie, że na pewno rozpoznał wzór. Wszystko szło w dobrym kierunku, a ja już nie mogłam doczekać się tego, co miało nastąpić. Koniec z bezczynnym obserwowaniem. Czas działać.

– Muszę lecieć – rzucił, zaciskając palce na ecstasy. Szybko wstał z miejsca i pobiegł jakby się paliło w kierunku przesuwnych szklanych drzwi, które prowadziły do wnętrza domu.

Strzepałam niewidzialny pyłek ze spodni i wstałam powoli, wręcz leniwie. Z diabelskim uśmiechem na twarzy poszłam jego śladem. W środku mignęła mi jego blond głowa wśród tańczących w salonie, śpieszył w kierunku wyjścia. Przepchnęłam się, torując sobie drogę łokciami. W końcu wypadł na zewnątrz, a ja byłam zaraz za nim. Nie oglądając się za siebie, od razu pognał do swojego auta. Po drodze wyjął telefon i zaczął wybierać jakiś numer. Zanim wsiadł do samochodu, usłyszałam, jak mówi do słuchawki:

– Halo? Tak… Ja… Nie, przepraszam, że dzwonię, ale… Nie… Tak, to pilne, musimy się spotkać.

Gdy ja dotarłam do swojego pojazdu, on zdążył już odjechać z piskiem opon. Nie przejmowałam się tym jednak, ponieważ okolica, w której się znajdowaliśmy, była typową mieszkalną dzielnicą. Drogi o tej porze były puste.

Ruszyłam za nim z minutowym opóźnieniem, ale, tak jak przeczuwałam, szybko go znalazłam. Gnał w stronę centrum. Starałam się utrzymywać dystans, aby mnie nie zobaczył. Sądziłam jednak, że nawet gdyby tak się stało, w stresie nie zajarzyłby, że to byłam ja.

Po jakimś czasie wyjechaliśmy z przedmieścia i toczyliśmy się po głównych ulicach Nowego Jorku. Tu trudniej było mi go nie zgubić, bo nawet o tak późnej godzinie, ruch samochodowy był spory. Trochę jednak się uspokoił, gdy znaleźliśmy się w bogatszej części.

Collin nagle skręcił i wjechał na podziemny parking hotelu, czego się nie spodziewałam i prawie to przeoczyłam. Myślałam szybko co zrobić. Pojechać za nim i zaryzykować odkrycie? Czy poczekać chwilę, ale liczyć się z tym, że wsiądzie do windy w budynku i go zgubię? Przygryzłam wargę, myśląc intensywnie. W końcu zdecydowałam się zaparkować przy krawężniku, odczekać chwilę i wjechać na parking.

Na szczęście moja decyzja się opłaciła, bo jednak nie został w budynku, jak zakładałam na początku, tylko wyszedł na zewnątrz i zaczął iść ulicą. Upewniłam się, że mogę stać samochodem, tu, gdzie byłam, szybko wyciągnęłam z torebki broń, zatykając ją za pasek i przykrywając kurtką.

Wyskoczyłam prędko z auta i, kryjąc się w cieniu zabudowań, obserwowałam, dokąd szedł Collin. W międzyczasie rozglądnęłam się dookoła, aby sprawdzić gdzie się znajdowałam.

Okazało się to ekskluzywną, rozrywkową dzielnicą.

Collin nie zaszedł daleko, bo skręcił w uliczkę obok budynku, w której zawijała się potężna kolejka, odgrodzona od ulicy czerwonym sznurem. Wszyscy ubrani byli imprezowo, a przed drzwiami stało dwóch napakowanych ochroniarzy. Świecący na żółto neon nad wejściem migał napisem Rising Sun. Szybko podjęłam decyzję. Nie było sensu iść za Collinem – pewnie poszedł tylnym wejściem, gdzie mnie by nie wpuścili. Osiągnęłam w sumie, co chciałam. Byłam na dziewięćdziesiąt procent pewna, że był to klub, który należał do mafii. Wątpiłam w to, że udałoby mi się podsłuchać rozmowę, przeprowadzoną najprawdopodobniej w jakimś zamkniętym i szczelnie strzeżonym pomieszczeniu. Postanowiłam więc trochę się rozejrzeć.

