Pojedyncza gwiazda - Karolina Morawiecka - ebook + audiobook

Pojedyncza gwiazda ebook

Karolina Morawiecka

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Gwiazdy kina, dużo śniegu i… zbrodnia prawie doskonała.

Zasypany śniegiem Ojców, 1932 rok. ​W jedynym czynnym pensjonacie „Maciejówka” wigilię Bożego Narodzenia spędza pięcioro nieznajomych. Szósty gość, nikomu nie znany, przypadkowo zostaje znaleziony w niewynajętym numerze. Czy łączyło go coś z piękną nieznajomą, literatem pracującym nad dziełem życia, a może z tajemniczą rodziną?​

Zagadkę spróbują rozwiązać Konstancja Tatarewiczówna, medyk Dionizy Porckolanko oraz wybitny śledczy Ewaryst Grzebinoga, spędzający wspólnie Święta w nieodległej Żubrynówce.​

Elegancka zagadka, odrobina humoru i… rodząca się miłość – oto Pojedyncza gwiazda.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 215

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Karo­lina Mora­wiecka 2026 Copy­ri­ght © by TIME SA 2026

Wydaw­czyni: Nata­lia Gowin Redak­tor pro­wa­dząca: Alek­san­dra Paw­liń­ska Redak­cja: Mal­wina Kozłow­ska Korekta: Monika Kociuba, Patry­cja Szura / e-DYTOR Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Karo­lina Żela­ziń­ska-Sobiech

Wydawca: TIME SA, ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa

War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze ISBN 978-83-8343-842-9

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach: face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Zastrzeżenie fikcyjności

Choć opi­sane tu miej­sca w więk­szo­ści ist­nieją,

a wiele postaci żyło naprawdę,

histo­ria ta jest cał­ko­wi­cie wymy­ślona.

Wstęp

Czer­wona plama powięk­szała się sys­te­ma­tycz­nie, zachłan­nie przej­mu­jąc kolejne cen­ty­me­try bia­łego mate­riału. Wresz­cie, kro­pla po kro­pli, spły­nęła w dół, two­rząc na wyszo­ro­wa­nych sosno­wych deskach bru­natną nie­re­gu­larną kałużę.

Drew­niany trzo­nek był gładki i zaokrą­glony na końcu. Czuł pod pal­cami jego nie­ska­zi­telną fak­turę; sku­piał na nim całą uwagę, pró­bu­jąc reszt­kami sił pojąć, co wła­ści­wie się stało. Ale niczego nie rozu­miał.

Zmu­sił się, by na chwilę otwo­rzyć oczy.

Zmrok bez­względ­nie pochła­niał wszystko wokół. Tylko w ciem­nym kwa­dra­cie okna bły­snęła poje­dyn­cza gwiazda.

Gdzieś spod pod­łogi dobiegł go śpiew. Głos był piękny, wysoki i czy­sty. Otu­lał go, koły­sał, uno­sił coraz wyżej i wyżej:

„Zamknijże znu­żone pła­czem powieczki,

Utulże zemdlone łka­niem usteczki”.

Po policzku spły­nęła mu pierw­sza w życiu łza.

Sobota, 24 grud­nia 1932 roku

Rozdział pierwszy, w którym ktoś wywołuje wilka z lasu, a ktoś nosi owczą skórę

Pociąg rela­cji War­szawa–Kra­ków z piskiem potęż­nych kół zatrzy­mał się na koń­co­wej sta­cji. Syp­nęły zło­tem iskry, przez moment odbie­ra­jąc pierw­szeń­stwo spa­da­ją­cym z nieba koron­ko­wym płat­kom śniegu.

– Kra­aakó­óów, Kra­aakó­óów, prosi się wysia­aadać. Już Kra­aakó­óów! – Zmar­z­nięty męż­czy­zna w gra­na­to­wym kole­jar­skim płasz­czu krzy­czał z całych sił.

Mimo to jego głos led­wie prze­bi­jał się przez gwar ocze­ku­ją­cych na pero­nie ludzi, gaze­cia­rzy roz­pacz­li­wie pró­bu­ją­cych sprze­dać ostat­nie egzem­pla­rze „Kury­era”, baga­żo­wych ofe­ru­ją­cych swoje usługi i oku­ta­nych w weł­niane chu­sty prze­ku­pek zachwa­la­ją­cych nie­naj­śwież­sze już o tej porze obwa­rzanki.

Kon­stan­cja Tata­re­wi­czówna popra­wiła futrzany koł­nierz płasz­cza i z cichym wes­tchnie­niem opu­ściła cie­pły wagon. Gru­dniowe powie­trze aż zaparło jej dech. Lek­kie skór­kowe trze­wiki nie zapew­niały prak­tycz­nie żad­nej ochrony przed zim­nem i śnie­giem, za to dosko­nale kom­po­no­wały się z jasno­sza­rym twe­edo­wym płasz­czem. Z żalem pomy­ślała o wygod­nych, cie­płych butach nar­ciar­skich leżą­cych na dnie walizki – nie nada­wały się wszak do cho­dze­nia po mie­ście, a ona obie­cała rodzi­com, że tym razem nie wywoła żad­nego skan­dalu.

Na szczę­ście szo­fer wujo­stwa wypa­trzył ją nie­mal natych­miast i już po chwili sie­działa na wygod­nej kana­pie Che­vro­leta.

– Panienka się okryje kocem, co tam obok leży – zapro­po­no­wał Maciej. W owczym kożu­chu i wiel­kiej cza­pie, wciąż obsy­pa­nej śnie­giem, przy­po­mi­nał bał­wana. – W tych warun­kach do Młyn­nika będziemy jechać ze dwie godziny albo dłu­żej. Jak tak dalej będzie śnie­żyć, to cał­kiem nas zasy­pie, wspo­mni panienka moje słowa. Całe szczę­ście, że jedze­nia jest w bród, jak to na Wiliję i święta, to i z głodu nie pomrzem. Zresztą, będzie, jak Bóg da… Ale co ma nie dać – dorzu­cił filo­zo­ficz­nie po chwili – swoim wier­nym.

– Istot­nie, zoba­czymy, co nam los przy­nie­sie. – W gło­sie Kon­stan­cji nie było więk­szej eks­cy­ta­cji.

Bez­na­mięt­nie wpa­try­wała się w obsy­pane śnie­giem mia­sto. Przy­brane bia­łym puchem kamie­nice wkrótce zaczęły zni­kać, a w ich miej­sce poja­wiły się nie­wy­so­kie, nowo­cze­sne wille usta­wione równo wzdłuż ulicy. „Osie­dle ofi­cer­skie” – prze­czy­tała napis na tabliczce. Na sekundę zamknęła oczy. Gdy ponow­nie je otwo­rzyła, miej­skie zabu­do­wa­nia znik­nęły; teraz, jak okiem się­gnąć, roz­cią­gały się śnieżne pola, od czasu do czasu poprze­ci­nane roso­cha­tymi strze­chami wiej­skich chat sku­pio­nych cia­sno jedna przy dru­giej, jakby pró­bo­wały się nawza­jem ogrzać.

