Pieśń Reginy - David Eddings, Leigh Eddings - ebook

Pieśń Reginy ebook

David Eddings, Leigh Eddings

0,0

Opis

 

 

Bliźniaczki Regina i Renata były identyczne. Rozmawiały ze sobą we własnym, sekretnym języku. Pewnego dnia doszło do tragedii: jedna z bliźniaczek padła ofiarą bestialskiej zbrodni. Druga doznała ogromnego wstrząsu. Ponieważ bliźnięta jednojajowe mają identyczne DNA, nie udało się określić, która z dziewcząt została zamordowana. 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie (2) 
Biblioteka Publiczna w Stęszewie 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 572

Rok wydania: 2003

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

David & LeighEDDINGS

 

PIEŚŃ REGINY

 

Dotychczas ukazały się następujące książki

 

Davida Eddingsa:

 

Belgarath CzarodziejCzas niedoliTajemnicaKopuły ogniaŚwietliściUkryte miasto

Polgara CzarodziejkaDiamentowy tronRubinowy rycerzSzafirowa różaKodeks RivańskiOdkupienie Althalusa

 

David & LeighEDDINGS

 

PIEŚŃ REGINY

Przełożyła

Agnieszka Barbara Ciepłowska

 

 

Tytuł oryginału:REGINA’S SONG

 

Copyright © 2002 by David Eddings and Leigh Eddings

All Rights Reserved

 

Projekt okładki:

Zombie Sputnik Corporation

 

Ilustracja na okładce:Piotr Łukaszewski

 

Redakcja:

Łucja Grudzińska

 

Redakcja techniczna:

Małgorzata Kozub

 

Korekta:

Grażyna Nawrocka

 

Łamanie komputerowe:Ewa Wójcik

 

ISBN 83-7337-442-6

 

Warszawa 2003

 

Fantastyka

 

Wydawca:

Prószyński i S-ka SA02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

 

Druk i oprawa:OPOLGRAF Spółka Akcyjna45-085 Opole, ul. Niedziałkowskiego 8-12

 

Angeli oraz Pat –

za wszystkie rady dotyczące polityki i religii,

jakich mi udzieliły,

zanim wróciły do Irlandii

Preludium

 

ANDANTE

 

Les Greenleaf oraz mój ojciec, Ben Austin, służyli w Wietnamie w tej samej jednostce. Dwadzieścia pięć lat później nadal potrafili całymi popołudniami roztrząsać wojenne przygody. Obaj wyrośli w Everett, miasteczku położonym sześćdziesiąt kilometrów na północ od Seattle. Obaj pracowali w tym samym zakładzie stolarki budowlanej.

Poza tym wszystko ich dzieliło. Mój ojciec w zakładzie był traczem, Les - szefem. Les Greenleaf był katolikiem, republikaninem i członkiem Narodowego Stowarzyszenia Pracodawców; mój tata - metodystą, demokratą i działaczem związków zawodowych. Les Greenleaf lokował pieniądze i grał na giełdzie, tata żył od wypłaty do wypłaty. Znajdowali się po przeciwnych stronach grubego i wysokiego muru.

Tymczasem wojenne braterstwo zdołało pokonać wszelkie przeszkody. Najwyraźniej człowiek mocno się przywiązuje do kumpla, który pod obstrzałem osłania mu rufę.

 

★★★

 

Wróćmy do lat sześćdziesiątych. W tamtym czasie każdy młody człowiek unikał powołania do służby wojskowej oraz wyjazdu na wojnę w Wietnamie. Dzieciaki z bogatych domów mogły się postarać o odroczenie ze względu na studia, jeśli były wystarczająco inteligentne, żeby się dostać do college’u, ale dzieciaki z klasy pracującej nie miały tak luksusowego wyjścia.

Les i mój tata ukończyli szkołę średnią w 1967. Tata od razu ożenił się ze śliczną Pauline Baker, swoją szkolną miłością, i zaczął pracę w zakładach Greenleafa.

Natomiast Les Greenleaf zapisał się na uniwersytet w Waszyngtonie, został duszą towarzystwa i specjalistą od imprezowania. Wyrzucono go pod koniec drugiego roku.

Mój tata któregoś razu po sprzeczce z mamą, chcąc jej udowodnić, że jest człowiekiem niezależnym, wstąpił do armii. Pewnie by tego nie zrobił, gdyby był trzeźwy. Szczęśliwie zostało mu tyle przytomności umysłu, że zaciągnął się tylko na dwa lata, zamiast zwyczajowych sześciu.

Jak się potem okazało, Les Greenleaf trafił do wojska tego samego dnia, więc rozpoczęli służbę razem.

Podczas tamtej drobnej, a brzemiennej w skutki sprzeczki moja mama była od niedawna w ciąży, co w pewnym stopniu tłumaczyło, dlaczego okazała się wyjątkowo mało tolerancyjna.

Tak czy inaczej Ben i Les poszli na wojnę, a moja mama została w domu, obrażona na cały świat.

Miałem jakieś półtora roku, gdy wrócili. Byłem między gośćmi zaproszonymi na ślub pana Lestera Greenleafa i panny Ingi Wurzber-ger. Jako jedyny przespałem calutką ceremonię. Inga, bardzo typowa Niemka, chyba z Bawarii, pilnie studiowała na uniwersytecie, gdy Les skupiał się na oblewaniu kolejnych egzaminów. Ślub miał miejsce w kościele katolickim, gdzie mój tata nie czuł się zbyt swobodnie, ale przyjaźń, jak zwykle, zwyciężyła wszelkie przeszkody.

Inga i moja mama szybko znalazły wspólny język, więc kiedy byłem jeszcze berbeciem, zaczęliśmy często odwiedzać Greenleafów w ich fantastycznym domu wybudowanym w szykownej dzielnicy Everett. Ponieważ w tamtych czasach byłem absolutnie rozkoszny, zawsze podczas tych wizyt stanowiłem centrum uwagi i nie przeczę, dosyć mi się to podobało.

Ten dobry czas skończył się raptownie w roku 1977, gdy Inga na-pęczniała, a następnie wydała owoc - bliźniaczki Reginę i Renatę, które bezapelacyjnie przejęły pałeczkę w dziedzinie wzbudzania zachwytów. Szczerze mnie zasmuciła taka odmiana losu.

Regina i Renata były identyczne. Tak identyczne, że nawet Inga nie potrafiła ich odróżnić. Kiedy zaczęły mówić, z początku wcale nie używały angielskiego. Podobno rzeczą całkowicie naturalną jest tworzenie przez bliźnięta własnego języka, ale dzieci go zapominają przed pójściem do przedszkola. Regina i Renata porozumiewały się tak w najlepsze jeszcze w szkole średniej.

Istniała w tamtym czasie pewna zwariowana teoria mówiąca, że bliźnięta nie powinny być jednakowo ubierane, bo wyrosną na psychicznie skrzywione. Inga pogodnie ignorowała owe poglądy i podtrzymywała dawne zwyczaje, codziennie rano ubierając dziewczynki w identyczne sukienki. Jedyną różnicę stanowiiy wstążki: czerwona we włosach Reginy, niebieska - Renaty. Co rano Inga uważnie sprawdzała imiona wygrawerowane na złotych bransoletkach dziewczynek, by się upewnić, że nie pomyliła córek. Moim zdaniem właśnie te wstążki do włosów nasunęły dziewczynkom na myśl coś, co rodzina Greenleafów nazywała „grą w zgadywanie bliźniaczek”. Zamieniały się kokardami trzy, cztery razy dziennie, a gdy tylko nauczyły się odpinać klamerki bransoletek z imionami, nikt już nie wiedział, która jest która.

Dziewczynki wykorzystywały tę „grę w zgadywanie bliźniaczek” do rozmaitych psikusów, ale teraz, kiedy wracam myślą do tamtych czasów, zastanawiam się, czy przypadkiem nie chciały nam w ten sposób powiedzieć czegoś ważnego. Śliczne blondyneczki nie miały poczucia indywidualnej tożsamości. Chyba nigdy nie słyszałem, żeby któraś z nich powiedziała „ja”. Regina i Renata zawsze mówiły „my”. Nawet każda z nich reagowała na oba imiona.

Greenleafów to irytowało, mnie natomiast nie przeszkadzało wcale. Rozwiązałem „problem identyfikacji”, nazywając je Twinkie Twins1. Z początku trochę się na mnie za to boczyły, ale niedługo okazało się, że przydomek najwyraźniej wpasował się w ich pojęcie o sobie, bo przestały w ogóle używać swych imion i zaczęły się zwracać do siebie Twinkie albo Twink, nawet gdy używały własnego języka.

W jakiś szczególny sposób włączyło mnie to w ich prywatność. Nasze rodziny utrzymywały bliskie kontakty od zawsze, a ponieważ byłem od dziewczynek siedem lat starszy, traktowały mnie jak starszego brata. Wiązałem im buciki, wycierałem nosy, naprawiałem trójkołowe rowerki. Zawsze kiedy coś popsuły, zapewniały się wzajemnie: „Markie naprawi”. Od czasu do czasu któraś z nich przez pomyłkę zwracała się do mnie w języku bliźniaczym, a potem wydawały się zawiedzione, że nie rozumiałem ani słowa.

Jako oficjalny zastępca starszego brata, przez znaczną część dzieciństwa oraz wczesny okres dojrzewania wiele czasu spędzałem w towarzystwie Twinkie Twins. Nauczyłem się ignorować ich nieszczególnie grzeczny nawyk: szeptały sobie wzajemnie do ucha, chichocząc i rzucając na mnie chytre spojrzenia. Zanim przeszedłem do gimnazjum, zanim nastąpił w moim życiu ten przełomowy moment, który dla większości nastolatków jest porównywalny z doświadczeniem natury religijnej - byłem w znacznym stopniu uodporniony na ich wybryki.

 

★★★

 

W maju, drugiego roku nauki w drugiej w moim życiu szkole, skończyłem szesnaście lat i zdobyłem prawo jazdy. Ojciec stanowczo oznajmił, że rodzinny samochód nie będzie dla mnie dostępny, ale też obiecał sprawdzić w siedzibie związku, czy znajdzie się jakaś praca na lato dla młodego człowieka. Nie miałem dużej nadziei, lecz tego dnia wrócił do domu ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy.

- Znalazłem ci pracę w tartaku, Mark - oznajmił.
- Poważnie? - ucieszyłem się.
- Poważnie. Już od poniedziałku, jak tylko skończy się rok szkolny, możesz iść do roboty.
- Co będę robił?
- Ciągnął łańcuch.
- Nie rozumiem.
- I niech tak lepiej zostanie.

A dlaczego, zrozumiałem, kiedy wstąpiłem do związku zawodowego i zacząłem pracować. Dowiedziałem się także, dlaczego zawsze były wolne miejsca przy zielonym łańcuchu. W tartaku przerabiano pnie na deski. Najpierw ogromne sosny przez sześć do ośmiu tygodni leżakowały w stawie, wchłaniając słoną wodę, przez co stawały się bardzo, ale to bardzo ciężkie i tak nasiąknięte, że w czasie cięcia piłą bryzgały deszczem kropel na wszystkie strony jak zepsuty prysznic. Potem ociekające wodą deski wyjeżdżały z tartaku na szerokiej taśmie rolek, nazywanej zielonym łańcuchem. Były chropowate, najeżone drzazgami i ciężkie jak ołów. „Ciągnięcie łańcucha” oznaczało podnoszenie tych surowych dech z taśmy i układanie ich w sągi. Jest to zdecydowanie mało przyjemne zajęcie. W nowocześniejszych tartakach instaluje się maszyny, które sortują, przeciągają i układają drewno, ale tartak, w którym pracowałem tamtego lata, nie zmienił się specjalnie od lat dwudziestych, więc trzeba było wszystko robić jak za dawnych czasów. Nie bardzo mi się podobała ta robota, lecz naprawdę chciałem mieć własny samochód, więc jakoś wytrwałem.

Do tamtej pory byłem - w najlepszym wypadku - uczniem dość przeciętnym, ale po lecie osiemdziesiątego szóstego moje zwyczaje uległy zmianie. Można by nawet napisać na ten temat jakąś rozprawę psychologiczną, choćby pod tytułem „Siła motywacyjna zielonego łańcucha”. Ja powiem tylko, że od jesieni stałem się znacznie pilniejszym uczniem.

Ciągnięcie łańcucha rzeczywiście pozwoliło mi zarobić na własny samochód, a było to bardzo ważne dla szesnastolatka o gorącej głowie, jako że w jego otoczeniu naczelna zasada głosiła: „Jeśli nie masz swoich czterech kółek - jesteś nikim”. Twinkie Twins nie były pod szczególnym wrażeniem mojego porysowanego czarnego dodge’a rocznik 74, ale przecież nie kupiłem go po to, żeby robić wrażenie akurat na nich. Chodziły dopiero do trzeciej klasy i z założenia niewarte były mojej uwagi. Nadal miały jasne włosy, były pulchne, pucołowate i chichotały z byle powodu.

 

★★★

 

W cudownie słonecznym okresie mojego dorastania czas pędził jak szalony. Zanim się obejrzałem, nadszedł dzień promocji. Złowieszcza perspektywa ciągnięcia łańcucha znowu stanęła mi przed oczami, ale w tym punkcie mojego życia wkroczył do akcji stary dobry Les Greenleaf. Na pewno odbyła się niejedna zakulisowa rozmowa, skoro zaraz po tym, jak ukończyłem szkołę, okazało się „przypadkiem”, że właśnie jest wolne miejsce w fabryce drzwi. Tata zaprowadził mnie tam uzbrojonego w reaktywowaną kartę związku zawodowego. W poniedziałek, zaraz po zakończeniu roku szkolnego, rozpocząłem pracę w zakładach Greenleafa. Zostałem robotnikiem. Nawet chodziłem na zebrania związkowe.

Myślę, że zwrotnym punktem mojego pierwszego roku w fabryce produkującej drzwi był dzień, kiedy wszystkie dzieciaki w Everett poszły do szkoły - a ja nie. Rozkoszowałem się tym prawie cały tydzień. Potem stopniowo zaczęło do mnie docierać, że brakuje mi szkoły. Że strach przed zielonym łańcuchem, którego nabawiłem się w czasie wakacji po drugiej klasie, przeobraził mnie na następne dwa lata w pojętnego i pilnego ucznia. I że teraz, skończywszy szkołę, nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić. Fabryka drzwi zajmowała mi tylko czterdzieści godzin tygodniowo, a tata bezustannie okupował telewizor ustawiony na kanały sportowe. Tymczasem ja zawsze byłem głęboko przekonany, że świat się nie skończy, jeśli Seahawks z Seattle nie zdołają zwyciężyć w rozgrywkach pucharowych. Żeby zapełnić puste godziny, zacząłem czytać i do lata 1990 przebrnąłem przez znaczną część niemałego księgozbioru biblioteki publicznej.

Dla zabicia czasu zacząłem tej jesieni uczęszczać na jakiś kurs wieczorowy organizowany w miejscowym college’u i ukończyłem go jako najlepszy. Trochę się zdziwiłem, że to takie łatwe.

W czasie semestru zimowego zapisałem się na inny kurs, który okazał się jeszcze łatwiejszy.

Tej samej zimy dłuższy czas chodziłem z jedną dziewczyną z college’u, w semestrze wiosennym też byliśmy razem. Latem jednak zerwaliśmy, a ja zacząłem traktować kursy jako swego rodzaju hobby. Nie stawiałem sobie żadnego konkretnego celu akademickiego, można by powiedzieć, że specjalizowałem się we wszystkim.

„1001 specjalizacji” - niezły temat kursu, prawda?

Tak to trwało dwa lata, w czasie których zgromadziłem dość imponujący zasób wszelkich wiadomości. Tata nie komentował moich poszukiwań w świecie nauki, ale doglądał postępów.

Ponownie zapachniało intrygą w końcu listopada 1992. Na Święto Dziękczynienia zostaliśmy zaproszeni do Greenleafów, a kiedy już za dużo zjedliśmy, mój tata i szef wdali się w dyskusję, jak rozumiem, świetnie zaaranżowaną, dotyczącą aktualnego problemu fabryki drzwi. Pracowały tylko cztery piły, trzeba było redukować zamówienia, bo każda piła mogła ciąć określoną, niewystarczającą ilość drzewa w czasie ośmiu godzin. Oznaczało to, że szef musiał płacić za nadgodziny, co z początku bardzo się podobało traczom, ale kiedy przeszło w zwyczaj, wzbudziło pomruki niezadowolenia na temat dziesięcio-albo nawet dwunastogodzinnego dnia pracy. Rozwiązanie było najprostsze pod słońcem. Nazywa się ono pracą na zmiany. Potrzebny był jeden robotnik pracujący od czwartej po południu do wpół do pierwszej w nocy. Pięciu pracowników przy czterech piłach wystarczyło, żeby szef nie musiał kupować nowej piły ani płacić nadgodzin.

Zgadnijcie, kto został wybrany na tę nocną zmianę. I kto miał mnóstwo wolnego czasu akurat wówczas, gdy w Community College w Everett odbywały się normalne zajęcia. I kto został zmuszony do podjęcia nauki w zwykłym trybie. I kto jako jedyny obecny przy rozmowie u Greenleafów nie miał pojęcia, do czego to wszystko zmierza.

Zgadliście.

Moim zdaniem największy ubaw miały z tego Twinkie Twins. Były już w pierwszej klasie gimnazjum, ale znowu zaczęło się szeptanie w mowie bliźniąt, obrzucanie mnie bystrym spojrzeniem, głupawe uśmieszki i chichoty.

Podczas semestru zimowego dziewięćdziesiąt dwa i wiosennego dziewięćdziesiąt trzy wzorowo odgrywałem rolę studenta, i tak speł-nilem warunki wymagane do ubiegania się o dyplom. Cztery lata zajęło mi osiągnięcie celu, do którego przeciętny student dociera w dwa, ale w końcu zdobyłem BA i BSc2 w pełnej chwale. Skończyłem w zasadzie profil humanistyczny, ale wsparty mnóstwem „kursów o wszystkim i o niczym”, które zupełnie do niego nie pasowały.

Przeszedłem przez ceremonię płaszcza i kapelusza, podczas której wśród publiczności obecni byli zarówno Austinowie, jak i Greenleafowie, a po uroczystości wróciliśmy do rezydencji Greenleafów na kolejną sesję z serii „pokierujmy Markiem we właściwy sposób”, podczas których zwykle byłem w mniejszości liczonej sześć do jednego.

Natarcie rozpoczęła Inga Greenleaf.

- Czyś ty się w ogóle zastanawiał, co robisz, Mark? - zapytała, wymachując odpisem moich osiągnięć. - Oceny masz bardzo dobre, ale połowa kursów, na jakie uczęszczałeś, nie jest nawet luźno związana z profilem humanistycznym.

- Kiedy na nie chodziłem, nie wiedziałem jeszcze, czym to się skończy - wyjaśniłem. - Szedłem, gdzie się dało. Dopiero mniej więcej po roku zdecydowałem się na profil humanistyczny.

- Zostały ci dość istotne luki. Dowiadywałam się na uniwersytecie stanowym, będziesz musiał latem nadrobić zaległości. Les rozmawiał z kilkoma bankami, twoje oceny pozwalają ci na zaciągnięcie pożyczki studenckiej.

Zerknąłem na tatę. Dyskutowaliśmy na ten temat już od jakiegoś czasu. Lekko pokręcił głową.

- Nic z tego, Ingo - odezwałem się głosem bez wyrazu. - O pożyczce studenckiej nie ma mowy. Wcześniej czy później będę musiał spłacać z pensji hipotekę i pewnie jeszcze raty za samochód... mój dodge ma już swoje lata. Nie mogę do tego dorzucić jeszcze pożyczki studenckiej. Nie będę odsyłał trzech czwartych wypłaty do banku na spłatę kredytów. Poszukam sobie pracy na pół etatu, ale nie będę brał pożyczki, nie ma mowy.

- O rety! - wykrzyknęła jedna z bliźniaczek, klaszcząc w dłonie. - Zostanie z nami!

- Cicho, Twink! - uciszyła ją matka. Chyba nawet nie zauważyła, że użyła wymyślonego przeze mnie słowa.

Szef szacował nas wzrokiem spod przeciwległej ściany.

- Jak się tak zastanowić, Mark, to już masz pracę na pół etatu.

- A to ona nie jest na cały? - zdziwiłem się teatralnie.

- Jasne że tak - odparł z diabelskim uśmiechem. - Ale jak się człowiek postara, może być bardziej wydajny. Jeśli będziesz chciał, na pewno opędzisz robotę w cztery czy pięć godzin. Gdybyś z czymś nie zdążył, nadrobisz w sobotę.

- A jeśli naprawdę poważnie myślisz o zdobyciu wykształcenia, możesz mieszkać z nami i dojeżdżać na uniwersytet - dodała mama. - Nie stać nas, żeby cię posłać na Harvard, ale jesteśmy w stanie zapewnić ci wyżywienie i dach nad głową. Nie będziesz musiał wynajmować pokoju ani kupować jedzenia.
- Nasz starszy braciszek jednak nas opuści - westchnęła z udawanym smutkiem jedna z bliźniaczek.

- Wszystko, co dobre, szybko się kończy - odparowałem.

- Kto nam będzie zawiązywał buciki? - spytała druga.

- Kto nam pomoże włożyć rękawiczki?

- Dacie sobie radę - pocieszyłem je. - Bądźcie dzielne i prawe, a wszystko się ułoży.

Jednocześnie pokazały mi języki.

- Będziesz bardzo zajęty, Mark - odezwał się Les. - Nie zostanie ci wiele wolnego czasu. Nie powtórz mojego błędu. Imprezowałem tak skutecznie, że na drugim roku zostałem relegowany ze studiów.
- Nie przepadam za imprezami, szefie. Nie podnieca mnie słuchanie podpitych facetów, którzy się licytują, kto pierwszy zrobi to z Rose Bowl. Naprawdę chciałbym postudiować. A jeśli się nie uda, no to po sprawie.

 

★★★

 

Latem nadrobiłem wszelkie zaległości i pewnego pogodnego wrześniowego ranka wyruszyłem zapisać się na University of Washington. Przebrnąwszy przez wszystkie biurokratyczne nonsensy, jakiś czas błądziłem po wydeptanych ścieżkach prowadzących do świątyni wiedzy, a dodam, że były to ścieżki długie, ponieważ kampus miał co najmniej trzy kilometry w każdą stronę. Wreszcie znalazłem Padelford Hall, siedzibę anglistyki. Zlokalizowałem interesujące mnie sale wykładowe i wróciłem do Everett, do pracy.

Wziąłem się do roboty pełną parą, jak sugerował szef; szybko wyszło na jaw, że załatwiam ją w niecałe pięć godzin. Od razu poczułem się lepiej.

Semestr zaczynał się w następny poniedziałek, pierwszy wykład, literatura amerykańska, zaplanowano na ósmą trzydzieści. Gdy do sali wszedł wykładowca, zapadła dziwna, pełna zdumienia cisza.

- To Conrad! - usłyszałem zduszony szept za plecami.

- Witam państwa - zaczął siwowłosy profesor o szeleszczącym głosie. - Wasz wykładowca przeszedł niedawno operację wszczepienia bajpasów, wobec czego w tym semestrze będę go zastępował. Zapewne nie wszyscy mnie znają. Jestem Ralph Conrad. - Rozejrzał się po sali. - Zrobimy teraz chwilę przerwy, żeby co bardziej nieśmiali mogli się wycofać na z góry upatrzone pozycje.

Interesujący sposób rozpoczynania wykładu. Myślałem, że to żart, więc się roześmiałem.

- Czy powiedziałem coś zabawnego? - zapytał mnie, unosząc brew.

- Trochę mnie pan przestraszył - odparłem. - Przepraszam.

- Nic się nie stało, młody człowieku - odrzekł łaskawie. - Śmiech to zdrowie. Śmiej się, póki możesz.

Rozejrzałem się dookoła. Co najmniej połowa studentów zbierała podręczniki i chyłkiem umykała w stronę wyjścia.

Profesor Conrad objął wzrokiem tych, którzy zostali.

- Dzielne zuchy - mruknął, po czym spojrzał na mnie. - Nadal tu jesteś, młody człowieku? - zdziwił się niegłośno.

Jego pewność siebie zaczęła mnie irytować.

- Przyszedłem tu, żeby się uczyć - odparłem. - Nie po to, żeby mieć z kim chodzić na imprezy, i nie po to, żeby podrywać dziewczyny. Jestem gotów podjąć wyzwanie, a kiedy opadnie kurz, pozostanę na polu walki.

Nie mogłem powiedzieć nic głupszego. Szybko się przekonałem, że staruszek był nie do zdarcia. Jeździł na mnie jak na łysej kobyle, to prawda, ale przetrwałem wszystko. Był zagorzałym zwolennikiem starej teorii dowodzącej bezdyskusyjnej wyższości talentu nad innymi przymiotami. Gardził określeniem „postmodernistyczny”, a komputery uważał za diabelski wynalazek.

Miewał też chwile słabości - gdy rzewnie wspominał „stare dobre czasy”, kiedy to anglistyka mieściła się w uświęconym, choć mocno zrujnowanym Parrington Hall, a on uczęszczał na wykłady legendarnych profesorów, takich jak Ebey, Sophus Winther czy E.E. Bostetter.

Twardo trzymałem się swojego postanowienia o podjęciu wyzwania; zdawało mi się nawet, że dzięki tej postawie zyskałem odrobinę niechętnego szacunku ze strony postrachu wydziału. Nie posunąłbym się aż do tego, by stwierdzić, że byłem na tym kursie prymusem, ale udało mi się z profesora Conrada wydusić notę A.

Na początku semestru zimowego zaskoczyła mnie wiadomość, że dostałem przydział do nowego opiekuna naukowego - i to na jego żądanie.

Zgadujecie, kto był tym opiekunem?

- Panie Austin, udało się panu rozbudzić we mnie ciekawość - wyjaśnił profesor Conrad, gdy spytałem go, po co zadawał sobie ten trud.- Studenci, którzy pracują w okresie nauki, wybierają zwykle kierunek studiów odpowiadający ich karierze zawodowej. Co panu kazało zgłębiać anglistykę?

Wzruszyłem ramionami.

- Lubię czytać, a jeśli mogę dzięki temu zarabiać na życie, to tym lepiej.

- Co pan planuje? Zostać nauczycielem?

- Prawdopodobnie. Chyba że się zawezmę i napiszę największą powieść amerykańską.

- Czytałem pańskie prace, panie Austin - rzeki oschle. - Aby osiągnąć taki cel, musiałby pan przejść bardzo długą drogę.

- To nic w porównaniu z ciągnięciem łańcucha.

- Nie rozumiem.

Wyjaśniłem mu. Wydawał się poruszony.

- Naprawdę ktoś jeszcze robi coś takiego?

- To się nazywa „zarabiać na chleb”. Jestem tutaj, bo nie chcę ciągnąć łańcucha nigdy więcej, szefie.

Chyba nikt nigdy nie nazwał go „szefem”, bo nie bardzo wiedział, jak ma to przyjąć.

Zanim skończył się semestr zimowy, życie pracującego studenta zmieniło się dla mnie w rutynę. Sporadycznie brakowało mi snu, ale zwykle mogłem sobie pofolgować w weekendy.

Potem był semestr wiosenny i wakacje. Przez całe lato pracowałem, żeby zebrać trochę kasy. W ciągu roku akademickiego parę razy było krucho z gotówką.

Twinkie Twins znalazły się w ostatniej klasie, bezsprzecznie rozkwitły. Włosy miały chyba jeszcze jaśniejsze, pewnie za sprawą chemii, a oczy intensywnie niebieskie. Były także w posiadaniu kilku innych atrybutów, które przyciągały uwagę męskiej części szkoły.

Spoglądając wstecz, jestem niekiedy zaskoczony, że nigdy nie miałem kosmatych myśli na temat bliźniaczek. Naprawdę były fantastyczne - wysokie, blond, świetnie zbudowane, a w dodatku potrafiły patrzeć dziwnie wyzywająco. Pewnie dlatego się nimi nie interesowałem, że były dla mnie istotą mnogą. Zawsze myślałem o nich „one”, nigdy „ona”.

Jak słyszałem, chłopcy z ich szkoły nie mieli tego problemu, toteż bliźniaczki były rozchwytywane. Skarżono się jedynie na to, że nie sposób ich rozdzielić.

Na drugim roku studiów wreszcie zmierzyłem się z „Moby Dickiem”. Pierwsze zdanie: „Imię moje: Izmael”, a potem kultowe „po tom tylko zbiegł, by wam dać świadectwo”3 poruszają w moim sercu najczulsze struny. Kapitan Ahab mnie przerażał. Obsesyjna potrzeba mszczenia się na białym wielorybie plasowała go w jednym rzędzie z Hamletem i Otellem.

„Moby Dick” był czytany od deski do deski przez pokolenia studentów lepszych niż ja i szczerze mówiąc, nie miałem ochoty na odgrzewane danie w ramach pracy wieńczącej fakultet. Naszym promotorem był, rzecz jasna, profesor Conrad, a ja miałem dziwną pewność, że każdą próbę przedstawienia wcześniejszych opracowań książki w nowej szacie poczyta sobie za osobistą obrazę.

Wtedy natknąłem się na interesującą informację. Okazało się, że Melville, w czasie gdy pisał „Billy’ego Budda”, stale wypożyczał z Biblioteki Publicznej Nowego Jorku „Raj odzyskany” Miltona. Zacząłem dostrzegać pomiędzy tymi dwiema pozycjami zastanawiające podobieństwa.

Profesor Conrad uznał tę ideę za dość interesującą.

- Taki temat nie da panu doktoratu z filozofii, panie Austin - stwierdził - ale na MA4 powinno od biedy wystarczyć.
- Mam pisać pracę, szefie? - spytałem.
- Koniecznie, panie mądraliński - oznajmił bez osłonek.
- Mądraliński?
- Chyba najwyższy czas, żeby pan wracał do Everett, robota czeka - zirytował się w końcu.

Tego wieczoru, obrabiając kolejne drzwi w zakładach Greenleafa, rozważałem kwestię pisania pracy naukowej. Był to krok tak czy inaczej nieunikniony. Ukończenie anglistyki bez tytułu odsuwało mnie na nie więcej niż dwa kroki od zielonego łańcucha. Z tytułem magistra pewnie dostałbym pracę nauczyciela w miejscowym college’u. Była to przyjemność dyskusyjna, bo jakoś nigdy mnie nie ciągnęło do uczenia, ale zawsze coś.

Chodziłem w tamtym czasie z jedną dziewczyną; kiedy jej powiedziałem, że zamierzam zostać na studiach, uszła z niej cała para. Chyba miała nadzieję szybko stanąć na ślubnym kobiercu, co jedynie stanowiło dowód, że nie rozumiała twardych reguł rządzących światem. Jej ojciec był biznesmenem w Seattle, mój - robotnikiem w Everett. Nie chciałbym się wydać zwolennikiem marksizmu, ale stary Karol co do jednego miał rację: rzeczywiście istnieją realne różnice pomiędzy klasami. Dzieciak z bogatej rodziny nie musi traktować wykształcenia zbyt poważnie, bo ma wiele innych możliwości do wyboru. A dzieciak z klasy pracującej ma jedną szansę na zdobycie wykształcenia i nie może pozwolić, żeby mu w tym cokolwiek przeszkodziło, wliczając dziewczyny oraz ślub. Narodziny pierwszego dziecka prawie zawsze oznaczają, że człowiek do końca życia będzie ciągnął łańcuch. Rzeczywistość potrafi być wyjątkowo paskudna.

 

★★★

 

Sprawia mi to ogromny ból, więc opowiem krótko. Wiosną 1995 bliźniaczki zostały zaproszone na kolejne „przyjęcie piwne”. Tym razem zorganizowane na plaży niedaleko Mukilteo, na południe od Everett. Nie mam pewności, kto akurat wtedy dostarczył beczki z piwem, ale to nie jest ważne. Dzieciaki jak zwykle rozpaliły ognisko, z czasem miały coraz bardziej zaczerwienione oczy i robiły coraz więcej hałasu. Było ich tam czterdzieścioro, może pięćdziesięcioro, świętowali nadchodzący koniec roku, zbliżające się rozdanie dyplomów. Około północy atmosfera zaczęła gęstnieć. Doszło do paru rękoczynów, coraz więcej par znikało w ciemnościach. Mniej więcej wtedy Regina i Renata zdecydowały, że czas wracać do domu. Opuściły przyjęcie po angielsku, wsiadły do swojego nowego pontiaka - dyplomowego prezentu od rodziców - i ruszyły do Everett.

Regina, dominująca w tym tandemie, prawdopodobnie usiadła za kierownicą. Renata także miała prawo jazdy, ale właściwie nigdy nie prowadziła. Pojechały skrótem wijącym się przez Forest Park. W pobliżu ogrodu zoologicznego złapały gumę.

Według policji przypuszczalna kolejność zdarzeń była następująca: Regina wysiadła z samochodu i poszła do zoo, żeby stamtąd zadzwonić po pomoc. Renata czekała w pontiaku, aż po jakimś czasie poszła szukać siostry.

Następnego ranka odnaleziono bliźniaczki w pobliżu ogrodu. Jedna była martwa. Zgwałcona i zadźgana jakimś ostrym narzędziem. Druga siedziała obok ciała, z wyrazem kompletnego ogłupienia na twarzy. Na pytania policji odpowiadała w języku, którego nikt nie rozumiał.

 

★★★

 

Wszelkie czynniki oficjalne - gliniarze z różnych wydziałów, śledczy, koroner i tak dalej - przesłuchiwały państwa Greenleafów intensywnie, jednak dowiedziały się niewiele. Rodzice dziewcząt byli zdruzgotani, ale nie mogli w niczym pomóc. Nigdy nie umieli przetłumaczyć prywatnego języka córek. Nie potrafili ich nawet rozróżnić. Wobec tego, gdy gliniarze odkryli, że to Regina była osobowością dominującą, przyjęli, iż ona została zamordowana, a Renata oszalała.

Tyle że nikt nie potrafił tego udowodnić. Okazało się, że odciski stóp, rutynowo pobierane od wszystkich noworodków, zaginęły gdzieś w archiwach szpitala w Everett, a identyczne bliźnięta mają identyczne DNA. Logicznie wnioskując, należało dojść do wniosku, iż to najprawdopodobniej Regina straciła życie, ale też logika nie wystarczała do wypełnienia dokumentów.

Greenleafowie mało nie zemdleli, kiedy zobaczyli, że ich córka została w oficjalnych raportach odnotowana jako „niezidentyfikowana biała kobieta”.

Ta, która przeżyła, nadal odpowiadała na wszystkie pytania w języku bliźniaczek, więc w końcu rodzice, nie mając innego wyjścia, umieścili ją w pewnym sanatorium, prywatnym zakładzie dla psychicznie chorych. Oczywiście musieli w tym celu wypełnić papiery - arbitralnie określili córkę jako Renatę, choć przecież nie wiedzieli tego na pewno.

Sprawa morderstwa pozostała nierozwiązana.

Moi rodzice i ja byliśmy, oczywiście, na pogrzebie, ale niestety nie odczuliśmy żadnej „ulgi”, o jakiej opowiadają pracownicy pomocy socjalnej, bo nie mieliśmy pewności, którą z dziewcząt pochowaliśmy.

Tamtego lata nie widywaliśmy szefa na terenie fabryki zbyt często. Zanim stracił obie córki, zwykle bywał na placu składowym kilka razy dziennie. Po pogrzebie większość czasu spędzał w biurze.

 

★★★

 

W sierpniu tego samego roku spotkała mnie jeszcze bardziej osobista tragedia. W piątkowy wieczór moi rodzice wybrali się do Greenleafów, a wracając, natrafili na to, co gliny nazywają „niebezpiecznym pościgiem”. Jakiś miejscowy pijak, któremu po kolejnym aresztowaniu za „prowadzenie pojazdu w stanie upojenia alkoholowego” odebrano prawo jazdy, nawalił się w którymś podmiejskim barze jak stara brama. Patrol drogowy dostrzegł brykę, którą woziło od krawężnika do krawężnika po całej szerokości Colby Avenue, jednej z głównych ulic Everett. Kiedy moczymorda usłyszał syrenę i zobaczył pulsujące czerwone światło za tylnym zderzakiem, najwyraźniej przypomniał sobie ostrzeżenie sędziego odbierającego mu prawo jazdy. Perspektywa dwudziestu lat w kiciu musiała go przerazić jak diabli, bo wcisnął gaz do dechy. Gliniarze ruszyli za nim, jakżeby inaczej. Ochlapus wypadł na skrzyżowanie na czerwonym świetle i staranował moich staruszków. Miał wtedy na liczniku jakieś sto osiemdziesiąt. Zginęli w tym zderzeniu wszyscy troje.

Wyłączyłem się z życia na jakiś tydzień, więc Les Greenleaf zajął się przygotowaniami do pogrzebu, wszystkimi formalnościami i załatwianiem spraw z towarzystwami ubezpieczeniowymi.

Zdążyłem się już zapisać na semestr jesienny, ale zadzwoniłem do profesora Conrada i poprosiłem o przeniesienie pracy naukowej na semestr zimowy. Tata był na tyle zapobiegliwy, że ubezpieczył hipotekę, więc nasz skromny domek na północy Everett, nieobciążony żadnymi balastami finansowymi, należał teraz do mnie, w dodatku dzięki polisom ubezpieczeniowym na życie obojga rodziców otrzymałem sporą sumę w gotówce. Les Greenleaf zasugerował mi kilka inwestycji, tak więc znienacka zostałem kapitalistą. Nie przypuszczam, żeby Bill Gates musiał się obawiać konkurencji z mojej strony, ale przynajmniej mogłem studiować, nie zarabiając równocześnie na życie.

Wolałbym jednak zupełnie inne warunki.

Mimo wszystko nadal pracowałem w fabryce drzwi. Nie dla pieniędzy, lecz żeby mieć co robić. Nie chciałem siedzieć w domu, pogrążony w smutku. Zauważyłem, że faceci w podobnej sytuacji zwykle zaglądają do kieliszka. Po tym, co zdarzyło się w sierpniu, zdecydowanie nie przepadałem za pijakami ani nie śpieszyłem się, żeby dołączyć do grona wiecznie ubzdryngolonych.

Tej jesieni często jeździłem do Seattle. Za każdym razem, kiedy się tam zjawiałem, robiłem maleńki kroczek naprzód w swojej pracy na temat teorii dotyczącej Melville’a i Miltona. Im bardziej się zagłębiałem w „Raj odzyskany”, tym mocniejsze zyskiwałem przekonanie, że był on w dużym stopniu pierwowzorem „Billy’ego Budda”.

Chyba pod koniec października do państwa Greenleafów - i do mnie - dotarła dla odmiany dobra wiadomość. Renata (uznaliśmy już wtedy za niemal całkowity pewnik, że w prywatnym sanatorium przebywa właśnie Renata) wreszcie się przebudziła. Przestała używać wyłącznie mowy bliźniaczek, zaczęła odpowiadać na pytania po angielsku.

Częste spotkania z doktorem Fallonem, szefem personelu w tym prywatnym zakładzie, zaowocowały między innymi informacją, że istnienie osobistego języka bliźniaków jest zjawiskiem powszechnym. Tak powszechnym, że nawet zyskało naukową nazwę: kryptolalia. Doktor Fallon uświadomił nam, że występuje ono u rodzeństwa z nieomal każdej ciąży mnogiej. Sekretna mowa bliźniaków nie jest szczególnie skomplikowana, ale na przykład pięcioraczki potrafią już wymyślić język naprawdę złożony, którego słownik i reguły gramatyczne mogłyby mieć objętość kilku tomów.

Pierwsze zdanie wypowiedziane przez Renatę w ogólnie zrozumiałym języku zdradziło od razu, że nie doszła jeszcze do siebie. Jeżeli pacjent odzyskuje przytomność i pyta: „Kim jestem?”, zwykle wzbudza natychmiastową czujność psychiatrów.

Prywatne sanatorium, gdzie była leczona, znajdowało się w Lake Stevens. W pewne deszczowe niedzielne popołudnie pojechałem tam w odwiedziny, razem z Ingą i Lesem.

Budynek kliniki, ukryty pomiędzy drzewami, stał nad brzegiem jeziora, na obszarze wielkości jakichś dwu hektarów. W wysokim ogrodzeniu była tylko jedna brama pilnowana przez strażnika. Klinika nie budziła wątpliwości, jakiego rodzaju jest instytucją, lecz sprawiała miłe wrażenie. Typowe miejsce, gdzie bogacze mogli ukryć krewnych, którzy sprawiali kłopoty.

Doktor Wallace Fallon, lekko łysiejący mężczyzna po pięćdziesiątce, miał biuro zdolne onieśmielić każdego. Poprosił nas, żebyśmy nie wywierali na Renatę żadnego nacisku.

- Czasami wystarczy, by pacjent zobaczył znajomą twarz lub usłyszał jakieś zapadłe w pamięć słowa. Dlatego właśnie poprosiłem państwa o przyjazd. Musimy jednak być wyjątkowo ostrożni. Mam absolutną pewność, że amnezja Renaty stanowi ucieczkę przed śmiercią siostry. Pacjentka nie jest jeszcze gotowa stawić czoła tym zdarzeniom.

- Ale odzyska pamięć? - spytała Inga.

- Nie sposób teraz niczego stwierdzić z całkowitą pewnością. Mam nadzieję, że państwa wizyta pomoże Renacie zacząć odzyskiwać pamięć... a przynajmniej okruchy pamięci. Jestem przekonany, że nie będzie wiedziała, co się przydarzyło siostrze. Te fakty zostały całkowicie wymazane z jej wspomnień. Proponuję, żeby państwo nie przeciągali wizyty. Rozmowa powinna być lekka i dotyczyć tematów ogólnych. Podałem pacjentce nieznaczną dawkę środków uspokajających, będę ją uważnie obserwował. Jeżeli zacznie się denerwować, trzeba będzie zakończyć odwiedziny.

- A może hipnoza by ją wyciągnęła z amnezji? - spytałem.

- Prawdopodobnie, ale nie jest to zasadniczy cel w tej chwili. Utrata pamięci jest azylem, którego Renata bardzo teraz potrzebuje. Trudno powiedzieć, jak długo potrwa taka sytuacja. Znane są przypadki amnezji, gdy nie udaje się przywrócić choremu pamięci w ogóle. Taka osoba często żyje jak każdy z nas, tyle że nie ma wspomnień. Niekiedy pacjent odzyskuje pamięć selektywną. Jedne fakty pamięta, innych sobie nie przypomina. Trudno prognozować, jak będzie w przypadku Renaty.

- Chodźmy do niej - przerwała Inga raptownie.

Doktor Fallon kiwnął głową i wyprowadził nas ze swojego biura. Ruszyliśmy korytarzem.

Pokój Renaty był dość duży i komfortowo urządzony. Wszystko, co ją otaczało, zostało stworzone w jednym celu: miało wywoływać poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Miękki dywan w soczystych barwach, tradycyjne umeblowanie, zasłony w kolorze błękitnym. Pokój hotelowy tej klasy kosztowałby zapewne jakieś sto dolarów za noc.

Renata siedziała w wygodnym fotelu bujanym przy oknie i niewidzącym wzrokiem patrzyła na deszcz marszczący powierzchnię jeziora.

- Renato - odezwał się doktor Fallon łagodnie - przyszli twoi rodzice, przyprowadzili przyjaciela.

Uśmiechnęła się mglisto.

- Bardzo się cieszę - odparła niewyraźnie.

Pojęcie doktora Fallona o „niewielkiej dawce” środków uspokajających najwyraźniej znacznie różniło się od mojego. Moim zdaniem Renata została naszpikowana uspokajaczami po uszy. Bez większego zainteresowania spojrzała na rodziców. Nie dała żadnego znaku, że ich rozpoznaje.

A potem przeniosła wzrok na mnie.

- Markie! - pisnęła radośnie. Zerwała się z fotela, podbiegła do mnie chwiejnym krokiem, rzuciła się w moje objęcia, płacząc i śmiejąc się jednocześnie. - Gdzieś ty się podziewał? - pytała, przywarłszy do mnie rozpaczliwie. - Bez ciebie czułam się okropnie samotna.

Trzymałem ją, taką zapłakaną, i patrzyłem na jej rodziców oraz doktora Fallona całkowicie zbity z tropu. Sądząc z wyrazu ich twarzy, mieli nie większe pojęcie o tym, co się dzieje, niż ja.

 

Ruch pierwszy

 

ADAGIO

Rozdział 1

 

- Co się właściwie dzieje? - spytał Les Greenleaf, gdy Renata po zastrzyku uspokajającym zapadła w drzemkę, a my wróciliśmy do biura Fallona. - Powiedział pan, że nic nie pamięta.
- Najwyraźniej amnezja nie jest tak całkowita, jak sądziliśmy - odparł Fallon, uśmiechając się od ucha do ucha. - Możliwe, że byliśmy właśnie świadkami definitywnego przełomu.
- Dlaczego rozpoznała Marka, a nie nas? - Inga zdawała się urażona.
- Nie mam pojęcia - przyznał Fallon - jednak sam fakt, że w ogóle kogoś rozpoznała, ma ogromne znaczenie. Dowodzi, że przeszłość nie jest dla niej absolutnie niedostępna.
- Wobec tego odzyska pamięć? - spytała Inga.
- Na pewno przynajmniej częściowo. Jeszcze za wcześnie na dokładniejszą ocenę. - Fallon przeniósł wzrok na mnie. - Czy będzie pan mógł zostać tutaj kilka dni? Trudno powiedzieć dlaczego, ale najwyraźniej jest pan kluczem do pamięci Renaty, więc chciałbym pana mieć pod ręką.
- Nie ma sprawy - zgodziłem się. - Muszę wpaść tylko na chwilę do domu, szef mnie na pewno podrzuci. Spakuję trochę ubrań na zmianę i zaraz wracam.
- Doskonale. Chcę, żeby pan był przy Renacie, kiedy się obudzi. Pojawiła się między wami nić porozumienia, nie wolno jej zerwać.

Prosto z sanatorium Les z Ingą zawieźli mnie do domu. Wrzuciłem do walizki kilka koszul i sweter, złapałem parę książek - i poprowadziłem swojego starego dodge’a z powrotem do Lake Stevens. Nie mieściło mi się w głowie, że Renata rozpoznała tylko mnie, wytrącało mnie to z równowagi. Przylgnęła do mnie w jakiejś dziwnej desperacji, trochę jak rozbitek czepiający się tratwy ratunkowej.

- Moim zdaniem nie należy wtajemniczać w te plany rodziców dziewczyny, ale chciałbym, żeby pan zamieszkał w pokoju Renaty - oznajmił Fallon, gdy z powrotem stawiłem się na miejscu. - Powinna zobaczyć pana od razu po przebudzeniu. Nie wolno nam ryzykować zerwania więzi. Wszystkie pokoje są wyposażone w kamery, więc będę was widział i słyszał. Proszę na nic nie nalegać, nie wspominać, dlaczego się tu znalazła. Po prostu niech pan tam będzie.

 

★★★

 

Po zastrzyku doktora Fallona Twink została wyłączona aż do następnego rana, przez co zyskałem czas, żeby przemyśleć swoją rolęw tej sytuacji. Nie dałem sobie jeszcze rady ze smutkiem po śmierci rodziców, ale teraz miałem odsunąć na bok własne problemy i skoncentrować się, tu i teraz, na Twink. Skoro mnie potrzebowała, to pewne jak słońce na niebie, że jej nie opuszczę.

Przysunąłem fotel bujany do łóżka, podciągnąłem koc wysoko pod brodę i zasnąłem.

Kiedy się zbudziłem następnego dnia rano, Renata ciągle jeszcze mocno spała, ale trzymała mnie za rękę. Albo się przebudziła ze snu spowodowanego środkami uspokajającymi i bezwiednie chwyciła cokolwiek, do czego sięgnęła dłonią, albo zrobiła to przez sen. A może chciała wziąć za rękę właśnie mnie. Trudno powiedzieć.

Około siódmej przyniesiono śniadanie. Dotknąłem ramienia Twinkie.

- Hej, leniuchu! Pora wstawać! Słońce już wysoko.

Obudziła się, jak pragnę Boga, uśmiechnięta! Wariactwo! Nikt się nie uśmiecha o tej godzinie!

- Przytul mnie - poprosiła.
- Jak tylko wstaniesz.
- Padalec! - rzuciła mi w odwecie, ale twarz jej promieniała.

 

★★★

 

Ten pierwszy dzień był trochę dziwny. Twinkie nie spuszczała mnie z oka, ale też cały czas miała nieobecny wyraz twarzy. Próbowałem czytać, tylko że strasznie trudno się skoncentrować, kiedy człowiek czuje na sobie czyjeś spojrzenie.

Poza tym często i spontanicznie się do siebie przytulaliśmy.

Późnym popołudniem zajrzałem do doktora Fallona, który podpowiedział mi, bym uprzedził Twinkie, że nie będę stałym wyposażeniem jej apartamentu.

- Powie jej pan, że musi niedługo wrócić do pracy. Trzeba jej uświadomić, że będzie pan ją często odwiedzał, ale też musi pan zarabiać na życie.
- To nie do końca prawda, panie doktorze. Mam w zapasie trochę gotówki.
- O tym proszę nie wspominać. Nie chcemy, żeby się uzależniła od pańskiej obecności. Moim zdaniem najlepszym sposobem będzie stopniowe odzwyczajanie jej od pana towarzystwa. Proszę zostać tu jeszcze kilka dni, a potem znaleźć jakiś powód, żeby popołudniami wracać do Everett. Będziemy improwizowali, w zależności od jej reakcji. Wcześniej czy później musi stanąć na własnych nogach.
- To pan jest specem, doktorze. Na pewno nie zrobię nic, co mogłoby ją skrzywdzić.
- Ona pana jeszcze zaskoczy.

 

★★★

 

Po powrocie do pokoju Twinkie przeszedłem kolejną sesję uścisków. Wydawało mi się to dziwaczne. W przeszłości nie było między mną a bliźniaczkami szczególnie bliskich kontaktów fizycznych, teraz miałem wrażenie, że gdziekolwiek się obrócę, czekają na mnie jej rozłożone ramiona.

- Renata - odezwałem się wreszcie - zdajesz sobie sprawę, że tak naprawdę nie jesteśmy sami? - Wskazałem kamerę.

- Przecież to nic z tych rzeczy. - Zlekceważyła sprawę. - Jest przytulanie i przytulanie. Te sprawy nas nie dotyczą. Aha, i wołałabym, żebyś nie nazywał mnie Renatą. Nie podoba mi się to imię.

-Tak?

- Jestem Twinkie, pamiętasz? Tylko nieznajomi nazywają mnie Renatą. Przypomniało mi się, że jestem Twinkie, dokładnie w tej samej chwili, kiedy cię zobaczyłam. Z dużą ulgą uświadomiłam sobie, kim jestem naprawdę. Od tego całego „renatowania” niedobrze mi się robi.

- Wiesz, mała, nie wybieramy sobie imion sami. Robią to za nas rodzice.

- Fatalna sprawa. Ja się nazywam Twinkie i jestem tak śliczna i milutka, że nikt mi niczego nie odmówi.

- Tylko się nie zagalopuj - przestrzegłem ją.

- Według ciebie nie jestem śliczna i milutka? - zatrzepotała rzęsami jak przymilające się dziecko.

Roześmiałem się. Nie zdołałem się powstrzymać.

- Wygrałam! - zapiała z zachwytu. A potem rzuciła uwodzicielskie spojrzenie na kamerę. - Pana też zakasowałam, prawda, doktoreńku? - spytała kpiąco, najwyraźniej zwracając się do doktora Fallona, który prawie na pewno nas obserwował.

- Dlaczego „doktoreńku”? - zdziwiłem się.

- Wszyscy grzeczni i sympatyczni wariaci wymyślają przezwiska dla otaczających nas ludzi i przedmiotów. Od dawna prowadzę imponujące konwersacje z mopeńkiem i szczotunią. Nie są to szczególnie interesujący partnerzy, ale przecież człowiek musi czasem z kimś pogadać, no nie?

- Coś ci się chyba pokręciło.

- Jasne. Dlatego jestem w wariatkowie. Tu jest oddział dla czubków. Szajbusów i stukniętych trzymają w innym skrzydle. Nie powinniśmy z nimi rozmawiać, bo to kruche istotki, załamują się, gdy człowiek obrzuci je twardym spojrzeniem. Jak tu trafiłam, też nie byłam zbyt mocna, ale teraz, kiedy nareszcie wiem, kim jestem naprawdę, wszystko jest już w porządku.

Mądra dziewczyna. I godna podziwu. Miałem nadzieję, że doktor Fallon patrzy. Byłem pewien, że jej zdystansowanie się wobec prawdziwego imienia ma jakieś szczególne znaczenie. Renata i Regina stały się nieważne. Może imię Twinkie miało być jej paszportem, biletem powrotnym do świata ludzi, którzy uważali siebie za normalnych.

 

★★★

 

Posiedziałem w sanatorium jeszcze kilka dni, a potem zacząłem wychodzić z kliniki. W zasadzie nie znikałem na długo. Jak tylko kończyłem pracę, wracałem do Lake Stevens.

Odkąd Renata zmieniła imię na Twink, tempo jej powrotu do zdrowia zadziwiało nawet doktora Fallona. Najwyraźniej przemiana w Twink była czymś w rodzaju wyjścia awaryjnego. Twinkie zostawiła za sobą Reginę razem z Renatą i z każdym mijającym dniem zdawała się odzyskiwać równowagę.

 

★★★

 

Doktor Fallon zdecydował, że pacjentka radzi sobie na tyle dobrze, iż można ją puścić do domu na krótki urlop w okresie Bożego Narodzenia.

Święta przebiegły w minorowym nastroju. Rok 1995 nie był szczególnie łaskawy dla nikogo spośród nas. Ciotka Twink, Mary, siostra jej taty, jako jedyna okazywała radość przez cały ten długi świąteczny weekend. Zawsze uwielbiała bliźniaczki i teraz odmówiła traktowania Twink jak towaru z usterką - a tak właśnie traktowali córkę Les oraz Inga. Mary gładko omijała białe plamy w pamięci Twink i rozmawiała z nią całkiem normalnie. Bardzo się do siebie zbliżyły w czasie tego długiego weekendu. Dzięki temu nabrałem odwagi, żeby poruszyć temat, który od jakiegoś czasu bardzo mnie niepokoił.

Dokładnie w dzień Bożego Narodzenia wziąłem się w garść i zawiadomiłem Twink, że nasze zwyczaje ulegną zmianie.

- Będę mieszkał w domu - powiedziałem jej - ale kończę pracę w fabryce i zaczynam chodzić na wykłady. Nauka zabierze mi sporo czasu, więc będę cię odwiedzał trochę rzadziej.
- Dam sobie radę - zapewniła, a potem spojrzała na mnie naiwnie szeroko otwartymi oczami. - Nie znasz pewnie najświeższych wieści. Bell, niesamowicie mądry facet, dokonał fantastycznego wynalazku. Nazwał go telefonem. Super, prawda? Przez taki telefon możemy pogadać, nawet jeśli nie ruszysz się z domu.

Mary znienacka wybuchnęła śmiechem.

- Dobrze już, wygrałaś. - Czułem się trochę głupio. - Czy będziesz miała coś przeciwko, jeśli czasem zadzwonię, zamiast przyjeżdżać?
- Dopóki będę wiedziała, że ci na mnie zależy, dam sobie radę. Jestem już dużą dziewczynką, zauważyłeś może?
- Chyba powinniście to omówić z doktorem Fallonem - podsunęła zaniepokojona Inga.
- Ingo, nic mi nie będzie - zapewniła ją Renata. Z niewyjaśnionego powodu Twink nie potrafiła zwracać się do rodziców „mamo” i „tato”, nazywała ich po imieniu. Postanowiłem zawiadomić o tym doktora Fallona.

 

★★★

 

Po świętach wróciłem na uniwersytet i zostałem słuchaczem Podyplomowego Studium Języka Angielskiego. Wtedy właśnie przekonałem się, jak głęboko w trzewia ziemi sięga główny budynek biblioteki. Więcej go było pod powierzchnią niż na wierzchu. Podyplomowe Studium Języka Angielskiego zasadzało się na nauce „Jak odnaleźć w bibliotece to, co ci potrzebne”.

Nadal jeździłem do Everett, mimo że dwie godziny drogi w jedną stronę uszczuplało nieco mój czas na naukę. Prowadziłem długie rozmowy z Twink. Wytworzył się swoisty harmonogram naszych spotkań. Zjawiałem się u niej w weekendy, a w tygodniu codziennie dzwoniłem. Doktor Fallon nie był z tego powodu specjalnie uszczęśliwiony, ale lekarze od świrów niekiedy tracą kontakt z rzeczywistością - to pewnie ryzyko zawodowe.

Czasami Twink miewała przebłyski wspomnień, w których nie potrafiła doszukać się sensu. Zwolnienia ze szpitala wydłużały się i następowały coraz częściej. Doktor Fallon nie powiedział nikomu głośno, co myśli, ale moim zdaniem doszedł do przekonania, że Twinkie nie odzyska pamięci.

Inga Greenleaf z charakterystyczną dla Niemki skutecznością usunęła z domu wszystko, co choćby w najmniejszym stopniu wiązało się z Reginą.

 

★★★

 

Gdy rozpoczął się semestr jesienny 1996 roku, profesor Conrad zdecydował, że nadszedł czas, bym stanął po drugiej stronie katedry, więc nakłonił mnie do zrobienia z siebie ofiary akademickiej odmiany niewolnictwa. Nie zbierałem bawełny. Uczyłem angielskiego dzieciaki na pierwszym roku college’u. Kurs nazywał się „Zasady tworzenia tekstów” i bezlitośnie odsłaniał nieomal całkowity brak tej umiejętności u młodzieży. Bardzo szybko zyskałem absolutną pewność, że jeśli jeszcze raz przeczytam: „Moim zdaniem uważam, że...” - to dołączę do Twinkie w domu wariatów.

Wytrzymałem z „Zasadami tworzenia tekstów” dwa semestry, a z nadejściem wiosny 1997 wziąłem się za bary z moimi tezami i udowodniłem - przynajmniej dla własnej satysfakcji - że „Billy Budd” był mocno wzorowany na „Raju odzyskanym”, na co wskazywał sam Billy oraz pan Claggart, walczący ze sobą o duszę kapitana Vere. Ponieważ Billy musiał wygrać, drobna przypowieść Melville’a nie jest tak tragiczna, jak się zwykło uważać. Moje teorie narobiły trochę szumu na wydziale i wystarczyły, by moja kandydatura do tytułu została przyjęta, a potem poparta odpowiednim dokumentem uwiarygodnionym właściwymi pieczęciami oraz podpisami.

Twink, dowiedziawszy się, że zdobyłem tytuł naukowy, znalazła sobie nową zabawę: traktowała mnie z bałwochwalczą czcią. Szybko mi się znudziła ta rozrywka, ale Twinkie miała z tego niezły ubaw, więc diabła tam!

 

★★★

 

Latem w dziewięćdziesiątym siódmym wziąłem sobie wolne. Mógłbym pochodzić na kilka kursów podczas semestru letniego, ale potrzebowałem odpoczynku, a w dodatku Renata zmieniła status w prywatnym wariatkowie doktora Fallona na pacjenta dochodzącego, więc chciałem być pod ręką, gdyby jej się zaczęło pogarszać. Oczywiście Fallon nie zamierzał jej tak znowu całkowicie puszczać luzem. Twink musiała w każde piątkowe popołudnie stawiać się u niego na godzinne spotkanie, które psychiatrzy wolą nabywać konsultacją - sto pięćdziesiąt dolców za każdą wizytę. Twink nie była z tego powodu specjalnie uszczęśliwiona, ale skoro stanowiło to jeden z warunków jej zwolnienia, choć niechętnie, poddała się rygorom.

Przypuszczam, że postanowiła się zapisać na uniwersytet w jakimś stopniu z powodu moich powiązań z tą instytucją. Zdenerwowała tą decyzją rodziców, ale miała już ułożony cały plan.

- Chyba uda mi się zamieszkać z ciocią Mary - wyłuszczyła ojcu. - W końcu to nasza krewna. Narzucanie się krewnym jest jednym z niezbywalnych ludzkich praw, dobrze mówię?

Szef nie wyglądał na przekonanego. Jak wspomniałem, był katolikiem, a jego siostra rozwiodła się z mężem brutalem. W dodatku często wygłaszała komentarze na temat „tego Polaka w Rzymie”, czym bardzo go raniła.

- Może i tak - odparł wymijająco. - Najpierw zapytajmy o zdanie doktora Fallona.

Trudno było nie zauważyć, że stary dobry Les próbował na kogoś innego przerzucić ciężar odpowiedzialności za podjęcie decyzji. Ja też miałem wątpliwości co do sensu tego pomysłu, więc zabrałem się z szefem do kliniki.

- Interesujący projekt - ocenił doktor Fallon. - Pańska córka jest zamknięta w sobie, więc studenckie towarzystwo może jej pomóc. Jedynym problemem, jaki dostrzegam, jest stres związany z regularnym uczęszczaniem na wykłady, pisaniem prac oraz testów. Nie mam pewności, czy jest już na to gotowa.

- Mogłaby ze dwa semestry być wolnym słuchaczem - zaproponowałem.

- Jak to? - Les wydawał się zdziwiony.

- Wygląda to tak samo jak na studiach - wyjaśniłem. - Uczeń college’u przychodzi na zajęcia i słucha wykładów. Twink nie musiałaby pisać prac, zaliczać sprawdzianów ani zdawać testów, ponieważ nie musiałaby zdobywać promocji. To by chyba wyeliminowało stres, doktorze?

- Zapomniałem o takiej możliwości - przyznał Fallon.

- Mało kto z niej korzysta - zauważyłem. - Rzadko się spotyka kogoś, kto chodzi do szkoły dla przyjemności, ale Twink jest w wyjątkowej sytuacji. Sprawdzę, jak trzeba się do tego przygotować.

- Takie wyjście rzuca na sprawę zupełnie nowe światło - ocenił Fallon. - Renata zyska szansę wzbogacenia swoich doświadczeń towarzyskich bez niepotrzebnego stresu. Kim jest z zawodu pańska siostra, panie Greenleaf?

- Gliniarzem.

- Policjantką? Naprawdę?

- Nie biega po ulicy z pałką i spluwą - wyjaśnił Les. - Jest dyspozytorką w komisariacie północnego okręgu Seattle. Pracuje zwykle na nocną zmianę, więc za dnia głównie sypia, ale poza tym jest całkiem normalna.

- A jak się odnosi do Renaty?

- Lubią się. Tak to w każdym razie wyglądało, kiedy się spotykały w czasie przepustek. Mary zawsze uwielbiała bliźniaczki.

- Proszę z nią porozmawiać. Naświetlić jej sytuację i wyjaśnić, że to rodzaj eksperymentu. Jeśli Renata sobie poradzi - doskonale. Jeśli będzie żyła w zbyt dużym napięciu, rozważymy cały projekt ponownie. Renata ufa panu Austinowi, więc najprawdopodobniej da mu znać, jeśli sytuacja ją przerośnie. A pan Austin będzie miał na nią oko i przekaże nam, jak się sprawy mają.

- Nadal nie jestem przekonany - wahał się Les. - Nie byli przecież tak zżyci, zanim... - przerwał, najwyraźniej nie chcąc wracać do tragicznej śmierci Reginy.

- Szefie - włączyłem się do rozmowy - między Renatą a mną jest chyba coś takiego jak między panem a moim tatą. Twinkie Twins od najmłodszych lat były przekonane, że „Markie wszystko naprawi”. Może właśnie dlatego Renata rozpoznała mnie, chociaż nie skojarzyła nikogo innego. Jestem „złota rączka”, a Renata wie, że coś tu trzeba naprawić.

- Rzeczywistość jest nieco bardziej złożona - zauważył doktor Fallon - ale taka teoria dość dokładnie wyjaśnia fakt, że Renata rozpoznała pana Austina. Korzystajmy z tego. Moim zdaniem powinniśmy spróbować, panowie. Możemy kontrolować otoczenie Renaty, zapewnić jej bezpieczeństwo, odsunąć od niej stres, a ona dzięki temu rozszerzy kontakty towarzyskie i może się otworzy. Będziemy ją wprowadzać w nową sytuację stopniowo, obserwując, jak sobie radzi. Proszę jedynie, by nie opuszczała piątkowych spotkań. Zdecydowanie chcę mieć z nią bliski kontakt.

 

★★★

 

Mary Greenleaf poznałem jeszcze przed narodzinami dziewczynek, ponieważ była częstym gościem w domu swojego brata w Everett, gdy ja znajdowałem się tam w centrum uwagi. Zawsze się lubiliśmy, a kiedy na świat przyszły bliźniaczki, ona jedna okazała się na tyle miła, że nie zapomniała o mnie kompletnie, choć dla wszystkich innych najwyraźniej przestałem istnieć.

Była dziesięć lat młodsza od brata, mieszkała w Seattle, w dzielnicy Wallingford, jakieś pięć kilometrów od uniwersyteckiego kampusu. Pewnie dlatego Twink postanowiła zamiast do szkoły w Everett chodzić na wykłady do college’u uniwersyteckiego.

Mary wyszła za mąż młodo i niewiele czasu zajęło jej odkrycie, że popełniła straszliwą pomyłkę. Wybranek uwielbiał bić żonę po pijanemu.

W tamtych latach poznała większość policjantów Seattle, ponieważ systematycznie wsadzali jej męża do aresztu za stosowanie przemocy w rodzinie.

Następnie niedobrana para przebrnęła przez serię spotkań w poradni rodzinnej, które im nic nie dały, potem sąd nakazał mężowi Mary trzymać się od niej z daleka, ale i to nic nie zmieniło, gdyż ten prawdziwy mężczyzna uważał taki wyrok sądu za pogwałcenie jego prawa do lania żony, kiedy mu na to przyjdzie ochota.

Wreszcie Mary wystąpiła o rozwód, co rozzłościło księdza z jej parafii, a męża doprowadziło do furii. Pokręcił się trochę po różnych zapyziałych knajpach, aż w końcu znalazł jakiegoś durnia, który zgodził się sprzedać mu spluwę. Wtedy otworzył sezon myśliwski na żony, które nie lubią być maltretowane.

Na szczęście był kiepskim strzelcem, a spluwa nadawała się wyłącznie na złom i zablokowała się po trzecim strzale. Mimo wszystko zdołał trafić Mary w ramię, więc kiedy zjawiły się gliny, zyskał szybki transport do stanowego więzienia obciążony zarzutem usiłowania morderstwa.

Mary w zasadzie nie miała nic przeciwko temu.

Wiedziała jednak, że jej facet kiedyś w końcu wyjdzie z więzienia i chyba głównie dlatego wybrała karierę zawodową w szeregach stróżów prawa. Gliniarz musi nosić broń, a Mary była w zasadzie pewna, że wcześniej czy później będzie jej potrzebowała. Kobieta bardziej tchórzliwa zapewne zmieniłaby nazwisko i przeprowadziła się do Minneapolis albo Bostonu, ale Mary nie brakowało odwagi.

Z początku większość wolnego czasu spędzała na strzelnicy, udoskonalając osobistą wersję pojedynku na broń palną. Kościół nie uznał rozwodu, więc Mary liczyła się z możliwością, że będzie zmuszona zostać wdową. Tymczasem okazało się, że jej mąż zadarł w kiciu z niewłaściwymi ludźmi i zszedł z ziemskiego padołu w sposób przykry i gwałtowny, gdyż ktoś zadał mu kilkadziesiąt ciosów ostrym narzędziem.

Mary, usłyszawszy wieści, nie uznała za stosowne pogrążyć się w głębokiej żałobie.

Równa babka. Lubiłem ją.

Les Greenleaf nie skakał z radości, że Twink postanowiła się przeprowadzić do Seattle. Chyba miał nadzieję, że jego siostra nie zechce mieszkać z bratanicą, ale Mary szybko wyprowadziła go z błędu w tej kwestii. Zajrzeliśmy do niej, do Seattle, przedstawić plany, w sierpniu dziewięćdziesiątego siódmego.

- Nie ma sprawy - zgodziła się od razu. - Na pewno nie będzie nam ciasno, a lubię Ren od zawsze. Nie będziemy sobie przeszkadzać.
- Oczywiście zdajesz sobie sprawę, że jest trochę... - Les szukał najwłaściwszego słowa.
- Stuknięta? - podsunęła Mary usłużnie. - Tak, oczywiście, że wiem. Zdążyłam się już przyzwyczaić do różnych wariatów, Les. Połowa ludzi, z którymi się stykam w pracy, ma nie po kolei w głowie. Renacie będzie ze mną dobrze.
- Wobec tego... - zaczął bez przekonania - może umówmy się, że spróbujemy przez jeden semestr, sprawdzimy, co z tego wyjdzie. Jeśli pojawią się kłopoty... - nie dokończył.
- Ja też będę pod ręką, szefie - przypomniałem mu. - Wynajmę sobie pokój gdzieś niedaleko i jakoś, razem z Mary, poprowadzimy Twinkie równym kursem.
- Kiedyś i tak będziesz musiał ją wypuścić spod klosza, Les - odezwała się Mary. - Jeśli będziesz córkę chronił do końca życia, zrobisz z niej kalekę. Ja też ją kocham i nie pozwolę ci jej skrzywdzić. Ma przyjechać tutaj i koniec dyskusji.

Mary nie miała zwyczaju bić piany, kiedy trzeba było podjąć decyzję.

 

★★★

 

Zadanie przeprowadzenia Twink do Seattle spadło na moje barki. Jej ojciec musiał zarządzać fabryką, a ja akurat i tak nie miałem nic ważnego do roboty. Sporo było jeżdżenia tam i z powrotem pomiędzy Everett i Seattle, oswajania Twink z nową sytuacją. Zajęło to prawie dwa tygodnie. Są ludzie, którzy potrafią się przeprowadzić na drugi koniec świata w krótszym czasie, ale nam akurat nie zależało na pośpiechu. Nie chcieliśmy Renaty stresować.

- Dlaczego wszyscy się tak przejmują moją przeprowadzką? - spytała mnie któregoś razu, gdy wracaliśmy do Everett po kolejną partię jej ubrań. - Przecież nie jestem dzieckiem.
- Po prostu zależy nam, żebyś się znowu nie rozkleiła - wyjaśniłem.
- Trzymam się całkiem nieźle. Prawdę mówiąc, nie mogę się już doczekać, kiedy zamieszkam z Mary. Inga i Les obchodzą się ze mną jak ze zgniłym jajkiem. Przyda im się trochę luzu. U Mary będę się czuła dużo swobodniej.
- Dobrze, niech ci będzie i tak. - Zastanowiłem się przez chwilę, ale wreszcie wyrzuciłem to z siebie: - Moim zdaniem szef to wyjątkowo nadopiekuńczy, zaborczy ojciec. Od początku mu się ten pomysł nie podobał, tyle że doktor Fallon był innego zdania. Fallon uważa, że tylko na tym skorzystasz, pod warunkiem że będziesz unikała stresu. A ojciec najchętniej trzymałby cię pod kloszem albo w sejfie.
- Wiem - przyznała. - Głównie dlatego zdecydowałam się na college przy uniwersytecie, a nie szkołę w Everett. Muszę się wyrwać spod opieki Lesa. Mój dom w Everett niewiele się różni od domu wariatów Fallona. Owszem, ciebie muszę mieć pod ręką, ale Inga i Les zaczęli mi grać na nerwach. Niezależnie od tego, czy im się to podoba, czy nie, w końcu kiedyś jednak dorosnę.

Trochę wytrąciła mnie z równowagi. Od wyjścia z sanatorium doktora Fallona wydawała się cokolwiek bierna, a kiedy teraz jej słuchałem, bierność była ostatnim skojarzeniem, jakie mogło przyjść na myśl. Miałem do czynienia z zupełnie nową Twinkie i nie bardzo wiedziałem, do czego zmierza.

 

★★★

 

W posępną niedzielę na początku września wybrałem się do Wallingford poszukać jakiegoś miejsca dla siebie. Trzymałem się raczej bocznych ulic, zabudowanych starszymi domami pamiętającymi lepsze czasy. Prawie każdy miał wystawioną w oknie tabliczkę z napisem POKOJE DO WYNAJĘCIA. Nie pierwsze pokolenie studentów wyrzuconych z kampusu szukało taniej stancji, a właściciele nieruchomości w całym północnym Seattle usłużnie oferowali im pokoje, często niewiele droższe od miejsca w domu noclegowym.

Do tego konkretnego domu przyciągnął mnie komentarz dodany do standardowej tabliczki POKOJE DO WYNAJĘCIA. Głosił on: TYLKO DLA PRZYZWOITYCH STUDENTÓW, przy czym „przyzwoitych” zostało podkreślone wściekłoczerwonym flamastrem.

Podjechałem do krawężnika i jakiś czas przyglądałem się domowi. Na plus należało zapisać, że znajdował się pięć przecznic od domu Mary, a to był dość ważny atut. Widywałem budynki w lepszym stanie, ale to mi specjalnie nie przeszkadzało. Szukałem miejsca, gdzie mógłbym uczyć się i sypiać, a nie pałacu robiącego wrażenie na gościach.

Wtedy zza rogu domu wyszedł potężny czarnoskóry mężczyzna. Niósł wielkie kartonowe pudło. Miał ramiona potężne jak słupy, posiwiałe włosy oraz imponującą brodę.

Gdy znalazł się bliżej krawężnika, wysiadłem z wozu.

- Przepraszam - zagadnąłem go - czy pan może wie, dlaczego właścicielowi tego domu zależy na tym, żeby wynająć pokoje „przyzwoitym” studentom?

Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech.

- Trish jest zdecydowaną przeciwniczką wszelkich imprez wyprawianych w domu - odparł głosem tak głębokim, że zdawał się dochodzić z jego butów.
- Trish?
- Patricia Erdlund. Oczywiście Szwedka. Dom należy do jej ciotki Grace, która miała w zeszłym roku zawał. Wtedy mieszkała u ciotki Erika, ale sama nie dawała sobie rady, więc zadzwoniła po starszą siostrę. Trish studiuje prawo, Erika zaczęła medycynę. Wcale im się nie podobało życie w środku jednej wielkiej piwnej balangi. Ja siedzę tu już szósty rok, siłą rzeczy trochę opanowałem przymykanie oczu i zatykanie uszu, ale dziewczęta nie umiały się dostosować. Ogłosiły prohibicję, przez co dom prawie natychmiast opustoszał. Teraz szukają odpowiednich lokatorów.

- Proszę nie wziąć mi za złe pytania - zacząłem ostrożnie - ale pan chyba już nie jest w wieku studenckim? Uczy się pan?

- Owszem. Późno zacząłem. Miałem trzydzieści pięć lat. Nazywam się James Forester. - Wyciągnął do mnie rękę.

- Mark Austin - przedstawiłem się, ściskając mu dłoń.

- A co studiujesz?

- Angielski.

- Już końcówka?

Pokiwałem głową.

- Może potem doktorat. A ty co studiujesz?

- Filozofię i religioznawstwo.

- Ilu lokatorów ma tu mieszkać?

- Na górze są jeszcze dwa wolne pokoje, na strychu parę klitek i kilka w piwnicy, ale te nie bardzo nadają się dla ludzi. Ciotka Grace wynajmowała je wszelkiej biedocie, która zawsze ma problemy z płaceniem czynszu, pewnie dlatego że zwykle wydaje wszystkie pieniądze na prochy i procenty. Tam było zawsze najgłośniej, więc Trish i Erika już nie wynajmują piwnicy, szukają spokojnych, użytecznych lokatorów do normalnych pokoi.

- Co to znaczy: użytecznych?

- Umowa obejmuje wykonywanie pewnych prac domowych. Ja jestem niezły w hydraulice i radzę sobie z przewodami elektrycznymi, nie wysadzając korków zbyt często. Dom jest zapuszczony, nikt tu nic nie robił przynajmniej z piętnaście lat, więc podpada pod kategorię „do remontu”. Masz jakieś doświadczenie w takich sprawach?

- Znam się trochę na stolarce - przyznałem. - Parę lat pracowałem w fabryce drzwi w Everett. Powiedzmy, że w razie potrzeby nie zginę.

- To w zasadzie powinno wystarczyć. Dziewczęta nie planują wielkich zmian. Pewnie co najwyżej będą chciały wymienić boazerię, na której ktoś trenował kick boxing.

- No to nie ma problemu.

- Chyba nie będzie nam tu źle, Mark. Przyznam, że czuję się trochę przytłoczony. Niełatwo być jedynym mężczyzną przy trzech młodych kobietach.

- A ta trzecia?

- Sylvia. Psychiczna. Dosłownie, bo studiuje psychologię i sama jest bardzo wrażliwa. Włoszka. Śliczna jak z obrazka, ale wyjątkowo nerwowa.

- Mieszkasz sam z dwiema Szwedkami i Włoszką? Stary, rzeczywiście potrzebna ci pomoc.

- Jak amen w pacierzu. - Pomilczał chwilę. - Znasz się może trochę na mechanice samochodowej? - zapytał w końcu.

- Niespecjalnie. Potrafię zmienić koło i wkręcić świece, jeśli już naprawdę muszę, ale to w zasadzie wszystko. W razie większych problemów sięgam po większy młotek. A co, komuś się psuje samochód?

- Właściwie wszystkim trzem dziewczętom, w każdym razie one tak uważają. Tutejsi mechanicy na ich widok zmieniają się w mistrzów oskubywania, więc postanowiły wynająć pokój komuś, kto się na tym zna. Zeszłej zimy Sylvia chciała wytoczyć proces General Motors, bo jej wózek palił więcej, niż gwarantowała fabryka. Próbowałem jej tłumaczyć, że samochód nagrzewający się rano przed domem na jałowym biegu, godzinę dzień w dzień, też ciągnie trochę paliwa, ale ona twierdzi, że dopóki nie jedzie, nie może zużywać benzyny.

- Poważnie?!

- Zupełnie poważnie. Sylvia nie ma najmniejszego pojęcia, co się dzieje pod maską samochodu. Najwyraźniej uważa, że rozgrzewanie wozu czy używanie ciepłego nawiewu nie ma żadnego związku z wrzucaniem biegów i jazdą po ulicy. Próbowałem jej tłumaczyć, ale to jak grochem o ścianę. - Smutno pokręcił głową. - No a teraz, skoro już znasz niektóre nasze dziwactwa, nadal jesteś zainteresowany zawarciem umowy?

- Niezupełnie tak to sobie wyobrażałem - przyznałem z powątpiewaniem. - Nie jestem przygotowany do unormowanego życia. Ostatnie parę lat żywiłem się głównie hamburgerami...

- Erika na pewno ci wyjaśni, że Big Mac jest daniem prowadzącym najkrótszą drogą na stół kardiochirurga. Dziewczęta matkują wszystkim dookoła. I w dodatku mają cięte języki, lecz szybko się do tego przyzwyczaisz. Karmią dobrze i zajmują się praniem. Żadne z nas nie śpi na pieniądzach, więc cena za pokój i wyżywienie jest do przyjęcia. Ale, dla równowagi, zostaniesz pozbawiony sobót. Sobota jest tutaj ustawowym dniem robót domowych. Jeśli chcesz, oprowadzę cię po włościach.

- Panie są nieobecne?

- Owszem. W końcu jeszcze wakacje.

- W sumie mogę obejrzeć - przystałem.

- No to chodźmy. - Ruszył w stronę staromodnych drzwi wejściowych z drobnymi szklanymi wstawkami.
- Są jeszcze jakieś reguły, które powinienem znać? - spytałem już na ganku.
- Niespecjalnie trudne do przyjęcia. Zakaz prochów współgra z prohibicją, a zakaz głośnego słuchania muzyki mnie wcale nie przeszkadza.
- Zgadzam się bez zastrzeżeń. Coś jeszcze?
- Jeszcze tylko zakaz jakichkolwiek dwuznacznych propozycji. Dziewczęta nie są z tych specjalnie pruderyjnych, ale miewały przykre doświadczenia.
- Zdarza się, ostatnio coraz częściej - zgodziłem się, gdy wchodziliśmy do przedpokoju.
- Reguły obowiązują obie strony - ciągnął. - Dziewczęta są nietykalne, ale panowie też. Nie wolno nam ich zaczepiać, a im nie wolno nas prowokować. Fizyczne sprawy nie wchodzą w rachubę.
- To się trzyma kupy - przyznałem. - Zaangażowanie emocjonalne może być hałaśliwe.

Rozejrzałem się dookoła. Korytarz robił wrażenie wnętrza sprzed czasów drugiej wojny światowej. Na piętro prowadziły szerokie schody z ciemnego drewna, a łukowate przejście otwierało widok na salon, zdecydowanie większy niż takie pokoje w nowszych domach.

- Tutaj na dole jest terytorium dziewcząt - objaśniał James. - Męski świat - piętro wyżej.

Wprowadził mnie do salonu. Sufit znajdował się spory kawałek nad głową, okna zdawały się wąskie i wysokie, ściany pokryto ciemną boazerią.

- Elegancko - zauważyłem.
- Trochę zapuszczone - skorygował James. - Zniszczone to wszystko, ale człowiek faktycznie czuje się jak w domu. Jadalnia jest za tamtymi suwanymi drzwiami, dalej kuchnia. Większość posiłków jadamy w kąciku śniadaniowym. Chodź na górę, pokażę ci sypialnie.

Weszliśmy szerokimi schodami na pierwsze piętro.

- Ja mieszkam na tamtym końcu korytarza - wskazał James. - Obok jest łazienka. Dwa pokoje na tym końcu stoją puste. - Otworzył drzwi po prawej stronie.

Pomieszczenie miało skośny sufit, jak to bywa na piętrze w starszych domach, i zdecydowanie przeszło swoje. Było nieco większe, niż się spodziewałem, a współczesne meble zdawały się w tym obszernym wnętrzu małe jak dla przedszkolaka.

- Gość, który tu mieszkał przed wprowadzeniem prohibicji, był zapijaczonym niechlujem - wyjaśnił James - i wyżywał się na meblach. Zaczął nawet wymachiwać pięściami, kiedy Trish wymówiła mu lokum, bo trzeci raz przyłapała go na szmuglowaniu whisky do pokoju, ale przekonałem go, żeby się uspokoił.

- Jak przekonałeś?
- Zrzuciłem go ze schodów, a potem wywaliłem jego graty przez okno.
- Masz dar przekonywania.
- Odnosiłem niemałe sukcesy w tej dziedzinie. To jedna z korzyści, że człowiek jest większy niż ciężarówka. Reszta wielbicieli imprez szybko pojęła w czym rzecz i już wszyscy byli dla Trish wyjątkowo uprzejmi. No i jak ci się tu podoba? Chciałbyś się zadomowić?
- Chyba spróbuję. Zależy mi na spokojnym kącie do nauki. Kiedy dziewczęta wracają do domu?
- Jutro. Tak mi powiedziały. Dam ci numer telefonu. Zanim przyjdziesz, upewnij się, że już są. Szepnę za tobą słówko młodym damom. Nie przewiduję trudności.
- Dzięki. Odezwę się.

Podaliśmy sobie ręce i poszedłem do samochodu.

James był z gatunku ojcującego starszego brata, a ja lubiłem ten typ człowieka. Byłem pewien, że się polubimy. Dziewczęta mogły jeszcze, rzecz jasna, zrazić mnie do wszystkiego, ale postanowiłem się nie uprzedzać, dopóki ich nie poznam. Całość wyglądała nieomal zbyt pięknie, żeby była prawdziwa, ale nie zamierzałem się ładować w dyktaturę i odgrywać roli niewolnika. Musiałem zaczekać do następnego dnia, żeby dokładnie wybadać sytuację.

 

Rozdział 2

 

Mary Greenleaf przywitała mnie we frontowych drzwiach, położyła palec na ustach.

- Zasnęła - powiedziała cicho. - Cały ten pośpiech tak jej się dał we znaki, że w końcu padła zmordowana.

Wyszła na ganek i cicho zamknęła za sobą drzwi.

- Ale czuje się dobrze? - spytałem zaniepokojony.
- Jasne, po prostu zmęczyła się przeprowadzką.
- Mam tu jutro parę spraw do załatwienia - powiedziałem - więc wynajmę pokój w motelu na kilka nocy. Gdybym miał się przydać, jestem w pobliżu.

Pokiwała głową.

- Ciekawe, swoją drogą, jak to możliwe, że kiedy wreszcie otrząsnęła się z szoku, rozpoznała tylko ciebie.
- Bo ja już jestem taki atrakcyjny - zażartowałem. - Nie zauważyłaś do tej pory?
- Jasne. Chcesz piwo?
- Nie, teraz nie mogę, ale dzięki.
- Znalazłeś już jakiś pokój?
- Chyba tak. Właścicielki wyjechały, lecz wracają jutro. Mam wrażenie, że będzie nieźle. Wymagają spokojnego zachowania.
- To rzeczywiście nieźle - zauważyła Mary.
- Dom jest zapuszczony, ale spokój to rzadko spotykana zaleta na stancji.
- My, gliniarze, dobrze o tym wiemy. Ludzie z północnej dzielnicy bez przerwy wydzwaniają ze skargami na zakłócanie ciszy nocnej. Zwłaszcza kiedy balangi przenoszą się na ulicę.
- Wcale mnie to nie dziwi. Aha, miałem cię o coś spytać... rozumiem, że jesteś dyspozytorką?
- Takie odnoszę wrażenie.
- I musisz mieć broń? - Oczywiście znałem odpowiedź, ale chciałem wiedzieć, gdzie Mary przechowuje spluwę; mieć pewność, że Twink nie znajdzie gdzieś przypadkiem broni palnej.

Mary uśmiechnęła się krzywo i odsunęła krawędź swetra, pokazując mi niewielką kaburę na lewym biodrze.

- Noszę ją zawsze przy sobie - oznajmiła. - Myślałam, że już wszyscy o tym wiedzą. Gliniarz musi mieć broń pod ręką, wszystko jedno, czy jest na służbie, czy nie.
- Pewnie ci to czasami przeszkadza.
- Żebyś wiedział. - Lekko zmarszczyła brwi. - Czy Ren zrobiła prawo jazdy? - zapytała.
- Zrobiła, jasne, a dlaczego pytasz?
- Najwyraźniej o tym nie pamięta. Podsunęłam myśl, żeby ojciec kupił jej samochód, w końcu do kampusu jest z pięć kilometrów. Powiedziała, że nie prowadzi.
- Rzeczywiście, właściwie nie prowadziła. Zwykle jeśli się gdzieś wybierały, za kierownicą siadała Regina.
- To pewnie wyjaśnia sprawę. Zresztą powiedziała, że ma w domu dziesięciobiegowy rower. Prosiła, żebyś go przywiózł, jak następnym razem będziesz w Everett.
- Daj spokój, jeśli będzie chciała gdzieś pojechać, zawsze ją podwiozę. Często pada, a ja jeszcze nie widziałem roweru z wycieraczkami na przedniej szybie.
- Nie łapiesz, Mark. Ren nie szuka szofera, tylko niezależności. Jeśli się zgłosisz na jej prywatnego taksówkarza, to tylko rozszerzysz klosz, pod który chciał ją wsadzić mój brat. Nie wiem, jak często będzie korzystała z roweru, ale sam fakt, że będzie go tu miała, zwiększy jej wiarę w siebie. A przecież o to chodzi, zgadza się?
- Masz łeb na karku, Mary. Ja bym główkował przynajmniej pół roku, żeby się tego domyślić.
- A, jeszcze jeden drobiazg. Ren zapomniała wziąć pudło z kasetami i płytami. Odtwarzacz wzięła, a taśmy i kompakty zostały w domu.
- Ciesz się, póki możesz - podsumowałem. - Dla takich dzieciaków jak ona co głośniejsze, to lepsze.
- No to się zdziwisz, Mark. Ren uwielbia fugi Bacha i kwartety smyczkowe Mozarta.
- Nie wiedziałem.
- O ile dobrze pamiętam, muzyką poważną pasjonowała się Regina. Może do Renaty docierają jakieś echa przeszłości. Podejrzewam, że na świecie zdarzają się dziwniejsze przypadki.
- Co fakt, to fakt. Niezbadany jest umysł ludzki. Czas na mnie, muszę sobie znaleźć jakiś nocleg, zanim we wszystkich motelach zabraknie miejsc. Powiedz Twink, że zajrzę później. Zajrzę albo zadzwonię.
- Powtórzę.

Znalazłem wolne miejsce w motelu tuż przy Czterdziestej Piątej i resztę tej ponurej niedzieli spędziłem nad Faulknerem. Można się przyzwyczaić do pisarzy z Południa.

Zadzwoniłem do Twink mniej więcej w porze kolacji. Wydawała się zadowolona z życia, więc nie przedłużałem rozmowy.

 

★★★

 

Poniedziałek był deszczowy. Nic nowego. W Seattle prawie zawsze pada. Około dziesiątej zadzwoniłem do Jamesa. Dowiedziałem się, że panie wróciły na włości.

- Powiedz im, że już jadę - rzuciłem, naciągając płaszcz i chwytając klucze.

Powitał mnie w drzwiach wejściowych.

- Poparłem twoją kandydaturę, Mark - oznajmił. - Myślę, że zostaniesz przyjęty.
- Dzięki, równy z ciebie chłop.
- Zaczekaj z podziękowaniami, aż poznasz nasze panie - ostrzegł mnie. - Trish rozumie zwrot „przyzwoity student” zupełnie dosłownie, Erika jak najbardziej w przenośni, a z Sylvią nigdy nic nie wiadomo. Są w kuchni.
- No to czas się stawić przed komisją kwalifikacyjną - zdecydowałem.

Tak jak wszystkie inne pomieszczenia w tym domu, kuchnia także była dość duża, a po prawej stronie, za łukowatym przejściem, powiększona jeszcze o kącik śniadaniowy, o którym wspominał James.

Trzy młode kobiety najwyraźniej na mnie czekały. Przyszło mi do głowy, że James mógł nieco przesadzić przy szkicowaniu obrazu moich kwalifikacji. Gdy wszedłem do kuchni, panowała tam atmosfera powagi.

Jedna z sióstr Erdlund była klasyczną Szwedką: wysoka, biuściasta, jasnowłosa. Druga była smuklejsza i miała włosy ciemnorude. Trzecia dziewczyna, zgodnie z tym co powiedział James, drobna i śliczna jak z obrazka, miała oliwkową cerę, ogromne wilgotne oczy i krótko ścięte czarne włosy.

- Oto nasz rekrut, Trish - zwrócił się James do blondynki. - Nazywa się Mark Austin. Studiuje anglistykę na ostatnim roku i jest członkiem związku zawodowego cieśli. Mark, to jest Trish, nasza słynna przywódczyni.

- Wolałabym, żebyś sobie nie żartował w ten sposób. - Wstała, obrzuciła mnie szacującym spojrzeniem. Była prawie mojego wzrostu, ale to przecież nic szczególnego w Seattle; tutaj blondynki po metr dziewięćdziesiąt tabunami biegają po ulicach.

- Wybacz, Trish - przeprosił James. - Ale nie bardzo mi przykro. Powiedzmy: średnio.

- Wiecznie się z nas nabija - wyjaśniła mi Trish z uśmiechem. - Miło mi cię poznać. - Kiedy podaliśmy sobie dłonie, zwróciłem uwagę na jej mocny uścisk. - Czy James wyjaśnił ci reguły panujące w tym domu?

- Zakaz używania alkoholu, narkotyków, słuchania głośnej muzyki i przedstawiania dwuznacznych propozycji - wyrecytowałem. - Rozumiem, że planujecie też renowację domu.