44,99 zł
Gwiazdy kina, dużo śniegu i… zbrodnia prawie doskonała.
Zasypany śniegiem Ojców, 1932 rok. W jedynym czynnym pensjonacie „Maciejówka” wigilię Bożego Narodzenia spędza pięcioro nieznajomych. Szósty gość, nikomu nie znany, przypadkowo zostaje znaleziony w niewynajętym numerze. Czy łączyło go coś z piękną nieznajomą, literatem pracującym nad dziełem życia, a może z tajemniczą rodziną?
Zagadkę spróbują rozwiązać Konstancja Tatarewiczówna, medyk Dionizy Porckolanko oraz wybitny śledczy Ewaryst Grzebinoga, spędzający wspólnie Święta w nieodległej Żubrynówce.
Elegancka zagadka, odrobina humoru i… rodząca się miłość – oto Pojedyncza gwiazda.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 215
Copyright © by Karolina Morawiecka 2026 Copyright © by TIME SA 2026
Wydawczyni: Natalia Gowin Redaktor prowadząca: Aleksandra Pawlińska Redakcja: Malwina Kozłowska Korekta: Monika Kociuba, Patrycja Szura / e-DYTOR Projekt okładki i stron tytułowych: Karolina Żelazińska-Sobiech
Wydawca: TIME SA, ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa
Warszawa 2026 Wydanie pierwsze ISBN 978-83-8343-842-9
Więcej o naszych autorach i książkach: facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/hardewydawnictwo tiktok.com/@harde.wydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Choć opisane tu miejsca w większości istnieją,
a wiele postaci żyło naprawdę,
historia ta jest całkowicie wymyślona.
Czerwona plama powiększała się systematycznie, zachłannie przejmując kolejne centymetry białego materiału. Wreszcie, kropla po kropli, spłynęła w dół, tworząc na wyszorowanych sosnowych deskach brunatną nieregularną kałużę.
Drewniany trzonek był gładki i zaokrąglony na końcu. Czuł pod palcami jego nieskazitelną fakturę; skupiał na nim całą uwagę, próbując resztkami sił pojąć, co właściwie się stało. Ale niczego nie rozumiał.
Zmusił się, by na chwilę otworzyć oczy.
Zmrok bezwzględnie pochłaniał wszystko wokół. Tylko w ciemnym kwadracie okna błysnęła pojedyncza gwiazda.
Gdzieś spod podłogi dobiegł go śpiew. Głos był piękny, wysoki i czysty. Otulał go, kołysał, unosił coraz wyżej i wyżej:
„Zamknijże znużone płaczem powieczki,
Utulże zemdlone łkaniem usteczki”.
Po policzku spłynęła mu pierwsza w życiu łza.
Sobota, 24 grudnia 1932 roku
Pociąg relacji Warszawa–Kraków z piskiem potężnych kół zatrzymał się na końcowej stacji. Sypnęły złotem iskry, przez moment odbierając pierwszeństwo spadającym z nieba koronkowym płatkom śniegu.
– Kraaakóóów, Kraaakóóów, prosi się wysiaaadać. Już Kraaakóóów! – Zmarznięty mężczyzna w granatowym kolejarskim płaszczu krzyczał z całych sił.
Mimo to jego głos ledwie przebijał się przez gwar oczekujących na peronie ludzi, gazeciarzy rozpaczliwie próbujących sprzedać ostatnie egzemplarze „Kuryera”, bagażowych oferujących swoje usługi i okutanych w wełniane chusty przekupek zachwalających nienajświeższe już o tej porze obwarzanki.
Konstancja Tatarewiczówna poprawiła futrzany kołnierz płaszcza i z cichym westchnieniem opuściła ciepły wagon. Grudniowe powietrze aż zaparło jej dech. Lekkie skórkowe trzewiki nie zapewniały praktycznie żadnej ochrony przed zimnem i śniegiem, za to doskonale komponowały się z jasnoszarym tweedowym płaszczem. Z żalem pomyślała o wygodnych, ciepłych butach narciarskich leżących na dnie walizki – nie nadawały się wszak do chodzenia po mieście, a ona obiecała rodzicom, że tym razem nie wywoła żadnego skandalu.
Na szczęście szofer wujostwa wypatrzył ją niemal natychmiast i już po chwili siedziała na wygodnej kanapie Chevroleta.
– Panienka się okryje kocem, co tam obok leży – zaproponował Maciej. W owczym kożuchu i wielkiej czapie, wciąż obsypanej śniegiem, przypominał bałwana. – W tych warunkach do Młynnika będziemy jechać ze dwie godziny albo dłużej. Jak tak dalej będzie śnieżyć, to całkiem nas zasypie, wspomni panienka moje słowa. Całe szczęście, że jedzenia jest w bród, jak to na Wiliję i święta, to i z głodu nie pomrzem. Zresztą, będzie, jak Bóg da… Ale co ma nie dać – dorzucił filozoficznie po chwili – swoim wiernym.
– Istotnie, zobaczymy, co nam los przyniesie. – W głosie Konstancji nie było większej ekscytacji.
Beznamiętnie wpatrywała się w obsypane śniegiem miasto. Przybrane białym puchem kamienice wkrótce zaczęły znikać, a w ich miejsce pojawiły się niewysokie, nowoczesne wille ustawione równo wzdłuż ulicy. „Osiedle oficerskie” – przeczytała napis na tabliczce. Na sekundę zamknęła oczy. Gdy ponownie je otworzyła, miejskie zabudowania zniknęły; teraz, jak okiem sięgnąć, rozciągały się śnieżne pola, od czasu do czasu poprzecinane rosochatymi strzechami wiejskich chat skupionych ciasno jedna przy drugiej, jakby próbowały się nawzajem ogrzać.
