Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 22.09.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Czy miłość ma prawo narodzić się wśród bólu?
Olga wraca na Korfu po latach nieobecności. Wyspa pachnie tak samo jak kiedyś – solą, oliwkami i wspomnieniami. To tutaj, pod błękitnym niebem, nauczyła się kochać i wierzyć, że wszystko jest przed nią. Nie spodziewa się jednak, że powrót stanie się początkiem historii, na którą nie była gotowa.
W cieniu przeszłości i wymagających rodzinnych zobowiązań Olga musi odnaleźć siebie na nowo. Wspólna codzienność z mężczyzną, który towarzyszy jej w tych trudnych chwilach i nosi w sercu ten sam niewypowiedziany ból, budzi w niej niespodziewane uczucia.
Czy można pozwolić sobie na szczęście, kiedy wydaje się ono zakazane? Czy nowa miłość ma prawo narodzić się tam, gdzie wciąż żyją bolesne wspomnienia?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 252
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Katarzyna Leśniak, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza filia, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofi lmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Michał Grosicki
Redakcja: Paulina Jeske-Choińska
Korekta: Agnieszka Czapczyk, Lidia Kozłowska
Skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński
PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz
ISBN: 978-83-8441-483-5
Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Dla tych, którzy kochają aż po ostatni oddech.
Dla tych, którzy noszą w sercu ciszę po kimś, kogo zabrakło.
Dla tych, którzy lękają się nowego początku – obyście uwierzyli, że nadzieja wraca nawet po najmroczniejszej nocy.
Każda historia zaczyna się od pierwszego słowa, a każda podróż od pierwszego kroku. Bywa jednak, że życie potrafi nas przytłoczyć, zmiażdżyć niczym małego robaka i wtedy mamy dosyć, naprawdę dosyć. Spotykają nas sytuacje, które łamią serce i odbierają siły na kolejne dni. Trudno wtedy wstać z łóżka, a nawet jeśli to zrobimy, cały dzień spędzamy jak na autopilocie. Na twarzy maluje się nam sztuczny, wymuszony uśmiech, a na pytania odpowiadamy kłamstwem: „wszystko w porządku”. Brzmi znajomo, prawda? Ile razy przeżywaliśmy takie dni? Czy potrafimy w ogóle odpowiedzieć na to pytanie?
Nosimy w sobie wydarzenia, o których nie mówimy głośno, wspomnienia, które czasem ranią, bolą bardziej niż cokolwiek innego, ale właśnie te chwile kształtują naszą siłę, uczą pokory i pokazują, czego naprawdę chcemy od życia. To, co dziś wydaje się trudne, jutro może stać się fundamentem nowych możliwości. Warto pozwolić sobie na głęboki oddech, na małe kroki naprzód i na wiarę, że każdy dzień niesie w sobie potencjał zmiany.
Nie istnieją gotowe recepty na życie ani instrukcje, które wskażą nam drogę. To my sami musimy ją odnaleźć i rozświetlać krok po kroku. Każdy dzień jest szansą, by sięgnąć dalej, spróbować jeszcze raz i uwierzyć w siebie. Życie niestety nie czeka. Marzenia także nie czekają, więc to od nas zależy, jaką ścieżką pójdziemy i jak przeżyjemy własną historię.
Kraków, czerwiec 2019 roku
Pakowałam walizkę z sercem pełnym nadziei, ale też z cieniem obawy przed tym, co przyniosą nadchodzące tygodnie. Po długim pobycie w Polsce wracałam na Korfu do mojego prawdziwego domu i do Oliwii, mojej siostry, która już za trzy tygodnie miała zostać mamą. To właśnie myśl o niej i o dzieciach sprawiała, że żołądek ściskał mi się ze strachu. Bałam się własnej reakcji. Czy potrafię uśmiechnąć się na widok jej ogromnego brzucha, czy nie pęknę, gdy wezmę na ręce te maleńkie istoty? Kiedy sześć miesięcy temu zadzwoniła, by powiedzieć, że spodziewa się bliźniaczek, w moim sercu zapaliła się iskierka zazdrości. Iskierka, która bolała. Ja nigdy nie będę mogła mieć dzieci przez zespół policystycznych jajników, który odebrał mi tę szansę, a wraz z nią mężczyznę, którego kochałam. Pół roku temu, miesiąc przed moimi dwudziestymi ósmymi urodzinami, mój narzeczony spakował swoje rzeczy i wyszedł, zostawiając mnie z pustką i ciszą. On pragnął dużej rodziny, a ja nie mogłam mu jej dać. Nie dał nam nawet szansy, żebyśmy spróbowali, bo przecież takie szanse mimo choroby są. Od razu spisał mnie na straty. Czy byłam wściekła? Tak, do bólu, do szpiku kości. Czułam się odrzucona, niepotrzebna, gorsza od innych kobiet. Próbowałam go zrozumieć, nawet w jakiś sposób usprawiedliwiać, ale przecież są inne metody, jakby się nie udało, takie jak na przykład adopcja. Zaadoptować małą istotę, która potrzebuje ciepła, czułości, miłości. Przecież sama jestem takim dzieckiem, więc wiem, jakie to ważne.
Oliwia, moja druga połowa, bliźniaczka, z którą przeżywałam wszystko, odkąd pamiętam. Kiedy dowiedziała się o mojej chorobie, sama zaczęła biegać po lekarzach, w obawie, że spotka ją to samo, ponieważ z mężem ponad dwa lata starali się o dziecko. Na szczęście jej wyniki nie wykazywały żadnej wady, a ja, choć cieszyłam się, że jest zdrowa, nie raz zadawałam sobie pytanie: dlaczego ja, a nie ona? Czy naprawdę los tak mnie sobie upatrzył? Byłam egoistką, wiedziałam o tym, i zaraz po tym karciłam się w myślach, że jestem okropną siostrą, że jak mogę w ogóle tak myśleć? Przecież to właśnie ją kochałam najbardziej na świecie, a jednak kto z nas nie zna ukłucia zazdrości? Nasza historia zaczęła się brutalnie z rodzicami alkoholikami i awanturnikami. Nie raz chodziłyśmy głodne i w brudnych ubraniach. Zabrali nas od nich, kiedy miałyśmy z Oliwią po siedem lat. Rok spędzony w domu dziecka i strach, że ktoś zabierze jedną z nas, a druga zostanie sama. To było najgorsze uczucie, które towarzyszyło mi każdego dnia. Mimo ciepłego posiłku, odpowiedniej opieki i pielęgnacji, przede wszystkim bez krzyku i alkoholu, każdego dnia byłam przerażona, że ktoś może pozbawić mnie siostry. Pamiętam nawet, jak planowałyśmy ucieczkę, jeżeli ktokolwiek spróbuje nas rozdzielić. Pewnego dnia pojawiło się światełko w tunelu, nowa rodzina, nowe życie dla nas dwóch. Cudowne małżeństwo z Grecji, które zabrało nas na Korfu i dało nowy dom pełen miłości. Mama Polka, tata Grek. Morze, słońce, zapach oliwek i ciepło, którego nigdy wcześniej nie znałyśmy, to właśnie tak zapamiętałam resztę naszego dzieciństwa.
Kiedy skończyłam szkołę średnią, przyjechałam do Polski na studia. Mało pamiętałam ten kraj, więc mimo traumy z dzieciństwa chętnie tu wróciłam. Wybrałam Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie, kierunek public relations i reklama, i ukończyłam go z wyróżnieniem. Byłam wtedy bardzo dumna, jak sobie niesamowicie poradziłam. Swoją miłość, Artura, poznałam na drugim roku, na jednym ze szkoleń, na które się dodatkowo zapisałam. Od razu przypadliśmy sobie do gustu. Pierwsze randki, krótkie wypady na weekend poza miasto i nim się obejrzałam, moje walizki stały już u niego w mieszkaniu. Kilka lat z mężczyzną, którego kochałam, a który w jeden wieczór odebrał mi wszystko. Dokładnie tak się czułam.
Aktualnie pracuję zdalnie, w marketingu i promocji. To daje mi niezależność, mogę wstać rano, nie spieszyć się nigdzie i naprawdę cieszyć się tym, co robię, i tym, co kocham. Niewielu ludzi na tym świecie cieszy się ze swojej pracy, wielu z nas wstaje rano i klnie pod nosem, zmuszając się do wyjścia z domu za zarobkiem, który nie jest satysfakcjonujący… Nie tak to powinno wyglądać, dobrze, gdy praca daje nie tylko utrzymanie. Każdy człowiek zasługuje na to, by jego praca była źródłem zadowolenia, spełnienia, dostarczała poczucia wartości i motywacji do dalszego działania. Ja właśnie taką pracę miałam i mimo strachu przed lataniem mogłam sobie pozwolić na podróż w każdym momencie. Taki moment nastąpił teraz. Wracałam do domu. Nie tylko na kilka tygodni, lecz na dłużej. Na ile? Na to pytanie nie znałam odpowiedzi. Byłam pewna, że w Polsce nie trzyma mnie nic, ani praca, ani znajomi, ani on. Może to najwyższy czas, by znów poczuć, że mam dom? Za kilka godzin samolot miał lądować na Korfu, a ja siedziałam w wynajętym mieszkaniu wpatrzona w puste ściany i szafy, które opróżniłam już kilka dni temu.
– To koniec, Olga – powiedziałam szeptem sama do siebie. – Twoja przygoda w Polsce właśnie się skończyła. – Westchnęłam i spojrzałam na telefon, by sprawdzić godzinę. Na wyświetlaczu widniała wiadomość od Oliwii, że nie może się już doczekać, kiedy mnie zobaczy i uściska. Już widziałam oczyma wyobraźni Oliwię zmęczoną, ale szczęśliwą, i dwie maleńkie dziewczynki, które wkrótce pojawią się na świecie. Bliźniaczki jak my. Czy te małe iskierki będą lustrzanym odbiciem? Czy będą dla siebie najbliższymi powierniczkami, gotowymi dzielić każdy uśmiech i każdą łzę? My właśnie takie byłyśmy i mam nadzieję, że one również takie będą.
***
Samolot unosił się nad chmurami, a ja wpatrywałam się przez małe okienko w bezkresne błękity nieba. Serce biło mi szybciej niż zwykle, mieszanka ekscytacji i niepokoju wypełniała każdy zakamarek mojego ciała. Za kilka godzin miałam zobaczyć Oliwię i jej brzuch, a lada chwila małe istoty, które pojawią się na tym świecie. Czy uda mi się uśmiechnąć bez fałszu? Czy dam radę być przy niej szczęśliwa i spokojna? Czy poradzę sobie z tym, że ona zostanie mamą, a ja nigdy nie doświadczę tego uczucia? Z każdym kilometrem zbliżałam się do wyspy i do odpowiedzi, której sama się trochę obawiałam. Widok zza okna był jak z pocztówki, turkusowe morze, słońce odbijające się od tańczących fal, oliwne gaje ciągnące się po horyzont. Moje serce z każdą sekundą przyspieszało. Samolot zaczął powoli zniżać lot. Przeżegnałam się i cichutko zaczęłam się modlić, abyśmy wylądowali cali i zdrowi, ponieważ samolotem przez duży wiatr zaczęło mocno kołysać. Gdy opony odbiły się od pasa startowego i trochę nami zatelepało, wszystko stanęło mi w gardle. Nie byłam osobą kochającą podróże samolotowe. Latałam, owszem, kiedy musiałam, na przykład na wakacje z Arturem czy na jego spotkania służbowe, ale wtedy przeważnie brałam tabletki uspokajające. A Oliwia to dopiero była panikarą! Jej czarne wizje, w których każdy samolot rozbijał się zaraz po starcie lub przy lądowaniu… Dlatego jej pierwszym i ostatnim lotem była trasa z Polski do Grecji, kiedy byłyśmy małe. Ostatni raz widziałam siostrę na żywo osiem lat temu, gdy brała ślub, tuż przed moim wylotem do Polski.
Odebrałam walizkę, skierowałam się w stronę bramki i wtedy zobaczyłam, jak stoi uśmiechnięta, z rękami wyciągniętymi w moim kierunku i ze łzami w oczach. Jej blond włosy upięte wysoko w kok w nieładzie i odstający, ogromny brzuch. Wyglądała przepięknie i mimo kilku dodatkowych kilogramów dalej była tą kruchą, małą istotą. Obok niej stał jej mąż Artem. Przystojny Grek, za którym każda kobieta się oglądała. Podeszłam do nich niepewnie, a może byłam wystraszona? Nie wiem, ale kiedy mnie przytuliła i poczułam ciepło, które rozlało się po całym ciele, wiedziałam, że dobrze zrobiłam, wracając do domu.
– Nie mogę uwierzyć, że tutaj jesteś, Olga – wyszeptała, a jej oczy lśniły szczęściem.
Jej mąż uśmiechnął się szeroko, przytulił mnie i od razu zabrał moją walizkę.
– Ja też się cieszę, że tutaj jestem, wróciłam do domu. – Uśmiechnęłam się nieśmiało, złapałam Oliwię za rękę i skierowaliśmy się do wyjścia.
Naprawdę poczułam, że znów jestem w miejscu, które zawsze będzie moje, pełnym miłości, śmiechu i ciepła. Wróciłam przede wszystkim po to, by być przy siostrze, wspierać ją, pomagać, dzielić codzienność i cieszyć się tym, co nadchodziło. I choć serce nadal ściskał lęk, wiedziałam, że wszystko będzie dobrze, musiało być dobrze, bo teraz byłam z nimi, z moją rodziną.
Jadąc samochodem wąską, krętą drogą, spoglądałam z zachwytem na rozpościerające się widoki. Zieleń była tu oszałamiająca, nie bez powodu Korfu zwano zieloną wyspą. Oliwne gaje ciągnęły się po horyzont, a ich srebrzyste liście migotały w słońcu niczym drobne klejnoty. W oddali błękitne morze raz po raz odsłaniało się między wzgórzami. Uchyliłam okno i wystawiłam twarz ku niebu. W powietrzu unosił się zapach ziół i dzikich kwiatów. Każdy podmuch wiatru przynosił świeżą, morską bryzę. Brakowało mi tego w Polsce, tej zieleni, tej gry świateł, ciepła promieni słonecznych, które nie paliło, a wręcz otulało ciepłem, tego oddechu natury tak różniącego się od miejskiego zgiełku. Czułam również bicie swego serca; uderzało szaleńczo z radości, że znów tutaj jestem. Znałam to miejsce doskonale, lecz czułam się, jakbym poznawała je na nowo. Każdy nowy zakręt drogi odsłaniał nowy krajobraz. Małe wioski z białymi domami i dachami w kolorze rdzy, stare kapliczki, polne dróżki, po których biegałyśmy z Oliwią boso. Tutaj oddychałam pełną piersią, każdy wdech niósł ze sobą spokój, ukojenie i wspomnienia dawnych chwil.
– Wciąż nie rozumiem, dlaczego wybrałaś studia w Polsce – odezwała się Oliwia, wyrywając mnie z zamyślenia. Jej głos brzmiał miękko, lecz kryła się w nim nuta niedowierzania. Zerknęłam na nią i delikatnie się uśmiechnęłam. Jej dłonie spoczywały na brzuchu, a promienny uśmiech nie schodził jej z twarzy. – Patrzę na ciebie i widzę, jaka jesteś tutaj szczęśliwa, jak się zachwycasz wszystkim, dokładnie jak wtedy, kiedy byłyśmy małymi dziewczynkami.
– To prawda – odparłam z westchnieniem. –Tęskniłam za tym miejscem bardziej, niż umiałam to sobie uświadomić. A jak rodzice?
– Czekają na ciebie z utęsknieniem, mama oczywiście naszykowała tyle smakołyków, że będziemy ucztować kilka dni. – Zachichotała.
– Tak, Cecylia całkowicie oszalała – wtrącił rozbawiony Artem.
– Już nie mogę się doczekać, aż ich przytulę – powiedziałam szczerze, czując, jak na mojej twarzy rozlewa się szeroki uśmiech.
Dojechaliśmy wreszcie na miejsce. Siostra zamieszkała ze swoim mężem tuż obok naszych rodziców. Ogromnie mnie cieszyło, że byli tak blisko siebie. Domy stały na niewielkim wzniesieniu, otoczone gajem oliwnym. Białe ściany odbijały słońce, a czerwone dachówki kontrastowały z błękitem nieba. Drewniane okiennice, które tata pomalował w pastelowym odcieniu turkusu, dodawały całości uroku.
Artem wysiadł, wyciągnął walizkę i pomógł Oliwii wygramolić się z samochodu, ponieważ z tak ogromnym brzuchem miała z tym duży problem. Plac przed domem wyłożony był ciepłymi, piaskowymi kamieniami. W kilku miejscach stały wielkie donice wypełnione lawendą i pelargoniami, które pachniały bardzo intensywnie. Wzięłam głębszy wdech. Nie rozumiałam, dlaczego byłam tak zestresowana, przecież wróciłam do domu. Oliwia chwyciła moją dłoń i delikatnie ścisnęła, w tym momencie drzwi się uchyliły i zobaczyłam rodziców. Wypuściłam jej rękę i podbiegłam w ich stronę, rzucając się im w ramiona. Ogromnie za nimi tęskniłam i cieszyłam się, że mogłam ich wreszcie tulić do siebie. Rodzice byli grubo po siedemdziesiątce i mieszkając w Polsce, bałam się, że los może mi ich odebrać, zanim zdążę ich zobaczyć.
– Nasza kochana Olga – wyszeptał tata, całując mnie w czoło i przyciskając do siebie tak mocno, jakby bał się mnie wypuścić.
– Jak ja się cieszę, że do nas wróciłaś cała i zdrowa – dodała mama, a w jej głosie radość mieszała się ze wzruszeniem.
– Ja też się cieszę, że jestem z wami – odparłam, tuląc ich mocno w ramionach. Poczułam znajomy zapach, ciepło rodziców i domu, którego mi tak brakowało.
Mama odsunęła się na chwilę, żeby spojrzeć mi w oczy. Nie wiem, co zobaczyła, lecz ja zauważyłam tęsknotę, ulgę i radość, które malowały się na jej twarzy.
– Tak bardzo chciałam cię jeszcze zobaczyć, a bałam się, że mogę nie zdążyć – szepnęła i otarła ukradkiem łzę.
– Jestem tu, mamo – odpowiedziałam, a mój głos zadrżał. – I jak na razie nigdzie nie się wybieram.
– Mam nadzieję. Uciekłaś z domu, mając dwadzieścia lat, tak jakby w Grecji nie dało się żyć i studiować – dodał z przekąsem ojciec. – Ale jestem szczęśliwy, że wróciłaś.
– Tato… – przytuliłam go raz jeszcze – zostanę na dłużej.
– Mam nadzieję, że na zawsze – zaświergotała Oliwia, po czym pociągnęła mnie za rękę. – Chodź, idziemy do pokoju zanieść bagaż.
– Tylko szybko, jedzenie czeka na tarasie, zimnego przecież jeść nie będziemy – upomniała nas mama.
– Zaraz wracamy – wypowiedziałyśmy równocześnie i zaczęłyśmy się śmiać.
Wchodziłyśmy po schodach, które strasznie skrzypiały. Kiedy uchyliłam drzwi od naszego pokoju, uderzył mnie znajomy zapach. Mieszanka lawendy z woreczków, które mama wieszała przy szafkach, i lekkiej woni starych książek, które od dziecka zbierałam. Zatrzymałam się w progu, jakbym bała się, że jeśli wejdę dalej, wspomnienia spłyną na mnie zbyt gwałtownie. Wzięłam głębszy wdech. Pokój wyglądał niemal identycznie jak przed laty. Dwa łóżka stały obok siebie, przykryte pastelowymi narzutami, które mama kupiła nam w ostatniej klasie. Uśmiechnęłam się przez łzy. Ileż razy nocami przeciągałyśmy między nimi ręce, żeby trzymać się za dłonie podczas burzy. Na półce siedział lekko przykurzony pluszowy miś z naderwanym uchem. Wyglądał jak strażnik naszych snów, wierny i cierpliwy, czekający, aż znowu wrócimy. Nie miałyśmy serca go wyrzucać, to był prezent od taty. Dostałyśmy go w pierwszy dzień, kiedy pojawiłyśmy się na wyspie w naszym nowym domu i z nowymi rodzicami. Światło wpadające przez okno kładło się smugami na podłodze, a w tych smugach tańczyły drobinki kurzu, jakby i one świętowały mój powrót. Podeszłam do biurka i otworzyłam jedną z szuflad. W środku wciąż leżały nasze stare zeszyty, pełne sekretnych rysunków i niedokończonych opowiadań. Dotknęłam kartki, która była sucha i krucha pod palcami. Oliwia podeszła i stanęła obok mnie.
– Jak to się stało, że to wszystko wciąż tu jest? Po tylu latach nic się z tym nie stało. – Westchnęła i usiadła na łóżku, podpierając się ręką.
– Nic się tu nie zmieniło. Minęło tyle lat, odkąd wyjechałam, a ty wyszłaś za mąż, a pokój jest nieruszony – wyszeptałam lekko drżącym głosem.
Oliwia ścisnęła moją dłoń i spojrzała na mnie tak samo jak wtedy, gdy byłyśmy małymi dziewczynkami, z ciepłem i obietnicą, że nigdy nie będziemy osobno, że nikt nas nie rozdzieli. Kucnęłam przed nią i pogłaskałam ją po brzuchu.
– Wiem, że ci ciężko, i przykro mi, że…
– Przyzwyczaiłam się do tej myśli – przerwałam jej. – Jestem świadoma, że nigdy nie zostanę mamą, i powiem ci szczerze, że zazdrościłam ci tej ciąży. Bałam się też cholernie, że kiedy cię zobaczę, z tym ogromnym brzuchem, to sobie nie poradzę z tą sytuacją, ale jest dobrze, naprawdę jest wszystko w porządku. Cieszę się, Oliwio, twoim szczęściem, uwierz mi. – Przytuliłam ją czule, a po moim policzku spłynęły łzy. Łza ulgi, że wyrzuciłam to z siebie, i łza szczęścia, która zwiastowała nowy początek.
– Dziewczyny! – krzyknęła mama z dołu. – Będziecie jeść zimne dania – ponaglała nas.
Zeszłyśmy szybko i przez salon wyszłyśmy na taras, na którym stały wiklinowe krzesła i niski stół, gotowe do popołudniowej biesiady. Morze w oddali mieniło się wszystkimi odcieniami błękitu. I to był ten widok, którego w Krakowie mi brakowało. Stół uginał się pod ciężarem dań. Aromat zapiekanej musaki mieszał się ze świeżym zapachem oregano i pieczonego chleba. Na talerzach błyszczały soczyste pomidory, oliwki i kawałki sera feta, skropione oliwą z pobliskiego gaju. Siedzieliśmy blisko siebie, a nasz śmiech niósł się po całym tarasie. Mama krzątała się między nami, dokładając jedzenia, jakby chciała nadrobić wszystkie lata, w których nie mogła nas karmić. Patrzyłam na to wszystko i miałam wrażenie, że wróciłam nie tylko do domu, ale i do samej siebie.
– Jedz, dziecko, jedz! – powtarzała mama, dokładając mi porcję, zanim zdążyłam spróbować poprzedniej.
– Mamo, ona nie nadąża. – Oliwia roześmiała się, sięgając po kawałek chleba. – Pamiętasz, jak kiedyś kazałaś nam jeść, dopóki talerz nie był pusty?
– I co w tym złego? – Tata uniósł brew, ale w jego oczach tańczyły iskierki rozbawienia. – Dzięki temu jesteście takie silne!
– Silne? – Artem zaśmiał się i poklepał się po brzuchu. – To ja chyba przesadziłem z tą siłą.
– Polej lepiej swojej szwagierce ouzo, mojej roboty oczywiście, w Polsce takich dobrych alkoholi nie mają – rzucił tata z dumą w głosie.
– Za to mają głowę do picia. – Zaśmiałam się i uniosłam kieliszek do góry.
– Dobrze, że pogoniłaś tego amanta, nie ma to jak Grek – wypalił ojciec, nie zastanawiając się nad konsekwencjami, ponieważ ścierka mamy w tym samym momencie wylądowała na jego głowie niczym wymowna odpowiedź. – Nie mówiłem tego o polskich kobietach – machnął ręką – ale wiem, że nie zaprzeczysz, że jest ci ze mną dobrze. – Poruszał brwiami, patrząc na mamę z ogniem w oczach.
– Idź, ty stary pierniku – burknęła mama, lecz w jej spojrzeniu dostrzegłam czułość ukrytą pod gniewną maską.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Nawet mnie to rozśmieszyło, choć serce wciąż bolało po tym, jak Artur brutalnie zerwał nasze zaręczyny.
Rodzicom nie zdradziłam prawdy, nie chciałam, żeby przeżywali to tak, jak ja. Powiedziałam im tylko, że był zbyt zajęty sobą i dla mnie w ogóle nie miał czasu. Jedyną osobą, która znała prawdziwą historię, była Oliwia.
Szwagier kolejny raz polał nam do kieliszków ouzo i wypiliśmy za rodzinne spotkanie.
– Smakuje tak samo jak dawniej, mocne to, tato – powiedziałam, wykrzywiając twarz. – A twoje dania, mamo, są przepyszne, nic a nic się nie zmieniło, jesteś najlepsza – dodałam, a mama spojrzała na mnie, jakby właśnie usłyszała najpiękniejszy komplement.
– Bo to smaki domu, córeczko – odpowiedziała, kładąc dłoń na mojej. – A dom zawsze czeka.
Zerknęłam na nasze splecione dłonie i poczułam, jak moje serce przepełnia się spokojem. Byłam w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Teraz miałam już całkowitą pewność, że tu jest moje miejsce na ziemi. Miałam przy sobie kochającą rodzinę i wyspę, którą od dziecka uwielbiałam.
Po dniu pełnym wrażeń wróciłam do swojego pokoju. Wzięłam gorący prysznic, pozwalając, by woda spłukała ze mnie zmęczenie. Potem wsunęłam się w miękką piżamę i podeszłam do okna. Noc była cicha, a na niebie świecił ogromny księżyc w pełni. Zawisł nad wyspą niczym srebrna latarnia, oświetlając dachy domów, spokojne morze i wzgórza. Patrzyłam w dal, a w moim sercu budziła się mieszanka tęsknoty i ukojenia. Ten widok był jak balsam, przypomnienie, że mimo bólu i chaosu zawsze istnieje coś pięknego i niezmiennego.
– Jak zwykle stoisz przy oknie, kiedy jest pełnia – usłyszałam za plecami miękki głos Oliwii. Odwróciłam się i zobaczyłam ją uśmiechniętą w beżowej piżamie z czarnymi akcentami. Włosy miała rozpuszczone, swobodnie opadające na ramiona, a jej oczy błyszczały ciepłem. – Nie patrz tak na mnie. – Zaśmiała się, ukazując śnieżnobiałe zęby. – Dobrze widzisz, śpimy dziś razem.
Podeszła bliżej i wtuliła się we mnie. Pachniała mieszanką kokosu i miodu, który od razu przywołał wspomnienia naszych dziecięcych nocy. Wtulone razem patrzyłyśmy na księżyc w milczeniu, dzieląc tę cudowną chwilę.
– Brakowało mi tego – szepnęłam. – Widoków, wyspy, rodziców… ciebie.
– Ja też tęskniłam – odpowiedziała, a ja poczułam, jak w gardle ściska mnie wzruszenie. – Prawie osiem lat bez ciebie to jak wieczność. Wideorozmowy nigdy nie zastąpią tego, że jesteś obok.
– Sama nie wiem, co mnie podkusiło, żeby przez tyle lat mieszkać w Polsce. Żałuję, że nie miałam czasu, żeby was odwiedzać, że byłam tak zajęta szkołą, a potem związkiem, który i tak zakończył się klapą. – Westchnęłam.
– Rodzice u ciebie w Polsce byli przecież kilka razy, a ja, to wiesz…
– Tak, ale to nie zmienia faktu, że ja ani razu nie przyleciałam na wyspę, to nie Ameryka, to tylko niecałe trzy godziny samolotem. Wiesz, teraz zastanawiam się, czy cała ta szkoła, Artur, czy to miało w ogóle sens.
– Nie patrz wstecz, byłaś młoda, chciałaś spróbować innego życia. – Pogłaskała mnie po ramieniu. – Przeszłość już się wydarzyła. Nic nie dzieje się bez powodu, nawet to, co boli, a Artur… – Jej głos stwardniał. – Nie rozumiem, jak mógł cię tak zranić.
– Wiesz, ja go trochę rozumiem – odparłam niechętnie. – Chciał rodziny, dzieci, a ja nie mogłam mu tego dać.
– Olga – przerwała mi, podnosząc głos. – Gdyby cię naprawdę kochał, zostałby z tobą i próbowalibyście dalej, a jak nie, to zawsze mogliście adoptować dziecko. Tyle samotnych, porzuconych maluszków czeka na dom.
Jej dłoń powędrowała do okrągłego brzucha. Pogłaskała go z czułością, której nigdy wcześniej u niej nie widziałam.
– Nigdy nie będę taką mamą jak nasza prawdziwa matka – wyszeptała. – Chociaż boję się, że zawiodę.
– Nie mów tak. Będziesz najlepszą mamą pod słońcem. – Uścisnęłam ją mocniej.
Oliwia spuściła głowę, a w jej oczach zalśniły łzy.
– Teraz, gdy niedługo zostanę mamą, nie mogę pojąć, jak nasi rodzice mogli pić i nas zaniedbywać. Jak mogli pozwolić, by alkohol był ważniejszy od nas?
– Nie wiem, Oliwio, i zapewne się nigdy tego nie dowiemy, ale dobrze, że nas wtedy zabrano. Mogło skończyć się tragedią. Ile się teraz słyszy o takich rodzicach…
– Nigdy cię o to nie pytałam… – Podniosła wzrok. – Jak byłaś w Polsce, yyy, szukałaś ich?
Jej spojrzenie było pełne niepewności.
– Nie – odpowiedziałam stanowczo. – Nie pojechałam na wieś. Nawet nie wiem, czy oni jeszcze żyją, a jeśli naprawdę by nas kochali, to szukaliby z nami jakiegoś kontaktu.
Chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu, aż Oliwia uśmiechnęła się blado.
– Masz rację. Zresztą mamy już rodziców, którzy dali nam wszystko.
– Dokładnie. I koniec tych przygnębiających tematów. – Zaśmiałam się cicho, ocierając jej łzy. – Chodźmy do łóżka, powspominamy licealne lata, te nasze szalone przygody.
– A wiesz, że Dimitris przejął restaurację po rodzicach? – Oczy jej zabłysły. – Serwuje najlepsze jedzenie na wyspie i wciąż jest sam. Za każdym razem, gdy jestem u niego, wypytuje o ciebie.
– Oliwia. – Przewróciłam oczami. – Powtarzasz mi to przy każdej rozmowie.
– Bo może los daje ci drugą szansę? – Roześmiała się. – Jakbyś od niego nie uciekła, wszystko mogłoby się potoczyć inaczej.
– Ja nie uciekłam – poprawiłam ją. – Po prostu go nie kochałam.
– Wiem, wiem, ale ja go lubię, jest dobrym człowiekiem. – Pokiwała głową – Może teraz spojrzysz na niego inaczej?
– Oliwia… – westchnęłam – poszukam faceta dopiero po czterdziestce. Takiego, który już nie będzie chciał mieć dzieci.
– Nie możesz tak mówić! – oburzyła się.
– Ale to prawda. – Wzruszyłam ramionami. – Na każdej randce powinnam mówić: Cześć, jestem Olga, nie mogę mieć dzieci, więc jeśli marzysz o potomku, uciekaj jak najdalej.
Siostra przytuliła mnie mocno. Czułam, jak jej serce bije szybciej.
– Nie martw się o mnie – szepnęłam. – Zawsze sobie radziłam i teraz też sobie poradzę.
– Wiem. – Oliwia otarła łzy. – Zawsze byłaś silniejsza ode mnie i zawsze mnie broniłaś, to ty byłaś moim aniołem stróżem.
– I dalej nim będę, a teraz masz jeszcze Artema i maluszki w drodze.
– Boję się, że nie podołam.
– Podołasz, a ja będę obok, zawsze, przecież wiesz.
– Olga? – Spojrzała na mnie z delikatnym uśmiechem.
– Tak?
– Kocham cię.
– Ja ciebie też kocham, najbardziej na świecie.
Położyłyśmy się obok siebie, trzymając się za małe palce, tak jak kiedyś. Księżyc zaglądał przez okno, otulając nas srebrnym światłem, a my uśmiechałyśmy się szeroko, jak dwie dziewczynki, które znowu odnalazły w sobie siłę i dom.
Kiedy rano otworzyłam oczy, Oliwii nie było już obok mnie. Promienie słońca wpadały przez okno i raziły mnie w powieki jak tysiące maleńkich iskier. Zapowiadał się kolejny przepiękny dzień. Zerknęłam na stolik nocny, na którym leżała mała, różowa karteczka pachnąca Oliwią:
„Dzisiaj płyniemy łódką w nasze sekretne miejsce, mam nadzieję, że nie zapomniałaś sterować, zjedz śniadanie i przyjdź po mnie”.
Uśmiech sam pojawił mi się na ustach. Już widziałam nas obie, jak śmiejemy się do utraty tchu, czując wiatr we włosach i krople słonej wody muskające skórę. Od dziecka uwielbiałyśmy z Oliwią pływać łodzią, którą rodzice kupili, kiedy byłyśmy małe. Tato nauczył mnie nią sterować, a gdy byłam starsza, zrobiłam kurs na sternika. Radość, uczucie wolności, przestrzeń, to było coś, co koiło duszę i sprawiało, że serce biło szybciej… Zerwałam się z łóżka, zarzuciłam na siebie dżinsowe spodenki, białą koszulkę, a włosy upięłam w kucyk. Zbiegając na dół po schodach, poczułam już zapach świeżej kawy zmieszany ze słodyczą maślanych croissantów, które zapewne upiekła mama. Czekała na mnie przy kuchennym stole z gazetą w dłoni. Kiedy mnie dostrzegła, odłożyła ją i czule się uśmiechnęła.
– Dzień dobry – powiedziałam z szerokim uśmiechem i pocałowałam mamę w policzek.
– Dzień doby, kochanie. – Rozpromieniła się.
– A gdzie tata?
– Z samego rana wypłynął z sąsiadem na połów.
– A Oliwia? Dawno wyszła?
– Jakieś dwie godziny temu, poszła do domu pożegnać Artema, wyjeżdża na jakiś kurs.
– O, to nic mi nie wspomniała – zdziwiłam się.
– Bo pewnie wiedziała, że wygoniłabyś ją i nie pozwoliła spać u siebie.
– Pewnie tak, zna mnie jak nikt inny. – Roześmiałam się.
– Jesteście identyczne, a zarazem tak różne charakterami, ale cieszę się i podoba mi się to, jak się wspieracie i traktujecie nawzajem. To coś wyjątkowego, nie każde rodzeństwo ma taką więź. – Mama uśmiechnęła się z dumą.
– Wiem, mamo, a to jest w dużym stopniu wasza zasługa, wychowaliście nas najlepiej na świecie i za to będziemy wam ogromne wdzięczne do końca życia – odpowiedziałam, czując ciepło rozlewające się w piersiach.
Mama podeszła do mnie i objęła mnie czule ramionami. Jej uścisk był delikatny, pachniała odrobiną wanilii, którą dodawała do ciasta. Pocałowała mnie w czubek głowy, a ja poczułam się znów jak mała dziewczynka, bezpieczna i kochana. Odwzajemniłam jej gest i sięgnęłam po croissanta, którego kruche warstwy rozsypywały się w palcach. Gdy tylko zanurzyłam zęby w złocistym cieście, maślany aromat rozlał się po języku. Zamknęłam na chwilę oczy, delektując się tym smakiem, smakiem ciepłego poranka.
– Nie jedz tyle, bo zatopimy łódkę. – Do kuchni weszła rozbawiona Oliwia w zwiewnej chabrowej sukience. Wyglądała olśniewająco.
– Zjadłam dopiero dwa, nic nie poradzę, że mama mi tak dogadza. – Podsunęłam kolorowy talerz w stronę siostry i mrugnęłam okiem. Siostra wyciągnęła dłoń i chwyciła rogalika. Zaśmiałam się głośno.
– A myślisz, że przez kogo tak wyglądam? – zapytała z przekąsem, spoglądając na mamę.
– Wyglądasz pięknie i wcale dużo nie przytyłaś, córciu.
– Mama ma rację, przesadzasz – dodałam.
– Skoro według was dziesięć kilo to nie jest dużo, to…
– Będziesz miała bliźniaczki – przerwała jej mama. – Dziewczynki muszą być zdrowe i silne.
– Wybacz, że się powtórzę, ale mama ma rację. – Uśmiechnęłam się szeroko, sprzątnęłam po sobie talerz i ucałowałam mamę. – Lecimy popływać, dziękuję za pyszne śniadanie.
– Tylko uważajcie na siebie, proszę.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
WSTĘP
ROZDZIAŁ I
ROZDZIAŁ II
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Meritum publikacji