– Oby tylko nie znowu jakie­gosi nie­bosz­czyka… – Kie­rowca, który nie poprze­sta­wał mówić, zaśmiał się naraz tubal­nie, ale natych­miast, nie zwa­ża­jąc na oblo­dzoną drogę, uniósł prawą rękę, by naboż­nie wyko­nać znak krzyża. Na szczę­ście zdą­żył jesz­cze odbić samo­chód kie­ru­jący się ku pobli­skiej zaspie. – My to w Żubry­nówce się śmie­jemy, że jak się tylko panienka pojawi w oko­licy, to zaraz jakiesi zagadki i mordy. Ale niech się panienka nie gniewa, my tylko tak, z sym­pa­tii, żar­tu­jemy – zapew­nił. – Prze­cie wszy­scy wiemy, że gdyby nie pomoc panienki, to na zamku w Pie­sko­wej Skale ani chybi doszłoby do kolej­nych zbrodni, a i mor­dercy uda­łoby się uciec. Służba z cia­no­wic­kiego pałacu też panienkę wychwala pod nie­biosa, choć – spró­bo­wał odwró­cić się w jej stronę, ale gruby koł­nierz oka­zał się prze­szkodą nie do sfor­so­wa­nia dla jego krót­kiej szyi – co się tam dokład­nie stało, pary z gęby nie pusz­cza. Tyle tylko, że gdyby nie panina pomoc, mogłoby dojść do jesz­cze więk­szej tra­ge­dii.

Przed oczami sta­nęły jej wyda­rze­nia minio­nego lata.

Ciało nie­zna­jo­mej w salo­niku myśliw­skim, odkryte przez nią przy­pad­kiem, gdy upo­jona atmos­ferą balu i wol­no­ści zakra­dała się nocą do swo­jego pokoju w Żubry­nówce. Tajem­ni­cza śmierć hra­biny Marii Wacławy, przy­stojny panicz Zbi­gniew Pierz­chow­ski i prze­ra­żona twarz Zofii…

Minęło zale­d­wie pół roku, a wydaje się, jakby całe życie, jakby inna epoka.

Z zadumy wyrwało ją natar­czywe pyta­nie.

– No i ten poli­cjant, jak mu tam…? – Szo­fer naj­wy­raź­niej kon­ty­nu­ował opo­wieść.

– Komi­sarz Ewa­ryst Grze­bi­noga – odpo­wie­działa mecha­nicz­nie.

Poczuła, że pieką ją policzki. Była pewna, że wtedy, tam­tego lip­co­wego wie­czoru, gdy widzieli się po raz ostatni, chciał powie­dzieć jej coś waż­nego. Dotąd na samo wspo­mnie­nie jego spoj­rze­nia serce biło jej szyb­ciej. A jed­nak, nim zdą­żył się ode­zwać, prze­rwał im prze­jęty wuj Żubrzyń­ski z infor­ma­cją, że wła­śnie dzwo­niono z Kra­kowa. „Kolejne mor­der­stwo” – oznaj­mił wów­czas, a Ewa­ryst tylko zbladł, zgrzyt­nął zębami, skło­nił się przed nią i natych­miast się poże­gnał. Następ­nego dnia z kolei to ona musiała wra­cać do War­szawy…

Wes­tchnęła ciężko.

Dobrze, że Maciej zda­wał się tego nie zauwa­żać, sku­piony po równo na coraz bar­dziej zaśnie­żo­nej dro­dze i wła­snej histo­rii.

– O, wła­śnie! To mia­łem rzec: komi­sarz Grze­bi­noga też oka­zał się nie­zgor­szym śled­czym. I ten cały dok­tór…

– Por­c­ko­lanko. – Tym razem głos Tata­re­wi­czówny zabrzmiał natu­ral­nie. – Dio­nizy Por­c­ko­lanko.

– O, wła­śnie! – ucie­szył się. – Dok­tór Por­c­ko­lanko też się nie­jed­no­krot­nie przy­dał. Dotąd pani pro­fe­so­rowa nie może się go nachwa­lić, bo dzięki jego medy­ka­men­tom prze­szła jej ta cała migrena. Nawet teraz, przed samymi świę­tami, kiedy prze­cie pracy jest co nie­miara i ner­wowo, jak, nie przy­mie­rza­jąc, przed imie­ni­nami hra­biny Marii Józefy, bóle jej nie wró­ciły. A mówię panience – na samo wspo­mnie­nie sierp­nio­wego balu wes­tchnął głę­boko i dwa razy pokrę­cił głową w bara­niej cza­pie – że tym razem było wyjąt­kowo ciężko.

Oczy­wi­ście – przy­po­mniało się Kon­stan­cji – skoro Maria Wacława nie żyła, sierp­niowe imie­niny hra­biny wdowy musiały mieć wyjąt­kowy cha­rak­ter.

– Panienki już tu u nas, w Żubry­nówce, nie było i mówię panience, że to łaska boska, bo cośmy się narych­to­wali, to nasze! Wła­dziowa co i raz ze służby chciała się zwal­niać, że to nie na jej nerwy. Cią­gle ino szła po odprawę, aż pani Jadwiga ze łzami w oczach ją ubła­gała, by ich w potrze­bie nie opusz­czała. Pro­fe­sor wcale nie wycho­dził z gabi­netu, Fran­ciszka we spa­zmach… Ech, szkoda gadać! Nawet ja ino w tę i we w tę jeź­dzi­łem, a to po ostrygi, a to po wina, a to pape­te­ryję zamó­wić, bo się oneg­daj skoń­czyła, a to znów zapro­sze­nia roz­wieźć. Drogę do Kra­kowa mógł­bym już chyba z zamknię­tymi oczami prze­je­chać! Z tego wszyst­kiego pań­stwo pro­fe­so­ro­stwo dali nam nawet po dwa złote pod­wyżki, coby­śmy tylko nie poszli gdzie indziej.

– Wiem jed­nak z „Kury­era”, że wszystko udało się pierw­szo­rzęd­nie. Cio­cia Jadwiga prze­słała mi nawet wyci­nek. A na zdję­ciu – Tata­re­wi­czówna uśmiech­nęła się na samo wspo­mnie­nie foto­gra­fii dołą­czo­nej do arty­kułu – hra­bina wdowa trzy­mała na ręku Prince’a Char­lesa.

