Pismo. Listopad 2023 - Fundacja Pismo - ebook

Pismo. Listopad 2023 ebook

Fundacja Pismo

4,4

Opis

W listopadowym numerze zajmujemy się tematem często deprecjonowanym jako „światopoglądowy” albo „zastępczy”: prawami reprodukcyjnymi Polek. Tymi, które po wyroku Trybunału Konstytucyjnego jeszcze polskim kobietom pozostały, a których wyegzekwowanie i tak jest bardzo trudne. Pytamy, kto ponosi za to odpowiedzialność i czy środowisko lekarskie stoi po stronie kobiet. 

 

W najnowszym numerze polecamy szczególnie:

  • portret niemieckiego przyrodnika Paula Robiena pióra Adama Robińskiego,
  • tekst, w którym Sarah Larson pisze o Brené Brown, naukowczyni, która pokazuje jak być wrażliwym,
  • kolejną odsłonę cyklu Architektura 2.0 Filipa Springera,
  • komiks Kasi Mazur Z pamiętnika autystki 

 

Pismo. Magazyn Opinii. 11/2023 

Karolina Lewestam – Wyłuskać z morza historię – Rozmowy z K. 

Wojciech Brzoska – ***

Lina Scheynius – W kadrze: Diary 

Jerzy Koch – Wakacje, wakacje! 

Magdalena Kicińska – Nie widzę, nie słyszę, nie mówię, nie robię 

Filip Springer – Znośna gęstość bytu

Katarzyna Belczyk – Żarty rysunkowe

Adam Robiński – Żeby nie było duszno 

Patrycja Głusiec – Współczesny uczeń Jana Matejki 

Sarah Larson – Brené Brown i jej imperium emocji 

Sam Knight – Biuro Przeczuć 

Kasia Mazur – Zamaskowana. Z pamiętnika autystki (fragment) 

Anna Pajęcka – Świetlica patrzy na muzeum narodowe 

Joanna Mueller – cafuné cafuné
Zofia Płoska-Czartoryska – W Ramach Pisma: Mariela Scafati. Mobilizacja
Cristina Morales – Lektura uproszczona 

Mateusz Roesler – Apteczka. Co w niej trzyma Wojtek Mazolewski? 

Zuzanna Kowalczyk – À propos praw reprodukcyjnych 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 239

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (10 ocen)
5
4
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




ROZ­MOWY Z K. // FE­LIE­TON

Wy­łu­skać z mo­rza hi­sto­rię

tekstKA­RO­LINA LE­WE­STAM

Droga K.

Po­dobno męż­czyźni róż­nią się od ko­biet tym, że mają No­thing Box w swo­ich gło­wach; ta­kie miej­sce, w któ­rym o ni­czym nie my­ślą. I kiedy py­tamy ich: „Co my­ślisz?”, a oni od­po­wia­dają: „Nic”, to na­prawdę nie kła­mią.

Po­trze­buję ta­kiego miej­sca w swo­jej gło­wie, ale nie wiem, jak je zna­leźć.

Na­tłok my­śli prze­szka­dza mi na co dzień. Żeby one jesz­cze były ucze­sane. Żeby były za­koń­czone kropką. A one pę­dzą, gu­bią się, za­pę­tlają. Jak stru­mień świa­do­mo­ści na ste­ry­dach. Nic z niego nie wy­nika; żadna wielka idea, żadna sen­sowna myśl, żadne dzia­ła­nie nie jest efek­tem tego my­śle­nia.

A wie­czo­rem pa­dam zmę­czona, bo styki w moim mó­zgu się prze­pa­lają.

Jak zna­leźć swój No­thing Box albo cho­ciaż my­śleć... z sen­sem?

D. 

Ko­chana D. 

Jak my­śleć, żeby my­śli się nie gu­biły, nie pę­dziły, nie za­pę­tlały?

Po­wiem Ci, niech tylko po­głasz­czę kota. I we­zmę łyk. Do­bre. Cho­ciaż... za dużo cy­tryny! Ej, czy ja mam prawo tu o tej her­ba­cie, kiedy w Ukra­inie...!? I gdzie jest te­raz ta uchodź­czyni Ta­tiana, która od nas po­le­ciała do Ka­nady? Zo­sta­wiła no­tes... Znów boli mnie w le­wym boku, to jed­nak na­prawdę może być rak. Au! Rak-McKwak. Aaaa, klu­cze! Wie­dzia­łam, że o czymś za­po­mnia­łam, cho­dziło o te cho­lerne klu­cze!

Wiesz, co jest naj­gor­sze w tym Eve­ry­thing Box, któ­rym są na­sze umy­sły? W tych en­kla­wach ab­surdu, w któ­rych na­raz od­by­wają się wy­ścigi konne, or­gia, msza w in­ten­cji zmar­łej przed­wcze­śnie fretki i po­wódź? Naj­gor­sze jest to, że nie da się ich ni­komu opo­wie­dzieć. Nie da się z ni­kim po­rząd­nie po­dzie­lić tre­ścią z na­szej głowy, bo kiedy ktoś mnie pyta: „O czym my­ślisz?”, to ży­cie w praw­dzie wy­ma­ga­łoby zi­lu­stro­wa­nia cie­kaw­skiemu mego wnę­trza za po­mocą wzię­cia ko­sza z od­pa­dami i wy­sy­pa­nia mu za­war­to­ści te­goż pro­sto w twarz. Też tak masz, prawda?

A tym­cza­sem, nie­stety, do­myślny spo­sób na­szego ga­tunku na in­ter­su­biek­tyw­ność to nar­ra­cja. Opo­wieść. Hi­sto­ria. Hi­sto­ria zaś po­siada lo­gikę; za­czyna się nie­śmiało, wy­brzu­sza się w kul­mi­na­cję, a po­tem koń­czy się (bo skoń­czyć się musi) kropką. Hi­sto­ria ma sens emo­cjo­nalny i rytm cie­le­snego sensu. Hi­sto­ria pro­wa­dzi słu­cha­cza za rękę od my­śli do my­śli i snuje mię­dzy nimi, jak Arachne, cien­kie błysz­czące nici. Bo (mó­wił For­ster) to, że król umarł i kró­lowa umarła – to fakty; hi­sto­ria się staje, kiedy król umarł, a kró­lowa umarła z tę­sk­noty za kró­lem. Co zro­bić, kiedy w two­jej gło­wie mo­nar­cho­wie pa­dają, jedno po dru­gim, bez związku i sensu?

Nie wiem, jak u Cie­bie, Droga D. ale u mnie ta nie­moż­li­wość opo­wie­ści przez długi czas ka­zała kła­mać, in­nym i so­bie. O czym my­ślisz? Otóż my­ślę wła­śnie o swoim na­stęp­nym pro­jek­cie. Po­trze­bu­jesz cze­goś? Ow­szem, twar­dego pro­mar­kera w ko­lo­rze Hot Pink, nu­mer R365, thank you very much. Kim je­steś? Au­torką. Aka­de­miczką. Przy­ja­ciółką, żoną. A w gło­wie tym­cza­sem pan­de­mo­nium, jakby do kur­nika wrzu­cono ka­pi­szony. I jesz­cze to po­czu­cie winy, ten syn­drom im­po­storki – gdyby tylko ktoś zaj­rzał do środka, ja­kiś wy­kwa­li­fi­ko­wany te­le­pata albo je­den z tych kom­pu­ter­ków Mu­ska, na­stą­pi­łaby na­tych­mia­stowa de­ma­ska­cja, bo taki ktoś, o kim nie można w sen­sowną opo­wieść, nie jest praw­dzi­wym kto­siem; jest ni­kim.

Mó­wią: po­może me­dy­ta­cja. Mó­wią: wa­ka­cje nad mo­rzem, pia­sek mię­dzy pal­cami; cie­płe świa­tło słońca na po­licz­kach. Mó­wią: ćwicz. Pły­waj. Weź leki na ADHD. Ro­bi­łaś to? Ja ro­bi­łam. By­łam, pły­wa­łam, bra­łam. Po­mo­gło, ale nie do końca. Inna rzecz po­mo­gła bar­dziej, a mia­no­wi­cie taka: usta­no­wi­łam Nad­mor­ski Punkt Ob­ser­wa­cyjny.

W tej me­ta­fo­rze mo­rzem jest umysł – tar­gają nim bu­rze, wia­try i inne podłe aury. Ja zaś, albo ja­kaś część mnie, do­staje za­da­nie: nie pró­buj uspo­koić mo­rza, ale je ob­ser­wuj. To ważna praca, przy­kła­daj się, ale też nie przej­muj się za bar­dzo; cza­sem się za­my­ślisz, za­ga­pisz; cza­sami mo­rze cię po­rwie, a na brzeg wy­czoł­gasz się późno i w zmę­cze­niu, prze­ćwi­czona przez wiry; tak ma być. Ale ile­kroć mo­żesz, patrz na fale. Patrz, jak się ko­tłują, jak pry­skają, jak się pię­trzą i zni­kają. Niech mo­rze tań­czy przed tobą swój sza­lony ta­niec, a ty patrz, tylko patrz.

I wiesz co, Ko­chana D.? Kiedy się pa­trzy na dzi­kie mo­rze wy­star­cza­jąco długo, oka­zuje się, że na­wet ono ma swoją hi­sto­rię. Rwane fale my­śli oka­zują się mieć rytm, rzą­dzony mą­dro­ścią wia­tru i księ­ży­cem. Sztorm cza­sem umiera, a po­tem umiera fala z żalu za sztor­mem. W dzi­ko­ści też jest po­rzą­dek, a kiedy go zro­zu­miesz, nie mu­sisz bie­gać za każdą falą, bo wiesz, że ona wy­pię­trzy się, a po­tem znik­nie – jak każda do­bra opo­wieść. Bo mo­rze ma sens, ale trudno to stwier­dzić, jak się czło­wiek na nim buja, trzy­ma­jąc się kur­czowo ja­kiejś de­ski.

Niech my­śli sza­leją, a my usiądźmy na brzegu i otwórzmy piwo.

ry­su­nek SO­NIA DU­BAS

KA­RO­LINA LE­WE­STAM (ur. 1979), dzien­ni­karka i re­dak­torka. Obro­niła dok­to­rat z fi­lo­zo­fii na Uni­wer­sy­te­cie Bo­stoń­skim. Wie­lo­krot­nie no­mi­no­wana do na­grody Grand Press. Człon­kini re­dak­cji „Pi­sma”.

Cza­sem o trud­nych rze­czach do­brze jest na­pi­sać do ko­goś, kto jest da­leko. Na­pisz do mnie.roz­mo­wyzk@ma­ga­zyn­pi­smo.pl

Wię­cej na ma­ga­zyn­pi­smo.pl/roz­mowy-z-k

PO­EZJA

***

WOJ­CIECH BRZO­SKA

jego bab­cie cu­dem prze­żyły: au­schwitz bir­ke­nau, ra­vens­brück i bu­chen­wald.

jedna z nich po­znała w oświę­ci­miu dziadka, po­cho­wa­nego po woj­nie na ży­dow­skim cmen­ta­rzu.

on przez pół wieku wy­cho­wy­wał się i miesz­kał na te­re­nie by­łego ży­dow­skiego getta.

ko­lej­nych dwa­dzie­ścia lat pra­co­wał w by­łym nie­miec­kim wię­zie­niu.

klu­cze od ży­dow­skiego cmen­ta­rza, nie­opo­dal ka­mie­nicy, w któ­rej mieszka, ma od kilku lat, w pre­zen­cie.

WOJ­CIECH BRZO­SKA (ur. 1978), po­eta, au­tor je­de­na­stu ksią­żek po­etyc­kich, m.in. Ple­jady (2021) oraz Senny ofsajd (2023). Jest rów­nież wo­ka­li­stą w ze­spo­łach: Brzo­ska i Gaw­roń­ski, Brzo­ska Ko­lek­tyw oraz Pik­sele. Za­wo­dowo przez dwa­dzie­ścia lat był zwią­zany z wię­zien­nic­twem. Po­my­sło­dawca ad­re­so­wa­nego do więź­niów Ogól­no­pol­skiego Kon­kursu Po­etyc­kiego im. Je­ana Ge­neta. Mieszka w Ka­to­wi­cach.

Po­ezja w „Pi­śmie” po­wstaje przy wspar­ciu Sta­ro­miej­skiego Domu Kul­tury w War­sza­wie.

W KA­DRZE

zdję­cieLINA SCHEY­NIUS | Diary | 2013

Przez po­nad dzie­sięć lat Lina Schey­nius uważ­nie ba­dała swoje ciało, bio­lo­gię, zwią­zek z na­turą i part­ne­rami w de­li­kat­nej, sub­tel­nej for­mie no­ta­tek fo­to­gra­ficz­nych.

Two­rzyła w ten spo­sób od­kryw­cze au­to­stu­dium ko­bie­cej na­tury. Ob­razy, które po­ka­zują ko­bie­cość w au­ten­tyczny spo­sób, ta­kie jak za­krwa­wione majtki lub chwile naj­głęb­szej in­tym­no­ści z sa­mym sobą lub z uko­chaną osobą, są po pro­stu czę­ścią na­szego ży­cia.

Pro­jekt EU­RO­PEAN IMA­GES re­ali­zo­wany przez n-ost, Ka­jet, Ra­mina Ma­zura i Pi­smo.

PROZA

Wa­ka­cje, wa­ka­cje!

tekstJE­RZY KOCHzdję­cie Bi­blio­teka Na­ro­dowa, do­mena pu­bliczna

Co w le­cie 1939 roku bab­cia Zo­fia z moją mamą ro­biły w Tu­chli, w po­wie­cie ja­ro­sław­skim, mię­dzy Mię­ki­szem Sta­rym a Mię­ki­szem No­wym, Ko­byl­nicą Ru­ską a Wolą Za­łę­ską? Od­po­wiedź jest pro­sta, choć hi­sto­ria skom­pli­ko­wana. Przy­je­chały do Irki Osta­szew­skiej, córki Wła­dy­sława Jaź­wiń­skiego, naj­star­szego brata mo­jej babci, i do jej męża, Ro­mana Osta­szew­skiego, by jak co roku spę­dzić u nich wa­ka­cje. Od kilku se­zo­nów był to taki ich letni zwy­czaj. Ko­niec szkoły ozna­czał dla Zo­fii, która była na­uczy­cielką, i Ha­neczki, która była uczen­nicą, ka­ni­kułę, okres bez­tro­ski i wy­jazd na wieś.

Ach, cóż to były za wa­ka­cje! Wiem, bo zo­stało po nich kilka fo­to­gra­fii. De­li­katna se­pia, którą po ze­ska­no­wa­niu za­czy­nam czer­nić w ja­kimś pro­gra­mie kom­pu­te­ro­wym, by w końcu wy­do­być z głębi brą­zów moją opa­loną mamę, śniadą na­sto­latkę, i kilka lat po jej śmierci przy­glą­dać się szcze­gó­łom w czarno-bia­łych kon­tra­stach. Wle­piam wzrok. Pik­sel po pik­selu ana­li­zuję zdję­cie. I w końcu pi­szę wiersz.

ką­piel w szkle

pa­trzę na po­marsz­czoną wodę

na po­wierzchni rzeki o wy­so­kim brzegu:

szkło pły­nie tu po­ły­skli­wie

w po­świa­cie póź­nego po­po­łu­dnia

przy­brzeżna skarpa dźwiga się

ku niebu na za­kolu

by­stry prąd po­sze­rzył ko­ryto

pod­le­gły czas spię­trzył pia­sek

pies ja­snej ma­ści

stoi w wo­dzie w słońcu

sierść szkli się smo­li­ście

pies wą­cha coś co trzyma zo­fia

nie wiem czy to wo­do­rost czy szcze­żuja

od­bi­cie w rzece jest ciemne

jak toń wody wo­kół mo­jej babci

kiedy tam w tu­chli

nie wie­działa że nią bę­dzie

ktoś się uśmie­cha

ktoś skła­nia głowę uro­kli­wie

to irka prze­zwy­cięża wodę

jak ca­nova mar­mur

lecz nad po­wierzch­nią

po­ka­zuje tylko po­pier­sie

w opra­wie oczu mo­jej cioci kryje się

spoj­rze­nie gin­czanki jakby

już wie­działa że nie zdąży do­je­chać

do gra­nicy ru­muń­skiej

nie­opo­dal dziew­czynka

te­atral­nym ge­stem unosi ręce

ku słońcu roz­cza­pie­rza palce

jest lato i woda i ra­dość i moja mama

wy­mo­de­lo­wana na ma­munę

od­grywa po­gań­skie mi­ste­rium świa­doma

obiek­tywu na­wet nie pró­buje za­cho­wać

po­wagi i wy­do­staje się z tego ka­dru kiedy ja

aku­rat te­raz uśmie­cham się

jej uśmie­chem

tylko woda na­dal marsz­czy się

na tym zdję­ciu z sierp­nia ’39

Wojna wi­siała wtedy w po­wie­trzu. Za­wi­sła nie­mal na stałe, ja­koś na wio­snę, i jak wio­snę czuć ją było już od marca 1939. W sprę­żo­nej, gę­stej at­mos­fe­rze uno­sił się jej zło­wróżbny kształt, rzu­ca­jąc cień na cały kraj i wkrótce na cały kon­ty­nent. A po­tem przy­szło lato. Praw­dziwa ka­ni­kuła, bo lato było piękne tam­tego roku. Szy­ko­wała się go­rąca je­sień, roz­ogniona, złota pol­ska, choć ta ostat­nia kwa­li­fi­ka­cja wkrótce okaże się dwu­znaczna lub wąt­pliwa.

Zo­fia i Ha­neczka z roz­pędu prze­szły z let­nich wa­ka­cji do ba­biego lata, może na­wet bab­skiego – zro­biły so­bie praw­dziwe lato ko­biet, a ra­czej zro­biło im się, nie­chcący, samo, gdyż obie mu­siały zo­stać w Tu­chli dłu­żej. Ale za­nim na­de­szło Spät­som­mer, swoją obec­ność za­zna­czył wyż wschod­nio­eu­ro­pej­ski, który w tej czę­ści Eu­ropy ma wpływ, za­zwy­czaj prze­możny, na po­wsta­wa­nie i utrzy­my­wa­nie się układu ci­śnie­nia at­mos­fe­rycz­nego, a więc i wyż­szych tem­pe­ra­tur. Obie zo­stały w Tu­chli, by­naj­mniej nie z po­wodu po­gody. Wo­bec zbli­ża­ją­cej się wojny z Niem­cami wy­da­wało się, że le­piej tu prze­cze­kać, że na wscho­dzie kraju będą bez­piecz­niej­sze. Nie były. Od wschodu wkro­czyli So­wieci i szli jak po swoje. W bło­giej na­iw­no­ści Jó­zef Beck, pol­ski mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych, te­le­gra­fo­wał jesz­cze 16 wrze­śnia 1939 roku do pol­skiego am­ba­sa­dora w Mo­skwie, aby ten wy­ba­dał lu­do­wego ko­mi­sa­rza spraw za­gra­nicz­nych Wia­cze­sława Mo­ło­towa, czy Pol­ska, wal­cząca wła­śnie z Niem­cami, może li­czyć na za­kup żyw­no­ści oraz ma­te­ria­łów me­dycz­nych w ZSRR oraz na tran­zyt sprzętu woj­sko­wego z kra­jów sprzy­mie­rzo­nych. Od­po­wiedź prze­szła na­stęp­nego dnia pol­ską gra­nicę.

Go­spo­da­rze, Ro­mek z Irką, szybko się spa­ko­wali i nie­dawno ku­pio­nym ci­tro­ënem ru­szyli w stronę gra­nicy z Ru­mu­nią. On był po­słem na Sejm, wie­dział, co go czeka, nie CzeKa, tylko jej na­stęp­czyni eN­Ka­WuDe. Poza tym Ro­mek był herbu Ostoja, z rodu za­po­cząt­ko­wa­nego w XV wieku przez Ści­bora z Osta­szewa, a Tu­chlę tylko dzier­ża­wił od ta­bu­lar­nej wła­ści­cielki ma­jątku, pani Ireny Za­jącz­kow­skiej. Nie był więc po­sia­da­czem ziem­skim, ja­kich znała tamta kra­ina, jak na przy­kład Jó­zef Mysz­kow­ski herbu Ja­strzę­biec, ma­jący jesz­cze na po­czątku XX wieku w sa­mym po­wie­cie ja­wo­row­skim, a do­kład­nie w Ko­byl­nicy Ru­skiej z Fehl­ba­chem, 891 hek­ta­rów ziemi, więc na­wet je­śli Osta­szew­ski ze swoją dzier­żawą nie mógł się rów­nać z ta­kim ob­szar­ni­kiem, to i tak nic z tego, co sobą uosa­biał, nie mo­gło się So­wie­tom po­do­bać. I z wza­jem­no­ścią, bo So­wieci też nie po­do­bali się jemu. Z bol­sze­wi­kami wal­czył w 1920 roku pod Su­wał­kami, jako ułan w 19. Pułku Uła­nów Wo­łyń­skich w od­dziale ma­jora Fe­liksa Ja­wor­skiego, więc do­piero w 1922 roku zdał ma­turę. Po­tem słu­żył w 24. Pułku Uła­nów, ukoń­czył szkołę pod­cho­rą­żych re­zerwy ka­wa­le­rii, by w 1925 roku fak­tycz­nie przejść do re­zerwy i za­cząć wresz­cie żyć w tej wol­nej, wy­wal­czo­nej Pol­sce. Za­jął się za­rzą­dem ma­jątku ziem­skiego w Mię­ki­szu Sta­rym, a na ko­niec, od 1935 roku, go­spo­da­ro­wał w Tu­chli. W tym sa­mym roku oże­nił się z Ireną Jaź­wiń­ską, sio­strze­nicą mo­jej babci Zo­fii. W oko­licy ce­niono „pana po­rucz­nika”, jak o Osta­szew­skim ma­wiali tam­tejsi go­spo­da­rze, więc w 1929 roku wy­brano go wój­tem gminy Stary Mię­kisz, a po­tem, już po prze­kształ­ce­niach ad­mi­ni­stra­cyj­nych lat 30., zo­stał w 1935 roku wój­tem gminy zbio­ro­wej w Lasz­kach. W li­sto­pa­dzie 1938 roku wu­jek Ro­mek wszedł do Sejmu II RP jako po­seł V ka­den­cji. Nie­cały rok póź­niej, chyba za­raz po 17 wrze­śnia 1939 roku, na wieść o po­cho­dzie Ar­mii Czer­wo­nej, która wcho­dziła w Pol­skę jak nóż w ma­sło roz­grzane słoń­cem tej go­rą­cej pory roku, oboje, cio­cia Irka i jej mąż, opu­ścili Tu­chlę, a bab­cia z mamą zo­stały i do­piero na po­czątku 1940 roku przy wy­mia­nie lud­no­ści prze­szły nową gra­nicę na Sa­nie i wró­ciły do Mi­la­nówka. W dro­dze ku gra­nicy ru­muń­skiej Osta­szew­scy za­trzy­mali się na noc gdzieś za Tar­no­po­lem. Tak opo­wia­dała bab­cia Zo­fia. Ale ja nie wiem do­kład­nie gdzie ani też u kogo. Naj­pew­niej w Czort­ko­wie. W la­tach 30. w re­gio­nie czort­kow­skim było kil­ka­dzie­siąt róż­nej wiel­ko­ści ma­jąt­ków ziem­skich na­le­żą­cych do róż­nych wła­ści­cieli, przed­wo­jenne dane mó­wią o pra­wie czter­dzie­stu. No więc w któ­rymś z nich się za­trzy­mali. U zna­jo­mych. Albo u zna­jo­mych zna­jo­mych.

– I po co oni w ogóle tam za­je­chali! – po­wta­rzała bab­cia Zo­fia, a w jej gło­sie jesz­cze po kil­ku­dzie­się­ciu la­tach brzmiała za­pra­wiona roz­go­ry­cze­niem nuta. Naj­pierw było in­to­na­cyjne cre­scendo, po któ­rym wbrew ocze­ki­wa­niom słu­cha­ją­cego na­stę­po­wało na­głe di­mi­nu­endo.

– Le­piej by­łoby im da­lej je­chać... – mó­wiła już ści­szo­nym gło­sem. – Je­chać, byle da­lej albo za­trzy­mać się gdzieś w pry­wat­nej kwa­te­rze. A nie u zna­jo­mych – do­po­wia­dała na ko­niec, ale to był już tylko po­głos, bez we­rwy, ja­kieś słabe, po­zba­wione po­cząt­ko­wego roz­draż­nie­nia echo.

A ja, dziecko Pol­skiej Rzecz­po­spo­li­tej Lu­do­wej, wi­dzia­łem pol­ski dwo­rek z gan­kiem, ko­lum­nami, ga­zo­nem i pod­jaz­dem. Zu­peł­nie taki sam jak w Ga­je­wie, gdzie już po woj­nie cio­cia Irka pra­co­wała jako księ­gowa. To był po­nie­miecki pa­ła­cyk w ol­brzy­mim PGR-ze na Żu­ła­wach, pod Mal­bor­kiem. Tam z ko­lei ja przy­jeż­dża­łem na wa­ka­cje z mamą i bab­cią. Cio­cia Irka i jej mama zaj­mo­wały trzy po­koje na pię­trze; na par­te­rze miesz­kała ro­dzina dy­rek­tora PGR-u. I to ten pa­ła­cyk z ko­lum­nami przed wej­ściem oczyma wy­obraźni prze­no­si­łem tuż nad przed­wo­jenną gra­nicę pol­sko-ru­muń­ską. I przed­sta­wia­łem so­bie, jak moja cio­cia za­jeż­dża tam ze swoim mę­żem, za­jeż­dża czarną li­mu­zyną, bo taką chyba wi­dzia­łem na sta­rej fo­to­gra­fii z Tu­chli: od­kryty ci­troën na po­lnej dro­dze. A może mi się to przy­wi­działo i nie ma ta­kiego zdję­cia? Z cza­sem w mo­jej gło­wie ów czort­kow­ski przy­gra­niczny dwo­rek, eklek­tyczny, bo po­wstały z frag­men­tów po­wo­jen­nego po­nie­miec­kiego pa­ła­cyku w żu­ław­skim pań­stwo­wym go­spo­dar­stwie rol­nym, ura­stał do rangi pa­ła­co­wej re­zy­den­cji, peł­nej przy­jezd­nych, gdzie Irka i Ro­mek spo­ty­kają zna­jo­mych, wi­tają się i w oży­wie­niu wy­mie­niają nie­cier­pli­wie naj­now­szymi wia­do­mo­ściami, a po­tem wspól­nie za­sia­dają do ko­la­cji w ob­szer­nej ja­dalni, przy wiel­kim stole. Go­spo­da­rze, ni­czym ja­cyś Bud­den­bro­oko­wie sto lat wcze­śniej, po­dej­mują ich, udzie­lają swoim przy­ja­cio­łom go­ściny, nie od­ma­wia­jąc jej także przy­ja­cio­łom przy­ja­ciół i zna­jo­mym zna­jo­mych, bo jak­żeby ina­czej. Z cza­sem za­czą­łem w ten ob­raz wmy­ślać do­dat­kowe szcze­góły, na przy­kład że gwar roz­mów przy wiel­kim, roz­su­wa­nym stole prze­rywa cza­sem wy­buch długo tłu­mio­nego śmie­chu, bo choć sy­tu­acja jest na­der po­ważna, to prze­cież wszy­scy tu­taj są względ­nie mło­dymi ludźmi i trudno im uwie­rzyć, że te­raź­niej­szość, która jesz­cze jest, tak na­gle się za­ła­mała. Wszak pa­mię­tają jesz­cze po­czątki od­zy­ska­nej po za­bo­rach nie­pod­le­gło­ści, o którą wielu z nich, jak Ro­mek Osta­szew­ski, wal­czyło, więc nie do końca wie­rzą, że to już kres kraju, nie geo­gra­ficzny, lecz fak­tyczny, ko­niec, fi­nalny akord, kon­wul­sje, li­kwi­da­cja mło­dego pań­stwa, które dało im szanse, wy­kształ­ce­nie, po­zy­cje, pro­fe­sje, po­sady, na­wet ma­jątki. Jak uwie­rzyć, że wszystko było z dykty, na po­kaz, po­tiom­ki­now­skie, trom­ta­drac­kie, skoro oni na­prawdę od lat się tru­dzili, była prze­cież i Gdy­nia, i był Cen­tralny Okręg Prze­my­słowy, był rząd nie­złomny, co od­gra­żał się wro­gom, że za­trzyma na­wet wszyst­kie gu­ziki swo­ich oby­wa­teli.

Chcą więc wy­je­chać i nie chcą, śpie­szą się i wcale nie. Jakby nie mo­gli się zde­cy­do­wać, jakby się wa­hali przed pod­ję­ciem osta­tecz­nej de­cy­zji, zwal­niali przed metą, oglą­da­jąc się za sie­bie, za mi­nio­nymi la­tami, po­zo­sta­wio­nym ma­jąt­kiem, nie­dawno urzą­dzo­nym do­mem w War­sza­wie, re­pre­zen­ta­cyj­nym miesz­ka­niem w alei Nie­pod­le­gło­ści, let­ni­skiem w Mi­la­nówku, oto­czo­nym wła­śnie za­kwi­ta­ją­cymi hor­ten­sjami, dzier­ża­wio­nym ma­jąt­kiem na wsi, który do­piero co wy­pro­wa­dzili z dłu­gów, no­wym ja­snym biur­kiem w urzę­dzie w śred­niej wiel­ko­ści mie­ście, pra­cow­nią w mo­der­ni­stycz­nym szpi­talu, kan­to­rem w ro­dzin­nej fir­mie, par­la­men­tar­nym ga­bi­ne­tem, salą roz­praw są­do­wych, szkolną klasą z dziećmi uro­dzo­nymi już w wol­nej Pol­sce. A jed­nak wszy­scy zmie­rzają ku gra­nicy kre­so­wej, by uciec już nie przed Niem­cami, bo ci są jesz­cze da­leko, ale przed So­wie­tami, bo ci są bli­sko, co­raz bli­żej, bli­żej, niż się wszyst­kim wy­da­wało, na­wet tuż-tuż, jak się już nie­ba­wem, chyba póź­nym wie­czo­rem 19 wrze­śnia, oka­zało.

So­wieci byli o go­dzinę drogi mi­li­cyjną budą, bo NKWD za­wsze i wszę­dzie wkra­cza, jak­żeby ina­czej, te­atral­nie, porą, która dra­ma­ty­zuje naj­ście, więc ciemną nocą, a może do­piero wcze­snym mgli­stym ran­kiem, bo taki już zwy­czaj służb taj­nych i dwu­pł­cio­wych. Funk­cjo­na­riusz albo ja­kiś po­li­ti­cze­skij ru­ko­wo­di­tiel wy­ciąga zza pa­zu­chy skó­rza­nego płasz­cza li­stę pro­skryp­cyjną, z którą zje­chał do ma­jątku, gdzie na ostatni noc­leg przed Za­lesz­czy­kami za­trzy­mało się wielu zna­jo­mych i przy­ja­ciół miej­sco­wego wła­ści­ciela, le­ka­rze, ad­wo­kaci, na­uczy­cielki, pa­nie domu, po­sło­wie, urzęd­nicy, ofi­ce­ro­wie. Od­czy­ty­wane są na­zwi­ska, spraw­dzane do­ku­menty, więk­szość ze­bra­nych męż­czyzn znaj­duje się na li­ście. Naj­pierw mu­szą przejść na drugą stronę sa­lonu, po­tem do holu. Jesz­cze nie ma po­py­cha­nia, nie ma po­gardy, nie ma znę­ca­nia się, en­ka­wu­dzi­ści są pro­fe­sjo­na­li­stami, wie­dzą, że na wszystko przyj­dzie czas. Te­raz pol­skie pany zo­staną aresz­to­wane. Wszy­scy. Nie ina­czej, bo w czort­kow­skim ma­jątku ze­brało się do­bo­rowe to­wa­rzy­stwo II Rzecz­po­spo­li­tej.

Ro­mek Osta­szew­ski przy­tom­nie, nie­mal w ostat­niej chwili, ściąga z palca ob­rączkę i za­nim go wy­pro­wa­dzą, od­daje żo­nie. Jesz­cze nie prze­cho­dzi mu przez głowę myśl, że to na pa­miątkę po nim. Na ra­zie tylko tak, po pro­stu, na wszelki wy­pa­dek, bo wie, jak w Ro­sji, na­wet tej so­wiec­kiej, szcze­gól­nie tej so­wiec­kiej, ceni się złoto. We wrze­śniu 1982 roku cio­cia Irka po­da­ruje obie ob­rączki, Romka i swoją, mnie i mo­jej przy­szłej żo­nie. To piękny gest, więc je­dziemy do Mal­borka, bo cio­cia jest już dawno na eme­ry­tu­rze i wy­pro­wa­dziła się z Ga­jewa. W dro­dze po­wrot­nej sie­dzimy w po­ciągu, przy oknie, na­prze­ciw sie­bie: moja na­rze­czona i ja. Pa­trzymy na sie­bie, spo­glą­damy na wła­sne od­bi­cia w szy­bach, na któ­rych wy­kwi­tają ja­kieś kształty, po­ja­wiają się cie­nie, a może to tylko ko­le­jowy brud i rdzawe za­ciem­nie­nia? Wi­zyta w ma­łym dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu w bloku zro­biła na mo­jej na­rze­czo­nej wra­że­nie. I nie z po­wodu Tu­chli lub Czort­kowa, bo jesz­cze nie wszystko wie, i nie z po­wodu bli­sko­ści po­tęż­nego zamku o mo­nu­men­tal­nych mu­rach z czer­wo­nej ce­gły, który Niemcy od­re­stau­ro­wali, a wła­ści­wie na nowo zbu­do­wali w XIX wieku, lecz z po­wodu sta­rych me­bli z po­upy­cha­nymi pa­miąt­kami i opo­wie­ści, które brzmiały dziw­nie w tym roku stanu wo­jen­nego, jesz­cze nie­znie­sio­nego, na­wet nie­za­wie­szo­nego. Ob­rączki wie­ziemy na pal­cach, tak jak oni, i jak oni je­dziemy na po­łu­dnie, przez cały kraj, tylko że my do Wro­cła­wia, a nie w stronę nie­ist­nie­ją­cej już gra­nicy z Ru­mu­nią. Cio­cia, jak tylko do­stała wy­dru­ko­wane za­pro­sze­nie na nasz ślub, sama za­ofe­ro­wała ten dar, cenny dla niej, bo to prze­cież pa­miątka oso­bi­sta, wy­jąt­kowa, cenny dla nas, bo to zwią­zek z hi­sto­rią ro­dziny, kraju. A jed­nak, kiedy mie­siąc po­tem SB mnie za­trzyma, in­ter­nuje i wsa­dzi do wię­zie­nia, a na­stęp­nie tak po pro­stu, aby bez­in­te­re­sow­nie do­ku­czyć, oszuka mo­ich ro­dzi­ców i na­rze­czoną, że prze­by­wam w wię­zie­niu w Grod­ko­wie – choć by­łem jesz­cze wiele dni we wro­cław­skim aresz­cie (do któ­rego oni przy­cho­dzili kilka razy z rze­czami dla mnie, my­dłem, szczotką do zę­bów, pa­stą i czymś do je­dze­nia, bo sie­dzia­łem w lek­kiej kurtce w po­nie­miec­kiej celi z wodą w wia­drze i twardą pry­czą, bez ka­wałka koca, po­duszki, pa­pieru to­a­le­to­wego), a po­tem po ty­go­dniu do­wie­dzą się od księ­dza z ny­skiej pa­ra­fii, że tam sie­dzę, i na­rze­czona przy­je­dzie na jedno wi­dze­nie, bo dru­giego już nie bę­dzie, bo funk­cjo­na­riusz jej po­wie, że mnie nie ma, że zo­sta­łem prze­wie­ziony do Strze­lina (ach, te bez­oso­bowe formy) i to aku­rat bę­dzie prawda, że nocą kilku z nas, zbyt ak­tyw­nych, prze­rzu­cono mi­li­cyjną więź­niarką do za­kładu kar­nego przy strze­liń­skich ka­mie­nio­ło­mach, więc po tym, jak się to wszystko wy­da­rzyło, wszy­scy, bez wy­jątku, uznają to za zły omen, na­wet moja ce­niąca pa­miątki i ce­le­bru­jąca wspo­mnie­nia mama, która w pa­trio­tycz­nym po­ry­wie już zle­ciła ju­bi­le­rowi, by na we­wnętrz­nych stro­nach po­ma­rań­czowo po­ły­sku­ją­cych ob­rą­czek do­gra­we­ro­wał przy „Irce” i „Romku”, na­sze imiona „Mag­da­lena” i „Je­rzy”, na­wet moja mama od­stąpi od tego nie­do­wa­rzo­nego po­my­słu. I mnie także, szcze­gól­nie w wię­zie­niu, wyda się to oso­bliwe, choć kiedy kry­mi­na­li­ści z wy­ro­kami od dzie­się­ciu do dwu­dzie­stu pię­ciu lat, jak to w Strze­li­nie, da­dzą nam, in­ter­no­wa­nym, znać, że Breż­niew do­łą­czył do Le­nina i Sta­lina, ogar­nie nas wielka ra­dość, a ja po­my­ślę so­bie, że hi­sto­ria się jed­nak nie po­wta­rza. A gdy już wy­sze­dłem z wię­zie­nia, oka­zało się, że Mag­da­lena my­śli o tych ob­rącz­kach tak samo jak ja, a na­wet bar­dziej jesz­cze, bo jak to tak, wsu­wać palce w czy­jeś ob­rączki, jakby się je wsa­dzało w czy­jeś ży­cie. Kiedy ja sie­dzia­łem albo bie­głem mię­dzy szpa­le­rami wyż­szych o głowę zo­mow­ców w peł­nym rynsz­tunku z uja­da­ją­cymi owczar­kami nie­miec­kimi w iście fil­mo­wej, choć rze­czy­wi­stej sce­nie, i ze stresu wy­pa­dały mi włosy z głowy, na­rze­czona cho­dziła do urzędu stanu cy­wil­nego, żeby raz po raz prze­su­wać datę ślubu, a pani w okienku po­wta­rzała, że nie ma wol­nych ter­mi­nów, nie, bo nie, wcale nie, ale kiedy się do­wie­działa, że je­stem in­ter­no­wany, od razu spy­tała: „To na kiedy pani chce ten ślub?”. No i po tym prze­su­wa­nym i w końcu prze­su­nię­tym ślu­bie nie bę­dziemy już no­sić tych ob­rą­czek, tylko ich ko­pie. Ory­gi­nały scho­wane w me­ta­lo­wej ka­setce, za­mknię­tej na pa­ten­towy za­mek, przy­śru­bo­wa­nej do be­to­no­wego pod­łoża na dnie za­bu­do­wa­nej szafy w sy­pialni, padną po la­tach łu­pem pol­skich zło­dziei, gra­bież­ców, któ­rzy pew­nie jesz­cze znali z lek­cji re­li­gii dzie­sięć przy­ka­zań, bo chyba jak więk­szość w kraju byli ochrzczeni w rzym­sko­ka­to­lic­kim ko­ściele i uczęsz­czali na ka­te­chezę, bo prze­cież mu­zuł­ma­nów i ży­dów pra­wie u nas nie ma, więc czego nie ukradł so­wiecki soł­dat w 1939 roku, ukrad­nie w 2007 roku wro­cław­ski zło­dziej i sprzeda za bez­cen pa­se­rowi, by nie­uczciwy pol­ski ju­bi­ler prze­to­pił na bi­żu­te­rię dla no­wo­bo­gac­kich te cenne ob­rączki we­spół z ich war­to­ścią sen­ty­men­talną i po­łą­czył z po­ży­dow­skim zło­tem, bo ono prze­cież jest w tym kraju nie­ustan­nie w obiegu.

Ro­mek Osta­szew­ski sie­dział naj­pierw w czort­kow­skim wię­zie­niu, po­tem prze­wie­ziono go do obozu Paw­lisz­czew Bor, na­stęp­nie przez Juch­now i Ko­zielsk tra­fił do Ki­jowa, a stam­tąd wy­wie­ziono go w nie­zna­nym kie­runku. Od­na­lazł się do­piero po la­tach. Na li­ście ka­tyń­skiej. Irka ni­gdy nie wy­szła za mąż.

Frag­ment au­to­bio­gra­ficz­nej po­wie­ści pod ro­bo­czym ty­tu­łem Re­ise­fie­ber.

JE­RZY KOCH (ur. 1958), li­te­ra­tu­ro­znawca, ni­der­lan­dy­sta i ger­ma­ni­sta. Au­tor licz­nych pu­bli­ka­cji po­świę­co­nych li­te­ra­tu­rze ko­lo­nial­nej, ni­der­landz­kiej i po­łu­dnio­wo­afry­kań­skiej. Tłu­macz li­te­ra­tury ni­der­landz­kiej, nie­miec­kiej i afri­ka­ans. Wie­lo­krot­nie na­gra­dzany za swoje prze­kłady, w tym po­ezji m.in. Brey­tena Brey­ten­ba­cha, Mi­riam Van hee, An­tjie Krog. Uho­no­ro­wany Li­te­racką Na­grodą Gdy­nia za prze­kład po­wie­ści Mój mały zwie­rzaku Ma­rieke Lu­casa Rij­ne­velda.

Prozę w „Pi­śmie” wspiera Mia­sto Gdy­nia,spon­sor Na­grody Li­te­rac­kiej GDY­NIA

STU­DIUM

Nie wi­dzę, nie sły­szę, nie mó­wię, nie ro­bię

MAG­DA­LENA KI­CIŃ­SKAry­sunkiJO­ANNA STRU­TYŃ­SKA

W POL­SCE WCIĄŻ MOŻNA prze­ry­wać ciążę w dwóch prze­wi­dzia­nych ustawą przy­pad­kach. Le­ka­rze ucie­kają jed­nak od od­po­wie­dzial­no­ści za ży­cie i zdro­wie pa­cjen­tek. Nie chcą ry­zy­ko­wać, mieć na karku pro­ku­ra­tora, bo nie po­zwala im su­mie­nie, bo wolą święty spo­kój.

To była nie­pla­no­wana, ale wy­ma­rzona ciąża. Jo­anna Kawka, de­ve­lo­perka IT, war­sza­wianka, matka ośmio­latki, wiele lat temu usły­szała od le­ka­rzy, że wię­cej dzieci mieć nie bę­dzie. Kiedy więc w marcu na te­ście zo­ba­czyła dwie kre­ski, nie­do­wie­rza­nie mie­szało się ze szczę­ściem.

– Ciąża – mówi – wy­glą­dała do­brze, ale zno­si­łam ją fa­tal­nie, wy­mio­to­wa­łam od rana do wie­czora, na­wet wody nie mo­głam pić.

Na kon­tro­l­nym USG, pry­wat­nie, w ra­mach abo­na­mentu w jed­nej z naj­więk­szych sieci me­dycz­nych, pod ko­niec dzie­wią­tego ty­go­dnia ciąży, le­karz wy­ko­nu­jący ba­da­nie mil­czał.

– Więc już wie­dzia­łam. Za­ro­dek ob­umarł.

To ona prze­rwała ci­szę.

– „Nic z tego nie bę­dzie?” – za­py­ta­łam. Cho­ciaż nie był sta­ży­stą czy po­cząt­ku­ją­cym le­ka­rzem, wi­dzia­łam za­kło­po­ta­nie na jego twa­rzy, nie wie­dział, jak mi to po­wie­dzieć. Czu­łam, że mu ulżyło, kiedy się ode­zwa­łam. Na­wet było mi go szkoda.

To ona też za­py­tała, co ma da­lej zro­bić. Usły­szała: „Cze­kać na po­ro­nie­nie sa­mo­istne” (bez in­ge­ren­cji me­dycz­nej).

– Zdrę­twia­łam. Ty­dzień? Dwa? Nie wie­dzia­łam, ile to bę­dzie trwało – opo­wiada. – Prze­cież poza tymi wy­mio­tami czu­łam się do­brze, jakby ciało uda­wało, że wszystko jest okej, że ciąża jest okej. Mia­łam tak cho­dzić, prze­pra­szam, ale tak się wła­śnie czu­łam, z mi­kro­trup­kiem w środku?

W week­end ko­le­żanka Jo­anny ob­dzwa­niała szpi­tale, py­ta­jąc, czy mogą ją przy­jąć, ale wszę­dzie sły­szała to samo: przyjść na izbę przy­jęć i cze­kać.

– W żad­nym z war­szaw­skich szpi­tali nie można się było umó­wić na za­bieg za­koń­cze­nia tej ciąży. Nie chcia­łam iść na SOR [szpi­talny od­dział ra­tun­kowy – przyp. red.], są prze­cią­żone, czeka się tam po kilka, kil­ka­na­ście go­dzin, a czu­łam się fa­tal­nie, nie mia­łam na to siły. Ry­cza­łam w po­duszkę.

Jo­anna już raz po­ro­niła. Kilka lat wcze­śniej ciąża roz­wi­jała się pra­wi­dłowo, do­piero pod ko­niec pierw­szego try­me­stru, kiedy już, spo­kojni, ra­zem z mę­żem po­dzie­lili się wia­do­mo­ścią z naj­bliż­szymi, oka­zało się, że za­ro­dek ob­umarł. Zgło­siła się wtedy na SOR Szpi­tala Bie­lań­skiego.

– Ro­zu­miem za­sady triażu [se­lek­cji pa­cjen­tów pod ką­tem stop­nia ob­ra­żeń, do­le­gli­wo­ści i ro­ko­wań – przyp. M.K.], moja sy­tu­acja nie była na­gła, dla­tego cze­ka­łam. Wiele go­dzin. Z sali obok do­bie­gał dźwięk apa­ra­tury KTG, bi­cia serc dzieci od­bi­jały się echem. Do­okoła mnie ro­dzące, póź­niej, po po­łu­dniu, ro­dziny wy­pi­sy­wane ze szpi­tala: no­wo­rodki w no­si­dłach. A ja z mar­twym pło­dem. W końcu przy­szła moja ko­lej. Po­nowne USG wy­ko­nała mi stu­dentka, le­karka, która ją nad­zo­ro­wała, kar­ciła ją nade mną. Nikt się do mnie nie od­zy­wał. W końcu je­den z le­ka­rzy po­wie­dział: „Skro­banka albo ta­bletki”.

Wy­brała to dru­gie. Ro­niła w domu.

– Nie lu­bię nad­uży­wa­nia słowa „trau­ma­tyczny”, ale my­ślę, że moje do­świad­cze­nie na SOR wła­śnie ta­kie było. Ani przez chwilę nie czu­łam się tam pa­cjentką. I długo po­tem uni­ka­łam cię­żar­nych, na­wet na ulicy, kiedy wi­dzia­łam ko­bietę w ciąży, prze­cho­dzi­łam na drugą stronę.

Nic więc dziw­nego, że tym ra­zem nie zde­cy­do­wała się na wie­lo­go­dzinne ocze­ki­wa­nie wśród ko­biet w ciąży, ro­dzą­cych. Kilka dni póź­niej miała umó­wioną pry­watną wi­zytę u gi­ne­ko­loga. Za­py­tał ra­do­śnie: „Z czym pani przy­cho­dzi?”. At­mos­fera sia­dła, kiedy po­wie­działa, że z po­ro­nie­niem.

Znów usły­szała to samo: „Może pani cze­kać na po­ro­nie­nie sa­mo­istne albo iść do szpi­tala”. Czyli po­now­nie zgło­sić się na izbę przy­jęć i cze­kać kilka, kil­ka­na­ście go­dzin. Na py­ta­nie o ta­bletki wy­wo­łu­jące po­ro­nie­nie le­karz roz­ło­żył ręce. „Pro­szę pani, bar­dzo bym chciał, ale nie mogę. Wie pani, jaki te­raz mamy w Pol­sce kli­mat”.

To wtedy, jak wspo­mina Jo­anna, zu­peł­nie się roz­sy­pała. Nie mo­gła prze­stać pła­kać. Z jed­nej strony wi­zja spę­dze­nia wielu go­dzin w po­cze­kalni izby przy­jęć, z dru­giej cho­dze­nie ty­dzień, dwa albo i dłu­żej z mar­twym pło­dem – oba wa­rianty wy­wo­ły­wały ta­kie samo prze­ra­że­nie. „Wiem, że to trudne – mó­wił le­karz – ale może pani pójść do na­szego pry­wat­nego szpi­tala, od­płat­nie, bę­dzie pani miała tam bar­dziej kom­for­towe wa­runki niż w pań­stwo­wym”.

Jo­anna za­koń­czyła swoją ciążę sama. Zdo­była po­trzebne ta­bletki po­ronne, za­żyła je w domu. Nie zła­mała prawa. Le­ka­rze, je­śliby jej po­mo­gli, rów­nież by tego nie zro­bili.

Bo zgod­nie z obo­wią­zu­jącą ustawą o pla­no­wa­niu ro­dziny, ochro­nie płodu ludz­kiego i wa­run­kach do­pusz­czal­no­ści prze­ry­wa­nia ciąży to ostat­nie moż­liwe jest w dwóch sy­tu­acjach: kiedy za­cho­dzi uza­sad­nione po­dej­rze­nie, że ciąża po­wstała w wy­niku czynu za­bro­nio­nego (na przy­kład gwałtu czy ka­zi­rodz­twa) i gdy ciąża sta­nowi za­gro­że­nie dla ży­cia lub zdro­wia ko­biety. Trze­cia prze­słanka (em­brio­pa­to­lo­giczna) do prze­rwa­nia ciąży z po­wodu cięż­kich i nie­od­wra­cal­nych wad płodu lub nie­ule­czal­nej cho­roby za­gra­ża­ją­cej jego ży­ciu zo­stała znie­siona wy­ro­kiem Try­bu­nału Kon­sty­tu­cyj­nego (TK) opu­bli­ko­wa­nym w stycz­niu 2021 roku.

No­sze­nie w so­bie ob­umar­łego za­rodka może pod pew­nymi wa­run­kami (na przy­kład stanu zdro­wia ko­biety, w tym psy­chicz­nego, in­nych scho­rzeń, wieku czy etapu ciąży) speł­niać tę drugą prze­słankę. Dla­czego więc le­ka­rze, na któ­rych tra­fiała Jo­anna, nie udzie­lili jej ade­kwat­nej po­mocy me­dycz­nej? Mie­siąc póź­niej, na kon­tro­l­nej wi­zy­cie u swo­jego sta­łego gi­ne­ko­loga, Jo­anna usły­szała: „Pro­szę pani, tech­nicz­nie jest to moż­liwe. Po­trzebne są opi­nie dwóch le­ka­rzy, ten wa­ru­nek był speł­niony i można było prze­pi­sać ta­bletki. Tylko że le­ka­rze nie chcą, bo po­tem ktoś przyj­dzie na kon­trolę, będą mu­sieli wy­ja­śniać, więc na wszelki wy­pa­dek od­sy­łają do szpi­tala, gdzie ta od­po­wie­dzial­ność roz­kłada się na wię­cej osób. Co się będą sami wy­chy­lać?”.

Taki mamy te­raz w Pol­sce kli­mat?

PO WY­ROKU TK abor­cja z prze­słanki em­brio­pa­to­lo­gicz­nej prze­stała być le­galna i nie można jej wy­ko­nać w żad­nym pol­skim szpi­talu. Tym sa­mym pol­skie prawo do­ty­czące prze­ry­wa­nia ciąży stało się naj­bar­dziej re­stryk­cyj­nym w Unii Eu­ro­pej­skiej i w ca­łej Eu­ro­pie (tylko w An­do­rze jest ono jesz­cze ostrzej­sze: abor­cja jest tam za­ka­zana cał­ko­wi­cie).

Wciąż zgodne z pra­wem jest jed­nak prze­ry­wa­nie ciąży w przy­padku za­gro­że­nia ży­cia lub zdro­wia pa­cjentki. Ustawa nie okre­śla pre­cy­zyj­nie stop­nia i cha­rak­teru owych za­gro­żeń. Tyle jed­nak teo­rii, bo jak po­ka­zują hi­sto­rie wielu ko­biet, któ­rym tego prawa od­mó­wiono lub utrud­niano jego re­ali­za­cję, sy­tu­acja ko­biet w ciąży od­biega da­leko od stan­dar­dów, które wy­zna­czają ramy usta­wowe.

A te i tak są zbyt wą­skie, by po­mie­ścić rze­czy­wi­stość. Bo abor­cja to po­wszechne do­świad­cze­nie – we­dług ra­portu z 2022 roku przy­go­to­wa­nego przez Gut­t­ma­cher In­sti­tute (or­ga­ni­za­cję po­za­rzą­dową fi­nan­so­waną mię­dzy in­nymi przez Świa­tową Or­ga­ni­za­cję Zdro­wia, po­wo­łaną w USA w 1968 roku; zaj­muje się zdro­wiem re­pro­duk­cyj­nym i mo­ni­to­ruje jego stan na ca­łym świe­cie) glo­bal­nie 61 pro­cent nie­chcia­nych ciąż koń­czy się abor­cją (rocz­nie to 73 mi­liony abor­cji). De­cy­dują się na nią ko­biety w związ­kach, rów­nież mał­żeń­skich, a także sin­gielki. Matki i bez­dzietne. Prze­ry­wane są ciąże wy­cze­ki­wane, jak ta Jo­anny, i nie­chciane, cza­sem po­wstałe w wy­niku gwałtu lub ka­zi­rodz­twa.

Z da­nych udo­stęp­nio­nych przez Mi­ni­ster­stwo Zdro­wia wy­nika, że mię­dzy 2016 a 2020 ro­kiem wy­ko­ny­wano śred­nio 1084 abor­cji rocz­nie. Dla zo­bra­zo­wa­nia skali: we­dług da­nych Głów­nego Urzędu Sta­ty­stycz­nego w 2021 roku w Pol­sce żyło 19 mi­lio­nów 647 ty­sięcy ko­biet, w tym po­nad 11 mi­lio­nów w wieku pro­duk­cyj­nym.

W Niem­czech, kraju, w któ­rym obo­wią­zuje bar­dziej li­be­ralne prawo (abor­cja do dwu­na­stego ty­go­dnia ciąży jest moż­liwa), choć po­nad­dwu­krot­nie licz­niej­szym, w 2018 roku wy­ko­nano po­nad 100 ty­sięcy le­gal­nych za­bie­gów prze­rwa­nia ciąży. A w dzie­się­cio­mi­lio­no­wych Cze­chach (gdzie prawo jest dużo bar­dziej li­be­ralne – abor­cja jest do­pusz­czalna w pierw­szych trzech mie­sią­cach bez po­da­nia po­wodu, a póź­niej z wy­raź­nych wska­zań me­dycz­nych) w 2019 roku prze­rwano nie­mal 32 ty­siące ciąż.

We­dług da­nych Mi­ni­ster­stwa Zdro­wia w 2022 roku w dzie­wię­ciu wo­je­wódz­twach nie prze­pro­wa­dzono ani jego za­biegu. Ozna­cza­łoby to, że ist­nieją w Pol­sce te­reny za­miesz­kane przez mi­liony ko­biet, w któ­rych nie było wska­za­nia do choćby jed­nej abor­cji. Jak w pod­kar­pac­kiem, gdzie w la­tach 2016–2022 prze­pro­wa­dzono łącz­nie trzy za­biegi na mi­lion sto ty­sięcy ko­biet. O to, czy to moż­liwe, za­py­ta­łam Do­mi­nika Prze­szla­kow­skiego, gi­ne­ko­loga-po­łoż­nika z Kra­kowa.

– Wy­klu­czone. Sta­ty­stycz­nie i fak­tycz­nie nie jest to moż­liwe. Mamy tu do czy­nie­nia albo z od­sy­ła­niem pa­cjen­tek poza wo­je­wódz­two, albo z na­cią­ganą, kre­atywną księ­go­wo­ścią: le­ka­rze prze­pro­wa­dzają abor­cje, ale ich nie ra­por­tują, żeby nie ro­bić so­bie kło­potu, bądź za­pi­sują ina­czej, na przy­kład jako po­ro­nie­nie.

Źró­dło da­nych: Mi­ni­ster­stwo Zdro­wia.

We­dług ba­da­nia CBOS sprzed dzie­się­ciu lat „w ciągu swo­jego ży­cia ciążę prze­rwała, z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem, nie mniej niż co czwarta, ale też nie wię­cej niż co trze­cia do­ro­sła Po­lka. W skali ca­łego spo­łe­czeń­stwa daje to od 4,1 do 5,8 mi­liona ko­biet”. Jed­no­cze­śnie in­sty­tu­cja ba­daw­cza przy­zna­wała, że trudno osza­co­wać, ile abor­cji do­ko­nuje się w ciągu roku. „Prawny za­kaz prze­ry­wa­nia ciąży po­daje w wąt­pli­wość ich kom­plet­ność – liczba le­gal­nych za­bie­gów z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem od­daje le­d­wie wy­ci­nek rze­czy­wi­sto­ści. Nie­do­stęp­ność oraz ne­ga­tywna ocena spo­łeczna abor­cji może skła­niać ko­biety bę­dące w nie­chcia­nej ciąży do ko­rzy­sta­nia z usług nie­re­je­stro­wa­nych bądź do prze­ry­wa­nia ciąży poza gra­ni­cami kraju. «Pod­zie­mie» i «tu­ry­styka abor­cyjna» sta­no­wią duże utrud­nie­nie przy okre­śla­niu liczby abor­cji”.

Jaka jest re­alna skala abor­cji? We­dług da­nych ze­bra­nych przez Gut­t­ma­cher In­sti­tute mię­dzy 2015 a 2019 ro­kiem abor­cji do­ko­nały 93 ty­siące Po­lek. Fe­dera (Fe­de­ra­cja na rzecz Ko­biet i Pla­no­wa­nia Ro­dziny, or­ga­ni­za­cja po­za­rzą­dowa dzia­ła­jąca na rzecz spra­wie­dli­wo­ści re­pro­duk­cyj­nej), opie­ra­jąc się na da­nych hi­sto­rycz­nych, sta­ty­sty­kach z kra­jów o po­dob­nym pro­filu de­mo­gra­ficz­nym i ra­por­cie CBOS z 2013 roku, po­daje liczbę 150 ty­sięcy rocz­nie. Z ko­lei we­dług Abor­cyj­nego Dream Te­amu (ADT), or­ga­ni­za­cji świad­czą­cej po­moc w prze­pro­wa­dza­niu abor­cji, mo­żemy mó­wić o co naj­mniej kil­ku­dzie­się­ciu ty­sią­cach prze­ry­wa­nych ciąż rocz­nie.

– Ko­biety – mówi Na­ta­lia Bro­niar­czyk, dzia­łaczka ADT – dzwo­nią do nas co­dzien­nie. Same jako ADT po­mo­gły­śmy już kil­ku­na­stu ty­siącom ko­biet, a je­ste­śmy tylko jedną z wielu ta­kich ini­cja­tyw. Co­dzien­nie około setki ko­biet otrzy­muje od nas wspar­cie. Więk­szo­ści ko­biet, któ­rym po­ma­gamy, wy­star­czą leki: ro­nią na wcze­snym eta­pie ciąży, bez in­ge­ren­cji me­dycz­nej [Świa­towa Or­ga­ni­za­cja Zdro­wia po­twier­dza, że taka me­toda jest bez­pieczna i prze­pro­wa­dzona zgod­nie ze wska­za­niami może być trak­to­wana jako al­ter­na­tywa dla po­ro­nie­nia pod nad­zo­rem per­so­nelu me­dycz­nego – przyp. M.K.].

Dzie­więć­dzie­siąt trzy ty­siące przez cztery lata, 150 ty­sięcy rocz­nie, setka dzien­nie – tak wy­glą­dają dane do­ty­czące pod­zie­mia abor­cyj­nego w Pol­sce. Trudno je uśred­nić. Ale na pewno mają nie­wiele wspól­nego z ofi­cjal­nymi sta­ty­sty­kami. Szcze­gól­nie że we­dług da­nych mi­ni­ster­stwa w 2021 roku, kiedy w ży­cie wszedł wy­rok TK, liczba le­gal­nych abor­cji spa­dła dia­me­tral­nie do za­le­d­wie 107 przy­pad­ków (i 161 w 2022 roku). Jak pi­sała w swoim ra­por­cie Fe­dera: „Liczba prze­pro­wa­dzo­nych abor­cji za­de­kla­ro­wana w spra­woz­da­niu nie od­daje na­wet dzie­sięt­nej wszyst­kich ter­mi­na­cji ciąży prze­pro­wa­dzo­nych w kraju. (...) Tylko w ra­mach na­szej pracy wy­eg­ze­kwo­wa­ły­śmy do­stęp do więk­szej liczby za­bie­gów niż wspo­mniane 107. Abor­cje są dziś kla­sy­fi­ko­wane na wszel­kie moż­liwe spo­soby – jako po­ro­nie­nia za­trzy­mane, ob­umar­cia płodu, krwa­wie­nia, przez co nie wid­nieją w sta­ty­sty­kach. Dla­czego? Naj­praw­do­po­dob­niej ze stra­chu i chęci unik­nię­cia mi­ni­ste­rial­nych kon­troli”.

BO CHOĆ W POL­SCE wciąż le­galne jest prze­ry­wa­nie ciąży, to wy­eg­ze­kwo­wa­nie tego prawa oka­zuje się czę­sto utrud­nione albo wręcz nie­moż­liwe. W teo­rii, je­śli ciąża za­graża zdro­wiu (fi­zycz­nemu lub psy­chicz­nemu), ko­bieta po­winna do­stać za­świad­cze­nie od le­ka­rza, in­nego niż ten, który roz­po­znał ciążę, po­twier­dza­jące wska­za­nie do abor­cji. A je­żeli ciąża po­cho­dzi z czynu za­bro­nio­nego, po­winna otrzy­mać po­twier­dze­nie z pro­ku­ra­tury. Wraz z pi­semną zgodą na ter­mi­na­cję i skie­ro­wa­niem do szpi­tala zgła­sza się do wy­bra­nej pla­cówki (re­jo­ni­za­cja w przy­padku abor­cji nie obo­wią­zuje). W każ­dym, który ma pod­pi­sany kon­trakt z Na­ro­do­wym Fun­du­szem Zdro­wia (NFZ), może sko­rzy­stać z prawa do abor­cji jako świad­cze­nia me­dycz­nego.

W prak­tyce na każ­dym eta­pie tej drogi po­ja­wiają się pro­blemy. Mó­wią o nich dzia­łaczki or­ga­ni­za­cji ko­bie­cych i same pa­cjentki.

Po pierw­sze, ko­biety nie do­wia­dują się o swoim fak­tycz­nym sta­nie lub na­stę­puje to zbyt późno. Tak było w przy­padku Ma­riny Ja­wor­skiej. W sie­dem­na­stym ty­go­dniu ciąży do­wie­działa się, że uro­dzi córkę. Ale już nie tego, że płód cierpi na akra­nię (brak czaszki), o czym po­in­for­mo­wała ją inna le­karka na ko­lej­nym ba­da­niu do­piero w trzy­dzie­stym ty­go­dniu ciąży. Mimo wska­za­nia do ter­mi­na­cji (akra­nia jest wadą wro­dzoną) war­szaw­ski szpi­tal przy ulicy Inf­lanc­kiej, do któ­rego zgło­siła się pa­cjentka, od­mó­wił jej wy­ko­na­nia. Do­piero po po­wro­cie z urlopu dy­rek­tora pla­cówki i in­ter­wen­cji Fe­dery wy­wo­łano po­ród mar­twego płodu – w trzy­dzie­stym trze­cim ty­go­dniu. – W celu za­po­bie­ga­nia po­dob­nym sy­tu­acjom oraz zgod­nie z za­le­ce­niami Rzecz­nika Praw Pa­cjenta per­so­nel pla­cówki prze­szedł cykl szko­leń, w tym z za­kresu stan­dar­dów opieki oko­ło­po­ro­do­wej, udzie­la­nia świad­czeń zdro­wot­nych pa­cjent­kom w sy­tu­acjach szcze­gól­nych - prze­ka­zała Ka­ro­lina Ja­kob­sche, rzecz­niczka szpi­tala.

Po dru­gie, le­ka­rze od­ma­wiają wy­da­nia za­świad­cze­nia, po­wo­łu­jąc się na klau­zulę su­mie­nia (we­dle ustawy o za­wo­dzie le­ka­rza i le­ka­rza den­ty­sty „le­karz może po­wstrzy­mać się od wy­ko­na­nia świad­czeń zdro­wot­nych nie­zgod­nych z jego su­mie­niem, z za­strze­że­niem art. 30 [sy­tu­acja bez­po­śred­niego za­gro­że­nia ży­cia – przyp. M.K.], z tym że ma obo­wią­zek od­no­to­wać ten fakt w do­ku­men­ta­cji me­dycz­nej”). Zda­rza się, że nie mó­wią o tym wprost, za­miast tego od­wle­kają wy­da­nie do­ku­mentu, pro­po­nują ko­lejne kon­sul­ta­cje.

Po trze­cie, na­wet je­śli ko­bieta zgro­ma­dziła już do­ku­menty (opi­nię po­twier­dza­jącą prawo do za­biegu, za­świad­cze­nie pro­ku­ra­tor­skie, skie­ro­wa­nie i pod­pi­saną przez sie­bie zgodę na za­bieg), w szpi­talu, do któ­rego się zgła­sza, czę­sto nie może zna­leźć gi­ne­ko­loga, który prze­pro­wa­dzi za­bieg, bo w pla­cówce wszy­scy le­ka­rze po­wo­łują się na klau­zulę. To sy­tu­acja nie­zgodna z pra­wem, ale po­wszechna, o czym świad­czą dane udo­stęp­nione przez Mi­ni­ster­stwo Zdro­wia, po­ka­zu­jące, w jak nie­wielu pol­skich pla­ców­kach prze­pro­wa­dza się abor­cję.

Je­śli le­karz od­mówi, za­trud­nia­jący go szpi­tal po­wi­nien (co nie jest rów­no­znaczne z „musi”, bo prawo nie jest tu ka­te­go­ryczne) za­dbać o moż­li­wość wy­ko­na­nia abor­cji (je­śli nie za­dba – pa­cjentka sama musi zna­leźć inną pla­cówkę).

Spraw­dzam. W sierp­niu dzwo­nię pięć razy pod nu­mer ca­ło­do­bo­wej te­le­fo­nicz­nej in­fo­li­nii pa­cjenta (TIP) w NFZ. Po­daję, że mam kom­plet do­ku­men­tów ze skie­ro­wa­niem do szpi­tala włącz­nie i py­tam, do któ­rego mam się zgło­sić, za każ­dym ra­zem wska­zu­jąc inne wo­je­wódz­two (wy­bie­ram trzy, w któ­rych we­dle in­for­ma­cji Mi­ni­ster­stwa Zdro­wia są prze­pro­wa­dzane pro­ce­dury abor­cji: wiel­ko­pol­skie, dol­no­ślą­skie, po­mor­skie, i dwa, w któ­rych się tego nie robi: pod­la­skie i lu­bel­skie).

Za każ­dym ra­zem kon­sul­tanci kie­ro­wali mnie do dwóch, trzech szpi­tali (za­zwy­czaj w sto­li­cach wo­je­wództw, po­mi­ja­jąc zu­peł­nie część in­nych od­dzia­łów gi­ne­ko­lo­giczno-po­łoż­ni­czych). Tam wprost nie od­mó­wiono mi przy­ję­cia (z wy­jąt­kiem jed­nej pla­cówki – po­le­co­nej w pierw­szej ko­lej­no­ści przez kon­sul­tantkę NFZ), ale de­cy­zja o tym miała zo­stać pod­jęta po sta­wie­niu się oso­bi­ście z kom­ple­tem do­ku­men­tów. Usta­le­nie kon­kre­tów wy­ma­gało od trzech do pię­ciu te­le­fo­nów, pod­czas któ­rych mu­sia­łam po­wta­rzać swoją trudną emo­cjo­nal­nie hi­sto­rię ko­lej­nym oso­bom i czu­łam się jak na­trętna pe­tentka, a nie pa­cjentka w po­trze­bie.

Nie­za­leż­nie od te­le­fo­nów do TIP wy­sła­łam też py­ta­nia do dwu­dzie­stu szpi­tali z od­dzia­łami gi­ne­ko­lo­giczno-po­łoż­ni­czymi (wy­bie­ra­jąc na pod­sta­wie ran­kin­gów po­le­ca­nych przez pa­cjentki pla­có­wek) z py­ta­niem, czy prze­pro­wa­dza się w nich pro­ce­durę usu­nię­cia ciąży. Do czasu pu­bli­ka­cji tek­stu otrzy­ma­łam od­po­wie­dzi tylko z dzie­wię­ciu. Kie­row­nic­two jed­nego z nich, Szpi­tala Po­wia­to­wego imie­nia Pra­łata J. Glo­watz­kiego w Strzel­cach Opol­skich, przy­znało, że w ich pla­cówce abor­cji się nie do­ko­nuje. Mają pod­pi­sany kon­trakt z NFZ, od­mowa świad­cze­nia le­gal­nej pro­ce­dury jest więc nie­zgodna z pra­wem. Na py­ta­nie, z ja­kiej pod­stawy praw­nej wy­nika od­mowa, szpi­tal nie od­po­wie­dział. Za­py­ta­łam opol­ski od­dział NFZ, któ­remu pod­lega szpi­tal, czy jest świa­domy tego stanu rze­czy i czy prze­pro­wa­dzi w tej pla­cówce kon­trolę. Po­in­for­mo­wano mnie, że ta­kich kon­troli w ostat­nich dwóch la­tach nie prze­pro­wa­dzono.

– Le­ka­rze boją się kie­row­nic­twa – mówi kra­kow­ski gi­ne­ko­log Do­mi­nik Prze­szla­kow­ski – a te w szpi­ta­lach bar­dzo czę­sto po­cho­dzą z nada­nia po­li­tycz­nego [szpi­tale w więk­szo­ści pod­le­gają sa­mo­rzą­dom i to one, przez swoje wła­dze wy­ko­naw­cze, mia­nują i od­wo­łują dy­rek­to­rów – przyp. M.K.]. Kie­row­nicy pla­có­wek być może boją się pre­sji ze strony tych, któ­rzy ich na te sta­no­wi­ska mia­nują. I tak zwią­zani lę­kiem bu­dują tę pi­ra­midę za­leż­no­ści, a w efek­cie bier­no­ści.

Szpi­tal w Strzel­cach Opol­skich, jak więk­szość z 585 pu­blicz­nych pla­có­wek, pod­lega wła­dzom sa­mo­rzą­do­wym – w tym przy­padku za­rzą­dowi po­wiatu, który nie od­po­wie­dział na py­ta­nie o od­po­wie­dzial­ność za funk­cjo­no­wa­nie pla­cówki. Do li­sty osób, które mają wpływ na to, jak są obec­nie re­ali­zo­wane prawa ko­biet, można do­pi­sać ko­lejne: dy­rek­to­rów szpi­tali i tych, któ­rzy ich mia­nują (a więc i mogą od­wo­ły­wać), oraz or­gany kon­tro­lu­jące ich pracę.

ZGOD­NIE Z KWIET­NIO­WYMI da­nymi Na­czel­nej Izby Le­kar­skiej (NIL) za­wód gi­ne­ko­loga i po­łoż­nika w Pol­sce wy­ko­nuje obec­nie 7995 osób (i 369 gi­ne­ko­lo­gów-on­ko­lo­gów). Ilu z nich po­wo­łuje się na klau­zulę su­mie­nia? Nie wia­domo. Bo choć zgod­nie z pra­wem le­ka­rze mu­szą o tym in­for­mo­wać swo­ich prze­ło­żo­nych, to w prak­tyce wielu z nich tego nie robi – za­trud­nieni na kon­trak­tach, nie po­zo­stają w sto­sunku pracy ob­li­gu­ją­cym ich do tego. Wielu z nich uważa, że samo py­ta­nie ich o to, czy ko­rzy­stają z klau­zuli, na­ru­sza art. 53 ust. 7 kon­sty­tu­cji, który za­ka­zuje zmu­sza­nia ko­go­kol­wiek do ujaw­nie­nia świa­to­po­glądu, prze­ko­nań re­li­gij­nych lub wy­zna­nia (po­wo­łu­jąc się na te prze­pisy, Fun­da­cja Ordo Iu­ris pro­te­sto­wała, gdy w 2014 roku Mi­ni­ster­stwo Zdro­wia skie­ro­wało do 406 szpi­tali z od­dzia­łami gi­ne­ko­lo­giczno-po­łoż­ni­czymi py­ta­nie o liczbę le­ka­rzy, któ­rzy od­wo­łali się do klau­zuli, od­ma­wia­jąc abor­cji). W prze­sła­nej mi od­po­wie­dzi re­sort przy­znaje, że nie ma li­sty le­ka­rzy po­wo­łu­ją­cych się na klau­zulę su­mie­nia: ani na­zwisk, ani ich liczby.

Na py­ta­nie za­dane po­pu­lar­nym pry­wat­nym sie­ciom me­dycz­nym (Lu­xmed, Me­di­co­ver, Enel­med i Cen­trum Da­miana), czy współ­pra­cują z le­ka­rzami po­wo­łu­ją­cymi się na klau­zulę su­mie­nia, a je­śli tak, to w jaki spo­sób in­for­mują o tym pa­cjentki i jak umoż­li­wiają im do­stęp do pełni przy­słu­gu­ją­cych praw do świad­czeń me­dycz­nych, do chwili pu­bli­ka­cji tek­stu żadna z sieci nie od­po­wie­działa. Przy re­je­stra­cji on­line do gi­ne­ko­loga w Me­di­co­ver przy nie­któ­rych na­zwi­skach wid­nieje in­for­ma­cja: „le­karz po­wo­łuje się na klau­zulę su­mie­nia”, nie wia­domo jed­nak, czy wzmianka ta jest wy­ma­gana przez firmę, czy do­bro­wolna ze strony le­ka­rzy ani czy wszy­scy, któ­rzy rze­czy­wi­ście się na nią po­wo­łują, uwzględ­nili to w swoim pro­filu le­ka­rza.

– To nie sama klau­zula su­mie­nia jest pro­ble­mem – prze­ko­nuje jed­nak Do­mi­nik Prze­szla­kow­ski – a jej nad­uży­wa­nie, cho­wa­nie się za nią przez całe szpi­tale.

Po­twier­dza w ten spo­sób słowa Adama Bod­nara, rzecz­nika praw oby­wa­tel­skich, który w czerwcu 2020 roku w pi­śmie skie­ro­wa­nym do mi­ni­stra zdro­wia za­uwa­żał, że „po­wo­ły­wa­nie się przez le­ka­rzy na klau­zulę su­mie­nia nie zdej­muje z pań­stwa obo­wiązku za­gwa­ran­to­wa­nia moż­li­wo­ści sko­rzy­sta­nia z za­biegu le­gal­nej i bez­piecz­nej abor­cji”. Pro­sił w nim też o pod­ję­cie dzia­łań le­gi­sla­cyj­nych, aby za­pew­nić pa­cjent­kom taką moż­li­wość, gdy le­karz po­wo­łuje się na względy su­mie­nia.

Mi­ni­ster­stwo od­po­wie­działo wtedy:

Prze­pisy re­gu­lują rów­nież kwe­stię in­for­mo­wa­nia pa­cjen­tek o przy­słu­gu­ją­cych im świad­cze­niach – od­po­wie­dzial­ność w tym za­kre­sie spo­czywa na pod­mio­cie lecz­ni­czym. Kwe­stia za­pew­nie­nia do­stępu do świad­czeń jest mo­ni­to­ro­wana przez Na­ro­dowy Fun­dusz Zdro­wia, a sy­gnały o braku wła­ści­wej re­ali­za­cji kon­trak­tów są we­ry­fi­ko­wane i wy­ja­śniane. Kwe­stia do­stępu do za­bie­gów prze­rwa­nia ciąży jest w tym za­kre­sie trak­to­wana ana­lo­gicz­nie jak do­stęp do po­zo­sta­łych świad­czeń opieki zdro­wot­nej.

Mimo tych za­pew­nień od­po­wie­dzi na py­ta­nia o kon­kretną skalę – kon­troli i we­ry­fi­ka­cji – do czasu od­da­nia tego nu­meru „Pi­sma” do druku nie przy­szły. Skąd więc re­sort wie, że do­stęp do świad­czeń rze­czy­wi­ście ist­nieje, skoro tego nie kon­tro­luje? Czy ce­lowo wpro­wa­dził w błąd rzecz­nika praw oby­wa­tel­skich?

Co waż­niej­sze, od czasu od­po­wie­dzi mi­ni­stra sy­tu­acje zwią­zane z utrud­nia­niem re­ali­za­cji prawa do abor­cji z po­wodu po­wo­ły­wa­nia się na klau­zulę su­mie­nia wciąż się zda­rzają. Z in­for­ma­cji prze­sła­nej przez Biuro Rzecz­nika Praw Pa­cjenta wy­nika, że w 2021 roku stwier­dzono dwa ta­kie na­ru­sze­nia (w szpi­ta­lach w wo­je­wódz­twach łódz­kim i war­miń­sko-ma­zur­skim).

PO WY­ROKU TK z 2021 roku to jed­nak nie klau­zula su­mie­nia jest naj­częst­szym pro­ble­mem, z ja­kim spo­ty­kają się ko­biety, które chcą le­gal­nie prze­rwać ciążę. „Taki kli­mat”, o któ­rym mó­wił le­karz Jo­an­nie, to ar­gu­ment czę­sto po­wta­rzany przez gi­ne­ko­lo­gów-po­łoż­ni­ków. Na kli­mat ten składa się przede wszyst­kim strach przed kon­se­kwen­cjami praw­nymi. Czuje go le­karka A (chce po­zo­stać ano­ni­mowa). Pra­cuje w szpi­talu w du­żym mie­ście we wschod­niej Pol­sce, ma kil­ku­na­sto­let­nią prak­tykę. Spe­cja­li­za­cji nie wy­brała przy­pad­kowo, od po­czątku stu­diów my­ślała o gi­ne­ko­lo­gii, chciała po­ma­gać ko­bie­tom, przede wszyst­kim w wy­da­wa­niu na świat zdro­wych dzieci.

– A te­raz czuję pre­sję, boję się pro­ku­ra­tora za drzwiami sali. Mi­ni­ster Zio­bro, jak wiemy, nie lubi le­ka­rzy, po wy­roku Try­bu­nału my, gi­ne­ko­lo­dzy, je­ste­śmy na cen­zu­ro­wa­nym. Nikt nie chce ry­zy­ko­wać.

Le­karka A na­wią­zuje do prze­szło­ści mi­ni­stra spra­wie­dli­wo­ści Zbi­gniewa Zio­bry. W 2007 roku jako pro­ku­ra­tor ge­ne­ralny wy­stę­po­wał prze­ciwko Mi­ro­sła­wowi Gar­lic­kiemu, sze­fowi Kli­niki Kar­dio­chi­rur­gii Cen­tral­nego Szpi­tala Kli­nicz­nego Sto­łecz­nego Za­rządu Zdro­wia MSWiA w War­sza­wie, sta­wia­jąc mu dwa­dzie­ścia za­rzu­tów, w tym za­bój­stwa w za­mia­rze ewen­tu­al­nym (w 2019 roku Sąd Naj­wyż­szy osta­tecz­nie unie­win­nił Gar­lic­kiego z tego za­rzutu). W 2022 roku Eu­ro­pej­ski Try­bu­nał Praw Czło­wieka w Stras­burgu orzekł, że w spra­wie le­cze­nia Je­rzego Zio­bry, ojca mi­ni­stra, zmar­łego w 2006 roku w kra­kow­skim szpi­talu, nie za­wi­nili le­ka­rze. Ro­dzina od wielu lat pró­bo­wała udo­wod­nić w pol­skich są­dach, że było ina­czej.

– Na pewno wy­czu­le­nie na nas jest więk­sze – do­daje le­karka A. – Zio­bro ma wszyst­kie służby pod ręką, żeby nas za­stra­szać. Nikt nie chce być dru­gim Dok­to­rem Śmierć [na kon­fe­ren­cji pra­so­wej w 2007 roku Zbi­gniew Zio­bro mó­wił o Mi­ro­sła­wie Gar­lic­kim: „Już nikt ni­gdy przez tego pana ży­cia po­zba­wiony nie bę­dzie” – przyp. M.K.].

Po­dob­nym lę­kiem – i po­czu­ciem za­gu­bie­nia w sy­tu­acji praw­nej – dzie­lił się w 2021 roku Jan Ko­cha­no­wicz, dy­rek­tor Uni­wer­sy­tec­kiego Szpi­tala Kli­nicz­nego w Bia­łym­stoku. Od­mó­wiono tam ko­bie­cie wy­ko­na­nia abor­cji, choć miała do­ku­men­ta­cję po­twier­dza­jącą jej prawa. Ko­cha­no­wicz wy­dał wów­czas oświad­cze­nie:

Roz­strzy­gnię­cie Try­bu­nału Kon­sty­tu­cyj­nego z 27 stycz­nia 2021 roku (...) zna­cząco za­wę­ziło moż­li­wość le­gal­nego prze­ry­wa­nia ciąży, nie wska­zało jed­nak jed­no­znacz­nej in­ter­pre­ta­cji w spra­wie praw­nie do­zwo­lo­nych wa­run­ków ter­mi­na­cji ciąży. (...) Każdą de­cy­zję o ter­mi­na­cji ciąży le­ka­rze mu­szą roz­pa­try­wać in­dy­wi­du­al­nie, uza­sad­nić oraz udo­wad­niać, że kon­ty­nu­acja ciąży za­graża zdro­wiu lub ży­ciu cię­żar­nej. Le­ka­rze boją się, że od­po­wie­dzial­ność karna uza­leż­niona bę­dzie od su­biek­tyw­nej oceny pro­ku­ra­tora, bie­głych są­do­wych i są­dów. Nie­ja­sne prawo i brak wy­tycz­nych to ol­brzymi pro­blem dla le­ka­rzy, ale także dla ko­biet w ciąży, które i tak stoją przed dra­ma­tycz­nymi wy­bo­rami. (...) Ro­zu­miemy tra­ge­dię tej pa­cjentki i bar­dzo jej współ­czu­jemy. Jesz­cze rok temu na­sze sta­no­wi­sko by­łoby jed­no­znaczne.

Ina­czej wi­dzi to Gi­zela Ja­giel­ska, spe­cja­listka po­łoż­nic­twa i gi­ne­ko­lo­gii oraz za­stęp­czyni dy­rek­tora do spraw me­dycz­nych w szpi­talu w Ole­śnicy. To w jej pla­cówce wy­ko­nano po­łowę ze wszyst­kich 161 za­bie­gów prze­ry­wa­nia ciąży w 2021 roku w Pol­sce. To dla­tego ole­śnicki szpi­tal i jego le­karka, która jako jedna z nie­wielu mówi pu­blicz­nie o prze­pro­wa­dza­niu abor­cji, w ciągu ostat­nich mie­sięcy zna­la­zła się w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia or­ga­ni­za­cji prze­ciw­nych prawu do prze­ry­wa­nia ciąży. Pi­kie­tują szpi­tal, a ona do­staje li­sty z po­gróż­kami. W czerw­co­wym wy­wia­dzie dla „Ga­zety Wy­bor­czej” pod­kre­ślała: „Wszyst­kie abor­cje, które w ole­śnic­kim szpi­talu wy­ko­na­li­śmy, były zgodne za­równo z za­sa­dami ak­tu­al­nej wie­dzy me­dycz­nej, jak i z pol­skim pra­wo­daw­stwem. Nie ro­bimy nic nie­le­gal­nego”. Do­piero 8 wrze­śnia, po ma­te­ria­łach w me­diach (mimo że Ja­giel­ska zgła­szała wcze­śniej prośbę o taką in­ter­wen­cję), NIL wy­dała oświad­cze­nie po­tę­pia­jące ataki na le­ka­rzy.

Źró­dło da­nych: Ko­menda Główna Po­li­cji.

Gi­ne­ko­log B (rów­nież prosi o ano­ni­mo­wość) od sze­ściu lat pro­wa­dzi pry­watną prak­tykę w śred­niej wiel­ko­ści mie­ście w cen­tral­nej Pol­sce. W za­wo­dzie jest od dwu­na­stu lat.

– Koń­czy­łem stu­dia, kiedy od pra­wie dwu­dzie­stu lat obo­wią­zy­wała ustawa abor­cyjna. Ist­niało pod­zie­mie, w ga­ze­tach można było bez pro­blemu zna­leźć te­le­fony do mo­ich ko­le­gów, któ­rzy „wy­wo­ły­wali mie­siączkę”, ogło­szeń było mnó­stwo. Z cza­sem to się za­częło prze­no­sić do in­ter­netu albo pocztą pan­to­flową, bo co­raz wię­cej było stra­chu, że przyj­dzie pod­sta­wiona pa­cjentka, bę­dzie ja­kaś po­ka­zówka. Komu to po­trzebne? Poza tym le­ka­rze w szpi­talu mają ła­twiej, je­den dru­giemu pod­pi­sze za­świad­cze­nie, od­po­wie­dzial­ność się ja­koś roz­myje. Ja pra­cuję sam, nikt mi tyłka nie ura­tuje. Po co się pod­kła­dać i mieć na karku pro­ku­ra­tora?

Czy ten strach ma re­alne pod­stawy? Pro­ku­ra­torka z pro­ku­ra­tury wo­je­wódz­kiej, którą za­py­ta­łam o „spe­cjalną ko­mórkę” zaj­mu­jącą się „tro­pie­niem abor­cji”, wy­ja­śnia:

– Mi­ni­ster Zio­bro fak­tycz­nie ma fo­kus na le­ka­rzy. Pa­mię­tamy dok­tora G., pa­mię­tamy sprawę jego ojca, już samo to może wy­wie­rać pewną pre­sję na pro­ku­ra­to­rów, by przy­glą­dać się le­ka­rzom. Nie­wy­klu­czone jed­nak, że są pro­ku­ra­tury bar­dziej gor­liwe pod tym wzglę­dem, pro­ku­ra­to­rzy, któ­rzy chcą się wy­ka­zać przed mi­ni­strem. Prawo i Spra­wie­dli­wość rzą­dzi osiem lat, ma pod sobą pro­ku­ra­turę, są­dow­nic­two, po­li­cję. Gdyby im na tym szcze­gól­nie za­le­żało, to mie­liby wy­niki: dzie­siątki le­ka­rzy z za­rzu­tami.

Gi­zela Ja­giel­ska w cy­to­wa­nym już wy­wia­dzie mó­wiła: „Nie znam miej­sco­wego pro­ku­ra­tora. A salę są­dową cza­sem wi­duję, ow­szem, ale z zu­peł­nie in­nych po­wo­dów”. Gi­ne­ko­log Do­mi­nik Prze­szla­kow­ski do­daje:

– Nie znam żad­nego przy­padku ska­za­nia le­ka­rza w Pol­sce z po­wodu wy­ko­na­nia abor­cji. Kiedy pra­co­wa­łem w szpi­talu i prze­pro­wa­dza­łem abor­cje, nie od­czu­wa­łem ni­gdy bez­po­śred­niej ani po­śred­niej pre­sji ze strony or­ga­nów ści­ga­nia czy in­nej. Zda­rzały się za to sy­tu­acje, kiedy ko­lega do mnie dzwo­nił i pro­sił, że­bym zro­bił abor­cję. Py­ta­łem wtedy: a ty nie mo­żesz? „No wiesz, mam kre­dyt, mam ko­mu­nię syna, mam dy­rek­tora, który nie chce u nas abor­cji”.

O abor­cji trak­tują ar­ty­kuły 152–154 Ko­deksu kar­nego: 152 – o abor­cji za zgodą ko­biety oraz po­mocy w prze­ry­wa­niu ciąży lub na­kła­nia­niu do tego, 153 – o prze­ry­wa­niu ciąży bez zgody ko­biety, a 154 – o śmierci cię­żar­nej w wy­niku abor­cji. Ko­menda Główna Po­li­cji po­daje, że prze­stępstw zwią­za­nych z ter­mi­na­cją ciąży z na­ru­sze­niem prze­pi­sów ustawy lub po­mocy w abor­cji w la­tach 2020–2022 stwier­dzono łącz­nie od­po­wied­nio: 37, 383 i 75. A z samą ter­mi­na­cją ciąży za zgodą ko­biety za­le­d­wie trzy, cztery i sie­dem. Z ko­lei Mi­ni­ster­stwo Spra­wie­dli­wo­ści twier­dzi, że nie ma da­nych do­ty­czą­cych le­ka­rzy pra­wo­moc­nie ska­za­nych za te prze­stęp­stwa.

Naj­gło­śniej­sza w ostat­nich la­tach sprawa za­koń­czona ska­za­niem do­ty­czyła jed­nak nie le­ka­rza, a Ju­styny Wy­drzyń­skiej, ak­ty­wistki zwią­za­nej z ADT. Za po­moc w abor­cji i ob­rót le­kami bez ze­zwo­le­nia (Wy­drzyń­ska wy­słała ta­bletki wy­wo­łu­jące po­ro­nie­nie ko­bie­cie, która o nie po­pro­siła, do­nie­sie­nie zło­żył part­ner ko­biety) usły­szała w maju tego roku wy­rok ogra­ni­cze­nia wol­no­ści przez wy­ko­ny­wa­nie nie­od­płat­nej pracy spo­łecz­nej (trzy­dzie­ści go­dzin w mie­siącu). Ak­ty­wistka wnio­sła ape­la­cję.