– Oby tylko nie znowu jakiegosi nieboszczyka… – Kierowca, który nie poprzestawał mówić, zaśmiał się naraz tubalnie, ale natychmiast, nie zważając na oblodzoną drogę, uniósł prawą rękę, by nabożnie wykonać znak krzyża. Na szczęście zdążył jeszcze odbić samochód kierujący się ku pobliskiej zaspie. – My to w Żubrynówce się śmiejemy, że jak się tylko panienka pojawi w okolicy, to zaraz jakiesi zagadki i mordy. Ale niech się panienka nie gniewa, my tylko tak, z sympatii, żartujemy – zapewnił. – Przecie wszyscy wiemy, że gdyby nie pomoc panienki, to na zamku w Pieskowej Skale ani chybi doszłoby do kolejnych zbrodni, a i mordercy udałoby się uciec. Służba z cianowickiego pałacu też panienkę wychwala pod niebiosa, choć – spróbował odwrócić się w jej stronę, ale gruby kołnierz okazał się przeszkodą nie do sforsowania dla jego krótkiej szyi – co się tam dokładnie stało, pary z gęby nie puszcza. Tyle tylko, że gdyby nie panina pomoc, mogłoby dojść do jeszcze większej tragedii.
Przed oczami stanęły jej wydarzenia minionego lata.
Ciało nieznajomej w saloniku myśliwskim, odkryte przez nią przypadkiem, gdy upojona atmosferą balu i wolności zakradała się nocą do swojego pokoju w Żubrynówce. Tajemnicza śmierć hrabiny Marii Wacławy, przystojny panicz Zbigniew Pierzchowski i przerażona twarz Zofii…
Minęło zaledwie pół roku, a wydaje się, jakby całe życie, jakby inna epoka.
Z zadumy wyrwało ją natarczywe pytanie.
– No i ten policjant, jak mu tam…? – Szofer najwyraźniej kontynuował opowieść.
– Komisarz Ewaryst Grzebinoga – odpowiedziała mechanicznie.
Poczuła, że pieką ją policzki. Była pewna, że wtedy, tamtego lipcowego wieczoru, gdy widzieli się po raz ostatni, chciał powiedzieć jej coś ważnego. Dotąd na samo wspomnienie jego spojrzenia serce biło jej szybciej. A jednak, nim zdążył się odezwać, przerwał im przejęty wuj Żubrzyński z informacją, że właśnie dzwoniono z Krakowa. „Kolejne morderstwo” – oznajmił wówczas, a Ewaryst tylko zbladł, zgrzytnął zębami, skłonił się przed nią i natychmiast się pożegnał. Następnego dnia z kolei to ona musiała wracać do Warszawy…
Westchnęła ciężko.
Dobrze, że Maciej zdawał się tego nie zauważać, skupiony po równo na coraz bardziej zaśnieżonej drodze i własnej historii.
– O, właśnie! To miałem rzec: komisarz Grzebinoga też okazał się niezgorszym śledczym. I ten cały doktór…
– Porckolanko. – Tym razem głos Tatarewiczówny zabrzmiał naturalnie. – Dionizy Porckolanko.
– O, właśnie! – ucieszył się. – Doktór Porckolanko też się niejednokrotnie przydał. Dotąd pani profesorowa nie może się go nachwalić, bo dzięki jego medykamentom przeszła jej ta cała migrena. Nawet teraz, przed samymi świętami, kiedy przecie pracy jest co niemiara i nerwowo, jak, nie przymierzając, przed imieninami hrabiny Marii Józefy, bóle jej nie wróciły. A mówię panience – na samo wspomnienie sierpniowego balu westchnął głęboko i dwa razy pokręcił głową w baraniej czapie – że tym razem było wyjątkowo ciężko.
Oczywiście – przypomniało się Konstancji – skoro Maria Wacława nie żyła, sierpniowe imieniny hrabiny wdowy musiały mieć wyjątkowy charakter.
– Panienki już tu u nas, w Żubrynówce, nie było i mówię panience, że to łaska boska, bo cośmy się narychtowali, to nasze! Władziowa co i raz ze służby chciała się zwalniać, że to nie na jej nerwy. Ciągle ino szła po odprawę, aż pani Jadwiga ze łzami w oczach ją ubłagała, by ich w potrzebie nie opuszczała. Profesor wcale nie wychodził z gabinetu, Franciszka we spazmach… Ech, szkoda gadać! Nawet ja ino w tę i we w tę jeździłem, a to po ostrygi, a to po wina, a to papeteryję zamówić, bo się onegdaj skończyła, a to znów zaproszenia rozwieźć. Drogę do Krakowa mógłbym już chyba z zamkniętymi oczami przejechać! Z tego wszystkiego państwo profesorostwo dali nam nawet po dwa złote podwyżki, cobyśmy tylko nie poszli gdzie indziej.
– Wiem jednak z „Kuryera”, że wszystko udało się pierwszorzędnie. Ciocia Jadwiga przesłała mi nawet wycinek. A na zdjęciu – Tatarewiczówna uśmiechnęła się na samo wspomnienie fotografii dołączonej do artykułu – hrabina wdowa trzymała na ręku Prince’a Charlesa.
