Pismo. Magazyn opinii Luty 2022 - Fundacja Pismo - ebook

Pismo. Magazyn opinii Luty 2022 ebook

Fundacja Pismo

4,3

Opis

W tym miesiącu już od samej okładki (autorstwa Patryka Hardzieja) pytamy, czy w tych trudnych czasach umiemy się jeszcze bawić. Karolina Lewestam rozmawia na ten temat z prof. Wojciechem Dudzikiem, a Zuzanna Kowalczyk w swoim felietonie A propos zabawy, sprawdza, jakie jest miejsce zabawy i karnawału w kulturze.

 

W numerze polecamy także materiały, w których:

  • Hubert Walczyński analizuje, czy krótszy tydzień pracy ma sens,
  • Paulina Maślona opowiada o przemądrzałej Mafaldzie z Argentyny,
  • Marcin Wicha odkrywa miejskie knieje i opuszczone przestrzenie.

 


W najnowszym numerze znajdziesz również pierwszą część Soczewki Pisma Ziemia. To seria materiałów poświęconych wyzwaniom klimatycznym i ekologicznym XXI wieku, które powstają w wyniku wielomiesięcznej pracy wybitnego dziennikarza naukowego Tomasza Ulanowskiego na podstawie rozmów z ekspertami i podróży do kluczowych dla tematu miejsc na świecie. Efektem tych prac będzie cykl czterech dużych artykułów popularnonaukowych opublikowanych w druku, wydaniu cyfrowym i audio. Ważnym elementem całości jest rozbudowane wydanie online, wzbogacone zdjęciami, ilustracjami i infografikami. Cykl rozpoczynamy tekstem Energia – prawdziwa waluta Wszechświata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 235

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (18 ocen)
9
6
3
0
0
Sortuj według:
stacjastoslow

Nie oderwiesz się od lektury

Przeczytane od deski do deski, świetne artykuły, opowiadania - spodobało mi się na tyle, że wykupiłem prenumeratę w papierze.
10
blapak

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zwykle super materiały
00

Popularność




OD REDAKCJI

O radości z błędów

tekstPIOTR NESTEROWICZ

Cztery lata temu ukazało się nasze pierwsze „Pismo”, a w nim moje słowo wstępne pod jakże frapującym tytułem O sztuce gotowania zupy. A niedawno moja redakcyjna koleżanka poprosiła, bym z okazji tej rocznicy napisał kilka słów do niego nawiązujących... Narcystyczne zlecenie.

Jest coś z gruntu megalomańskiego w powracaniu do własnych słów, szczególnie tych obfitujących w wartości tak ważne jak dziennikarska rzetelność, wiarygodność, apolityczność i niezależność. Szczególnie że – choć na końcu owego tekstu zastrzegałem się, że to pierwsze i ostatnie słowo wstępne w „Piśmie” – obietnicy nie dotrzymałem. Fartownie jednak znalazłem w nim kilka słów, które mnie i Państwa ratują. Dzięki nim nie muszę pisać o nominacjach do europejskich i krajowych nagród dziennikarskich ani o innych wyróżnieniach przyznawanych „Pismu”, ani o publikowanych przez nas poruszających reportażach społecznych i esejach porywających erudycją, ani o Śledztwie Pisma, którego każdy sezon był nominowany do nagród Grand Press (a drugi otrzymał tę nagrodę), ani o doskonałych fotoreportażach i o okładkach, których wiele – w pewnym stopniu nieobiektywnie – uważam za ikoniczne. Na szczęście ratuje nas apel, który cudownym zrządzeniem losu znalazł się w tamtym tekście: „byśmy my – tworzący «Pismo» – zachowali dystans do samych siebie”.

Oceńcie sami, czy można poważnie traktować projekt – działający wprawdzie dla dobra publicznego i nie dla zysku, co jednak nie oznacza, że mogący obyć się bez funduszy na tworzenie i publikację treści – który najwyraźniej uznał się za bezcenny i numer sierpniowy z 2018 roku wydrukował bez ceny? Wówczas zareagowali dystrybutorzy, doklejając do bezcennych egzemplarzy cenę, co następnie oczywiście odpowiednio wycenili, najwyraźniej nie do końca podzielając rewolucyjną misyjność naszej polityki cenowej.

Albo wyrafinowanie procesu składu i druku „Pisma”, w trakcie którego udało nam się nie tylko zgubić szesnaście stron miesięcznika, a w ich miejsce powtórnie wkleić inne szesnaście – co samo w sobie nie jest osiągnięciem wybitnym, wiele redakcji może pochwalić się podobnymi – ale zrobić to tak, by do dzisiaj (minęło półtora roku) wciąż nikt nie wiedział, jak do tego doszło (choć drukarnia przeprowadziła iście sherlockowskie dochodzenie), ile dokładnie egzemplarzy wydania z września 2020 roku udało nam się tak złożyć (podobno niestety zaledwie kilkadziesiąt) i jak to możliwe, że owe nieliczne przypadki trafiły do kiosków na dworcu w Krakowie, na ulicę Żagańską w Kielcach, Główną w Smolcu i na Tęczową w Brzegu Dolnym, ale już nie do Warszawy, Bydgoszczy czy Torunia? Czemu w Katowicach i Wrocławiu upodobały sobie saloniki prasowe w centrach handlowych, ale już nie pobliskie kioski, a w Łodzi wybrały tylko dwa miejsca z kilkudziesięciu?

I cóż powiedzieć o naszym przywiązaniu do faktów, skoro udało nam się w jednym z tekstów przepuścić informację, z której wynika, że „Pismo” ukazuje się w nakładzie o rząd wielkości mniejszym niż w rzeczywistości? (Przy okazji konkurs – darmowa roczna prenumerata „Pisma” w prezencie temu, kto jako pierwszy wskaże, w którym tekście znajduje się ten, nieskromnie rzecz oceniając, kanoniczny przykład błędu w procesie weryfikacji). Nasze doświadczenia wskazują również na niezwykłą siłę sprawczą fake newsów – na jednej z mapek zamieszczonych w „Piśmie” udało nam się wymazać Nową Zelandię, a z Tasmanii uczyniliśmy niepodległe państwo.

W ostatnich dniach miałem okazję na nowo spoglądać na misję, dla której realizacji powstało „Pismo”. Pojawiają się tam takie słowa opisujące grupę tworzącą to przedsięwzięcie: „Jesteśmy zespołem osób wierzących w uczciwe, wiarygodne, wysokiej jakości dziennikarstwo działające dla dobra publicznego. Pragniemy tworzyć wrażliwą społecznie treść, wnikliwą i rzetelną. Nie ulegać zewnętrznym wpływom politycznym ani nie przedkładać efektów finansowych ponad wyznawane zasady, nie epatować sensacjami, nie schlebiać tanim gustom, nie angażować się w małostkowe spory. Niezależność redakcyjna jest dla nas krytyczna”.

Jak dobrze, że robiąc to wszystko, udaje nam się śmiać z błędów, które popełniamy. Jak z tego, że – pomimo czterech lat wysiłków Magdy Kicińskiej, redaktorki naczelnej „Pisma” – wciąż mówię „wziąść” zamiast „wziąć”. A może odwrotnie.

PS. Kupujcie lub przedłużajcie prenumeratę lub dostęp cyfrowy do „Pisma”. W ten sposób wspieracie niezależne dziennikarstwo działające dla dobra wspólnego i dajecie nam szansę na popełnianie kolejnych błędów.

rysunek SONIA DUBAS

PIOTR NESTEROWICZ (ur. 1971), twórca i wydawca „Pisma. Magazynu opinii”. Prezes Zarządu Fundacji Pismo. Producent Śledztwa Pisma. Autor esejów, reportaży, opowiadań i powieści. W 2015 roku za reportaż Cudowna otrzymał Nagrodę Literacką im. Wiesława Kazaneckiego oraz nominacje do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego i Nagrody Literackiej Nike.

magazynpismo.pl/prenumerata

ROZMOWY Z K. // FELIETON

Sklep ze słowami

tekstKAROLINA LEWESTAM

(...) Odnoszę wrażenie, że dzisiaj prawdziwa rozmowa jest towarem deficytowym. Nie umiemy się słuchać, nie rejestrujemy zupełnie tego, co ktoś chce nam przekazać. Jeśli już rozmawiamy, są to rozmowy zupełnie płytkie, błahe, polegają na przekazywaniu sobie tego, co zasłyszeliśmy w radiu, telewizji lub od sąsiada. Nie analizujemy treści tego przekazu, nie zastanawiamy się nad jego autentycznością. A najmniej już mówimy o tym, jakie dana informacja wywołuje w nas emocje. (...)

Marta

Droga pani Marto,

zapraszamy, proszę wejść. Nie wstydzić się. Obejrzeć towar. Proszę, tu na półce na przykład mamy półsłówka. „Uhu” i „ahem” są w promocji; „hmm” jest w normalnej cenie (duże zapotrzebowanie!). Tu niżej zaś może pani przejrzeć zapchajdziury: „eeee” i „yyyy”, a także „taaa” i „prawda?”. W piwnicy mamy też stare roczniki, droższe, ale może się pani skusi? Polecamy choćby „mocium panie” (Reserva, 1834).

Co mamy jeszcze? Dnia by nie starczyło, żeby wszystko pokazać! Te słoje na przykład są pełne small talku. Ostatnio najlepiej schodzi ten celebrycki (Czy chłopak Wieniawy udał się do Kłodawy? Czy żona Majdana ma grube kolana?). A może woli pani słój z bardziej kosmopolitycznymi tematami? (Czy Jay-Z długo śpi? A Michelle Obama, czy ubiera się sama?). Też nie jest pani przekonana, jak widzę, może więc zaproponuję słoiczek narzekań politycznych (Cała, panie, polityka – człek porządny się nie tyka! itede, itepe).

Small talk przez iMessage, WhatsApp czy inne SMS-y? Tu też możemy pomóc; w tym pudełeczku mamy kolekcję „LOL” i „XD” oraz całe mnóstwo zagajeń i gify z kotkami na każdą okazję! Oto kotek zdziwiony, kotek tańczący i kotek, który mówi „Miss you!!!”. No niechże pani spojrzy na tę mordkę, tylko nieczuły potwór nie sięgnąłby po portfel!

Też nie? Trudny klient! Pozostaje mi zaproponować pudło monotonnych narzekań, wypowiadanych bez żadnej nadziei na wysłuchanie (Ile razy mam po tobie podnosić te skarpetki, czy ja jestem twoją służącą?) albo nostalgicznych zawodzeń (Dawniej wracało się z pracy w fabryce, siadało przy stole z rodziną pod żarówką, żona nalała zupy kapuścianej, dziecioki grzecznie jadły i komu to przeszkadzało?). Jest też cały zestaw pasywno-agresywnych komentarzy do użycia na teściowej, na przykład: „Po co mama pyta, mama to pewnie lepiej wie, bo przecież mama zawsze wie wszystko najlepiej”. Dla koneserów mam frazy pozorowanej przyjaźni, przydatne na spotkaniach z koleżankami, dobrane tak, żeby wyglądały na zwierzenia, a w rzeczywistości służące do plotek („Wiesz, jak patrzę na siebie w lustrze, to czasem myślę, że Zośka dobrze zrobiła, operując sobie cycki”).

Tego też pani nie chce? Znowu pyta pani o prawdziwą rozmowę?

Niestety, nie mamy w tej chwili takiej na stanie. Nie ma na hakach, nie ma spod lady. Długo nie będzie. Trzeba by zamówić, ale żeby zaoszczędzić rozczarowań, od razu mówię, że na razie nie ma takowych w hurtowniach i kropka.

Tylko po co one pani? No po co?

Proszę posłuchać opinii specjalistki: pani nalega, by słowa, które na co dzień wypadają nam z ust jak smutne śledzie, frunęły do słów naszych interlokutorów, by razem z nimi rysować w powietrzu znaczące esy-floresy. To nie jest dobry pomysł. Myślała pani kiedyś, co może sprawić prawdziwa rozmowa? Taka, w której słowa jednego zapadają się we wnętrze drugiego jak kamienie upuszczone w spokojne jeziora?

Takie rozmowy są śmiertelnie niebezpieczne!

Widzi pani, podczas small talku pani wyjmuje frazę ze słoika, a rozmówca wyjmuje drugą ze swojego. Wszystko jest przewidywalne, nie spada się z klifu w przepaść.

Prawdziwa rozmowa jest nieprzewidywalna.

Nigdy nie wiadomo, co się odkryje.

Nigdy nie wiadomo, co kto powie.

To przez nią mężowie czy żony opuszczają domy, bo zrozumieli, że nie są dla siebie. To przez nią schodzą się ludzie niepasujący do siebie klasą społeczną i manierami. To przez nią tworzą się kłopotliwe więzy, które po rozstaniach zostawiają w samym środku brzucha potworne wyrwy.

Proszę zaczekać. Nie chcę, żeby pani wyszła z pustymi rękami. To prezent od firmy: krótkie recenzje nieprzeczytanych książek do użycia w rozmowie i na Twitterze. Nie chce pani? No trudno. Proszę sobie radzić samej. Została pani ostrzeżona.

rysunek SONIA DUBAS

KAROLINA LEWESTAM (ur. 1979), dziennikarka i redaktorka. Obroniła doktorat z filozofii na Uniwersytecie Bostońskim. Wielokrotnie nominowana do nagrody Grand Press. Członkini redakcji „Pisma”.

Czasem o trudnych rzeczach dobrze jest napisać do kogoś, kto jest daleko. Napisz do [email protected]

Więcej na magazynpismo.pl/rozmowy-z-k

Rzecz gustu,

CZYLI REDAKCJA „PISMA”poleca w lutym

Miasto – moda – maszynaw Muzeum Włókiennictwa w Łodzi

W najstarszym, zmodernizowanym skrzydle Białej Fabryki Muzeum Włókiennictwa w Łodzi powstała nowa stała wystawa Miasto – moda – maszyna, „futurystyczny poemat o życiu i pracy w Łodzi”. Jak deklarują organizatorzy: „Nie będziemy palić bibliotek ani burzyć muzeów, ale zdekonstruujemy tradycyjnie linearną, chronologiczną narrację” o tym wyjątkowym polskim mieście.

WIĘCEJ:cmwl.pl

Teresa Gierzyńska w Zachęcie – Narodowej Galerii Sztuki

Do 20 marca w warszawskiej Zachęcie można oglądać ostatnią wystawę zorganizowaną pod kierownictwem byłej już dyrektorki galerii, Hanny Wróblewskiej. Teresa Gierzyńska: Kobiety żyją dla miłości to przegląd prac cenionej i wciąż nie dość znanej szerokiej publiczności rzeźbiarki, fotografki i graficzki. Wystawa krąży wokół tematu ciała, kobiecości, performansu i feminizmu.

WIĘCEJ:zacheta.art.pl

Wystawa Pogranicza / Borderlandsw Galerii Promocyjnej

4.02.2022

Jeśli pamiętacie zdjęcia z naszego zeszłorocznego cyklu Prawa człowieka, to z pewnością zainteresuje was również wystawa jednego z autorów zdjęć do cyklu, Karola Grygoruka, odbywająca się w Galerii Promocyjnej w Staromiejskim Domu Kultury w Warszawie. Przegląd fotografii, wykonanych wraz z Anną Alboth w ramach projektu obrazującego sytuację współczesnych uchodźców, można oglądać od 4 lutego do 19 marca.

WIĘCEJ:galeriapromocyjna.sdk.pl

Architektura jako symbol, tekst i tło w MOCAK-u

Do 13 marca w krakowskim Muzeum Sztuki Współczesnej trwa wystawa Architektura jako symbol, tekst i tło – przegląd prac z zakresu różnych mediów, zainspirowanych sztuką architektoniczną. Wystawa odbywa się w części ekspozycyjnej Galeria Re, która dostępna jest również online w ramach wirtualnego spaceru.

WIĘCEJ:mocak.pl

Projekt edukacyjny Instytutu Kultury Miejskiej Gdańskie Miniatury

26.02.2022

Instytut Kultury Miejskiej w Gdańsku organizuje sobotnie spacery po mieście w ramach kolejnej edycji projektu edukacyjnego Gdańskie Miniatury. Tegoroczne spotkania zostaną poświęcone wizji Gdańska jako miasta przyszłości. Ze względu na pandemię w spacerze można uczestniczyć również online. Kolejne wycieczki planowane są na 26 lutego pod hasłem „dizajn”, a 26 marca – pod hasłem „las”.