Ustawiłam się grzecznie w kolejce i czekałam, aż wpuszczą mnie do środka jak normalnego śmiertelnika. Pewnie mogłabym dać jakąś łapówkę ochroniarzom, żeby zrobili to szybciej, ale nie chciałam się niczym wyróżniać i ściągać na siebie niepotrzebnej uwagi. Przede mną stało trzech mężczyzn bez kobiet, którzy pewnie urządzili sobie męski wypad. Każdy ubrany był w markową koszulę i zajeżdżał drogimi perfumami. Jeden z nich przyłapał mnie na tym, jak ich obczajałam.

– Hej. Jesteś tu sama? – zapytał. Miał tak mocno nażelowane włosy, że aż odbijały światło ulicznych lamp.

Pozostali przestali ze sobą rozmawiać i odwrócili się w moją stronę. Zeskanowali mnie z góry na dół i chyba spodobało im się to, co zobaczyli. Dzisiaj wyjątkowo założyłam wygodne czarne dżinsy, bo miałam nadzieję, że wieczór skończy się tak jak teraz – Collin się wystraszy i skontaktuje z mafią. A z tego mogłaby wywiązać się niezła jatka, zakładająca scenariusz, w którym musiałabym biegać i strzelać. Włożyłam też na siebie krótki top odsłaniający umięśniony brzuch. Na to zarzuciłam skórzaną kurtkę, a na nogach miałam wygodne buty. Czyli niby odstrzeliłam się na zabawę, ale tak naprawdę strój był bardzo praktyczny. Oprócz tego, że trochę marzłam, bo końcówka listopada nie rozpieszczała temperaturą, było mi wygodnie.

– Tak – odpowiedziałam z pokerową miną. Nie miałam ochoty na ich tanie teksty.

Jeszcze chwilę próbowali mnie nagabywać, ale ja pozostawałam niewzruszona. W końcu odpuścili, zniechęceni moją postawą, a już niedługo potem przyszła ich pora na wejście. Zapłacili, a wielki mężczyzna otworzył im drzwi. Muzyka wydostała się na zewnątrz, a oni zniknęli w ciemnym wnętrzu. Wejście zamknęło się z powrotem.

Nie chciało mi się już dłużej czekać na mrozie, więc powiedziałam do ochroniarza:

– Ej, ja byłam z nimi.

Bramkarze chyba widzieli, że wcześniej rozmawiałam z tamtymi typkami, bo żaden nie oponował. Pierwszy pozwolił mi zapłacić i przybił pieczątkę na ręce, a drugi znów otworzył metalowe wrota. Weszłam do środka, a techno zaczęło ranić moje delikatne bębenki. Okazało się, że musiałam zejść schodami, co nie należało do łatwych rzeczy, bo było dość stromo i ciemno. Nie wiedziałam, jak ludzie po alkoholu radzili sobie z tą przeszkodą. W końcu dotarłam na dół, a moim oczom ukazał się korytarzyk o czarnych ścianach, na końcu którego znajdowało się wejście do sali. Z boku była szatnia i toalety.

Wzdychając cierpiętniczo, poszłam w kierunku migających świateł i głośnej muzyki. Dym wypuszczany z urządzeń sprawiał, że było duszno i mgliście, a przez te lasery można było dostać ataku epilepsji. Przepychałam się przez tańczących, aż w końcu dotarłam do baru, gdzie zrobiło się trochę luźniej. Usiadłam na wysokim stołku i odetchnęłam.

Zamówiłam sobie wodę z miętą, choć pierwszy raz od dawna miałam ochotę na alkohol. Po nim na pewno lepiej byłoby mi znieść tę klubową atmosferę. Gdy łysy barman z kolczykami w uszach podał mi mój napój, dałam mu pokaźny napiwek. Odwdzięczył się uśmiechem, błyskając złotym zębem. Wzięłam do ręki szklankę i zaczęłam odwracać się na stołku barowym, aby poobserwować otoczenie. I wtedy nagle…

Kurwa mać.

Moja dłoń z impetem weszła w kontakt z czyimś torsem, odzianym w białą koszulę. Połowa zamówionej wody wylądowała na umięśnionej klatce piersiowej, która prześwitywała przez materiał. Ja też nie pozostałam sucha. Całą rękę, dekolt i górę bluzki miałam mokrą.

– Noż kurwa mać – powiedziałam tym razem na głos, wstając. Nie podniosłam głowy, tylko odłożyłam na wpół opróżnione naczynie na bar, wzięłam serwetki i zaczęłam osuszać swoją skórę i przemoczone ubranie. – Patrz, jak chodzisz, pacanie.

– Pacanie? – zapytał głęboki, ochrypły głos. Wciąż nie spojrzałam na winowajcę, będąc bardziej zajętą doprowadzaniem się do porządku.

– Nie dość, że ślepy, to jeszcze głuchy… – mruknęłam. – Tak, idioto, patrz, jak chodzisz – odpowiedziałam głośniej. – Masz szczęście, że to była tylko woda, inaczej byś pokrywał mój rachunek za pralnię.

Byłam zmęczona tym wieczorem, a w szczególności głupimi ludźmi, którzy mnie otaczali, i hałasem. Mężczyzna, który stanął mi na drodze, nadawał się idealnie do tego, abym mogła na nim rozładować swój gniew.

W końcu powycierałam się, ile mogłam, i odłożyłam mokre chusteczki na blat. On wciąż stał naprzeciwko mnie, więc zirytowana w końcu zaczęłam unosić wzrok.

– Czego tu jeszcze chcesz? Chyba nie oczekujesz przeprosi… – Gdy w końcu na niego spojrzałam, głos mi się urwał.

Mężczyzna miał czarne włosy, ułożone do tyłu, grube brwi, prosty nos, ale to jego oczy najbardziej przykuły moją uwagę. Napotkałam całkowicie puste spojrzenie. Wyglądał jak ktoś, kto w życiu doświadczył już zbyt wiele. Zbyt wiele widział, zbyt wiele przeżył. Żadna emocja nie wydostawała się u niego na zewnątrz. Wydawało mi się, jakbym spadała w otchłań. A co najdziwniejsze, zobaczyłam w nim siebie. Zdecydowanie za często widziałam w lustrze tę pustkę, którą teraz zobaczyłam u niego. Gdy tylko nawiązaliśmy kontakt wzrokowy, poczułam, że jakiś dreszcz przebiegł po moim kręgosłupie.

Cały on emanował czymś mrocznym i magnetyzującym. Jeszcze nikt nigdy nie wywarł na mnie takiego wrażenia. Po raz pierwszy w życiu miałam ochotę, aby ktoś mnie… dotknął.

Odchrząknęłam, gdy zdałam sobie sprawę, że urwałam w połowie słowa, a teraz wpatrywałam się w niego jak idiotka. Przybrałam na twarz swój najbardziej niewzruszony wyraz, odrzuciłam włosy do tyłu i powiedziałam:

– Cóż, tak jak mówiłam, nie oczekuj przeprosin, bo ich nie dostaniesz. – Bijące od niego chłód i dystans, nie powstrzymały mnie od dalszego bluzgania mu. – I przestań tu sterczeć jak kołek, naruszasz moją przestrzeń osobistą.

Położyłam rękę na biodrze i spojrzałam na niego wojowniczo. On zmarszczył brwi jakby w lekkiej dekoncentracji, ale po chwili na jego twarzy znów zagościła obojętność. Spojrzał beznamiętnie na swoją zmoczoną koszulę, potem podniósł wzrok i nie patrząc na mnie, minął mnie bez słowa.

Wypuściłam ze świstem powietrze.

Gdy już byłam pewna, że zniknął w tłumie, usiadłam i wypiłam duszkiem pozostałą wodę. Wydawało mi się, jakby temperatura podniosła się nagle o kilka stopni. Zamówiłam jeszcze raz to samo. W międzyczasie zaczęłam rozglądać się po klubie. Siedziałam na stołku bokiem do baru i z tego miejsca widziałam dość dobrze didżejkę, za którą znajdowały się jakieś drzwi. Większość lokalu zajmowało miejsce do tańczenia. Przez chwilę obserwowałam ludzi, ale gdy nic ciekawego nie rzuciło mi się w oczy, obróciłam się do tyłu. Zaskoczona uniosłam brwi. Znajdowały się tam czerwone kanapy, będące na podwyższeniu. Wydzielona strefa VIP.

W większości sofy były puste. Wyjątkiem była środkowa, gdzie siedzieli jacyś mężczyźni. Jeden z nich miał na sobie bardzo ciasno skrojony garnitur w kratę i palił cygaro. Kostkę jednej nogi oparł o udo drugiej. Zapatrzony był w swój telefon, w który zawzięcie klikał. Niebieskie światło padało na jego twarz, ukazując przystojne rysy. Spojrzałam obok. I nagle zobaczyłam jego.

Siedział skryty w półmroku i na mnie patrzył. Wręcz wypalał dziurę swoim wzrokiem, dawno nikt nie przyglądał mi się tak intensywnie. Miał władczą postawę, siedział rozparty niczym król, w dłoni trzymając szklankę z brązowym płynem.

Przełknęłam ślinę i wstałam szybko ze stołka, o mało się nie wywracając. Nie mogłam jeszcze opuścić klubu, bo w każdej chwili mógł się tu pojawić Collin wraz z nowojorską mafią. Nie mogłam przepuścić takiej okazji. Ale nie mogłam też tu siedzieć. Odwróciłam się na pięcie i mimo że tego nie lubiłam, poszłam na parkiet potańczyć. Byleby jak najdalej od nieznajomego.

Nie wiedziałam, czym zasłużyłam sobie na takie zainteresowanie, ale miałam wrażenie, jakbym mu podpadła. A sugerując się tym, że siedział w strefie VIP, musiał być bogaty, a jak był bogaty, to na pewno był wpływowy. Miałam nadzieję, że tylko coś sobie ubzdurałam i że wcale nie wwiercał we mnie swojego spojrzenia. Nie, na pewno tak nie było. Musiał pewnie obserwować pracę barmana.

Dobrze, może i nie byłam dla niego zbyt miła, ale przecież nie będzie się mścił ani nic, prawda? Normalnie bym sobie poradziła z jakimś bogatym chłopczykiem, ale nie mogłam sobie pozwolić na spalenie swojej przykrywki i zaryzykować wyjścia przed szereg oraz zwrócenia na siebie zbędnej uwagi.

Mimo że przez resztę wieczoru starałam się trzymać dystans i w ogóle nie zerkać w tamtym kierunku, czułam przez cały czas jego wzrok na sobie.

Patrzył na mnie i śledził każdy mój ruch.

Był niczym sęp, który obserwował swoją ofiarę.

A nie umknął mi fakt, że sępy żywiły się wyłącznie padliną.

Rozdział 4Komplikacje

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 5Z problemem należy się przespać

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 6Nie zadzieraj ze mną

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 7Strata i zysk

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 8Nie ufam ci

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 9Zabij albo sam zostaniesz zabity

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 10Emocje to słabość

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 11Pożałujesz tego

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 12Nic nas nie łączy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 13Podejrzana

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 14Danse macabre

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 15Jak domek z kart

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 16I should be running

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 17Nie ruszaj się

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 18Piękne usta, brzydkie kłamstwa

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 19Wąż i Ewa

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 20Między odwagą a głupotą

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 21Spotkanie z diabłem

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 22Bo to ludzie byli największymi potworami

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 23Żmija

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 24Izba Śmierci