Nie zważając na zaspy i oblodzenia, kierowca podniósł obie ręce i kolejny raz wykonał znak krzyża. Zapewne tylko dzięki boskiej interwencji w ostatniej sekundzie zdążył naprostować automobil sunący wprost na sterczącą groźnie zaspę. Chevrolet zabuksował niebezpiecznie, ale poddał się wprawnym manewrom Macieja i po chwili znów gładko sunął przez zasypane śniegiem wioski.
– A co to za moda jakaś, co by psa w domu trzymać!? Skaranie boskie i tyle! Ale że to pies samej pani hrabiny, to nikt nie ma czelności zaprotestować. A to diabeł wcielony, nie pies, proszę panienki! Ciągle by tylko gryzł i gryzł, buty roznosi po domu, Władziowa nieraz w kuchni mięso miała naszykowane, a tu szast-prast i ni ma. Ale hrabina mówi, że skoro sam marszałek ma psa, to i ona może, wszak jest…
– …de domo Mączyńska, primo voto Hawryniewicz, secundo voto Kulwiec – zaśmiała się Konstancja.
Nagle wrócił jej dobry humor. Oczywiście, że wolałaby spędzić te święta z rodzicami, zwłaszcza że matka podupadła na zdrowiu tak nagle. Ale w gruncie rzeczy była wdzięczna ojcu, że pozwolił jej kontynuować studia w Warszawie, zamiast jechać z nimi do Szwajcarii. Dołączy do nich wiosną, gdy tylko pozdaje wszystkie egzaminy, a zresztą może do tego czasu rodzice wrócą już do domu? W końcu rokowania nie były takie złe… Boże Narodzenie w Żubrynówce na pewno będzie przyjemne. Helena Żubrzyńska z siostrami bez wątpienia o to zadbają.
Szkoda tylko, że nie spotkam już Ewarysta… Ale może to i lepiej?
Śnieg sypał miarowo, coraz szczelniej okrywając okoliczne pola grubą warstwą puchu. Wyrzeźbione przez wiatr zaspy przywodziły na myśl skute lodem fale: miejscami spiętrzone tak wysoko, że skrywały w swych czeluściach całe krzewy i połowy brzóz, miejscami zaś niskie, niemal wypłaszczone, przykrywające co najwyżej niskie kępy zaschniętych traw. W promieniach słońca skrzyły się srebrne drobinki, jakby ktoś rozsypał na całej połaci garście diamentów. Tę przemożną biel od czasu do czasu przecinały ciemne konary nagich drzew i dymy unoszące się z ukrytych pod śnieżnymi czapami kominów. Skuty lodem i schowany pod szczelną pokrywą Prądnik pozostawał niewidoczny; tylko jurajskie skały – pionowy hymn doliny – podpowiadały, że Młynnik jest coraz bliżej.
*
Matko Boska, Jezusie Przenajświentszy i wszystkie Święte, ratujcie!
Upał panujący w kuchni był nie do zniesienia. Niskie pomieszczenie, usytuowane w suterenie pensjonatu Maciejówka, po równo wypełniały dym, para i zapach potu. Jednak ze względu na grzejące się w dzieży drożdżowe ciasto nie można było uchylić niewielkiego okienka ani nawet odemknąć drzwi prowadzących do piwnicznej sieni.
Pochylona nad obsypanym mąką blatem siedemnastoletnia Halina Bronówna z wysiłkiem wałkowała kolejny kawał ciasta na cieniuchny arkusz. Od wilgoci unoszącej się w powietrzu jej włosy skręciły się jeszcze bardziej, przypominając teraz owcze runo splecione w niedługi warkocz. Plamy potu na rozchełstanej lnianej koszuli powoli się powiększały, tworząc wraz z resztkami grzybowego nadzienia i startej na puch pszenicy niezwykłą mapę kulinarnych zmagań.
Obok zasapanej dziewczyny, w wielkim saganie stojącym na rozpalonym piecu, gotowała się już woda na pierogi, a ona nie zdążyła jeszcze nawet wyciąć nożem kwadratów, na których miała układać farsz z kapusty i grzybów. Dobrze, że chociaż barszcz, podobnie jak postny żur, był już gotowy i nabierał mocy w spiżarce, a na sosnowej ławie ustawionej pod niewielkim oknem studziły się w wiadrze z zimną wodą uszka z borowikami. Przed nią wciąż jeszcze było ciasto drożdżowe z makiem i sprawianie ryb. No i przygotowanie stołu, a potem usługiwanie państwu, później jeszcze pasterka i dopiero koło drugiej będzie mogła się położyć, żeby wcześnie rano zerwać się i wyrychtować dla wszystkich świąteczne śniadanie.
Na samą myśl o czekających ją obowiązkach chciało jej się płakać.
W tym roku po raz pierwszy gospodarze zdecydowali się przyjąć gości na same święta. Zaczęło się niewinnie, od tego pana Teofila Gładkowskiego, pisarza, co jeszcze we wrześniu wynajął u nich numer, a potem, na początku listopada, kiedy cały Ojców opustoszał z najbardziej nawet opieszałych letników, jął przebąkiwać, że w tak znakomitych warunkach pisze mu się pierwszorzędnie i że grzechem byłoby zaprzepaścić ten wysiłek i wracać do Kielc. Właściciel Maciejówki, Maciej Kozioł, długo z żoną deliberował, ale że grosz nie śmierdzi i zawsze się przyda – tym bardziej gdy się ma jeszcze jedną córkę za mąż niewydaną, a dobijającą już dwudziestego roku, więc i czasu na zebranie odpowiedniego posagu coraz mniej – zgodził się na jednego gościa podczas Wiliji.
Tyle tylko, że wieść po okolicy rozeszła się z prędkością błyskawicy i nie dalej jak z początkiem listopada do drzwi Maciejówki zapukał kolejny mężczyzna. Od razu było widać, że to nie byle kto: wysoki, elegancki, w wyglancowanych trzewikach i okularach, z równo przystrzyżonym wąsem à la marszałek i włosami na pomadzie, poprosił o możliwość rozmowy z gospodarzem. Nie minął tydzień, jak pod pensjonatem zjawiła się furmanka wypełniona walizami i sakwami podróżnymi, a za nią, w osobnych saniach prowadzonych przez umyślnego wysłanego z Ojcowa aż na krakowski dworzec, przybył ów jegomość w towarzystwie małżonki i latorośli. Państwo Maurycy i Maria Kłosowscy z córką Krystyną zajęli dwa pokoje na poddaszu, po drugiej stronie korytarza, by odgłosy maszyny do pisania dobiegające z numeru Gładkowskiego nie były dla nich nadmierną niedogodnością.
Czworo gości po sierpniowym nawale letników nie stanowiło większego kłopotu, a wręcz było miłym urozmaiceniem. Choć z biegiem dni pan Teofil coraz częściej zamykał się na długie godziny i nieraz trzeba mu było donosić posiłki na górę, a Kłosowscy, zadeklarowani amatorzy ojcowskiej przyrody, coraz rzadziej wybierali się na okoliczne szlaki, ograniczając się do kontemplacji rdzawo-złotych jesiennych pejzaży jedynie zza swego okna.
Ledwie tydzień temu, wraz z nasilającymi się opadami śniegu, w Maciejówce pojawiła się nowa postać. Odziana w żałobną czerń milcząca trzydziestolatka zajęła niewielki pokoik nad wejściem – ten pośrodku korytarza – mając rodzinę Kłosowskich po lewej, Gładkowskiego zaś po prawej stronie. Tyle tylko, że pani Hortensja Barańska, bo tak wpisała się do księgi gości, często nie zjawiała się na wspólnym śniadaniu, a kolacji w ogóle nie opłaciła, wymawiając się nerwami żołądka. Poza obiadami nie wchodziła więc z pozostałymi lokatorami w żadne bliższe interakcje.
Myślałby kto – Halina Bronówna zawzięcie lepiła pierogi, sprawnie zaginając brzegi cieniuchnego ciasta bogato wypełnionego kapuściano-grzybowym farszem – że pieńcioro gości oznacza jakonś rozrywke w ponure wieczory i ciemne grudniowe dni. Że se człowiek chociaż posłucha historii z wielkiego świata, że sie choć napatrzy! Niedoczekanie!
Kłosowscy porozumiewali się głównie między sobą, a i to szeptem, tak że nawet ze szklanką przy ścianie niewiele dało się usłyszeć. Pani Hortensja do porannej toalety nie chciała pomocy, sama układała sobie fryzurę i tylko przy rannym rozpalaniu pieca i popołudniowym dokładaniu drew można było się jej przyjrzeć. Jedynie pan Teofil czasem do człowieka zagadał, choć mówił tak dziwnie, że nawet ona, przywykła przecie do eleganckich letników, ni w ząb go nie rozumiała.
Może przynajmniej ten młody doktór, co to wczoraj przyjechał i na całe święta wynajął pokój – niewielką izbę między Gładkowskim a Barańską – okaże się gawędziarzem. Włosy co prawda miał takie, że trudno go było traktować poważnie, ale kilka razy się do niej uśmiechnął, sam wniósł na górę niewielką walizkę i skórzaną medyczną torbę, a gdy przyniosła mu do numeru dzban gorącej wody, żeby się mógł po podróży obmyć, wcisnął jej do ręki całą złotówkę. No i na wieczerzę szykował się do znajomych, którym, jak tłumaczył się gospodarzowi Maciejówki, nie chciał robić kłopotu, więc dla niej oznaczało to mniej roboty.
Zresztom, im wiencej ludzi, tym lepiej. Wiadomo, najłatwiej zgubić igłe w stogu siana…
Nagle poczuła, że oblewa ją zimny pot.
A co, jak sie wyda?
*
Nie zdążyła krzyknąć. Ledwie Flora otworzyła drzwi Żubrynówki, Konstancja poczuła nagłe uderzenie w brzuch. Zaskoczona próbowała przytrzymać się ściany, ale nie mogąc złapać tchu, upadła jak długa. Coś niemal zmiażdżyło jej wnętrzności, by natychmiast doskoczyć do twarzy. Ciepły, szorstki język kilkakrotnie polizał ją po czole i włosach.
– Już, już, kochanie. – Głos hrabiny Marii Józefy Kulwiec brzmiał inaczej, niż zapamiętała, choć nestorka nadal nosiła niemodny od ponad dekady gorset i żałobną (acz twarzową) czerń. – Chodź tu do mnie prędziutko! Śliczny piesek! Dobry! A ty, droga Konstancjo – tym razem zwróciła się do leżącej na podłodze gościni – nie rób scen. Doprawdy, nie uchodzi… Kto to widział, od progu tak się zachowywać. Przecie nie możesz bać się pieska.
– Raczej psa. – Tatarewiczównie udało się wreszcie podnieść i z pomocą Florentyny odsunąć na bezpieczną odległość od merdającego Prince’a Charlesa. – Przez te pół roku bardzo urósł.
– Prawda? – ucieszyła się hrabina, a na jej twarzy zagościł szczery uśmiech. Zdobne po równo plamami wątrobowymi i rodowym sygnetem palce delikatnie gładziły rudy łeb przytulającego się do jej sukni psa. – Nie przypomina już tej kulki, którą to ty nam tutaj, do Żubrynówki, przyniosłaś – przypomniała ostrzegawczo, choć zwyczajowa nagana w jej głosie była nazbyt wyraźnie podszyta radością, by zachować dawną moc.
Rzeczywiście, siedzący teraz u stóp swej pani pies nie miał już nic wspólnego z uratowanym przez Tatarewiczównę szczeniaczkiem: na oko ważył ze trzydzieści kilo, masywny tułów wydłużył się znacząco i tylko uszy sterczały nadal równie pociesznie.
– Już jesteś, moja droga! – W hallu pojawiła się zaaferowana ciotka Jadwiga. – Jak podróż?
I nie czekając na odpowiedź, poprowadziła gościnię w głąb korytarza, nakazując Florze, by niezwłocznie zaniosła walizki panienki do pokoju na piętrze.
– Jakże się cieszę, Konstancjo – zwabiony hałasami profesor Henryk Żubrzyński wyjrzał ze swojego gabinetu – że spędzimy razem święta. Oczywiście to wielka szkoda, że twoja mama się rozchorowała, ale szwajcarska klinika ma doskonałe wyniki i jestem pewien, że lada moment wróci, biedaczka, do zdrowia. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałem z twoim ojcem, który jest dobrej myśli. Tymczasem postaramy się wszyscy, żebyś, na ile to możliwe w tej sytuacji, zapomniała o smutkach.
– Tata obiecał, że jutro będzie kulig! – Jedenastoletnia Wanda Żubrynówna wybiegła z salonu i wtuliła się w nowo przybyłą niemal z takim samym impetem jak wcześniej Prince Charles.
Po chwili dołączyły do niej siostry Helena i Marianna.
– To się doprawdy nie godzi… – mruczała hrabina Maria Józefa, nieprzerwanie głaszcząc aksamitne uszy towarzyszącego jej wiernie czworonoga. – Panienki z dobrego domu nie powinny tak mocno ulegać emocjom, moja Jadwigo. – Tym razem jej ton nabrał zwyczajowej surowości. – W końcu jaka Wilija, taki cały rok.
– W takim razie – Tatarewiczówna nie mogła oprzeć się pokusie – czeka nas rok pełen przyjemnych zdarzeń i spotkań z przyjaciółmi.
Żubrzyńscy spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
– W rzeczy samej… – zaczął Henryk, ale Jadwiga mu przerwała.
– Pewnie jesteś zdrożona, droga Konstancjo. Jeśli chcesz się przebrać i chwilę odpocząć, to może być dobry moment. Z racji postu na razie niczego ci nie zaproponuję do przekąszenia, ale Flora zaraz zaparzy herbaty.
– Bardzo chętnie, ciociu – zgodziła się. – Najdalej za kwadrans będę gotowa.
*
Przebierała się niechętnie. Nadal trzęsły jej się ręce i zapięcie tych kilku guzików bluzki zajęło jej dłuższą chwilę. Bolała ją głowa, a serce wciąż niebezpiecznie kołatało. Nie miała sił na odgrywanie scen, ale w wigilijny wieczór niepodobna było zostać w numerze. I tak dobrze, że właściciel Maciejówki zgodził się gościć ją w tym terminie.
Znane na całą Polskę podkrakowskie uzdrowisko wraz z nadejściem jesieni cichło i pustoszało. Jedynie tutejsi gospodarze oraz najbardziej zagorzali wielbiciele pieszej turystyki mogli podziwiać fascynujący spektakl: piętrzące się po obu stronach Ojcowa zielone ściany lasów z dnia na dzień przeobrażały się w czerwone i rdzawe fale, tylko gdzieniegdzie poprzetykane żółtymi plamami. Z nadejściem słoty drzewa stopniowo gubiły liście, odkrywając na krótko – nim przykryły je śniegi – pofałdowane skaliste zbocza.
Wraz z bielą zmieniał się również charakter wsi. Ostatni turyści znikali niby ptaki odlatujące do ciepłych krajów, gospodarze zamykali pokoje i całe pensjonaty bielmami okiennic i tylko dymy unoszące się z rozrzuconych po okolicy kominów dowodziły, że w tym cichym zakątku świata wciąż tli się życie.
Jest tu tak cicho, jakby wszyscy pomarli – pomyślała i z ciężkim westchnieniem wygładziła fałdy spódnicy.
A może śmierć jest najlepszym rozwiązaniem?
*
Teofil Gładkowski z zadowoleniem wyciągnął z maszyny do pisania kolejną kartkę.
Na dzisiaj koniec!
Spojrzał przez niewielkie okno wychodzące na tyły Maciejówki. Piętrząca się naprzeciw ściana lasu powoli zlewała się w jedno ciemne pasmo. Szarzało. Choć lampa naftowa stała w gotowości na stole, nie lubił pisać przy jej świetle. Zresztą powinien zrobić sobie przerwę: czuł niepokojące pulsowanie w skroniach i przyspieszone bicie serca.