WIĘCEJ:ikm.gda.pl

REMEDIUM

Pęknij bańkę!

tekst i zdjęcieMATEUSZ MATUSZCZAK

RAV•ASTORIES

Bańka jest piękna. Ma zachwycający, nieregularny kształt i urokliwie się błyszczy, szczególnie przy zachodzie słońca. Wypuszczone bańki dryfują swobodnie w powietrzu, nie wiedząc o istnieniu innych im podobnych – nie muszą się komunikować jak ptaki w kluczu. Bańki pozostawione same sobie rozmywają się w powietrzu lub powoli nurkują ku ziemi.

Magia dzieje się, gdy na bańkę czeka mały radosny człowiek, by pęknąć ją palcem lub dłonią. Nie dajmy się maszynom do robienia baniek! One tworzą je taśmowo. Ich producenci mówią nam, że są niby lepsze, większe, spersonalizowane, bardziej wytrzymałe i mają idealnie kuliste kształty. Ale małe radosne dziecko nie nadąża ich pękać. Bańki stały się tak duże, że zmieszczą grupę ludzi, i tak szczelne, że trzeba nie lada wysiłku, by z nich wyjść.

Życie w bańce daje duże poczucie bezpieczeństwa – buduje mur strefy komfortu. Polaryzuje i odbiera wolność wyboru, zamykając na nowe i nieznane.

A gdyby tak pęknąć bańkę?

Co powiesz na koncert nieznanego zespołu (nawet jeśli nie chodzisz na koncerty)? Może wsiądziesz do pociągu byle jakiego? Weźmiesz udział w LARP-ie? Albo poznasz sąsiadów z klatki na wspólnym obiedzie lub partyjce gry? Przypadkowy spektakl w teatrze, w którym nie byłeś? Albo powrót do domu chodnikiem po drugiej stronie ulicy?

Odrzuć to, co znane, i świadomie wprowadź się w stan niewiedzy. Możesz zacząć od wyczyszczenia ciasteczek i odkrywania internetu na nowo.

A gdy twoje wewnętrzne dziecko pęknie już bańkę, niech podbiegnie do innych i pokaże im, jak to zrobić.

PROZA

Suka

tekstAGNIESZKA JELONEKrysunkiBASIA POSPISCHIL

T warz Idy nagle całkiem straciła kolor. Wargi odcinały się od skóry jak skaleczenie. Dziwne, kiedy wyjeżdżali z domu, była w dobrym humorze. Trzy razy upewniła się, że niania wie, co zrobić, jeśli mała się obudzi. Przed wejściem do samochodu uśmiechnęła się do niego, mógłby powiedzieć, figlarnie. Jednak po drodze, w miarę jak wyjeżdżali z miasta, słuchając poleceń Map Google, stawała się coraz bardziej milcząca, aż całkiem ucichła. Pełnym dziwnego popłochu wzrokiem patrzyła przez okno.

– To tutaj? – zapytała z niedowierzaniem, kiedy zatrzymał samochód przed willą.

– Tak. Nieźle, co?

Opuściła szybę, do auta wpadło szczekanie psa i zapach drzew.

– Nieźle – potwierdziła.

Jej głos stał się suchy i szeleszczący, jakby ktoś w jej płucach zamiatał liście.

„Dozorca, który budzi mnie rano – pomyślał Emil – dozorca i dźwięk jego miotły”. Czasem zagłuszają go samochody albo kroki, ale w końcu znowu go słychać.

Willa, przed którą się zatrzymali, okryta kocem z czerwonego bluszczu, udawała skromny dwupiętrowy budynek, ale jej elewacja zdradzała rozmach i chyba lekkie szaleństwo architekta. Umieścił dom dokładnie na zakręcie, na niewielkiej działce, ale za to wyciągnął go w górę bez kompleksów.

– Ale zaparkować nie ma gdzie. – W głosie Emila zabrzmiała nutka satysfakcji. Malutka. Maciupeńka jak drobinka brokatu.

– Może tam? – Ida wskazała dłonią. Zobaczył, że jej mały palec drży, jakby dostał ataku padaczki. Pozostałe cztery palce z czerwonymi główkami nie przyznawały się do niego.

Pojechał tak, jak sugerowała, nie miał innego pomysłu. Za zakrętem faktycznie było sporo miejsca. Czujniki piszczały, kiedy parkował. Zamek centralny zastukał elektronicznym klik klak. Wieczór się zaczynał.

– Jak myślisz, ile płacą za wynajmowanie czegoś takiego? – zapytał.

Milczała. Skuliła się w swoim swetrze, chociaż wieczór był przecież ciepły. Czy palnął coś, co mogło ją urazić? Nie powiedział jeszcze ani słowa na dyżurny drażliwy temat. Nic o tym, że niepotrzebnie męczy się w fundacji. A ona nie odwarknęła mu, jak zawsze, że tak, męczy się i będzie się męczyć. Żadna taka rozmowa się nie odbyła, więc o co chodzi?

Dom patrzył na nich oknami. Emil trzy razy nacisnął okrągły przycisk domofonu, ale nikt nie otwierał. Wyciągnął komórkę, wtedy Ida szepnęła, żeby zaczekał, to duży dom, na pewno długo trwa, zanim ktoś dojdzie do drzwi. Zaraz potem otworzyła im kobieta z geometryczną fryzurą i uśmiechnęła się mocno pomalowanymi ustami.

– Ten dom – powiedziała – jest tak duży, że długo trwa, zanim dojdę do drzwi. Nareszcie mogę cię poznać. – Cmoknęła powietrze niedaleko policzka Idy. – Mówiłam Emilowi, że musi cię do nas przyprowadzić.

„Jestem więc przyprowadzona” – pomyślała Ida.

Kobieta miała na imię Sofia. Poprowadziła ich korytarzem, minęli schody na górę i schody na dół, jakieś drzwi, antyczną komodę, dwa szkice w ramkach do złudzenia przypominające prace znanego współczesnego artysty (– Och, Wilhelm podarował nam je w prezencie).

Ida wbiła wzrok w plecy kobiety przed nią, nie rozglądała się.

– Jeśli macie ochotę, pokażę wam cały dom! – zaproponowała głośno Sofia.

Mąż Sofii podał im po kieliszku prosecco. Ida od razu łapczywie wypiła całość.

– Przepraszam – zwróciła się do Emila.

Przed wyjściem chyba mu obiecała, że poprowadzi w drodze powrotnej.

– Nic nie szkodzi – odstawił swój kieliszek.

– Może później będziecie chcieli zobaczyć dom? – zasugerowała Sofia.

– Mogłaś mnie uprzedzić – stwierdził Emil, patrząc na żonę. Po prostu stwierdził.

– Mam pomysł – powiedziała Sofia. – Może zostawicie samochód?

To był właśnie pomysł Sofii. Była z niego taka zadowolona.

Sofia i jej mąż, Belg o trudno wymawialnym imieniu, byli znajomymi Emila. Belg pracował w ambasadzie (ale to nie ułatwiało wymawiania jego imienia) i wynajmował willę na czas pobytu w Polsce. Sofia pracowała w galerii. Znała osobiście wielu drogich artystów i dwie wybitne, ale tańsze artystki.

Sofia i jej mąż, który pozwalał na siebie mówić Bob, chociaż w ogóle nie wyglądał na Boba, bardzo się cieszyli na wspólny wieczór i poznanie Idy. Żadnej wystawnej kolacji, ot, spotkanie przy winie, póki pogoda pozwala jeszcze posiedzieć w ogrodzie. Bob przygotował mały poczęstunek, hummus i kimchi własnej roboty. Koreczki z szynki ułożyli na osobnym talerzu, słyszeli, że Ida jest wegetarianką. Oni sami są fleksitarianami. Wyjaśnili, że ma to jakiś związek z grupą krwi, Ida nie do końca zrozumiała jaki. Próbowała tak stanąć na klepkach parkietu, żeby nie nadepnąć na linie. Trzymała się kieliszka.

Belg o trudno wymawialnym imieniu wprowadził do salonu jasną labradorkę.

– Jest niegroźna i źle znosi zamknięcie.

Pies zaczął machać ogonem, jakby chciał się go pozbyć. Bob puścił obrożę i suczka podbiegła do Idy, zaczęła krążyć wokół niej i lizać ją po kolanach. Ida cofnęła się przed miłością suki pod samą reprodukcję Tarasina. „A może to nie reprodukcja?” – pomyślał ze zgrozą Emil.

Sofia poprosiła Boba, żeby, na miłość boską, uspokoił sukę. Bob próbował uspokoić sukę, suka nie chciała się uspokoić. Ida wytarła ślinę ze spódnicy, Bob przeprosił i wyprowadził labradorkę, nigdy się tak nie zachowywała, zupełnie jakby znała Idę.

– Absurd – zaśmiała się Ida.

– Jesteś strasznie czerwona – zauważył Emil.

– Gorąco mi.

– Mam pomysł – powiedziała Sofia. – Może wyjdziemy do ogrodu?

Z salonu tak wypełnionego obrazami, że wydawał się wielki jak cały świat, wyszli na zewnątrz. Emil bardzo się starał pohamować zazdrość. Duży drewniany taras jeszcze jakoś zniósł. Mógł przeboleć sporą działkę i wysoki żywopłot, dzielnie pogodził się z rzeźbą, hamakiem, dzwonkiem koshi i miniszklarnią. Jednak nie był przygotowany na to, co zobaczył w miejscu, gdzie trawnik łagodnie opadał i... zamieniał się w zielonkawą, rozległą taflę wody. Pomost rozbiegał się w głąb stawu, jakby chciał przeskoczyć na drugą stronę, ale w połowie drogi się rozmyślił.

Sofia spojrzała na Emila i rzuciła na pocieszenie, że jeziorko jest zimne i zamulone, i nie można się w nim kąpać. – Jaka szkoda – wydukał Emil z wdzięcznością. Ida pomyślała o tym, jaka ciepła była woda podczas kilku sierpniowych nocy i jak śmierdziała glonami. Pomidorki w szklarni urosły od tego czasu.

Zaczynało jej być wszystko jedno. Wzięła kawałek szynki parmeńskiej z talerza, który Sofia przywiozła skądś tam i weszła z powrotem do domu.

– Lula? – zawołała nie za głośno. – Lulcia?

Usłyszała skomlenie, otworzyła drzwi, suka rzuciła się na nią, połknęła smakołyk, lizała ją po dłoniach, po twarzy. Ida ugniatała jej ciepły kark. Jak się masz, mała?

Na pomoście Sofia opowiadała Emilowi, że podróże są jej codziennością. Podróże i sztuka, sama nie wie, co bardziej.

Ida zamknęła Lulę i poszła do łazienki. Podwinęła spódnicę, zsunęła majtki i usiadła na sedesie. Dwa palce włożyła pod strumień ciepłego moczu, a potem rozsmarowała go na kafelkach.

– W czymś pomóc? – zapyta Sofia, kiedy zobaczyła Idę gapiącą się we wnętrze jej lodówki. Zbliżyła się tak, że perfumy Comme des Garçons wcisnęły się Idzie nie tylko do nosa, ale miała wrażenie, że nawet do ucha. Na obojczykach Sofii leżał cieniutki łańcuszek z trzema małymi koralikami.

– Ładny – powiedziała Ida.

Sofia zasłoniła dłonią dekolt.

– To prezent. Pamiątka rodzinna.

– To w końcu prezent czy pamiątka? – zapytała Ida.

Pamiętała, że noże w szufladzie były poukładane według wielkości.

– Mam pomysł – powiedziała Sofia. – Napijmy się jeszcze.

Podmuch wiatru, silny i ciepły, uderzył Idę w policzek. Sprawiło jej to jakąś perwersyjną przyjemność.

– Co za przypadek – powiedział Emil. – Czy wiesz, że stróżem tej willi jest jakiś podopieczny twojej fundacji?

– Facet jest z polecenia – usprawiedliwił się Bob. – Uchodźca, nowak znaczy. Nie żaden islamista czy coś, normalny ateista.

Sofia przyznała, że niewiele mu płacą, ale przecież wiadomo, że dla kogoś takiego każdy pieniądz się liczy. Podobno straszne rzeczy przeszedł ten człowiek.

Ida ma pamięć blizn pod palcami. Są jak życiorys, w którym mieszczą się tylko doświadczenia i nie ma miejsca na zainteresowania. Ślady poparzeń, jakiś nierówny szew za szybko założony, złamana kość, która źle się zrosła.

Bob powiedział, że zaufanie zaufaniem, ale zdecydowali się założyć kamery, kiedy wyjeżdżali na urlop. Chcieli widzieć, co uchodźca robi u nich w domu. Prosecco przedostało się do tchawicy Idy, wybuchło kaszlem. Emil mocno uderzył żonę w plecy. – Już dobrze – wydyszała. Bob spojrzał jej w oczy i powiedział, że powinna być ostrożniejsza.

Oczywiście, że wiedzą. Sofia zajebała jej łańcuszek, po prostu założyła to, co znalazła w łazience, skusiła się na prezent od obcego. Ida zostawiła go na umywalce, nie chciała, żeby się zerwał. A może zdjęła, bo był to prezent od Emila. Nieważne. A teraz Bob pierdoli o kamerach.

Ida stwierdziła, że ma ochotę na tańce.

Emil ścisnął jej rękę i powiedział, że chyba powinna przystopować z alkoholem.

Och, kochanie, zaraz się dowiesz, że jest co świętować. Podniosła jego rękę i przeszła pod nią. No, dawaj Bob, powiedz, co widziałeś, jakie cuda, nie ma miejsca w tym domu, w którym by się nie kochali, Ida i wasz anioł stróż, wasz cieć czeczeński, wszystko jest oznaczone, łóżko, sauna na dole, blat w kuchni, nawet pianino.

– Emilku – jęknęła Ida w tańcu. – Kim byłam, kiedy wskakiwałam z pomostu do zielonej wody?

– Nie rozumiem – powiedział Emil.

– Kamer ostatecznie nie uruchomiliśmy – wtrąciła Sofia. – Wydało mi się to nieetyczne.

– Szczerze mówiąc, po prostu nie wiedzieliśmy, jak to zrobić – dodał Bob. – Ale faceta możemy polecić, jest świetny, to on zasadził te pomidory.

– To on zasadził pomidory – powtórzyła Ida do Emila.

– Mam pomysł – powiedziała Sofia. – Może je zjemy?

Emil wziął żonę pod ramię, chociaż chciała zostać. – Chodźmy do sauny – poprosiła. – Tak, mamy saunę – potwierdził Bob. – Skąd wiesz?

– Sauna w twoim stanie to nie jest najlepszy pomysł – szepnął Emil upokorzony.

– Naprawdę piękny ten łańcuszek – szepnęła Ida do Sofii. Ta uśmiechnęła się szeroko, ale kiedy zobaczyła oczy Idy, uśmiech zniknął.

– Szkoda, że nie uruchomiliście kamer – powiedziała Ida na pożegnanie, kompletnie pijana.

Fajnie byłoby zobaczyć, jak jej nie rozpoznają; przecież to możliwe, mogliby uznać, że to tylko ktoś podobny. Zwłaszcza Emil mógłby tak powiedzieć.

A Lula będzie milczeć. Kochana suczka.

Przed furtką Ida jeszcze raz odwróciła się i zobaczyła, że cała willa tańczy kaukaski taniec ludowy. Pochyliła się i zwymiotowała tuż przy furtce.

– Na litość boską – wysyczał Emil. – Nie mogłaś dwa kroki dalej?

AGNIESZKA JELONEK (ur. 1976), autorka opowiadań, scenarzystka, blogerka i dziennikarka. W 2015 roku za zbiór opowiadań Babidło otrzymała pierwszą nagrodę Konkursu Literackiego im. Henryka Berezy. Jej powieść Koniec świata, umyj okna otrzymała Nagrodę Literacką Miasta Radomia oraz nominacje do Nagrody Literackiej Gdynia i Odkryć Empiku. W styczniu 2022 roku, nakładem Wydawnictwa Cyranka, ukazała się jej powieść Trzeba być cicho.

Partnerem Prozy w „Piśmie” jest Wrocław Miasto Literatury UNESCO i Wrocławski Dom Literatury.

SOCZEWKA PISMA

Ziemia, część 1.Energia – prawdziwa waluta Wszechświata

tekstTOMASZ ULANOWSKI

MAMY TRZYDZIEŚCI LAT, by powstrzymać kryzys klimatyczny. Czy wystarczy nam energii?

Elektrownia słoneczna w Sanlúcar la Mayor, HiszpaniazdjęcieMARCELO DEL POZO / Reuters / Forum

W upalne październikowe popołudnie 2021 roku brodzimy z Nurią Selvą w wodzie zalewającej plażę na południowo-wschodnim krańcu andaluzyjskiego kurortu Matalascañas, na granicy Parku Narodowego Doñana. Kilka tygodni wcześniej, gdy Atlantyk odsłonił tu łachę piaskowca, Selva, zoolożka i profesorka Instytutu Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk w Krakowie, przebywająca na rocznym stypendium Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej w Stacji Biologicznej w Doñanie, natrafiła w tym miejscu na skamieniałe ślady ludzkich stóp. Jak podejrzewa – neandertalczyków. Niestety, teraz znowu pokryła je gruba warstwa piasku. Ocean daje i odbiera.

Przeszukujemy więc blisko stumetrowy fragment kruchej skały, który jeszcze jest nam dany. W okrągłych, głębokich wklęśnięciach oczami wyobraźni widzę tropy zostawione przez słonie. W podłużnych i delikatnych – te odciśnięte przez pradawnych ludzi. Wokół biegają dzieci, a ich rodzice leniwie wylegują się na plaży. Lato już przeminęło, ale deszczowa jesień ciągle nie chce nadejść. Za kilka godzin miejsce naszej eksploracji przykryje fala przypływu.

Tego samego dnia wieczorem razem z Dolores Cobo, biolożką z Parku Narodowego Doñana, jedziemy podziwiać zachód słońca. Będziemy go oglądać ze szczytu klifu opadającego kilkadziesiąt metrów z rozległych wydm na zachód od Matalascañas. Czwartego czerwca 2020 roku Cobo i Ana Mateo, również biolożka z Doñany, spacerowały pod klifem i natknęły się na odsłoniętą przez wiosenny sztorm podobną łachę piaskowca z tropami.

– To był mój pierwszy spacer po zakończeniu covidowego lockdownu – wspomina Cobo. – Śmiałyśmy się z Aną, że być może odkryłyśmy tropy wymarłych już turów. Że może znalazłyśmy drugą Altamirę [jaskinia w północnej Hiszpanii z pięknymi naskalnymi malowidłami zwierząt – przyp. T.U.]. Potem okazało się, że część tych śladów rzeczywiście zostawiły tury!

Paleontolodzy, którzy rok później opisali odkrycie biolożek w dwóch publikacjach w piśmie „Scientific Reports”, rozpoznali w odsłoniętym przez Atlantyk piaskowcu nie tylko tropy turów i słoni, ale również ślady stóp neandertalczyków. Naliczyli ich w sumie osiemdziesiąt siedem i datowali je na 106 tysięcy lat wstecz.

Południowa Hiszpania była ostatnią redutą neandertalczyków. To tu przetrwali najdłużej, zanim około 30 tysięcy lat temu wyginęli. Dzięki licznym badaniom z kilku ostatnich lat, których wyniki drukowały między innymi „Science” i „Nature”, wiemy, że nie byli wcale tępymi troglodytami, jak jeszcze do niedawna lubiliśmy ich postrzegać. Że prawdopodobnie mówili, na pewno uprawiali sztukę i wyrabiali skomplikowane narzędzia. Że dbali o chorych i być może żegnali zmarłych kwiatami. Że opanowali ogień.

Nasze poczucie wyższości jest nie na miejscu także z innego powodu. Zanim mieszkający w Eurazji Homo neanderthalensis wyginęli, zdążyli się skrzyżować z nadchodzącymi z Afryki Homo sapiens. Potomkowie tego międzygatunkowego mezaliansu rozeszli się następnie po całym świecie. W efekcie DNA każdego dzisiejszego człowieka spoza Afryki Subsaharyjskiej w blisko dwóch procentach składa się z materiału genetycznego neandertalczyków. Jesteśmy ich spadkobiercami.

Rozmawiam z Dolores Cobo o tunelu czasoprzestrzennym, który niespodziewanie połączył dwa odległe momenty – jej pierwszy spacer po wywołanej pandemią izolacji z pewnym dniem sprzed 106 tysięcy lat. Ocean był wtedy dużo dalej na południe niż dziś, a neandertalczycy zapewne pluskali się w słodkim oczku wodnym ukrytym między wydmami. Albo podobnie jak słonie czy tury po prostu przyszli napić się wody. Z czasem oczko wyschło, a naznaczony stopami piasek wysechł i skamieniał. Potem wiatr przykrył go osadami. Aż wiosną 2020 roku fale podcięły klif i odsłoniły wiadomość, której neandertalczycy wcale nie zamierzali nam zostawiać.

„Tu byliśmy”.

Pod okiem Saurona

MY ZOSTAWIMY NASZYM następcom coś więcej niż odciśnięte w piasku tropy, kamienne narzędzia i wypalone ślady ognisk. W 2020 roku, jak donieśli w „Nature” naukowcy z Izraela, łączna masa całej wytworzonej przez ludzkość technosfery – betonu, stali, plastiku i innych materiałów, których potrzebujemy w codziennym życiu – przekroczyła biomasę wszystkich ziemskich organizmów. Energożerna technosfera oplata dziś Ziemię gęstą siecią, odkładając się w osadach i tworząc cezurę nowej epoki geologicznej, antropocenu.

Dwa dni przed wyjazdem do Doñany spotykam się z Nurią Selvą w Sewilli, pod pomnikiem Odkrywcy. El Indio, jak nazywają go miejscowi, dosiada konia na rondzie, tonąc w rzece samochodów pędzących wielką Avenida de Kansas City, która za miastem płynnie przechodzi w autostradę E-5 przecinającą całą Hiszpanię.

Jedziemy pod niedaleką miejscowość Sanlúcar la Mayor, aby obejrzeć tamtejszy kompleks elektrowni słonecznych wybudowany przez hiszpańską firmę Abengoa, a obecnie będący własnością przedsiębiorstwa Atlantica z siedzibą w Londynie. Na początku XXI wieku był to największy na świecie kompleks słoneczny pracujący w trzech technologiach – fotowoltaicznej i dwóch termo-solarnych. Obecnie palmę pierwszeństwa na tym polu dzierży elektrownia na północ od Warzazatu w Maroku. Jej łączna zainstalowana moc wynosi 582 megawaty (największe elektrownie czysto fotowoltaiczne, znajdujące się w Indiach i Chinach, mają moc kilkakrotnie większą).

Według opowieści snutej przez Davida Attenborough w jego filmie (i książce) Życie na naszej planecie Maroko, które powoli zmienia część swoich pustyń – a także rejonów znajdujących się w okupowanej Saharze Zachodniej – w farmy słoneczne i wiatrowe, daje przykład całemu światu, jak powinna przebiegać transformacja energetyczna. W niedalekiej przyszłości ma eksportować prąd do Europy.

W 2009 roku władze Maroka, którego produkcja energii elektrycznej opierała się na paliwach kopalnych, zadeklarowały, że po jedenastu latach aż 42 procent zainstalowanej mocy będą stanowić odnawialne źródła energii. Cel udało się w dużej mierze zrealizować – źródła te stanowią 37 procent zainstalowanych mocy – co nie znaczy jednak, że właśnie tyle marokańskiego prądu pochodzi ze słońca czy wiatru. W 2020 roku aż 68 procent energii elektrycznej Marokańczycy wciąż uzyskiwali ze spalania węgla. Z wiatru i słońca – odpowiednio 11 i 4 procent. Pokazuje to ogromną niestabilność odnawialnych źródeł energii. W przeciwieństwie do elektrowni na paliwa kopalne czy atomowych całkowite wykorzystanie mocy nominalnej elektrowni słonecznych i wiatrowych jest niemożliwe. Słońca brakuje przecież w nocy, a wiatru podczas wyżowej, spokojnej pogody.

Jeszcze gorzej sprawy wyglądają, kiedy weźmie się pod uwagę nie tylko produkcję własną energii elektrycznej, lecz także całkowity bilans energetyczny Maroka, obejmujący potrzeby wszystkich gałęzi gospodarki, w tym transportu, produkcji przemysłowej czy rolniczej. Import paliw kopalnych zaspokaja je w 90 procentach.

KORZYSTAJĄCA Z TRZECH technologii elektrownia słoneczna pod Sanlúcar la Mayor w Hiszpanii jest największym takim obiektem w Europie, o łącznej zainstalowanej mocy 230 megawatów. Imponujące wrażenie robią jej dwie wieże, wysokie na 140 i 156 metrów. Każda zbiera światło odbijane przez rozmieszczone wokół ruchome, podążające za słońcem lustra. Rozpalone do blisko 500 stopni Celsjusza szczyty obu wież świecą niczym oko Saurona nad Barad-dûr z Władcy pierścieni. Pod wpływem skoncentrowanego ciepła słonecznego woda krążąca w ich wnętrzach zmienia się w parę wodną, która napędza turbiny obracające generatory prądu. Łącznie obie wieże i otaczające je blisko dwa tysiące luster produkują energię elektryczną mogącą zasilić 15 tysięcy gospodarstw domowych (w sumie dysponują mocą 30 megawatów).

– Energia nigdy nie znika – jak dzieciom tłumaczy nam miejscowa przewodniczka Elena Iglesias. – Opowiadam o tym wycieczkom szkolnym, które tu przyprowadzam. Energia zmienia formę, przepływając z jednej materii w drugą.

Oślepiony niczym Frodo Baggins, odwracam głowę.

Niedaleko znajdują się trzy ogromne pola parabolicznych luster, które koncentrują światło słoneczne na biegnących równolegle rurach i nagrzewają płynący w nich olej do około 400 stopni Celsjusza. Olej oddaje swoje ciepło wodzie, a jeszcze później energia zmienia formę z cieplnej w elektryczną – podobnie jak w generatorach podpiętych do wież. Produkowany w ten sposób prąd zasila 75 tysięcy gospodarstw domowych. Cały kompleks zajmuje powierzchnię tysiąca hektarów, a łączną zainstalowaną mocą 150 megawatów odpowiada kilkunastu najnowszym morskim turbinom wiatrowym.

Obok niego lada moment zostanie uruchomione stuhektarowe pole 115 tysięcy paneli fotowoltaicznych. Wygląda jak jezioro. Dzięki mocy 50 megawatów będzie produkować prąd dla 25 tysięcy gospodarstw domowych. Panele nie przetwarzają energii cieplnej. Padające na nie fotony światła wybijają z atomów krzemu elektrony, których ruch generuje prąd, w falownikach zmieniany ze stałego na zmienny. Potem trafia on do transformatorów podnoszących jego napięcie – by mógł popłynąć do sieci.

Firma Enel Green Power, która dysponuje na świecie „zielonymi” elektrowniami o mocy ponad 50 gigawatów, zamierza wybudować kilkadziesiąt takich ogromnych elektrowni fotowoltaicznych w całej Hiszpanii. Do 2030 roku ponad 70 procent prądu Hiszpania ma czerpać ze źródeł odnawialnych. Będzie to wymagać budowy nowych elektrowni o łącznej mocy 60 gigawatów, z których Enel Green Power ma zapewnić cztery.

Cywilizacja energii

„ENERGIA TO JEDYNA uniwersalna waluta”. Pierwsze zdanie książki Energy and Civilization. A History (Energia i cywilizacja. Historia) Václava Smila zachwyca niczym otwarcie Moby Dicka czy Pożegnania z Afryką. Tak mocno, myślę sobie, powinny wybrzmiewać pierwsze zdania wszystkich opowieści. Bo przecież pieniądz to w pewnym sensie jednostka energii, dżul nowoczesnej gospodarki. Do osiągnięcia jakiegokolwiek celu – ba, nawet do leżenia do góry brzuchem – potrzeba energii.

Jak podaje Smil – który o tym, że wszystkie procesy naturalne polegają na przekształcaniu jednej energii w drugą, zaczął myśleć już w latach 50. jako nastolatek, kiedy w swoim rodzinnym domu w Czechosłowacji rąbał drewno na zimę – u siedemdziesięciokilogramowego mężczyzny podstawowa przemiana materii, czyli minimalny poziom zapotrzebowania energetycznego, każdej doby pożera 7,5 megadżula, a u ważącej 60 kilogramów kobiety – 5,5. To w przybliżeniu odpowiednio 1800 i 1300 kilokalorii, zawartych przykładowo w mniej więcej 700 i 500 gramach chleba. Umiarkowanie ciężka praca zwiększa dobowe zapotrzebowanie na energię blisko pięciokrotnie. Sporo. Nie zawsze warto. Václavowi Smilowi wysiłek chyba się jednak opłaca. Emerytowany profesor Wydziału Środowiska Uniwersytetu Manitoby w kanadyjskim Winnipeg od czterech dekad rokrocznie publikuje książki będące efektem jego interdyscyplinarnych badań nad energią. (Bill Gates w 2017 roku napisał na swoim blogu, że czeka na nie jak fani Gwiezdnych wojen na kolejny film). Rozkłada w nich przepływy energii w bio- i technosferze na czynniki pierwsze, przedstawia historię kulturowej ewolucji człowieka jako łańcuszek następujących po sobie kolejnych cywilizacyjnych rewolucji, dzięki którym opanowaliśmy coraz efektywniejsze metody wykorzystania energii, zaklętej przez przyrodę poza naszymi organizmami.

Ewolucję biologiczną także da się przedstawić jako nanizane na linię czasu korale kolejnych przełomów energetycznych. „Energia daje ruch i napędza reakcje chemiczne, dzięki którym biologia zmienia komórki i organizmy” – wyjaśnia brytyjska biolożka Olivia P. Judson w artykule The energy expansions of evolution (Energetyczne ekspansje ewolucji), opublikowanym w 2017 roku w „Nature Ecology & Evolution”. Judson dzieli cztery miliardy lat życia na Ziemi na pięć epok energetycznych: geochemiczną, podczas której młoda planeta miała pierwszym mikroorganizmom do zaoferowania minimalne ilości energii ze swoich trzewi, epokę światła słonecznego (fotosyntezy), podczas której młode ziemskie życie zaczęło korzystać z energii pozaziemskiej, epokę tlenu, który znacząco zwiększył ilość możliwej do wykorzystania energii (bo utleniając, czyli spalając materię, można z niej uzyskać więcej energii niż podczas oddychania beztlenowego), epokę ciała, w której wyewoluowały zwierzęta, a więc organizmy zjadające inne organizmy, oraz ostatnią – epokę ognia.

SMIL NIE SKUPIA SIĘ na całej biosferze. Pokazuje za to, jak człowiek nauczył się ją sprawniej eksploatować, głównie za pomocą ognia. Wylicza więc kilka najważniejszych przełomów w historii ludzkości.

Pierwszy to wymyślenie narzędzi. Najstarsze znane obecnie pochodzą sprzed 3,3 miliona lat z terenów dzisiejszej Kenii. Wytwarzały je prawdopodobnie australopiteki, nasi przodkowie nienależący jeszcze do rodzaju Homo. Dzięki młotkom, tłuczkom, siekierom, tasakom, włóczniom czy łukom pierwsi ludzie zyskali kły i pazury, w które ewolucja ich nie wyposażyła. Wystrzelona przez wprawnego łucznika, ważąca 20 gramów strzała leci z prędkością 40 metrów na sekundę i choć jej energia kinetyczna sięga ledwie 16 dżuli, jest skoncentrowana punktowo. Nawet po przeleceniu 200 metrów z łatwością przebija nieosłonięte ciało.

Drugim przełomem było opanowanie ognia, czego dokonał Homo erectus, który w jaskini Wonderwerk w Republice Połud-niowej Afryki zostawił po sobie liczące milion lat ślady ogniska. Pozwoliło ono naszym przodkom nie tylko się ogrzać, ale i skuteczniej polować oraz wyciągnąć z posiłku więcej kalorii, białek, tłuszczów i węglowodanów. Część jedzonych przez nas roślin byłaby nieprzyswajalna albo wręcz szkodliwa bez obróbki termicznej, a upieczone czy ugotowane mięso trawi się o wiele łatwiej niż surowe. Ogień pozwolił też ludziom wytapiać metale. Cięcie japońską kataną, półtorakilogramowym krótkim mieczem, który w rękach wprawnego szermierza porusza się z prędkością 10 metrów na sekundę, ma energię 75 dżuli. To znowu niby niewielka wartość, ale skoncentrowana na wąskim paśmie ciała w zupełności wystarczy, żeby rozpłatać człowieka na dwoje.

Po ogniu nadeszły rewolucje rolnicze, z których pierwsza miała miejsce na Bliskim Wschodzie około 11,5 tysiąca lat temu. Dzięki nim ludzie – już współcześni, czyli Homo sapiens – mogli wreszcie osiąść, przerzucić się z łowiectwa i zbieractwa na uprawę ziemi, odłożyć zapasy jedzenia i zaprząc do pracy inne zwierzęta, zamiast korzystać tylko z własnych mięśni. Kobiety mogły zacząć rodzić dzieci co dwa lata, zamiast co cztery, a ludzka populacja, jak się szacuje, w 10 tysięcy lat spuchła z blisko 10 milionów łowców-zbieraczy do 250 milionów rolników i utrzymywanych przez nich władców, kapłanów, żołnierzy, rzemieślników, a także pierwszych zawodowych artystów, wynalazców i odkrywców.

Bez dostatku zbudowanego przez rewolucje rolnicze nie powstałyby ani pierwsze miasta, ani pismo, które od wynalezienia przez Sumerów około pięć tysięcy lat temu, przekazując ogromne ilości wiedzy między pokoleniami, pchnęło do przodu cywilizacje. Te, jak oblicza Smil, do zaspokojenia swoich potrzeb energetycznych potrzebowały sąsiednich obszarów o powierzchni co najmniej trzydziestokrotnie większej od nich samych. Eksploatowały je z drewna, głównego surowca energetycznego (najlepiej wypalonego w węgiel drzewny, nadający się do rozgrzania palenisk do temperatury 900–2000 stopni Celsjusza i wytopu metali). Cywilizacje zbudowane przez rolników zaczęły też wykorzystywać energię wiatru i wody, które napędzały żaglowce, młyny i pompy.

Czwartym przełomem była rewolucja przemysłowa. Datowana jest symbolicznie na połowę XVIII wieku w Wielkiej Brytanii, kiedy po wycięciu lasów Anglicy zostali zmuszeni do poszukiwań nowych źródeł energii i zaczęli coraz śmielej sięgać po węgiel. A ponieważ, jak zauważa Smil, mieli dużo łatwo dostępnego (bo położonego płytko), wysokoenergetycznego węgla, mogli na blisko dwa stulecia zapanować nad światem, zanim ten ich dogonił, a więc eksploatować źródła energii znajdujące się daleko poza ich najbliższym sąsiedztwem.

Impetu tej rewolucji dodało wykorzystanie dwóch innych paliw kopalnych – ropy naftowej i gazu ziemnego. W kilogramie ropy przyroda zaklęła blisko dwukrotnie więcej energii niż w kilogramie węgla kamiennego. A w kilogramie gazu ziemnego – nawet czterokrotnie więcej.

Każdy kilogram ludzkiego ciała, tego stworzonego przez ewolucję biologicznego silnika cieplnego, może podczas wysiłku wygenerować moc jednego wata. Ważąc 72 kilogramy, mogę zatem rozświetlić jedną, niezbyt jasną tradycyjną żarówkę. Tak samo mało wydajne są zresztą organizmy innych zwierząt. Te hodowlane dysponują większą mocą od ludzi tylko dlatego, że są cięższe. Ważący 746 kilogramów koń może wydatkować energię z mocą 746 watów, czyli jednego konia mechanicznego.

O wiele wydajniejsze są silniki będące wytworem nie natury, a kultury. Na przełomie XIX i XX wieku silniki spalinowe pierwszych samochodów generowały jeden wat mocy na każde 40 gramów swojej masy. Dzisiejsze są czterdziestokrotnie mocniejsze. Silnik wykorzystany w samolocie braci Wright przekształcał w moc jednego wata każde 7,6 grama swojej masy. Silniki odrzutowe stosowane w nowoczesnych samolotach są stukrotnie wydajniejsze. Amerykańska rakieta Saturn V, która wynosiła na orbitę statki księżycowego programu Apollo, dawała jeden wat mocy na każdą jedną setną grama własnej masy.

Smil zauważa, że podobnie jak organizmy żywe maszyny podlegają doborowi naturalnemu. Te, które zawodzą, nie dostępują replikacji.

Piątym krokiem było opanowanie metod czerpania energii z rozpadu ciężkich jąder atomowych. Stało sie to w połowie XX wieku. Upraszczając, uciekające gwałtownie z niestabilnych jąder uranu neutrony zagotowują wodę, a powstała w ten sposób para napędza turbiny generujące elektryczność. James Watt byłby zachwycony.

Paliwo do elektrowni jądrowych jest pakowane w tabletki wielkości kostki cukru – zawierające wzbogacony uran ceramiczne cylindry o rozmiarach około centymetr na półtora. Jeden może dostarczyć tyle energii co tona węgla. Typowy reaktor jądrowy o mocy jednego gigawata zużywa rocznie ledwie 27 ton uranu. Podobnej mocy elektrownia spalająca węgiel kamienny potrzebuje około 3 milionów ton paliwa. Gdybyśmy chcieli zastąpić jeden reaktor jądrowy o mocy jednego gigawata panelami fotowoltaicznymi (o mocy 320 watów każdy), potrzebowalibyśmy ich ponad 3 miliony. A praktycznie kilkakrotnie więcej, bo z mocy nominalnej reaktora jądrowego można korzystać prawie w pełni, a z mocy nominalnej paneli fotowoltaicznych – nie. Paliwo jądrowe to energetycznie najgęstsza materia, jaką mamy obecnie do dyspozycji.

Wszystkie te przełomy prowadziły do skoncentrowania źródeł energii wykorzystywanych przez ludzkość. Kamienny tłuczek w dłoni może wykonać większą pracę niż sama dłoń. Więcej energii da kamień rozpalony w ognisku niż ten rozgrzany przez promienie słoneczne. Okiełznany koń czy wół zaora pole szybciej niż człowiek z motyką. A jeszcze raźniej dokona tego napędzany ropą naftową traktor ciągnący wieloskibowy pług, sypiący na pola związki azotu ściągniętego z atmosfery za pomocą gazu ziemnego i kierowany przez rolnika, który po powrocie do domu odpali komputer i, korzystając z internetu, dokształci się w jeszcze efektywniejszej eksploatacji swojego kawałka ziemi.

To wszystko przekłada się oczywiście na wzrost zużycia energii. Przeciętny łowca-zbieracz, któremu energia była potrzebna tylko do trwania, zdobywania pożywienia, ogrzania się czy rozmnażania, zużywał jej rocznie 5–7 tysięcy megadżuli. Mający o wiele większe potrzeby materialne cywilizowany obywatel starożytnego Rzymu – już 18 tysięcy. Przeciętny obywatel Unii Europejskiej „przejada” dziś energię o rocznej wartości przeszło 150 tysięcy megadżuli. A mieszkaniec USA – ponad 300 tysięcy.

KOLEJNA REWOLUCJA ENERGETYCZNA, ta, której doświadczamy obecnie, próbuje odwrócić sens wszystkich swoich poprzedniczek. Ludzka cywilizacja ma zatoczyć koło i trzy sute posiłki (miejską elektrownię na węgiel, domowy kocioł gazowy i samochód osobowy z silnikiem spalinowym) zamienić na życie przeżuwacza – tu troszkę oszczędzimy, tam ciut uszczkniemy, większość energii będziemy czerpać z elektryczności zamiast bezpośrednio z ciepła, a jej odnawialne źródła rozrzucimy mniej więcej równomiernie wszędzie. Zamiast wielkich elektrowni i elektrociepłowni mamy korzystać z rozsianych po całym świecie paneli fotowoltaicznych (w Polsce potrzeby elektryczne mieszkańców domu jednorodzinnego może zaspokoić dachowa instalacja fotowoltaiczna o mocy ledwie 3–4 kilowatów), turbin wiatrowych, hydroelektrowni, elektrociepłowni geotermalnych i tych wykorzystujących biogaz czy odpadową biomasę.

infografikaJAN ROSIEK

Źródło danych: Olivia P. Judson, The energy expansions of evolution, „Nature Ecology & Evolution” 2017, Vol. 1, Václav Smil, Energy and Civilization. A History, opracowanie redakcji.

I EPOKA GEOCHEMICZNAŻycie na Ziemi pojawiło się pod postacią chemoautotrofów, czyli organizów wykorzystujących energię chemiczną do syntezy złożonych związków organicznych (czyli do odżywiania się).

II EPOKA FOTOSYNTEZYOrganizmy wyewoluowały, ucząc się wykorzystywania powszechnie dostępnej energii słonecznej. Jej użycie okazało się efektywniejsze od energii chemicznej i umożliwiło dalszy rozwój życia.

III EPOKA TLENUCyjanobakterie w procesie fotosyntezy zaczęły produkować tlen (a nie metan), który posłużył za katalizator w rozwoju nowych form życia, w tym organizmów wielokomórkowych.

IV EPOKA CIAŁAPojawiły się wówczas pierwsze zwierzęta, czyli wielokomórkowe organizmy zdolne do aktywnego ruchu, czerpiące energię ze zjadania innych organizmów.

V EPOKA OGNIAObecność lądowych roślin naczyniowych, które posłużyły jako paliwo, sprawiła, że na Ziemi pojawił się ogień.

1. NARZĘDZIA KAMIENNE3,3 mln lat temuPierwsze wytwarzali nasi przodkowie, australopiteki.

2. OPANOWANIE OGNIA1 mln lat temuOgień pozwolił ludziom się ogrzać, pozyskiwać z dotąd surowego jedzenia więcej kalorii, a wreszcie wytapiać metale.

3. REWOLUCJA ROLNICZA11,5 tys. lat temuLudzie porzucili zbieractwo i łowiectwo na rzecz wydajniejszej energetycznie uprawy ziemi.

4. REWOLUCJA PRZEMYSŁOWAXVIII wiekUżycie paliw kopalnych umożliwiło powstanie gospodarki opartej na mechanicznej produkcji dóbr na masową skalę.

5. ROZSZCZEPIENIE ATOMUXX wiekWzbogacony uran, stosowany jako paliwo w elektrowniach jądrowych, to najgęstsza energetycznie materia znana człowiekowi.

6. ZIELONA REWOLUCJA ENERGETYCZNATerazAby zapobiec katastrofie klimatycznej, człowiek musi niemal całkowicie porzucić paliwa kopalne jako źródło energii.

Chcemy więc naśladować rozproszoną biosferę, która dzięki fitoplanktonowi i roślinom – leżącym u podstaw morskich i lądowych piramid troficznych – zasysa energię ze Słońca. Nawiasem mówiąc, za pomocą fotosyntezy rośliny zamieniają w energię chemiczną 3–6 procent padającego na ich liście promieniowania słonecznego. Nowoczesne ogniwa fotowoltaiczne przekształcają zaś w energię elektryczną ponad 20 procent padającego na nie światła. Nie najgorzej. Wielkie pytanie brzmi: czy w ten sposób da się zaspokoić głód energetyczny 8 miliardów ludzi, z których spora część jest rozpieszczona absolutnie bezprecedensowymi standardami życia? Bo co się stanie, jeśli to się nie uda, mniej więcej wiemy. „Społeczeństwa korzystające z ogromnych ilości energii mogą sobie zapewnić przetrwanie, tylko przestawiając się na źródła inne niż kopalne” – poucza Smil.

SKALĘ NASZEGO UZALEŻNIENIA od węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego pokazują dane Międzynarodowej Agencji Energetycznej (MAE). Ciągle aż 80 procent energii potrzebnej do napędzania kół obrotowych cywilizacji czerpiemy z paliw kopalnych.

Paradoksalnie ostatnim wielkim krajem, który porzucił spalanie biomasy (przede wszystkim drewna) na rzecz paliw kopalnych, były Chiny, w których z węgla i gazu ziemnego zaczęto korzystać najwcześniej na świecie, bo już w ostatnich stuleciach przed naszą erą. I które przez większość historii (liczonej od wynalezienia pisma) były przodownikiem postępu cywilizacyjnego. Jednak po tym, jak w XVI wieku Państwo Środka oddało pole Europie, dopiero w drugiej połowie XX stulecia wyszło z zapaści i zaczęło się industrializować. Przełomem był rok 1965, kiedy udział biomasy w produkcji energii w Chinach po raz pierwszy spadł poniżej 50 procent. Dalsze dekady to już coraz dynamiczniejszy rozwój. W efekcie w 2006 roku Państwo Środka przegoniło USA, stając się największym na świecie emitentem dwutlenku węgla. Obecnie odpowiada za 30 procent jego globalnej emisji. Stany Zjednoczone wysyłają w powietrze 14 procent, a Unia Europejska, podobnie jak Indie, 7–8 procent.

Łącznie w 2020 roku światowa emisja dwutlenku węgla wynikająca tylko ze zużycia paliw kopalnych przekroczyła 36 miliardów ton. Kiedy dodamy emisję z wycinki lasów i gospodarki gruntami, a także emisje innych gazów cieplarnianych (między innymi metanu i podtlenku azotu) przeliczonych na wartość cieplarnianą dwutlenku węgla, to okaże się, że rocznie ludzkość pompuje w powietrze blisko 50 miliardów ton tak zwanego ekwiwalentu dwutlenku węgla. To liczba trudna do wyobrażenia.

Łącznie od wybuchu rewolucji przemysłowej ludzkość posłała w powietrze tyle gazów cieplarnianych, że średnioroczne stężenie dwutlenku węgla w atmosferze wzrosło prawie o połowę – z blisko 280 do 415 części na milion (ang. parts per milion, w skrócie ppm – to wartość, której chemicy używają do określenia koncentracji jednej substancji w drugiej; można ją sobie wyobrazić jako kilkaset czarnych molekuł CO2 błąkających się pośród prawie miliona białych molekuł powietrza) – a średnia temperatura mierzona przy powierzchni Ziemi wzrosła o prawie 1,1 stopnia Celsjusza.

W efekcie, jak wyliczył w 2021 roku w swoim raporcie Międzyrządowy Zespół do spraw Zmian Klimatu (IPCC), od początku XX wieku lustro oceanu podniosło się o 20 centymetrów, dramatycznie szybko kurczy się ziemska kriosfera (najszybciej lodowce górskie, między innymi w Alpach i Himalajach, będące źródłem wody dla przeszło miliarda ludzi), pochłaniająca blisko jedną czwartą pompowanego przez nas do atmosfery dwutlenku węgla woda morska robi się coraz kwaśniejsza, co zagraża żyjącym w niej organizmom, narastają też ekstremalne zjawiska pogodowe – fale upałów i susz, ulewnych opadów, powodzi oraz cyklonów tropikalnych. Taki jest klimatyczny koszt dotychczasowego postępu cywilizacyjnego, rewolucji energetycznej i poprawy jakości życia, przede wszystkim w bogatych państwach.

Pod koniec XXI wieku globalne ocieplenie może sięgnąć – w zależności od przyszłych cięć antropogenicznej emisji gazów cieplarnianych – od 1 do 5,7 stopni Celsjusza. Im wyższa gorączka Ziemi, tym większe dalsze zmiany klimatu, biosfery, a nawet geografii. Blisko 20 tysięcy lat temu, u szczytu ostatniego zlodowacenia, średnia temperatura Ziemi była o około 6 stopni niższa od obecnej. Tyle wystarczyło, by połowę obecnej Polski skuwał lądolód o grubości kilku kilometrów. Jeśli globalne ocieplenie sięgnie 5,7 stopni Celsjusza, to tylko do końca XXI wieku ocean podniesie się o przeszło metr, a w ciągu kolejnych dwóch tysięcy lat – o 19 do 22 metrów. Dzisiejsze mocno zurbanizowane rejony przybrzeżne, zamieszkane przez setki milionów ludzi, znajdą się pod wodą.

W specjalnym raporcie z 2018 roku IPCC podkreślił, że jeśli w tym wieku chcemy marzyć o ograniczeniu globalnego ocieplenia do w miarę bezpiecznego 1,5 stopnia, jak optymistycznie zakłada porozumienie klimatyczne podpisane w Paryżu w 2015 roku, to do 2050 roku musimy ściąć globalną emisję gazów cieplarnianych do zera.

Powtórzmy.