Wydawca: RW2010 Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 1

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 375

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Po stronie mroku - Agnieszka Hałas

Piekło ma wiele obliczy, a wszystkie one stanowią część planów Stwórcy. Na odwieczną machinę przeznaczenia składają się miliony pojedynczych trybików. Takich jak hiszpański alchemik El Claro, wojowniczka Sangre Veland, rudy demon Samir von Katzenkrallen czy jedenastoletnia strzyga Maszka.

Dwanaście opowiadań połączonych wspólnym motywem Szeolu zabierze was w podróż przez różne czasy i miejsca – od współczesnej codzienności po rubieże zaświatów, od średniowiecznych Karpat po zbombardowane Nagasaki i płonące World Trade Center.

 

 

Z recenzji:

Agnieszka Hałas jest heretyczką i kilkaset lat temu za takie pisanie spłonęłaby na stosie. „Po stronie mroku” nie ma bohaterów, dobro nawet po śmierci staje się narzędziem władzy. Jedyną ucieczką z tego piekła/nieba będą więc strzępy ziemskich uczuć, za które płaci się tu wysoką cenę. Paweł Ciećwierz

 

 

 

 

Opinie o ebooku Po stronie mroku - Agnieszka Hałas

Fragment ebooka Po stronie mroku - Agnieszka Hałas

AGNIESZKA HAŁAS

PO STRONIE MROKU

 

Oficyna wydawnicza RW2010 Poznań 2012

Redakcja: Joanna Ślużyńska

Korekta: Maciej Ślużyński

Redakcja techniczna zespół RW2010

Copyright © Agnieszka Hałas 2012-2014

Okładka Copyright © Mateusz Ślużyński 2014

zdjęcie na okładce © shalunx / Fotolia.com

zdjęcie na okładce © udra11 / Fotolia.com

Copyright © for the Polish edition by RW2010, 2012

wydanie I

 

ISBN 978-83-63598-08-2

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie całości albo fragmentu – z wyjątkiem cytatów w artykułach i recenzjach – możliwe jest tylko za zgodą wydawcy.

 

 

Oficyna wydawnicza RW2010

Dział handlowy: marketing@rw2010.pl

Zapraszamy do naszego serwisu: www.rw2010.pl

Wiara, nadzieja, miłość

Erin przestała w końcu płakać, bo ileż można. Wytarła nos, wyrzuciła mokre chusteczki do śmieci i poszła do łazienki, żeby się doprowadzić do porządku.

Była wysoką, zgrabną kobietą o rudych jak ogień włosach. Lata tańca wyrzeźbiły jej ciało. Nawet teraz nie garbiła się, nie powłóczyła nogami, lecz poruszała się z gracją modelki na wybiegu.

Odkręciła kran i przez chwilę bezmyślnie patrzyła, jak przezroczysty strumień znika w ciemnym otworze na dnie umywalki. Gdyby Jeremy żył, wiele rzeczy wyglądałoby inaczej. Może miałaby teraz motywację, żeby się szarpać. Albo gdyby były dzieci... Ale nie miała nikogo, dzięki czemu wybieranie prostych rozwiązań przychodziło o niebo łatwiej.

Obmyła twarz zimną wodą, żeby pozbyć się śladów łez, wytarła czystym ręcznikiem. Rozpuściła włosy i starannie uczesała się na nowo. Po namyśle nałożyła nieco fluidu na sińce pod oczami. Tusz na rzęsy, błyszczyk na usta. Więcej nie potrzebowała, zawsze malowała się bardzo oszczędnie.

Ucałowała swoje odbicie w lustrze i wyjęła z szafki opakowanie żyletek. Wychodząc z łazienki, na moment zgięła się wpół, przeszyta bólem.

Mieszkanie było wysprzątane do granic sterylności. Jeszcze tego brakowało, żeby ci, którzy się tu jutro zjawią, zastali nieporządek.

Na telewizorze leżał plik kartek. Wyniki badań, do których nie było sensu zaglądać po raz kolejny; wszystko już znała na pamięć. Guz w lewej piersi, zajęte pobliskie węzły chłonne. Scyntygrafia uwidoczniła przerzuty do kręgosłupa i kości biodrowej. Tuż po świętach położyliby ją na oddział. Operacja, potem naświetlania i cytostatyki, żeby kupić – no właśnie, ile? Jeszcze rok, może dwa lata? Ale jaki sens, do cholery. Po chemioterapii osłabnie, jej piękne włosy wypadną... I nigdy już nie będzie mogła tańczyć.

W pokoju mroczniało, ale postanowiła nie zapalać światła. Za oknem zmierzchało. Na werandach, ogrodzeniach i krzewach migotały dekoracje z kolorowych lampek. U sąsiadów z naprzeciwka w oknie salonu pyszniła się okazała choinka.

Erin Dougall usiadła wygodnie w fotelu. Wyjęła z opakowania jedną nowiutką żyletkę i głęboko, starannie przecięła żyły na nadgarstkach obu rąk.

***

Gnane wiatrem chmury sunęły nad lasem. Drzewa, przedwczoraj pyszniące się wszystkimi odcieniami czerwieni i złota, wczoraj już nie miały liści, zaś dzisiaj pojawiły się na nich nabrzmiewające młode pączki. W lesie na przemian następowały po sobie: wiosna, lato, jesień. Nigdy zima. Człowiek, któremu ofiarowano to miejsce, nie lubił zimy i nie tęsknił za nią.

Na dnie zarośniętego leszczyną wąwozu szemrał strumień. Na jego brzegach kwitły zawilce i przylaszczki, sucha trawa zaczynała się zazieleniać. Śpiewały ptaki.

Na jednym z omszałych głazów wystających z wody siedział pogrążony w lekturze mężczyzna. Ubrany w dżinsy, wiatrówkę i kraciastą koszulę, wyglądał tak zwyczajnie, jak to tylko możliwe. Po prostu ktoś, kto w niedzielę wybrał się z książką do lasu.

Nagle, chociaż dzień był bezwietrzny, rozległ się przeciągły świst. Na zboczu wąwozu zmaterializował się anioł w niebieskiej szacie, o skrzydłach tak białych, że wydawały się emanować światłem. Na jasnych puklach miał wieniec z polnych kwiatów.

Człowiek odłożył książkę, schował okulary do kieszeni koszuli i wstał, by złożyć nieco niezgrabny ukłon.

– Witaj, Menarielu, cóż cię sprowadza?

– Erin nie żyje – oznajmił anioł. Jego głos przywodził na myśl chińskie dzwonki. – Zmarła wczoraj wieczorem.

Twarz mężczyzny rozjaśniła się nadzieją.

– Więc wkrótce będę mógł się z nią zobaczyć!

Anioł potrząsnął głową.

– Przykro mi, Jeremy, mam dla ciebie bardzo smutną wiadomość. Twoją żonę zesłano na Dół.

Wydawało się, że cień pod drzewami na dźwięk tych słów zgęstniał, a strumyk szumi odrobinę ciszej.

– Czym zawiniła? – spytał człowiek po przeciągającym się milczeniu.

– Odebrała sobie życie.

Mężczyzna zrobił ruch, jakby chciał się przeżegnać, ale zamiast tego ukrył twarz w dłoniach. Gdy po chwili ją uniósł, miał mokre oczy. Jednak jego głos brzmiał teraz zupełnie inaczej. Zawzięcie, gorzko.

– Aż tak szybko wydajecie wyroki? Przecież musiała mieć powód... Czy sprawiedliwy sędzia wziął pod uwagę motywy?!

– Nie kwestionuje się Jego decyzji! – upomniał go Menariel.

– Daruj sobie, dobrze? Daruj sobie komentarze!

– Jeremy, rozumiem, że to dla ciebie trudne – głos wysłannika niebios złagodniał. – Jeśli chcesz, zostanę, żeby się z tobą pomodlić.

– Nie. Proszę, zostaw mnie.

Skinąwszy ze zrozumieniem głową, anioł rozpłynął się w powietrzu.

***

Do rzeczywistości przywrócił ją ból. Czy raczej brutalnie wyrwał z przyjaznej czerni. Nie ograniczał się do jakiegoś konkretnego miejsca, lecz obejmował całe ciało. Miała wrażenie, że ranią ją tysiące igieł.

– Wraca do siebie – przemówił ochrypły kobiecy głos. – Ciut za wcześnie, psiakrew. No nic. Podaj mi nożyczki, Heimo.

Ciach – odgłos przecinania tkaniny. Erin poczuła, że silne ręce ujmują ją i przewracają na bok. Potem gwałtowne szarpnięcie...

NIEEEE!

Odniosła wrażenie, że jest żywcem obdzierana ze skóry. Wrzasnęła, a raczej chciała wrzasnąć, bo z jej gardła wydobyło się coś bardziej przypominającego skrzek.

– Cicho, nie panikuj. – Zachrypnięta kobieta klepnęła ją w policzek. – Zdejmuję ci tylko bandaże.

– P-petra, m-może by tak od-od-odmo... – przemówił, jąkając się, drugi, chłopięcy głos.

– Nie będziemy odmaczać. Ciotka zakazała marnować wodę. Przytrzymaj ją, dobra? Zajmę się teraz nogami. Tylko trzymaj mocno, żeby mi zębów nie wybiła!

Ujęto ją mocno za kostki. Niepotrzebnie; i tak nie miałaby siły kopać. Znowu męka odrywania przyschniętej warstwy, potem pieczenie odsłoniętej powierzchni... Erin pomału zaczynała pojmować, co się stało. Zdejmowano jej opatrunki. Dużo opatrunków.

Wypadek...? Nic nie pamiętała! Była poraniona, czy może poparzona? Boże, ale dlaczego robiono z nią cokolwiek bez znieczulenia?

Usiłowała otworzyć oczy i nie mogła, powieki były sklejone wydzieliną. Próbowała poprosić, żeby coś z tym zrobiono, ale z gardła wyrywały się tylko jęki.

W końcu puszczono jej nogi. Czuła, jak rany obsychają w zetknięciu z powietrzem. Jak mogli tak postępować, dostanie zakażenia, przecież powietrze nie jest jałowe... Zaraz, gdzieś czytała, że poparzonych ludzi pakuje się do specjalnych kąpieli, żeby złuszczyć martwą tkankę... Ale jak to się miało do uwagi o oszczędzaniu wody? Co to w ogóle za szpital, w którym brakuje wody?! Jej spanikowany mózg nie potrafił myśleć trzeźwo.

– Popatrz no, nie ruszyli twarzy. Ciekawe, czemu. Ładna jest, nie da się ukryć, ale czy widziałeś kiedyś, żeby to robiło jakąś różnicę katom, Heimo? No właśnie.

Przecierano jej powieki watką umoczoną w zimnym płynie. Po chwili Erin mogła już otworzyć oczy. Z początku widziała wszystko jak przez mgłę, lecz stopniowo kontury świata uległy wyostrzeniu. Z haka wbitego w sufit zwisała staroświecka miedziana lampa naftowa, zaś nad posłaniem pochylały się dwie postacie.

– Zbudziłaś się? Słyszysz nas? Halo! Słyszysz?

– Sły-słyszy, Petra. Gło-gło-głowę daję.

Pierwszy głos należał do karlicy ubranej w lekarski fartuch, niegdyś biały, teraz pożółkły i pełen dziur. Na głowie miała równie zniszczony czepek, spod którego wymykały się pozlepiane siwe włosy.

Jąkała dla odmiany okazał się chudym nastolatkiem. Nosił okulary o szkłach grubych jak denka od butelek, ślinił się i ogólnie sprawiał wrażenie lekko upośledzonego umysłowo.

Erin zamknęła oczy, ale gdy je znowu otworzyła, postacie były tam nadal. Jąkała trzymał naręcze bandaży, karlica zaś – butelkę i rolkę gazy.

– Muszę cię całą przemyć i pozawijać na nowo – wyjaśniła autorytatywnie. – Ci rzeźnicy z Dołu nie umieją opatrywać ran. Tylko łańcuchy i rozżarzone żelaza im w głowie.

Erin spróbowała wykręcić szyję na tyle, żeby obejrzeć swoje ciało. W końcu zdołała zweryfikować wcześniejsze domysły. Nie była poparzona; z jej rąk i nóg zdarto szerokie pasy skóry.

– Kto mi to zrobił? Dlaczego?! – wybuchnęła tak gwałtownie, że sama się zdziwiła. – Gdzie ja jestem? Czy to szpital? Chcę rozmawiać z lekarzem!

– L-leż spo-spo-spokojnie. – Heimo niezgrabnie pogłaskał ją po głowie. – Wszy-wszystkim się za-za-zajmiemy.

– Zostaw mnie! – Przerażenie wzmogło siły Erin na tyle, że prawie zdołała się podnieść. Karlica cmoknęła gniewnie.

– Uspokój się, głupia! Trzymaj ją mocno, Heimo.

Odkorkowała butelkę, której zawartość zalatywała kiepsko przedestylowanym alkoholem i zaczęło się przemywanie ran. Nie przejęli się krzykami Erin, która miała wrażenie, że płonie żywcem. Na swoje szczęście w końcu zemdlała.

***

Za życia Jeremy nie należał do osób religijnych.

Prawdę mówiąc, zaskoczyło go po śmierci, że został skierowany do raju, a nie gdzie indziej, tym bardziej że w zaświatach jego podejście do wiary nie zmieniło się ani na jotę. Czasem zastanawiał się, czy przebywając w niebie, nie powinien jakoś wyraźniej odczuwać obecności Boga. Z drugiej strony sam musiał przyznać, że najbardziej ceni sobie nie jakieś tam mistyczne doznania, tylko – banalniej – spokój, najlepiej w pięknym otoczeniu. Idąc tym tokiem rozumowania, ofiarowano mu raj na jego miarę: skrawek idealnego świata, pod każdym względem pełnego harmonii.

Mógł wedle woli zmieniać wygląd swojego małego królestwa – wystarczyła chwila skupienia i już. W zależności od nastroju tworzył ukwiecone łąki, dzikie góry lub rafy koralowe, a czasem krajobrazy jak ze snu, z falującą błękitną trawą czy niebem o trzech księżycach. Dopracowanie wszystkich szczegółów – łącznie z zapachami, wiatrem, odgłosami ptaków i owadów – wymagało wysiłku, ale było warto. Udało mu się na przykład wskrzesić park, w którym bawił się jako dziecko; stare kasztanowce, zegar słoneczny pośrodku wielkiego klombu, sadzawka z fontanną... Wkrótce potem powstało to, co uważał za swoje największe osiągnięcie – fragment Ogrodu Rozkoszy Ziemskich wzięty żywcem ze słynnego tryptyku Boscha. Ten z jeziorem oraz dziwacznymi konstrukcjami. Oczywiście bez żadnych postaci, za to wzbogacony o takie elementy, jak odblaski słońca na wodzie i rześki zefirek. Kawałek raju w raju, taki prywatny żart.

Od pewnego momentu zauważył wszakże, że we wszystkich wizjach, jakie udaje mu się powołać do życia, znajduje się jeden stały element: święte miejsce. Raz kapliczka, kiedy indziej ruiny świątyni, czy też zaledwie krzyż na rozstajnych drogach. Nie umiał powiedzieć, z czego to wynika, bo na pewno nie z jego świadomych intencji. W końcu uznał zjawisko za subtelny komunikat z Góry. Chciano mu dać do zrozumienia, że Bóg przez cały czas o nim pamięta.

Jeszcze przed otrzymaniem wiadomości przeczuwał w skrytości ducha, że coś się szykuje. Tęsknota, której wcześniej specjalnie nie odczuwał (bo po śmierci ziemskie emocje siłą rzeczy słabną), dopadła go z ogromną siłą. Zaczęły go prześladować złudzenia, że w szumie wiatru słyszy śmiech Erin albo kątem oka widzi błysk rudych włosów... Postanowił przynajmniej pobyć w miejscu, które by mu się jakoś z nią kojarzyło; tak właśnie powstał las z wąwozem i strumieniem, inspirowany wspomnieniami z jego rodzinnych stron.

Pomny najświeższych doświadczeń, Jeremy nie zdziwił się ani trochę, gdy podczas pierwszej przechadzki po nowo stworzonym obszarze odkrył polanę otoczoną brzozami, a na niej stary drewniany kościółek, chociaż w tamtym prawdziwym lesie, który posłużył za wzór, żadnego kościółka nie było.

Po rozmowie z aniołem najpierw nie wiedział, co począć. Błąkał się to tu, to tam, potykając się i wpadając na drzewa jak ślepiec. W którymś momencie wyszedł z lasu na tropikalną plażę pod oślepiająco błękitnym niebem; potem ogarnęła go woń lawendy, kwitnącej na polach Prowansji... Dryfował po kolei przez wszystkie pieczołowicie wykreowane iluzje, lecz nie znalazł spokoju ani w cieniu doryckich kolumn, ani palm.

O zachodzie słońca trafił na wysepkę, którą kiedyś stworzył pod wpływem chwilowego kaprysu, i tam poczuł, że musi się zatrzymać.

Wysepka nie miała w sobie nic z rajskiej idylli. Jałowa, pozbawiona roślinności – z piasku sterczało tylko kilka uschniętych pni. W pewnej odległości od brzegu wznosił się samotny głaz, spod którego tryskało źródełko.

Słońce powoli skryło się za horyzontem, niebo i fale zapłonęły feerią barw. Jeremy usiadł na piasku i pozwolił płynąć łzom, dopóki ich nie zabrakło; nie poczuł się jednak dzięki temu oczyszczony, a jedynie słaby i żałosny. Później długo siedział bez ruchu, wpatrując się w ciemniejący bezmiar wody. Zorze powoli gasły, czerwień przeszła w fiolet, potem w granat. W górze zamigotały gwiazdy.

Pomału dojrzewało w nim postanowienie.

Jego matka zawsze mawiała, że dobra decyzja to taka, po podjęciu której ogarnia cię spokój.

Już całkiem spokojny, obmył twarz słonawą wodą ze źródła. Potem wrócił do lasu.

W innych okolicznościach doceniłby urok nocy, pachnącej budzącą się do życia przyrodą. Między gałęziami przeświecał sierp księżyca, od czasu do czasu rozlegało się pohukiwanie sowy.

Jeremy odszukał ścieżkę prowadzącą na polanę. Kościółka nigdy nie zamykano na kłódkę, bo i po co – w raju nie ma wszak złodziei ani wandali. Zresztą tej nocy świątynia i tak nie była pusta; przez witrażowe okna sączyła się barwna poświata. Przypadek...?

Na ołtarzu płonęły świece. Ksiądz układał świeże kwiaty przed obrazem Matki Boskiej w bocznej nawie. Przygarbiona postać w czarnej sutannie, o zmierzwionych siwych włosach, wyglądała dziwnie znajomo. Jeremy nagle uświadomił sobie, skąd zna tego starszego człowieka o czerstwym, sympatycznym obliczu. Pamiętał z dzieciństwa jego wizyty – wielebny Thomas McElroy przyjaźnił się z jego rodzicami.

Starzec wyprostował się, mierząc go bystrym spojrzeniem.

– No proszę, kogóż to widzą moje oczy. Młody Jeremiah Dougall, jeśli się nie mylę?

– Ksiądz mnie pamięta? – zdumiał się Jeremy.

– Ależ oczywiście, że cię pamiętam, łobuzie. W dniu swojej Pierwszej Komunii strzelałeś przed kościołem z procy do wróbli, a w siedemdziesiątym dziewiątym wyjechałeś na studia do Oksfordu. Filologia klasyczna... niezbyt modna w dzisiejszych czasach dziedzina, ale jakże szlachetna. Wcześnie się doktoryzowałeś, rodzina była z ciebie dumna. Zajmowałeś się, czekaj no... średniowieczną łaciną?

– Zgadza się.

– Pewnie, że się zgadza. Widziałem w księgarni dwie twoje książki. Tę o bestiariuszach i tę drugą, z reprodukcją „Sądu Ostatecznego” Giotta na okładce... Twoja matka uważała, że prędzej czy później napiszesz jakąś powieść o średniowieczu i staniesz się sławny, jak Eco.

– Niestety, los chciał inaczej – skwitował Jeremy z bladym uśmiechem. – A właśnie, nie wie ksiądz, jak się miewają moi rodzice?

– Kiedy ich ostatni raz widziałem, oboje cieszyli się dobrym zdrowiem, aczkolwiek na twoim i moim przykładzie widać, że zdrowie to nie wszystko. Zginąłem podobnie jak ty, w wypadku samochodowym – pospieszył udzielić wyjaśnienia, o które rozmówca z grzeczności by nie spytał. – Jechałem późnym wieczorem do chorego, jezdnia była oblodzona... Zniosło mnie prosto pod koła ciężarówki. Na pewno następnego dnia pisały o tym wszystkie lokalne gazety, może i dobrze, że nie miałem okazji czytać. – Machnął ręką z kwaśną miną. – Ostatnie co pamiętam, to ryk klaksonu... potem obudziłem się tutaj. Kto by pomyślał, że w raju nadal mogą być potrzebni duszpasterze, co? A właśnie, swoją drogą, przez te pół roku ani razu nie widziałem, żebyś się pojawił w kościele. Nie czujesz potrzeby uczestniczenia we mszy?

– Umarłem jako niepraktykujący... – Jeremy speszył się. – Nie przyszło mi do głowy, że teraz powinienem... skoro już tu jestem... myślałem, że to bez znaczenia...

– Dajmy temu spokój – zlitował się McElroy. – Powiedz mi, co cię dręczy tak bardzo, że aż postanowiłeś przyjść po radę do klechy?

Filolog zawahał się. Teraz, kiedy przyszło co do czego, nie umiał znaleźć odpowiednich słów.

– Dziś rano anioł przyniósł wiadomość, że moja żona nie żyje – szepnął w końcu.

– To już ładnych parę godzin temu, więc czemu jej tu jeszcze nie ma? – Ton, jakim zostało zadane to pytanie, wskazywał, że kapłan domyśla się odpowiedzi.

– Pan ją potępił, ponieważ odebrała sobie życie. Trafiła na Dół.

– Rozumiem. – McElroy milczał przez chwilę. – Synu, oczywiście masz świadomość, że w tej sytuacji niewiele mogę zrobić?

– Czemu?

– Jak to: czemu? Ponieważ nie podważa się wyroków Boga! Pamiętasz, jakimi słowami modlimy się doń? „Bądź wola Twoja. Jako w niebie, tak i na ziemi...”.

– No dobrze, a co z Jego osławionym miłosierdziem, łaską...?

– Zapytaj raczej: co z twoją wiarą?

Jeremy nie odpowiedział.

– Chłopcze, nie zrozum mnie źle – przemówił duchowny. – Ogromnie mi ciebie żal, ale naprawdę nie wiem, jak mógłbym... Przybyłem tu niedawno, jestem zwykłą duszą tak jak i ty, nie mam wpływu na nic. Jeśli zależy ci na wstawiennictwie, spróbuj dotrzeć do kogoś z wyżej postawionych, może do jakiegoś świętego... Sęk w tym, że oni niechętnie się angażują w takie sprawy. Tutaj słowo Pana jest prawem, którego się nie kwestionuje. Dopuścić możliwość rewizji wyroku znaczyłoby uznać, że Bóg może się pomylić. A Bóg nie myli się! Jest sędzią sprawiedliwym, za dobre wynagradza, za złe karze! – McElroy podniósł głos, ale zaraz zmienił ton na spokojny, rzeczowy. – Posłuchaj, synu. Jeśli uważasz, że dostępnymi mi środkami mogę złagodzić twój ból, powiedz, a chętnie to uczynię. Mogę cię wyspowiadać. Pomodlić się za ciebie. Wysłuchać, jeśli potrzebujesz rozmowy...

– Nie. Nie tego mi trzeba.

– Dobrze, więc czego oczekujesz?

– Odpowiedzi. Na jedno proste pytanie. Czy można na własne życzenie opuścić raj i wyruszyć tam, do piekieł?

Duchowny ciężko westchnął.

– Twoja matka nigdy by mi nie wybaczyła, gdyby wiedziała, że powiedziałem prawdę, ale nie mogę przecież kłamać. Tak, wolno na własne życzenie odejść z raju, żeby odszukać bliską osobę na Dole, i nie zostanie to uznane za grzech. Istnieje specjalna klauzula...

– Czyli byli już przede mną tacy, którzy próbowali? Nie licząc Gilgamesza, Orfeusza i Robina Williamsa?

Ksiądz nie uśmiechnął się, chyba nie załapał dowcipu.

– Owszem, zdarzają się tacy, którzy próbują. Ale z tego co wiem, prawie nigdy nie wracają. Jesteś pewien, że chcesz zaryzykować, chłopcze? Nie spuszczaj głowy, patrz mi w oczy. Chcesz?

– Tak.

– W takim razie wystarczy, że wyjdziesz teraz z lasu. Droga sama cię odnajdzie, jeśli jesteś gotów nią podążyć.

Jeremy podszedł do ołtarza. Ukląkł, przeżegnał się i chwilę klęczał, wpatrując się w czerwoną lampkę tabernakulum. Przeżegnawszy się po raz drugi, wstał.

– Dziękuję – szepnął.

– Nie ma za co. – McElroy westchnął raz jeszcze. – Zaczekaj, dam ci coś, a nuż się przyda tam na Dole. – Odpiął z szyi srebrny krzyżyk na łańcuszku. – Trzymaj i nie zgub. Będę się za ciebie modlił, chłopcze.

***

Gdy się ocknęła, znów była zabandażowana, a ból zmalał, choć powracał z każdym gwałtowniejszym ruchem.

Lampa zniknęła z haka, zaś w pobliżu nie było nikogo. Erin z wysiłkiem uniosła się na łokciu. Leżała na barłogu z brudnych szmat, a przed światem osłaniał ją zniszczony parawan. W kilku miejscach ziały w nim dziury, przez które sączyło się żółte światło. Niestety, stał zbyt daleko, by mogła marzyć o przyłożeniu oka do którejś z nich. Wciąż była zbyt słaba, by usiąść.

Teraz dopiero do jej świadomości dotarło, że w tle rozbrzmiewają dziwne dźwięki, nijak nie kojarzące się ze szpitalem: jednostajny stukot i łomot, jakby zderzających się kawałów drewna. Poza tym nie pachniało tu środkami odkażającymi, lecz stęchlizną i smarem, jak w starej, zapuszczonej fabryce.

Z myślą, że może jednak śni, zamrugała kilka razy, ale otoczenie uparcie wydawało się jak najbardziej rzeczywiste. Spróbowała się uszczypnąć w obandażowane ramię. Zabolało.

– Ocknęłaś się? – Zza parawanu wyłoniła się Petra, niosąc na tacy strzykawkę. W ślad za nią kuśtykał Heimo. – No i pięknie. Czas najwyższy, ciotka zaczyna się niecierpliwić. Trzeba cię postawić na nogi, moja panno, wystarczy tego leżenia.

Bezceremonialnie wbiła pacjentce igłę w zgięcie łokcia. Po kilku sekundach żyły wypełniły się ciepłem, jakby krew zaczynała żywiej krążyć – widać strzykawka zawierała jakiś środek pobudzający.

– Gdzie jestem? – ponowiła pytanie Erin. Karlica w odpowiedzi odsunęła parawan.

Za nim znajdowała się długa hala o niskim suficie, oświetlona lampami naftowymi. Wzdłuż ścian ciągnęły się dwa rzędy krosien. Podłoga była zaśmiecona, w powietrzu unosił się kurz. Przypominało to manufakturę z czasów przed rewolucją przemysłową.

Przy krosnach siedziały kobiety w szarych, workowatych uniformach. Niektóre miały zasłonięte głowy i twarze, jak Arabki. Inne były zabandażowane tak, że odsłonięte pozostawały tylko oczy i szpara na usta.

Te nieliczne, które nie nosiły ani zasłon, ani bandaży, były zgrzybiałymi staruchami, z których każda mogła się poszczycić jakimś defektem urody. Jedna nie miała oka, inną dla odmiany szpecił potworny wytrzeszcz, jeszcze inną – ślady po ospie. Jednak najpaskudniejsza była ta, która sprawiała wrażenie najstarszej – garbata, z obliczem pokrytym brodawkami. Jako jedyna nie była zajęta tkaniem, lecz kręciła się tu i tam, nadzorując pracę. Od czasu do czasu popędzała tkaczki albo karciła je głosem przypominającym skrzeczenie ropuchy chorej na zapalenie krtani.

– Gdzie... jak... – Osłupiała Erin bezskutecznie usiłowała znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla tego, co widzi.

– Córeczko, chyba nie tak trudno zgadnąć, gdzie i jak – powiedziała spokojnie karlica. – Umarłaś, zostałaś osądzona, a teraz znajdujesz się tam, dokąd Pan zsyła grzeszników na bezterminowy pobyt.

Heimo bez słowa, bardzo ostrożnie pogładził włosy Erin.

– Hola, hola! Ile razy mam powtarzać? Żadnego cackania się z nowymi! – Starucha z brodawkami przykuśtykała do nich, wymachując laską. – Jazda mi stąd, oboje, ale już! Wracajcie do roboty. Ja się nią zajmę.

Uklękła przy Erin i przytknęła do jej ust manierkę.

– Wypij to. Przywróci ci siły.

Ciemny, oleisty płyn cuchnął kreozotem. Okazał się obrzydliwie gorzki. Erin zmusiła się, żeby przełknąć odrobinę, ale zaraz złapał ją kaszel.

– Nie mogę! – wykrztusiła ze łzami w oczach. – Co za świństwo!

– Pij! – rozkazała starucha. – Cóż to za kaprysy, moja panno? Za kwadrans masz siedzieć przy krosnach. Brakuje nam rąk do pracy.

***

Wiatr ustał. Martwa cisza ogarnęła las.

Wyszedłszy spomiędzy drzew, Jeremy ujrzał drogę, jasną w blasku księżyca, wyłożoną kamiennymi płytami, na których widniały na wpół zatarte hieroglify.

Ledwie nań wstąpił, ponownie rozległ się świszczący dźwięk i w powietrzu zmaterializował się otoczony niebieskawą poświatą Menariel.

– Co to ma znaczyć? – spytał, marszcząc brwi. – Dokąd się wybierasz?

– Przepuść mnie, przyjacielu. Odchodzę.

– Tak po prostu? Wiesz, dokąd prowadzi ta droga? – Anioł zawiesił głos, a nie doczekawszy się odpowiedzi, jęknął: – Opamiętaj się, przyjacielu! Na co liczysz? Piekło jest większe, niż możesz sobie wyobrazić! Choćbyś szukał całe wieki, nie znajdziesz jej tam! A ja znam cię od małego i powiadam: nie wrócisz z Otchłani!

– Przestań! – Jeremy stracił cierpliwość. – Znalazł się, psiakrew, opiekun! Gdzie byliście, kiedy ona potrzebowała pomocy? Wracaj do swoich świetlistych sfer i zostaw mnie!

Wyminął anioła i ruszył dalej.

– Zaczekaj! – usłyszał nagle.

Chociaż się nie zatrzymał ani nawet nie odwrócił, nagle poczuł na czole dotknięcie ust Menariela, zimnych jak marmur. Usłyszał szept, niewiele głośniejszy niż szelest wiatru w trawach.

– Skoro podjąłeś decyzję... niech tak będzie. Jako twój stróż jestem ci winien opiekę. Nie mogę zejść z tobą do królestwa ciemności, ale mój pocałunek będzie cię chronił, dokądkolwiek pójdziesz.

***

Rany się nie goiły.

Nie ropiały, mimo brudnych, rzadko zmienianych opatrunków. Jednak uparcie nie chciały się zasklepić. Każdy ruch wysyłał w ciało salwy palących ukłuć. Równie dobrze mogłaby nosić włosiennicę nasączoną octem i solą.

Z początku była na tyle głupia, żeby prosić z płaczem o środki przeciwbólowe, co wzbudziło powszechną wesołość. Chichotały nie tylko okropne stare baby, ale nawet te nieszczęśnice, którym zza bandaży było widać tylko oczy. Jedynie Petra i Heimo nie sprawiali wrażenia rozbawionych.

Nie nauczono jej tkać. Bardzo szybko wyszło na jaw, że Erin jest zbyt słaba, aby przy krosnach był z niej jakiś pożytek. Kiedy okazało się, że ani drwiny, ani groźby nie skutkują, nawet garbata nadzorczyni musiała dać za wygraną i poszukać nowo przybyłej innego zajęcia. Najpierw wysłano ją do sąsiedniego baraku, do przędzalni; wszystko wyglądało tam tak samo, tylko maszyny były inne. Nadzór sprawował brodacz z paznokciami jak szpony. Ledwie zobaczył, jak Erin chwiejnie wchodzi na halę, czepiając się ściany, żeby nie upaść, ryknął śmiechem i przepędził ją.

Ostatecznie trafiła do krojczych, które – ku jej zdumieniu – cięły gotowe sukno na maleńkie kawałki. Wielkimi, tępymi nożycami, strzępiącymi materiał. Trzęsąca się starowinka w kołnierzu ortopedycznym zmiatała z podłogi całe góry ścinek, które następnie lądowały w huczącej gardzieli wielkiego pieca. Takim sposobem zamykał się piekielny cykl produkcyjny – wytworzone z mozołem dobra niszczono. Mrówczy trud grzesznic niczemu nie służył. I o to w tym wszystkim chodziło.

Nadzorca krojczych jeździł na wózku inwalidzkim. Monstrualnie gruby, o białej, jakby odbarwionej skórze, wyglądał jak przybysz z innej planety. Wręczył Erin miotłę, szuflę i kosz na ścinki, w paru mrukliwych słowach streścił jej regulamin obowiązujący więźniów, a następnie przestał się nią interesować. Jak wkrótce się przekonała, niezbyt się przejmował swoją rolą. Większość czasu spędzał, grzejąc się przy piecu, wpatrzony w płomienie, siorbiąc kawę z blaszanego kubka. Tymczasem w baraku krojczych panował ogólny rozgardiasz i rozprzężenie. Trafiały tu najmniej sprawne ze skazanych – te, które z trudem się poruszały bądź nie było z nimi kontaktu. Bełkotały do siebie albo śmiały się bez powodu, niekiedy wydawały nieartykułowane wrzaski. Zamiast ciąć materiał, dziurawiły stoły albo kaleczyły sobie palce. Erin na wszelki wypadek starała się nie podchodzić do nich za blisko. Raz zagapiła się i któraś z nieszczęsnych istot zamachnęła się na nią nożycami, omal nie wyłupując oka.

Sama Erin popadła w głęboki marazm. Nie potrafiła na niczym skupić myśli, była jak swój własny cień, kukła ze szmat. Nawet nie przyszło jej do głowy, że mogłaby próbować ucieczki. Robiła swoje, wdzięczna losowi, że jej nie biją i jedyne, co musi znosić, to niewygoda spowodowana okaleczeniami.

Nie było przerw na odpoczynek. W piekle nie potrzebuje się snu. Barak nie miał okien, więc nie mogła liczyć upływającego czasu. Nawet nie wiedziała, czy tutaj noc różni się czymś od dnia. Bywało, że nie mogła już ustać na nogach i kładła się tam, gdzie stała, jak zmęczone zwierzę. Nadzorca nie okazywał wtedy gniewu ani nawet zniecierpliwienia. Po prostu wzywał Petrę i w żyłach Erin lądował kolejny zastrzyk pobudzający.

Niekiedy zwidywało się jej opakowanie Tramalu, którego nie zdążyła zużyć za życia. Trzydzieści zielono-żółtych kapsułek w plastikowej buteleczce. Dałaby wiele, żeby mieć je teraz pod ręką.

Mimo wszystko, jak na miejsce wieczystej kaźni – nie było tu najgorzej. Żadnych kotłów z wrzącą smołą, diabłów z widłami, wrzasku torturowanych... Do takiego piekła można się było przyzwyczaić. Dostosować. Przestać liczyć godziny, porzucić wspomnienia, zobojętnieć.

Pogodziła się z myślą, że zostanie tu na zawsze.

***

Gdy księżyc zaszedł, Jeremy chcąc nie chcąc musiał się zatrzymać. Jeśli coś go pocieszało, to fakt, że podróż przez zaświaty nie zapowiadała się uciążliwie. Nie potrzebował jedzenia ani wody, nie musiał się obawiać zimna. Bez snu też mógłby się obejść, jednak byłoby to nieprzyjemne. Nawet egzystencja bez ciała pozostaje egzystencją i w jakimś stopniu nuży; jedyne, co wówczas pomaga, to zatopienie się na jakiś czas w namiastce niebytu, jaką stanowi sen.

Twarda ziemia stanowiła marne posłanie, ale ku swemu zaskoczeniu filolog spał głęboko i mocno; obudziło go dopiero słońce świecące w twarz. Nastał pogodny ranek, lecz w jakiś nieuchwytny sposób mniej jasny i czysty, niż bywają na ogół niebiańskie poranki. A może tylko mu się zdawało.

Jak na razie nic nie wskazywało, żeby zbliżał się do bram piekła. Droga wiła się przez monotonny, żeby nie powiedzieć nudny krajobraz – nic, tylko pagórki porośnięte trawą, z której gdzieniegdzie wystawały kamienne płyty pokryte dziwnymi znakami. Niektóre, skruszone zębem czasu, leżały na ziemi, inne układały się w kręgi przywodzące na myśl miniaturowe Stonehenge. Jeszcze inne stały w nieporządnych skupiskach, niczym klocki rozrzucone przez kapryśne dziecko olbrzyma.

Trzeciego dnia wędrówki trawa zaczęła zmieniać barwę z zielonej na burą, jesienną, a menhiry ustąpiły miejsca zwykłym głazom. Popsuła się też pogoda; niebo zasnuły chmury, z których od czasu do czasu siąpiła mżawka. Późnym popołudniem Jeremy zobaczył, że roślinności z każdym krokiem zaczyna ubywać, na zboczach coraz częściej prześwituje goła ziemia. Teraz już wiedział na pewno, że zostawił raj za sobą.

Tej nocy dla odmiany nie mógł usnąć. Leżał z otwartymi oczami, wpatrując się w niebo, i wspominał swoje małżeństwo.

Zaczęło się dziwnie, od fascynacji, oczarowania, które nie dawało się racjonalnie wytłumaczyć – tyle ich przecież różniło. Pracownik naukowy z Oksfordu i mieszkająca w Dublinie instruktorka tańca nowoczesnego, absolwentka szkoły teatralnej, starająca się zaistnieć w świecie estrady... Poznali się tylko dlatego, że oboje pochodzili z tej samej irlandzkiej miejscowości i przypadkiem w tym samym czasie spędzali tam urlop. Kilka razy minęli się, spacerując w dolinie. Jeremy’emu wpadła w oko płomiennowłosa nieznajoma. Zagadnął ją pod jakimś błahym pretekstem i od słowa do słowa okazało się, że mają wspólnych znajomych. Wymienili się e-mailami, zaczęli korespondować. Po paru miesiącach przyjechał do niej w odwiedziny, raz, potem drugi i trzeci.

Wkrótce potem zmienił pracę, przeniósł się na stałe do Dublina i oznajmił rodzicom, że ma narzeczoną.

Pobrali się po niecałym roku znajomości. Jak się wkrótce okazało – za szybko. Przysłowiowe przyciąganie się przeciwieństw gwarantuje wszystko, tylko nie zgodne pożycie. Ona lubiła, gdy stale coś się działo, nienawidziła stabilizacji, on dokładnie na odwrót. Narzekała, że przy nim się dusi, a on nie rozumiał, o co jej chodzi.

Z biegiem lat zamiast lepiej, było coraz gorzej. Rzucało się w oczy, że mają odmienne cele w życiu, odmienne marzenia. Jeremy’emu nie zależało na pięknej rudowłosej maskotce – chciał mieć żonę. Niekoniecznie taką, która czeka na męża z obiadem, ale na pewno taką, z którą będzie można założyć rodzinę. Tymczasem Erin jeszcze przed ślubem postawiła warunek: żadnych dzieci. Niby się zgodził, jednak po cichu miał nadzieję, że z czasem jej się odmieni. Bolało go, że okazała się w tej kwestii nieprzejednana, tak... samolubna. Na pierwszym miejscu był zawsze taniec, teatr, a on gdzie...?

Potem zaczęła coraz częściej wyjeżdżać na występy do innych miast. Jeśli próbował do niej wtedy dzwonić wieczorami, zastawał wyłączoną komórkę. Jakby specjalnie usiłowała wzbudzić w nim zazdrość. A on nie był z tych, co robią sceny. Kończyło się tak, że zamiast się kłócić – coraz częściej nie odzywali się do siebie. Lodowaty dom. Zaczęli sypiać oddzielnie. Erin wypłakiwała się przyjaciółkom; Jeremy uciekał w pracę, za mur z książek i artykułów. Przestał reagować na jej późne powroty, przyjął za gorzki pewnik, że znalazła sobie kogoś innego.

Omagh, najgorsze doświadczenie ich życia, odwróciło wszystko o sto osiemdziesiąt stopni. Bardzo wiele zrozumieli w dniach bezpośrednio po tragedii, w szpitalu, kiedy już podano do wiadomości publicznej, ile jest ofiar. Oboje wyszli z zamachu właściwie cało, choć od samochodu pułapki dzieliła ich jedynie ściana centrum handlowego. Kobieta, z którą Erin rozmawiała w momencie eksplozji, zginęła przygnieciona walącym się stropem.

Żadne nie powiedziało tego na głos, ale oboje czuli, że cud nie stał się bez przyczyny, że Niebo dało im szansę zacząć wszystko od nowa. I tak też uczynili, bo długa jak wieczność chwila na obróconej w perzynę ulicy, kiedy Jeremy sprawdzał puls nieprzytomnej żony, wystarczyła, żeby mu uświadomić, że rozstania mimo wszystko by nie zniósł.

Ostrożnie, pieczołowicie odbudowywali to, co ich niegdyś łączyło... Ale pół roku później ich odradzające się, jeszcze bardzo kruche szczęście przeciął rozpędzony biały van, za kierownicą którego siedział czterdziestoletni pracownik firmy telekomunikacyjnej, rówieśnik Jeremy’ego, z dwoma promilami alkoholu we krwi.

Piątego dnia zniknęły resztki roślinności. Szlak wiódł teraz przez posępne, kamieniste wzniesienia i dolinki, gdzieniegdzie poznaczone lejami jak po wybuchach. W ziemi coraz częściej ziały szczeliny, z których sączył się dym o zapachu zepsutych jaj, przyprawiający o kaszel i łzawienie. Pod wieczór opary zgęstniały tak bardzo, że mężczyzna przestał widzieć cokolwiek na wyciągnięcie ręki przed sobą.

Gdy się ściemniło, Jeremy zaczął mieć nieprzyjemne wrażenie, że nie jest sam. Zdawało mu się, że słyszy niewyraźne szepty, od czasu do czasu czuł muśnięcie chłodnego powiewu, jakby coś go mijało w odległości kilku kroków. Nie odważył się zasnąć; całą noc czuwał, oparty plecami o wielki głaz, żeby nic nie mogło zajść go od tyłu.

O świcie mgły nieco się uniosły, akurat na tyle, by mógł zobaczyć, że kawałek dalej po obu stronach drogi zaczynają się dwa szeregi posągów. Były tak zniszczone, że nie potrafił rozpoznać, kogo przedstawiają; wierzchnie warstwy kamienia odkruszyły się, zmieniając oblicza wyrzeźbionych postaci w nieforemne bryły.

Ich milcząca obecność szybko sprawiła, że Jeremy poczuł się nieswojo. Idąc, garbił się i raz po raz rzucał do tyłu nerwowe spojrzenia. Miał wrażenie, że ślepe głowy śledzą każdy jego ruch.

Gościniec okrążył wzgórze porośnięte gąszczem uschniętych krzewów i zaczął się piąć po stromym zboczu kolejnego. Wzmagający się wiatr rozganiał opary, więc widoczność poprawiała się z minuty na minutę. Nagle mężczyzna usłyszał za sobą łopot potężnych skrzydeł. Wiedziony instynktem uskoczył w bok, kryjąc się za najbliższym posągiem.

Nisko nad drogą przeleciało monstrum podobne do pterodaktyla, niosące na grzbiecie człekokształtną istotę w czarnej zbroi i hełmie z opuszczoną przyłbicą.

Jeremy odczekał dobrą chwilę, dopóki wierzchowiec wraz z jeźdźcem nie zniknęli w oddali. Spocony mimo chłodu, osiągnął grzbiet wzniesienia i ujrzał, że dalej teren się wreszcie obniża. Jałowe szarobrunatne pagórki przechodziły znów w równinę, ciągnącą się aż po zamglony horyzont. Nigdzie nie było widać żadnego muru; a jednak u stóp wzgórza wznosiła się brama.

Taka w stylu średniowiecznym, ceglana, z wartownią nad wrotami.

Niezbyt potężna; od razu pomyślał, że to nie ma prawa być główne wejście do piekieł. Prezentowała się jednak wystarczająco okazale. Po obu stronach wrót w zawieszonych wysoko żelaznych koszach płonął ogień; drgająca poświata sprawiała, że płaskorzeźby na odlanych ze spiżu odrzwiach wydawały się ożywać i wić złowrogo. Centralne miejsce zajmowała podobizna człowieka i kozła zarazem, o rogach skierowanych ku górze.

Jeremy dłuższą chwilę kontemplował ten widok, czując chłód wzdłuż pleców. W końcu przemógł się i zaczął schodzić po zboczu, rozglądając się czujnie. Wprawdzie przy bramie nie było widać żywej duszy, a wokół panowała cisza, jednak nie podobało mu się, że znajduje się sam jeden na otwartej przestrzeni, widoczny jak na dłoni.

Jak się okazało, słusznie się niepokoił, nagle bowiem usłyszał skrzekliwy okrzyk:

– Gdzie cię diabli przynieśli, mendo niewydarzona? Punkt przyjęć dla potępionych jest nad Styksem, dwadzieścia mil stąd!

Filolog rozejrzał się, zaskoczony. Nie dostrzegłszy wołającego, uznał, że to pewnie diabelskie sztuczki, mające go nakłonić do zawrócenia. Oczywiście zawracać ani myślał.

– Głuchy jesteś, ludzki śmieciu? – wrzasnął ponownie niewidoczny krzykacz. – Zabieraj stąd dupsko, ale już, bo cię nakarmią ołowiem!

Huknął strzał. Jeremy zachwiał się, cofnął o krok. Zdumiony popatrzył po sobie. Miał rozerwaną kurtkę i koszulę, tkanina na brzegach rozdarcia lekko dymiła, ale nie był ranny ani nawet draśnięty.

Spiżowe odrzwia uchyliły się ze szczękiem i skrzypieniem, a z wnętrza wylazły dwa stwory. Jeden miał popielate motyle skrzydła, trójpalczaste łapki i ptasią głowę z długim dziobem. Drugi był porośnięty jasnobrązową sierścią, ale uwagę przykuwał przede wszystkim jego rozwarty jak u minoga otwór gębowy, okolony białymi wibrysami.

Ten ptasiogłowy taszczył na ramieniu muszkiet.

Przez chwilę gapili się na przybysza, wyraźnie skonfundowani tym, że strzał nie wyrządził mu krzywdy. Jeremy uświadomił sobie, skąd ich zna. Z obrazów Boscha, jakżeby inaczej.

– Coś za jeden? Chrześcijanin, muzułmanin, żyd, a może scjentolog? – zabulgotał minogousty.

– Hinduista, buddysta czy ateista, gadaj zaraz, czemuś się po przybyciu nie zgłosił tam, gdzie należy? – Ptasiogłowy uniósł broń.

– Zszedłem tu z raju... to znaczy z raju chrześcijan. Szukam bliskiej osoby, którą zesłano na Dół. Mam wszystkie potrzebne zezwolenia – skłamał Jeremy w nagłym przypływie inwencji.

– Aaa, to inna para kaloszy. Uniżenie witamy! – Diablik odstawił muszkiet (który natychmiast zmienił się w jaszczurkę, ta zaś zniknęła w szczelinie między kamieniami) i wyszczerzył zęby w uśmiechu rasowego cwaniaka. – Czym możemy służyć? Może wódeczki na rozgrzewkę? – Ze zręcznością sztukmistrza wyciągnął z rękawa butelkę z etykietą.

– Nie, dziękuję.

– A może jednak? Patrz, to polska, firmowa czysta! „Chopin”! Znasz tę markę?

– Chcesz coś kupić? Słodycze, papierosy? – zawtórował jego towarzysz tonem bazarowego handlarza, również wyciągając nie wiadomo skąd jakieś pudełka.

– Hola tam! Sierściuch, Uriasz, nie wygłupiajcie się! – zakrzyknął ten sam głos, który wcześniej wzywał Jeremy’ego do zawrócenia, a zaraz potem spomiędzy posągów wybiegło kolejne diablę. Miało posturę małego chłopca, ale oblicze zgrzybiałego staruszka. Jeremy’emu przypomniały się zdjęcia dzieci chorych na progerię, które widział dawno temu w jakimś czasopiśmie. – Rozum wam odjęło? Przecież to musi być błogosławiony, skoro kule się go nie imają! Na co czekacie? Otwierajcie bramę!

– Bramę? A to z jakiej racji? – zawarczał czwarty głos, niski i nieprzyjemny. – Łapmy go, dawno nie jadłem porządnego gulaszu!

Jeden z głazów przy drodze leniwie rozprostował kończyny, okazując się szarym, brzuchatym potworkiem, podobnym do topornej rzeźby. Wypukłe żółte ślepia błysnęły łakomie, lustrując przybysza.

– Skoro zabłądził aż tu, nikt się o niego nie upomni. Na co czekacie, frajerzy? Nie co dzień mięsko samo się nam pcha do kotła!

– Nawet o tym nie myśl. To faktycznie błogosławiony. Ma znak. – Ptasiogłowy wymownie klepnął się w czoło. – Zresztą za chudy jest, nie starczyłoby dla nas czterech.

– Panowie, przepuśćcie mnie – poprosił Jeremy. – Spieszę się.

– Już chcesz zmykać? – zdziwił się ten o starczej twarzyczce. – Zostań jeszcze trochę! Wiesz, jak rzadko miewamy tu gości?

– Tak, tak – podchwycił ptasiogłowy. – Zapraszamy do wartowni. Przekąsisz coś, wypijesz. Mamy pieczone gołębie, jagnięcinę i wino mszalne...

– Dziękuję, nic nie chcę! Wystarczy, jeśli mi otworzycie bramę.

Chciał przecisnąć się między nimi, ale stwór o brązowej sierści zastąpił mu drogę, machając talią kart.

– Zagrasz z nami, przyjacielu? W kanastę, w oczko, w pokera? Bez oszukiwania! Słowo honoru, jakem Sierściuch!

– Nie zagram. Nie uznaję hazardu.

Obrażony Sierściuch nastroszył ogon na kształt szczotki do butelek.

– Na wielkiego Dajjala, co za maruda z ciebie! No to chociaż się z nami napij.

– Nie ma mowy! Naprawdę muszę już iść.

– O, co to, to nie! Nie puścimy cię, póki nie wychylisz kielicha – stwierdził stanowczo ptasiogłowy. Uczynił łapkami kilka znaków w powietrzu. Jeremy wytrzeszczył oczy, bo nagle w jego własnej dłoni znikąd pojawiła się złota czara wypełniona parującym ciemnym płynem. Po zapachu poznał, że to krew i poczuł lekkie mdłości.

– Dalej, bracie! – roześmiał się demon. – Śmiało i odważnie! Za Lucyfera i grzechy twoje!

– Za grzechy twoje! – zawtórowali pozostali, zacieśniając krąg wokół Jeremy’ego, który zaczynał się ich już trochę bać.

– W porządku, chłopcy – przerwał im kobiecy głos. – Pożartowaliście sobie, a teraz sio mi stąd. Muszę pomówić z tym panem.

Stanęła przy nich postać od stóp do głów spowita w czerń. Jej twarz szczelnie zasłaniał szal, w szparze widać było jedynie błyszczące źrenice.

– Wedle rozkazu... pani. – Ptasiogłowy spokorniał, kuląc się, choć w głosie kobiety nie było groźby. Odwrócił się do towarzyszy. – Słyszeliście, wiara? Nic tu po nas!

Kobieta w czerni nawet nie spojrzała za odchodzącymi.

– Daj mi to. – Wyjęła Jeremy’emu z ręki czarę i wylała zawartość. Płyn w zetknięciu z gruntem zasyczał i zadymił, błyskawicznie się ulatniając, a po ziemi rozbiegło się kilkanaście pająków.

– Błazny! – prychnęła pogardliwie kobieta. – Niereformowalni, słowo daję. Trzeba było ich od razu pogonić, nic by ci nie zrobili. Nikt tutaj nie ma prawa cię tknąć, dopóki nosisz znak. Jak się nazywasz?

Przedstawił się. Zauważył, że śniade dłonie nieznajomej mają zamiast paznokci zakrzywione pazurki, i przeniknął go dreszcz.

– Je-re-mai-jah – powtórzyła z namysłem demonica, przeciągając ostatnią sylabę. – Ładnie. Lubię biblijne imiona. Powiedz mi, Jeremiah, zszedłeś do nas dla kaprysu czy w jakimś konkretnym celu?

Uśmiechnął się smutno.

– Czy ktokolwiek schodzi do piekieł dla kaprysu?

– O, kochany, zdziwiłbyś się, gdybyś wiedział, jakie pomysły przychodzą ludziom do głowy. Miewaliśmy tu już i nawiedzonych okultystów, którzy pragnęli do nas przystać, i fanatyków religijnych, którzy chcieli nas nawracać. Trafiają się nawet podróżnicy z glejtem od Pana, jak ów poeta, Florentczyk... jakże mu było? Nieważne... No, a ciebie co sprowadza do Szeolu? Głód wrażeń? Próżna ciekawość?

– Nie. Chcę odnaleźć kogoś, kto został tu zesłany.

– A zatem tęsknota silniejsza od śmierci, jak w baśniach? No proszę. Kogóż ci tak brakuje?

– Czemu pytasz, pani?

– Może będę mogła ci pomóc.

– Naprawdę? – zdziwił się.

Kobieta w czerni klasnęła w dłonie. Brama, tym razem bez dźwięku, otwarła się na całą szerokość.

– Chodź.

Po drugiej stronie rozciągała się z pozoru ta sama równina, którą widział ze szczytu wzgórza, ale posępniejsza, bardziej niesamowita. Skłębione chmury pełzły leniwie niczym prehistoryczne bestie. Ziemia wyglądała na spopieloną, nie rosło na niej nawet najmniejsze źdźbło. Wsłuchawszy się w gwizd wiatru, można było wychwycić odległe krzyki i jęki.

– Witamy w królestwie płaczu – odezwała się spokojnie demonica. – Rozejrzyj się, posłuchaj. Myślałby kto, że sprawiedliwy Pan będzie bardziej wyrozumiały dla swych błądzących dzieci, co?

Jeremy napotkał jej spojrzenie i zadygotał. Czarne, bezdenne oczy poraziły go zimnem i pustką. W wyobraźni ujrzał pozbawione wody pustkowie, skąd nie wracają karawany. Kości przysypane piaskiem, wycie szakali...

Jestem tą, która wykrada dzieci z namiotów... Konający z pragnienia czasami słyszą mój śpiew...

Otrząsnął się tylko dlatego, że klepnęła go w policzek.

– Nie patrz mi w oczy. Znałam mężniejszych niż ty, którzy tracili od tego wzrok.

– Kim jesteś? – odważył się spytać.

– Kimś podrzędnym w tutejszej hierarchii. Moje imię nic ci nie powie. No więc, kogo chcesz odnaleźć, Jeremiah? A może to tajemnica?

– Nie, to nie tajemnica. Zszedłem po żonę.

– Tak przypuszczałam. – Zamyśliła się, po czym pstryknęła palcami. – Można sprawdzić w księgach, dokąd trafiła. Prowadzimy dokładną ewidencję potępionych, inaczej dawno byśmy się pogubili. Mam przynieść dokumentację?

– Jeśli będziesz tak uprzejma, pani...

– Zaczekaj tu – poleciła, po czym rozwiała się w powietrzu jak dym. Czekał, czując się trochę głupio. Miał nieprzyjemną świadomość, że tamci, ukryci w cieniu bramy, cały czas bacznie go obserwują. Na szczęście po paru minutach demonica zmaterializowała się ponownie, dźwigając zniszczoną księgę w drewnianej oprawie z żelaznymi okuciami. Usiadłszy na ziemi, rozłożyła sobie tomiszcze na kolanach, pośliniła palec i ostrożnie przewróciła kilka stronic.

– To może potrwać – zastrzegła. – Zesłańcy są księgowani według dość trudnego klucza. Na przestrzeni wieków zrobił się tu straszny tłum – tyle różnych religii, tyle narodowości – i Władca postanowił z tym w końcu zrobić porządek, podzielić Szeol na odrębne marchie, ale teraz dla odmiany nie możemy się połapać w rejestrach. Na Lilith, słowo daję, nie cierpię biurokracji... Imię?

– Erin Dougall.

– Kraj, wyznanie?

– Irlandia. Niewierząca... Ale ochrzczona. Rodzice są katolikami.

– Kiedy zmarła? Podaj ziemską datę, tu czas płynie nieco inaczej.

– W Wigilię Bożego Narodzenia roku 2001.

– Jak? Chodzi mi o czynnik sprawczy, nie biologiczną przyczynę śmierci. Wypadek samochodowy, choroba...?

– Popełniła samobójstwo.

– Dobra, to powinno wystarczyć. Samobójcy nie trafiają się nam tak znowu często. Zaczekaj chwilę. – Mrucząc do siebie, znowu przewróciła kilka pożółkłych kart. – Angie Daumont, nie... Celia Draves, także nie... Mam! Erin Julie Dougall, lat 34, z domu Flynn, córka Patricka i Uny, wdowa... Zmarła, a jakże, śmiercią samobójczą... Wszystkie dane personalne się zgadzają?

– Co do joty.

– Doskonale. – Z trzaskiem zamknęła księgę. – Widzisz tamto czerwone pasmo na horyzoncie? Kierując się cały czas w tamtą stronę, dojdziesz do gór. Za nimi leży kotlina, a w kotlinie jest wioska, zamieszkana przez demony i kalekie dusze. Tam zesłano twoją żonę. Przebywa w czymś w rodzaju zakładu karnego.

– Myślisz, że pozwolą mi się z nią zobaczyć?

– Och, bez problemu. To nie więzienie, gdzie trzeba sobie załatwiać widzenia; działamy na nieco innych zasadach. W ogóle wolno ci tu chodzić, gdzie ci się żywnie podoba. Mówiłam przecież, że dopóki nosisz znak, jesteś nietykalny. Pamiętaj tylko, że jeśli go stracisz, nie będzie powrotu.

Na dnie serca Jeremy’ego drgnął robaczek niepokoju.

– Mogę go...

– Pewnie. Nie powiedziano ci? Znak zniknie, jeśli twój Pan uzna, że nie zasługujesz już na jego ochronę. Sam rozumiesz, błogosławieni, choćby i o najczystszym sercu, są tylko ludźmi. Góra musi się zabezpieczać przed powrotem jednostek, które uległy naszym zgubnym wpływom. Są bardzo stanowczy w tej kwestii. Rzekłabym, nieprzejednani. No ale nie będę cię niepotrzebnie straszyć. Nie wyglądasz mi na takiego, którego łatwo sprowadzić na złą drogę. Powiedz, co zamierzasz zrobić, kiedy już znajdziesz tę twoją Erin?

– Wrócimy na Górę, rzecz jasna. Będę się domagał rewizji wyroku.

– Optymista z ciebie, kotku. – Demonica pokręciła głową. – Gdyby to było takie proste, piekło dawno by opustoszało.

– Przecież wyraźnie mi powiedziano, że jeśli zdołam do niej dotrzeć, zostanie uwolniona! Wasze prawo stanowi...

– Na włócznię Azazela, pewnie, że stanowi. – Machnęła ręką. – Jeśli do niej dotrzesz i jeśli ona wyrazi na to zgodę, możesz ją zabrać, dokąd ci się żywnie podoba. Nikt w Szeolu nie będzie wam czynił przeszkód.

– Więc w czym problem?

– Och, sam się wkrótce przekonasz. Pamiętaj, nie strać znaku, inaczej wszystko na darmo. No, ruszaj, nic tu po tobie.

– Dziękuję za pomoc, pani. – Skłonił się na wszelki wypadek; grzeczności nigdy za wiele.

– Drobiazg. Powodzenia, Jeremiah. – Wyciągnęła dłoń; uścisnął ją odruchowo. Przeniknęło go zimno, wydające się sięgać do samych kości. Wyszarpnął rękę, a wtedy demonica parsknęła wysokim, nieprzyjemnym śmiechem, podobnym do krzyku drapieżnego ptaka. Jeremy oddalił się pospiesznie, dygocząc.

***

Upłynęło kilka tygodni, a może miesięcy, nie znała sposobu, żeby to określić. Tutejszy czas rozciągał się jak guma; porażająca nuda czyniła godziny długimi jak dni.

Aż któregoś razu na manufakturę spadli żołnierze, jak stado jastrzębi. Korytarzem łączącym baraki nadbiegła Petra, potargana, bez czepka, z obłędem w oczach.

– Bienenstock, przylecieli! – zawyła. – Wylądowali! Widziałam!

Zawtórowały jej zbliżające się, chrapliwe pokrzykiwania. Któraś z kobiet zaczęła piszczeć, szybko dołączyły do niej inne. Wywiązał się ogólny harmider i w tym samym momencie wrota rozwarły się z hukiem. Petra złapała Erin za rękę i wciągnęła za przepierzenie, tam, gdzie znajdował się piec. Rozpłaszczone przy ścianie, mogły obserwować przez szparę w deskach, co się dzieje w hali.

Żołnierze, uzbrojeni w karabiny i szable, nosili maski w kształcie zwierzęcych łbów, a ich oczy jarzyły się czerwono. Chwytali kobiety, skuwali kajdankami i wywlekali na zewnątrz, w ciemność.

– Zabierają je do katowni... – wychrypiała Petra.

Erin chciała zapytać, dlaczego i gdzie to jest, ale głos uwiązł jej w gardle, gdy w poświacie sączącej się z otwartych drzwiczek pieca zamajaczyła barczysta postać w masce pumy, szczerzącej groźnie kły.

Na Petrę w ogóle nie zwrócił uwagi. Chwycił Erin za ramię i wywlókł z kąta.

Hala szybko pustoszała, żołnierze jeden za drugim kierowali się do wyjścia. Potępione, które pominięto, zbiły się pod ścianą w ciasną grupkę, łkając.

Tak jak to się czasem zdarza w koszmarnych snach, nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Erin potknęła się i upadła. Żołnierz kopnął ją w obandażowane udo; salwa bólu.

– Wstawaj, dziwko!

Niezdarnie próbowała się podnieść. Kopnął ją po raz drugi.

– Ruszaj się!

– Stać! Tej nie – zakomenderował chrapliwy głos. – Puść ją i wracaj do reszty.

Stanął nad nimi mężczyzna w czarnym mundurze i pelerynie, z karabinem przewieszonym przez ramię, ale bez hełmu i maski. Miał ciemne, posiwiałe na skroniach włosy, twarz arystokraty i spojrzenie drapieżnego ptaka.

Żołdak usłuchał natychmiast. Erin dźwignęła się chwiejnie, oparła o ścianę. Kaszląc, rozmasowała gardło.

Oficer obrócił się na pięcie z furkotem peleryny i odszedł.

***

Równina zdawała się nie mieć końca. Pokrywały ją kratery, jak na księżycu. Przez chmury sączyło się dziwne, sinawe światło, nie mające wiele wspólnego z ziemskim dniem.

Jeremy wędrował długo, bardzo długo. Pomny słów demonicy dbał, żeby bez ustanku mieć przed oczami pasemko szkarłatnej łuny, które jarzyło się przez cały czas w tym samym miejscu.

Mijał zrujnowane domostwa, nagrobki skruszone zębem czasu, spalone drzewa – jakby obrazy z czarno-białego filmu dokumentalnego o wojnie – i słyszał żałosne krzyki dusz, miotanych wiatrem niby suche liście. Odczuwał przeraźliwy smutek, którego nic nie mogło złagodzić, jakby wszystkie nieszczęścia i troski świata zostały złożone na jego barkach.

W końcu dotarł do rzeki, toczącej ospale czarną wodę, a może smołę. Przeciwległy brzeg tonął we mgle. W zeschniętych badylach, które kiedyś były trzcinami, rozbrzmiewało żałosne kwilenie.

Krwawo świecące pasmo na niebie znajdowało się teraz dokładnie nad jego głową; pojął, że łuna odzwierciedlała bieg rzeki.

Przy brzegu czekał prom.

– Najpierw niech zapłaci – zażądał przewoźnik, włochaty stwór z palcami połączonymi błoną, o ślepiach jak latarki.

Z braku lepszego pomysłu, Jeremy wręczył kreaturze krzyżyk, który otrzymał od McElroya. Ku jego uldze zapłata została przyjęta.

Gdy wysiadał na drugim brzegu, mgła nieco się rozrzedziła i mężczyzna ujrzał, że przed nim wznoszą się ciemne ściany gór, od połowy niknące w szarym oparze. Ucieszyłby się, gdyby był jeszcze zdolny do odczuwania radości. Ruszył naprzód, nie zauważając, że z wiatrem wiejącym mu w twarz niesie się odór padliny.

Wkrótce jego oczom ukazał się przerażający widok. Na pagórku wznosiła się przypominająca ołtarz konstrukcja z powiązanych razem mieczy, włóczni, halabard i wszelkiej innej białej broni, naszpikowana ciałami potępionych. Nieszczęśnicy, nabici na ostrza bądź przygwożdżeni nimi do ziemi, dawno powinni skonać z upływu krwi. Jednemu z brzucha zwisały wywleczone jelita, inny nie miał obu nóg. Żyli jednak, o czym świadczyły chrapliwe oddechy i wydawane od czasu do czasu jęki.

Tknięty sprzeczną z rozsądkiem ciekawością, Jeremy podszedł bliżej, wstrzymując oddech, bo smród dławił za gardło. Nieszczęśnicy mało, że cierpieli ból zadany przez ostrą stal; gnili tu z wolna, w okrutny sposób uwięzieni pomiędzy życiem a niebytem. Ich skóra odpadała płatami, spod mięśni wyzierały kości.

Jedna z sylwetek drgnęła. Ludzki wrak, który kiedyś był młodym, dobrze zbudowanym mężczyzną, uniósł głowę, by zmierzyć przybysza smutnym spojrzeniem. Jeremy’emu zabrakło tchu, bowiem poznał cierpiącego. To był jego kolega z podstawówki, Paddy O’Rafferty. Ten Paddy, który kolekcjonował motyle i zawsze stał na bramce, kiedy grali w piłkę nożną...

Paddy – czy raczej to coś, co zeń zostało – błagalnie wyciągnął odarte ze skóry ręce.

– Stary, błagam, daj mi pić! Chociaż łyka!

– Nie mam wody – odparł ze smutkiem Jeremy.

– Kłamiesz! – W oczach tamtego zagościł obłęd. – Na pewno masz! Musisz mieć!

Jeremy przecząco potrząsnął głową.

– Przykro mi, Paddy.

Odpowiedzią był nieartykułowany wrzask wściekłości, który – jak się zdawało – podziałał cucąco na innych potępionych, bowiem zaczęli unosić głowy.

– Du lieber Gott, wir sind verloren1! – wykrzyknął któryś.

– Moi głaza, o, moi głaza2 – zapłakał inny.

– Sonia, mein Schatz! Wo bist du3? – rozdzierająco zajęczał trzeci.

Masa zakrwawionych ciał ożywała, niczym kłębowisko węży. Do upiornego chóru dołączały kolejne głosy.

– Merde, c’est le gas4 ...

– Zurück! Zurück! Bewege dich, Dummkopf5!

– Dieu juste, pardonne6...

W szarości odzywało się coraz więcej udręczonych krzyków. Jeremy zrozumiał, że dalej we mgle kryją się kolejne makabryczne ołtarze.

Nie był w stanie wytrzymać ani chwili dłużej. Odwrócił się na pięcie i ruszył z powrotem w tym samym kierunku, z którego przybył.

Niemożliwe, żeby przez góry prowadziła tylko ta jedna droga. Znajdzie inną.

– Zgnijesz tu, świętoszku! – dobiegł go z mgły ryk Paddy’ego, a potem odgłos splunięcia. Jeremy przyspieszył kroku, prawie biegł, nie zważając na to, że kamienie osypują mu się spod stóp.

Jeszcze długo goniło go niesione wiatrem rozdzierające zawodzenie.

– Sonia, mein Schaaatz!

***

Ponieważ krojczych ubyło, ubyło też pracy dla zamiataczek. Nie, żeby to w przypadku Erin coś zmieniało; trwała w zawieszeniu, wykonując swoje obowiązki jak automat, pozbawiona wspomnień, lęków, nadziei...

Aż kiedyś – nie umiała określić, ile czasu upłynęło od najazdu żołnierzy, właściwie nie była już nawet pewna, czy najazd rzeczywiście nastąpił, czy może uroiła go sobie – z odrętwienia wyrwał ją odgłos otwierających się wrót. Wstrzymała oddech, widząc, że do baraku wchodzi postać w czarnym mundurze i pelerynie.

Nadzorca natychmiast podjechał do przybysza, gnąc się w ukłonach. Na jego opasłym obliczu wykwitł uśmiech słodki niczym sacharyna i tak samo sztuczny.

– Po służbie?

Demon potwierdził ruchem głowy; jego wzrok błądził po hali.

– Szukam towarzystwa. – Ochrypły głos przywodził na myśl lwi pomruk.

– O, to nie wiem, czy szanowny pan znajdzie. U nas same kiepskie sztuki, a już u mnie w ogóle ostatni syf.