Pismo. Magazyn opinii. Lipiec 2022 - Fundacja Pismo - ebook

Pismo. Magazyn opinii. Lipiec 2022 ebook

Fundacja Pismo

4,3

Opis

W lipcu piszemy o nowej ekonomii, ilustrację okładkową pod tytułem „Drobne wakacje”, nawiązując do tematu, zaprojektował dla nas Paweł Mildner.

 

W tym miesiącu szczególnie polecamy:

  • materiał, w którym Anna Gromada pyta o nierówności Thomasa Piketty’ego,
  • esej Miłosza Wiatrowskiego, w którym autor sprawdza, kto rządzi światem,
  • materiał Jakuba Marmurka, w którym tłumaczy koncepcję wieloświatów i zachwyca się jej potencjałem,
  • reportaż Ilony Wiśniewskiej z dalekiej północy, gdzie tropi norwesko-rosyjskie przyjaźnie,
  • opowiadanie Wojciecha Engelkinga. 



Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 229

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (9 ocen)
5
2
2
0
0

Popularność




ROZMOWY Z K. // FELIETON

Dlaczego klasycy

tekstKAROLINA LEWESTAM

Droga K.

To nie jest ciekawy problem, raczej banalny, do bólu zwykły. (...) Nie mamy dzieci ani ślubu, ale jesteśmy już ze sobą ponad dziesięć lat. (...) No i stało się. Zdradził mnie. (...) Jestem potwornie na niego zła. Ale jestem też zła na siebie, bo chciałam zawsze być nowoczesną kobietą, dla której seks jest potrzebą biologiczną, a prawdziwy związek to historia i emocje, miłość. Tak on się właśnie tłumaczy: tylko seks. Seks, za który zapłacił. Seks przez kamerkę internetową, nawet nie pofatygował się osobiście. Czy to lepiej, czy gorzej? Czy wolałabym, żeby poznał kogoś, zauroczył się? Czy mam to tak zostawić? Czy to ogromna przewina, czy mała? Czy to kompletnie rozwala jego wizerunek, takiego mądrego i ciepłego faceta, feministy, którego mi zazdrościły wszystkie znajome? Co w ogóle zrobić w takiej sytuacji, czy to jest zdrada, jak mi się wydaje, czy po prostu takie nic? Wyrzucić to wszystko do kosza, czy udawać, że mnie to nie dotknęło? Czy jest w tym moja wina? Jakie są wytyczne w takiej sytuacji?

Megan

Droga Megan,

ogromnie ci współczuję. To jest niewątpliwie MP, czyli megapodły problem. Definicja MP, którą tu przyjmuję, jest następująca: to problem, w rozwiązaniu którego nie pomogą nam mity ludzkości, bajki i legendy. Nie pomogą też klasycy. Nie pomogą wielkie księgi przeszłości. A to znaczy, że ów problem jest nie tylko problemem, lecz także znakiem, że odlecieliśmy na całe eony od tak zwanej natury ludzkiej. To samo w sobie nie jest takie złe – w końcu natura ludzka nie ma wielu zalet – ale powoduje, że rozum praktyczny (ten fragment mózgu, który zajmuje się pytaniem „Co należałoby zrobić?”) zaczyna dostawać torsji. Bo gdyby on cię zdradził tak „zwyczajnie”, z żywą kobietą, taką, która nie istnieje na przecięciu światłowodu i karty, ale gdzieś na trajektorii praca–Tinder–bar, to przecież wiedziałabyś, co robić. To znaczy, nie wiedziałabyś, oczywiście, że nie, bo nigdy się tak naprawdę nie wie, każda tragedia międzyludzka jest pojedyncza, partykularna i wyjątkowa – ale jednak mogłabyś wybrać jeden z dostępnych w literaturze scenariuszy: odejść i potępić; przebaczyć i zrozumieć. Dzieliłabyś los z Medeą; dzieliłabyś go z Herą, której łajdaczący się mąż przebierał się za łabędzie tudzież byki, żeby cudzołożyć z innymi niewiastami. Jasne, że te panie nie są może najlepszymi wzorcami reakcji na zdrady ze swoim zabijaniem dzieci czy zamienianiem kochanek męża w zwierzęta, ale są za to świadectwem, że w naszym gatunkowym imaginarium zdrada „na żywo” zawsze istniała i wzbudzała gwałtowne pasje. Dlatego gdy pojawia się zazdrość, złość, gniew, żal, bo jesteśmy zaskoczeni zdradą, to nie jesteśmy zdumieni tym, że odwiedziły nas te emocje.

A gdybyś go przyłapała na oglądaniu „zakazanych obrazów” (niech to będzie PornHub albo nawet – naprawdę istniejący! – magazyn „Bimbały”), to... też byś wiedziała, co robić. Pomijam mizoginię większości dostępnej pornografii i potworne praktyki tego przemysłu; interesuje mnie tu tylko wasza hipotetyczna relacja, a ta ucierpiałaby pewnie mniej, bo mniej więcej od czasów Platona odróżniamy obraz od prawdy – zdrada z obrazem kosztuje i boli mniej.

Tymczasem on robi to z panią na ekranie – ona jest niczym obraz – ale przecież jest gdzieś, w tej właśnie chwili istnieje, robiąc dokładnie to, o co on prosi. Jest realna, nawet jeśli objawia mu się przez ekran. I coś sprawia, że on tej półrealności pragnie, bo zamiast odpalić sobie dorosły film, wybiera komunikację synchroniczną, w której impulsy biegną naraz w dwie strony, a obraz (inaczej niż nagrane wideo) nie zna swojej własnej przyszłości. W ten sposób do jego stosunku z komputerem wkrada się ta sama gra i ta sama wspólność sprawczości, która towarzyszy prawdziwej relacji. Tyle, że tu udaje się tę grę idealnie wyabstrahować z pełnej relacji i mieć ją za niewielkie pieniądze, bez zbędnych ciężarów realnego seksu. Zaprawdę powiadam wam, feudalny pan na włościach więcej miał problemów, próbując zmacać służącą (trzeba taką złapać, potem ciężarną odprawić, zanim się żona zorientuje), niż ma on, klikając „DoingItWithCarrots2001”. Nawet nie musiał się zmieniać w łabędzia. Tego nie umieli starzy bogowie, tego nie ma w bajkach. Zdrada? Słabość? Coś? Nic? Medei wykrzacza się algorytm i macha bezładnie nożem, Hera krztusi się ambrozją. Czuje, że coś się stało, może została skrzywdzona, ale nie do końca rozumie jak.

Nie wiesz, jak się czujesz; ludzkość nie ma skryptu na takie wydarzenia. Ale ja chyba wiem, jak bym się czuła; powiem ci. Najbardziej nie lubię tych, przez których wielkie sprawy ludzkości kurczą się do rozmiaru kliknięcia; tych, którzy tłumaczą się, zamiast unieść winę, tych, którzy gapią się na ekran, zamiast żyć. Bo najgorszy jest półreal, półseks, ćwierćzdrada, i z dwojga złego wolę być gniewną Herą niż cichą badaczką historii, jakie opowiada szeptem przeglądarka internetowa.

rysunek SONIA DUBAS

KAROLINA LEWESTAM (ur. 1979), dziennikarka i redaktorka. Obroniła doktorat z filozofii na Uniwersytecie Bostońskim. Wielokrotnie nominowana do nagrody Grand Press. Członkini redakcji „Pisma”.

Czasem o trudnych rzeczach dobrze jest napisać do kogoś, kto jest daleko. Napisz do [email protected]

Więcej na magazynpismo.pl/rozmowy-z-k

Rzecz gustu,

CZYLI REDAKCJA „PISMA”poleca w lipcu

Festiwal Gdynia Design Days

2 lipca

W dniach 2–10 lipca Gdynia po raz piętnasty stanie się centrum refleksji o współczesnym projektowaniu. Festiwal odbędzie się pod hasłem „Współmorze” – Bałtyk potraktowany został przez organizatorów jako przestrzeń, która wpływa na nas niezależnie od tego, jak daleko od jego brzegów żyjemy. W programie wystaw, warsztatów, wykładów i dyskusji przewijać się będą tematy związane ze zmianami technologicznymi, klimatycznymi czy społecznymi, które stoją dziś m.in. przed architektkami, urbanistami oraz wszystkimi zainteresowanymi projektowaniem różnych obszarów rzeczywistości.

WIĘCEJ:gdyniadesigndays.eu

Wystawa Aleksandry Waliszewskiej w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

Do 2 października można oglądać największy jak dotąd przegląd prac warszawskiej artystki. Na wystawie Opowieści okrutne. Aleksandra Waliszewska i symbolizm Wschodu i Północy znalazło się ponad sto trzydzieści prac malarki, uzupełnionych ponad osiemdziesięcioma dziełami innych autorów, które nadają praktyce artystycznej Waliszewskiej historycznej perspektywy.

WIĘCEJ:artmuseum.pl

Festiwal Miłosza w Krakowie

7 lipca

Już po raz jedenasty Festiwal Miłosza zagości w Krakowie. W literackich spotkaniach od 7 do 10 lipca weźmie udział blisko stu gości, w tym Marci Shore, jedna z najważniejszych amerykańskich badaczek historii Europy Środkowej i Wschodniej, oraz John F. Deane, irlandzki pisarz, autor czternastu tomów poetyckich.

WIĘCEJ:miloszfestival.pl

Zakopiański Festiwal Literacki

8 lipca

Tegoroczna, siódma edycja Zakopiańskiego Festiwalu Literackiego odbędzie się w dniach 8–10 lipca pod hasłem „Na tatrzańskim szlaku literatury”. W programie spotkania autorskie, promocje książek, wystawy malarstwa, koncert oraz przyznanie Nagrody Literackiej Zakopanego.

WIĘCEJ:literackifestiwal.zakopane.eu

Wystawa Białoszewski nieosobny w warszawskim Muzeum Woli

W setną rocznicę urodzin Mirona Białoszewskiego oddział Muzeum Warszawy na Woli otworzył wystawę Białoszewski nieosobny. Opowiada ona o życiu i twórczości wyjątkowego poety, prozaika i dramaturga przez pryzmat jego twórczych i prywatnych relacji z artystami w środowisku teatru niezależnego, funkcjonującego w Warszawie i okolicach w latach 40., 50. i na początku 60. XX wieku. Potrwa do 11 grudnia.

WIĘCEJ:muzeumwoli.muzeumwarszawy.pl

REMEDIUM

Noszą w sobie to, co minęło

zdjęcieKATARZYNA HECZKO BODORAtekstKAROLINA WYBRANIEC

RAV•ASTORIES

Rzeczy. Wiele z nich darzymy sentymentem, trzymamy w gablotce, z dala od kurzu i dotyku naszych dłoni. Dajemy naszym oczom napawać się ich widokiem, ale z czasem zaczynamy patrzeć na nie obojętnie. Odkurzamy jedynie od święta. Budzą w nas coś, co zatruwa całe popołudnie i trzyma, nie potrafi puścić.

To coś, co już minęło i nie wróci. A my traktujemy rzeczy jak kamienie milowe w historii naszego życia. Czujemy nostalgię w różnym stężeniu. Wspomnienia wracają, teraźniejszość na moment zamiera. I nie ma w tym nic złego, gdy mimo wszystko to uczucie pozostawia po sobie iskrę dobra i rysuje lekki uśmiech na twarzy. Jednak gdy ten finisz nie nadchodzi, warto tę sytuację zakończyć.

Często to, co się odzywa, to ciężar ludzi, miejsc, zdarzeń, których pamięć siedzi w nas niczym kotwica, zaklęta w starym notesie lub wazoniku. Truje. Jest jak chwasty, które trzeba wyplewić. I przygotować grunt pod to, co będzie nas karmiło.

PROZA

Spotkanie klasowe

tekstWOJCIECH ENGELKINGrysunkiAGATA STACHOWIAK

Dawno już nie jeździłem na to osiedle, choć przecież stamtąd, gdzie mieszkam, to ledwie dwadzieścia minut uberem – a może i krócej, jeśli GPS podpowie jedną ze znajdujących się pod albo nad ziemią estakad, które w ostatnim czasie poorały Warszawę. „To osiedle”: fałszywa nuta, dwa słowa, między którymi rozgościło się kłamstwo. Dla kogoś, kto na osiedlu spędził kilkanaście lat – zwłaszcza: wczesnych lat – nigdy nie będzie ono „tym”. Trafiwszy na zbudowane wedle tego samego planu, rozpozna, gdzie i którymi chodnikami oraz wydeptanymi w trawnikach ścieżkami powinien się kierować. A jednocześnie inne osiedla tylko mu o tym jego przypomną, choćby były bliźniaczo podobne. Wszystkie osiedla w tej części świata są do siebie podobne, lecz to, na którym spędziło się kilkanaście lat życia – na którym ja spędziłem kilkanaście lat życia – jest jedyne w swoim rodzaju.

Dawno więc nie jeździłem na osiedle, ale pewnego parnego, dusznego popołudnia na początku maja pojechałem. Dwa tygodnie wcześniej dostałem na Facebooku zaproszenie do zbiorowego czatu i ujrzałem nazwiska, których przez kilkanaście lat nie widziałem zebranych w jednym miejscu. Osobno – jak najbardziej – wszystkich uczestników czatu przyjmowałem do wirtualnych znajomych, tak naprawdę wcale nie chcąc, by nimi byli. Nie byliśmy jednak razem od momentu, gdy skończyła się ostatnia lekcja w podstawówce i po raz ostatni została odczytana lista obecności w dzienniku. „Elo – głosiła pierwsza wiadomość – tyle lat, to może się zobaczymy?”

Podstawówka również znajdowała się na osiedlu, schowana za blokami, pomiędzy którymi ustalono spotkanie. Był to wielki, zbudowany w latach 70. prostopadłościan, który niedawno – a przynajmniej wydaje mi się, że musiało to być niedawno – pomalowano na jaskrawożółty kolor. Nie różnił się w tym od innych bloków, też prostopadłościanów, z tym że ustawionych w pionie: wszystkie były pstrokate i, otaczając niemal zamkniętym kręgiem podwórko z placem zabaw, przywodziły na myśl grupkę kobiet w zbyt kolorowych sukienkach. Jaskrawe były także ciuchcie, huśtawki i karuzele na placu zabaw – gdy wysiadłem z taksówki, już zajęte, choć nie przez dzieci.

– No proszę, kto to przyszedł – rozległ się głos chłopaka siedzącego na huśtawce. „Chłopaka”: miał trzydzieści lat, jak ja, miał zarost, jak ja, i – inaczej niż ja – niewielką bliznę na prawym policzku, a przecież od razu wiedziałem, że to Łuki, ten, który był dobry z informatyki. W dłoni trzymał otwartą puszkę Lecha; inna, zgnieciona, leżała na ziemi.

– Cześć – powiedziałem, podając mu siatkę z butelką wina. – Nie wziąłem korkociągu, pomożesz mi? Siedemnaście lat temu wiedziałeś, jak się to robi – nie dodałem: to ty, nie powiedziałem, wepchnąłeś korek do pierwszej butelki wina, jaką wypiłem w życiu, właśnie na tym placu zabaw, lecz nie takiej parnej wiosny. To było zimą, jednej z tych długich zim z przełomu wieków, które w mojej pamięci zlały się w jedną. Po szkolnej dyskotece tu z wami przyszedłem, nie dodałem. Chwilę wcześniej grało Ich Troje, dziewczyny tańczyły, chłopcy, nim nastał czas przytulańców, podpierali ściany – a potem wy piliście wódkę, a ja wino.

– Cześć, Andrzej – rzuciła jedna z dziewczyn. To była, też wiedziałem od razu, Marta, obok niej stały Aneta i Paulina, obok Pauliny stała zaś Marika. – Cześć. Cześć, kopę lat, kopę.

Jedna z rzeczy, które rozstrzygają się, kiedy jesteśmy w podstawówce, to: które z dziewczyn staną się pięknościami. Marta nigdy nie miała się nią stać, to było jasne i wtedy, i parnego dnia w maju, pod niebem, które, choć nie zaczęło jeszcze zachodzić słońce, z wolna ciemniało. Aneta – owszem, acz nie pięknością oszałamiającą. Marika nie musiała się stawać: była piękna i siedemnaście lat temu, i parnego dnia. Siedemnaście lat temu to była piękność dziewczynki, która jeszcze nie weszła w okres pokwitania i nie emanuje elektrycznymi ładunkami; parnego dnia także jednak nimi nie pulsowała. Jej piękno było już inne; było pięknem sukcesu, bezwarunkowego i obezwładniającego.

A przecież nie tylko uroda zostaje ustalona wtedy, na samym początku; ustalone zostaje całe życie, w następnych dekadach będące po prostu przypisami do swego kształtu z czasów, gdy jego właściciel miał dziewięć lat. Kiedy Łuki, Marta, Aneta zapraszali mnie do grona znajomych na Facebooku, nie musiałem klikać w zamieszczone na ich profilach zdjęcia, by wiedzieć, gdzie pracują, z kim się parzą, jak spędzają wakacje. Gdy zaprosiła mnie Marika, też nie musiałem, jednak zrobiłem to, skuszony obietnicą radości, jaką niesie ze sobą potwierdzenie życzliwych drugiemu człowiekowi przypuszczeń. Obroniła doktorat z budowy maszyn, wykładała na Politechnice. Nie mieszkała na osiedlu, byłem przekonany, jednak nie wiedziałem na pewno.

– Nie, teraz na Ochocie – powiedziała. Miała na sobie dobrą, pikowaną kurtkę. – A ty? – Stare Bielany, właściwie na granicy Żoliborza i Bielan. – Toście odjechali! – skomentował Łuki, podając mi butelkę z wepchniętym korkiem. Wypiłem, wino było ciepłe i kwaśne, niedobre. Pasowało do jaskrawych bloków i placu zabaw z płytką piaskownicą, do rosnących nieopodal topoli, suchego słońca i ciemniejącego nieba. – Ja wynajmuję tu – wskazał podbródkiem nieokreślony punkt. – Ja też bliziutko – odezwał się Michał – zaraz koło kościoła. – Zawsze chodziłeś do kościoła – zauważył Łuki – byłeś ministrantem przecież.

– Teraz też chodzę – rzekł Michał – jak jest czas. Pracuję w sklepie rowerowym na Piastów Śląskich. – Ja na budowach, dużo wyjeżdżania, ale za rok, dwa, kupię swoje – oznajmił Łuki i nie powiedział nic więcej.

– A ty co robisz, Andrzej? – spytała któraś z dziewczyn, by od razu dodać: – Wiadomo, co robisz. – No, po tobie można było się spodziewać – zawyrokował Łuki – zawsze miałeś dryg do polskiego. – Robię to, co zawsze chciałem robić – powiedziałem, wbiwszy wzrok w poznaczoną gdzieniegdzie kępkami trawy, a gdzieniegdzie skamieniałym gównem ziemię.

– A pamiętacie – zaczął ktoś – jak spierdoliliśmy z techniki całą klasą? Ależ się wkurwiła tamta stara baba. Jak jej było? Albo jak Michał wziął dziennik i dopisywał oceny? Kiedy cię złapali, wydawało się, że to koniec świata. A jak chodziliśmy ciągle na czarno, bo umarł papież?

– Albo gdy zajebaliśmy torebkę tamtej od plastyki. W sensie – nie zajebaliśmy, przecież nie chcieliśmy kraść, po prostu ją schowaliśmy.

– Wigilie klasowe. Kurwa, każdy przynosił wafelki i mandarynki. Nikt nie jadł tych mandarynek. Co oni robili potem z mandarynkami?

– Pewnie wypierdalali – orzekł Michał.

Wtedy zapytałem: – A gdzie jest Karol?

Nikt na placu zabaw zdawał się nie usłyszeć mojego pytania. Michał zamilkł, kiedy otwierałem usta, jednak gdy je zamknąłem, od razu poruszył inny temat. – Wycieczka do Kazimierza Dolnego, tak było – powiedział – daliśmy żulowi pięć złotych na reddsy. Malinowe reddsy. I piliśmy to tam nad rzeką, i baliśmy się, że nas złapie policja. Jak wracaliśmy – zwrócił się do Pauliny – to się do mnie przystawiałaś w autokarze. – Tak – rozchichotała się Paulina – mówiłyśmy sobie wtedy, że jesteś najprzystojniejszy z klasy.

– Karol – odezwałem się znowu, ignorując pytanie. – Co u niego?

Zawiał wiatr, o ton chłodniejszy, niepasujący do parnego, majowego dnia. – Chyba Andrzej – rzekła Paulina. To niemożliwe, nie odpowiedziałem. Byłem wtedy gruby, gruba beka, nie powiedziałem, tylko zapytałem: – A Karol, czy on przyjdzie?

Wielki, rzucany przez bloki cień podzielił podwórko na pół, z granicą biegnącą w poprzek piaskownicy. Po jej lewej stronie piasek mienił się na jasnozłoto, po prawej był brunatny i szary. Ja stałem po lewej.

To chmury przyniosły tamtego popołudnia nad bloki zmierzch, na długo, nim faktycznie zgasło słońce; szczelnie, jakby bazaltową płytą zasłoniły taflę nieba i po ostrym świetle nie został ślad. Było wiadomo, że za chwilę spod tej płyty wyleje się deszcz, który obmyje osiedle z brudu.

– Może – usłyszałem cichy głos Mariki – chodźmy już stąd, Andrzej.

NIEZŁA CHATA – mruknęła, kiedy sufit wchłonął moje i jej dyszenie. Leżeliśmy obok siebie; zapaliłem lampkę po lewej stronie łóżka. Po prawej stała taka sama, zgaszona; nigdy dotąd jej nie użyto. Za oknem sypialni, ciągnącym się przez całą wysokość ściany, szalała burza. Pac, pac, pac – krople rozpryskiwały się o szklaną powierzchnię, za którą nie było widać wież kościoła na niedalekim placu Wilsona, spowitych przez chmury.

– Dzięki – powiedziałem. – I to twoje wszystko? – spytała. Odpowiedziałem: – Tak. – Skwitowała: – Brawo.

W oglądaniu po raz pierwszy nago osób, które się kiedyś znało, a potem wiele lat nie widziało, jest coś z zakładania dawno niewyjmowanego ubrania. Oto bluza noszona w poprzedniej dekadzie, a w niej kieszonka, której się dotąd nie zauważało; i co, zawsze tam była? Tak, zawsze czekała, by włożyć do niej papierosy, w księdze przyszłości był zapisany ten moment.

– Mieszkasz sam – stwierdziła. – Tak wolę – odparłem. – I nikt cię tutaj nie odwiedza? – Nie, właściwie nie – przyznałem. W ogóle nie było mi głupio. – W każdym razie jesteś pierwsza.

To jednak, co pewnego dnia się wydarza i w ten sposób staje oczywiste, nim takie będzie, jest nie do pomyślenia. Siedemnaście lat wcześniej nigdy bym nie uwierzył, gdyby mi ktoś powiedział, że pewnego dnia ja i Marika przeobrazimy się – na kilka godzin, bo nie więcej – w tę konfigurację kobiety i mężczyzny, jaka wśród dorosłych na osiedlu, z braku lepszego słowa, obowiązywała: w parę. Osiedle było wówczas pełne par, mam oraz tatków, na palcach jednej ręki dało się policzyć wyjątki.

– Po to przyszedłeś na to spotkanie? – spytała niespodziewanie Marika. – Po to? – nie zrozumiałem. – No, żeby mnie wyrwać? – Nie, ale to ładna historia – powiedziałem. – Możemy założyć, że tak było.

– A ja – powiedziała, też bez cienia wstydu – owszem.

– Dlaczego? – zdziwiłem się. – No, przecież wiesz – powiedziała Marika. – Chciałam iść do łóżka z pisarzem. Bo z kim z naszej klasy? Ty skończyłeś inaczej niż... – chwilę szukała właściwego słowa – oni. Tamci faceci.

„Taka koda tej historii – pomyślałem – nie byłaby zła. Oto chłopiec. Jest brzydki i gruby, lecz dobrze się uczy, i po latach staje się obiektem pragnień dziewczynki, która też dostawała piątki, poza tym jednak była piękna. Od brzydkiego kaczątka do niepięknego kaczora, mającego jednakże inne przymioty”.

– Tam, na osiedlu... – zacząłem i nie skończyłem, po czym znów spróbowałem – spytałem o Karola. Nikt mi nie odpowiedział.

Pac, pac, pac – krople deszczu rozpryskiwały się o szybę. Burza ani myślała ustąpić, z każdą minutą nabierała siły.

Zamiast odpowiedzieć, Marika zerknęła na dwa kwiaty, które postawiłem przy drzwiach do sypialni. Za nimi ział korytarz z polerowanego betonu. – Co się stało? – drążyłem. – Co się stało z Karolem, pamiętasz go przecież?

– A ty – odpowiedziała pytaniem – co pamiętasz?

Oprócz sypialni w mieszkaniu były salon i gabinet. Marika żadnego z nich nie zobaczyła; nasza rozmowa zaczęła się i skończyła na łóżku.

– Sporo – odparłem. – Wydaje mi się, że sporo. Przyszedł do nas, jak byliśmy w drugiej klasie, prawda? I był bogaty.

– Bogaty? – zdziwiła się.

– No. Nosił... nosił nowe koszulki. Z Cropp Town, tam się wtedy ubierało.

– Koszulki nie są drogie – powiedziała. – Ale miał telefon z klapką, motorolę – skontrowałem. – Jako pierwszy z klasy. Ja – dodałem, czując niespodziewany przypływ dumy – miałem zaraz po nim.

To były cuda techniki – wtedy. Mały, niebieski ekranik na klapce, gdy się telefon zamknęło, a potem ledwo większy, już wielokolorowy, gdy się otworzyło. Na klawiaturze zielony i czerwony kształt słuchawki, okrągły dżojstik, cyfry z przypisanymi do każdej literkami.

– I tylko tyle pamiętasz – stwierdziła cicho Marika. – Że był bogaty.

– Nie, nieprawda – powiedziałem od razu. – Pamiętam... – zacząłem, jednak nie dokończyłem. Bo czy faktycznie pamiętałem?

Raczej wiedziałem, że pamiętam. W tym miejscu w głowie, gdzie trzymałem plan osiedla, w ciemnym magazynie, złożyłem i zamknąłem na klucz obrazy, w które przeistoczyły się zdarzenia z podstawówki. Nigdy ich nie odwiedzałem, bo wystarczało mi zerknąć na dolne rogi, by wiedzieć, co namalowano na środku, i że od patrzenia na środek wyleją mi się oczy.

– Słyszałem, że założył firmę – odezwałem się po chwili. Nie dodałem, że gdy raz wstukałem nazwisko Karola w Google – musiało to być trzy lata wcześniej – poprowadziło mnie do Krajowego Rejestru Sądowego i odpowiedniego wpisu. Sprawdziłem adres – kierował na osiedle – i numer telefonu, by ten ostatni skrzętnie przepisać do kontaktów w komórce. – W każdym razie jakiś biznes – dodałem.

Prychnęła. – No, już wcześniej chciał robić biznes, w gimnazjum – rzekła. – W gimnazjum? – nie zrozumiałem. – Osiedlowym. Ty od razu poszedłeś gdzie indziej, ja dopiero do liceum. W gimnazjum tam z nimi byłam. Z nim.

– I co?

– I rozprowadzał dragi.

Pomyślałem: „Więc to tak”. – Jakie? – spytałem. – Głównie mefedron – odpowiedziała. – Wtedy się na osiedlu brało mefedron? – zdziwiłem się. – Brało się wszystko. Co innego można było robić? Przecież tam nic nie ma. Bloki, podwórko, dzieci. Psy. Młodsze dzieci. Supermarket. – Ale ty – powiedziałem – nie brałaś tego, co rozprowadzał. – Nie – zgodziła się – nie brałam.

Pac, pac; deszcz uderzał o okno sypialni, rozbite krople spływały, zostawiając na szkle płaskorzeźby, które za chwilę miały zmienić kształty. Milcząca Marika wpatrywała się w sufit i byłem przekonany, że nic więcej nie powie, lecz w pewnym momencie uniosła się, zakrywając kołdrą piersi.

– Dwie dziewczyny z nim spały – oznajmiła.

– Och – mruknąłem. – Które? – Marta i Aneta. W sensie, jeśli chodzi o te z naszej klasy. Bo z osiedla to było sporo innych...

– Dlatego – wydawało mi się, że rozumiem – nie chciały o nim mówić?

Rzeczywiście – wydawało mi się. Wydawało mi się tak, jak tylko mogło mi się wydawać. Nie zbliżyłem się nawet do prawdy, stałem od niej daleko – a prawda była schowana we mnie, w miejscu, do którego wolałem nie chodzić.

Marika prychnęła. – Faceci też nie chcieli o nim mówić – stwierdziła.

– Jeśli... – zacząłem, ale Marika mi przerwała:

– Pamiętasz tylko to, że miał drogie koszulki?

Moje myśli znalazły się przy wejściu do magazynu w głowie; otworzyły drzwi, wyjęły obrazy z wielkich skrzyń, zapaliły nad nimi światło.

– A może pamiętasz – dodała tymczasem Marika – co on nam wtedy robił?

W magazynie zrobiło się ciemno, obrazy zniknęły.

Są takie pytania, co do których domyślamy się, że kiedyś je usłyszymy. Czekamy na nie, bo już dawno uzmysłowiliśmy sobie, że padną, więc przez czas, jaki zdążył upłynąć, zbudowaliśmy na nie, jako rodzaj pancerza, błyskotliwą odpowiedź. Wystarczy jednak, by pytanie pojawiło się w kształcie innym niż zakładany, a pancerz zwija się niczym harmonijka.

Spodziewałem się, że Marika – bądź ktokolwiek inny – spyta o to, o co zapytała; nigdy jednak nie przeszło mi przez myśl, że w jej pytaniu znajdzie się słowo: „nam”. „Tobie” – owszem, na nie byłem przygotowany. Całą taktykę mojej obrony wzniosłem wokół słowa „tobie”. Jednak: „nam”?

Wiosenny deszcz bębnił o okno sypialni.

– No, tak – powiedziała Marika. – Co: tak? – Stuprocentowy pisarz – rzekła. – Stuprocentowy egoista. Tak myślałam.

I kontynuowała: – Nigdy byś nie wpadł na to, że mnie on też coś zrobił. I Patrycji. Klaudii. Łukaszowi. Nas wszystkich dręczył, nie tylko ciebie.

Uniosłem się na łóżku i położyłem dłoń na jej przedramieniu. Zerknęła tam, a potem przegubem strząsnęła moje palce i wstała.

Bezradnie patrzyłem, jak zbiera ubrania z podłogi. Schylała się i wypinała w sposób, który wskazywał, że się tego nie wstydzi, bo wstydzić można się przy kimś, kto nie potwierdził naszych przypuszczeń co do swojej duszy, a ja potwierdziłem je więcej niż wyraźnie.

Kiedy już się ubrała, rzekła:

– Wszyscy przyszli, bo wiedzieli, że go nie będzie. – Skąd wiedzieli? – nie rozumiałem. Marika uniosła brwi, potem zaś odparła, że Karol nie żyje.

DO NASZEJ KLASY przyszedł jesienią. Był środek lekcji; przez okna sączyło się miodowe światło, jakie zawsze sączy się przez nie w październiku, gdy jesteśmy dziećmi. Szedł za wychowawczynią, za nimi podążała zaś kobieta o rudych włosach, która miała pewnie około trzydziestu lat, wydała mi się więc wówczas bardzo stara. Stanęli przed tablicą, wychowawczyni powiedziała: – To jest Karol – na co ruda kobieta westchnęła, a Karol wykrzywił twarz tak, że wydawało się, jakby żaden z jej elementów nie pasował do pozostałych. – Usiądź.

We wszystkich klasach, we wszystkich szkołach na świecie, gdy przychodzi do nich ktoś, kogo – przez pewien czas – nazywa się „nowym”, aura tego, że jest nowy, początkowo blokuje mu ruchy. Trochę się kuli, jakby marzł, i nawet nie udaje, że nie wolałby być gdzie indziej.

W naszej klasie tak nie było. Podczas tamtej lekcji Karol siedział w ławce pewnie i zdawał się w ogóle nie słuchać nauczycielki. Zamiast tego rozglądał się po pomieszczeniu i zmieniał grymasy na twarzy: nie raz, nie dwa, nie trzy, lecz bezustannie. Raz nawet pokazał język, ale w nietypowy sposób: wystawił go za granicę warg, przygryzł i widać było, że gryzie bardzo mocno. Kogoś innego by to bolało; jego nie bolało.

Gdy matematyka się skończyła i wyszliśmy na przerwę, chłopaki go otoczyli. Łuki, Maciek, Tomek, przedstawiali się po kolei, a Karol nic nie mówił, tylko zgrzytał zębami i mechanicznie, sztywno kiwał głową. – Andrzej – oznajmiłem, kiedy przyszła moja kolej, i wtedy się odezwał.

– Jędrek – powiedział.

– Nie – zaoponowałem, bo myślałem, że nie dosłyszał. – Andrzej. Wszyscy mówią na mnie: Andrzej. – Jędrek – syknął. – Kurwa, Jędrek. Tak się nazywasz. Jędrek Pędrek. Jędrek, chujek mały. Jędrula.

W biografiach dyktatorów ich szkolni koledzy zwykli przywoływać szczególny moment: wyizolowaną z dziejów chwilę, gdy stało się jasne, że przyszli tyrani już jako chłopcy potrafili brać swych bliźnich we władanie. Nigdy im nie wierzyłem, wiedząc, że nie da się wskazać takiego pojedynczego zdarzenia.

To, co stało się w naszej klasie wraz z przyjściem Karola, nie stało się przecież, gdy odmówił mówienia do mnie Andrzej. Nie wtedy, kiedy – czy było to tego samego dnia, czy może tydzień później? – pod nieobecność nauczycielki narysował na tablicy olbrzymiego chuja, podpisując go jej nazwiskiem. Nie wtedy, kiedy rozsmarował własne gówno po szkolnej toalecie. Nie, kiedy pobił się na boisku za szkołą, a chłopak, z którym się pobił, przez pewien czas chodził w okularach ze szkłem zalepionym gazą. Nie, kiedy na WF-ie podstawił komuś nogę, a gdy ten ktoś się przewrócił, podbiegł i długo, bardzo długo kopał go w brzuch; brązowe wymioty zlały się z barwą podłogi.

Nie było to także wtedy, gdy zabrał Michałowi kanapkę, jedną z tych, które się wtedy nosiło do szkoły: kajzerkę z pasztetem. Wrzucił ją do kibla – tam się rozpadła – spuścił, kibel się zapchał, Karol wyłowił rozmiękłą bułę oraz namoczony pasztet i kazał Michałowi zeżreć; Michał zeżarł. Nie, gdy na pytania nauczycieli zaczął odpowiadać „jajeczko” lub „sraka”. Nie, gdy zabrał Paulinie zeszyt, stanął na ławce, zaczął wyrywać z niego kartki, zgniatać je w kulki i wyrzucać za okno. Nie, gdy przez to okno wysypał zawartość tornistra Łukiego, a potem, kiedy Łuki pobiegł ratować to, co jeszcze dało się uratować, zrzucił sam tornister. Nie, kiedy podszedł do stojącego w kolejce do sklepiku Maćka, wyszarpał mu z dłoni banknot dziesięciozłotowy i podarł, a potem uderzył Maćka w skroń. Maciek upadł na podłogę; potem, ciężko dysząc, wstał. Karola już nie było.

Nie stało się to w żadnym z tych momentów, a jednocześnie stało się w każdym z nich – stawało się bowiem tym dobitniej, im głośniejszy śmiech im towarzyszył.

Z początku nie dało się go w ogóle usłyszeć. Gdy jednak druga klasa zmieniała się w trzecią, czwarta w piątą, narastał. Nie dobiegał z gardła jednego chłopaka i jednej dziewczyny, nie był pojedynczym sopranem albo – od pewnego momentu – falsetem, lecz chórem, raz liczniejszym, raz mniej licznym, w szczytowych momentach składającym się jednak z tylu głosów, że nie pomieściłaby ich największa sala orkiestrowa.

Od momentu, gdy Karol pojawił się w mojej klasie, do szkoły szło się po to, żeby oglądać czyjeś upokorzenie. Szło się do niej dziwnie, bo im bliżej schowanego wśród bloków prostopadłościanu – a w nim szmat do wycierania tablic: woda z nich spływała, wślizgując się pod rękawy; a w nim woni emalii na korytarzach, rozhajcowanych kaloryferów: bolała od nich głowa; a w nim kibli, gdzie zimą było chłodno i nigdy nie spuszczano wody, nigdy też nie wieszano papieru toaletowego – tym głośniej o ściany czaszki obijało się jedno pytanie. Czy to ja stanę się dziś pośmiewiskiem? A może ja będę się śmiał, ja się będę śmiała?

Przypomniałem sobie wszystkie te zdarzenia, gdy Marika wyszła z mieszkania na Bielanach, i zdecydowałem się w końcu odwiedzić ciemny magazyn w mojej głowie, od wielu lat zamknięty na cztery spusty. Kiedy jednak krążyłem między wyjętymi ze skrzyń obrazami, dostrzegając na nich szczegóły, co do których nie wiedziałem, że je pamiętam – dokładnie wypolerowane belki drabinek na sali gimnastycznej; mięsiste i zakurzone liście rododendronów – nie mogłem opanować wrażenia, że mój strach był większy od tego, czego się obawiałem. „To wszystko? – pytałem sam siebie. – Wszystko? To, co Karol robił, było okrutne, owszem; jednak tylko dla dzieci. Dorośli co dnia robią gorsze rzeczy, ponieważ są dorośli”.

I jeszcze ta dziwaczna sensowność, jaką temu nadałem! Cóż za system wymyśliłem! Cóż za system sprawowania władzy, w którym nikt nie może być pewny, jak skończy się dla niego dzień w szkole, może jednak być pewny, że kiedyś nastąpi taki, gdy i on zostanie upokorzony!

Moje upokorzenie nadeszło jesienią roku 2003.

To znaczy prawdziwe upokorzenie. Poprzedzały je drobniejsze, jakby wstępy do tego właściwego. Zabrane pieniądze; książka, którą akurat czytałem, wrzucona do kosza na śmieci; podstawiona noga. Musiałem jednak poczekać kilka lat, wówczas: całą wieczność, by zostać pognębionym naprawdę.

Szatnie od WF-u znajdywały się w długim korytarzu, łączącym prostopadłościan wybudowany w latach 70. z mniejszym i młodszym, w którym mieściła się sala gimnastyczna. Prowadziły do nich trzy pary drzwi, między którymi postawiono gabloty prezentujące pamiątki z zawodów sportowych.

Tamtego dnia miałem jedenaście lat. Moje podbrzusze i klatka piersiowa były bezwłose; mój penis był siusiakiem; tak wyglądało to u wszystkich chłopców. A jednak w wakacje, które dzieliły tę jesień od poprzedniego roku szkolnego, coś się zmieniło i jak inni chłopcy do przebierania odwracałem się w stronę ściany, starając się możliwie szybko włożyć spodnie gimnastyczne. Właśnie w nie wskakiwałem, kiedy poczułem, że ktoś mnie ciągnie za włosy, a chwilę później wylądowałem na podłodze.

Karol stał nade mną. – Patrzcie, kurwa, jaki to jest grubas – mówił, przy okazji na mnie plując. – Jaka to jest gruba beka. Jakie ma cycki. Wielka beka, grupa dupa. – Podpierając się na dłoniach, spróbowałem wstać; gdy to zauważył, wziął zamach nogą i kopnął mnie. – Gruba, tłusta dupa – mówił – ciężka pizda, jebany spaślak, niedźwiedzie sadło – syczał, a przynajmniej wydawało mi się, że to robi, bo nie słyszałem ani jednego słowa. Uszy rozsadzał mi pisk, jakby ktoś w nich grzebał długą igłą. Kopnął mnie w jaja.

Kopnął mnie w jaja, w moje małe, osłonięte tylko bokserkami jaja chłopca, który ciągle był chłopcem. Kopnął mnie i bardzo mnie bolało, promieniując z krocza w stronę ud i brzucha. – Wstawaj, kurwa, brzuchalu, gruba beko, idziemy na WF, tłuściochu, wstawaj, pizdo – powiedział, a potem odwrócił się, reszta chłopaków także, i skierowali się w stronę wyjścia.

„Jeszcze dwa lata – pomyślałem, połykając łzy – i wszystko się zmieni. Pójdę do gimnazjum. Dwa lata i wszystko się zmieni” – obiecałem sobie.

A jednak zmieniło się wcześniej.

DESZCZ PRZESTAŁ PADAĆ W NOCY; gdy się obudziłem, za oknem Bielany parowały, smagane promieniami słońca. Otaczał mnie zapach Mariki czy raczej woń, której wcześniej w domu nie czułem, więc założyłem, że należy do Mariki.

Poranek spędziłem przykuty do Google’a. Gdy wpisałem imię i nazwisko Karola w połączeniu ze słowem „nekrolog”, przeglądarka nie wypluła żadnego wyniku. Gdy bez niego – ani jednej informacji, na którą bym dotąd nie trafił. Co więcej, zniknęła część odszukanych wcześniej, w tym adres firmy i numer telefonu, który przepisałem do swojej komórki.

Kusiło mnie, by na Messengerze zadzwonić do Mariki – bądź kogokolwiek z uczestników spotkania – ale się powstrzymałem. Podejrzewałem, że połączenie zostałoby odrzucone. Poprzedniego dnia byłem dla nich ciekawostką, otoczoną przez aurę zdziwienia, które musieli odczuć, pierwszy raz widząc kiedyś znajomą twarz w nagłówku portalu internetowego. Aurę tę przebijały jednak nieufne spojrzenia. Opiszesz nas? – pytały. Po to przyjechałeś?

Po co właściwie przyjechałem?

Poranek przeszedł w popołudnie, popołudnie w wieczór i niebo nad Warszawą nabrało szafirowego koloru. Zamówiłem ubera, wpisując w pole wyszukiwania adres, który zniknął z Google’a, ale nie z mojej pamięci.

Pierwszy raz odwiedziłem tamto mieszkanie na początku szóstej klasy. Dwa lata wcześniej przestałem chodzić na religię; przez czterdzieści pięć minut, które inni spędzali w towarzystwie księdza, siedziałem w szkolnej bibliotece. Było tam cicho, pachniało kurzem i półkami ze sklejki. Kupione z unijnych dotacji komputery szemrały jak strumyki. Czułem się tam dobrze.

Nie wiem, co takiego czytałem, gdy rozległo się: – Jędrek.

Słowo to zostało wypowiedziane innym tonem niż zazwyczaj. Kiedy uniosłem wzrok znad książki, zrozumiałem, że zmieniło się coś jeszcze. Twarz Karola, dotychczas zawsze zdająca się zlepioną z kilku innych, które do siebie nie pasowały, nabrała spójności – dziwnej, ale jednak spójności. Nie sprawiło to jednak, że nie odczułem momentalnie tego, co czułem zawsze, kiedy znajdował się w pobliżu: strachu, idącego od nóg, które zrobiły się jak galareta, przez skopane jaja i brzuch aż do głowy.

– Co, Jędrek, czytasz? – powiedział. – Książkę – odparłem. – Kurwa, widzę. Nie chodzisz na religię, co? Ja też nie. To samo pierdolenie. Patrz, jaki mam telefon – rzekł, wyjmując motorolę z klapką – zajebista komóreczka, ślipiaj.

I mówił dalej:

– Tak siedzisz. Siedzisz i czytasz. Ja też nie chodzę na religię. Chodź ze mną. – Z tobą? – zdziwiłem się. – Ze mną, kurwa, widzisz tu jeszcze kogoś? Kurwa, idziesz? – powiedział, ale nie ruszył się, nim nie zerknąłem, czy pilnująca sali bibliotekarka odwróciła wzrok. Zrobiła to, podobnie jak woźny przy wejściu.

Siedemnaście lat później szafirowy kolor zniknął z nieba, gdy uber dojechał na osiedle. Było chłodno, po parności poprzedniego popołudnia nie został ślad. Auto zatrzymało się przed dziesięciopiętrowym blokiem.

– To mojej starej, mojej matki – mówił Karol, pokazując gablotę w salonie dwupokojowego mieszkania, do którego mnie zaprowadził. Znajdował się w niej barek: trzy szklane półki, a na każdej butelki markowych alkoholi. – To mojej matki, ale stary to kupuje – opowiadał.

I do tego dwupokojowego mieszkania zapukałem siedemnaście lat później, a drzwi się otworzyły. – Dzień dobry – powiedziałem, ujrzawszy wysoką kobietę o rudych włosach – przynajmniej założyłem, że wciąż muszą być rude, ponieważ w korytarzu panowała ciemność. Twarz kobiety złożona była z fałd i ze zmarszczek. – Pani mnie nie zna – powiedziałem – ale ja się nazywam... – Wiem, jak się nazywasz – przerwała mi. – Jak się pan nazywa – poprawiła się. – Niech pan wejdzie.

– Chcesz się napić? – zapytał Karol. Pokręciłem głową; a przecież rok wcześniej, po szkolnej dyskotece, piłem swoje pierwsze wino, poczuwając się do tego, by je wypić. – A coś ci pokażę, pokażę – powiedział.

Jego pokój zarazem i nie różnił się, i różnił od tych, jakie zamieszkiwali w owych czasach dwunastoletni chłopcy. Przy lewej ścianie stało łóżko, przy prawej szafa, pod oknem biurko. Na nim jednak spoczywały laptop, drukarka i skaner. To był rok 2004: nikt w szkole nie miał laptopa. – Tutaj to schowałem – powiedział Karol, wyjmując spod skanera płytę CD. Jej awers był czarny, różowiły się na nim kształty nadrukowanych pośladków i piersi.

W salonie wciąż stała ta sama – lub bardzo do niej podobna – gablota i nadal służyła za barek. Choć za oknem było ciemno, matka Karola nie zapaliła światła. Dopiero po chwili, gdy usiadłem na głębokiej, niewygodnej kanapie, dostrzegłem pełny ciemnej cieczy kieliszek na stoliku obok fotela, który zajęła. – Pewnie długo tu pana nie było – powiedziała.

– To prawda, długo – potwierdziłem i nie dodałem: a w szóstej klasie w tym mieszkaniu co tydzień oglądałem pornosy. Co tydzień od tamtego razu Karol mi je pokazywał, nie powiedziałem, zamiast tego rzekłem:

– Słyszałem, że pani syn nie żyje.

Wzdrygnęła się, sięgnęła po kieliszek, a gdy wypiła, jej wargi złączyły się w idealnie prostą linię. – Bardzo się ucieszyłam – powiedziała – kiedy pan i mój syn się zaprzyjaźniliście.

– To nie była żadna przyjaźń – warknąłem od razu. Nie powiedziałem: po prostu tu przychodziłem oglądać pornosy. Skaczące piersi, rozwarte dupy, uśmiechnięte cipy, od tamtego pierwszego wyjścia robiliśmy to już regularnie. Nasz sekret, czterdzieści pięć minut w tę i we w tę, na film.

– Ale tacy chłopcy – mówiła dalej, jakby mnie nie usłyszała – zawsze się zaprzyjaźniają. Znajdują coś, co ich łączy, i są już przyjaciółmi.

W szkole nikt nie wiedział, co ja i Karol robimy. Zdarzyło mi się wtedy jedyny raz w życiu zatajać coś, co napawało mnie dumą.

Nie mnie pierwszego w jego towarzystwie przepełniło to uczucie; moja duma była jednak szczególnego rodzaju. Czułem, że łączy nas pakt, doniosły i sekretny. On przecież także nikomu nie powiedział o naszych wycieczkach i zachowywał pozory w tym sensie, że wciąż nazywał mnie: „Jędrek” i „niedźwiedzie sadło”. Nigdy już jednak mnie nie uderzył, a drugie z przezwisk nie bolało tak jak w szatni od WF-u. „Karol musi to robić – tłumaczyłem sobie – bo inaczej wszyscy by się zorientowali”.

Podczas cotygodniowych wycieczek mogłem na własne oczy zweryfikować plotki, które krążyły o nim w szkole – szczególnie tę, że pochodzi z zamożnej rodziny. I pochodził, i nie pochodził. Na początku dwudziestego pierwszego wieku na osiedle dotarł dobrobyt: obok bazaru wybudowały się nowe bloki, nazywane na wyrost apartamentowcami. Czyi rodzice mieli pieniądze, ten się tam przeprowadzał; Karol się tam nie przeniósł. Został w starym bloku, a jednak miał laptop, drukarkę, skaner – i płytki, które pod nim ukrywał.

Za pomocą owych płytek, jak gdyby kluczy, otworzył przede mną tajemny świat, którego istnienie dotąd tylko podejrzewałem. Już nie zastanawiałem się, z kim w przyszłości połączę się w parę, jak to na osiedlu; już wracałem do szkoły w majtkach, w których zasychało nasienie.

Tak minęła mi szósta klasa podstawówki. W czerwcu złożyłem papiery do najodleglejszego gimnazjum, jakie mogłem wybrać, i nikomu o tym nie powiedziałem.

– Mój syn i pan – siedemnaście lat później powiedziała matka Karola – byliście bardzo podobni. Obydwaj bez taty – wyjaśniła. – Nic dziwnego, że się zaprzyjaźniliście. Tacy chłopcy się zaprzyjaźniają.

– Twój syn był diabłem – rzuciłem. – Zabrał dobremu chłopakowi kanapkę i spuścił w sraczu, a potem kazał zeżreć. Twój syn mnie kopnął w jaja.

– A pan nic nie zrobił – oznajmiła w ciemność matka Karola – nic. Kopnął pana w jaja – powiedziała i w jej ustach te słowa zabrzmiały zabawnie. – Mógł mu pan oddać. I jak tę kanapkę zabrał, też pan nic nie zrobił.

Gdy skończyła się ceremonia rozdania świadectw – pierwsza z ostatnich ceremonii w moim życiu – wyszedłem przed szkołę. Byłem objuczony torbami, w których obijały się oprawione w ramki dyplomy dla najlepszego ucznia.

– Mógł pan zrobić. Pan i on byliście tacy sami. Byliście chłopcami.

Powietrze przesycał zapach kwiatów. Obładowany torbami, czekałem – i nagle coś się stało. Jakby mnie tknął impuls elektryczny, zerwałem się do biegu. W galowych butach zacząłem pędzić w stronę szkolnej bramy, by jak najszybciej zniknąć za nią, za murem, zakrętem ulicy.

GDY WSTAŁEM, RUDOWŁOSA kobieta na mnie nie spojrzała. Zdawała się nie dostrzegać różnicy między ciemnością, w której jestem, a tą, w której mnie brakuje; być może nie zauważałaby jej także, gdybym siedział w świetle.

Nim wyszedłem, otworzyłem drzwi drugiego pokoju. Nie zobaczyłem tam laptopa; skanera; ukrytych pod nim płyt; nie zobaczyłem łóżka, szafy. Jedyne, co zostało, to widok na podwórko.

Pokój został doszczętnie opróżniony.

Z POCZĄTKU NIE BYŁO DNIA, bym nie myślał o Karolu. Bardziej jednak niż jego wspomnienie owe myśli sprowadzała do mojej głowy świadomość tego, co go spotkało potem. Miał tyle lat co ja; i umarł.

Dzieliło nas kilka miesięcy, może tygodni, może nawet dni, nie wiedziałem, kiedy ma – miał – urodziny; i umarł. Nie interesowało mnie, w jaki sposób się to stało – umarł. Był, był, był – a potem go nie było.

Od tamtych wydarzeń minęły dwa lata. Lampka z prawej strony mojego łóżka w końcu została zapalona; raz, drugi, potem wiele razy.

Pewnego dnia jechałem na umówiony na Tinderze one night stand. Randka podała mi nazwę nieznanej ulicy; wstukałem ją w ubera i, obojętny, dokąd zmierzam, pisałem już z inną. Głowę uniosłem, dopiero wysiadłszy z auta.

Nie wiedziałem, gdzie się znajduję, lecz wiedziałem, że na osiedlu. Nigdy wcześniej nie odwiedziłem tej jego części, lecz była ona jego częścią, wskazywała na to unosząca się w powietrzu specyficzna woń.

Randka mieszkała – poinformowała mnie – na siódmym piętrze. Winda wznosiła się wolno, w końcu zatrzymała, wysiadłem, poszedłem w lewo.

Zza moich pleców rozległo się: – Jędrek?

marzec 2022

Tego i innych opowiadań posłuchasz również w wersji audio na znajdziesz na stroniemagazynpismo.pl/proza

WOJCIECH ENGELKING (ur. 1992), pisarz, publicysta. Napisał kilka powieści, ostatnio Serce pełne skorpionów (2021). Jego teksty ukazywały się m.in. w „Newsweeku”, „Tygodniku Powszechnym”, „Vogue Polska”. Doktorant na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, autor artykułów naukowych z zakresu teorii prawa i filozofii polityki.

Partnerem Prozy w „Piśmie” jest Wrocław Miasto Literatury UNESCO i Wrocławski Dom Literatury.

POEZJA

Ułamek

WIOLETTA GRZEGORZEWSKA

Widziałam jak stara kobieta z Syrii przytulała młodego strusia. Ptak układał głowę na jej czole, zaciskał powieki i zaczynał szybować.

To, co w ułamku sekundy między nimi się ukazało, nazwałabym Bogiem.

WIOLETTA GRZEGORZEWSKA (ur. 1974), pseudonim Wioletta Greg, pisarka. Autorka kilku tomów poetyckich i powieści: Guguły, Stancje, Dodatkowa dusza, Wilcza rzeka oraz książki dla dzieci Lola i ptaki. Jej Guguły