Czas przygotować się do wieczerzy. A od jutra – kolejny rozdział!
Dochodziła szesnasta. Za oknami wszechobecna biel podbijała zimne grudniowe światło, które o tej porze dnia nabierało sinoszarej barwy i stopniowo ciemniało, by następnie, już za godzinę przeobrazić się w granat.
W salonie wyraźnie czuło się nadchodzące święta. Przy wyjściu na zasypany śniegiem taras stała wielka, niedawno ścięta choinka. Ozdobione bombkami z dmuchanego szkła i papierowymi łańcuchami drzewko pachniało lasem, laskami cynamonu i rajskimi jabłuszkami. Woskowe świece przyczepiono na krańcach gałęzi, by – gdy po uroczystej Wiliji zostaną wreszcie zapalone – nie spowodowały pożaru.
Ze stojącego na stoliku za sofą patefonu sączyła się kolęda. Męskie głosy Chóru Dana w lirycznym unisono oznajmiały światu:
„Gdy się Chrystus rooodzi
I na świat przychooodzi,
Ciemna noc w jasnooości
Promienistej brooodzi”.
Wpatrzona w ogień tańczący na kominku, z filiżanką aromatycznej herbaty w dłoniach, Konstancja czuła się niemal dobrze. Przeszkadzało jej tylko natarczywe burczenie w brzuchu i głód, który odbierał siły. Cóż jednak zrobić, skoro do uroczystej wieczerzy pozostawało jeszcze trochę czasu, a jak Polska długa i szeroka, należało pościć do samej Wiliji.
Całe szczęście – pomyślała – że w Żubrynówce kuchnia znajduje się w suterenie. Gdyby towarzyszyły nam zapachy tych wszystkich potraw, jakie Władziowa od rana niewątpliwie dla nas czaruje, oczekiwanie na kolację byłoby istną torturą.
Po siedzącej naprzeciw hrabinie Kulwiec nie było jednak widać najmniejszych oznak niedogodności. Zapewne dlatego – domyśliła się Tatarewiczówna – że u jej stóp spoczywał merdający od czasu do czasu Prince Charles.
– Dobrze cię widzieć, moje dziecko. – Wyprostowana niczym struna Maria Józefa sięgnęła do wiszącego na piersi aksamitnego woreczka po lorgnon. – Niech no ci się przyjrzę, moja droga.
Przez moment lustrowała gościnię od stóp do głów. Przebrana w zieloną jedwabną bluzkę i brązową spódnicę dwudziestolatka zachwycała urodą.
– Nie jest najgorzej – zawyrokowała hrabina łaskawie. – Może nieco zbladłaś, ale w tej sytuacji to całkiem zrozumiałe… Doprawdy, ślęczenie nad książkami nikomu nie służy, a już na pewno nie dziewczęciu, które powinno raczej rozglądać się za kandydatem na męża niż za jakimiś filozoficznymi teoriami… W poczet cnót niewieścich – pouczyła z wyraźną satysfakcją zarówno Tatarewiczównę, jak i siedzące nieopodal Żubrynówny – bez wątpienia zaliczyć należy pokorę oraz umiejętność sprawnego zarządzania domowem ogniskiem, nie zaś naukowe rozprawy czy biegłość w samodzielnym myśleniu. Choć z drugiej strony – przyznała po chwili – panie z Cianowic nadal bardzo cię chwalą. Nie dalej jak wczoraj wysłały do nas z pałacu umyślnego ze świątecznym podarkiem, a na dołączonej kartce znalazł się dopisek o szczególnych pozdrowieniach dla panienki Konstancji.
– Jakże mi miło – ucieszyła się Tatarewiczówna. – A właśnie, co słychać u pani Teodory Pierzchowskiej? A pani Zofia? Czy już wróciła?
– Jak sama wiesz, panią Teodorą bardzo wstrząsnęły lipcowe wydarzenia – wtrąciła przejęta Jadwiga Żubrzyńska – ale cieszy się, że syn jest zdrów, a i Zofia niedługo zamierza wrócić do kraju. Podobno nawet – tu ściszyła głos, by siedzące na sofie córki, zwłaszcza najmłodsza Wanda, nie usłyszały – spotkała kogoś…
Hrabina Kulwiec nie bez zadowolenia przewróciła oczami i teatralnie westchnęła.
– Ledwie pół roku minęło… Maria Wacława, biedactwo, zapewne przewraca się w grobie, lecz cóż począć, skoro tak wychowała wnuczkę…
– Maria Wacława niewątpliwie cieszy się, że Zofia ułożyła sobie życie. – Konstancja uśmiechnęła się cierpko. Już zapomniała, jak to jest w Żubrynówce.
Gdyby nie głos Mieczysława Fogga, oznajmujący wszem wobec, że:
„Aniooołowie się raaadują,
Pod nieeebiosy wyśpieeewują:
Gloooriaaa, gloooriaaa, gloooriaaa,
In excelsis Deeeooo”,
zapadłaby niezręczna cisza.
– Dzisiaj na wieczerzy – ze swojego fotela ustawionego najbliżej kominka, odezwał się znienacka wuj Henryk, zabijający całodniowy głód kolejnym cygarem – dołączy do nas, droga Konstancjo, także twój znajomy.
