Rok szarańczy - Terry Hayes - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Rok szarańczy ebook i audiobook

Terry Hayes

4,2

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

446 osób interesuje się tą książką

Opis

Autor bestsellera PIELGRZYM.

Ludzkość staje na rozdrożu.

Jedna droga wiedzie ku przyszłości, druga ku zagładzie.

Kolejnej szansy nie będzie.

Kane jest tajnym agentem, specjalistą od Regionów Niedostępnych. Jego zadanie jest proste: wkroczyć, wypełnić misję i wrócić. Wie, kiedy działać, kiedy się kryć, kiedy uciekać i kiedy strzelać.

Są jednak miejsca, gdzie żadne zasady nie obowiązują i tylko przemoc daje szansę przetrwania. To tam, na pograniczu Iranu, Pakistanu i Afganistanu Kane spotyka przeciwnika gotowego pchnąć świat ku katastrofie – budzącego grozę, inteligentnego i okrutnego człowieka z zemstą w sercu i krwią na rękach.

Rok szarańczy to wyprawa do dalekiego kraju i pejzaż, którego nikt jeszcze nie oglądał. Misja, dzięki której przyszłość się nie wydarzy. Spotkanie z czystym złem. I wreszcie chwila, w której Kane będzie musiał podjąć decyzję: ratować siebie czy innych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1008

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 26 godz. 24 min

Oceny
4,2 (58 ocen)
32
13
5
7
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Monaqo90

Z braku laku…

Co za pomieszanie z poplątaniem. Pierwsze 300 stron na poziomie, reszta to już totalne odpłynięcie. Lepiej przeczytać ponownie Pielgrzyma niż inwestować w to czas i pieniądze.
20
Miron74

Dobrze spędzony czas

Niezwykle trudno ocenić tą pozycję. Do 4 rozdziału jest to jedna z nejlazoeych sensacji. Budowa akcji postaci plus jakim językiem to jest napisane. Cudo. Ale od czwartego jakby zaczął pisać ktoś inny. Trudno uwierzyć co tam się stało. Nie wiem po co taki zabieg ale zepsuł całą przyjemność z czytania. Może autor chciał zmieścić wszystko co przyszło mu do głowy by było jak najwięcej zaskoczeń. Zatem jeśli zatrzymacie się mniej więcej w połowie zostajecie z przyjemnym uczuciem naprawdę wielkiej książki w swojej kategorii
20
Yanadis
(edytowany)

Z braku laku…

Pierwsza połowa to Hayes w umiarkowanie dobrej formie, druga wygląda, jakby autor nagle pozwolił dokończyć swoją powieść pijanemu Deanowi Koontzowi. Ogromne rozczarowanie.
20
roddola

Dobrze spędzony czas

Długo czekałam na tę książkę .”Pielgrzyma” uwielbiam. Nie ukrywam, że oczekiwania miałam duże. I nie zawiodłam się. No prawie…. Wątek SF totalnie mnie zaskoczył, niemniej podsumowując - jest dobrze! Ale to „Pielgrzym” zostanie dla mnie najlepszym dziełem Hayes’a.
20
lacerta_

Dobrze spędzony czas

Książka równie dobra jak pielgrzym chociaż kilka fragmentów nie trafia w moje gusta. polecam na początek pielgrzyma bo moim zdaniem jest lepszy a dopiero po nim rok szarańczy. miłego czytania
10

Popularność




Polecamy

Tego autora pole­camy rów­nież

Piel­grzym

Dedykacja

Ale­xan­drze, Stéphanie-Marie, Con­no­rowi i Dyla­nowi.

Zna­czą wię­cej, niż mogłem sobie wyma­rzyć, znacz­nie wię­cej, niż zasłu­ży­łem.

Motto

„Pozna­li­śmy wroga: to my”.

Walt Kelly, pla­kat Dzień Ziemi, 1970

Pojutrze…

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Wyru­szy­łem kie­dyś w podróż, żeby zabić czło­wieka. Daw­niej, gdy byłem młod­szy, praca zapro­wa­dziła mnie w roz­świe­tlone neo­nami uliczki Tokio. Widzia­łem też wschód słońca nad mecze­tem dzie­wię­ciu kopuł, a gdy cze­ka­łem na nabrzeżu sta­rego Stam­bułu, łzy pew­nej kobiety były niczym deszcz.

Tym razem zanio­sło mnie na wschód, tam gdzie Morze Egej­skie łączy się ze Śród­ziem­nym, a słońce praży łań­cuch turec­kich wyse­pek. Naj­mniej­sza z nich była zara­zem naj­dal­szą – fale prze­wa­lały się przez wrak frach­towca osia­dłego na rafach, nie­bez­pieczne prądy wiro­wały w ustron­nych zatocz­kach, a po rybac­kiej wio­sce, w któ­rej dawno już nie było drew­nia­nych łodzi, zostały jedy­nie ruiny.

Dotar­łem tam późną wio­sną. Na brzeg wysa­dził mnie kapi­tan parowca, Egip­cja­nin wystar­cza­jąco mądry, by nie zada­wać mi wielu pytań. Wciąż pamię­tam tę bryzę na twa­rzy i upojny aro­mat sosno­wych igieł, gdy sze­dłem przez cichy las. Tak jak czy­ni­łem przez więk­szość mego zawo­do­wego życia, trzy­ma­łem się cie­nia.

Moim celem tego dnia był czło­wiek nie­wąt­pli­wie dzielny – ponoć Nie­miec z Norym­bergi, owego sta­rego, pięk­nego mia­sta, tak głę­boko ską­pa­nego w mrocz­nej histo­rii. Gdy zasko­czy­łem go w kuchni willi na odlu­dziu, obaj wie­dzie­li­śmy, że poko­na­łem wielki dystans – i w milach, i w latach – by sta­wić się na to zabój­cze spo­tka­nie.

Byłem wtedy czło­wie­kiem Agen­cji i od wielu lat posłu­gi­wa­łem się kryp­to­ni­mem Kane. Pięć lat wcze­śniej ów Nie­miec był zaufa­nym współ­pra­cow­ni­kiem wywiadu Sta­nów Zjed­no­czo­nych w Tehe­ra­nie. Do czasu, aż się wydało, że w tajem­nicy pra­co­wał na zle­ce­nie Rosjan. Zdaje się, że żyjemy w cza­sach out­so­ur­cingu, nawet w branży szpie­gow­skiej.

W spo­kojny ponie­dział­kowy wie­czór Nie­miec udał się na późną kola­cję do bistra w eks­klu­zyw­nym tehe­rań­skim hotelu Espi­nas Palace. W męskiej toa­le­cie podał wysłan­ni­kowi moskiew­skiej Cen­trali nazwi­ska dzie­się­ciu spo­śród naszych naj­cen­niej­szych irań­skich infor­ma­to­rów. W świe­cie służb wywia­dow­czych powszech­nie wia­domo, że agen­cje szpie­gow­skie Rosji i Iranu od lat współ­pra­cują, toteż pewne było, że lista wkrótce trafi w ręce Irań­czy­ków z PAVA, bru­tal­nej taj­nej poli­cji. W rezul­ta­cie nasza siatka, budo­wana przez lata kosz­tem wielu ofiar i ogrom­nych wydat­ków – co waż­niej­sze, będąca naszą furtką do irań­skiego pro­gramu nukle­ar­nego – prze­stała ist­nieć w ciągu kilku godzin. Nawet w CIA, orga­ni­za­cji, w któ­rej dzie­jach doprawdy nie bra­kuje pora­żek, uznano to za kata­strofę bez pre­ce­densu.

Kon­se­kwen­cje dla ośmiu męż­czyzn i dwóch kobiet, któ­rych toż­sa­mość ujaw­nił nasz zdrajca, były jesz­cze tra­gicz­niej­sze. W środku nocy sta­nęli przed obli­czem sędziego, a już następ­nego dnia robot­nicy zaczęli mon­to­wać na jed­nym z naj­więk­szych pla­ców Tehe­ranu dzie­sięć żurawi budow­la­nych. Począt­kowo miesz­kańcy mia­sta nie zwra­cali na te poczy­na­nia więk­szej uwagi, lecz wkrótce prze­zna­cze­nie nie­bo­sięż­nych kon­struk­cji stało się jasne: cho­dziło o to, by jak naj­wię­cej świad­ków przy­glą­dało się wyko­na­niu wyroku. W wielu kra­jach Bli­skiego Wschodu samo wymie­rze­nie kary nie wystar­czy, musi ona być ostrze­że­niem dla innych.

Gdy sta­nęły wieże, zain­sta­lo­wano na nich poziome ramiona. Zwoje lin tra­fiły na swoje miej­sce, a potem, pew­nego wio­sen­nego dnia pod wie­czór, cztery czarne fur­gony wię­zienne przy­wio­zły ska­zań­ców. W ciągu kilku nie­mi­ło­sier­nie dłu­gich minut każdy z dzie­się­ciorga nie­szczę­śni­ków dotarł w klatce na szczyt swego żura­wia.

Na oczach tłumu zgro­ma­dzo­nego na placu żoł­nie­rze Kor­pusu Straż­ni­ków Rewo­lu­cji siłą wypchnęli prze­ra­żo­nych męż­czyzn i kobiety na nie­duże plat­formy z desek na końcu sta­lo­wych ramion. Tam każdy ze ska­zań­ców dostał tabliczkę z napi­sem „Szpieg Wiel­kiego Sza­tana”, a na ich szy­jach zawi­sły pętle znane w tych stro­nach jako „irań­skie kra­waty”.

Ope­ra­cja była sta­ran­nie zapla­no­wana, toteż zgro­ma­dzeni mieli zna­ko­mity widok na dzie­sięć postaci zawie­szo­nych wysoko mię­dzy nie­bem a zie­mią, na tle nie­ska­zi­tel­nego błę­kit­nego bez­kresu. Zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści, śmiem twier­dzić, że cał­kiem dosłow­nie wła­śnie tam się znaj­do­wały.

Naj­bli­żej żurawi można było dostrzec nie­wiel­kie grupki modlą­cych się na klęcz­kach i zawo­dzą­cych ludzi – zapewne krew­nych i przy­ja­ciół ska­zań­ców. Unie­śli głowy, gdy męż­czy­zna w mun­du­rze pod­puł­kow­nika wdra­pał się na dach jed­nego z fur­go­nów i prze­mó­wił przez mega­fon w języku farsi. Jego głos niósł się echem ponad pla­cem, gdy odczy­ty­wał nazwi­ska więź­niów, posta­wione im zarzuty i wyroki.

Wresz­cie opu­ścił kartkę i jesz­cze gło­śniej wyrzekł jedno słowo, które można prze­tłu­ma­czyć jako „Przy­go­to­wać się”. Gdy usły­szał to jeden ze ska­za­nych, opu­ściły go resztki odwagi: krzyk­nął prze­raź­li­wie, wzy­wa­jąc Boga, by go oca­lił.

Jak zwy­kle – przy­naj­mniej wedle mojego doświad­cze­nia – to odwieczne bła­ga­nie nie przy­nio­sło żad­nego skutku. Straż­nicy wyćwi­czo­nymi ruchami zbli­żyli się do ska­zań­ców i oparli prawe dło­nie na ich ple­cach.

Ten gest spra­wił, że w tłu­mie zapa­dła gro­bowa cisza i wtedy około sze­ścio­letni chło­piec wstał pośród klę­czą­cych bli­skich, zapa­trzony w jedną z dale­kich postaci – zapewne matki lub ojca – i zaczął wołać ją po imie­niu. Jakaś kobieta szybko przy­cią­gnęła go ku sobie. Pła­kał przez nie­zno­śnie długą chwilę, zanim męż­czy­zna z mega­fo­nem wydał kolejny roz­kaz: „Teraz!”.

Straż­nicy jed­no­cze­śnie pchnęli więź­niów. Tłum mimo­wol­nie wstrzy­mał oddech, gdy dzie­sięć par stóp ode­rwało się od drew­nia­nych plat­form. Krewni i przy­ja­ciele w roz­pa­czy przy­glą­dali się, jak san­dały i buty ich bli­skich szy­bują ku ziemi.

Ciała mknące w stronę placu wlo­kły za sobą metry lin, a gdy roz­wi­nęły się ostat­nie zwoje, zatrzesz­czały kotwy, do któ­rych je uwią­zano. Pętle zaci­snęły się na szy­jach i gwał­tow­nie pocią­gnęły w górę ska­zań­ców, któ­rych karki trza­snęły w ułamku sekundy. Wśród gapiów nikt nie wyrzekł choćby jed­nego słowa i tylko płacz naj­bliż­szych towa­rzy­szył dzie­się­ciu cia­łom, łagod­nie koły­sa­nym cie­płą bli­skow­schod­nią bryzą.

Nie zdzi­wiło mnie zbyt­nio to mil­cze­nie zgro­ma­dzo­nych. Mia­łem nie­szczę­ście być świad­kiem wielu egze­ku­cji – kilku przez roz­strze­la­nie, dwóch przez powie­sze­nie oraz takiej, w któ­rej sędzi­wego męż­czy­znę przy­pięto do krze­sła elek­trycz­nego, by, jak mawiają straż­nicy pil­nu­jący cel śmierci, „prze­je­chał się na bły­ska­wicy” – i jedno mogę wam powie­dzieć: kto raz zoba­czy twarz czło­wieka, któ­rego wszel­kie nadzieje nagle roz­pły­wają się w wiecz­no­ści, ten ni­gdy jej nie zapo­mni. A pamięć pod­su­nie mu ten obraz około trze­ciej nad ranem, gdy to, czego lęka się naj­bar­dziej na świe­cie, będzie się skra­dać ku niemu ciem­nymi scho­dami.

Kilka dni wcze­śniej w męskiej toa­le­cie hotelu Espi­nas ów Nie­miec otrzy­mał zapłatę za listę nazwisk: wali­zeczkę z for­tuną zaklętą w szwaj­car­skich obli­ga­cjach na oka­zi­ciela. Nie jestem wie­rzący – doprawdy nie znaj­dzie­cie nikogo, kto by mnie tak nazwał – ale przed dwoma tysią­cami lat Święty Paweł napi­sał coś, o czym nie­ła­two zapo­mnieć: że to miłość do pie­nię­dzy jest korze­niem wszel­kiego zła. Nie­wąt­pli­wie tak wła­śnie było tam­tej nocy w Tehe­ra­nie.

Zda­niem ana­li­ty­ków Agen­cji od chwili, gdy zdrajca zosta­wił fili­żankę z kawą, stary płaszcz prze­ciw­desz­czowy, dwa nie­do­pałki i zmięty kwit z trans­ak­cji kartą kre­dy­tową na sto­liku w bistrze, by wejść do toa­lety, doko­nać wymiany, wyjść przez palar­nię cygar, wsko­czyć do cze­ka­ją­cej nań moto­rik­szy i znik­nąć gdzieś w trze­wiach mia­sta, minęły dzie­więć­dzie­siąt dwie sekundy. Dokład­nie tyle potrze­bo­wał, by stać się mul­ti­mi­lio­ne­rem, znisz­czyć sporą siatkę wywia­dow­czą i pod­pi­sać wyrok śmierci na dzie­się­cioro kole­gów i kole­ża­nek. Był bez wąt­pie­nia zna­ko­mi­tym szpie­giem, a jako wolny strze­lec, który sam wyuczył się rze­mio­sła, potra­fił dzia­łać nie­sza­blo­nowo.

Jak nale­żało się spo­dzie­wać, CIA – orga­ni­za­cja pełna wad, lecz od czasu do czasu zaiste genialna, dla któ­rej prze­pra­co­wa­łem już wtedy dwa­na­ście lat – pod­jęła liczne próby odna­le­zie­nia tego czło­wieka, lecz żadna z nich nawet nie zbli­żyła się do szczę­śli­wego finału. Jako że każ­dego dnia spły­wały nowe raporty o doko­na­nych przez niego zdra­dach, jego sta­tus wręcz rósł w oczach, aż wresz­cie ów czło­wiek stał się czymś w rodzaju mrocz­nej legendy ame­ry­kań­skich służb wywia­dow­czych. Co gor­sza, ana­li­tycy kopiący coraz głę­biej usta­lili, że na prze­strzeni lat przy­bie­rał tak wiele fał­szy­wych toż­sa­mo­ści, że w końcu nale­żało powie­dzieć sobie wprost wstrzą­sa­jącą prawdę: nikt w całej Fir­mie nie miał poję­cia, kim on naprawdę jest. I czy w ogóle jest Niem­cem.

Jako że jego toż­sa­mość sta­no­wiła zagadkę – a także, jak podej­rze­wam, z sza­cunku dla impo­nu­ją­cej sztuczki, jaką było jego znik­nię­cie – jeden z inte­lek­tu­ali­stów na usłu­gach Agen­cji nadał mu kryp­to­nim, który szybko się przy­jął. Nazwał go Magiem, być może także na cześć biblij­nych trzech mędr­ców, któ­rzy wyru­szyli na spo­tka­nie z nowo naro­dzo­nym Jezu­sem, nio­sąc dary złota, mirry i kadzi­dła. Innymi słowy, CIA, która nie­je­den raz bywała pio­nie­rem mrocz­nej sztuki szpie­go­stwa, naresz­cie spo­tkała na swej dro­dze praw­dzi­wego sztuk­mi­strza, samot­nego wilka, który nie­mal jej dorów­ny­wał.

Ta świa­do­mość fru­stro­wała, rzecz jasna, męż­czy­znę w dro­gim gar­ni­tu­rze urzę­du­ją­cego w naroż­nym gabi­ne­cie. Zachę­ciła go też do wyda­nia roz­kazu, by kon­ty­nu­owano poszu­ki­wa­nia ze zdwo­joną ener­gią. Może­cie mi wie­rzyć: w eli­tach wywia­dow­czego światka ni­gdy nie bra­ko­wało testo­ste­ronu. Kiedy jed­nak nawet zwięk­sze­nie nakła­dów na dzia­ła­nia śled­cze, wsparte pracą zespołu sta­ran­nie dobra­nych ana­li­ty­ków danych i naj­lep­szych ope­ra­to­rów, nie przy­nio­sło skutku, sprawa Maga tra­fiła na moje biurko. Był pią­tek i wybie­ra­łem się na dość wcze­sny lunch w nadziei, że wyprze­dzę połu­dniowy tłum – Star­bucks w kwa­te­rze głów­nej CIA w Lan­gley jest zda­niem wielu naj­bar­dziej zatło­czony na świe­cie. Zdą­ży­łem już zamknąć sejf i wyłą­czyć kom­pu­ter, gdy cha­rak­te­ry­styczny sygnał poin­for­mo­wał mnie, że w mojej skrzynce wła­śnie wylą­do­wała prio­ry­te­towa wia­do­mość.

Odszy­fro­wa­łem ją i zoba­czy­łem ści­śle tajne doku­menty doty­czące zdrady w Tehe­ra­nie, a zaraz potem upiorne nagra­nie z publicz­nej egze­ku­cji (wykra­dzione z kamer funk­cjo­na­riu­szy PAVA) oraz raporty z licz­nych, kon­se­kwent­nie nie­uda­nych prób schwy­ta­nia Maga. W osob­nej nocie dyrek­tor pro­sił mnie, żebym zapo­znał się z dostar­czo­nym mate­ria­łem i sta­wił się w jego gabi­ne­cie w ponie­dzia­łek przed świ­tem. Spo­tka­nie o tak nie­ludz­kiej porze nie było niczym nad­zwy­czaj­nym; nie­któ­rzy twier­dzili, że to stała sztuczka szefa, który wcale nie jest pra­co­ho­li­kiem, ale lubi spra­wiać takie wra­że­nie.

Tak się jed­nak składa, że byli w błę­dzie: to czło­wiek sil­nie zmo­ty­wo­wany i ambitny, ukształ­to­wany – o czym bar­dzo nie­wielu wie­działo – przez oso­bliwe, trudne warunki. Zawsze mia­łem wra­że­nie, że praca wypeł­nia mu emo­cjo­nalną pustkę, i szcze­rze mówiąc, nie była to wyjąt­kowa sytu­acja w Agen­cji peł­nej eks­cen­try­ków i indy­wi­du­ali­stów.

Dyrek­tor, choć siwy, był wciąż tym samym rosłym i musku­lar­nym męż­czy­zną, który w cza­sach stu­denc­kich błysz­czał jako gwiazda lek­kiej atle­tyki. Znany był wtedy jako Richard Rourke, lecz już od wielu lat nikt go tak nie nazy­wał. Dla wszyst­kich był po pro­stu Soko­łem, odkąd jako młody agent i czło­nek ame­ry­kań­sko-izra­el­skiego oddziału tra­fił do Iranu z misją znisz­cze­nia wiró­wek do wzbo­ga­ca­nia paliwa jądro­wego, usy­tu­owa­nych w nie­do­stęp­nych górach opo­dal mia­sta Natanz.

Wyprawa skoń­czyła się kata­strofą, a Rourke, choć był naj­mniej doświad­czo­nym człon­kiem zespołu, wyka­zał się nie tylko nad­zwy­czajną odwagą, ale i wyjąt­ko­wym opa­no­wa­niem w eks­tre­mal­nych warun­kach: co naj­mniej pię­ciu Irań­czy­ków pra­cu­ją­cych dla Agen­cji zawdzię­czało mu życie. W śro­do­wi­sku taj­nych służb szybko roz­nio­sła się wieść o jego bra­wu­ro­wej ucieczce w środku nocy i pod ostrza­łem. I już na zawsze pozo­stał Soko­łem, odkąd prze­mknął pick-upem przez gra­nicę z Ira­kiem, wio­ząc na pace połowę siatki miej­sco­wych współ­pra­cow­ni­ków.

Prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie i mocno zazna­czona linia szczęki czy­niły zeń raczej domi­na­tora niż przy­stoj­niaka, lecz jedno było pewne: w życiu nie spo­tka­łem lepiej ubra­nego męż­czy­zny. Bez względu na porę i oko­licz­no­ści, czy to z rana w gabi­ne­cie, czy późną nocą w cen­trum ope­ra­cyj­nym, nie­odmien­nie miał na sobie ręcz­nie szyty gar­ni­tur marki Brioni, koszulę Cha­rvet i jedwabny kra­wat. Nawet jego kolek­cja spi­nek do man­kie­tów była ósmym cudem świata.

Gdy wyco­fał się z dzia­łal­no­ści ope­ra­cyj­nej, poświę­cił kil­ka­dzie­siąt lat na wspi­naczkę śli­ską ścieżką waszyng­toń­skiej hie­rar­chii; gar­ni­tury i reszta wize­runku sta­no­wiły nie­odzowny ele­ment tej gry. W kory­ta­rzach wła­dzy i salo­nach elity Geo­r­ge­town miał opi­nię czło­wieka speł­nio­nego i wyra­fi­no­wa­nego, solid­nej i ele­ganc­kiej pary rąk.

Był już dobrze po sześć­dzie­siątce, gdy otrzy­ma­łem wezwa­nie do jego gabi­netu. Prawdę mówiąc, nie byłem spe­cjal­nie zasko­czony. Sły­sza­łem plotki, że ostatni etap poszu­ki­wań Maga nie przy­niósł lep­szych efek­tów niż poprzed­nie, więc ocze­ki­wa­łem, iż prę­dzej czy póź­niej ktoś z wyżyn służb wywia­dow­czych uświa­domi sobie oczy­wi­stą prawdę: że to ja posia­dam odpo­wied­nie umie­jęt­no­ści, by skie­ro­wać pościg na nowe tory.

Dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści nale­ża­łem do nie­licz­nej grupy szpie­gów wyspe­cja­li­zo­wa­nych we wkra­cza­niu do tak zwa­nych Regio­nów Nie­do­stęp­nych – miejsc pozo­sta­ją­cych pod cał­ko­witą kon­trolą wro­gich sił, takich jak Rosja, Syria, Korea Pół­nocna, Iran oraz część Paki­stanu opa­no­wana przez ple­mien­nych wataż­ków – toteż wie­dzia­łem wię­cej o tym, jakie opcje ma do wyboru ści­gany czło­wiek, któ­remu grozi pewna śmierć.

Krótko mówiąc, Mag zapewne wie­dział, jak się ukryć. Podob­nie jak ja.

2

Moje doświad­cze­nie i wyjąt­kowe umie­jęt­no­ści spra­wiły, że w ów niczym się nie­wy­róż­nia­jący pią­tek, zamiast pospie­szyć na lunch, musia­łem przej­rzeć cał­kiem sporo ści­śle taj­nych doku­men­tów.

Gdy otwo­rzy­łem pierw­szy, znie­ru­cho­mia­łem, bo wyda­rzyło się coś dziw­nego – w moim biu­rze zapa­dła cisza, jakiej ni­gdy dotąd nie zazna­łem. Wyj­rza­łem przez okno. Wiatr, który nabie­rał już cha­rak­teru zimo­wej wichury, nagle ustał i smętne resztki liści na gałę­ziach drzew nie trze­po­tały w dzi­kim ryt­mie. Ktoś prze­sądny albo reli­gijny powie­działby pew­nie, że owa oso­bliwa cisza była zna­kiem: oto wszech­świat domaga się mojej uwagi, a pla­nety w kosmo­sie ukła­dają się w sekretny wzór, bo pan szpieg otwo­rzył ści­śle tajny doku­ment.

Na szczę­ście ja nie mie­wa­łem takich złu­dzeń. W dawno minio­nym życiu uzy­ska­łem sto­pień naukowy na bar­dzo sza­cow­nej uczelni i zawsze byłem racjo­na­li­stą. Tego roku zima ude­rzyła w Wir­gi­nię z wielką siłą; w więk­szość poran­ków zie­mia była solid­nie zamar­z­nięta i kilka razy widzia­łem drzewa okryte lodo­wymi egzosz­kie­le­tami. Dla­tego wie­dzia­łem, co tak naprawdę ozna­cza ta cisza: w oko­licy mocno sypał śnieg i jak to zwy­kle bywa, wytłu­mił hałasy świata.

Pomy­śla­łem z nie­po­ko­jem, że czeka mnie powrót do domu w nad­cią­ga­ją­cej burzy śnież­nej, ale zamkną­łem żalu­zje i słu­cha­jąc coraz moc­niej­szych pory­wów wia­tru, pochy­li­łem się nad doku­men­tami. Gdy po sze­ściu godzi­nach skoń­czy­łem, sia­dłem w gęst­nie­ją­cym mroku, duma­jąc o tym, jak trudno będzie odna­leźć Maga.

Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że sprawa będzie tym bar­dziej skom­pli­ko­wana, iż nasz zdrajca, na długo przed­tem, nim wszedł do toa­lety w tehe­rań­skim hotelu, musiał przy­go­to­wać sobie cały zestaw nowych toż­sa­mo­ści i kry­jó­wek; mno­gość nazwisk i miejsc, które mógł wyko­rzy­sty­wać i porzu­cać wedle uzna­nia, aż stwier­dzi, że zdo­łał zatrzeć ślady i na zawsze prze­paść gdzieś w wiel­kim świe­cie. Według danych Agen­cji pla­netę zamiesz­ki­wało wtedy co naj­mniej dwie­ście milio­nów bia­łych męż­czyzn w śred­nim wieku. Dla agenta wywiadu pró­bu­ją­cego zna­leźć wśród nich tego jed­nego jedy­nego istot­nie był to wielki świat.

W jego teczce prze­cho­wy­wa­nej w Lan­gley nie bra­ko­wało zdjęć i infor­ma­cji bio­me­trycz­nych, lecz byłem pewny, że natych­miast po ewa­ku­acji z Tehe­ranu Mag udał się do któ­rejś z uro­kli­wych miej­sco­wo­ści w szwaj­car­skich górach – może do Gstaad, a może do Vil­lars-sur-Ollon – gdzie nie bra­kuje nie tylko nie­przy­zwo­icie dro­gich szkół z inter­na­tami, ale także przy­byt­ków o zgoła odmien­nym pro­filu. Głę­boko w doli­nach dzia­łają tam kli­niki, które nie rekla­mują się szum­nie, a ich spe­cjal­no­ścią, prócz dys­kre­cji, jest chi­rur­gia na świa­to­wym pozio­mie. To tam rodziła kochanka Wła­di­mira Putina. Tam też, gdyby tylko Rosja­nie zechcieli wydać for­tunę na swego pupila, mógłby on otrzy­mać nową twarz, inną linię wło­sów, chi­rur­gicz­nie zmie­nione linie papi­larne, a nawet magne­tyczne implanty goleni, które doda­łyby mu kilka cali wzro­stu.

Sie­dząc samot­nie w biu­rze, uświa­do­mi­łem sobie, że roz­ka­zano mi wytro­pić bia­łego męż­czy­znę nie­okre­ślo­nego wzro­stu, nie­ja­snej naro­do­wo­ści i nie­zna­nego nazwi­ska, o twa­rzy, któ­rej ni­gdy nie widzie­li­śmy, zosta­wia­ją­cego odci­ski pal­ców, które nie należą do niego, a w dodatku prze­by­wa­ją­cego w dowol­nym miej­scu na Ziemi. Być może w jego prze­szło­ści dałoby się odna­leźć jakiś detal, który pomógłby go namie­rzyć, lecz prze­cież tak naprawdę nie wie­dzie­li­śmy, kim był Mag. W Tur­cji mają dobre okre­śle­nie na tego rodzaju misje: cze­kało mnie kopa­nie studni za pomocą igły.

Wsta­łem, pod­sze­dłem do okna i roz­chy­li­łem żalu­zje. Spo­dzie­wa­łem się ujrzeć wir śnież­nej burzy i zaspy, ale zoba­czy­łem jedy­nie gałę­zie drzew koły­szące się lekko na wie­trze. Dziwne, pomy­śla­łem. Zapa­dła cisza jak przed burzą, która jed­nak nie nade­szła. Nie roz­trzą­sa­łem tego zbyt długo. Przy­szło mi na myśl, że poszu­ki­wa­nie Maga to cie­kawe zada­nie, ale jeśli wyłą­czy się zeń czyn­nik zemsty i wpływ testo­ste­ronu, tak naprawdę nie będzie w tym wiel­kich emo­cji: ten czło­wiek znik­nął, żył poza sys­te­mem i dla nikogo nie sta­no­wił już zagro­że­nia.

Spo­glą­da­jąc na szkie­lety drzew, wspo­mnia­łem też słowa ojca, który wtedy nie żył już od dzie­się­ciu lat: „Jeśli szu­kasz zemsty, wykop od razu dwa groby”. Przez chwilę zasta­na­wia­łem się, czy nie zasu­ge­ro­wać Soko­łowi, że będzie lepiej dla Agen­cji, jeśli zaj­mie się poszu­ki­wa­niem obec­nych zdraj­ców, a nie tych z prze­szło­ści. Na szczę­ście coś mnie powstrzy­mało.

Podą­ży­łem więc śla­dem Maga i jeden z nie­istot­nych przed­mio­tów pozo­sta­wio­nych prze­zeń na sto­liku w hotelu Espi­nas zapro­wa­dził mnie aż na tę wyspę na Morzu Egej­skim. Wie­dzia­łem, że żyje samot­nie, więc czu­jąc na ple­cach cie­pło połu­dnio­wego słońca, miną­łem kaskadę czer­wo­nych bugen­willi zdo­biącą boczną ścianę domu i z czar­nym sig sau­erem kali­bru 9 mili­me­trów w dłoni otwo­rzy­łem drzwi do piw­nicy. Bez­sze­lest­nie spe­ne­tro­wa­łem kilka pomiesz­czeń, nim tra­fi­łem do kuchni. Stał tam, gotu­jąc maka­ron na gazo­wym pal­niku i cicho pod­śpie­wu­jąc wło­ską bal­ladę miło­sną. Jak się oka­zało, wcale nie był Niem­cem.

Urwał w pół nuty, wyczuw­szy moją obec­ność, i odwró­cił się w stronę jadalni. Spoj­rze­li­śmy na sie­bie oddzie­leni trzy­dzie­stoma sto­pami bal­sa­micz­nego śród­ziem­no­mor­skiego powie­trza, a potem mój prze­ciw­nik bez waha­nia zro­bił pół kroku i jego lewa ręka na moment znik­nęła mi z oczu. Jed­nym ruchem prze­su­ną­łem bez­piecz­nik i napią­łem mię­śnie palca spo­czy­wa­ją­cego na spu­ście…

Dalej nie dosze­dłem. W ułamku sekundy mię­dzy obra­zem, który zare­je­stro­wało moje oko, a reak­cją ręki Mag popi­sał się impo­nu­ją­cym osią­gnię­ciem naszego rze­mio­sła: spra­wił, że na wpół ogłu­szony hukiem pole­cia­łem na plecy. Dałem mu w ten spo­sób całe dwa­dzie­ścia sekund na to, by mógł wybiec do ogrodu. Znowu ucie­kał. Znowu zro­bił to, w czym był mistrzem: znik­nął.

Czas poka­zał, że praw­dziwe zna­cze­nie owych godzin, które spę­dzi­łem na wyspie, nie miało nic wspól­nego z tym, czy go wytro­pi­łem i czy Agen­cja zdo­łała doko­nać upra­gnio­nej zemsty. Nie. Ich zna­cze­nie było zgoła inne: cał­kiem przy­pad­kowo Mag nauczył mnie szpie­gow­skiego arcy­dzieła, genial­nej sztuczki, która w przy­szło­ści oca­liła mi życie.

Ponad rok póź­niej, pod­czas misji znacz­nie waż­niej­szej i bar­dziej wyczer­pu­ją­cej niż cokol­wiek, czego się wcze­śniej pod­ją­łem, prze­by­łem oce­any czasu w kra­inie rzą­dzo­nej stra­chem, do ruin nie­gdyś impo­nu­ją­cego kom­pleksu prze­my­sło­wego. Był to rosyj­ski ośro­dek usy­tu­owany na tery­to­rium daw­nej sowiec­kiej repu­bliki Kazach­stanu. Pew­nie mało kto dziś o tym pamięta, ale to tam rodzaj ludzki osią­gnął jedne ze swo­ich naj­więk­szych suk­ce­sów. Tam też przy­szło mi sto­czyć bru­talną walkę wręcz, w któ­rej nie miał­bym szans i pew­nie sta­nął­bym w obli­czu wiecz­no­ści, gdy­bym w porę nie przy­po­mniał sobie sztuczki Maga. Ni­gdy mu nie wyba­czę tehe­rań­skiej zdrady, ale bez wąt­pie­nia jestem też jego wiel­kim dłuż­ni­kiem, a jeśli uwzględ­nić wagę tam­tej misji, wdzięcz­ność jest mu także winien cały świat. Ot, kolejny przy­kład – jeśli komuś jesz­cze mało – nie­zrów­na­nej iro­nii losu.

Dra­ma­tyczny finał misji roze­grał się na tere­nie histo­rycz­nego, obec­nie zruj­no­wa­nego kosmo­dromu Baj­ko­nur, ale jej począt­ków trzeba szu­kać tysiące mil dalej, w dzi­kiej kra­inie bez­pra­wia, gdzie zbie­gają się gra­nice Iranu, Afga­ni­stanu i Paki­stanu. To trój­kąt śmierci, jeden z Regio­nów Nie­do­stęp­nych, w któ­rym nie­do­ści­głe sokoły wędrowne prze­ci­nają o świ­cie niebo w poszu­ki­wa­niu zdo­by­czy, a śred­nią dłu­gość życia szpie­gów mie­rzy się w dniach.

Uda­łem się tam na spo­tka­nie z infor­ma­to­rem goto­wym podzie­lić się licz­nymi sekre­tami jed­nej z naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych orga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nych. Nie powiem wam, że był odważ­nym czło­wie­kiem – żądał pie­nię­dzy i pasz­por­tów, by zapew­nić żonie i dzie­ciom lep­sze życie – ale jed­nego byłem pewny: gdyby go zde­ma­sko­wano, nikt nie dałby funta kła­ków za to, że mnie prze­żyje.

3

Początki owej podróży do jądra ciem­no­ści nie były spe­cjal­nie obie­cu­jące. Przy­le­cia­łem do Kara­czi, naj­więk­szego mia­sta Paki­stanu, w naj­go­ręt­szy dzień w jego zna­nej histo­rii, a był to led­wie koniec kwiet­nia. Gdy wysze­dłem z kli­ma­ty­zo­wa­nej hali przy­lo­tów, fala gorąca dosłow­nie zaparła mi dech w pier­siach.

Jako piąte mia­sto świata pod wzglę­dem wiel­ko­ści – i przy­pusz­czal­nie naj­bar­dziej cha­otyczne – Kara­czi jest domem dla dwu­dzie­stu milio­nów ludzi. Nie­mal wszy­scy oni żyją w bie­dzie, stło­czeni mię­dzy deltą rzeki z jed­nej strony a zanie­czysz­czo­nymi wodami Morza Arab­skiego z dru­giej. Pięć razy dzien­nie muezini z trzech tysięcy mecze­tów wzy­wają tu wier­nych do modli­twy, powie­trze jest zatrute die­slo­wymi spa­li­nami, a woda pitna nie­wiele lep­sza. Przy­bysz z zewnątrz nie jest przy­go­to­wany na taką inwa­zję bodź­ców. Idąc przez par­king, dostrze­głem grupkę ludzi sku­pio­nych wokół dwóch żebra­ków powa­lo­nych nie­zno­śnym upa­łem; jeden z nich chyba nie żył. Ktoś bar­dziej prze­sądny, na przy­kład zwra­ca­jący uwagę na takie zja­wi­ska jak cisza przed burzą, może wziąłby to za zły omen.

Opu­ściw­szy mia­sto, ruszy­łem pięć­set mil na zachód z mak­sy­malną moż­liwą pręd­ko­ścią, mając po lewej płachtę tur­ku­so­wego morza, a przed sobą jedy­nie poły­skliwą, pustą wstęgę asfaltu. Im dłu­żej spo­glą­da­łem na drogę zni­ka­jącą w lusterku wstecz­nym, tym bar­dziej czu­łem się samotny na tym pust­ko­wiu. Wresz­cie zatrzy­ma­łem wóz na szczy­cie wzgó­rza i spoj­rzaw­szy ku hory­zon­towi, po raz pierw­szy zoba­czy­łem jałową połać spa­lo­nej słoń­cem ziemi, pociętą głę­bo­kimi wąwo­zami i gdzie­nie­gdzie zaba­ry­ka­do­waną gra­ni­to­wymi kli­fami – Dżom­huri-je Eslami-je Iran, czyli Islam­ską Repu­blikę Iranu.

Zale­d­wie gar­stce ame­ry­kań­skich szpie­gów udało się prze­nik­nąć do tego kraju i nie­wielu z nich wró­ciło, a teraz i ja mia­łem przed sobą – może dwa­dzie­ścia mil w głąb tej ziemi jało­wej – jego pil­nie strze­żoną gra­nicę. Wystar­czyło ją prze­kro­czyć, dys­kret­nie, niczym duch w środku nocy.

4

Jak to czę­sto bywa w wywia­dow­czym światku, moją misję zapo­cząt­ko­wało na pozór try­wialne zda­rze­nie. Pewien czło­wiek, który chciał napra­wić kli­ma­ty­za­cję w swoim samo­cho­dzie, natra­fił na kar­teczkę z nume­rem seryj­nym i danymi adre­so­wymi, przy­kle­joną na odwro­cie czę­ści zamien­nej. Moż­liwe, że dla kogoś innego w całym wiel­kim świe­cie ten epi­zod abso­lut­nie nic by nie zna­czył, lecz ów męż­czy­zna nie był byle kim, a skra­wek papieru, przy­naj­mniej pod jed­nym wzglę­dem, oka­zał się bar­dzo istotny.

Czło­wiek, o któ­rym mówię, był wier­nym żoł­nie­rzem bodaj naj­szyb­ciej rosną­cej orga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nej zwa­nej Nową Islam­ską Armią Czy­stych. Jej korze­nie tkwiły głę­boko w reli­gij­nym fun­da­men­ta­li­zmie i szcze­rej nie­na­wi­ści do Zachodu. Pod tym wzglę­dem nie była niczym nie­zwy­kłym – ist­nieje wszak mnó­stwo podob­nych grup – lecz Armia Czy­stych sta­no­wiła naj­now­sze wcie­le­nie naj­bar­dziej bru­tal­nej orga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nej współ­cze­snego świata.

Wbrew temu, co twier­dzili przy­wódcy wielu kra­jów, Pań­stwo Islam­skie, czyli ISIS – okrutny twór, który powstał na zglisz­czach Syrii i Iraku – w sen­sie mili­tar­nym ni­gdy nie zostało poko­nane. Ata­ko­wane ze wszyst­kich stron uczy­niło to, co od zawsze czy­niły orga­ni­za­cje powstań­cze i ter­ro­ry­styczne: roz­pro­szyło się na cztery wia­try. Innymi słowy, rak doko­nał meta­stazy.

W rezul­ta­cie powstało pięć głów­nych odła­mów, a przy­wódcy naj­lep­szych z nich – albo naj­gor­szych, w zależ­no­ści od punktu widze­nia – nazwali się Armią Czy­stych, ruszyli na połu­dnie i zna­leźli schro­nie­nie wśród gra­ni­to­wych kolumn i pra­sta­rych wio­sek, w zacisz­nych doli­nach na pogra­ni­czu irań­sko-paki­stań­skim. „Po co Bóg stwo­rzył to miej­sce?” „Bo chciał popra­wić wize­ru­nek Afga­ni­stanu”, żar­to­wano nie­gdyś.

Obser­wa­cja sate­li­tarna, hako­wa­nie tele­fo­nów na skalę prze­my­słową oraz masowa iden­ty­fi­ka­cja twa­rzy – w ści­śle taj­nej odmia­nie pozwa­la­ją­cej na roz­po­zna­wa­nie ludzi z orbity, z odle­gło­ści ponad dwu­stu mil – dowio­dły, że Armia Czy­stych przy­ciąga zwo­len­ni­ków i bojow­ni­ków szyb­ciej, niż się spo­dzie­wali nawet naj­więksi pesy­mi­ści w Lan­gley. U szczytu potęgi w sze­re­gach ISIS wal­czyło ponad trzy­dzie­ści tysięcy obco­kra­jow­ców. Wielu z nich, nabyw­szy wiel­kiego doświad­cze­nia, wyru­szyło nad­mor­ską auto­stradą z Kara­czi albo sta­rymi szla­kami opiu­mo­wymi z serca Afga­ni­stanu, by wstą­pić do Armii Czy­stych.

Dla tysięcy męż­czyzn i kobiet w Lan­gley, któ­rzy po jede­na­stym wrze­śnia poświę­cili swe zawo­dowe życie moni­to­ro­wa­niu rucho­mych pia­sków i ukry­tych prą­dów islam­skiego fun­da­men­ta­li­zmu, prawda była coraz bar­dziej ewi­dentna: oto na ich oczach rodziło się coś rów­nie prze­ra­ża­ją­cego jak ISIS albo – co gor­sza – rów­nie nie­bez­piecz­nego jak Al-Ka’ida Usamy ibn Ladina. Jed­nakże ci sami ana­li­tycy wie­dzieli rów­nież, że wojow­ni­cza reto­ryka i bata­liony ochot­ni­ków to tylko fasada. Bez jed­nego klu­czo­wego ele­mentu dowolna grupa islam­skich fun­da­men­ta­li­stów niczym się nie różni od jed­nej z trzy­stu zbroj­nych mili­cji dzia­ła­ją­cych w Ame­ryce – ludzi lubią­cych się prze­bie­rać w mun­dury w piąt­kowe wie­czory i spę­dzać week­endy na „desan­cie” w pod­miej­skich lasach. Orga­ni­za­cja, która chce ucho­dzić za ziarno, a nie plewy, za prawdę, a nie fałsz, musi zaata­ko­wać. Im trud­niej­szy cel, tym więk­sza chwała, a żaden nie jest trud­niej­szy niż Ame­ryka. Ibn Ladin odniósł spek­ta­ku­larny suk­ces i stał się punk­tem odnie­sie­nia dla wszyst­kich grup ter­ro­ry­stycz­nych, które chciały pójść jego śla­dem. Choć nie­ła­two to przy­znać, w pewien spo­sób – choć ostat­nie ślady ataku z jede­na­stego wrze­śnia dawno już uprząt­nięto – na­dal żyjemy wśród ruin bliź­nia­czych wież. Jak zauwa­żył pewien histo­ryk, wspo­mi­na­jąc o epi­de­miach, zmia­nach kli­ma­tycz­nych, kata­stro­fal­nych hura­ga­nach, nie­spo­ty­ka­nych wcze­śniej powo­dziach oraz nara­sta­ją­cej fali ter­ro­ry­zmu, zaiste żyjemy w Erze Paniki.

Sześć godzin po tym, jak ana­li­tycy przed­sta­wili swój ści­śle tajny raport o powsta­niu Armii Czy­stych i spra­wili, że poma­rań­czowe świa­tło alarmu anty­ter­ro­ry­stycz­nego w struk­tu­rach Agen­cji zaczęło migo­tać czer­wie­nią jak sza­lone, do Sta­cji Kabul, potęż­nej bazy ope­ra­cyj­nej CIA w Afga­ni­sta­nie, zaczęły docie­rać pierw­sze szep­tane sygnały. Wkrótce był to już cały chór szep­tów.

Nie­kiedy wra­cam myślą do cza­sów, w któ­rych byłem nowi­cju­szem szpie­gow­skiego rze­mio­sła. Pły­ną­łem wtedy frach­tow­cem po Morzu Anda­mań­skim u wybrzeża Taj­lan­dii. Nie mogłem zasnąć – dener­wo­wa­łem się cze­ka­jącą nas akcją: mia­łem prze­nik­nąć do Mjanmy i spo­tkać się z grupą przy­wód­ców rebe­lii – więc wysze­dłem na pokład i sta­ną­łem przy relingu. Była to jedna z tych kry­sta­licz­nych nocy, które cie­szą kon­tro­le­rów ruchu lot­ni­czego: głę­boka cisza, niebo bez jed­nej chmury i leciutki wiatr oczysz­cza­jący powie­trze i odsła­nia­jący gwiazdy.

Śruba pra­co­wała mia­rowo, spra­wia­jąc, że miliardy mor­skich żyją­tek roz­ja­śniały toń oce­anu fos­fo­ry­zu­ją­cym bla­skiem. Mając Drogę Mleczną nad sobą i Drogę Mleczną pod sobą, suną­łem niczym po morzu świec i była to ide­alna meta­fora mojego świata tajem­nic. Szpie­dzy także poru­szają się po dziw­nych, nie­zna­nych wodach, lecz ota­czają ich nie gwiazdy i mor­skie stwo­rze­nia, ale strzępy infor­ma­cji. Sama sztuczka jest jed­nak podobna: nie wolno sku­piać uwagi na pło­my­kach świec; trzeba sta­rać się ogar­nąć świa­tło, które dają.

Po tygo­dniach wsłu­chi­wa­nia się w chór szep­tów nasi ludzie ze Sta­cji Kabul uczy­nili to, co do nich nale­żało: spoj­rzeli ponad pło­my­kami i dostrze­gli, co się święci. Armia Czy­stych pla­no­wała poważną akcję, akt ter­ro­ry­zmu zakro­jony na wielką skalę, wzo­rem naj­mrocz­niej­szych ata­ków z prze­szło­ści.

W wywia­dow­czym światku funk­cjo­nuje spe­cjalne okre­śle­nie zastrze­żone dla akcji ter­ro­ry­stycz­nych o glo­bal­nym wymia­rze: ewe­ne­ment. W Sta­cji Kabul nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, że to wła­śnie taki przy­pa­dek.

5

Pilny raport z Kabulu – objęty tajem­nicą tak ści­słą, że prze­słano go jedy­nie do Sokoła i jego prze­ło­żo­nego, dyrek­tora Wywiadu Naro­do­wego – już w pierw­szych trzech aka­pi­tach sta­wiał sprawę jasno: dru­zgo­cący atak będzie miał wpływ na cały zachodni świat, lecz bez­po­śred­nim celem będzie Ame­ryka.

Dwaj zanie­po­ko­jeni wodzo­wie natych­miast zaprzę­gli do pracy wszel­kie dostępne aktywa ogrom­nej sieci wywia­dow­czej Sta­nów Zjed­no­czo­nych – armii liczą­cej dzie­więć­set tysięcy ludzi i ponad dwóch tysięcy orga­ni­za­cji rzą­do­wych, z któ­rych około trzy­dzie­stu nie figu­ruje w żad­nych reje­strach – z zada­niem odkry­cia szcze­gó­łów tego, co na razie jawiło się jako bez­kształtny, led­wie zary­so­wany plan. Obaj wie­dzieli, że trzeba zna­leźć wię­cej świe­czek.

Następ­nego dnia mało zna­czący współ­pra­cow­nik służb USA w Afga­ni­sta­nie otrzy­mał zaszy­fro­waną tele­fo­niczną wia­do­mość: miał uważ­nie nasłu­chi­wać wszel­kich sygna­łów.

Ów męż­czy­zna, Afgań­czyk po pięć­dzie­siątce, w pracy noszący popla­miony kom­bi­ne­zon, był jed­nym z kil­ku­set wol­nych strzel­ców współ­pra­cu­ją­cych lokal­nie z CIA. Na co dzień pra­co­wał jako tech­nik kli­ma­ty­za­cji i jeź­dził do klien­tów mobil­nym warsz­ta­tem, poobi­janą cię­ża­rówką z napę­dem na cztery koła. Napis na budzie powtó­rzony w trzech języ­kach – paszto, dari i angiel­skim – gło­sił, że Dok­tor Klima ule­czy każdą kli­ma­ty­za­cję w dowol­nym samo­cho­dzie, dowol­nego pro­du­centa, w dowol­nym miej­scu. Na całym pogra­ni­czu afgań­sko-irań­sko-paki­stań­skim nie było lep­szego speca od doraź­nych napraw, więc od dwu­dzie­stu pię­ciu lat zara­biał na życie, kur­su­jąc mię­dzy mia­stecz­kami i wio­skami tego regionu. Znał z imie­nia więk­szość miej­sco­wych urzęd­ni­ków i żoł­nie­rzy służb gra­nicz­nych trzech państw, któ­rzy prze­pusz­czali go bez zbęd­nych for­mal­no­ści, bo od czasu do czasu za darmo nabi­jał fre­onem układy kli­ma­ty­za­cji w ich samo­cho­dach, doko­nu­jąc przy oka­zji drob­nych napraw.

Jego spe­cjal­no­ścią było spro­wa­dza­nie nie­do­stęp­nych czę­ści i choć żaden z jego klien­tów nie miał poję­cia – i nie pytał – jak to moż­liwe, ów talent nie był cudem, lecz skut­kiem pro­stego układu: to CIA co mie­siąc dostar­czała ze Sta­nów do jego kabul­skiego maga­zynu wszystko, czego potrze­bo­wał. Zwer­bo­wa­nie go i zapew­nie­nie mu warun­ków do pro­wa­dze­nia dobrze pro­spe­ru­ją­cego biz­nesu było natchnio­nym pomy­słem, na który wpadł Sokół, gdy przed laty kie­ro­wał Sta­cją Kabul.

„Trzeba go ukryć na widoku; ten teren to istny pie­kar­nik i każdy potrze­buje tam kli­ma­ty­za­cji”, powie­dział swym współ­pra­cow­ni­kom. „Niech sobie siada przy ogni­skach, pije her­batkę, jak Allah przy­ka­zał, i nasłu­chuje”.

I tak wła­śnie było: w ciągu lat tech­nik prze­ka­zał swym moco­daw­com setki plo­tek i strzę­pów danych wywia­dow­czych, a teraz opie­kun ze Sta­cji Kabul popro­sił go o szcze­gólną uwagę. Być może zigno­ro­wałby ten apel – uwa­żał, że Agen­cja czę­sto śle „pilne” dyrek­tywy tylko po to, żeby ludzie nie spali na służ­bie – gdyby nie to, że do wia­do­mo­ści załą­czone było, po raz pierw­szy od lat, cie­płe pozdro­wie­nie od sta­rego przy­ja­ciela Sokoła. Czuł, że powi­nien zro­bić wszystko, żeby pomóc.

Dzie­sięć dni póź­niej, gdy jak zwy­kle w nie­zno­śnym smro­dzie dola­tu­ją­cym z pobli­skiej oczysz­czalni ście­ków pra­co­wał w swym maga­zy­nie na tere­nie parku prze­my­sło­wego na przed­mie­ściu Kabulu i łado­wał do wozu naj­now­sze czę­ści spro­wa­dzone dzięki uprzej­mo­ści CIA, ktoś zadzwo­nił, pro­sząc o pilną naprawę. Nie było w tym zgło­sze­niu niczego nad­zwy­czaj­nego, zwłasz­cza że tele­fo­no­wał czło­wiek, któ­remu tech­nik napra­wiał kli­ma­ty­za­cję już parę razy w ciągu kilku lat. Klient, nie­usta­nie podró­żu­jący po oko­licy, tym razem utknął w Ira­nie, w przy­gra­nicz­nej wio­seczce opo­dal Zabolu, regio­nal­nego ośrodka regu­lar­nie okre­śla­nego przez Świa­tową Orga­ni­za­cję Zdro­wia mało chlub­nym mia­nem „naj­bar­dziej zanie­czysz­czo­nego mia­sta świata”.

W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach tech­nik po pro­stu by odmó­wił – wio­skę dzie­liło od Kabulu ponad tysiąc kilo­me­trów, a żad­nych innych zgło­szeń z tam­tej oko­licy nie było. Co wię­cej, zamie­rzał odpo­cząć kilka dni w sto­licy, zanim znowu wyru­szy w trasę. Nie pod­nie­cała go też myśl o dła­wią­cym powie­trzu Zabolu, któ­rym ciężko było oddy­chać… ale ów klient od dawna go intry­go­wał. Rodo­wity Afgań­czyk, mało­mówny, wiecz­nie w dro­dze, daw­niej jeź­dził tak­sówką w Kabulu, lecz teraz miesz­kał w Ira­nie i naj­wy­raź­niej nie parał się żadną pracą, a przy­naj­mniej ni­gdy nie wspo­mniał ani sło­wem o spra­wach zawo­do­wych. Być może zadzia­łała intu­icja zro­dzona z ćwierć­wie­cza kon­tak­tów z taj­nymi służ­bami, a może po pro­stu chci­wość – tak czy ina­czej, tech­nik posta­no­wił przy­jąć zle­ce­nie. Sta­cja Kabul dobrze pła­ciła za infor­ma­cje, a z wia­do­mo­ści od Sokoła jasno wyni­kało, że w tej chwili jest na nie wielki popyt.

Póź­nym popo­łu­dniem, w palą­cych pro­mie­niach słońca, prze­kro­czył gra­nicę z Ira­nem. Jechał pra­wie bez wytchnie­nia i dobę póź­niej dotarł do wio­ski. Trudno było nie zauwa­żyć głów­nej przy­czyny zanie­czysz­cze­nia w tych stro­nach: pory­wi­sty wiatr niósł chmury brą­zo­wego pyłu. Chcąc unik­nąć tej lokal­nej atrak­cji, umó­wili się na spo­tka­nie w zacisz­nym kącie u pod­nóża wyso­kich murów meczetu, ale na nic się to nie zdało. Wiatr był gwał­tow­niej­szy niż zwy­kle, co chwilę zmie­niał kie­ru­nek, pory­wa­jąc dym z pale­nisk w walą­cych się domach. W tym duszą­cym kok­tajlu ludzie spie­szący zauł­kami przy­po­mi­nali duchy to poja­wia­jące się, to nik­nące w tuma­nach pyłu.

W popo­łu­dnio­wym pół­mroku wóz pełzł z włą­czo­nymi świa­tłami wzdłuż ściany meczetu, aż wresz­cie przy­sta­nął obok unie­ru­cho­mio­nego nis­sana patrol z napę­dem na cztery koła. Kie­rowca natych­miast wysiadł z tere­nówki, pod­biegł do tyl­nych drzwi cię­ża­rówki, otwo­rzył je ener­gicz­nym ruchem i wsko­czył do środka. Był przy­stoj­nym, trzy­dzie­sto­pa­ro­let­nim męż­czy­zną o skó­rze w odcie­niu sta­rej rzeźby z brązu, spie­czo­nej słoń­cem i wysma­ga­nej wia­trem. Tech­nik uśmiech­nął się doń krzywo, jak to miał w zwy­czaju, po czym wska­zał pal­cem apo­ka­lip­tyczny pej­zaż za przed­nią szybą.

– Na Allaha… – mruk­nął po per­sku, krę­cąc głową.

Pod­nió­sł­szy się z fotela kie­rowcy, prze­szedł na pakę cię­ża­rówki, gdzie wśród skrzy­nek z czę­ściami zamien­nymi stały łóżko i kilka krze­seł. Się­gnął po dwie fili­żanki i uru­cho­mił mały pal­nik gazowy. Cze­ka­jąc na her­batę, ski­nął głową w stronę nis­sana.

– Znowu pro­blem ze sprę­żarką? – spy­tał.

– To już prze­szłość – odpo­wie­dział klient, sto­jąc w pół­cie­niu w głębi budy. – Parę mie­sięcy temu się oblu­zo­wała i musia­łem ją wyjąć do naprawy.

– Więc o co cho­dzi tym razem?

– O to – odpo­wie­dział przy­bysz, uno­sząc w pal­cach skra­wek papieru zadru­ko­wany dwiema linij­kami angiel­skich słów i cyfr.

Tech­nik nie musiał przy­glą­dać się zbyt uważ­nie.

– Gdy wymon­to­wa­łem sprę­żarkę, zoba­czy­łem to na odwro­cie obu­dowy – wyja­śnił klient. – Zdaje się, że ktoś zapo­mniał usu­nąć. – Choć wcale nie było takiej potrzeby, pod­su­nął papie­rek nie­mal pod nos roz­mówcy.

Tech­nik wie­dział dosko­nale, co to jest: naklejka z nume­rem czę­ści, sym­bo­lem iden­ty­fi­ka­cyj­nym i danymi adre­so­wymi. Cen­tralna Agen­cja Wywia­dow­cza była prze­cież zbiu­ro­kra­ty­zo­waną insty­tu­cją rzą­dową i każdy ele­ment wysy­łany poza gra­nice Sta­nów Zjed­no­czo­nych musiał być ska­ta­lo­go­wany i opi­sany. To zaś ozna­czało, że tech­nik był zmu­szony usu­wać naklejki ze wszyst­kich czę­ści, które docie­rały do jego warsz­tatu. Tak mu się przy­naj­mniej wyda­wało. Od razu wie­dział, że numer i sym­bol iden­ty­fi­ka­cyjny nie sta­no­wią pro­blemu; były nim dane adre­sowe, z któ­rych wyni­kało, że część nabyto na zle­ce­nie „zast. dyr. Lan­gley” dla Sta­cji Kabul, a koń­co­wym odbiorcą był „Kon­takt Lokalny 11789”.

Tech­nik opo­wia­dał mi póź­niej, gdy skła­da­łem w całość ele­menty tej histo­rii, że słu­cha­jąc bul­go­ta­nia wody w czaj­niku, zasta­na­wiał się, czy sko­czyć po stary rewol­wer Smith & Wesson leżący na fotelu pasa­żera, ale porzu­cił tę myśl. Był prze­ko­nany, że prawa dłoń klienta – nie­wi­doczna, ukryta w cie­niu – zaci­ska się na kol­bie broni.

Choć był bli­ski paniki, przy­szła mu do głowy nagła, bły­sko­tliwa myśl: gdyby cho­dziło o roz­li­cze­nie za to, że został zde­ma­sko­wany, już by nie żył. Jed­no­cze­śnie nie widział powodu, by rato­wać się kłam­stwami.

– Coś trzeba jeść – rzekł, wzru­sza­jąc ramio­nami.

– Dobrze znasz tych Ame­ry­ka­nów? – spy­tał klient.

– Dość dobrze.

– Kon­tak­tu­jesz się bez­po­śred­nio ze szpie­gami czy przez miej­sco­wego pośred­nika?

– Bez­po­śred­nio – odparł tech­nik.

Jego roz­mówca uniósł wyżej prawą rękę, rze­czy­wi­ście zaci­śniętą na kol­bie rugera GP100. Skie­ro­wał lufę ku kuchence i czaj­ni­kowi z wrzącą wodą. Roz­trzę­siony tech­nik zabrał się do parze­nia her­baty.

Klient nie spusz­czał z niego oczu.

– Przez te parę lat spo­tka­li­śmy się w co naj­mniej sze­ściu miej­scach. Jak sądzisz, czym się zaj­muję?

Tech­nik bez­rad­nie roz­ło­żył ręce.

– Ni­gdy nie mia­łeś towa­rzy­stwa, więc myśla­łem, że na pewno nie trud­nisz się prze­rzu­ca­niem ludzi przez gra­nicę. Dosze­dłem do wnio­sku, że szmu­glu­jesz złoto albo tytoń, choć do tego przy­dałby ci się więk­szy samo­chód.

Klient poki­wał głową, ale nie zamie­rzał tra­cić czasu na potwier­dza­nie lub oba­la­nie tych teo­rii.

– Wiesz, ile kosz­to­wał Ame­ry­ka­nów jede­na­sty wrze­śnia? – zapy­tał.

Tech­nik odsta­wił czaj­nik i obró­cił się ku niemu tak zasko­czony, że nawet dło­nie prze­stały mu drżeć.

– Ile?

– Same budynki, bliź­nia­cze wieże, wyce­niono na sześć­dzie­siąt dwa miliardy dola­rów. Kolejny miliard kosz­to­wało oczysz­cze­nie placu.

– To cie­kawe – mruk­nął tech­nik, nie mając poję­cia, dokąd zmie­rza ta roz­mowa.

– Cie­kawe – powtó­rzył klient. – Aż czło­wiek się zasta­na­wia, ile byliby gotowi zapła­cić, żeby tego unik­nąć, nie? Albo żeby unik­nąć cze­goś podob­nego.

Tech­nik pochy­lił się znowu nad fili­żan­kami. Co wła­ści­wie pro­po­no­wał mu ten czło­wiek? Coraz moc­niej biło mu serce, ale nie był pewny, czy ze stra­chu, czy z chci­wo­ści.

Przy­po­mniał sobie o zaszy­fro­wa­nej wia­do­mo­ści ze Sta­cji Kabul i pozdro­wie­niach od Sokoła. Czyżby męż­czy­zna z tere­no­wym nis­sa­nem wie­dział o czymś waż­nym? Czy dotarły doń szepty nie­sione wia­trem, które tak inte­re­so­wały CIA? A może nawet coś wię­cej niż szepty.

– Przy­pusz­czam, że zapła­ci­liby mnó­stwo – odrzekł ostroż­nie.

– Też tak myślę – zgo­dził się klient. – Pyta­łem, czy wiesz, czym się zaj­muję – dodał, ale nie zacze­kał na odpo­wiedź. – Jestem kurie­rem.

– Kurie­rem? – zdzi­wił się tech­nik, nie bar­dzo wie­dząc, co o tym myśleć. – Czyim?

– No, na pewno nie FedEksu – odparł klient.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Year of the Locust

Copy­ri­ght © Terry Hayes 2023

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2023

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Agnieszka Horzow­ska

Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki oraz przy­go­to­wa­nie do druku: Michał Paw­łow­ski

Ilu­stra­cja na okładce

© Ivana36 / Dre­am­stime.com

Wyda­nie I e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Rok sza­rań­czy, wyd. I, Poznań 2024)

ISBN 978-83-8338-863-2

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61 867 81 40, 61 867 47 08

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer