Wydawca: Rebis Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1017 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 25 godz. 17 min Lektor: Jacek Rozenek

Opis ebooka Pielgrzym - Terry Hayes

Pielgrzym” to kryptonim człowieka, który oficjalnie nie istnieje. Dawniej dowodził tajnym wydziałem wewnętrznym amerykańskiego wywiadu. Swe zawodowe doświadczenie zawarł w książce. Nie przewidział jednak, że posłuży ona jako podręcznik mordercy…

Młoda kobieta zamordowana w podrzędnym hotelu na Manhattanie.

Mężczyzna publicznie ścięty w Arabii Saudyjskiej.

Oczy skradzione żywemu człowiekowi pracującemu w tajnym syryjskim laboratorium

badawczym.

Dymiące ludzkie szczątki na zboczu góry w Hindukuszu.

Spisek, którego sednem jest przerażająca zbrodnia przeciwko ludzkości.

Jedna nić, która łączy wszystkie te sprawy.

Jeden człowiek, który podejmie wyzwanie.

Pielgrzym.

Dzień Szakala, Homeland, agent Bourne –Pielgrzym ma cechy najlepszych thrillerów wszech czasów, sprawia, że mimowolnie wstrzymujesz oddech podczas lektury.

„Opowieść naprawdę wywołuje dreszcz: napięcie rośnie w miarę rozwoju akcji (…). Zabójcza tajemnica, szokujący rachunek współczesnej międzynarodowej polityki i niezwykły bohater – świetna, intrygująca lektura” „Literary Review”

„Inteligentna, frapująca powieść – najlepszy thriller ostatnich lat” „Sunday Mirror”

Opinie o ebooku Pielgrzym - Terry Hayes

Fragment ebooka Pielgrzym - Terry Hayes

Nie ma grozy bardziej przytłaczającej i trudniejszej do opisania niż ta, która jest zmorą szpiega w obcym kraju.

John le Carré, Za późno na wojnę

Tymi podłymi ulicami kroczyć musi człowiek, który sam w sobie nie jest ani podły, ani zbrukany, ani też zlękniony.

Raymond Chandler, The simple art of murder

Są takie miejsca, których nie zapomnę do końca życia – plac Czerwony smagany gorącym wiatrem, sypialnia mojej matki po niewłaściwej stronie Ósmej Mili, bezkresne ogrody wokół domu zamożnej rodziny zastępczej czy zespół ruin znany jako Teatr Śmierci, gdzie pewien człowiek czaił się, by mnie zabić.

Żadne jednak nie wryło się w moją pamięć tak głęboko jak ten budynek bez windy w Nowym Jorku – przetarte zasłony, tanie meble, stół zasypany tiną i innymi prochami. Obok łóżka leżą majtki w rozmiarze nici dentystycznej, damska torebka i para szpilek Jimmy Choo na sześciocalowym obcasie. Podobnie jak ich właścicielka, nie pasują do tego miejsca. Leży naga w wannie, z poderżniętym gardłem, twarzą do dołu, zanurzona w kwasie siarkowym będącym aktywnym składnikiem preparatu do czyszczenia rur, dostępnego w każdym supermarkecie.

Dziesiątki butelek po tym specyfiku – zwanym DrainBomb – leżą w nieładzie na podłodze. Przez nikogo niezauważony, zaczynam je oglądać. Na wszystkich zachowały się nalepki, stąd wiem, że zabójca, kimkolwiek był, chcąc uniknąć podejrzeń, kupił je w dwudziestu różnych sklepach. Zawsze twierdziłem, że trudno nie podziwiać dobrego planowania.

W mieszkaniu panuje chaos, a hałas jest wręcz ogłuszający – trzeszczą policyjne radiotelefony, asystenci koronera domagają się wsparcia, a kobieta o latynoskiej urodzie szlocha w głos. Nawet jeśli nikt na całym świecie nie zna ofiary, na miejscu zbrodni zawsze znajdzie się ktoś gotów ją opłakiwać.

Identyfikacja młodej kobiety leżącej w wannie jest niemożliwa – trzy dni w wannie z kwasem wystarczyły, by zniszczyć rysy twarzy i znaki szczególne. Zdaje się, że taki był plan – sprawca celowo obciążył ręce ofiary książkami telefonicznymi, dzięki czemu rozpuściły się nie tylko opuszki palców, ale i większość kości śródręczy. Jeśli technikom kryminalistycznym z nowojorskiej policji nie poszczęści się z dopasowaniem dokumentacji stomatologicznej, będą mieli cholerne problemy z identyfikacją.

W miejscach takich jak to, gdzie ma się wrażenie, że zło wciąż lepi się do ścian, umysł dryfuje niekiedy ku dziwnym terytoriom. Rozmyślania o młodej kobiecie bez twarzy obudziły ni stąd, ni zowąd skojarzenie ze starym kawałkiem Lennona i McCartneya, tym o Eleanor Rigby, kobiecie, która noszoną na co dzień twarz trzymała w słoju przy drzwiach. Zaczynam więc w głowie nazywać ofiarę Eleanor. Przed technikami jeszcze sporo pracy, ale mam wrażenie, że wszyscy co do jednego są zgodni w pewnej sprawie: Eleanor zginęła, uprawiając seks – materac częściowo zsunięty z łóżka, zmięta pościel, brązowe kropelki krwi rozpylone na stoliku nocnym. Najbardziej perwersyjni twierdzą, że sprawca poderżnął jej gardło, będąc w niej. Straszne jest to, że mogą mieć rację. Jeśli ktoś szuka jaśniejszych stron w tej ponurej sprawie, może znajdzie pocieszenie w tych słowach: jeżeli kobieta umarła w takim momencie, z pewnością nie była świadoma swego losu – aż do ostatniej chwili.

Tina – krystaliczna metamfetamina – z pewnością jej w tym pomogła. Specyfik ten rozbudza pożądanie i wprawia w euforię; mózg wręcz traci zdolność wyczuwania zagrożenia. Pod jego wpływem człowiek myśli w zasadzie tylko o jednym: jak najszybciej znaleźć partnera i dymać go do utraty sił.

Obok dwóch maleńkich woreczków po narkotyku stoi coś, co przypomina buteleczkę szamponu z hotelowej łazienki. Jest nieoznaczona, zawiera bezbarwny płyn – domyślam się, że to GHB, specyfik, który robi ostatnio wielką karierę w mrocznych zakątkach sieci: w dużych dawkach skutecznie zastępuje pigułkę gwałtu. W większości nocnych klubów można go spotkać na każdym kroku; bywalcy biorą łyczek, by ograniczyć paranoiczne doznania towarzyszące zażywaniu tiny. Niestety, GHB ma własne skutki uboczne: znosi zahamowania i potęguje doznania seksualne. To dlatego na ulicy znany jest jako „łatwy sztos”. Wyskakując ze szpilek i małej czarnej, Eleanor musiała szybować już wysoko jak raca w Święto Niepodległości.

Przeciskam się przez gromadę ludzi – nie znają mnie, jestem tu obcym facetem z drogą marynarką przewieszoną przez ramię i sporym bagażem przeszłości – i zatrzymuję się przy łóżku. Odcinam się od gwaru i oczami wyobraźni widzę ją nagą w pozycji na jeźdźca. Ma niewiele ponad dwadzieścia lat i świetne ciało; porusza się z zapałem, bo narkotykowy koktajl prowadzi ją wprost do epickiego orgazmu. Metamfetamina podnosi temperaturę jej ciała, nabrzmiałe piersi bujają się zmysłowo, puls i oddech przyspieszają gwałtownie pod wpływem chemicznie wzmocnionej namiętności. Jest zdyszana, a jej mokry język, jakby wiedziony własnym rozumem, szuka drogi do ust partnera. Seks w tych czasach z pewnością nie jest dla słabeuszy.

Blask neonów znad knajp po drugiej stronie ulicy musiał rozświetlać jej jasne włosy – oczywiście przycięte w zgodzie z sezonową modą – i lśnić na wskazówkach jej nurkowego zegarka marki Panerai. Podróbki, rzecz jasna, ale niezłej. Znam tę kobietę. Wszyscy znamy ten typ. Tłumnie odwiedzają nowy, wielki sklep Prady w Mediolanie, ustawiają się w kolejkach do klubów w Soho albo sączą niskokaloryczne latte w kawiarniach przy Montaigne – młode kobiety, które mylą doniesienia pisma „People” z wiadomościami i biorą japońskie znaki wykłute na własnych plecach za symbole buntu.

Wyobrażam sobie rękę zabójcy na jej piersi, palec muskający kolczyk z kamykiem wpięty w sutek. Facet chwyta go mocno i szarpie, przyciągając dziewczynę bliżej. Ona krzyczy z podniecenia, bo każdy punkt jej ciała jest teraz nadwrażliwy na bodźce, a sutki w szczególności. I nie ma nic przeciwko temu, bo skoro ktoś chce ostrzej, to widocznie mu się spodobała. Ujeżdża go, a wezgłowie łóżka tłucze rytmicznie o ścianę. Ona patrzy na drzwi wejściowe, z pewnością zamknięte na klucz i łańcuch. W tej dzielnicy to niezbędne minimum.

Diagram na ścianie wskazuje drogę ewakuacji. To hotel, ale na tym kończą się wszelkie podobieństwa do Ritza-Carltona. Ten nazywa się Eastside Inn i jest domem dla oszczędnych w delegacji, dla młodziaków z plecakami, dla tych, co znaleźli się na życiowym zakręcie, i dla każdego, kto nie zapłaci za nocleg więcej niż dwadzieścia dolców. Zostań tak długo, jak zechcesz – dzień, miesiąc, całe życie – wystarczą dwa dowody tożsamości, w tym jeden ze zdjęciem.

Gość, który zajął pokój osiemdziesiąt dziewięć, musiał tu spędzić jakiś czas – na komodzie stoi sześciopak piwa, a obok cztery na wpół opróżnione flaszki czegoś mocniejszego i dwa pudełka płatków śniadaniowych. Na stoliku nocnym odtwarzacz i kilka kompaktów; przeglądam je pobieżnie. Trzeba przyznać, że facet ma niezły gust muzyczny. Szafa jest pusta; wydaje się, że zabrał ze sobą jedynie ubrania, gdy opuszczał to miejsce, zostawiając w wannie wolno rozpuszczające się zwłoki. W kącie szafy widzę tylko stertę śmieci: porzucone gazety, pustą puszkę środka na karaluchy i poplamiony kawą kalendarz ścienny. Sięgam po niego. Na każdej stronie znajduję czarno-białe zdjęcie słynnej starożytnej ruiny – Koloseum, grecka świątynia, Biblioteka Celsusa nocą. Artystycznie jak cholera. Niestety, nigdzie nie ma notatek, niczego nie zaznaczono. Kalendarz najwyraźniej służył wyłącznie jako podkładka pod kubek z kawą. Rzucam go na stertę.

Odwracam się i bez namysłu, w zasadzie odruchowo przesuwam palcami po blacie nocnego stolika. Dziwne: ani śladu kurzu. Sprawdzam komodę, krawędź wezgłowia i odtwarzacz – nic. Zabójca wytarł wszystkie powierzchnie, żeby nie zostawić odcisków. Nobla by pewnie za to nie dostał, myślę, ale naprawdę zaskakujący jest zapach, który czuję, gdy unoszę palce na wysokość nosa. To woń środka dezynfekującego stosowanego na oddziałach intensywnej opieki medycznej. Nie tylko zapobiega infekcjom, zabijając wszelkie bakterie, ale też powoduje rozpad DNA – także w próbkach potu, skóry czy włosów. Zabójca spryskał wszystko, włącznie z dywanem i ścianami, by mieć pewność, że nowojorska policja tylko zmarnuje swój cenny czas, próbując znaleźć jego trop w kurzu zebranym laboratoryjnymi odkurzaczami.

Uświadamiam sobie nagle i bardzo wyraźnie, że to nie jest typowa zbrodnia z pieniędzmi, prochami albo seksem w tle. To zbrodnia doprawdy niezwykła.

(…)

Nie wszyscy o tym wiedzą – a nawet, śmiem twierdzić, mało kogo to obchodzi – ale naczelnym prawem kryminalistyki jest zasada wymiany Locarda: „Po każdym kontakcie sprawcy z miejscem zbrodni pozostają ślady”. Stojąc w pokoju numer osiemdziesiąt dziewięć i starając się ignorować kakofonię tuzina głosów, zastanawiam się, czy profesor Locard napotkał w swej karierze taki przypadek – wszystko, czego dotknął sprawca, moczy się teraz w wannie pełnej kwasu albo zostało wytarte do czysta, albo spryskane przemysłowym środkiem dezynfekcyjnym. Nie mam wątpliwości, że nie pozostawił po sobie ani jednej komórki.

Rok temu napisałem dość niszową książkę o nowoczesnych metodach dochodzeniowych. W rozdziale zatytułowanym „Nowe granice” wspomniałem, że tylko raz w życiu spotkałem się z wykorzystaniem sprayu antybakteryjnego: był to przypadek likwidacji wysokiego rangą agenta wywiadu w Republice Czeskiej. Nie była to zresztą najlepsza prognoza na przyszłość – sprawy do dzisiaj nie rozwiązano. Ten, kto mieszkał w pokoju osiemdziesiąt dziewięć, najwyraźniej zna się na rzeczy. Zaczynam więc badać miejsce zbrodni ze zdwojoną uwagą.

Sprawca nie był porządnicki – wśród innych śmieci leżących obok łóżka widzę puste pudełko po pizzy. Jestem gotów iść dalej, ale zatrzymuje mnie nagła myśl: to tu, na wieku pudełka, w zasięgu ręki, musiał położyć nóż. Rzecz tak naturalna, że Eleanor zapewne nie zwróciła na nią uwagi.

Wyobrażam ją sobie na łóżku, jak sięga pod zmiętą kołdrą w stronę krocza sprawcy. Całuje jego ramiona, pierś, schodzi coraz niżej. Może facet wie, co go czeka, a może nie: jednym z efektów ubocznych GHB jest wyłączenie odruchu wymiotnego. W takim stanie można łyknąć siedmio-, ośmio- czy nawet dziesięciocalową armatę; nie bez powodu najłatwiej kupić ten specyfik w gejowskich saunach. Albo na planie filmu pornograficznego.

Oczyma wyobraźni widzę, jak dłonie sprawcy chwytają dziewczynę i przerzucają ją na plecy. Siada okrakiem na jej piersi. Eleanor pewnie sądzi, że będzie podążał ku jej ustom. On tymczasem opiera prawą dłoń na brzegu łóżka i dyskretnie odnajduje palcami pudełko po pizzy, a zaraz potem to, czego naprawdę szuka: kawałek zimnej stali, nóż tani, ale całkiem nowy, a dzięki temu wystarczająco ostry.

Gdyby ktoś obserwował kobietę od tyłu, widząc jej wygięty grzbiet i słysząc jęk rozkoszy, pomyślałby, że partner jest już w jej ustach. Tak jednak nie jest. Oczy Eleanor, błyszczące w narkotycznym transie, nagle są pełne strachu. Lewa ręka zabójcy zatyka jej usta, odchylając głowę do tyłu, odsłaniając gardło. Kobieta wije się i wierzga, próbuje użyć rąk, ale on to przewidział. Siedzi przecież na jej piersiach, mocno wbijając kolana w jej ramiona. Skąd wiem? Na ramionach trupa rozpuszczającego się w wannie widać jeszcze sine ślady. Jest bezradna. Kątem oka dostrzega nareszcie jego prawą rękę i próbuje krzyczeć. Rzuca się jak oszalała, walczy. Zębate, stalowe ostrze noża do pizzy mija jej pierś i zmierza w stronę bladej szyi. Tnie głęboko…

Krew pryska na stolik nocny. Jedna z tętnic zasilających mózg zostaje przerwana, teraz to już kwestia chwili. Eleanor słabnie, wykrwawia się, słychać bulgot. Ostatnie świadome myśli: oto jest świadkiem własnej śmierci; oto wszystko, czymkolwiek była i czymkolwiek miała nadzieję się stać, dobiega kresu. I tak to się stało – sprawca wcale w niej nie był. Dziękujmy Bogu, że chociaż tego nam oszczędził, myślę.

Zabójca odchodzi, by przygotować kwasową kąpiel. Po drodze zdejmuje zakrwawioną, białą koszulę, którą miał na sobie – udało się znaleźć jej resztki w wannie, pod ciałem Eleanor, wraz z nożem długim na cztery cale, o czarnej, plastikowej rękojeści; w Chinach produkuje się takie za pół darmo, w milionach egzemplarzy.

Pochłonięty wyrazistą wizją tego, co się tu wydarzyło, ledwie wyczuwam dłoń, którą ktoś położył na moim ramieniu. Odtrącam ją jednak odruchowo, gotów złamać mu rękę – niestety, miewam takie przebłyski z dawnego życia. Gość mamrocze przeprosiny, spoglądając na mnie dziwnie, a potem próbuje usunąć mnie z drogi. To dowódca ekipy techników dochodzeniowych – trzech facetów i babki – którzy właśnie rozstawiają lampy UV i tacki z solą Fast Blue B, by poszukać plam nasienia na materacu. Jeszcze nie wiedzą o środku dezynfekcyjnym, a ja siedzę cicho: zabójca mógł wszak pominąć jakiś skrawek łóżka. Pamiętam jednak, że jesteśmy w Eastside Inn; w takim miejscu można znaleźć kilka tysięcy śladów pamiętających czasy, gdy dziwki nosiły pończochy.

Schodzę mu z drogi, wciąż zamyślony. Próbuję się wyłączyć, skupić, bo jest w tym pokoju, w całej tej sprawie coś – nie jestem pewny co takiego – co nie daje mi spokoju. Jakiś element nie pasuje do scenariusza, a ja nie wiem dlaczego. Rozglądam się, raz jeszcze inwentaryzuję wszystko, co mam w zasięgu wzroku, lecz bez skutku. Wyczuwam, że przeoczyłem coś wcześniej. Cofam w głowie taśmę do początku, do chwili, gdy tu wszedłem.

Co to było? Sięgam do podświadomości, próbuję odtworzyć pierwsze wrażenie – to był drobny detal, niezwiązany z samym aktem przemocy, a jednak niezmiernie ważny. Gdybym tylko mógł go dotknąć… poczuć… to coś jakby… Jakby słowo, które przeniosłem na inną półkę pamięci. Przypominam sobie zdania z własnej książki: o tym, że to założenia, zbyt pochopne, za każdym razem prowadzą do klęski. I nagle wiem.

Gdy wszedłem do tego pokoju, zobaczyłem sześciopak na komodzie, potem karton mleka w lodówce, przebiegłem wzrokiem po tytułach paru płyt DVD leżących obok telewizora i wreszcie dostrzegłem świeży worek w koszu na śmieci. A wrażenie, to słowo, które przyszło mi do głowy, lecz nie przebiło się do świadomości, brzmiało: „kobieta”. Rozszyfrowałem wszystko, co zaszło w pokoju osiemdziesiąt dziewięć, z wyjątkiem najważniejszego. To nie młody facet był tu lokatorem. To nie mężczyzna uprawiał seks z Eleanor, a potem poderżnął jej gardło. I nie sprytny jegomość pozbawił ją kwasem wszelkich śladów tożsamości, po czym spryskał pokój środkiem dezynfekującym.

Zrobiła to kobieta.

(…)

Jeśli koniecznie chcecie znać całą prawdę, moja książka o technikach dochodzeniowych nie zdobyła wielkiej popularności. Jest jedną z tych, po które – wbrew teoriom wydawców – nikt drugi raz nie sięga.

A przecież w wąskim gronie specjalistów, do którego była adresowana, wywołała istne trzęsienie ziemi. Był to materiał siłą rozciągający granice nauki, techniki, nawet wiarygodności. Każdy jednak, kto przeanalizował go dokładniej, nawet najgorliwszy sceptyk, musiał wyzbyć się wątpliwości. Cytowałem najdrobniejsze szczegóły starannie wybranych spraw, odtwarzając ową osobliwą patynę okoliczności i motywacji, dzięki której dobry śledczy potrafi oddzielić prawdę od fałszu.

Dzień po opublikowaniu mojej książki małym światkiem najlepszych śledczych wstrząsnął grad pytań bez odpowiedzi. Jak to możliwe, u diabła, że nikt nie słyszał wcześniej o tych sprawach? Były jak przekaz z innej planety, w którym zmieniono jedynie imiona, by chronić winowajców. I – co ważniejsze – kto, do ciężkiej cholery, mógł napisać coś takiego?

Nie miałem zamiaru dopuścić, by ktoś się dowiedział. Z racji mej dawnej profesji miałem tylu wrogów, że wolałem nawet o nich nie myśleć. Nie chciałem uruchomić pewnego ranka silnika w samochodzie i zamienić się w garść kosmicznego pyłu wirującego wokół Księżyca. Gdyby któryś z czytelników zapragnął zasięgnąć informacji o tajemniczym autorze, dowiedziałby się jedynie, że pochodził on z Chicago i niedawno zmarł. Jedno było pewne: nie pisałem dla sławy ani dla pieniędzy.

Wmówiłem sobie, że zrobiłem to, bo udało mi się rozwikłać kilka spraw, w których przestępcy działali wręcz poza granicami ludzkiej pomysłowości. Wydawało mi się, że pewne pionierskie techniki, którymi się posłużyłem, mogą się przydać innym śledczym. I miałem rację – do pewnego stopnia. Było w tym wszystkim jednak coś więcej: jestem wciąż młody i mam nadzieję, że czeka mnie jeszcze nowe, prawdziwe życie, książka zaś stała się podsumowaniem i ostatnim pożegnaniem z moją dawną egzystencją.

Przez niemal dziesięć lat byłem członkiem jednej z najtajniejszych służb wywiadowczych naszego kraju, działającej tak głęboko w ukryciu, że tylko garstka ludzi w ogóle wiedziała o jej istnieniu. Zadaniem tej agencji było nadzorowanie całego środowiska wywiadu, byliśmy niejako wydziałem wewnętrznym amerykańskich tajnych służb. Nie od rzeczy byłoby posłużyć się tu średniowieczną analogią: byliśmy szczurołapami.

(…)

Hotel du Rhône był pusty, gdy wkroczyłem do holu. Nie było portiera ani recepcjonisty. Jeszcze bardziej niepokojąca była jednak cisza. Zawołałem, a gdy nikt mi nie odpowiedział, skierowałem kroki w stronę baru przylegającego do lobby.

I właśnie tam zastałem cały personel oraz gromadę gości hotelowych, zapatrzonych w ekran telewizora. W Genewie było parę minut po piętnastej, w Nowym Jorku – po dziewiątej rano. Jedenasty września.

Pierwszy samolot uderzył właśnie w północną wieżę World Trade Center; w nieskończoność puszczano nagranie z amatorskiej kamery. Kilkoro dziennikarzy w studiu zaczynało spekulować, że może to być atak terrorystów na Stany Zjednoczone – kilku szwajcarskich idiotów przy barze powitało tę sugestię wiwatami. Rozmawiali po francusku, a ja dostatecznie często spędzałem wakacje w Paryżu, żeby ich zrozumieć: wychwalali odwagę i pomysłowość tego, kto przeprowadził atak.

Pomyślałem o ludziach w kraju, o nowojorczykach oglądających ten sam materiał filmowy ze świadomością, że gdzieś w tym płonącym budynku są ich bliscy, i modlących się, by jakimś cudem udało im się wyjść cało. Możliwe, że istnieją na tym świecie gorsze przeżycia niż obserwowanie na żywo w telewizji ostatnich chwil członków rodziny, ale w tamtym momencie nie umiałem sobie niczego straszniejszego wyobrazić.

W kieszeni miałem pistolet – ceramiczno-plastikowy, zaprojektowany specjalnie po to, by oszukać wykrywacze metalu, takie jak te, których spodziewałem się w biurze Buchera – i ogarnęła mnie taka wściekłość, że poważnie się zastanawiałem, czy go nie użyć.

Walczyłem jeszcze z emocjami, gdy lot United Airlines nr 175 z Bostonu dobiegł nagle końca wskutek zderzenia samolotu z południową wieżą. Z piersi wszystkich zebranych – z idiotami włącznie – dobył się mimowolny krzyk. Mam wrażenie, że zaraz potem w barze zapanowała cisza, ale mogę się mylić – pamiętam tylko, że miałem poczucie, iż jestem świadkiem zderzenia dwóch światów, które omal nie wysadziło Wielkiej Republiki z posad.

Samotny, z dala od domu, poczułem lęk: czy już nic nie będzie takie samo jak do tej pory? Po raz pierwszy w historii niezidentyfikowany nieprzyjaciel zabijał Amerykanów w ich własnym domu. Co więcej, zdołał zniszczyć ikonę, która w pewien sposób symbolizowała cały naród, jego ambicję, nowoczesność, pragnienie sięgania coraz wyżej.

Nikt jeszcze nie wiedział, jak głęboka będzie ta rana, ale mikroświat hotelowego baru rozpadł się na chaotyczne epizody: gdzieś bez końca dzwonił telefon, cygaro zmieniało się w popiół, a na ekranie telewizora migawki z przeszłości przeplatały się z obrazem przerażającej teraźniejszości.

Ludzie nadal milczeli. Może nawet idioci się zastanawiali – jak ja – czy czeka nas ciąg dalszy. Dokąd to wszystko zmierza? Do Białego Domu? Na Three Mile Island?

Z pistoletem w kieszeni zacząłem przeciskać się przez tłum, który niepostrzeżenie zebrał się za moimi plecami. Wsiadłem do pustej windy i wróciłem do swojego pokoju. Próbowałem dodzwonić się do Waszyngtonu, najpierw przez linię naziemną, a potem przez satelitę Pine Gap, ale łącza na Wschodnim Wybrzeżu były przeciążone.

W końcu skontaktowałem się z placówką NSA w Peru, podałem kod pierwszeństwa Jeźdźca Niebieskiej i wreszcie uzyskałem połączenie z centralą Dywizji za pomocą zapasowej sieci satelitarnej. Rozmawiałem z dyrektorem, którego głos był tak zniekształcony zakłóceniami, jakbyśmy konwersowali we wnętrzu muszli klozetowej. Poprosiłem, żeby wysłał po mnie samolot, chciałem wiedzieć, czy do czegoś mogę się przydać.

Odpowiedział, że w żaden sposób mu nie pomogę, a w dodatku właśnie usłyszał komunikat Narodowej Rady Bezpieczeństwa: wszystkie loty z kraju i do kraju lada chwila zostaną wstrzymane – i słusznie, bo przecież nie wiadomo, co się jeszcze wydarzy. Właściwie przeraziło mnie nie to, co mówił, ale to, że w jego głosie pobrzmiewała panika. Dodał po chwili, że musi już iść, bo w jego budynku, podobnie jak w Białym Domu, rozpoczęła się ewakuacja.

Zakończyłem połączenie i włączyłem telewizor. Każdy, kto przeżył tamten straszny dzień, wie, co się wydarzyło: ludzie, trzymając się za ręce, skakali z Bóg wie jakiej wysokości, dwie wieże runęły, a apokaliptyczne sceny rozgrywające się na Dolnym Manhattanie utonęły w chmurze pyłu. W domach, biurach i sztabach całego świata ludzie oglądali obrazy, które miały na zawsze wryć się w ich pamięć. Smutek zawsze wypływa na powierzchnię.

Lecz choć miałem się o tym dowiedzieć znacznie później, znalazła się jedna osoba, która spoglądając na policjantów i strażaków wbiegających do gmachu mającego się stać ich betonowym grobowcem – na cały ten wir dzikiego chaosu – dostrzegła w nim życiową okazję. Była jedną z najbystrzejszych istot ludzkich, jakie zdarzyło mi się spotkać, a choć miewałem liczne romanse z innymi substancjami, inteligencja zawsze była narkotykiem, który kręcił mnie najbardziej. I choćby z tego powodu nigdy jej nie zapomnę. Cokolwiek ludzie myślą na temat moralności, nie mam żadnych wątpliwości, że potrzeba było prawdziwego geniuszu, by rozpocząć planowanie morderstwa doskonałego w owym wrześniowym piekle, a następnie, po latach, dokonać go w obskurnym hoteliku Eastside Inn.

Podczas gdy ona snuła swoje mroczne plany, ja przez resztę wieczoru patrzyłem na ludzi skaczących z okien, aż wreszcie, około dwudziestej drugiej czasu genewskiego, kryzys zaczął jakby tracić impet. Prezydent opuścił już bunkier w bazie Sił Powietrznych Offutt w Nebrasce i wracał do Waszyngtonu, opanowano pożar w Pentagonie, otwarto też pierwsze mosty łączące Manhattan z resztą miasta.

Mniej więcej wtedy zadzwonił do mnie jeden z asystentów Narodowej Rady Bezpieczeństwa z informacją, że według danych wywiadowczych za zamachami może stać pewien Saudyjczyk, niejaki Osama bin Laden, i że już trwają pierwsze ataki na jego bazy w Afganistanie, organizowane pod przykrywką grupy rebeliantów zwanej Sojuszem Północnym. Dwadzieścia minut później pokazano zdjęcia pierwszych eksplozji w Kabulu: rozpoczęła się tak zwana wojna z terroryzmem.

Przygnębiony, opuściłem przytłaczająco ciasny pokój hotelowy i poszedłem na spacer. Termin „wojna z terroryzmem” wydawał mi się równie ogólnikowy jak „wojna z narkotykami”, a wiedziałem z własnego doświadczenia, jak skuteczna jest ta ostatnia. Ulice Genewy były puste, bary dziwnie ciche, a elektryczne tramwaje nie woziły prawie nikogo. Dowiedziałem się później, że tak samo wyglądały miasta od Sydney po Londyn, jakby ze współczucia dla Ameryki na jakiś czas przygasły światła całego zachodniego świata.

Przeszedłem przez Ogród Angielski i minąłem grupkę marokańskich handlarzy prochami, opłakujących kompletny zastój w interesie. Przez chwilę zastanawiałem się, czy dla czystej satysfakcji nie posłać im kulki, ale w końcu ruszyłem przed siebie promenadą nad brzegiem jeziora. Przed sobą miałem ekskluzywne osiedle Cologny, w którym mieli swe domy Fahd – władca Arabii Saudyjskiej – oraz Aga Chan i połowa łajdaków tego świata. Usiadłem na ławce nad jeziorem i spojrzałem ponad jego taflą na gmach Organizacji Narodów Zjednoczonych – cudownie oświetlony i jakże bezużyteczny.

Poniżej, niemal nad samą wodą, wznosił się szary masyw hotelu President Wilson, z którego okien rozciągał się widok na najpopularniejszą plażę nad Jeziorem Genewskim. Każdego lata Saudyjczycy – i inni zamożni Arabowie – płacili słono za pokoje od frontu, by móc obserwować kobiety opalające się topless na trawie. Jeśli dodamy do tego świetnie zaopatrzone minibary, otrzymamy arabską wersję drogiego klubu ze striptizem, na dodatek bez przykrego obowiązku dawania napiwków.

Choć było dość późno, w większości okien wciąż paliły się światła. Goście hotelu zapewne rozumieli, jak gówniana stała się nagle ich sytuacja, i w pośpiechu pakowali swoje lornetki, by załapać się na pierwszy poranny lot w rodzinne strony.

Jednak bez względu na to, jak srogą zemstę zamierzał wywrzeć Zachód na Osamie bin Ladenie i całym arabskim świecie, co do jednego trudno było mieć wątpliwości: służby wywiadowcze poniosły porażkę na niespotykaną skalę. Naczelną misją jakże kosztownego w utrzymaniu środowiska wywiadu Stanów Zjednoczonych było chronienie ojczyzny, tymczasem od pamiętnego ataku na Pearl Harbor nie doszło do tak spektakularnego i brzemiennego w skutki blamażu.

Siedząc na ławce w ową chłodną noc, nie próbowałem wskazywać palcem winnych, bo żaden z nas nie był bez winy. Wszyscy nosiliśmy niebieskie odznaki, wszyscy byliśmy odpowiedzialni. Podobnie jak prezydent i kongresmani, nasi zwierzchnicy – to oni regulowali nasz budżet i ustalali priorytety. I w przeciwieństwie do nas, mogli przynajmniej wypowiadać się publicznie. W duchu przewidywałem jednak, że minie sporo czasu, zanim Amerykanie usłyszą od nich choćby słowo przeprosin – może w przyszłym tysiącleciu?

Wiatr znad Alp wzmagał się, niosąc woń deszczu. Wiedziałem, że czeka mnie długi spacer z powrotem do hotelu i że powinienem już iść – a jednak trwałem na tej ławce.

Możliwe, że nikt inny jeszcze się nad tym nie zastanawiał, ale ja już wiedziałem, że wkrótce nie tylko Dolny Manhattan legnie w gruzach – podobny los może spotkać całą strukturę wywiadowczą naszego kraju. Było to nieuniknione, jeśli w jej miejsce miało powstać coś lepszego, skuteczniejszego. W środowisku wywiadu nic nie miało być takie jak dawniej i to samo dotyczyło Dywizji: rząd już nie będzie oczekiwał od nas, że będziemy tajną policją sekretnego świata, lecz że będziemy tajną policją islamskiego świata.

Pamiętałem, że muszę wcześnie wstać. Zanim dotarłem do łóżka, żyłem już na innej planecie, bo świat nie zmienia się na naszych oczach – zmienia się za naszymi plecami.

Wiedziałem, że nie znam potrzebnych języków i brakuje mi umiejętności, by zaistnieć w nowym, pięknym świecie wywiadu, który miał się narodzić. Dlatego znalazłem się nagle – podobnie jak Markus Bucher – na rozstaju dróg. Niepewny przyszłości, niekoniecznie szukający szczęścia (choć poczucie spełnienia nie byłoby takie złe), czułem się zagubiony. Musiałem zadać sobie pytanie: jakiego życia naprawdę pragnę?

Tytuł oryginału: I Am Pilgrim

Copyright © Terry Hayes 2012

Terry Hayes has asserted his right under the Copyright, Designs and Patents Act 1988 to be identified as the author of this work

Copyright © for the Polish e-book edition by

REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2014

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

W publikacji wykorzystano czcionkę z rodziny Liberation (https://fedorahosted.org/liberation-fonts/)

Redaktor: Agnieszka Horzowska

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Zbigniew Mielnik

Fotografia na okładce:

© Ivana36 / Dreamstime.com

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Pielgrzym, wyd. I, Poznań 2014)

ISBN 978-83-7818-277-1

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40, fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

e-Book: Sławomir Folkman / www.kaladan.pl