Piekło - M. Mi - ebook

Piekło ebook

M. Mi

0,0

Opis

Noah dorasta w biednych dzielnicach Ashes - miasta, w którym władza i chciwość decydują o tym, kto ma prawo żyć spokojnie, a kto musi walczyć o każdy kolejny dzień. Chłopiec od zawsze marzył, aby znaleźć się w bogatej części Ashes i uzyskać spokojne życie. W końcu życzenie Noaha się spełnia, chociaż nie w taki sposób, jak to sobie zaplanował. Trafia w realia przepełnione brutalnością i bezwzględnością. Do świata, gdzie poniżanie i upokarzanie drugiego człowieka jest czymś pożądanym i nieuniknionym. Uwięziony w miejscu, w którym kiedyś tak bardzo chciał się znaleźć, walczy nie tylko o powrót do domu, ale przede wszystkim o własne życie. Czy doświadczenie drugiej strony Ashes otworzy mu oczy na prawdziwe oblicze miasta? I najważniejsze - czy Noah wróci do domu żywy?

To historia o przekraczaniu granic i o tym, ile jest w stanie znieść człowiek, aby przeżyć i nie zatracić samego siebie, gdy wszystko wokół próbuje cię złamać.

18+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 423

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



M. Mi

Piekło

Ulica

Projektant okładkiRenata Soczawa

KorektorKatarzyna Jamroży

© M. Mi, 2026

© Renata Soczawa, projekt okładki, 2026

Noah dorasta w biednych dzielnicach Ashes — miasta, gdzie rządzą władza i chciwość. Pragnie znaleźć się w tej bogatej części. W końcu to życzenie się spełnia. Trafia w realia pełne brutalności i bezwzględności. Noah walczy o powrót do domu i życie. Czy doświadczenie drugiej strony otworzy mu oczy na prawdziwe oblicze miasta? Czy Noah wróci do domu żywy?

Historia o tym, ile jest w stanie znieść człowiek, aby nie zatracić samego siebie, gdy wszystko wokół próbuje cię złamać. Książka dla osób 18+

ISBN 978-83-8467-377-5

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Reni,

wiem, że kochasz Noaha tak, jak ja

Diabeł jest optymistą, jeżeli myśli, że można ludzi uczynić gorszymi. (Karl Kraus)

Prolog

Noah zobaczył strzelca sekundę przed tym, jak ten nacisnął spust; jakby właśnie przeskoczył klatkę w swoim życiu. W jednej chwili widzi mierzącego wroga, w drugiej ojca klęczącego przed nim i powiększającą się plamę krwi na jego bluzie.

— Biegnij, gdziekolwiek. — Treg wyszeptał synowi do ucha.

Stał przerażony, nie mogąc opanować drżenia dolnej wargi. Połykał gorzkie łzy, obserwując czerwoną strużkę w kąciku ust ojca. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że mężczyzna go zasłania. Silne pchnięcie przywróciło go do okrutnej rzeczywistości.

— Uciekaj, do cholery!

Ruszył biegiem. Zerknął przez ramię, omal się nie przewracając, bo ktoś szarpnął go za rękę. Pozwolił się poprowadzić. Nieznajomy chłopak na zmianę popychał go przed sobą i ciągnął, gdy zwalniał. Przystawał pod zimnymi ścianami budynków, nasłuchując nerwowo, potem znów popychał i biegł, nie bacząc na ciągłe potykanie się Noaha. Szarpał, utrudniając Noahowi oglądanie się. Biegł zygzakiem z cienia do cienia, raz po raz zmieniając kierunek, choć dawno zeszli z pola strzału.

Ostatni raz obejrzał się na klęczącego ojca. Przez łzy wzbierające w oczach zobaczył drugą kulę przeszywającą jego serce. Prowadzący przyspieszył, a Treg zniknął mu z oczu…

Rozdział 1Chłopaki

Zatrzymali się minuty później w dzielnicy, której Noah zupełnie nie znał. W tym momencie mało obchodziło go, gdzie się znajduje. Miał osiem lat, co innego mógł zrobić? Nie rozumiał, co się wokół dzieje. A może rozumiał aż nadto.

Chłopak zaprowadził go do wnętrza jakiegoś starego budynku — piętrowy, rozpadający się blok wyglądał przerażająco tak z zewnątrz jak w środku. Noah rozejrzał się po ścianach. Pokój, w którym się znajdowali, sprawiał wrażenie nieprzyjemnego, zimnego i opuszczonego; przejmował grozą.

Niepewnie przyglądał się nieznajomemu, sprzątającemu w pośpiechu najdziwniejsze rzeczy, wrzucając je do kąta i pod łóżko. Zerknął na stare, wytarte buty i o wiele za dużą szarą bluzę z kapturem. Nie mógł mieć więcej niż piętnaście lat, choć był wysoki i szczupły. Kiedy rzucał przelotne spojrzenia, dostrzegał jasnoniebieskie oczy i wąskie usta, nad nimi mały nos ozdobiony pomarańczowymi piegami.

Nie potrafił określić koloru włosów. Rude pomieszane z blondem, jakby próbował je farbować. Wodził za nim oczami, bo chłopak bezustannie biegał. Wyglądał na inteligentnego, a przede wszystkim na kogoś kto wie, co aktualnie dzieje się na Ulicy.

Nie znał go, nigdy w życiu go nie spotkał, lecz wybór sam się dokonał. Ojca stracił przed chwilą, domyślał się, że mamę też zabili. W innym wypadku wróciłaby do domu przed Tregiem. Przesunął się, lekko szturchnięty. Sekundę później został posadzony na łóżku. Nieznajomy kucnął.

— Posłuchaj. Wiem, że mnie nie znasz, ale pomożemy ci. Odpocznij, a potem wyjaśnię. Obiecuję.

Noah kiwał głową niczym piesek w samochodzie, samego siebie przekonując do podjętej decyzji. Najchętniej od razu zapytałby, o co chodzi, ale w głowie kotłowało mu się od myśli tak, że nie był w stanie złożyć najprostszego zdania.

Na prośbę chłopaka położył się i spróbował zasnąć, nieświadomy, jak bardzo zmieni się jego życie. Sen nie nadchodził, a on wpatrywał się w plamę na suficie i tynk złażący ze ścian. Znużony po szaleńczym biegu nie miał siły się podnieść.

W końcu otumaniony i przytłoczony zasnął. Nie miał pojęcia, jak gwałtownie trafił do brutalnego świata, w którym będzie zmuszony nauczyć się żyć.

…

Obudził się późnym wieczorem. Słyszał przyciszone głosy gdzieś nad swoją głową. Przekręcił się, szukając wygodnej pozycji i podniósł powieki. Zobaczył dwie, nieco rozmazane spod wpół otwartych oczu, postaci. Jedną niższą i szczupłą, drugą przeciwnie — wysoką i barczystą. Obie żywo gestykulowały. Choć stali parę kroków dalej, w ciasnym pokoiku, docierały do niego zaledwie strzępki rozmowy.

— Po coś go tu przyprowadził?!

— Miałem go zostawić?

— Tak! Mało mamy problemów?

— Zabiliby go! Tak jak połowę uliczników stawiających się Krisowi.

Noah słuchał. Obaj byli zdenerwowani, przerzucali się krótkimi zdaniami.

— To syn Trega. — Chudy wyciągnął asa z rękawa.

Gruby wziął głęboki wdech, długo trzymając powietrze w płucach. Nie zbił argumentu, choć nadal patrzył na kolegę z niezadowoleniem. Ostatecznie odpuścił, machnąwszy ręką i skierował rozmowę na inny temat, zniżając głos.

Noah usłyszał kilka znajomych imion, nic poza tym. Zapadł w drzemkę. Trwająca głucha cisza kazała ponownie otworzyć oczy. Panowały ciemności, a samotna świeczka postawiona pod stolikiem rzucała słabą łunę światła. Okno ktoś zakrył ciemną zasłoną. W oddali padły przytłumione strzały, krzyki odbiły się echem przez ulice, a potem świat ucichł.

Dopiero po chwili wzrok przyzwyczaił się do ciemności. Teraz widział Grubego koło okna, niepewnie uchylającego zasłonę. Z niepokojem spoglądał na ulicę. Przedłużająca się cisza tworzyła duszną atmosferę, a ciemności otaczały Noaha niczym czarna złowieszcza dziura, w której tonął jego wzrok.

Miał wrażenie, że pokój go pożera, ale gdy włączy światło będzie jak dawniej. Musi tylko się odważyć. W końcu uznał, że zbyt wyraźnie słyszy swój oddech, a serce bije zbyt mocno by pozostać w bezruchu.

Usiadł, zwracając na siebie uwagę. Gruby zmierzył go wzrokiem, po czym w milczeniu wrócił do obserwowania. Noah czuł nieodpartą pokusę zapalenia światła. Wstał, nogi miał jak z waty i już, już sięgał do włącznika, gdy poczuł czyjś mocny uścisk na nadgarstku. Odwrócił się z zamkniętymi oczami. Nie chciał widzieć wielkoluda. W jaki sposób patrzył? Spokojnie czy morderczym wzrokiem?

— Co mały, boisz się ciemności? — przemówił niespodziewanie łagodnym głosem.

Noah otworzył oczy. Gruby górował nad nim, sięgając głową niemal do sufitu. Aktualnie bardziej bał się olbrzyma niż ciemności. Gruby spojrzał na okno, jakby przez tęgie płótno mógł cokolwiek zobaczyć.

Noah rozumiał, że ten nie powinien odchodzić od okna. Nie wydusił z siebie ani słowa, wyrywając rękę z uścisku. Wrócił na łóżko i położył się, obserwując wielkoluda stającego obok i przypatrującego się z uwagą. Gruby otworzył usta, ale zrezygnował, zajmując swoje stanowisko przy oknie.

Co rusz spoglądał na Noaha, potem na drzwi i znów na chłopca. Jakby czas się zatrzymał, niczym urywek filmu puszczany w kółko. Ten stan trwał całą wieczność.

Noah czuł się przeraźliwie ściśnięty i samotny pod czujnym wzrokiem olbrzyma niknącym w ciemnościach. Wszechogarniającą niepewność przerwał dopiero Chudy, wchodząc do pokoju równie cicho, jak z niego wyszedł. Zapalił światło, zostawiając drzwi otwarte na oścież i skinął na Grubego, który powolnymi ruchami, z największą ostrożnością odsłonił okno.

Chudy zgasił świeczkę. Noah zerknął na niego, osłaniając oczy ręką od rażącego światła żarówki wiszącej u sufitu. Był blady i wystraszony, ściągnął brwi, głęboko się nad czymś zastanawiając, mrugał szybko, wachlując się krótkimi, jasnymi rzęsami.

Stał bez ruchu wpatrzony w kolegę. Obaj wyszli, nim zdążył zareagować. Został sam, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia, ze łzami w oczach, w ciasnym pokoju z odrapanymi ścianami, ciszą unoszącą się w powietrzu i przewróconą świeczką, z której zaschnięty wosk stworzył nieregularną plamę na podłodze.

Treg — Lata Temu

Treg rozmyślał w kuchni. Obudził się wcześnie rano, słońce jeszcze nie wzeszło. Zwierzchnik Ashes, miasta, którego Ulica była częścią, doszedł do wniosku, że nie będzie się z nimi układał. Niewiele różnili się wiekiem, a on i tak miał ich w dupie. Zarządzał miastem po zmarłym na zawał ojcu, rujnując miasto chciwością. Przejął władzę mając dziewiętnaście lat. Od czterech lat szukał pieniędzy i władzy, niczego więcej. Od dawna traktował te dzielnice niczym slumsy. Na Ulicy nie chodziło się do szkół, ludzie żyli w ciasnych grupach, a przestępczość rozwijała się na porządku dziennym. Służby porządkowe nie miały racji bytu jeszcze zanim się urodził. Połączenia telefoniczne między stronami blokowano, a mieszkańcy dawno zrezygnowali z poszukiwania dogodności technologicznych, komputery stały wyłącznie w firmach. Żyli niczym w innej przestrzeni.

Dla niego i innych z Ulicy bogata część była po prostu miastem. Nazwa padała rzadko. Ashes kiedyś stanowiło jedność, która teraz została zniszczona. Ashes nie istniało, rozdzielone na miasto i Ulicę. Najbliższa miejscowość stała oddalona o dziesiątki kilometrów. Miasto otaczała pustka. Pustka i wysoki mur z zaledwie kilkoma wyjazdami. Nikt się nimi nie interesował, a ludzie przyjeżdżali głównie w interesach. Sporo odwiedzało też warsztat samochodowy, gdzie pracował.

Do tej pory układali się ze zwierzchnikiem Marvosem — służby porządkowe przestały istnieć zjedzone strachem i bezsilnością; oni potrafili się bić, więc ochraniali ludzi na jego części, on nie wtrącał się w ich sprawy. Wreszcie musiało dojść do momentu, w którym zwierzchnik zechce ich zlikwidować wraz z biedotą znajdującą się na terenie miasta. Na nieszczęście układał się z Krisem, jego zaś nie lubił wysłuchiwać. Obaj byli próżni, gonili za władzą i pieniędzmi, i kochali sprawiać ludziom ból.

Nic dziwnego, że się dogadywali. Zwierzchnik rozmawiał z Krisem, z Tregiem bardzo rzadko. To oni w jakiś sposób wyróżniali się na Ulicy. Wczoraj otrzymał korespondencję od Marvosa informującą o „braku potrzeby do dalszej współpracy”. Zastępował ich wynajętymi strażnikami. Najwyraźniej za grube pieniądze strach znikał. Mieszkający na Ulicy dostali zakaz wchodzenia do miasta, w tym uczęszczania do tamtejszych szkół. Spora część wyleciała też z pracy na terenie miasta. Szeptano o oddzieleniu Ulicy siatką.

Pięknie. Zepchnięci na całkowity margines. Nie powinien na to pozwolić, ale czy istniało jakieś wyjście? Kris nienawidził go jak jasna cholera, buntując Marvosa przeciwko niemu. On z kolei miał serdecznie dosyć wypełniania tony papierów żądanych przez zwierzchnika. Sam powinien pilnować ilości ludzi w grupach na Ulicy, a to jaką mieli broń i czy się nią posługiwali, nie powinno go w ogóle obchodzić.

Zerknął na zegarek, słysząc przyjaciela schodzącego po schodach. Piąta. Beznamiętnie obserwował, jak siada po drugiej stronie stołu, tęsknie patrząc na jego kawę.

— Spać nie możesz? — Michel ziewnął szeroko. Treg przytaknął. — Koszmar ci się śnił czy co?

— Tak, że gonią mnie kartki papieru, a długopis chce mnie pożreć. — Wczoraj cała ekipa zostawiła go z papierami, wychodząc w teren. Nie znosili ich wypełniania, więc naiwnie zgodził się to robić.

— Jesteś zły za wczoraj?

Treg pokręcił głową.

— To o co chodzi?

Milczał, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie chce rozmawiać.

— Jak wczoraj? — zapytał Treg.

— Dobrze, powiedzmy. Sporo ludzi myśli o wyprowadzce z Ulicy, ale wygląda na to, że Marvos zaczyna przyglądać się wyjazdom. Stawiam, że za parę lat zamknie Ashes, nikogo nie wypuszczając bez zgody. W mieście względny spokój, choć nie podoba mi się to całe nauczanie biednych i zdemoralizowanych w bogatych domach. Perfidnie udają, że to coś dobrego i nawet nie chcę wiedzieć do czego, i w jaki sposób wykorzystują tych ludzi. A u ciebie?

— Nie zdążę z papierami, ale to już ostatni raz.

Michel spojrzał czujnie. Coś złego się wydarzyło.

— Jest źle?

— Gorzej. Nikolas i Jason gdzieś się pochowali i wcale im się nie dziwię. Wyjdą spod ziemi w lepszych czasach. Jasper odszedł, Drad zerwał umowę, Rand stwierdził, że pokój mu niepotrzebny i dołączył do Krisa, a miasto nas nie ochroni.

— Ładnie. — Popatrzył na zmartwioną twarz Trega. — Czyli jesteśmy sami. Ale miasto?

— Oni też zrywają umowę. Marvos wydał rozkaz likwidacji Ulicy. Zabije nas. Powoli, bo tak mu się podoba, a w miejscu Ulicy zrobi sobie kolejną bogatą dzielnicę Ashes — rzucił i wyszedł.

Rozdział 2Początki

— Wstawaj, dzień się zaczął! — okrzyk Chudego wyrwał chłopca z niespokojnego snu.

Noah mógłby przysiąc, że słyszy w jego głosie szczerą radość. Niepewnie otworzył oczy. Ujrzał zarumienioną twarz pochylonego nad nim chłopaka, który po krótkim przyjrzeniu się wrócił do przerwanych czynności. Biegał po pokoiku, sprzątając rzeczy wczoraj rozrzucone po całym pomieszczeniu. Po drodze szeroko otworzył okno, wpuszczając rześkie, poranne powietrze.

Noah oprzytomniał dopiero, kiedy Chudy ściągnął z niego kołdrę i zrobiło się chłodno.

— Szybciej, mały, mamy dużo roboty! Zbieraj się i przyjdź do nas! — Wypadł z pokoju, owiewając Noaha zimnym podmuchem.

Wtulił się w poduszkę, z trudem utrzymując klejące oczy otwarte. Która godzina? Piąta? Szósta? Do jakich nas miał pójść? Czy ktoś mógłby wreszcie cokolwiek wyjaśnić? Od okna ciągnął niesamowity ziąb. Zwlekł się z łóżka i zamknął okno. Gdzie tu jest łazienka?

Ogarnięcie się zajęło długie minuty. Spoglądał na siebie w łazienkowym lustrze. Czarne włosy rozwichrzyła poduszka, równie ciemne oczy ledwo się otwierały. Był niski i chudy. Typowe dziecko, potrzebujące stanąć na palcach, żeby zobaczyć cokolwiek w lustrze.

Wreszcie docierając do kuchni, zobaczył kilka osób siedzących przy stole — siedmiu chłopaków, dwie dziewczyny. Wśród nich poznana dwójka. Chudy przesunął się na ławie pod ścianą, klepiąc miejsce obok siebie.

Ostrożnie usiadł na wskazanym miejscu, niepewnie rozglądając się dookoła. Przyglądał się twarzom nieznajomych: zarówno uspokajającym, jak i budzącym strach. Czuł się dokładnie jak wczoraj w ciemnościach — cisza i spokój, lecz jakże złowrogie. Tamten wieczór był jednym z wielu chwil na długo zapadających w pamięć.

Poczuł szturchnięcie. Chudy podsunął mu pod nos chleb i masło, nie przerywając nieskładnej rozmowy z kolegami. Wszystko wydawało się jakieś inne, jakby świat stanął do góry nogami. Położył wiórek masła na kromce i patrzył, jak topi się w iście żółwim tempie. Tak bardzo zaciekawiło go to ledwo zauważalne zjawisko, że nie spostrzegł milczenia zebranych, patrzących na niego podobnie, jak on na wiórek masła.

Treg — Lata Temu

Treg uporał się z samochodem, który nie chciał odpalić i odstawił go do warsztatu. Zerknął na zegarek. Powinien mieć dziś wolne. Przyszedł na pół dnia, godzinę temu należało zakończyć pracę. Zostanie. Szef, Jeffrey, przyprowadził wczoraj klienta — biznesmana z innego miasta żądającego pomalowania samochodu i stworzenia konkretnych rysunków.

Nie byłoby z tym najmniejszych kłopotów, gdyby nie zachowanie mężczyzny. Kompletny gbur, którego nikt nie jest w stanie zadowolić. Jeff podcinał sobie gardło palcem za plecami klienta, kiedy Treg z nim rozmawiał, bezlitośnie wtrącając się w zdanie i dając do zrozumienia, że zostawia samochód bez fochów albo szuka szczęścia gdzie indziej. Zostawił.

Wyciągnął auto na podwórze, przynosząc potrzebne materiały. W warsztacie utrzymywał porządek, zaś przy malowaniu niedbale rozrzucał rzeczy obok wozu. Dokładnie zakrył szyby, przygotowując pistolet lakierniczy. Uwielbiał odwalać całą robotę sam. Pogoda była idealna. Nieco ponad dwadzieścia stopni, bezwietrznie i bez pełnego słońca.

Podkład nałożył wczoraj późnym wieczorem. Dziś srebrny kolor, czekanie aż warstwa wyschnie i kolejna — nieco jaśniejsza. Przysunął aerograf, dobierając łuskę, dyszę i iglicę. Nałożył rękawiczki, koło szyi zawiązując chustę. Zakrył nią usta i nos, bo zakładanie stosownych masek omijał szerokim łukiem. Chyba, że malował w garażu.

Wziął się za malunki, uznając poziom wyschnięcia lakieru za odpowiedni. Na masce samochodu, wzorując się na tatuażu z własnego przedramienia, narysował czaszkę oplecioną jadowitym wężem z otwartą paszczą. Po lewej i prawej stronie po skosie dodał serca pokolorowane mocną czerwienią. Lśniła i raziła w oczy dopasowana do srebra i czerni.

Na drzwiach powstały żółte, lekko pozłacane pioruny — niezbyt kanciaste, nieregularne i porozrzucane — strzelające jak prawdziwe. Na bagażniku połączeniem dzieła z maski stało się czerwone serce poplamione czarną krwią, oplecione wężem, którego głowa przebijała środek serca. Obszedł samochód dookoła, oglądając efekty własnego wysiłku. Po małych poprawkach wynik okazał się zadowalający. Musiał poczekać na opinię klienta. Przez moment stał przed maską i przyglądał się czaszce, delikatnie przejeżdżając palcami po prawie suchej farbie.

Można było odnieść wrażenie, że wąż zamknie paszczę, kiedy położy na nim palca, a czaszka zaraz zapłonie żywym ogniem. Włożył w ten obraz szczególnie dużo serca.

Malowanie i rysowanie stały w rzędzie zajęć zaraz po samochodach. Łączenie obydwu pasji sprawiało wiele przyjemności. Ta robota nigdy nie męczyła i nigdy nie stawała się nudna. Mógł to robić godzinami, bez przerwy. Kochał to.

Rozdział 3Codzienność

— Noah! Podaj bandaż!

— Chudy kazał mi się uczyć — odparł obojętnie. Nie miał ochoty wstawać.

— Czytać i pisać, nie rysować. Podaj!

Uniósł książkę, spoglądając na swoje nowe dzieło. Było połowę mniejsze niż książka, Gruby nie mógł wiedzieć, że tam jest.

— Dawno umiem. — Spojrzał na chłopaka w otwartych drzwiach łazienki, trzymającego rękę nad umywalką.

— Przynieś, bo zaraz wytrę się o ciebie. — Zaczynał się irytować.

— Sam sobie przynieś. — Lubił spełniać groźby, ale chyba nie będzie taki wredny.

Dopiero skądś wrócił, ciągle gdzieś łaził i wracał pokrzywdzony. Nim się obejrzał, padł na niego cień olbrzyma, który powolnym ruchem wytarł w niego rękę, plamiąc krwią ulubioną bluzę.

Chłopiec otworzył usta ze zdziwienia. Niewiarygodne, że zrobił coś takiego. Jeszcze jeden taki numer i się pogniewa. Wstał, ze złością odpychając Grubego. Przesunął go ledwie o krok. Gruby roześmiał się szczerze swoim głębokim, dudniącym śmiechem.

— Brakuje ci krzepy, młody! Trzeba nad tym popracować. — Położył rękę na ramieniu chłopca, którą ten natychmiast strącił.

Próbował zajrzeć Noahowi w oczy, lecz wyglądało na to, że poważnie się obraził. Stał z założonymi na piersiach rękami, mocno zaciskając szczękę. Gruby nachylił się, szeptając mu do ucha:

— Nie rób tak przy wrogu, bo wybije ci zęby przy uderzeniu — poradził, mierzwiąc chłopcu włosy i lekko popychając — No, zasuwaj.

Noah, z największym niezadowoleniem, przesunął się parę kroków. Denerwowało go, że wielkolud górował nad nim nie tylko wzrostem.

— Szybciej, Harper, bo się wykrwawię.

Drgnął na dźwięk własnego nazwiska. Nigdy go nie używał. Jego rodzice też tego nie robili. Mówiono do siebie po imieniu albo przezwiskiem. Wiele zasad Ulicy zaczynało się od „żadnych nazwisk”. Wzruszył obojętnie ramionami, ale poszedł, w myślach wyzywając Grubego. Chciał, żeby się wykrwawił i przez sekundę życzył mu najgorzej.

Zaraz zreflektował się, cofając myśli. Nie chciał tego, na pewno nie chciał. Od lat dostawał zbyt wiele, by mieć przywilej narzekania. Po prostu często wkurzał swoim charakterem, dziwacznym sposobem bycia.

Gruby funkcjonował bardzo realnie, ciężko było go ruszyć, zmusić do refleksji czy marzeń. Potrzebowali takiego kogoś. To on ocucał, kierował myśli na najważniejsze sprawy i przywracał do rzeczywistości. Nie raz czynił to bardzo brutalnie, lecz zawsze skutecznie.

Schodził ostrożnie po krętych schodkach. Co za debil wymyślił schowek na takie rzeczy w piwnicy! Nic niezwykłego, że nikomu nie widziało się tu schodzić. Dotarł do wąskiego korytarza. To te drzwi na wprost. Szarpnął za klamkę — metalową i zimną. Ani drgnęły. Kilka prób nie przyniosło rezultatu. Kopnął w drzwi. Ile można? Wróci z pustymi rękami. Nagle wpadł na genialny pomysł.

Chwycił klamkę dwoma rękami i oparł nogę o ścianę, odpychając się z całej siły. Poleciał w tył, bo drzwi wreszcie się otworzyły. Chłopaki powinni wyjąć je z zawiasów. Otworzył kolejne bez problemu. Odnalazł drabinę, wchodząc na najwyższy szczebel. Rozejrzał się, dostrzegając apteczkę na najwyższej półce, niemal pod sufitem.

Zerknął w dół. Wysoko. Zrzucał przedmioty na ziemię. Apteczka z mnóstwem ampułek, bandaże, strzykawki, plastry… weźmie więcej, przydadzą się. Zszedł, upychając rzeczy po kieszeniach. Podniósł resztę, zajmując ręce. Pierwsze drzwi zatrzasnął nogą, drugie były zbyt ciężkie. Biegł, popychając je ramieniem. Dopiero wtedy zamknęły się z niemiłosiernym hukiem. Powrót na górę oznaczał katorgę, z podnoszeniem co rusz upuszczonych rzeczy. W życiu nie zrobił tak wiele przysiadów…

…

Gruby usiadł na krześle, wyciągając spod książki rysunek Noaha; w drzwiach pojawił się Chudy.

— Co masz? — spytał od razu, zaciekawiony.

— Rysunek młodego, gówniarz ma talent. — Nie krył podziwu, choć nie pierwszą pracę chłopca oglądał.

— Na niewiele się przyda na Ulicy, może sobie co najwyżej po murach pomalować. — Chudy przestał się uśmiechać, jakby dopiero zdając sobie sprawę, ile niszczył świat, w którym żyli.

— A gdyby tak…

Chudy wsparł rękę o stół, oczekując genialnego pomysłu do odrzucenia.

— A gdyby dać mu kolkę… — Gruby popatrzył z nadzieją na kolegę, którego kwaśna mina wystarczyła za odpowiedź. — Ale nauczyłby się tym posługiwać, talent ma, to mnóstwo forsy by zarobił!

Chudy postukał się palcem w czoło.

— Wybij to sobie z głowy. — Pokręcił głową, przesadnie akcentując każde słowo. — Jest za mały.

— No weź!

— Nie i nie rób tego, bardzo cię proszę. To nie jest dobry pomysł.

Ich milczenie przerwał potężny huk na dole. Chudy podniósł brwi, zaskoczony. Gruby dźwignął skaleczoną rękę, odpowiadając na nieme pytanie kolegi.

— Poszedł po bandaże.

— Idę robić miejsce na drewno. Niech przyniesie siekierę. — Odszedł zamaszystym krokiem.

Pojawił się Noah, rzucając na stół wysypisko wzięte z dołu.

— Dzięki. — Gruby rozpromienił się. Widząc wzrok chłopca, poprawił się. — Dziękuję, wiem, że schowek tam to idiotyczny pomysł.

— No. — Wzruszył ramionami.

Po czasie zorientował się, że chłopcu chodzi o rysunek. No jasne, kto mu pozwolił go dotykać. Z przesadną teatralnością, delikatnie odłożył kartkę na stół, prostując rogi i nakrył książką, przywracając do poprzedniego stanu.

— Chudy prosi, żebyś przyniósł siekierę.

Noah spojrzał spode łba, głośno wzdychając. Lubił pomagać, nienawidził za to łazić w te i we w te, bo to czy tamto potrzebne.

— Nie jestem chłopcem na posyłki — mruknął, wychodząc.

Gruby odprowadził go wzrokiem. Wziął bandaże i ruszył w stronę łazienki. Wrócił się zerknąć na rysunek. Piękny. Cudna kobieta, cudnie prawdziwa. Matka Noaha. Zapamiętał ją wyjątkowo dobrze.

Często ją rysował. Ojca prawie nigdy. Nie rozumiał, dlaczego. Wydawało się, że był mu bliższy. Od najmłodszych lat zabierał go na uliczne wyścigi i do warsztatu. Trega znała cała Ulica. Był dobry, lecz nieustępliwy, a przy tym nadzwyczaj dużo się uśmiechał. Do tego zawzięcie walczył o Ulicę. Bez niego zwierzchnik zje ich żywcem, rzucając bogaczom na pożarcie.

— Szkoda cię, Noah, ale masz szansę. — Dotknął palcem zagłębienia przy lewym ramieniu tuż pod obojczykiem. — Trzeba o nią zadbać…

Treg — Lata Temu

O dwudziestej trzeciej wprowadził samochód biznesmana do garażu, resztę zostawiając na parkingu. Zamknął warsztat i zatrzasnął bramę wjazdową zabezpieczoną kodem. Czekał go półgodzinny spacer przez nieoświetlone ulice.

Panowała ciemność i głucha cisza, a on zostawił telefon w domu. Nie lubił przechodzić koło ślepych zaułków, szczególnie w nocy, kiedy każde zagłębienie wyglądało niczym wielka czarna dziura, gotowa pożreć tego, kto się zbliży.

Kojarzyły się z otchłanią, w którą przez lata spadał we śnie. Ten sen dawno nie nawiedził, jakby dotarł do celu, znajdował się tam, gdzie powinien znajdować się od zawsze. To prawda — na Ulicy odnalazł swoje pochodzenie. Lata temu wyglądało to inaczej — miasto było całością. Ashes podzielili ludzie, odtrącając ulice zamieszkałe przez biedniejszych.

Nie zauważył, że ostatnie lata z mamą mieszkał w tej lepszej części. Dopiero powracając tu, zobaczył zmianę. Po śmierci ojca przeprowadzili się do jej nowego partnera zupełnie niezainteresowanego własną dwójką dzieci a co dopiero nim. Uciekł, kończąc osiemnaście lat, matka została. Wrócił na Ulicę, matka pewnie wciąż mieszkała w tej lepszej części.

Na myśl o niej coś zabolało w środku. Doskwierało leciutkie, dotkliwe kłucie serca. Od pięciu lat obywał się bez wieści, nie spotkał jej, nie zadzwonił… a ona nie szukała. Nie wróci do niej, nie do Sama — porywczego, krzykliwego mężczyzny kierującego się przemocą w wychowaniu dzieci. Cztery lata z nim w zupełności wystarczały. Ciekawe, czy pamiętała, że ma syna? Z zamyślenia wyrwało gwałtowne szarpnięcie za ramię…

Rozdział 4Kalendarz

Noah obszedł budynek, docierając do schowka. Pstryknął włącznik, żarówka natychmiast spaliła się, strzelając. Przekroczył próg, potykając się o najróżniejsze graty; po omacku szukał siekiery. Silny podmuch wiatru otworzył drzwi szerzej. Do środka wpadła smuga światła, oświetlając kalendarz na ścianie. Przystanął. Nie pomyślał, że ktoś zostawi ten kalendarz, zamiast wyrzucić na śmietnik, a z pewnością nie spodziewał się go odnaleźć w tej rupieciarni.

— Noah, znalazłeś? — Drgnął, słysząc wołanie Chudego. — Noah! Co ty tam robisz?! — Dochodziły krzyki wyraźnie poirytowanego kolegi, coraz głośniej drącego się z podwórka.

Chłopiec nie reagował, a wołanie umilkło. Niecałą minutę później Chudy pojawił się w drzwiach.

— Co tu tak ciemno? Znowu żarówka? — Bezskutecznie przełączał pstryczek. Przeszedł dalej, uderzając w coś nogą. — Cholera! Trzeba tu będzie na wiosnę zrobić porządek. Nie stój tak dzieciaku, mówiłem ci, że na szafce jest latarka. — Sięgnął ręką, odnajdując źródło światła. Skierował snop na chłopca. — Co ci jest?

— Kalendarz.

— Co za kalendarz? — Nie rozumiał osłupienia Noaha.

— Mój.

Chudy skierował wreszcie latarkę na ścianę. Kalendarz nie był tegoroczny ani nawet z tamtego roku. Chyba zrozumiał chłopca. Dał mu ten kalendarz po przyprowadzeniu go tutaj. Trzy lata temu.

— Młody idziesz, czy będziesz tu siedział? — Zgarnął siekierę, wychodząc.

— Zaraz przyjdę.

Został sam w ciemnościach z własnymi myślami. Z dnia na dzień coraz boleśniej docierała do niego strata rodziców i przyjaciół. Jako kilkulatek rozumiał funkcjonowanie Ulicy, ale nie myślał, że to się kiedykolwiek zdarzy. Jego tata nie lubił się z Krisem pragnącym władzy nad całą Ulicą dla siebie. Zwierzchnik miasta za to układał się z Krisem, aby mogli razem rządzić i odsuwać ich coraz dalej od normalności. Westchnął.

Wrócił do domu jakiś czas później. Potrzebował prysznica — gorącego albo zimnego. Z rozmachem otworzył drzwi do łazienki, trafiając na golącego się Grubego.

Przyjrzał mu się. Mimo młodego wieku mógł poszczycić się sporym zarostem. Miał go już wtedy, gdy zobaczył go pierwszy raz w ciemnym pokoju. Chudy niedawno skończył osiemnastkę, Gruby dwadzieścia. Wyglądał na starszego. Jasne włosy w wiecznym nieładzie i nadzwyczaj męska szczęka potęgowały to wrażenie.

— Co? Ciebie też ogolić? — zażartował.

— Chciałem wziąć prysznic. — Pokręcił głową.

— Nie ma ciepłej wody i nie będzie do pojutrze.

— Nie przeszkadza mi to. — Odwrócił się, ale Gruby go zatrzymał.

— Wybierasz się gdzieś?

— Eee… nie. Chyba nie.

— To dobrze. — Naciągnął ubrudzony krwią rękaw od bluzy Noaha. — Daj to Chudemu, zna się na tym. Zobaczysz, śladu nie będzie.

Skinął głową i wyszedł na zewnątrz. Podbiegł do machającego z końca podwórza Chudego, układającego kawałki drewna w stosy. Pomógł bez proszenia, a kiedy skończyli, zapadł późny wieczór. Z każdym dniem robiło się coraz zimniej.

— Mogę dzisiaj wyjść?

— Pewnie, ale zapytaj Grubego. On wie lepiej.

Uśmiechnął się. Wielkolud pozwalał na więcej. Po krótkim odpoczynku poszli do domu.

— Co na kolację? — zapytał Noah z entuzjazmem.

— To co zawsze, młody. Jeśli się coś zmieni, dam ci znać. — Gruby ciężko usiadł na krześle.

— Znowu pasztet?

— A co byś innego chciał, jaśnie książę?

— Szynkę?

— Zaczniesz pracować, to sobie kupisz, do tego czasu będziesz wielbił pasztet i cieszył się, że nie jesz suchego chleba.

— Wiem, wiem.

Po kolacji Noah zatrzymał chłopaka w przejściu.

— Mogę wyjść?

— Nie. Gdzie?

Negatywna odpowiedź poraziła. Spodziewał się standardowej zgody. Dziś coś się nie zgadzało.

— Nie wiem.

— Nie.

— Dlaczego? — Szczere zdziwienie brakiem zwyczajnego pozwolenia przebijało się przez głos.

— Bo nie i nie dyskutuj.

— Chudy pozwolił…

— Chudy nie ma nic do gadania. Ja decyduję, zrozumiałeś?

— Tak…, ale Gruby!

Podszedł do Noaha, zaciskając dłonie na jego ramionach. Przybliżył swoją twarz do twarzy chłopca.

— Nie wyjdziesz dzisiaj. Jutro też nie, a potem zobaczymy. Jeśli mówię nie, to znaczy nie i nigdy więcej ze mną na ten temat nie dyskutuj.

— Gruby — szepnął.

— Nie proś — naciskał.

Noah zamilkł. Gruby był dzisiaj jakiś inny, zdenerwowany, niespokojny. Odpuści jeden wieczór, może jutro da się pogadać.

— Idź do siebie.

Gruby dysponował łagodnym głosem, lecz potrafił być bardzo stanowczy. Noah westchnął, odwracając się na pięcie. Zamknął drzwi, odcinając się od świata. Ten kąt stał się jego pokojem. Chłopaki przemalowali go na niebiesko-szaro, przemeblowali, miał tu parę swoich rzeczy. To sprawiło, że cztery ściany stały się bardziej przytulne. Popatrzył z tęsknotą za okno, po czym położył się spać, czując nagłe zmęczenie.

…

— Dlaczego nie pozwoliłeś? — zapytał Chudy, niemniej zdziwiony decyzją niż Noah. Zwykle to on zakazywał, a kolega pozwalał na więcej.

Gruby podszedł do okna, ciężko wspierając się o parapet.

— Tamci znowu wyszli… — Zamilkł, wpatrzony w dal, jakby przez budynki za oknem mógł zobaczyć to, o czym mówił. — Oni coś szykują. Jeszcze wielu im zostało…

— To nie powód, żeby zabraniać…

— Oni nie odpuszczą — przerwał.

— Dlaczego to robisz? — Chudy wciąż nie pojmował zachowania kumpla.

Gruby dotknął ramienia pod obojczykiem, spoglądając koledze głęboko w oczy.

— Dbam o jego szansę — wyszeptał.

Treg — Lata Temu

Michel robił obchód, kiedy Treg przyszedł do domu. W porę jednak wrócił i zatrzymał przyjaciela w połowie drogi do pokoju. Treg stał tyłem, lecz nietrudno zgadnąć, co się stało. Jego bluza była brudna, opierał się o poręcz schodów zbyt mocno, drugą ręką uciskał brzuch.

— Treg?

— Michel, nic nie mów. Wiem, miałem dzwonić wracając późno. Nie wziąłem telefonu i wolałem nie zawracać ci głowy.

— Zejdź do mnie.

— Po co? Przepraszam.

— Nie przepraszaj tylko przyjdź.

Niechętnie zszedł ze schodów, stając przed kolegą ze spuszczonym wzrokiem.

— Jezu. — Michel starł łzy z opuchniętych policzków chłopaka.

Treg zagryzł rozciętą wargę, nadal namiętnie oglądając podłogę.

— Patrz na mnie. Nie będę krzyczał, to twój wybór co robisz, jesteś dorosły. Ja po prostu nie chcę, żebyś wracał do domu w takim stanie.

Podniósł głowę, zerkając prosto w smutne oczy przyjaciela. Michel posadził go w kuchni, podając lód. Zmył delikatnie zaschniętą krew z twarzy, nakazując się umyć. Kilka minut później wparował do pokoju, bacznie obserwując kolegę siedzącego na łóżku z lodem przytkniętym do policzków. Całe ciało pokrywały siniaki i otarcia. Nie chciał wiedzieć, jak to będzie wyglądać rano.

Palcami złapał brodę przyjaciela, unosząc mu głowę. Oglądał jego twarz, odwracając w dwie strony. Później zabrał lód i wyszedł, rzucając na odchodnym:

— Idź spać, odpoczynek dobrze ci zrobi.

Treg nie znosił, kiedy Michel traktował go ostro, niczym nieodpowiedzialne dziecko, ale był starszy i tym razem miał świętą rację.

Rozdział 5Wiosna

Chudy wszedł cichutko do pokoju Noaha. Spojrzał na chłopca leżącego na wersalce z zamkniętymi oczami. Oddychał spokojnie i miarowo. Wyglądał na śpiącego, ale Chudy nie był pewny, czy tak jest naprawdę. Mógł nie słyszeć kroków albo udawać. Gruby i on dawno przekonali się, jakim jest świetnym aktorem i doskonale to wykorzystywał. Wyrobił sobie tę sztukę do perfekcji.

Na biurku walały się rysunki samochodów, przekroje części, gazety dotyczące napraw i poradniki mechaniczne. Przerzucił wzrok z biurka na chłopca i z powrotem. Cały ojciec.

Podszedł do okna na palcach na wszelki wypadek, gdyby Noah jednak spał. Długo spoglądał przez szybę, a słońce ogrzewało twarz. Pogoda robiła się coraz piękniejsza. Bardzo chciałby cieszyć się nadchodzącą wiosną.

Nie potrafił. Nawet jeśli nic się nie działo, wciąż czuł się przytłoczony. Szczególnie od momentu, kiedy Gruby po raz pierwszy nie pozwolił Noahowi na wyjście. Teraz robił to coraz częściej. Nie było bezpiecznie, nigdzie, nawet w domu. Choć sytuacja zdawała się nie ulegać zmianie, przewidywał brak spokoju.

Marvos nie odpuści, nie odwoła tamtych, dopóki nie zaprowadzi porządku. Ładu, polegającego na niszczeniu, zabieraniu, oddzielaniu i jeszcze raz zabieraniu; zabieraniu rzeczy, bliskich, odbieraniu marzeń, godności, wszystkiego, czego człowiek najbardziej potrzebował.

I właśnie dlatego Marvos nie mógł wygrać. Nie mógł, bo on, Gruby i inni ulicznicy kochali tę ziemię i ten świat. Pozostawali ulicznikami z krwi i kości, a to oznaczało, że odebranie im godności jest niemożliwe a tego, co materialne, nie oddadzą bez walki. W ten sposób wojna będzie trwać wiecznie.

Nie to psuło humor każdego ranka. Najbardziej dotykało patrzenie na dzieci nie mogące spełnić swoich marzeń, na odbierane szanse na to, co dla ludzi z Ashes jest oczywiste. Chudy nie ujmował nikomu inteligencji i wiedzy, wręcz przeciwnie. Pojmował, że możliwość nauki dla dzieciaków to cenny skarb zabrany dawno temu.

Nie byłoby nic złego w tym, żeby oczekiwały od życia czegoś więcej. Miały mnóstwo talentów, pasji, ale dla siebie. Coś pięknego, lecz równie piękne byłyby doceniane przez innych, pokazując swoje talenty i dzieląc się pasją. Wspomagane, wspierane rozwijałyby się z większym zaangażowaniem. To nigdy nie zostanie zrealizowane. To raniło najbardziej i sprawiało, że czuł się przeraźliwie stłamszony — brak sensownej przyszłości, chyba, że pod jarzmem miasta. Marvos całkowicie zlikwiduje Ulicę, zmiecie ich z powierzchni ziemi, naznaczy i zostawi samych sobie.

Pustkę wypełniały niespełnione marzenia, ideały i wartości, które umarłyby w innym świecie, a tu żyły, bo każdy od maleńkiego ich potrzebował. Wyznaczały szlak, dawały nadzieję, dla nich chciało się żyć, ożywiały duszę i serce.

Chudy uśmiechnął się do siebie, zmieniając pozycję. Odwrócił się do środka i zapatrzył na Noaha. Wierzył, że chłopiec upora się z przeciwnościami teraz i kiedyś z następnymi. Miał takie samo szczęście i nieszczęście należeć do Ulicy. Wyłącznie od niego zależało, od której strony spojrzy na ten świat. Czy pokocha Ulicę, czy rozdmucha iskry w sercu, czy też zasypie je piaskiem.

Noah przekręcił się na bok i dla Chudego stało się jasne, że nie śpi. Ciekawe, ile wytrzyma, zanim postanowi wyrzucić go z pokoju. Nie minęło pięć minut, a usłyszał pomruk chłopca.

— Mam wstać?

— Niekoniecznie. — Odwrócił się z powrotem do okna. Zapanowała cisza. Najwyraźniej nie przeszkadzał zbytnio.

W końcu Noah podniósł głowę, spoglądając na Chudego jednym okiem.

— Sterczysz tu, bo masz mi coś do powiedzenia, czy chcesz sobie postać?

— Sprawdzałem, czy śpisz, czy udajesz. — Podniósł kącik ust.

— A wyglądam jakbym udawał?

Nie wyglądał. Był mocno zaspany i najwidoczniej pragnął ponownie zapaść w drzemkę, co skutecznie utrudniał swoją obecnością.

— Jutro robimy porządek w rupieciarni. — Zrezygnował z drażnienia młodszego kolegi.

Noah skinął głową, oczy same się zamykały. Powoli przyzwyczajał się do codziennej pracy. Mimo to był dzieckiem i organizm domagał się sporej ilości regenerującego snu.

Chudy dał spokój, wychodząc z pokoju. Natknął się na Grubego, zmierzającego w kierunku pokoju dziecka.

— Co młody robi?

— Śpi. Co potrzebujesz?

— Nic konkretnego.

— To nie idź, zamęczyłeś go dzisiaj. Niech śpi.

— Aż tak?

— Nie ma dwunastu lat i wozi z tobą towary budowlane, nie dziw się!

Gruby wcale się nie dziwił. Sam porządnie się zmęczył, za to zarobił więcej kasy, bo Noah pomagał. Zerknął przelotnie na zegarek. Słońce dobrze nie zaszło, ale więcej odpoczynku im też się przyda.

Treg — Lata Temu

Jeff czekał w warsztacie ze stosem papierów do wypełnienia. Niektórzy klienci życzyli sobie dokładnego sprawozdania z przebiegu zlecenia i kosztów. Czasem przesadnie dokładnego. Nie ufano ulicznikom, choć ten warsztat uchodził za wyjątkowy — latami wyrabiał najlepsze opinie sam, potem wspólnie z Tregiem. Chętnie wypisałby to samodzielnie, ale nie miał pojęcia, co pracownik robił z samochodami.

Treg bez słowa usiadł na kanapie postawionej w biurze dla klientów i zaczął na kolanie uzupełniać linijki, opierając nogi o stolik. Mężczyzna usiadł w fotelu naprzeciwko, obserwując.

— Nie patrz na mnie w ten sposób, Jeff.

— Wybacz, coś mnie zastanawia.

— Co? — spytał, dobrze znając odpowiedź. Podniósł wzrok znad dokumentów, przenosząc na mężczyznę.

— To. — Szef wskazał palcem na brew a po chwili na policzek pracownika. — I to.

— Oczekujesz, że co ci powiem? To Ulica, takie wypadki zdarzają się codziennie.

— Kto?

— Co kto?

— Kto ci to zrobił? — Jeff nachylił się, opierając łokcie na kolanach i składając ręce.

— To takie ważne?

— Dla mnie tak.

Treg rzucił papiery, udając się do wyjścia. Mężczyzna zatrzasnął mu drzwi przed nosem.

— Jeff proszę, nie pierwszy, nie ostatni raz.

— Dam ci spokój, powiedz mi jedno. Czy to Kris?

— A jeśli tak, to co? — Odepchnął go, szybkim krokiem idąc za warsztat.

Kris był synem Jeffa. Mężczyzna miał siedemnaście lat, jego dziewczyna szesnaście, kiedy się urodził. Dwa lata później na świat przyszła Lily — siostra Krisa, a matka porzuciła ich, nie dając sobie rady z macierzyństwem w młodym wieku. Jeffrey kochał dzieci ponad wszystko, wychowywał należycie, ale dorośli, a ich czyny od lat kierowały się w niewłaściwą stronę. Prawie nigdy się nie widywali, odkąd syn zaczął współpracować z miastem, a Lily żyła własnym życiem, czasem spełniając prośby brata o uwiedzenie jakiegoś chłopaka, by przeszedł na ich stronę.

Treg krzyknął cicho, bo szef złapał go za rękę. Obtarta twarz to nie jedyna pamiątka minionej nocy.

— Przepraszam. Czy to on? — szepnął.

— To on, zadowolony?

— Mogę ci jakoś pomóc?

— Nie. Nie przejmuj się tym, ciebie ta wojna nie dotyczy. W ogóle nic mu nie mów, bo dostanę jeszcze za ciebie.

Jeffrey spokojnie pokiwał głową. Treg położył mu dłoń na ramieniu.

— Zapomnij. Lepiej zobacz to.

Wyjechał autem biznesmana z garażu, pozwalając szefowi zachwycać się rysunkami.

— Cudo. Jeśli go nie zechce, to odkupię. Szkoda, żeby takie arcydzieło się zmarnowało.

Treg roześmiał się szczerze.

Rozdział 6Sprzątanie

— Noah wstawaj! Naprawdę muszę cię codziennie budzić?!

Chłopiec otworzył oczy. Chudy stał pochylony nad łóżkiem, a potem odprawiał swój rytuał, otwierając okno i ściągając kołdrę.

— Która godzina?

— Siódma. Wstańże. Chłopaki dzisiaj przychodzą, lepiej zdążyć z porządkami przed nimi.

— Za wcześnie. — Zakopał się z powrotem pod kołdrą, nakrywając głowę poduszką.

— Od jutra stawiam ci tu budzik. Masz się nauczyć wstawać. — Wyszedł, mając nadzieję, że jednak się zbierze.

Nie stało się wedle oczekiwań i pół godziny później pojawił się w pokoju Noaha. Sam wyspałby się do południa. I mimo młodszego wieku Noaha i chęci zrozumienia, dziś nie mógł znieść widoku smacznie śpiącego dziecka, gdy on od dawna stał na nogach.

— Noah! — wrzasnął, natychmiast wyrywając go ze snu. Na siłę wyciągnął go z łóżka. — Masz pięć minut. Złaź na dół, bo zobaczysz tu Grubego! — Trzasnął drzwiami. On też nie miał dzisiaj dobrego dnia.

Noah ubrał się w pośpiechu, wreszcie przytomniejąc. Nie zamierzał sprawdzać, czy Chudy naprawdę przyśle tu wielkoluda. Ostatnim razem zagroził, że spłucze mu głowę w kiblu, jeśli nie wstanie. Okazja do spełnienia groźby się nie nadarzyła, a jemu nie uśmiechało się dawać ku temu powodów. Nie minęły trzy minuty, a stał na dole.

Spojrzał tęsknie w stronę kuchni i niechętnie podążył za czekającym starszym kolegą. Jęknął, stając przed schowkiem. Wybrali sobie najgorszy dzień na porządki.

Niemniej pomógł wyrzucić wszystkie graty na zewnątrz. Samo doprowadzenie środka do jako takiego stanu, zajęło czas do południa. Przejrzeli sprzęty, część wyrzucili, większość okazała się sprawna i potrzebna. Teraz należało je tylko poukładać. Tylko… albo aż. Noah zerknął na podwórze. Widok nie ucieszył.

— Siwy idzie — mruknął.

Chudy bezradnie omiótł wzrokiem rzeczy walające się na ziemi.

— Dokończę — zaoferował Noah.

— Na pewno? Dasz sobie radę?

— Pewnie — odpowiedział, mimo iż wizja zostania z tym samemu nie napawała entuzjazmem. Widział po minie Chudego, że nie chce obarczać go kończeniem, a z drugiej strony takiej propozycji oczekiwał. Trudno, jakoś to ogarnie.

— Dzięki. — Rzucił rękawiczki, powolnym krokiem odchodząc w stronę domu.

Noah westchnął, siadając na odwróconym wiaderku. Nie lubił złażących się chłopaków. Dziewczyny rzadko przychodziły. Od niepamiętnych czasów jedynie przemykały przez życie Ulicy — to męski, brutalny świat. Nie akceptował sposobu w jaki chłopaki współpracowali. Mieszkali w okolicznych domach. Od czasu do czasu schodzili się zawsze tutaj, żeby omówić tajemnicze interesy, czy czym tam się zajmowali. Chłopaki nie dopuszczali go do zebrań, chroniąc od ciemnej strony Ulicy.

Poza jednym dniem spotkań praktycznie nie kontaktowali się ze sobą. Ich stosunki były bardzo ogólne, czasami nawet oziębłe. Noah tęsknił za domem, murem, bramami, domkami, podwórkiem i jednym wielkim budynkiem. Pamiętał, że całość otaczał szeroki mur, a wchodząc przez pierwszą bramę, docierało się na ogromne podwórze pełne kurzu. Po prawo stał wielki budynek nazywany szpitalem, bo tam urządzono w piwnicy łóżka dla rannych i chowano broń. Reszta pięter stała pusta.

Na lewo na sporym placu stały domki. Dwanaście albo trzynaście — nie pamiętał. Maluteńkie, składające się z pokoju, czegoś co niegodnie nosiło nazwę salonu, kuchni i łazienki, oraz małego podpiwniczenia na piecyki z gazem. Tam mieszkali ludzie chronieni przez Trega. Idąc dalej przechodziło się przez kolejną bramę wciśniętą w drugi mur. Otaczał on mniejsze podwórze złożone z pustej żwirowanej przestrzeni z piętrowym budynkiem, w którym mieszkali oni. Tata, mama, najlepszy przyjaciel taty Michel i reszta ekipy. Łącznie siedmioro, niektórzy później z parami. Ojciec nigdy nie umniejszał roli kobiet w życiu Ulicy, szanował, jeśli zajmowały się domowymi sprawami czy pracą i szanował, jeśli chciały wychodzić w teren.

Z tego co wyciągnął z chłopaków, ponoć zginęli w ten sam dzień, co Treg. Dobrze zaplanowany atak przez Krisa za zgodą zwierzchnika miasta. Chciał, żeby wymordowali się wzajemnie. Pozabijali wiele osób, zwłaszcza tych, którzy przeszkadzali. Przeszył go dreszcz. Żyli szczęśliwie, zanim to się stało.

Tata poznał mamę, bo uratowała go od natrętnej siostry Krisa, potem także na wyścigach. Ona też jeździła — wcześniej, zanim on się urodził. Pamiętał, jak strasznie krzyczała na tatę, kiedy dowiedziała się, że zabiera go na wyścigi. Uczył się pilotowania i kochał to. Oboje dostali wtedy szlaban, a potem Tara złagodniała i pozwoliła na to szaleństwo. Wytarł łzy z policzków.

Niewiele spędził tam czasu, a zebrał mnóstwo wspomnień. Tęsknił za tamtym światem, tamtymi ludźmi, za czystą przyjaźnią, ciepłą atmosferą i rodziną, w której skład wchodzili wszyscy. Drużyna i ludzie z domków. Tamto ogromnie różniło się od tego systemu.

Noah nie potrafił wyobrazić sobie tych ludzi wspólnie pracujących, bawiących się i będących ze sobą cały czas. Przy takich stosunkach niemożliwe były jakiekolwiek więzi, pomoc na dobre i na złe. Na pewno nie daliby rady stanąć za sobą murem, dać sobie rękę uciąć za drugiego, życie za siebie oddać, bo do tego potrzebne jest bezgraniczne zaufanie, a jego nie ma bez więzi.

Ojciec wpajał mu zasady wraz z przyjaciółmi dzień w dzień, bez względu na to, ile z nich rozumiał będąc dzieckiem. Pokazał należyte życie. Noah nauczyłby Grubego i Chudego i resztę chłopaków. Brania i dawania szczerych uczuć. Nikt go nie posłucha, tu nie słuchało się dzieci.

Kiedyś wróci na swoją ulicę i zacznie od nowa, znajdzie swoich ludzi, stworzy swój dom. Porządny dom. Zbudowany na uczuciach, nie interesach.

Zerknął na podwórze. Zebrali się i rządkiem pakowali do domu. Pięcioro, siedmioro z Grubym i Chudym. Podwórze opustoszało, więc wziął się do roboty. Szło mozolnie. Gdy jakimś cudem poukładał graty, nastało późne popołudnie. Umierał z głodu. Nie słyszał, żeby chłopaki wychodzili, posiedzenie musiało trwać nadal; ciekawe o czym rozprawiali.

Ściskało w żołądku. Najpierw się umyje. Wrzucił wiaderko do środka, zamykając schowek. Otrzepał ręce. Nareszcie. Nigdy więcej nie zgłosi się na ochotnika do takiej roboty. Niektóre sprzęty sporo ważyły i umieszczenie ich na odpowiednim miejscu kosztowało niemało wysiłku.

Przejrzał się w łazienkowym lustrze. Wyglądał niczym nieboskie stworzenie. Wszedł pod prysznic. Strumienie pioruńsko zimnej wody spływały po ciele, krew zaczęła szybciej krążyć. Piecyk wiecznie się psuł, przynajmniej raz na trzy miesiące. Zakręcił kurek. O wiele lepiej, choć gorąca woda byłaby korzystniejsza na obolałe mięśnie.

Rzucił brudne ciuchy w kąt pokoju, ubierając inne. Nie miał siły nawet podnieść ręki, ale ssanie w żołądku dominowało nad potrzebą odpoczynku. Zszedł do kuchni prosto do lodówki. Pusto. Rozejrzał się po szafkach. Na stole leżały papiery. Przejrzał. Same rachunki i faktura za naprawienie piecyka. Westchnął. Wolał pasztet niż ciepłą wodę. Zatrzymał Chudego zmierzającego do toalety.

— Nie ma nic do jedzenia! — krzyknął.

— Nic nie poradzę.

— Jestem głodny!

— Trudno. — Chudy wzruszył ramionami i znikł.

— Serio? — Opadł na krzesło, opierając czoło o blat stołu.

Treg — Lata Temu

Treg siedział w ulicznym klubie. To cud, że coś takiego funkcjonowało. Przychodził tu, pragnąc zagłuszyć myśli dudniącą muzyką. Obserwował bawiących się ludzi, ciesząc się, że Kris i jego szurnięta paczka od dłuższego czasu nie zakłóca spokoju.

— Cześć, Treg! — Rozmyślania przerwał głos machającej przed oczami dziewczyny.

— Cześć — burknął niezadowolony z niechcianego towarzystwa.

Obserwował Lily dosiadającą się do stolika. Zdawał sobie sprawę, po co przyszła. Kris chciał go po swojej stronie. Jemu odmawiał, to wysyłał siostrę. Była ładna, naprawdę ładna i intrygująca. Wielu mężczyzn jej ulegało. Gdyby nie drażniła charakterem, może i jemu poprzestawiałyby się klepki.

— To nie jest dobre miejsce na rozmyślania.

Treg przewrócił oczami. Zaczyna się. Próbowała dosięgnąć go przez stolik, a potem przysunęła krzesło bliżej.

— Było, dopóki się nie pojawiłaś.

— Ach tak! — Wydęła wargi. — Zapomniałam, jaki potrafisz być miły. — Nawinęła na palec sznurek od bluzy chłopaka, przeciągając z jednej strony na drugą.

Treg złapał ją za nadgarstki. Poprawił kaptur, rzucając przelotne spojrzenie.

— Nadal tu jesteś?

— A co, nie lubisz mnie?

— Nie. — Skrzywił się.

Oplatał chłód i zimne ciarki, kiedy wpatrywał się w jej oczy w kolorze mrocznego indygo. Pomijając fakt, że łaziła za nim i dręczyła przy każdej okazji, pozostawała nieszkodliwa. Obrzuciła go nienawistnym spojrzeniem.

— No dobrze, nie złość się. Przecież wiesz, że mogę być twoja.

— Posłuchaj, daj sobie spokój…

— Ot tak — przerwała, pstrykając palcami.

Treg zabrał rękę, bo położyła na niej swoją dłoń.

— Kłopot w tym, że ja nie chcę. Dotarło?

Wstał z zamierzeniem wmieszania się w tłum. Lily jednocześnie bawiła go i irytowała. Popełnił błąd, wahając się, bo dziewczyna pchnęła go z powrotem na krzesło i usiadła mu na kolanach, bezczelnie się uśmiechając.

— Co robisz? — spytał, wciąż nieziemsko spokojny.

— Jeszcze nic.

Treg skupił uwagę na znajomej postaci wśród tłumu na środku parkietu. Wrażenie, że zobaczył dziewczynę, która niedawno wygrała na wyścigach, wepchnęło się w serce. Po prostu wpakowała się na wyznaczony tor i uciekła, odsuwając szybę na sekundę, żeby pomachać. To chyba jakieś omamy.

— Dlaczego tam patrzysz? — Lily odwróciła mu głowę w swoją stronę.

Treg zapiął bluzę, którą rozsunęła. Skrzywił się, odtrącając jej rękę ze swojego policzka i zrzucił dziewczynę z kolan.

— Czego… ode mnie… chcesz?

— Niczego, za to ty możesz żądać ode mnie…

Treg poszedł w tłum z Lily uczepioną jego bluzy. Odpychał ją aż wreszcie nie wytrzymał.

— Nie zbliżaj się do mnie — warknął. — Nie wiem, co sobie ubzdurałaś w związku z moją osobą, ale przestań! Jesteś gorsza niż Kris!

Zawrócił spod wyjścia świadomy, że jeśli wyjdzie, pójdzie za nim. Nie dopuszczał dziewczyny bliżej niż na odległość ręki, intensywnie myśląc nad pozbyciem się jej. Ponownie odepchnął Lily, rozpaczliwie poszukując pomocy. Przeszła mu ochota na siłowanie się z tą wariatką.

Niespodziewanie z sytuacji wybawiła mała brązowooka postać. Treg nie protestował, kiedy podbiegła i stając na palcach cmoknęła go w policzek. Z uśmiechem patrzył na zdezorientowaną twarz Lily, gdy nieznajoma pociągnęła za sobą do wyjścia. Nie mylił się. Była tu…

Rozdział 7Kradzież

Długo bawił się rachunkami, w końcu wstał. Z rękawa jedzenia nie wytrzepie. Zerknął na zegarek. Siedemnasta. Dwie przecznice stąd powinni sprzedawać na bazarze. Wybiegł z domu, w połowie drogi uświadamiając sobie, że nie ma ani grosza. Nie posiadał nic wartościowego, ale był głodny. Diabelsko głodny.

Przeszedł między stoiskami z burczącym brzuchem. Kręciło mu się w głowie od towaru i cen. Zszedł w boczną uliczkę, obserwując zamieszanie przy jednym ze stanowisk. Założył kaptur, pozwalając myślom w szaleńczym tempie przemykać przez głowę. Nie zdołał uchwycić żadnej.

Po prostu wepchnął się w tłum, przechodząc pod ręką jakiegoś pana. Ułamek sekundy zajęło sięgnięcie pomiędzy dwojgiem ludzi. Odszedł spokojnie z bułką w ręce. Wszedł w jakiś zaułek, siadając na ziemi. Powoli, prawie celebrując moment, ugryzł bułkę — słodką, z jagodowym nadzieniem. Pycha. Po tygodniach żywienia się pasztetem smakowała wybornie. Zjadł kilka gryzów, uświadamiając sobie własną głupotę.

Musiał coś jeść. To, co zrobił, było nie fair, ale… ale przydałoby się wziąć coś dla Chudego i Grubego. Poprawił kaptur, wychodząc na ulicę… Nie powinien, chociaż w tym momencie nic go nie powstrzymało. Następnym razem dobrze coś takiego zaplanuje. Następnym, bo teraz nie miał czasu na myślenie.

Czuł nieodpartą pokusę i gdy sprzedawca odwrócił się, pakując skrzynki do samochodu, zabrał ze stosika reklamówkę pełną bułek. Udałoby się, gdyby nie inny drący się sprzedawca, pokazujący na niego palcem. Noah przyspieszył. Obejrzał się na głównej ulicy.

Sprzedawca biegł za nim, a dalej majaczyła postać drugiego. Uciekał, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Brakowało sił. Poczuł silne szarpnięcie za kaptur. Prawie się przewrócił. Złapał oddech, bo kaptur przydusił. Mężczyzna krzyczał coś w nieznanym języku i szarpał, próbując odebrać reklamówkę.

Odsuwał rękę ze zdobyczą. Nie odda. Zamachnął się, uderzając sprzedawcę łokciem w żebra. Mężczyzna skulił się, lecz nie puścił. Gwałtownym ruchem odwrócił chłopca do siebie, wymierzając policzek. Noah zebrał się w sobie, wyrywając się. Nie pozwolił ponownie się złapać. Wypracował sporą przewagę, gdy wyrósł przed nim drugi mężczyzna. Pewnie przeszedł bocznymi uliczkami.

Chłopiec wpadł wprost na niego. Facet o posturze Grubego zacisnął palce na nadgarstku dziecka. Noah zacisnął usta i wyciągnął rękę z bułkami poza zasięg sprzedawcy. To jego.

— Oddaj mały, zanim zrobię ci krzywdę.

Noah nawet nie drgnął. Nie miał najmniejszego zamiaru. Obejrzał się. Drugi sprzedawca szedł spacerkiem pewny, że złodziej nie umknie. Nadgarstek zabolał.

— No mały…

Minęła wieczność, nim właściciel bułek stracił cierpliwość. W sekundę Noah stał tyłem z ręką wykręconą za plecami. Szybko zakręcił reklamówkę na drugiej ręce, przytulając do siebie. W wykręconym ramieniu rwało.

— Dziecko, oddaj to — usłyszał nad swoim uchem.

Pokręcił głową.

— Naprawdę nie chcę złamać ci ręki, ale zrobię to.

Oczy Noaha zaszły łzami. Bolało, piekło.

— Oddaj.

— To puść.

— O nie, co to to nie. Najpierw oddaj!

Mężczyzna szarpnął ręką, wywołując przeszywający ból. Noah wrzasnął. Uścisk natychmiast zelżał. Sprzedawca najwyraźniej wystraszył się, że przesadził. Chłopiec wykorzystał wahanie, uderzając łokciem. Wyrwał się, ruszając biegiem przed siebie.

Oglądał się na goniących mężczyzn. Ten dzień za dużo kosztował. Skręcił w bok wprost w ślepą uliczkę zakończoną siatką. Odetchnął głęboko, da radę. Przerzucił reklamówkę, wspiął się na siatkę i przeskoczył, raniąc przedramię o drut. Wbiegł do najbliższego budynku, potem schodami na płaski dach. Padł bez tchu.

Udało się. Szkoda, że jego energia bliska była zeru. Podczołgał się pod krawędź — widok na zaułek, gdzie mężczyźni niezdarnie próbowali pokonać siatkę. Z uśmiechem oglądał to komiczne przedstawienie. Palcami odłamując kawałki bułki, wpychał je do ust.