Tatarewiczówna poczuła, że pieką ją policzki. Serce zaczęło bić szybciej. Czyżby…
Na szczęście zapanowała nad głosem.
– Znajomy? – spytała, sięgając jak gdyby nigdy nic po filiżankę. – Doprawdy nie wiem, o kim wuj…
– Nasz cudowny doktór Dionizy Porckolanko – odezwała się niebacznie Helena, ściągając na siebie karcące spojrzenie hrabiny Kulwiec – przybędzie na Wiliję.
– To prawda – potwierdził profesor. – Uznaliśmy z Jadwigą, że skoro jest wdowcem…
– Wdowcem? – zdziwiła się Tatarewiczówna.
Była przekonana, że dwie kryminalne sprawy, które razem rozwiązywali z Dionizym, zbliżyły ich do siebie, jednak nie miała pojęcia o tym, że Porckolanko był kiedyś żonaty.
Ciocia Żubrzyńska spojrzała na nią szczerze zaskoczona.
– Nie wiedziałaś? Owszem, był żonaty. Biedactwo, zmarła onegdaj, bodajże na grypę. To dlatego doktór przebywał tego lata w Pieskowej Skale. Chciał dojść do siebie.
Hrabina Maria Józefa de domo Mączyńska, primo voto Hawryniewicz, secundo voto Kulwiec, mająca doświadczenie zarówno we wdowieństwie, jak i innych życiowych sprawach, pokiwała głową ze znawstwem.
– Tak to już bywa, że szewc bez butów chodzi, a żona lekarza… – wtrąciła filozoficznie.
– Ależ ciociu! – Profesorowa, nie bacząc na konsekwencje tak śmiałego wystąpienia, stanęła w obronie młodego medyka. – Gdyby nie cudowny pan Dionizy i jego Aspiryna, na pewno, jak niemal przed każdymi świętami, leżałabym od rana obolała, z kompresem na oczach! Bo to przed Wigilią zawsze tyle roboty…
Rzeczywiście – pomyślała Konstancja. – Flora była dzisiaj dziwnie blada i apatyczna. Pewnie ze zmęczenia ledwie stoi na nogach.
– Święta to święta – odezwała się sentencjonalnie Kulwiec.
– Tak czy inaczej, rozmawiałem niedawno z Dionizym. – Henryk Żubrzyński, jak przystało na mężczyznę i głowę rodziny, wziął na swe barki ciężar nieco kulejącej konwersacji i wrócił do głównego wątku. – I gdy tylko dowiedziałem się, że zamierza spędzać święta samotnie, zaprosiłem go do nas. Lada moment powinien się zjawić.
Marianna podeszła do stojącego w kącie gramofonu i włączyła kolejną płytę. Męskie głosy Chóru Dana wypełniły salon tkliwą kolędą:
– „Luuulaaajżeee, Jeeezuuuniu, moja pereeełko,
Luuulaaaj, uluuubiooone me pieeeścidełko”.
Za oknem miarowo padał śnieg, jak okiem sięgnąć, zakrywając świat coraz grubszą białą kołdrą.
– Już niebawem – Wanda z tęsknotą wyjrzała przez okno – zabłyśnie pierwsza gwiazdka i będzie można rozpocząć wieczerzę.
*
Samochód z trudem przebijał się przez zwały śniegu.
Na szczęście już bliżej niż dalej – pomyślał zrezygnowany. – Zaraz po lewej powinien być skręt na Ojców.
Sięgnął po leżącą na siedzeniu pasażera srebrną papierośnicę i zapalił Nila. Z przyjemnością zaciągnął się dymem.
Nie było go w Żubrynówce od pół roku. Ostatnio gościł u profesorostwa na kolacji wyprawionej po tamtych szalonych wydarzeniach w cianowickim pałacu. Na samo wspomnienie lipcowego wieczoru poczuł, jak zaciskają mu się szczęki.
Weźże się, chłopie, w garść! Najwyraźniej nie było ci pisane!
Tak, powtarzał to sobie codziennie od tamtego spotkania. Starał się skupiać na pracy, byle tylko zapomnieć o zielonych oczach i blond włosach tak doskonale falujących nad linią obojczyków. Daremnie! Mógł do znudzenia powtarzać sobie, że jest za stary, że piętnaście lat różnicy to za dużo, że Warszawa, że Kraków… Że tak właśnie miało być…
Nic, psiakrew, nie zadziałało!
Pogrążony w myślach w ostatniej chwili zdążył zahamować. Samochód przez chwilę buksował na oblodzonej drodze, zatrzymał się jednak szczęśliwie kilka centymetrów przed ledwie odcinającą się od mroku ludzką sylwetką.
Otworzył okno i wyrzucił niedopałek prosto w zaspę.
– Nic się panu nie stało? – krzyknął do przechodnia stojącego przed maską Fiata.
Obsypany od stóp do głów białym puchem, okutany oblodzonym szalikiem, z kapeluszem naciśniętym na uszy i ze skórzaną torbą przy piersi, nieznajomy wyglądał jak bałwan.
– Może gdzieś podwieźć? Na takim odludziu i w taką pogodę aż strach iść samemu.
– W rzeczy samej, jeśli pan z łaski swojej… – szczęknął zębami tamten, skłonił się i skostniałymi rękami ukrytymi w cienkich skórkowych rękawiczkach otworzył drzwi automobilu. – Czekają na mnie w Młynniku, w Żubrynówce, to jest w willi profesorostwa Żubrzyńskich.
Nie na darmo był wybitnym śledczym, znanym w całym Krakowie, a nawet w Małopolsce!
– Dionizy! – Bardziej wydedukował, niż rozpoznał. – Przyjacielu!
*
Konstancja na paluszkach weszła do opustoszałego salonu i ostrożnie położyła pod drzewkiem kolorowe pakunki. Za namową reklam z „Bluszczu” kupiła paczkę cygar dla wuja, dla cioci Jadwigi kompozycję papierosów dla pań w eleganckim pudełku, a dla hrabiny pomadki od Bliklego. Helenie wybrała rękawiczki z domu towarowego braci Jabłkowskich, Mariannie Pannę z mokrą głową Makuszyńskiego, a Wandzi szmacianą lalkę z porcelanową twarzyczką.
Szkoda tylko – pomyślała ze smutkiem – że nie mam nic dla Dionizego.
Zamknęła za sobą drzwi i na moment zajrzała do sąsiedniej jadalni. Tak jak przypuszczała, ustawiony pośrodku stół był już nakryty śnieżnobiałym obrusem, a przy każdym talerzu położono gałązkę jedliny.
Dziwne… Dziesięć talerzy? – zauważyła zaskoczona. – Ze mną i doktorem Porckolanką będzie nas wszak ośmioro. Czyżby wujostwo nakazali zostawić nie jeden talerz dla niespodziewanego wędrowca – pomyślała wzruszona – ale dwa, dla uczczenia moich rodziców?
Poczuła, że po policzku spływa jej łza.
– Panienka lepiej tutaj nie wchodzi – usłyszała nagle gdzieś z boku.
W półmroku panującym w jadalni Tatarewiczówna nie dostrzegła bezszelestnie krzątającej się przy bufecie pokojówki, tym bardziej że Flora, ubrana w tradycyjną czarną sukienkę, niemal stapiała się z ciemnością.
– Jeszcze niegotowe.
– Oczywiście.
Bez słowa protestu opuściła stołowy. W tym właśnie momencie do drzwi Żubrynówki ktoś załomotał.
To z pewnością Dionizy!
– Otworzę! – Konstancja ruszyła w stronę wejścia.
Dokładnie tak jak tamtego dnia – przemknęło jej przez głowę. – Na szczęście tym razem nie mam na sobie li tylko pidżamy.
I rzeczywiście, było niemal jak w tamtą niedzielę, dziesiątego czerwca. Tyle tylko, że obok Dionizego Porckolanki, którego raczej się domyśliła, niż rozpoznała w okutanej i ośnieżonej postaci, jak gdyby nigdy nic stał Ewaryst Grzebinoga.
– Konstancja?! – wychrypiał zdumiony.
Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętała. Wysoki, przystojny blondyn o wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych, prostym nosie i przenikliwych stalowych oczach. Pachniał jak zawsze zabójczą mieszanką owoców cytrusowych, lawendy i ziół – jednym słowem Przemysławką.
– Ewaryście? Co ty tu…
Wpatrywał się w nią oniemiały. Wyglądała jeszcze piękniej niż tamtego wieczora. Zielona bluzka podkreślała barwę jej oczu, a światło wiszącej nad nimi lampy nadawało włosom niemal nieziemski blask. Pachniała tuberozą i jaśminem.
Czy to naprawdę? Czy mi się to śni?
Nagle zbladła.
– Jezus Maria! Coś się stało! – przeraziła się. – Ktoś umarł!
W odpowiedzi uśmiechnął się szeroko.
– Ależ skąd! – uspokoił ją. Skłonił się przed nią i z galanterią ucałował podaną mu dłoń. – Zostałem onegdaj zaproszony na wieczerzę. Zaprzyjaźniliśmy się z Henrykiem i…
– No, moi drodzy, nareszcie jesteście!
Profesor Żubrzyński wyszedł ze swojego gabinetu. Na widok gości uśmiechnął się szeroko i rozłożył ręce w geście powitania.
– Jak dobrze was widzieć! Martwiłem się nieco, że opady śniegu mogą pokrzyżować nasze plany. Ale zaraz… Dionizy – zwrócił się do Porckolanki, który właśnie z ulgą rozpiął guziki wciąż oblodzonego płaszcza – gdzie twój bagaż? Bo chyba nie masz, drogi przyjacielu, zapasu bielizny w swojej medycznej torbie?
Doktór daremnie próbował przygładzić przemarznięty loczek.
– Nie chciałem robić kłopotu – wyjaśnił, ściskając zziębniętą dłonią ciepłą rękę Henryka. – Wynająłem więc pokój w Ojcowie. Zamek w Pieskowej Skale zamknął się wszak na zimę. Imaginujcie sobie, drodzy państwo, że w całym uzdrowisku działa jedynie Maciejówka.
Schodząca właśnie ze schodów Jadwiga Żubrzyńska, ubrana w elegancką bawełnianą suknię z niewielką kameą przypiętą do kołnierzyka, spojrzała na gościa wyraźnie dotknięta.
– Ależ, drogi Dionizy, przecież przygotowaliśmy dla ciebie pokój!
– Dla ciebie też, Ewaryście – dorzucił jej małżonek. – Zakładam jednak, że twoje bagaże znajdują się w bagażniku automobilu. Zaraz każę je przynieść, bo przecie na takim mrozie nawet koszule mogą zamarznąć na amen.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