Nie zwa­ża­jąc na zaspy i oblo­dze­nia, kie­rowca pod­niósł obie ręce i kolejny raz wyko­nał znak krzyża. Zapewne tylko dzięki boskiej inter­wen­cji w ostat­niej sekun­dzie zdą­żył napro­sto­wać auto­mo­bil sunący wprost na ster­czącą groź­nie zaspę. Che­vro­let zabuk­so­wał nie­bez­piecz­nie, ale pod­dał się wpraw­nym manew­rom Macieja i po chwili znów gładko sunął przez zasy­pane śnie­giem wio­ski.

– A co to za moda jakaś, co by psa w domu trzy­mać!? Ska­ra­nie boskie i tyle! Ale że to pies samej pani hra­biny, to nikt nie ma czel­no­ści zapro­te­sto­wać. A to dia­beł wcie­lony, nie pies, pro­szę panienki! Cią­gle by tylko gryzł i gryzł, buty roz­nosi po domu, Wła­dziowa nie­raz w kuchni mięso miała naszy­ko­wane, a tu szast-prast i ni ma. Ale hra­bina mówi, że skoro sam mar­sza­łek ma psa, to i ona może, wszak jest…

– …de domo Mączyń­ska, primo voto Haw­ry­nie­wicz, secundo voto Kul­wiec – zaśmiała się Kon­stan­cja.

Nagle wró­cił jej dobry humor. Oczy­wi­ście, że wola­łaby spę­dzić te święta z rodzi­cami, zwłasz­cza że matka pod­upa­dła na zdro­wiu tak nagle. Ale w grun­cie rze­czy była wdzięczna ojcu, że pozwo­lił jej kon­ty­nu­ować stu­dia w War­sza­wie, zamiast jechać z nimi do Szwaj­ca­rii. Dołą­czy do nich wio­sną, gdy tylko pozdaje wszyst­kie egza­miny, a zresztą może do tego czasu rodzice wrócą już do domu? W końcu roko­wa­nia nie były takie złe… Boże Naro­dze­nie w Żubry­nówce na pewno będzie przy­jemne. Helena Żubrzyń­ska z sio­strami bez wąt­pie­nia o to zadbają.

Szkoda tylko, że nie spo­tkam już Ewa­ry­sta… Ale może to i lepiej?

Śnieg sypał mia­rowo, coraz szczel­niej okry­wa­jąc oko­liczne pola grubą war­stwą puchu. Wyrzeź­bione przez wiatr zaspy przy­wo­dziły na myśl skute lodem fale: miej­scami spię­trzone tak wysoko, że skry­wały w swych cze­lu­ściach całe krzewy i połowy brzóz, miej­scami zaś niskie, nie­mal wypłasz­czone, przy­kry­wa­jące co naj­wy­żej niskie kępy zaschnię­tych traw. W pro­mie­niach słońca skrzyły się srebrne dro­binki, jakby ktoś roz­sy­pał na całej połaci gar­ście dia­men­tów. Tę prze­możną biel od czasu do czasu prze­ci­nały ciemne konary nagich drzew i dymy uno­szące się z ukry­tych pod śnież­nymi cza­pami komi­nów. Skuty lodem i scho­wany pod szczelną pokrywą Prąd­nik pozo­sta­wał nie­wi­doczny; tylko juraj­skie skały – pio­nowy hymn doliny – pod­po­wia­dały, że Młyn­nik jest coraz bli­żej.

*

Matko Boska, Jezu­sie Prze­naj­świent­szy i wszyst­kie Święte, ratuj­cie!

Upał panu­jący w kuchni był nie do znie­sie­nia. Niskie pomiesz­cze­nie, usy­tu­owane w sute­re­nie pen­sjo­natu Macie­jówka, po równo wypeł­niały dym, para i zapach potu. Jed­nak ze względu na grze­jące się w dzieży droż­dżowe cia­sto nie można było uchy­lić nie­wiel­kiego okienka ani nawet ode­mknąć drzwi pro­wa­dzą­cych do piw­nicz­nej sieni.

Pochy­lona nad obsy­pa­nym mąką bla­tem sie­dem­na­sto­let­nia Halina Bro­nówna z wysił­kiem wał­ko­wała kolejny kawał cia­sta na cie­niuchny arkusz. Od wil­goci uno­szą­cej się w powie­trzu jej włosy skrę­ciły się jesz­cze bar­dziej, przy­po­mi­na­jąc teraz owcze runo sple­cione w nie­długi war­kocz. Plamy potu na roz­cheł­sta­nej lnia­nej koszuli powoli się powięk­szały, two­rząc wraz z reszt­kami grzy­bo­wego nadzie­nia i star­tej na puch psze­nicy nie­zwy­kłą mapę kuli­nar­nych zma­gań.

Obok zasa­pa­nej dziew­czyny, w wiel­kim saga­nie sto­ją­cym na roz­pa­lo­nym piecu, goto­wała się już woda na pie­rogi, a ona nie zdą­żyła jesz­cze nawet wyciąć nożem kwa­dra­tów, na któ­rych miała ukła­dać farsz z kapu­sty i grzy­bów. Dobrze, że cho­ciaż barszcz, podob­nie jak postny żur, był już gotowy i nabie­rał mocy w spi­żarce, a na sosno­wej ławie usta­wio­nej pod niewiel­kim oknem stu­dziły się w wia­drze z zimną wodą uszka z boro­wi­kami. Przed nią wciąż jesz­cze było cia­sto droż­dżowe z makiem i spra­wia­nie ryb. No i przy­go­to­wa­nie stołu, a potem usłu­gi­wa­nie pań­stwu, póź­niej jesz­cze pasterka i dopiero koło dru­giej będzie mogła się poło­żyć, żeby wcze­śnie rano zerwać się i wyrych­to­wać dla wszyst­kich świą­teczne śnia­da­nie.

Na samą myśl o cze­ka­ją­cych ją obo­wiąz­kach chciało jej się pła­kać.

W tym roku po raz pierw­szy gospo­da­rze zde­cy­do­wali się przy­jąć gości na same święta. Zaczęło się nie­win­nie, od tego pana Teo­fila Gład­kow­skiego, pisa­rza, co jesz­cze we wrze­śniu wyna­jął u nich numer, a potem, na początku listo­pada, kiedy cały Ojców opu­sto­szał z naj­bar­dziej nawet opie­sza­łych let­ni­ków, jął prze­bą­ki­wać, że w tak zna­ko­mi­tych warun­kach pisze mu się pierw­szo­rzęd­nie i że grze­chem byłoby zaprze­pa­ścić ten wysi­łek i wra­cać do Kielc. Wła­ści­ciel Macie­jówki, Maciej Kozioł, długo z żoną deli­be­ro­wał, ale że grosz nie śmier­dzi i zawsze się przyda – tym bar­dziej gdy się ma jesz­cze jedną córkę za mąż nie­wy­daną, a dobi­ja­jącą już dwu­dzie­stego roku, więc i czasu na zebra­nie odpo­wied­niego posagu coraz mniej – zgo­dził się na jed­nego gościa pod­czas Wiliji.

Tyle tylko, że wieść po oko­licy roze­szła się z pręd­ko­ścią bły­ska­wicy i nie dalej jak z począt­kiem listo­pada do drzwi Macie­jówki zapu­kał kolejny męż­czy­zna. Od razu było widać, że to nie byle kto: wysoki, ele­gancki, w wyglan­co­wa­nych trze­wi­kach i oku­la­rach, z równo przy­strzy­żo­nym wąsem à la mar­sza­łek i wło­sami na poma­dzie, popro­sił o moż­li­wość roz­mowy z gospo­da­rzem. Nie minął tydzień, jak pod pen­sjo­na­tem zja­wiła się fur­manka wypeł­niona wali­zami i sakwami podróż­nymi, a za nią, w osob­nych saniach pro­wa­dzo­nych przez umyśl­nego wysła­nego z Ojcowa aż na kra­kow­ski dwo­rzec, przy­był ów jego­mość w towa­rzy­stwie mał­żonki i lato­ro­śli. Pań­stwo Mau­rycy i Maria Kło­sow­scy z córką Kry­styną zajęli dwa pokoje na pod­da­szu, po dru­giej stro­nie kory­ta­rza, by odgłosy maszyny do pisa­nia dobie­ga­jące z numeru Gład­kow­skiego nie były dla nich nad­mierną nie­do­god­no­ścią.

Czworo gości po sierp­nio­wym nawale let­ni­ków nie sta­no­wiło więk­szego kło­potu, a wręcz było miłym uroz­ma­ice­niem. Choć z bie­giem dni pan Teo­fil coraz czę­ściej zamy­kał się na dłu­gie godziny i nie­raz trzeba mu było dono­sić posiłki na górę, a Kło­sow­scy, zade­kla­ro­wani ama­to­rzy ojcow­skiej przy­rody, coraz rza­dziej wybie­rali się na oko­liczne szlaki, ogra­ni­cza­jąc się do kon­tem­pla­cji rdzawo-zło­tych jesien­nych pej­zaży jedy­nie zza swego okna.

Led­wie tydzień temu, wraz z nasi­la­ją­cymi się opa­dami śniegu, w Macie­jówce poja­wiła się nowa postać. Odziana w żałobną czerń mil­cząca trzy­dzie­sto­latka zajęła nie­wielki pokoik nad wej­ściem – ten pośrodku kory­ta­rza – mając rodzinę Kło­sow­skich po lewej, Gład­kow­skiego zaś po pra­wej stro­nie. Tyle tylko, że pani Hor­ten­sja Barań­ska, bo tak wpi­sała się do księgi gości, czę­sto nie zja­wiała się na wspól­nym śnia­da­niu, a kola­cji w ogóle nie opła­ciła, wyma­wia­jąc się ner­wami żołądka. Poza obia­dami nie wcho­dziła więc z pozo­sta­łymi loka­to­rami w żadne bliż­sze inte­rak­cje.

Myślałby kto – Halina Bro­nówna zawzię­cie lepiła pie­rogi, spraw­nie zagi­na­jąc brzegi cie­niuch­nego cia­sta bogato wypeł­nio­nego kapu­ściano-grzy­bo­wym far­szem – że pień­cioro gości ozna­cza jakonś roz­rywke w ponure wie­czory i ciemne gru­dniowe dni. Że se czło­wiek cho­ciaż posłu­cha histo­rii z wiel­kiego świata, że sie choć napa­trzy! Nie­do­cze­ka­nie!

Kło­sow­scy poro­zu­mie­wali się głów­nie mię­dzy sobą, a i to szep­tem, tak że nawet ze szklanką przy ścia­nie nie­wiele dało się usły­szeć. Pani Hor­ten­sja do poran­nej toa­lety nie chciała pomocy, sama ukła­dała sobie fry­zurę i tylko przy ran­nym roz­pa­la­niu pieca i popo­łu­dnio­wym dokła­da­niu drew można było się jej przyj­rzeć. Jedy­nie pan Teo­fil cza­sem do czło­wieka zaga­dał, choć mówił tak dziw­nie, że nawet ona, przy­wy­kła prze­cie do ele­ganc­kich let­ni­ków, ni w ząb go nie rozu­miała.

Może przy­naj­mniej ten młody dok­tór, co to wczo­raj przy­je­chał i na całe święta wyna­jął pokój – nie­wielką izbę mię­dzy Gład­kow­skim a Barań­ską – okaże się gawę­dzia­rzem. Włosy co prawda miał takie, że trudno go było trak­to­wać poważ­nie, ale kilka razy się do niej uśmiech­nął, sam wniósł na górę nie­wielką walizkę i skó­rzaną medyczną torbę, a gdy przy­nio­sła mu do numeru dzban gorą­cej wody, żeby się mógł po podróży obmyć, wci­snął jej do ręki całą zło­tówkę. No i na wie­cze­rzę szy­ko­wał się do zna­jo­mych, któ­rym, jak tłu­ma­czył się gospo­da­rzowi Macie­jówki, nie chciał robić kło­potu, więc dla niej ozna­czało to mniej roboty.

Zresz­tom, im wien­cej ludzi, tym lepiej. Wia­domo, naj­ła­twiej zgu­bić igłe w stogu siana…

Nagle poczuła, że oblewa ją zimny pot.

A co, jak sie wyda?

*

Nie zdą­żyła krzyk­nąć. Led­wie Flora otwo­rzyła drzwi Żubry­nówki, Kon­stan­cja poczuła nagłe ude­rze­nie w brzuch. Zasko­czona pró­bo­wała przy­trzy­mać się ściany, ale nie mogąc zła­pać tchu, upa­dła jak długa. Coś nie­mal zmiaż­dżyło jej wnętrz­no­ści, by natych­miast dosko­czyć do twa­rzy. Cie­pły, szorstki język kil­ka­krot­nie poli­zał ją po czole i wło­sach.

– Już, już, kocha­nie. – Głos hra­biny Marii Józefy Kul­wiec brzmiał ina­czej, niż zapa­mię­tała, choć nestorka na­dal nosiła nie­modny od ponad dekady gor­set i żałobną (acz twa­rzową) czerń. – Chodź tu do mnie prę­dziutko! Śliczny pie­sek! Dobry! A ty, droga Kon­stan­cjo – tym razem zwró­ciła się do leżą­cej na pod­ło­dze gościni – nie rób scen. Doprawdy, nie ucho­dzi… Kto to widział, od progu tak się zacho­wy­wać. Prze­cie nie możesz bać się pie­ska.

– Raczej psa. – Tata­re­wi­czów­nie udało się wresz­cie pod­nieść i z pomocą Flo­ren­tyny odsu­nąć na bez­pieczną odle­głość od mer­da­ją­cego Prince’a Char­lesa. – Przez te pół roku bar­dzo urósł.

– Prawda? – ucie­szyła się hra­bina, a na jej twa­rzy zago­ścił szczery uśmiech. Zdobne po równo pla­mami wątro­bo­wymi i rodo­wym sygne­tem palce deli­kat­nie gła­dziły rudy łeb przy­tu­la­ją­cego się do jej sukni psa. – Nie przy­po­mina już tej kulki, którą to ty nam tutaj, do Żubry­nówki, przy­nio­słaś – przy­po­mniała ostrze­gaw­czo, choć zwy­cza­jowa nagana w jej gło­sie była nazbyt wyraź­nie pod­szyta rado­ścią, by zacho­wać dawną moc.

Rze­czy­wi­ście, sie­dzący teraz u stóp swej pani pies nie miał już nic wspól­nego z ura­to­wa­nym przez Tata­re­wi­czównę szcze­niacz­kiem: na oko ważył ze trzy­dzie­ści kilo, masywny tułów wydłu­żył się zna­cząco i tylko uszy ster­czały na­dal rów­nie pociesz­nie.

– Już jesteś, moja droga! – W hallu poja­wiła się zaafe­ro­wana ciotka Jadwiga. – Jak podróż?

I nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, popro­wa­dziła gości­nię w głąb kory­ta­rza, naka­zu­jąc Flo­rze, by nie­zwłocz­nie zanio­sła walizki panienki do pokoju na pię­trze.

– Jakże się cie­szę, Kon­stan­cjo – zwa­biony hała­sami pro­fe­sor Hen­ryk Żubrzyń­ski wyj­rzał ze swo­jego gabi­netu – że spę­dzimy razem święta. Oczy­wi­ście to wielka szkoda, że twoja mama się roz­cho­ro­wała, ale szwaj­car­ska kli­nika ma dosko­nałe wyniki i jestem pewien, że lada moment wróci, bie­daczka, do zdro­wia. Nie dalej jak wczo­raj roz­ma­wia­łem z twoim ojcem, który jest dobrej myśli. Tym­cza­sem posta­ramy się wszy­scy, żebyś, na ile to moż­liwe w tej sytu­acji, zapo­mniała o smut­kach.

– Tata obie­cał, że jutro będzie kulig! – Jede­na­sto­let­nia Wanda Żubry­nówna wybie­gła z salonu i wtu­liła się w nowo przy­byłą nie­mal z takim samym impe­tem jak wcze­śniej Prince Char­les.

Po chwili dołą­czyły do niej sio­stry Helena i Marianna.

– To się doprawdy nie godzi… – mru­czała hra­bina Maria Józefa, nie­prze­rwa­nie głasz­cząc aksa­mitne uszy towa­rzy­szą­cego jej wier­nie czwo­ro­noga. – Panienki z dobrego domu nie powinny tak mocno ule­gać emo­cjom, moja Jadwigo. – Tym razem jej ton nabrał zwy­cza­jo­wej suro­wo­ści. – W końcu jaka Wilija, taki cały rok.

– W takim razie – Tata­re­wi­czówna nie mogła oprzeć się poku­sie – czeka nas rok pełen przy­jem­nych zda­rzeń i spo­tkań z przy­ja­ciółmi.

Żubrzyń­scy spoj­rzeli na sie­bie poro­zu­mie­waw­czo.

– W rze­czy samej… – zaczął Hen­ryk, ale Jadwiga mu prze­rwała.

– Pew­nie jesteś zdro­żona, droga Kon­stan­cjo. Jeśli chcesz się prze­brać i chwilę odpo­cząć, to może być dobry moment. Z racji postu na razie niczego ci nie zapro­po­nuję do prze­ką­sze­nia, ale Flora zaraz zapa­rzy her­baty.

– Bar­dzo chęt­nie, cio­ciu – zgo­dziła się. – Naj­da­lej za kwa­drans będę gotowa.

*

Prze­bie­rała się nie­chęt­nie. Na­dal trzę­sły jej się ręce i zapię­cie tych kilku guzi­ków bluzki zajęło jej dłuż­szą chwilę. Bolała ją głowa, a serce wciąż nie­bez­piecz­nie koła­tało. Nie miała sił na odgry­wa­nie scen, ale w wigi­lijny wie­czór nie­po­dobna było zostać w nume­rze. I tak dobrze, że wła­ści­ciel Macie­jówki zgo­dził się gościć ją w tym ter­mi­nie.

Znane na całą Pol­skę pod­kra­kow­skie uzdro­wi­sko wraz z nadej­ściem jesieni cichło i pusto­szało. Jedy­nie tutejsi gospo­da­rze oraz naj­bar­dziej zago­rzali wiel­bi­ciele pie­szej tury­styki mogli podzi­wiać fascy­nu­jący spek­takl: pię­trzące się po obu stro­nach Ojcowa zie­lone ściany lasów z dnia na dzień prze­obra­żały się w czer­wone i rdzawe fale, tylko gdzie­nie­gdzie poprze­ty­kane żół­tymi pla­mami. Z nadej­ściem słoty drzewa stop­niowo gubiły liście, odkry­wa­jąc na krótko – nim przy­kryły je śniegi – pofał­do­wane ska­li­ste zbo­cza.

Wraz z bielą zmie­niał się rów­nież cha­rak­ter wsi. Ostatni tury­ści zni­kali niby ptaki odla­tu­jące do cie­płych kra­jów, gospo­da­rze zamy­kali pokoje i całe pen­sjo­naty biel­mami okien­nic i tylko dymy uno­szące się z roz­rzu­co­nych po oko­licy komi­nów dowo­dziły, że w tym cichym zakątku świata wciąż tli się życie.

Jest tu tak cicho, jakby wszy­scy pomarli – pomy­ślała i z cięż­kim wes­tchnie­niem wygła­dziła fałdy spód­nicy.

A może śmierć jest naj­lep­szym roz­wią­za­niem?

*

Teo­fil Gład­kow­ski z zado­wo­le­niem wycią­gnął z maszyny do pisa­nia kolejną kartkę.

Na dzi­siaj koniec!

Spoj­rzał przez nie­wiel­kie okno wycho­dzące na tyły Macie­jówki. Pię­trząca się naprze­ciw ściana lasu powoli zle­wała się w jedno ciemne pasmo. Sza­rzało. Choć lampa naf­towa stała w goto­wo­ści na stole, nie lubił pisać przy jej świe­tle. Zresztą powi­nien zro­bić sobie prze­rwę: czuł nie­po­ko­jące pul­so­wa­nie w skro­niach i przy­spie­szone bicie serca.

Czas przy­go­to­wać się do wie­cze­rzy. A od jutra – kolejny roz­dział!

Rozdział drugi, w którym ktoś śpiewa czysto, a ktoś nie może już serniczka

Docho­dziła szes­na­sta. Za oknami wszech­obecna biel pod­bi­jała zimne gru­dniowe świa­tło, które o tej porze dnia nabie­rało sino­sza­rej barwy i stop­niowo ciem­niało, by następ­nie, już za godzinę prze­obra­zić się w gra­nat.

W salo­nie wyraź­nie czuło się nad­cho­dzące święta. Przy wyj­ściu na zasy­pany śnie­giem taras stała wielka, nie­dawno ścięta cho­inka. Ozdo­bione bomb­kami z dmu­cha­nego szkła i papie­ro­wymi łań­cu­chami drzewko pach­niało lasem, laskami cyna­monu i raj­skimi jabłusz­kami. Woskowe świece przy­cze­piono na krań­cach gałęzi, by – gdy po uro­czy­stej Wiliji zostaną wresz­cie zapa­lone – nie spo­wo­do­wały pożaru.

Ze sto­ją­cego na sto­liku za sofą pate­fonu sączyła się kolęda. Męskie głosy Chóru Dana w lirycz­nym uni­sono oznaj­miały światu:

„Gdy się Chry­stus rooodzi

I na świat przy­cho­oodzi,

Ciemna noc w jasno­oości

Pro­mie­ni­stej bro­oodzi”.

Wpa­trzona w ogień tań­czący na kominku, z fili­żanką aro­ma­tycz­nej her­baty w dło­niach, Kon­stan­cja czuła się nie­mal dobrze. Prze­szka­dzało jej tylko natar­czywe bur­cze­nie w brzu­chu i głód, który odbie­rał siły. Cóż jed­nak zro­bić, skoro do uro­czy­stej wie­cze­rzy pozo­sta­wało jesz­cze tro­chę czasu, a jak Pol­ska długa i sze­roka, nale­żało pościć do samej Wiliji.

Całe szczę­ście – pomy­ślała – że w Żubry­nówce kuch­nia znaj­duje się w sute­re­nie. Gdyby towa­rzy­szyły nam zapa­chy tych wszyst­kich potraw, jakie Wła­dziowa od rana nie­wąt­pli­wie dla nas cza­ruje, ocze­ki­wa­nie na kola­cję byłoby istną tor­turą.

Po sie­dzą­cej naprze­ciw hra­bi­nie Kul­wiec nie było jed­nak widać naj­mniej­szych oznak nie­do­god­no­ści. Zapewne dla­tego – domy­śliła się Tata­re­wi­czówna – że u jej stóp spo­czy­wał mer­da­jący od czasu do czasu Prince Char­les.

– Dobrze cię widzieć, moje dziecko. – Wypro­sto­wana niczym struna Maria Józefa się­gnęła do wiszą­cego na piersi aksa­mit­nego woreczka po lor­gnon. – Niech no ci się przyj­rzę, moja droga.

Przez moment lustro­wała gości­nię od stóp do głów. Prze­brana w zie­loną jedwabną bluzkę i brą­zową spód­nicę dwu­dzie­sto­latka zachwy­cała urodą.

– Nie jest naj­go­rzej – zawy­ro­ko­wała hra­bina łaska­wie. – Może nieco zbla­dłaś, ale w tej sytu­acji to cał­kiem zro­zu­miałe… Doprawdy, ślę­cze­nie nad książ­kami nikomu nie służy, a już na pewno nie dziew­czę­ciu, które powinno raczej roz­glą­dać się za kan­dy­da­tem na męża niż za jaki­miś filo­zo­ficz­nymi teo­riami… W poczet cnót nie­wie­ścich – pouczyła z wyraźną satys­fak­cją zarówno Tata­re­wi­czównę, jak i sie­dzące nie­opo­dal Żubry­nówny – bez wąt­pie­nia zali­czyć należy pokorę oraz umie­jęt­ność spraw­nego zarzą­dza­nia domo­wem ogni­skiem, nie zaś naukowe roz­prawy czy bie­głość w samo­dziel­nym myśle­niu. Choć z dru­giej strony – przy­znała po chwili – panie z Cia­no­wic na­dal bar­dzo cię chwalą. Nie dalej jak wczo­raj wysłały do nas z pałacu umyśl­nego ze świą­tecz­nym podar­kiem, a na dołą­czo­nej kartce zna­lazł się dopi­sek o szcze­gól­nych pozdro­wie­niach dla panienki Kon­stan­cji.

– Jakże mi miło – ucie­szyła się Tata­re­wi­czówna. – A wła­śnie, co sły­chać u pani Teo­dory Pierz­chow­skiej? A pani Zofia? Czy już wró­ciła?

– Jak sama wiesz, panią Teo­dorą bar­dzo wstrzą­snęły lip­cowe wyda­rze­nia – wtrą­ciła prze­jęta Jadwiga Żubrzyń­ska – ale cie­szy się, że syn jest zdrów, a i Zofia nie­długo zamie­rza wró­cić do kraju. Podobno nawet – tu ści­szyła głos, by sie­dzące na sofie córki, zwłasz­cza naj­młod­sza Wanda, nie usły­szały – spo­tkała kogoś…

Hra­bina Kul­wiec nie bez zado­wo­le­nia prze­wró­ciła oczami i teatral­nie wes­tchnęła.

– Led­wie pół roku minęło… Maria Wacława, bie­dac­two, zapewne prze­wraca się w gro­bie, lecz cóż począć, skoro tak wycho­wała wnuczkę…

– Maria Wacława nie­wąt­pli­wie cie­szy się, że Zofia uło­żyła sobie życie. – Kon­stan­cja uśmiech­nęła się cierpko. Już zapo­mniała, jak to jest w Żubry­nówce.

Gdyby nie głos Mie­czy­sława Fogga, oznaj­mu­jący wszem wobec, że:

„Anio­ooło­wie się raaadują,

Pod nie­eebiosy wyśpie­eewują:

Glo­ooriaaa, glo­ooriaaa, glo­ooriaaa,

In excel­sis Deeeooo”,

zapa­dłaby nie­zręczna cisza.

– Dzi­siaj na wie­cze­rzy – ze swo­jego fotela usta­wio­nego naj­bli­żej kominka, ode­zwał się znie­nacka wuj Hen­ryk, zabi­ja­jący cało­dniowy głód kolej­nym cyga­rem – dołą­czy do nas, droga Kon­stan­cjo, także twój zna­jomy.

Tata­re­wi­czówna poczuła, że pieką ją policzki. Serce zaczęło bić szyb­ciej. Czyżby…

Na szczę­ście zapa­no­wała nad gło­sem.

– Zna­jomy? – spy­tała, się­ga­jąc jak gdyby ni­gdy nic po fili­żankę. – Doprawdy nie wiem, o kim wuj…

– Nasz cudowny dok­tór Dio­nizy Por­c­ko­lanko – ode­zwała się nie­bacz­nie Helena, ścią­ga­jąc na sie­bie kar­cące spoj­rze­nie hra­biny Kul­wiec – przy­bę­dzie na Wiliję.

– To prawda – potwier­dził pro­fe­sor. – Uzna­li­śmy z Jadwigą, że skoro jest wdow­cem…

– Wdow­cem? – zdzi­wiła się Tata­re­wi­czówna.

Była prze­ko­nana, że dwie kry­mi­nalne sprawy, które razem roz­wią­zy­wali z Dio­ni­zym, zbli­żyły ich do sie­bie, jed­nak nie miała poję­cia o tym, że Por­c­ko­lanko był kie­dyś żonaty.

Cio­cia Żubrzyń­ska spoj­rzała na nią szcze­rze zasko­czona.

– Nie wie­dzia­łaś? Ow­szem, był żonaty. Bie­dac­two, zmarła oneg­daj, bodajże na grypę. To dla­tego dok­tór prze­by­wał tego lata w Pie­sko­wej Skale. Chciał dojść do sie­bie.

Hra­bina Maria Józefa de domo Mączyń­ska, primo voto Haw­ry­nie­wicz, secundo voto Kul­wiec, mająca doświad­cze­nie zarówno we wdo­wień­stwie, jak i innych życio­wych spra­wach, poki­wała głową ze znaw­stwem.

– Tak to już bywa, że szewc bez butów cho­dzi, a żona leka­rza… – wtrą­ciła filo­zo­ficz­nie.

– Ależ cio­ciu! – Pro­fe­so­rowa, nie bacząc na kon­se­kwen­cje tak śmia­łego wystą­pie­nia, sta­nęła w obro­nie mło­dego medyka. – Gdyby nie cudowny pan Dio­nizy i jego Aspi­ryna, na pewno, jak nie­mal przed każ­dymi świę­tami, leża­ła­bym od rana obo­lała, z kom­pre­sem na oczach! Bo to przed Wigi­lią zawsze tyle roboty…

Rze­czy­wi­ście – pomy­ślała Kon­stan­cja. – Flora była dzi­siaj dziw­nie blada i apa­tyczna. Pew­nie ze zmę­cze­nia led­wie stoi na nogach.

– Święta to święta – ode­zwała się sen­ten­cjo­nal­nie Kul­wiec.

– Tak czy ina­czej, roz­ma­wia­łem nie­dawno z Dio­ni­zym. – Hen­ryk Żubrzyń­ski, jak przy­stało na męż­czy­znę i głowę rodziny, wziął na swe barki cię­żar nieco kule­ją­cej kon­wer­sa­cji i wró­cił do głów­nego wątku. – I gdy tylko dowie­dzia­łem się, że zamie­rza spę­dzać święta samot­nie, zapro­si­łem go do nas. Lada moment powi­nien się zja­wić.

Marianna pode­szła do sto­ją­cego w kącie gra­mo­fonu i włą­czyła kolejną płytę. Męskie głosy Chóru Dana wypeł­niły salon tkliwą kolędą:

– „Luuula­aaj­żeee, Jeeezu­uuniu, moja pere­eełko,

Luuula­aaj, ulu­uubio­oone me pie­eeści­dełko”.

Za oknem mia­rowo padał śnieg, jak okiem się­gnąć, zakry­wa­jąc świat coraz grub­szą białą koł­drą.

– Już nie­ba­wem – Wanda z tęsk­notą wyj­rzała przez okno – zabły­śnie pierw­sza gwiazdka i będzie można roz­po­cząć wie­cze­rzę.

*

Samo­chód z tru­dem prze­bi­jał się przez zwały śniegu.

Na szczę­ście już bli­żej niż dalej – pomy­ślał zre­zy­gno­wany. – Zaraz po lewej powi­nien być skręt na Ojców.

Się­gnął po leżącą na sie­dze­niu pasa­żera srebrną papie­ro­śnicę i zapa­lił Nila. Z przy­jem­no­ścią zacią­gnął się dymem.

Nie było go w Żubry­nówce od pół roku. Ostat­nio gościł u pro­fe­so­ro­stwa na kola­cji wypra­wio­nej po tam­tych sza­lo­nych wyda­rze­niach w cia­no­wic­kim pałacu. Na samo wspo­mnie­nie lip­co­wego wie­czoru poczuł, jak zaci­skają mu się szczęki.

Weźże się, chło­pie, w garść! Naj­wy­raź­niej nie było ci pisane!

Tak, powta­rzał to sobie codzien­nie od tam­tego spo­tka­nia. Sta­rał się sku­piać na pracy, byle tylko zapo­mnieć o zie­lo­nych oczach i blond wło­sach tak dosko­nale falu­ją­cych nad linią oboj­czy­ków. Darem­nie! Mógł do znu­dze­nia powta­rzać sobie, że jest za stary, że pięt­na­ście lat róż­nicy to za dużo, że War­szawa, że Kra­ków… Że tak wła­śnie miało być…

Nic, psia­krew, nie zadzia­łało!

Pogrą­żony w myślach w ostat­niej chwili zdą­żył zaha­mo­wać. Samo­chód przez chwilę buk­so­wał na oblo­dzo­nej dro­dze, zatrzy­mał się jed­nak szczę­śli­wie kilka cen­ty­me­trów przed led­wie odci­na­jącą się od mroku ludzką syl­wetką.

Otwo­rzył okno i wyrzu­cił nie­do­pa­łek pro­sto w zaspę.

– Nic się panu nie stało? – krzyk­nął do prze­chod­nia sto­ją­cego przed maską Fiata.

Obsy­pany od stóp do głów bia­łym puchem, oku­tany oblo­dzo­nym sza­li­kiem, z kape­lu­szem naci­śnię­tym na uszy i ze skó­rzaną torbą przy piersi, nie­zna­jomy wyglą­dał jak bał­wan.

– Może gdzieś pod­wieźć? Na takim odlu­dziu i w taką pogodę aż strach iść samemu.

– W rze­czy samej, jeśli pan z łaski swo­jej… – szczęk­nął zębami tam­ten, skło­nił się i skost­nia­łymi rękami ukry­tymi w cien­kich skór­ko­wych ręka­wicz­kach otwo­rzył drzwi auto­mo­bilu. – Cze­kają na mnie w Młyn­niku, w Żubry­nówce, to jest w willi pro­fe­so­ro­stwa Żubrzyń­skich.

Nie na darmo był wybit­nym śled­czym, zna­nym w całym Kra­ko­wie, a nawet w Mało­pol­sce!

– Dio­nizy! – Bar­dziej wyde­du­ko­wał, niż roz­po­znał. – Przy­ja­cielu!

*

Kon­stan­cja na palusz­kach weszła do opu­sto­sza­łego salonu i ostroż­nie poło­żyła pod drzew­kiem kolo­rowe pakunki. Za namową reklam z „Blusz­czu” kupiła paczkę cygar dla wuja, dla cioci Jadwigi kom­po­zy­cję papie­ro­sów dla pań w ele­ganc­kim pudełku, a dla hra­biny pomadki od Bli­klego. Hele­nie wybrała ręka­wiczki z domu towa­ro­wego braci Jabł­kow­skich, Marian­nie Pannę z mokrą głową Maku­szyń­skiego, a Wan­dzi szma­cianą lalkę z por­ce­la­nową twa­rzyczką.

Szkoda tylko – pomy­ślała ze smut­kiem – że nie mam nic dla Dio­ni­zego.

Zamknęła za sobą drzwi i na moment zaj­rzała do sąsied­niej jadalni. Tak jak przy­pusz­czała, usta­wiony pośrodku stół był już nakryty śnież­no­bia­łym obru­sem, a przy każ­dym tale­rzu poło­żono gałązkę jedliny.

Dziwne… Dzie­sięć tale­rzy? – zauwa­żyła zasko­czona. – Ze mną i dok­to­rem Por­c­ko­lanką będzie nas wszak ośmioro. Czyżby wujo­stwo naka­zali zosta­wić nie jeden talerz dla nie­spo­dzie­wa­nego wędrowca – pomy­ślała wzru­szona – ale dwa, dla uczcze­nia moich rodzi­ców?

Poczuła, że po policzku spływa jej łza.

– Panienka lepiej tutaj nie wcho­dzi – usły­szała nagle gdzieś z boku.

W pół­mroku panu­ją­cym w jadalni Tata­re­wi­czówna nie dostrze­gła bez­sze­lest­nie krzą­ta­ją­cej się przy bufe­cie poko­jówki, tym bar­dziej że Flora, ubrana w tra­dy­cyjną czarną sukienkę, nie­mal sta­piała się z ciem­no­ścią.

– Jesz­cze nie­go­towe.

– Oczy­wi­ście.

Bez słowa pro­te­stu opu­ściła sto­łowy. W tym wła­śnie momen­cie do drzwi Żubry­nówki ktoś zało­mo­tał.

To z pew­no­ścią Dio­nizy!

– Otwo­rzę! – Kon­stan­cja ruszyła w stronę wej­ścia.

Dokład­nie tak jak tam­tego dnia – prze­mknęło jej przez głowę. – Na szczę­ście tym razem nie mam na sobie li tylko pidżamy.

I rze­czy­wi­ście, było nie­mal jak w tamtą nie­dzielę, dzie­sią­tego czerwca. Tyle tylko, że obok Dio­ni­zego Por­c­ko­lanki, któ­rego raczej się domy­śliła, niż roz­po­znała w oku­ta­nej i ośnie­żo­nej postaci, jak gdyby ni­gdy nic stał Ewa­ryst Grze­bi­noga.

– Kon­stan­cja?! – wychry­piał zdu­miony.

Wyglą­dał dokład­nie tak, jak go zapa­mię­tała. Wysoki, przy­stojny blon­dyn o wyraź­nie zary­so­wa­nych kościach policz­ko­wych, pro­stym nosie i prze­ni­kli­wych sta­lo­wych oczach. Pach­niał jak zawsze zabój­czą mie­szanką owo­ców cytru­so­wych, lawendy i ziół – jed­nym sło­wem Prze­my­sławką.

– Ewa­ry­ście? Co ty tu…

Wpa­try­wał się w nią onie­miały. Wyglą­dała jesz­cze pięk­niej niż tam­tego wie­czora. Zie­lona bluzka pod­kre­ślała barwę jej oczu, a świa­tło wiszą­cej nad nimi lampy nada­wało wło­som nie­mal nie­ziem­ski blask. Pach­niała tube­rozą i jaśmi­nem.

Czy to naprawdę? Czy mi się to śni?

Nagle zbla­dła.

– Jezus Maria! Coś się stało! – prze­ra­ziła się. – Ktoś umarł!

W odpo­wie­dzi uśmiech­nął się sze­roko.

– Ależ skąd! – uspo­koił ją. Skło­nił się przed nią i z galan­te­rią uca­ło­wał podaną mu dłoń. – Zosta­łem oneg­daj zapro­szony na wie­cze­rzę. Zaprzy­jaź­ni­li­śmy się z Hen­ry­kiem i…

– No, moi dro­dzy, naresz­cie jeste­ście!

Pro­fe­sor Żubrzyń­ski wyszedł ze swo­jego gabi­netu. Na widok gości uśmiech­nął się sze­roko i roz­ło­żył ręce w geście powi­ta­nia.

– Jak dobrze was widzieć! Mar­twi­łem się nieco, że opady śniegu mogą pokrzy­żo­wać nasze plany. Ale zaraz… Dio­nizy – zwró­cił się do Por­c­ko­lanki, który wła­śnie z ulgą roz­piął guziki wciąż oblo­dzo­nego płasz­cza – gdzie twój bagaż? Bo chyba nie masz, drogi przy­ja­cielu, zapasu bie­li­zny w swo­jej medycz­nej tor­bie?

Dok­tór darem­nie pró­bo­wał przy­gła­dzić prze­mar­z­nięty loczek.

– Nie chcia­łem robić kło­potu – wyja­śnił, ści­ska­jąc zzięb­niętą dło­nią cie­płą rękę Hen­ryka. – Wyna­ją­łem więc pokój w Ojco­wie. Zamek w Pie­sko­wej Skale zamknął się wszak na zimę. Ima­gi­nuj­cie sobie, dro­dzy pań­stwo, że w całym uzdro­wi­sku działa jedy­nie Macie­jówka.

Scho­dząca wła­śnie ze scho­dów Jadwiga Żubrzyń­ska, ubrana w ele­gancką baweł­nianą suk­nię z nie­wielką kameą przy­piętą do koł­nie­rzyka, spoj­rzała na gościa wyraź­nie dotknięta.

– Ależ, drogi Dio­nizy, prze­cież przy­go­to­wa­li­śmy dla cie­bie pokój!

– Dla cie­bie też, Ewa­ry­ście – dorzu­cił jej mał­żo­nek. – Zakła­dam jed­nak, że twoje bagaże znaj­dują się w bagaż­niku auto­mo­bilu. Zaraz każę je przy­nieść, bo prze­cie na takim mro­zie nawet koszule mogą zamar­z­nąć na amen.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki