Pod twoimi skrzydłami - Piotrowska Anna - ebook
NOWOŚĆ

Pod twoimi skrzydłami ebook

Piotrowska Anna

0,0

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Przebojowa nastolatka, która czerpie z życia pełnymi garściami. I zahukana młoda żona oraz matka, robiąca wszystko, by nie zdenerwować męża — i by ten choć przez chwilę zainteresował się własnym dzieckiem.

Dziewczyna, która ma mnóstwo marzeń i uparcie dąży do celu, zwłaszcza jeśli tym celem jest zdobycie serca przystojnego chłopaka. I kobieta, której plany ograniczają się do dwóch pragnień: powrotu do pracy i szczęścia synka.

Z życia jednej ktoś nagle zniknął. W życiu drugiej niespodziewanie pojawił się anioł stróż.

Czy to możliwe, że coś je łączy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 334

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Text Copyright © Anna Piotrowska Copyright © 2026 by Lucky

Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Autorzy grafik na okładce: M.Schaf (Stock.adobe.com)

DTP: Justyna Jakubczyk

Redakcja i korekta: Justyna Jakubczyk

Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom

Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54

e-mail: [email protected]

Wydanie I

Radom 2026

ISBN 978-83-68684-68-1

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Jastrzębia Góra, sierpień 2008

KONRAD

Niebiesko-żółty autokar wjechał na parking przed ośrodkiem. Konrad otarł wierzchem dłoni pot z czoła i zaczął przeciskać się przez tłum dzieciaków i opiekunów. Dobrze, że to już ostatni turnus. Gdy ponad dwa miesiące temu przyjmował tę ofertę pracy, w swojej wyobraźni miał dość sielankowy obraz: trochę mało wymagających zajęć i mnóstwo czasu dla siebie, prawie jakby sam miał wakacje. Szybko odkrył, jak bardzo się mylił. Potrzebny był zawsze i wszędzie, bez przerwy ktoś coś od niego chciał. Chłopak do wszystkiego.

Kierowca otworzył drzwi autokaru i po chwili młodzież w wieku od czternastu do osiemnastu lat zbiła się w ciasne grupki po lewej stronie parkingu. Konrad po tylu tygodniach obserwacji doskonale znał ten widok: część z nich przyjaźniła się już wcześniej, inni nawiązali nowe znajomości podczas podróży, a nieliczni nieśmiali przyglądali się z boku i czekali, aż ktoś do nich podejdzie. Ci ostatni popełniali duży błąd – nie wiedzieli jeszcze, że te pierwsze kilka godzin jest kluczowe. Od tego, jak się zaprezentują przed grupą, zależy, jakie zdanie wyrobią sobie o nich nowi koledzy i jak będzie wyglądał ich cały pobyt tutaj. Starzy wyjadacze, mający niejeden obóz za sobą, błaznowali teraz na całego, zaczepiali co ładniejsze dziewczyny, za wszelką cenę próbowali udowodnić swoje luzackie podejście. Konrad uśmiechnął się pod nosem. Poszaleją dwa tygodnie, a później wrócą do domów, do mamusi i tatusia, do szkoły. Kujony ze wzorowym zachowaniem, przyszli lekarze i prawnicy przez chwilę udający, że są kimś innym. A niech się bawią, kto im broni.

Konrad wyciągał z bagażnika plecaki i walizki i pomagał odnaleźć właścicielom to, co do nich należało. Niektóre cięższe bagaże zanosił pod samo wejście ośrodka; gdy wszyscy odmeldują się u kierowniczki, odstawi je do pokojów. Nagle poczuł delikatne postukiwanie w ramię. Odwrócił się gwałtownie, omal nie zwalając z nóg stojącej za nim drobnej dziewczyny.

– Pomożesz? – zapytała i wskazała na sporą czerwoną walizkę na kółkach. – Pech, w drodze na dworzec obluzowało się jedno kółko. Nie da rady ciągnąć.

– Jasne. – Złapał za plastikowy uchwyt i bez większego wysiłku podniósł walizkę.

Idąc za dziewczyną, nie mógł się powstrzymać przed zerkaniem na jej zgrabne, smukłe nogi, świetnie wyeksponowane przez dżinsowe szorty. Miała proste kasztanowe włosy do ramion, pełne usta i lekko zadarty nosek. Ładna – stwierdził w myślach.

– Dziękuję – powiedziała i wyciągnęła do niego drobną dłoń z paznokciami pomalowanymi na wesoły brzoskwiniowy kolor. – Jestem...

Niestety nie zdążyła się przedstawić, bo w tej chwili dopadło do niej stadko rozchichotanych koleżanek. Koniecznie chciały jej coś pokazać. Na tyłach ośrodka zrobiło się zamieszanie. Zapewne jeden z chłopaków już na wstępie przyciągnął uwagę opiekunów swoimi wygłupami i teraz musiał na głos odczytać cały regulamin obozu. Dziewczyna uśmiechnęła się przepraszająco do Konrada, ukazując rząd równych, białych jak perełki zębów, i już jej nie było.

Wzruszył ramionami i podniósł z ziemi kolejne torby. Przywykł do tego, że dla tych dzieciaków jest niewidzialny. Oni beztroscy, szpanujący markowymi ciuchami i drogimi gadżetami, a on liczący każdy grosz, zwykle w spranym białym podkoszulku i trampkach służących już kilka sezonów, stanowili dwa różne światy. Choć nie – znał ich świat. Został jednak wyrzucony z niego tak dawno temu, że już powoli zaczynał zapominać, jak tam było. Zresztą, nie ciągnęło go do nich, a i plakietka kadry obozu SEECAMP skutecznie zniechęcała do zawierania bliższych znajomości.

Po uporaniu się ze wszystkimi bagażami miał przed sobą perspektywę dwóch godzin wolnego, co zwykle zdarzało się po południu w pierwszy dzień turnusu, tuż po przyjeździe kolejnej grupy. Nowi wpadną teraz jak burza do swoich pokoi, pozajmują co wygodniejsze łóżka i szafy, wyrażą swoje zadowolenie – bądź niezadowolenie – z tego, z kim będą dzielić najbliższą przestrzeń. Rozpakują się, odświeżą. Kilka osób na pewno przespaceruje się do kierowniczki i po cichu, aby nikt nie słyszał, poprosi o przeniesienie, bo „z tamtą koleżanką jesteśmy nierozłączne, bardzo prosimy!”. Bawiła go ich naiwność, że pani Beata mogłaby komukolwiek okazać specjalne względy. Raczej pokaże im drzwi, zanim zdążą do końca wyartykułować swoją prośbę. Później przeszywający dźwięk dzwonka ogłosi zbiórkę. Wszyscy stłoczą się w holu na parterze, opiekuni podzielą ich na mniejsze grupki według tego, na jakie zajęcia się zapisali. Dostaną harmonogram, zapoznają się z regulaminem, wywrócą oczami, czytając „cisza nocna 22:00” i „śniadanie 8:00”. Przejdą do jadalni na podwieczorek, a następnie czeka ich mnóstwo wydumanych gier i zabaw, które podobno mają służyć integracji. A, i jeszcze to wymyślanie imion... W czerwcu jakiś chłopak przedstawił się zmyślonym imieniem i wszyscy, łącznie z opiekunami i nauczycielami, to podchwycili. Teraz stało się to już niemal tradycją – przekraczasz próg ośrodka i stajesz się, kim chcesz, nazywasz się, jak chcesz. Konradowi nie do końca się to podobało, ale rozumiał ideę. Łatwiej było wrzucić na luz i zaprezentować się ze swojej najciekawszej strony w zupełnie nowym otoczeniu i w dodatku z nowym imieniem. Niektórym przyświecała jeszcze myśl: „co się wydarzyło nad morzem, zostaje nad morzem”.

Konrad będzie miał pełne ręce roboty dopiero przed kolacją, w kuchni. Dobrze wiedział, co zrobić z tym gratisowym wolnym czasem. Wstąpił do swojego pokoju, a właściwie niewielkiego zagraconego pomieszczenia z rozłożonym łóżkiem polowym, chwycił portfel i czapkę z daszkiem. Przy wyjściu szepnął tylko spotkanej kucharce, że na pewno wróci przed osiemnastą, i udał się w stronę pobliskiego osiedla domków jednorodzinnych. Po drodze miał cukiernię, do której regularnie zaglądał i nawet nie musiał mówić, po co przyszedł.

– Czekoladowe? – upewniła się sprzedawczyni i nałożyła pokaźną porcję lodów do pudełka na wynos.

Podziękował, zapłacił. Dla siebie nigdy nie kupiłby najdroższych lodów w mieście, dla nich jednak nie żałował żadnych pieniędzy. Pięć minut szybkiego marszu i stanął przed białym piętrowym domem otoczonym zadbanym, pełnym kwiatów ogródkiem. Drzwi jak zawsze były otwarte. Wszedł bez pukania.

– Ciocia? – zawołał. – Jarek? Maciek?

– Tu jestem! – Usłyszał odpowiedź z pokoju na końcu korytarza.

Tęga kobieta właśnie kończyła prasowanie – sterty równo złożonych męskich koszul i chłopięcych koszulek piętrzyły się na desce i wersalce. Konrad, mimo jej protestów, mocno ją uścisnął i ucałował w policzek.

– Gdzie chłopaki? Lody przyniosłem.

– A gdzie mają być? – Westchnęła. – W garażu. Zamiast nad morze iść, piłkę pokopać... tylko by dłubali w tym rupieciu.

Nie skomentował tego, uśmiechnął się tylko. To było hobby wujka – raz na kilka miesięcy kupował stary używany samochód, jakąś perełkę motoryzacji, i spędzał długie godziny, próbując przywrócić go do stanu używalności. Później go sprzedawał, rzadko z zyskiem, ale na pewno z satysfakcją. Konrad wcale nie dziwił się braciom, że lubili się przyglądać i pomagać wujkowi przy pracy. Kto wie, ile przy okazji się nauczyli.

Wyszedł przez taras do ogrodu i pomachał siatką z lodami. Nie minęło dziesięć sekund, jak dwóch opalonych chłopców w samych szortach wyrwało mu siatkę z ręki i piszcząc z uciechy, pognało do kuchni. Gdy dotarł tam za nimi, po lodach zostało tylko wspomnienie; obaj chłopcy oblizywali z zapałem łyżki i dno plastikowego pudełka.

– Rozpieszczasz ich, że hej – zganiła go ciocia stojąca w drzwiach.

– E tam. Ja w ich wieku jadłem lody codziennie. Nie zaszkodziło mi – stwierdził Konrad i poczochrał dwie spłowiałe od słońca czupryny. – Zadzwonię – powiedział i skierował się do wiszącego w korytarzu telefonu.

Konrad rozmawiał długo, prawie dwadzieścia minut. Początkowo poważny i zatroskany, kończąc rozmowę, kilka razy się uśmiechnął, a pionowa zmarszczka na jego czole się wygładziła, jakby spadł mu z serca jakiś ciężki kamień. Tata czuł się dobrze, mama sobie radziła – tylko tyle go interesowało.

Zajrzał do spiżarki, ukroił sobie spory kawałek domowego ciasta i plątał się po domu i ogrodzie jeszcze około godziny. Czuł się tutaj jak u siebie, zresztą nieraz nocował u wujostwa. Właściwie dopiero niedawno podjął decyzję o tym, aby na stałe przenieść się do ośrodka. Pokój po jego starszym kuzynie Sławku był o wiele wygodniejszy od polowego łóżka, ale możliwość spania te kilkanaście minut dłużej, gdy cały czas znajdował się na miejscu i zaraz po przebudzeniu mógł zabierać się do pracy, w końcu zwyciężyła. Konrad nie był rannym ptaszkiem.

Został zagoniony do roboty, gdy tylko przeszedł przez bramę i na powrót przypiął plakietkę z rzucającym się w oczy napisem SEECAMP. W kuchni czekała na niego cała sterta talerzy do umycia po podwieczorku, a już za moment mieli nakrywać do kolacji. Stojąc przy zlewie, miał dobry widok z okna na rozległy ogród za ośrodkiem. Wciąż jeszcze trwała integracja. W tej chwili rozpoczęto grę, która cieszyła się tutaj ogromną popularnością. Pomiędzy dwoma drzewami na wysokości około metra nad ziemią rozpięto siatkę z nieregularnymi otworami o średnicy mniej więcej sześćdziesięciu centymetrów. Uczestnicy podzielili się na drużyny – każda miała przedostać się na drugą stronę siatki, przechodząc przez otwory, a sędzia mierzył czas. Zwyciężali ci, którzy zrobili to najszybciej. Było przy tym mnóstwo śmiechu, ale i drobnych wypadków, gdy próbowano kogoś podsadzić czy wręcz przerzucić przez siatkę. W tłumie rozemocjonowanej młodzieży Konrad dostrzegł dziewczynę, której rano pomógł nieść czerwoną walizkę. Pomagał też co najmniej dziesięciu innym dziewczynom, ale jej uśmiech jakoś szczególnie utkwił mu w pamięci. Poradziła sobie z zadaniem wyjątkowo sprawnie, zwinnie prześlizgnęła się przez jeden z najciaśniejszych otworów, czym wywołała brawa i okrzyki aprobaty. Wycierając dwudziesty talerz, zauważył, że stale ktoś się przy niej kręci i ją zagaduje. Było to o tyle ciekawe, że dziewczyna nie zabiegała specjalnie o uwagę. W porównaniu z innymi wyzywająco ubranymi – czy raczej rozebranymi – i mocno umalowanymi nastolatkami sprawiała wrażenie naturalnej i poukładanej. To chyba przez sposób, w jaki się śmieje – przemknęło mu przez głowę. A śmiała się niemal cały czas i mógłby przysiąc, że nawet z tej odległości widzi urocze dołeczki w jej policzkach.

***

Szła ze wzrokiem utkwionym w trzymanej w dłoni kartce, pod pachą miała kilka zeszytów w twardej oprawie. On pchał ustawione na wózku zgrzewki wody mineralnej, które skutecznie zasłaniały mu widok. Wychylił się gwałtownie w lewo, chcąc otworzyć drzwi do magazynu, i po prostu na nią wpadł. Siła pchnięcia i zaskoczenie spowodowały, że dziewczyna straciła równowagę i wylądowała na podłodze, a zeszyty rozsypały się dookoła. Konrad zaklął cicho i złapał się za głowę.

– Przepraszam! Gdzie ja miałem oczy... Nic ci nie jest? – Podał jej rękę, pomógł stanąć na nogi i pozbierać upuszczone materiały. Wśród zeszytów dostrzegł broszurkę z napisem „Español en marcha basico”; to pozwoliło mu sądzić, że dziewczyna zapisała się do grupy językowej i właśnie zmierzała na pierwsze zajęcia.

– Chyba jestem cała. – Odparła i uśmiechnęła się szeroko. Nie pomylił się, rzeczywiście miała dołeczki w policzkach. – Póki nikt nam nie przerywa... Diana – powiedziała i wyciągnęła do niego dłoń.

– Konrad. – Również się przedstawił. Gdy dotknął jej drobnych, szczupłych palców, przeszedł go dreszcz. Co się ze mną dzieje, do cholery? – przemknęło mu przez głowę, zaraz jednak przywołał się do porządku. – Przepraszam jeszcze raz. Chyba zaczynają się twoje zajęcia. Miguel nie lubi spóźnialskich, lepiej, żebyś mu nie podpadła w pierwszy dzień. Leć.

– Miguel? Prowadzący na serio jest Hiszpanem? – Roześmiała się.

– A skąd. Wymyślił imię, jak prawie każdy tutaj. Ty też pewnie tak naprawdę nie jesteś Dianą, no nie?

– Może jestem, może nie jestem. Jaki by to miało sens, jeśli bym ci powiedziała? – Ciągle się śmiała, a on miał wrażenie, jakby w uszach rozbrzmiewało mu tysiące małych złotych dzwoneczków. Nie przyznałby przed nikim, nawet przed samym sobą, jak bardzo ten dźwięk był mu miły.

W tej chwili usłyszał wołanie:

– Stary! Pomógłbyś mi z tymi płótnami?

Na drugim końcu korytarza dostrzegł swojego najlepszego, a zarazem jedynego kumpla w ośrodku, walczącego ze stertą naciągniętych na blejtram płócien. Pomachał mu i odkrzyknął:

– Jasne, daj mi dwie minuty.

Diana obrzuciła spojrzeniem wózek z wodą mineralną i przytrzymała Konradowi drzwi do magazynu. Skinął jej w podziękowaniu i wjechał wózkiem, a gdy się odwrócił, już jej nie było. Pobiegła na zajęcia.

Pomagając kumplowi, zrobił kilka rundek pomiędzy wejściem a pracownią plastyczną. Mimo najszczerszych chęci nie mógł wyrzucić z głowy obrazu śmiejącej się Diany. Wszystkie nastolatki tutaj się śmiały – a raczej chichotały – próbując zwrócić na siebie uwagę, poderwać chłopaków, udowadniając, jakie są cool, czy o cokolwiek innego im chodziło. Ich chichot na początku działał Konradowi na nerwy, z czasem jednak chłopak się przyzwyczaił. W końcu nikomu nie szkodził, ot taki przywilej młodości. Ale Diana śmiała się inaczej. Ten śmiech wychodził jakby z głębi niej samej, był jak słońce w wiosenny dzień, jak najdelikatniejsza melodia. Ten śmiech był po prostu nią, ona była śmiechem, radością. Śmiały się jej usta, oczy, wszystko. Konrad, zapatrzony w jej śmiejącą się buzię, nie potrafiłby nawet powiedzieć, w co była ubrana. Nie mógł się nadziwić, że kompletnie nie zezłościła się na niego za ten drobny wypadek. Mało tego, doskonale pamiętała ich wczorajsze króciutkie spotkanie i fakt, że wtedy nie zdążyła mu się przedstawić.

– Halo, ziemia do Konrada! – Poczuł stuknięcie w ramię.

– Sorka. – Wziął od kolegi podany karton pełen farb. – Jakiś zwieszony jestem dzisiaj.

– A ja myślę, że ta laska ci się podobała.

Konrad machnął ręką, jakby to nie było nic takiego.

– Żartujesz. Takich jak ona były tutaj setki.

– Były, nie były, mnie nie oszukasz. Umówiłbyś się z nią, dobrze by ci to zrobiło – stwierdził kumpel jakby mimochodem, wypakowując zawartość kolejnego kartonu.

Konrad się zirytował.

– Wiesz dobrze, jaki jest regulamin. Mamy się trzymać z dala od obozowiczek, bo pożegnamy się z pracą. A tak się składa, że ja tej pracy potrzebuję.

– Stary, spokojnie! Przecież mnie też zależy na robocie. Ale to już ostatni turnus, moglibyśmy trochę wyluzować przez te dwa tygodnie. Wszyscy wiedzą, że można na tobie polegać, nie musisz już nic nikomu udowadniać.

– Może i tak. Ale znasz moje dalsze plany. Na pewno nie ma w nich miejsca na dziewczyny.

– A czy ktoś każe ci się wiązać? Zresztą ona pewnie mieszka setki kilometrów stąd, wyjedzie za dwa tygodnie i zapomni. Po prostu weź ją do klubu, zabaw się. No wiesz, carpe diem. – Klepnął Konrada przyjacielsko w plecy, ten jednak pokręcił przecząco głową. – Ty i te twoje zasady... – Westchnął. – A ze mną dziś pójdziesz? Do klubu? Albo na piwo do Morsa chociaż?

– Piwo. Jedno. – Konrad w końcu się uśmiechnął.

– Drugie ja ci postawię. Dzięki za pomoc.

Często razem wychodzili. Pędzel, nazywany tak z powodu oryginalnej fryzury – krótko ostrzyżony po bokach, z tyłu głowy zapuścił dłuższe włosy i wiązał je w kitkę – oraz faktu, że rzadko udawało się go spotkać bez pędzla w dłoni, był dobrym kompanem. Student krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych przez całe wakacje prowadził w Jastrzębiej Górze zajęcia plastyczne dla młodzieży. Jego kreatywność nie znała granic. Niestety był niezbyt przystojny – wysoki i chudy jak patyk, z twarzą oszpeconą bliznami po uporczywym trądziku, raczej nie mógł narzekać na powodzenie wśród płci pięknej. Za to z Konradem szybko znalazł wspólny język, obaj wiedzieli również, że mogą liczyć na siebie nawzajem. Konrad często myślał o tym, że jest szczęściarzem, bo ma z kim pogadać, a nawet pomilczeć nad szklanką piwa. Dzięki Pędzlowi nie czuł się tutaj tak bardzo sam. Nigdy mu tego nie powiedział, mimo to był pewien, że kumpel o tym wie.

– To o dwudziestej pierwszej. Na razie!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki