Plemiona. Wojna bogów - Łukasz Radecki - ebook

Plemiona. Wojna bogów ebook

Łukasz Radecki

0,0
29,90 zł

lub
Opis

Trójka rodzeństwa przenosi się w czasie o półtora tysiąca lat do słowiańskiej Polski. Gromowładny Perun wraz z innymi bogami stawia czoła Czarnobogowi - demonicznemu władcy bestii i demonów z północy - i przegrywa. Na pradawną krainę pada złowrogi cień. Ostatnia nadzieja w mistrzostwach, które zwołuje bóg bogów - Światowid. Ich zwycięzca posiądzie moc pokonania złego boga. Ale jeśli polegnie - słowiańskie ziemie na wieki utoną w mroku i krwi.

Czy trójka śmiałków z przyszłości jest w stanie odmienić losy tych ziem? Czy rodzeństwo odnajdzie się w nowej, zupełnie obcej rzeczywistości? Bez telefonów, internetu, bieżącej wody, ale za to ze wszędobylską magią?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 294




Łukasz Radecki Plemiona - WOJNA BOGÓW ISBN Prawa autorskie © Łukasz Radecki 2018Wszystkie prawa zastrzeżone Redaktor fabularny Tomasz Zysk Redaktor prowadząca Marta Ziegler Redakcja Aleksandra Kubisiak Projekt typograficzny i łamanie Jarosław Szumski Ilustracja na okładce Kamil Murzyn Projekt typografii i aranżacji okładki Jędrzej Chełmiński Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich. Wydanie 1 Wydawnictwo Nowa Baśń ul. Czechowska 10, 60-447 Poznań telefon 881 000 125 faks 61 852 63 26www.nowabasn.com Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonał Jarosław Szumski.

Prolog

Niebo miało barwę krwi.

Przez całą równinę niósł się dziki ryk wrogiej armii, która najechała ziemię słowiańskich bogów. Potworne bestie gnały, ryjąc grunt i wzbijając tumany kurzu. Stojący na wzgórzu dowódcy boskich wojsk patrzyli z niedowierzaniem na czarną linię horyzontu, skąd ławą pędzili ku nim najeźdźcy, wznosząc w powietrze ostrza włóczni, szpony i rogi.

— Wyjdę im naprzeciw, a wy ich oskrzydlicie — rozkazał bóg błyskawic Perun, próbując przekrzyczeć narastający tumult. Był masywnym mężczyzną o obfitym brzuchu i sięgającej pasa brodzie. Nosił lśniącą zbroję i hełm z figurą orła na czubie. Długi purpurowy płaszcz, spięty u szyi srebrnymi klamrami, opadał na zad jego rumaka.

— Znów chcesz, żeby cała sława zwycięstwa przypadła tobie? — prychnął Swaróg, bóg nieba, a jego srebrzyste wąsy zafalowały, wzburzone oddechem. — Nie przypominam sobie, żebym oddał ci dowództwo, pójdziemy na nich zgodnie z moim pomysłem!

— Pozwolę sobie nie stosować się do waszych rozkazów. — Weles, pan magii, błysnął zębami spod kaptura, okrywającego sterczące ku górze rogi. Na jego pierś spływała spleciona w warkocz broda. — Wasze pomysły zazwyczaj sprowadzają się do tego, żebym dla waszej chwały poświęcał swoich ludzi. Tym razem poprowadzę wojska tak, by wciągnąć nieprzyjaciela w zasadzkę.

— To tchórzostwo! — podsumował Perun. — Taka walka jest niegodna wojownika!

— Czołowe natarcie na wielokrotnie liczniejszą armię jest za to godne skończonego głupca — odparował Weles. — Głupca, który za nic ma życie nie tylko wrogów, ale i swoich ludzi.

— Dajcie spokój! — uciszył wszystkich milczący do tej pory Dadźbóg, bóg gwiazd. Na wietrze falowały jego długie złociste loki i złoty płaszcz, okrywający białą, delikatną jak nić pajęcza koszulę. Spojrzał na pozostałych, krzywiąc z niesmakiem swą piękną, gładko ogoloną twarz. — Nie czas na kłótnie. Wróg coraz bliżej.

Rzeczywiście, czarna armia dotarła już w zasięg strzału z łuku. Perun uniósł dłoń, szykując się do wydania rozkazu oddziałom swoich bogunów, magicznych stworzeń służących bogom.

Swaróg i Dadźbóg patrzyli wyczekująco, a Weles natychmiast zawrócił karego wierzchowca, dając swoim oddziałom sygnał do wymarszu. Formacje mężczyzn okrytych, jak ich władca, ciemnymi płaszczami pomaszerowały w dół wzgórza, na lewą flankę. Za nimi ruszyli straszliwi podwładni Welesa — włosożary i welinasy.

Perun cisnął świetlistym piorunem w nadciągające hordy najeźdźców. Oślepiającemu rozbłyskowi zawtórował potężny huk zmieszany z upiornym chórem ranionych potworów, który został wkrótce zagłuszony przez ryk pozostałych napastników. Wiedzeni przykładem wodza bogunowie Peruna wypuścili swoje strzały, a po chwili dołączyli do nich łucznicy Dadźboga. Niebo Nawii, świata śmiertelników, pociemniało od tysięcy strzał, które ze świstem przecięły przestworza i trafiły w rozpędzoną masę napierającej armii potworów. Ranne i zabite bestie były natychmiast zastępowane przez kolejne, niezmordowanie pędzące do ataku.

— Za mną, bracia! — krzyknął Perun, ciskając kolejne pioruny Srebrnobłyskawicą. Tym razem skutki uderzeń pocisków były bardziej widoczne. W szeregach najeźdźców powstały wyrwy, bowiem potwory musiały omijać głębokie leje po wybuchach. Władca żywiołów rzucił się do boju na swym czerwonookim ogierze, wznosząc nad głowę srebrzysty topór. Jego płaszcz załopotał w pędzie. Armia bogunów ruszyła za swym władcą.

— Zaraza! Krew i dym! — zaklął Dadźbóg, bijąc piętami w boki swego konia. — Za Nawię! Za Czwarty Krąg! — krzyknął, kręcąc maczugą nad głową, którą zdobiła złota korona, dar od Swaroga. Złociści świtezie odpowiedzieli krzykiem i pognali za swym dowódcą.

— Zatrzymajcie się! Stać! — Potężnie zbudowany Swaróg próbował jeszcze powstrzymać swoich boskich braci, zapanować nad powstałym bezładem, ale było już za późno. Ujrzał, jak Perun prowadzi swoją armię w sam środek wrogiego wojska. Widział, jak Dadźbóg ze swoimi bogunami próbuje dotrzymać mu kroku, jednak czarna armia otacza go coraz mocniej zacieśniającym się pierścieniem. Swaróg wyrzucił z siebie sznur nieprzystających bogu przekleństw i zakręcił młyńca swym potężnym młotem.

Zasadzka!

Perun przebijał się zaciekle przez zastępy wrogiej armii. Jego topór wirował, rozcinając masę skłębionych bestii. Władca żywiołów nie ustawał też w ciskaniu piorunów swą Srebrnobłyskawicą, jedyną bronią, którą żaden inny bóg nie potrafił władać, ani nawet wziąć jej do rąk. Wokół niego, z równie niszczycielskim skutkiem, walczyły podległe mu oddziały bogunów. Były tam podobne ludziom ogonie, o dłoniach miotających kulami ognia; były aganioki, półolbrzymy uzbrojone w topory większe od przeciętnego mężczyzny; były wuki, masywne, człekokształtne istoty o szponiastych, wielkich łapach; i wreszcie ogniowije, płomieniste węże, których ciało palił żywy ogień. Potworna armia najeźdźców była jednak nieprzebrana i każdego zabitego potwora natychmiast zastępowało kilku kolejnych. Chociaż Perun uparcie parł do przodu, zaczął tracić nadzieję, że uda mu się przedrzeć na tyły wrogiej armii i dopaść tego, którego chcieli za wszelką cenę powstrzymać.

Czarnoboga.

Złociści świtezie byli znakomitymi wojownikami. Wirowali niczym w tańcu, wywijając mieczami tak ostrymi, że mogły rozcinać włos na czworo. Ich smukłe, wysokie postacie rozmywały się w pędzie. Doskonale wyćwiczeni, walczyli, wymieniając pozycje w szeregach, tak by mimo bezustannego ruchu i olbrzymiego tempa walki zawsze jeden wojownik krył plecy drugiego. Ich lekkie zbroje ułatwiały stosowanie tej techniki. Lecz armia Czarnoboga ignorowała wszelkie znane bogom i ludziom sposoby prowadzenia bitew. Horda potworów działała tylko masą i brutalną siłą. I choć długowłosi, piękni świtezie bezbłędnie wykonywali swój wojenny taniec, gąszcz pazurów, kłów i macek czynił coraz większe ubytki w oddziałach Dadźboga.

Bóg gwiazd, bez cienia lęku na twarzy, rozbijał łby tym stworom, u których łeb znalazł, w innym razie waląc na oślep, byleby tylko zranić przeciwnika. Ale choć czynił to z nieustającym zapałem i wprawą, widział, jak topnieją jego wojska i jak szybko zbliża się chwila, której bali się od początku wszyscy synowie Białobogi — klęska.

Swaróg budził zawiść większości bogów swoją posturą i umięśnieniem. Szczególnie że w bitwie nigdy nie omieszkał podkreślić swoich walorów, walcząc bez pancerza. Bogowie zazdrościli Swarogowi również umiejętności posługiwania się młotem, którym miażdżył swoich wrogów. Nikt też tak jak on nie potrafił wykuwać broni, która wzbudzała powszechny podziw zarówno wśród śmiertelników, jak i bogów. Teraz jednak ważniejsze od podziwu było ratowanie brata. Swaróg dokonywał cudów męstwa, siły i sprawności, byle tylko dotrzeć do osaczonego przez przeciwnika Dadźboga. Jego boguny — zdradliwie piękne i drapieżne jaskry oraz powolne, ale niedające się zatrzymać bagatce — parły naprzód, masakrując wrogie wojsko. Strażnik ognia uświadamiał sobie z bólem, że wrogów nie ubywa, w przeciwieństwie do jego armii, i że nie zdąży się przebić do osaczonego brata, nim krąg potworów nie zaciśnie się wokół niego ostatecznie. Wiedział już, że Dadźboga zawiedzie.

Kolejny raz.

Ostatni.

Weles nie oglądał się na nikogo. Władca zaświatów nawykł do tego, że musi radzić sobie sam. Zwykł na poły złośliwie, na poły z żalem przypominać, że jako jedyny z braci musi przebywać w Piątym Kręgu, by go strzec. Jednak gdy przychodzi co do czego, muszę stawać u boku tych zarozumialców… — pomyślał. Nie lubił żadnego z nich, szczególnie Peruna, co wiązało się z pewną rodzinną tajemnicą. Mimo to pan śmierci wiedział, jakie są jego obowiązki i jaka odpowiedzialność na nim spoczywa. Wolał jednak działać w pojedynkę. Dlatego sam postanowił uderzyć na lewe skrzydło armii Czarnoboga, posyłając przodem ogromnych, przypominających niedźwiedzie bogunów — włosożary. Zaraz za nimi szli uzbrojeni w topory, rogaci welowie. Wsparcia z powietrza udzielały skrzydlate welinasy, dźgając wroga długimi włóczniami. I to właśnie one dały znać władcy zaświatów, że Dadźbóg stracił niemal wszystkich wojowników i za chwilę padnie zgnieciony przez masę potwornych bestii. Weles w jednej chwili podjął decyzję, nad którą potem wielokrotnie się zastanawiał.

Postanowił ratować brata.

Perun czuł się, jakby tonął w niezgłębionym morzu ohydnych cielsk najeżonych kolcami, rogami, pazurami i kłami. Choć rozcinał toporem kolejnych napastników, choć palił ich piorunami i błyskawicami, wroga nie ubywało. Pan żywiołów nie byłby jednak sobą, gdyby przyznał się do błędu, dlatego parł dalej do przodu z nadzieją, że coś wreszcie odmieni los bitwy.

Dadźbóg dostrzegł, jak ostatni świteź pada rozpłatany potężną łapą potwora. Osaczony przez gęsty tłum bestii, władca gwiazd zakrzyknął:

— Perunie! Do mnie!

Lecz Perun nie mógł go usłyszeć.

Potwory zacieśniły krąg.

Dadźbóg runął na ziemię wraz z wierzchowcem, którego brzuch rozpruła bezgłowa istota o ośmiu kolczastych ramionach.

Swaróg zatrzymał się przerażony, wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą błysnęła złocista korona jego brata. Pulsująca niczym gotująca się smoła masa ciemnych cielsk zakryła Dadźboga, pozbawiając go resztek nadziei.

Ale właśnie wtedy nadleciała pomoc od Welesa.

Skrzydlate welinasy na polecenie swego pana odnalazły walczącego Peruna i poderwały go z ziemi. Natychmiast skierowały lot do miejsca, gdzie padł pan gwiazd. Nie zdążymy dolecieć do Dadźboga na czas — pomyślał Perun, ale od razu wiedział, co postanowił Weles. Choć miał poważne powody, by nie znosić swojego brata, znał go aż za dobrze i w mig zrozumiał, co sam musi uczynić — oczyścić miejsce, gdzie leżał Dadźbóg, by kolejne welinasy mogły go stamtąd szybko zabrać.

To był dobry plan.

Perun, zrzucony przez skrzydlatych bogunów, spadł z nieba niczym pikujący orzeł, którego wizerunek nosił na hełmie. Wzniósł Srebrnobłyskawicę, ładując w nią największą dawkę mocy, jaką mógł z siebie wykrzesać, i z całej siły cisnął ją w kłębowisko ciał przykrywających Dadźboga.

Gdy zrozumiał, że przesadził, było już za późno.

Potężny huk wstrząsnął ziemią, a błysk był tak wielki, że przez dłuższą chwilę nie było widać zupełnie nic.

Potem biel ustąpiła czerni.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

To jest jakaś porażka. Absolutna porażka — pomyślała Weronika, rozglądając się wokoło. Wiele sobie obiecywała po tej wycieczce. Kiedy wychowawczyni kilka miesięcy temu zaproponowała wyjazd Szlakiem Początków Państwa Polskiego, dziewczyna była wprost zachwycona. Odkąd pamiętała, zawsze uwielbiała historię, co budziło zdziwienie zarówno jej rodziców, jak i braci. Od dziecka interesowały ją opowieści o rycerzach, królach, z czasem również o bitwach, podczas gdy jej bracia woleli raczej gry komputerowe. Szczególnie Zbyszek, jej brat bliźniak, który w zasadzie nie rozstawał się z iPhone’em, o ile nie siedział przed telewizorem z padem w dłoni.

Ona tymczasem uwielbiała książki. Mogła czytać godzinami — pod warunkiem, że nikt jej do tego nie zmuszał. Dlatego wolała dowiedzieć się wcześniej od starszych klas, jakie lektury szkolne będą przerabiane od września, i przeczytać je podczas wakacji. Często, jak w wypadku Lwa, czarownicy i starej szafy, sięgała później po całe cykle, i tak właśnie pochłonęła „Kroniki Narnii”. Podobnie było z Mikołajkiem i z serią książek o Ani z Zielonego Wzgórza. Niestety, ze znajomości lektur zazwyczaj dostawała czwórki, bo najzwyczajniej w świecie w ciągu roku szkolnego nie pamiętała już wszystkich szczegółów. Nie potrafiła jednak zmusić się i przeczytać książki na polecenie. Spróbowała tak kiedyś z Chłopcami z Placu Broni — skończyło się na ocenie dopuszczającej z testu, bo przebrnęła tylko przez pierwsze kilka rozdziałów, połykając w tym samym czasie trzy tomy Harry’ego Pottera. Chłopców przeczytała później, bez przymusu, i uznała ich z miejsca za jedną z najwspanialszych i najsmutniejszych książek, jakie w życiu poznała. Utwierdziło to ją w przekonaniu, że musi robić po swojemu, kierując się instynktem i własnymi zasadami.

Instynkt, którego posłuchała, decydując się na wycieczkę, tym razem bardzo ją oszukał. Była zachwycona katedrą poznańską, jeszcze większych emocji doznała w katedrze gnieźnieńskiej. Czuła oddech historii w Kruszwicy i na Ostrowie Lednickim. Jednak największe oczekiwania miała wobec Biskupina — liczyła, że tutaj dowie się więcej o tym, co działo się w Polsce w czasach poprzedzających jej chrzest. Fascynowała ją szczególnie mitologia dawnych Słowian — może właśnie dlatego, że wciąż nie została uporządkowana. Była niespójna i pełna sprzeczności, tak jakby każdy z jej badaczy miał własną wizję świata słowiańskich bogów i demonów. Weronika bardzo liczyła, że podczas wycieczki poszerzy swoją wiedzę o dawnych przodkach i ich wierzeniach.

Niestety, jej oczekiwania okazały się niewiarygodnie wygórowane. Zaczęło się od tego, że ze zdziwieniem odkryła kłamstwo, jakim były zdjęcia osady. Od strony jeziora stanowisko archeologiczne rzeczywiście wyglądało jak dawny gród Słowian, podobny do tego, który pamiętała z podręczników, encyklopedii i internetu. Z bliska okazało się jednak, że to tylko część palisady i kilka domów postawionych wewnątrz. Jakby atrapa filmowa — coś, co miało jedynie udawać prawdziwe miejsce.

Weronika próbowała wsłuchać się w pełne autentycznej pasji słowa przewodniczki. Miała nieodparte wrażenie, że poza nią samą jedynie właśnie przewodniczka jest zainteresowana tematem. Reszta wycieczki była nie tylko obojętna, ale wręcz znudzona. Niektórzy nawet nie próbowali udawać, że słuchają. Ostentacyjnie omijali chaty, nie przestając korzystać ze współczesnych wynalazków.

— Zobacz, zobacz, umiem już taką sztuczkę! — zawołał wesoło piegowaty Maks, kręcąc fidget spinnera na palcu wskazującym.

— E tam, takie rzeczy to ja umiałem już dawno temu — prychnął jego brat, niedbale bawiąc się własnym spinnerem. — Spróbuj na kolanie.

— Na kolanie to byle głupek potrafi — wtrącił Konrad, najlepszy przyjaciel Zbyszka. — Spróbuj na nosie. Albo na czole — prowokował złośliwie.

Weronika nie interesowała się tą nową, kompletnie niezrozumiałą dla niej modą. Jeszcze półtora miesiąca temu część chłopaków i kilka dziewczyn odkryło, że teraz na topie jest jojo i świrowali po szkole dwiema sztuczkami podpatrzonymi na YouTubie. Zbyszek, jak zwykle, musiał mieć najlepszy egzemplarz, wywalił ponad stówę na aluminiowy, jakiejś podobno znanej firmy. Jojo leżało w kącie od miesiąca, bo Zbyszek nie za bardzo ogarniał, jak się nim posługiwać, ale na szczęście dla niego przyszła moda na spinnery, z którymi radził sobie znacznie lepiej. I wystarczył mu model za pięć dyszek. Werę zawsze to irytowało. W odróżnieniu od braci uważała, że rodzice nie pracują tylko po to, by spełniać wszelkie ich zachcianki. Szanowała jednak Kacpra, młodszego brata, który kieszonkowe oszczędzał, żeby co jakiś czas kupić sobie karty do Magic: The Gathering. To też według niej było głupie, ale przynajmniej Kacper był konsekwentny i nie latał za każdą modą jak jej starszy brat.

— A ty, Robert? Czemu nie kręcisz spinnera? — Zbyszek chciał uniknąć wyzwania, które zmuszałoby go do pokazania Maksowi, że rzeczywiście potrafi kręcić na kolanie, więc przyczepił się do przechodzącego obok chłopaka wgapionego w ekran tabletu.

— Łapię pokemony — odparł zagadnięty.

— To złap Grześka. Takiego jeszcze nie masz — zarechotał Zbyszek, a Wera przewróciła oczami. Poczucie humoru swojego brata uważała za żenujące, szczególnie gdy dotykało innych. Niestety, śmiech chłopaków świadczył jasno, że takie głupie żarty działają.

— Sam jesteś pokemon! — burknął Grzesiek, także zajęty polowaniem na pokemony.

— A ty bałwan i kujon!

— To się chyba wyklucza, cymbale — skomentował Grzesiek i odszedł na bok, ignorując dalsze zaczepki Konrada i Zbyszka. Brat Weroniki zdążył jeszcze tylko mruknąć pod nosem:

— Sam się wykluczasz.

Zamilkł, widząc, że z chaty wyszła przewodniczka, a potem kilkoro dzieciaków, niczym owce zaganiane przez nauczycieli — Żyrafę, czyli ich wychowawczynię, i Picassa, jak nazywali nauczyciela od plastyki. Picasso w ogóle nie interesował się historią, ale próbował nadrabiać miną i zaangażowaniem.

— A wy co, chłopaki? Czemu nie zwiedzacie? — zagadał do stojących pod chatą. — Od tych telefonów i spinnerów też moglibyście się powstrzymać. Chociaż tutaj — dodał i odszedł, nie czekając, aż ktokolwiek zareaguje na jego słowa.

Zbyszek westchnął, niezadowolony, że Grzesiek i Robert udali się posłusznie za resztą wycieczki. Rozejrzał się, ale nie dostrzegł też nigdzie Kacpra, któremu zawsze lubił podokuczać. Młody wyraźnie wyczuł sprawę, bo zaginął gdzieś w pierwszych szeregach grupy.

— A ty, Wera, co znowu? — postanowił skupić się na siostrze. Nudził się. To zawsze był wystarczający powód. — Zagubiona w marzeniach?

— Daj mi spokój — warknęła Weronika, odgarniając z czoła gęste, długie włosy. Wiatr stawał się coraz bardziej nieprzyjemny. — Czy ja się ciebie czepiam?

— Najpierw musiałabyś coś skumać. — Zbyszek poczuł, że wpada we właściwy rytm. — Dla ciebie obsługa iPhone’a to szczyt możliwości — zaatakował radośnie.

— Tak jak dla ciebie zbudowanie zdania bez zaglądania do słownika w telefonie — odcięła się szybką ripostą Weronika. To dlatego inne dziewczyny nigdy się jej nie czepiały. Wiedziały, że to, co odpowie, może im pójść nie tylko w pięty.

— Ty to jednak dziwna jesteś. — Jej bliźniak wzruszył ramionami, bardzo szybko uświadamiając sobie, że w tej konfrontacji nie ma szans. — Wszyscy tak mówią.

— Nie obchodzą mnie wszyscy. Powiedziałam, daj mi spokój.

— Się drażliwa siostrzyczka zrobiła, proszę, proszę! — Zbyszek mrugnął do Konrada, ale ten nie zwracał na niego uwagi. Wycieczka akurat zatrzymała się przy rzemieślniku, który sprzedawał łuki, krzesiwa i hubki. Dla większości chłopaków okazało się to na moment o wiele bardziej interesujące, niż pokemony i spinnery.

— Jak się patrzy na twoją twarz, to trudno nie być drażliwym — rzuciła bezmyślnie Wera, życząc sobie szczerze, żeby brat również ustawił się w kolejce po pamiątki. Z dala od niej.

— Żeś teraz palnęła — zauważył Zbyszek. — Patrzysz na swoją twarz, kretynko! Jesteśmy bliźniakami!

— W mojej widać inteligencję, w twojej odbija się tylko ekran telefonu.

— Żal mi ciebie, dziewczyno — wycedził Zbyszek przez zaciśnięte szczęki. — Z jakiego ty świata, z jakiej planety do nas przybyłaś?

— Za głupi jesteś, żeby to zrozumieć. — Wera wydęła pogardliwie wargi, a żeby bardziej podkreślić swoją obojętność, odwróciła się plecami. Zbyszek chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nagle obok niego wyrósł niski chłopak o ciemnych włosach i równie ciemnych oczach.

— Zbyszek, daj jej spokój, prosiła przecież — powiedział Kacper, patrząc odważnie w oczy przybranemu bratu.

— A ty czego się wtrącasz? Twoja siostra?! — wypalił Zbyszek, nim zdążył pomyśleć.

Kacper zacisnął pięści, ale pohamował się, spoglądając na stojącego nieopodal Picassa, który próbował zrobić sobie selfie z chatą osadników w tle. Chłopak burknął tylko coś pod nosem i wszedł do pomieszczenia, w którym tłoczyła się kolejka po łuki i krzesiwa. Weronika odwróciła się znów w stronę Zbyszka i przez chwilę patrzyła na niego z niedowierzaniem i pogardą. O tym, że Kacper był adoptowany, dowiedzieli się jakieś dwa lata temu. Dziewczynie nigdy to nie przeszkadzało, ale dla jej rodzonego brata stanowiło idealny powód, żeby sobie poużywać, gdy nie znalazł już żadnej innej możliwości. I zawsze się zapominał. Stał potem, jak teraz, z czerwoną twarzą, a jego mina mówiła: „Wiem, przesadziłem, ale nigdy się do tego nie przyznam”. Weronika pokręciła głową z rozczarowaniem.

— Wiesz co, ty jednak jesteś cham i prostak — stwierdziła. — A nawet burak do tego. Taki z Biedronki.

Wycieczka zebrała się na placu przed wejściem do muzeum. Większość dzieciaków zdążyła już obsiąść stoliki pobliskich budek z jedzeniem, część dalej bawiła się spinnerami, kilku bardziej gorliwych łowców pokemonów wciąż krążyło po placu. Wyraźnie nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, łowy szły im marnie. Podobne zagubienie wyzierało z oczu Żyrafy, która próbowała zapanować nad sytuacją.

— Dzieci, macie teraz chwilę czasu dla siebie — zaczęła spokojnym, choć donośnym, ćwiczonym przez lata głosem. — Umawiamy się, że nie możecie się oddalać od głównego placu…

Posypały się pytania:

— A do toalety można iść?

— A co z pamiątkami?

— Można kupić frytki?

— A kiedy jedziemy?

— A gdzie stoi nasz autobus?

— Powoli! — Żyrafa uniosła w górę ręce, co dodatkowo podkreśliło jej niezwykły wzrost. — Nie wszyscy naraz! Powiedziałam…

— Słuchajcie co pani mówi! — obudził się nagle Picasso.

— Mogę frytki? — z uporem godnym lepszej sprawy upierał się wszystkożerny Igor.

— A Bartek zamówił już sobie hamburgera! — z niekłamaną przyjemnością donosiła wszystkowiedząca Monika, gospodarz klasy.

— Proszę pani! Spinner mi się rozleciał! — darł się rozkapryszony Paweł.

— A mogę szukać pokemonów? — spytał Grzesiek, który wprawdzie nie robił nic innego, ale wolał się upewnić, czy aby nie psuje w ten sposób misternego planu całej wycieczki.

Żyrafa popatrzyła na nich z niedowierzaniem. Czuła się przez moment jak nauczycielka klasy Mikołajka, albo — zważywszy na jej wiek — babcia Kuby i Buby. Odetchnęła więc głęboko i podniesionym głosem zwiastującym kłopoty poinformowała:

— Dosyć! Wszyscy mnie teraz słuchają albo zaraz zarządzę zmiany w pokojach w hotelu! Pomieszam was według swojej listy i nie będę uwzględniać żadnych waszych próśb.

Picasso popatrzył z uznaniem na starszą koleżankę. Sam był dopiero na początku kariery nauczycielskiej, więc niektóre z zachowań Żyrafy były dla niego niczym źródło wiedzy tajemnej. Otworzył szeroko oczy, gdy zobaczył działanie zaklęcia, którego efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Wszystkie dzieciaki, obie przemieszane klasy B i C, natychmiast zamilkły. Grzesiek i Robert oderwali wzrok od pokemonów, dziewczyny przestały ze sobą plotkować, zatrzymały się wirujące i podskakujące spinnery. Nawet Bartek zamarł z odebranym właśnie od sprzedawczyni hamburgerem. Picasso zdawał sobie sprawę, że zaklęcie nie podziała zbyt długo. Ta chwila ciszy, ten moment, w którym znów zobaczył przed sobą uczniów, a nie rozbieganą hałastrę, sprawił, że z jeszcze większym podziwem spojrzał na Żyrafę. Uświadomił sobie, że przeszło dwadzieścia lat temu w ten sam sposób uciszała również jego.

— Więc powtarzam — Żyrafa tłumaczyła już zupełnie spokojnie, bez podnoszenia głosu. — Macie teraz czas dla siebie. Dwadzieścia, no, dwadzieścia pięć minut — poprawiła się. — Możecie iść do toalety, kupić sobie coś do jedzenia. Tak, frytki też. Pamiątki są w tamtym budynku. — Wskazała dłonią. — Tam też możecie iść, ale przypominam, że spotykamy się tu za dwadzieścia pięć minut. O jedenastej czterdzieści — dodała, spoglądając na zegarek. — Czy wszyscy zrozumieli? Bartek, zrozumiałeś? — zwróciła się bezpośrednio do chłopaka zajętego pochłanianiem czegoś, co mogłoby stanowić obiad dla czteroosobowej rodziny. Chłopak przeżuł to, co zdążył wepchnąć do ust, i z radosnym uśmiechem ozdobionym przez rozmaite sosy odpowiedział:

— Tak, proszę pani!

— Patrycja? — Żyrafa zwróciła się do dziewczyny, która słynęła z tego, że potrafi zgubić się w szkolnej stołówce i ma talent do wpadania na wyrastające zewsząd meble i ściany.

— Co?

— Nie mówi się „co!” — upomniała ją Żyrafa. — Czy zrozumiałaś, co mówiłam? — spytała ponownie.

— No pewnie! — zachichotała dziewczyna, co ostatecznie upewniło nauczycielkę, że Pati nic nie zrozumiała. Na szczęście trzymała się w towarzystwie dziewczynek, które na pewno nie pozwolą jej się zgubić.

— Świetnie — powiedziała bardziej do siebie. — To rozejść się. A my sobie zamówimy jakąś kawę, prawda? — zwróciła się do Picassa. — Padam na twarz, a przed nami ciężka noc.

Weronika bardzo szybko wykorzystała okazję, by oddalić się od całego towarzystwa. Pierwsza udała się do sklepiku i kupiła tam sobie wisiorek z posążkiem Światowida. Była przekonana, że gdzieś tutaj musi znajdować się prawdziwy pomnik słowiańskiego boga o czterech twarzach. Jej przypuszczenia potwierdziła sprzedawczyni, wskazując jej drogę w kierunku monumentu. Dziewczyna nie wahała się ani chwili. Natychmiast złamała zakaz wydany przez wychowawczynię i pognała z powrotem na stanowiska archeologiczne w poszukiwaniu alejki, w której miał znajdować się posąg. Spoglądała to na zegarek, to na nadciągające po niebie czarne chmury, bojąc się, że nawet tego nie uda jej się zrealizować. Tym razem jednak szczęście jej dopisało. Przynajmniej częściowo. Odnalazła miejsce, w którym ustawiono posąg pradawnego boga Słowian. Ale znów poczuła rozczarowanie.

Światowid był taki, jakim go sobie wyobrażała. Ponury, kamienny, majestatyczny. Spodziewała się jednak stanowiska archeologicznego, autentycznego miejsca pradawnego kultu, a posąg był wyraźnie tworem współczesnym, darem regionalnego rzeźbiarza, który oddał przysługę muzeum. Rzeźbę ustawiono w miejscu, które przeciętna wycieczka omijała. I Weronika rozumiała dlaczego.

Oczekiwała spotkania z historią, powagi wieków w spojrzeniu czterech twarzy posągu stojącego w osadzie nad Jeziorem Biskupińskim. Patrzyła na kamienną fizjonomię współczesnej rzeźby i poczuła ukłucie w klatce piersiowej. Ciemne chmury pokrywały niebo. Coś piekło ją pod powiekami.

Kamienny Światowid otworzył oczy.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 2 

Weronika stała przestraszona i zafascynowana, wpatrując się z niedowierzaniem w scenę, która rozgrywała się przed jej oczami. W jednej chwili, gdy Światowid podniósł powieki, niebo pociemniało jeszcze bardziej, a gwałtowny wiatr zaczął targać długimi ciemnymi włosami dziewczyny. Budynki i chaty otaczające posąg rozmyły się w gęstniejącej ciemności. W polu widzenia znajdowała się tylko rzeźba, która stawała się coraz większa i z każdą chwilą coraz mniej przypominała posąg. Przed oczami Weroniki uformowała się istota, której istnienia nie mogła sobie wcześniej nawet wyobrazić.

Pozornie był to potężnie zbudowany mężczyzna, ale dwa razy wyższy od przeciętnego człowieka, a co więcej, różniący się od niego nadmierną ilością kończyn i… głów. Weronika zawsze wyobrażała sobie Światowida jako mężczyznę o czterech twarzach. Teraz przypomniała sobie, że przecież wszystkie posągi tego słowiańskiego boga w gruncie rzeczy przedstawiają złączone ze sobą cztery identyczne osoby!

Tak właśnie wyglądała istota, która wyrosła w miejscu współczesnej rzeźby. Olbrzym na kilku masywnych nogach, z kilkoma ramionami oplecionymi żelaznymi mięśniami. I przede wszystkim — z czterema głowami, bacznie oglądającymi wszystko wokoło. Głowy były łyse i sędziwe. Długa, siwa broda opadała wstęgami na pierś Światowida.

Weronika jęknęła mimowolnie z przerażenia, gdy świetliste oczy olbrzyma, spozierające spod krzaczastych brwi, na moment na niej spoczęły. A jednak pradawny bóg zdawał się jej nie widzieć. Jego uwaga koncentrowała się całkowicie na tym, czego dziewczyna w pierwszej chwili nie dostrzegła. Na trzech postaciach klęczących u jego stóp.

Pierwszego z mężczyzn okrywał purpurowy płaszcz, a jego rudawą czuprynę zdobił lśniący hełm z orłem na czubie. Drugi, półnagi, miał plecy niemal tak szerokie, jak dwaj pozostali razem wzięci. Ostatni odziany był w skóry i powłóczystą, ciemną szatę, jednak tym, co najbardziej przeraziło Weronikę w jego wyglądzie, były sterczące spod kaptura wielkie rogi, ni to koźle, ni bawole.

Nie widziała twarzy żadnego z nich, ale odgadywała, kogo właśnie ogląda. To byli Perun, Swaróg i Weles.

Światowid uniósł w górę wielki róg i jedna z jego głów upiła z naczynia spory łyk miodu.

— Hańba wam! — zakrzyknął. — Hańba wam, wnuki moje! Hańba i wstyd na lata całe!

Mężczyźni nie odezwali się. Dalej klęczeli z pochylonymi głowami, wpatrując się ze wstydem w misternie zdobione ostrze miecza, na którym opierał się karcący ich dziadek.

— Jak mogliście dopuścić do śmierci swego brata? Jak mogliście pozwolić, by Dadźbóg zginął w bitwie, która miała powstrzymać najeźdźcę? — grzmiał czterogłowy bóg. Żaden z jego wnuków nie miał odwagi się odezwać.

A może po prostu nie potrafią odpowiedzieć — pomyślała Wera.

— Ja wam powiem, wnuki moje! — huczał Światowid, a dziewczyna zastanawiała się, czy to głos boga, czy potężny szum wiatru, w którym zaczęła rozróżniać słowa. — To wasza wina! Waszej pychy i zadufania w sobie. Tego, że nie nauczyliście się działać razem, że kolejny raz szukaliście okazji, by się popisać. To przez was krainy Czwartego i Trzeciego Kręgu wpadły w ręce wroga. To dlatego Czarnobóg panuje teraz na waszych ziemiach. Nie wstyd wam, wnuki moje? Nie wstyd wam?!

— Wstyd… — przyznał Swaróg. Pot perlił się na jego nagim torsie. — Wstyd ogromny…

— Tylko to wam pozostało. — Głos Światowida był już znacznie spokojniejszy. — Wstyd i żal za błędy będą dla was źródłem przyszłego zwycięstwa. A żeby nauczka nie została zapomniana wraz kielichem miodu czy wina, muszę wam wyznaczyć stosowną karę. Weźmiecie odpowiedzialność za swoje czyny, nauczycie się, że ich następstwa mogą was doprowadzić do całkowitego zapomnienia i odrzucenia.

— Ukarz więc — powiedział cicho skryty w kapturze Weles. — Niech twa mądrość wskaże nam drogę.

— Niech tak będzie! — zarządziły jednocześnie wszystkie głowy Światowida. — Utraciliście swoje ziemie, utraciliście swoją władzę. I nie odzyskacie jej, dopóki nie pokonacie Czarnoboga. Nie potraficie zwyciężać w walce, bo nie dbacie o swoich poddanych. Dlatego odbiorę wam wszystkie boguny, wszystkie stworze…

— Nie! — Głos Welesa podniósł się o co najmniej oktawę.

— Dziadku… — jęknął Perun.

— Panie! — Swaróg próbował podejść seniora, okazując szacunek.

Światowid był jednak nieubłagany.

— Rzekłem. Boguny i stworze nie będą się za was bić, dopóki nie odzyskacie ziem, które utraciliście z powodu pychy, kłótliwości i zaniedbania. Nie będę jednak narażać życia śmiertelników, by walczyli przeciw złowieszczym wojskom Czarnoboga. Zmierzycie się w zmaganiach, każdy z was będzie mógł w nich walczyć o odparcie najeźdźcy.

— Mamy walczyć ze sobą? — spytał Perun.

— Nie — odparł Światowid. — Każdy z was wyznaczy mistrza, który weźmie udział w zawodach jako przedstawiciel zarówno wasz, moi wnukowie, jak i swojego plemienia.

— I to ma być człowiek? — zdziwił się Swaróg. — Dlaczego nie bogun?

— Rzekłem. Będą to ludzie, których wybierzecie, bo też i ludzkie zaufanie musicie odzyskać. W tym turnieju zmierzą się z wybrańcem Czarnoboga. Kto zwycięży, będzie panował przez najbliższe cztery sezony.

— Tylko cztery sezony? — jęknął Weles. — Nie pokonamy więc Czarnoboga?

— Takie porozumienie zawarłem. Turniej co cztery sezony, by zapewnić spokój na kolejne cztery. By zwyciężyć ostatecznie, będziecie musieli się jeszcze wiele nauczyć.

— Po co to? Dlaczego nas tak karzesz?

— Za pychę, za głupotę, za śmierć Dadźboga! Musicie nauczyć się odpowiedzialności, musicie zrozumieć, że świat nie służy wam, a wy światu.

— Jesteśmy bogami! — krzyknął Perun, podnosząc nerwowo pięść, w której dzierżył stalową błyskawicę skrzącą się metalicznymi błyskami.

— Jesteście durniami! — huknął Światowid, a Perun i jego bracia znów pokornie opuścili głowy. — Właśnie takie postępowanie, taka zarozumiałość sprawiły, że przegraliście z Czarnobogiem, że oddaliście mu swoje ziemie, że wasze plemiona cierpią.

— Ale przecież możesz nam pomóc, możesz to powstrzymać! Dziadku, pomóż nam — poprosił Swaróg. Weronika dostrzegła za jego pasem ogromny złocisty młot.

— Pomagam. Pomagam wam zrozumieć, że istnieją siły jeszcze potężniejsze od waszych boskich mocy. Że żaden z was nie może wywyższać się ponad innych. Znam wasze zdrady, podstępy, wasze knowania. Obserwuję was od bardzo długiego czasu. I jestem głęboko zawiedziony waszym postępowaniem. Dlatego, by pokonać Czarnoboga, musicie przygotować mistrza do zawodów. Rzekłem — zakończył zdecydowanie.

— A jak będą wyglądały te zmagania? — spytał Weles.

— Nie teraz — uciął krótko Światowid. — Nie jesteśmy sami — dodał, spoglądając wprost na Weronikę. Dziewczyna poczuła zimny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa, ale w jej sercu zagościły dziwny spokój i błogość. Uśmiechnęła się mimowolnie.

Bogowie klęczący u stóp Światowida pokłonili się pokornie i powoli rozmyli się we mgle. Dziad bogów również zaczął zmieniać kształt, na powrót przybierając postać kamiennego posągu. Mgła zaczęła się przerzedzać, z jej oparów wyłaniały się na nowo zagrody i zabudowania biskupińskiego skansenu.

— Zaczekajcie! — Weronika wyciągnęła rękę w stronę znikających bogów, jakby liczyła, że tym gestem zdoła ich powstrzymać. Przez moment miała wrażenie, że Światowid z niechęcią kręci głową, że pierwsza z jego twarzy patrzy na nią ze smutkiem, podczas gdy trzecia coś mówi.

— Nie słyszę! Proszę, nie słyszę! — krzyknęła, robiąc krok do przodu. Wtedy usłyszała głośny śmiech.

— A ty co? — dobiegł ją zjadliwy głos Zbyszka. Jej brat stał nieopodal oparty o jedną z zagród i przyglądał się jej szyderczo. — Już ci całkiem odbiło? Z posągami gadasz? Nie no, tego jeszcze nie grali — zarechotał znowu. — To się, siostra, leczy! — zakończył, wyciągając głowę w jej kierunku niczym szarżujący indyk.

— Sam się lecz, maniaku! — odwarknęła, odgarniając włosy z twarzy. Wiatr stawał się coraz silniejszy. — Przyklejony do komputera i telefonu — dodała pod nosem, ale wystarczająco głośno, by bliźniak usłyszał.

— Temat ci się zaciął, siostra — prychnął Zbyszek. — Ramu za mało czy transfer się wyczerpał? — szydził, kątem oka spoglądając na coraz ciemniejsze chmury zbierające się na niebie.

— Daj mi spokój, mówiłam ci to już dzisiaj wielokrotnie.

— I co mi zrobisz, siostrzyczko? Naskarżysz na mnie posągowi? Której twarzy?

W tej samej chwili błysnęło, a zaraz potem rozległ się potężny grzmot. Weronika wystraszyła się, ale nie dała nic po sobie poznać. Tymczasem Zbyszek aż podskoczył i wyraźnie zbladł.

— No i kto się boi, braciszku? — Weronika uśmiechnęła się szeroko. — Zwykła burza, a ty już trzęsiesz portkami?

— Dobra, żarty na bok. Miło było, ale czas na nas. — Zbyszek postanowił nie wdawać się w dyskusję. Ton jego głosu świadczył wyraźnie, że chłopak nie czuje się zbyt pewnie. — Pani wszystkich zbiera. Autokar czeka.

— Autokar? — Dziewczyna uniosła brwi. — Co za staromodne słownictwo jak na takiego nerda jak ty. — Zaśmiała się głośno. Na niebie znów błysnęło, a chwilę później rozległ się grzmot. — Przyznaj, że się boisz burzy. Zawsze tylko zgrywasz twardziela, a tak naprawdę boisz się, co nauczycielka powie. — Weronika zmrużyła oczy. — I trzęsiesz tyłkiem przed oceną z zachowania. No, już, przyznaj się. Tu nie ma kolegów. Nie masz komu imponować. Znam cię od dziecka, razem w pieluchach biegaliśmy, pamiętasz? Tchórz jesteś, zawsze byłeś, zawsze będziesz — podsumowała.

Zbyszek znów nerwowo spojrzał na ciemne chmury w górze. Zaczęło kropić.

— Weź, daj już spokój, Wera! — Jego głos stał się zabawnie piskliwy. — To nie jest wcale śmieszne.

— To prawda — zgodziła się dziewczyna, znów odgarniając włosy z twarzy. — Ale ty uwielbiasz robić sobie jaja z innych, prawda? No, leć. Leć, tchórzu! — Machnęła teatralnie ręką, wydymając pogardliwie wargi. — Bo zmokniesz. I pani się jeszcze zdenerwuje.

— Ty naprawdę jesteś dziwna, Wera! — rzucił krótko Zbyszek i już chciał odejść, ale powstrzymały go kolejne słowa siostry.

— Może tak, może nie. Ale przynajmniej nie jestem tchórzem — powiedziała. — Gdybyś był taki odważny, jak uważasz, to zostałbyś tutaj. Jak prawdziwi Słowianie. W deszczu i burzy czekałbyś na iluminację, na znak od bogów!

— Co ty gadasz, dziewczyno! — krzyknął, bo deszcz już porządnie padał. Burza była dokładnie nad nimi, kolejne grzmoty nie pozostawiały co do tego złudzeń. — Naprawdę powinnaś się zbadać!

— Może tak, może nie. — Weronika wzruszyła ramionami i ostentacyjnie skrzyżowała ręce na piersi. — Nie uciekasz?

— Nie — odparł, podchodząc do niej i stając naprzeciw w identycznej pozie. — Zdziwiona?

— Średnio. Ciekawe, jak długo wytrzymasz.

— Na pewno dłużej niż ty.

— Niedoczekanie! — Buńczuczną minę Weroniki psuły długie, mokre włosy przyklejające się do twarzy.

— To patrz i obserwuj — odparł Zbyszek, zaciskając zęby.

Stali tak przez dobrą minutę, w deszczu, nie zwracając uwagi na nawoływania. Czekali, aż któreś z nich pierwsze ustąpi, przyznając przed drugim, że przegrało. Bawili się tak bardzo często, przy różnych okazjach — które wysiądzie ostatnie z pociągu na stacji, które wyjdzie pierwsze z klasy, które ostatnie wejdzie do szkoły. Zazwyczaj wygrywała Weronika i tym razem również zanosiło się na podobne zakończenie. Przerwał im jednak krzyk Kacpra, który właśnie wbiegł do zagrody z posągiem Światowida.

— Co wy tu wyprawiacie?! — zawołał. Miał na sobie przeciwdeszczową kurtkę z kapturem, przez co wyglądał jak przerośnięty skrzat.

— Gramy w tchórza — odpowiedziała Weronika, nie odrywając wzroku od bliźniaka. — Jest nim Zbyszek!

— Werze znowu odwala — wyjaśnił Zbyszek, wskazując wymownie otwartą dłonią na siostrę. Kacper jednak zignorował ich wyjaśnienia.

— Pani jest już wściekła! Czekamy tylko na was, musimy jechać! — powiadomił ich, nerwowo wymachując rękami.

— To co ty tu robisz? — zdziwiła się Weronika.

— Domyśliłem się, gdzie was szukać — z dumą oznajmił Kacper.

— Niesamowity geniusz, prawda, Watsonie? — Zbyszek nie mógł się powstrzymać od kpiny i nawiązał przy okazji do jednej z ulubionych książek Weroniki, Przygód Sherlocka Holmesa.

— Prawda, Sherlocku. — Siostra doceniła żart, jednak nie zamierzała zamilknąć. — Ale i tak jesteś tchórzem.

— Dziwadło.

— Głupek.

— Kujon.

— Idiota.

— Chodźcie już, no! — jęknął Kacper, przekrzykując deszcz. — Przecież to jest regularna burza.

— Idź, jak się boisz! To ty jesteś prawdziwym tchórzem. — Zbyszek postanowił włączyć w rozgrywkę brata, byleby tylko zachować twarz i wyrwać się z impasu.

— Odczep się od niego! — Weronika znów się zagotowała.

Jednak Zbyszek już się rozkręcił i trudno mu było się powstrzymać.

— Zakała rodziny. Rodziny, dobre sobie! Adoptowany…

Nie dokończył. Kacper natychmiast rzucił się na niego z pięściami. Wiedział, że nie ma szans, Zbyszek od trzech lat trenował kendo, japońską sztukę walki mieczem, ale tym razem górę wzięła determinacja. Pierwszy cios całkiem zaskoczył Zbyszka i trafił go prosto w szczękę, drugi spadł na skroń, rzucając chłopaka prosto na posąg Światowida.

— Tego ci nie daruję — warknął Zbyszek. Podniósł się z ziemi, wspierając rękę na rzeźbionej dłoni bóstwa. Kacper skoczył do przodu, by uderzyć go kolejny raz. Nie docenił Weroniki. Ta wprawdzie nie trenowała żadnych sztuk walki, ale od ponad pięciu lat grała w młodzieżowej drużynie hokeja i krzepę miała większą niż niejeden chłopak w jej wieku. Schwyciła Kacpra za kurtkę i szarpnęła gwałtownie do tyłu…

Trzasnęły szwy. Kacper poleciał do przodu, pociągając za sobą siostrę. Oboje wpadli całym ciężarem na Zbyszka, który ponownie wywrócił się na posąg Światowida.

Gdy całą trójką upadli na kamienną rzeźbę, uderzył w nią piorun.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki