Nigel Rasac. INSYGNIA - M. Mi - ebook

Nigel Rasac. INSYGNIA ebook

M. Mi

0,0

Opis

Ośmioletni Nigel traci ojca, kiedy z ciała mężczyzny wylatują tajemnicze zjawy. Czarodzieje zabierają osamotnione dziecko do Świata Magii, gdzie zmieni się jego los. Tajemnice nawarstwiają się, światy chylą się ku upadkowi, a w tym wszystkim tkwi dorastający Nigel; z pierwszym zadaniem ratującym sytuację światów - odnaleźć Insygnia, zanim zrobi to ktoś nieodpowiedni. Kim naprawdę jest Nigel i jak wielką moc posiada? Czy Strażniczka Asteria pójdzie za nim, czy jego prawdziwa tożsamość sprawi, że odejdzie i już nigdy nie wróci?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 332

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



M. Mi

INSYGNIA

Nigel Rasac

Projektant okładkiKatarzyna Jamroży

KorektorKatarzyna Jamroży

© M. Mi, 2026

© Katarzyna Jamroży, projekt okładki, 2026

Ośmioletni Nigel traci ojca, kiedy z ciała mężczyzny wylatują zjawy. Czarodzieje zabierają dziecko do Świata Magii, gdzie zmieni się jego los. Tajemnice nawarstwiają się, światy chylą się ku upadkowi, a w tym wszystkim tkwi dorastający Nigel; z pierwszym zadaniem ratującym sytuację — odnaleźć Insygnia, zanim zrobi to ktoś nieodpowiedni. Kim naprawdę jest Nigel i jak wielką moc posiada? Czy strażniczka Asteria pójdzie za nim, czy jego prawdziwa tożsamość sprawi, że odejdzie i nigdy nie wróci?

ISBN 978-83-8455-306-0

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Patroni

Patronkom przesyłam masę wdzięczności i tego, co najlepsze, bo to dzięki nim ta książka żyje dłużej w social mediach, dociera w dalsze zakątki, a być może i do Ciebie, drogi czytelniku!

Dziękuję @books_for_everyone_16 za zwrócenie uwagi na okładkowy opis książki i pomoc w dążeniu do jego zachęcającej wersji.

Dziękuję @fantasypozmroku za betowanie przy okazji patronatu, poprawienie literówek, wszelkie sugestie (z wielu z nich naprawdę skorzystałam), „śmieszki” z anatomii człowieka, budujące komentarze i uśmiechnięte buźki przy tekście.

Dziękuję wszystkim patronkom za podjęcie się tej, wbrew pozorom, nieprostej roli promowania książki, zaangażowanie, dobre słowo i nieopisane wsparcie. Jesteście wspaniałe!

Niech nasza wspólna przygoda trwa jak najdłużej :)

Mojemu mężowi, Kamilowi

Lata temu I

— Wyciągnij to ze mnie, zanim zniszczy moją duszę i wszystko wokół!

Chłopiec stał nad tarzającym się na ziemi mężczyzną i mrugał gwałtownie, próbując powstrzymać łzy cisnące się do oczu. Zamaszyście pokręcił głową i odsunął się, gdy w jego stronę wystrzeliła ręka poległego.

­­­ — To je powstrzyma…

Oddech mężczyzny stał się urywany a słowa przeszywane jękami bólu.

— Ale tato — szepnął. — Nie mogę cię zabić!

— To jedyne wyjście…

Wyciągnął rękę, tym razem łapiąc chłopca za kostkę. Pociągnął silnie, przewracając go na kolana tuż koło swego boku. Przerażone dziecko spojrzało w oczy ojca i nie zobaczyło w nich nic, prócz wijącej się ciemności. Rozprzestrzeniała się niczym wąż, aż z ust mężczyzny wyleciały ogromne obłoki czarnej pary. Chłopiec uchylił się, wystraszony. Chciał uciekać, ale serce trzymało go przy najbliższej osobie. Czuł się rozdarty i sparaliżowany. Obowiązek i posłuszeństwo ojcu nakazywało wykonać rozkaz równoznaczny ze śmiercią. Ciemność cofnęła się i ponownie ujrzał oczy mężczyzny.

— Nie wybaczę ci, jeśli pozwolisz… światu zginąć — sapnął.

— Nie mam tyle mocy. — Bronił się, zaciskając pięści z bezsilności, aż zbielały mu kłykcie.

— Masz… nie umiesz… używać… — zakaszlał impulsywnie, siłą powstrzymując pojawiającą się w oczach czerń — ćwiczyć… obiecaj… jesteś…

Z gardła mężczyzny dobiegł rozdzierający duszę wrzask. Chłopiec odskoczył, zasłaniając twarz przedramionami. Obok przefrunęło tysiące czarnych zjaw, powalając go na ziemię. Szum, jaki przy tym wywołały, rozsadzał uszy. Podczołgał się do ojca mówiącego coś niewyraźnie.

— Osłoń siebie… przed zaczęciem, m-m-mo-yjesz…

Głowa mężczyzny opadła bezwładnie na bok, a ciałem wstrząsały dreszcze. Dziecko załkało przeraźliwie, a łzy wreszcie spłynęły po policzkach szerokim strumieniem. Może przeżyjesz? To miał na myśli? Doskonale wiedział, że jego moc jest zbyt słaba na dokonanie uwolnienia. Pozostawały zaledwie dwie opcje: odejść, pozwalając światu pogrążyć się w chaosie, gdy miliardy cieni wypłyną z pozostawionego ciała albo spróbować w nadziei, że uda mu się uratować świat, przy okazji zachowując ojca przy życiu.

Skrzywił się. Żadna z opcji nie przypadła mu do gustu. Kiedy kolejne zjawy zaczęły wylatywać z otwartych ust mężczyzny, natychmiast przypadł do niego, postanawiając spełnić ostatnie życzenie.

Skrzyżował ręce na własnej piersi. Krótką i prostą inkantacją wyuczoną przez ojca posłał w siebie trochę ochronnej magii. Położył ręce na klatce taty ze świadomością, że nie ma dość mocy próbować z daleka i zaczął mamrotać zaklęcie. Zacinał się i gubił, nie pamiętał słów ani ich znaczenia a tym bardziej kolejności. To sztuka, której uczyło się latami. Długo należy to robić? Powinno dziać się coś pomiędzy. Najwyraźniej nie działało. Za to własne dłonie paliły go, jakby dotykał słońca. Otarł oczy z łez wierzchem dłoni i mamrotał dalej, nie ustając w wysiłkach. Za późno, by się wycofać, cokolwiek się stanie.

Nagły wybuch przeszył uszy, nim oczy zorientowały się, że ciało ojca zostało rozdarte na kawałki. Podmuch powietrza posłał chłopca wprost na najbliższe drzewo. Upadł z bolesnym jękiem, łapiąc zranioną głowę. Wszystko stracone. Moc odeszła, a on też się rozpadnie i zniknie. Dotrzymał obietnicy, uratował świat. Osunął się bezładnie wśród falującego od żaru powietrza.

Rozdział 1

Nigel Rasac osłabił swoją moc, orientując się, że chłopak stojący przed nim się męczy. W jego ruchach zaczynało brakować płynności, choć mimo widocznego wyczerpania wciąż zadawał ciosy z dużą siłą. Przyjrzał się dokładniej, doznając nagłego olśnienia. Chłopakiem władał urok sterowności.

Jakiś mag kierował nim z dużej odległości — potężny mag. Odebranie wolnej woli to nic prostego. Ani miłego. Skrzywił się na samą myśl o tym. Zajmowali się nimi magowie — czarodzieje szkoleni w wąskich dziedzinach sztuki, które doprowadzali do irytującej perfekcji. Nie sądził, że istniał czarodziej o tych zdolnościach. Większość zmarła, bo posiadali ją wiekowi magowie. Najwyraźniej jakiś uchował się przy życiu, pewnie nie na długo.

Czekał na wyczerpanie mocy — posługując się kimś innym miało się do rozdysponowania określoną ilość energii, nawet jeśli moc sterującego była dużo większa. Rozmyślał. Czarni zaatakowali granice Gildii Ruin niespodziewanie i w środku dnia. Po co? Jaki mieli w tym cel? Od tysięcy a może i milionów lat pragnęli panować nad Światami — Światem Magii i Światem Śmiertelników. Gildie i Stowarzyszenie Strażniczek pilnowały wspólnie, by do tego nie doszło.

Czarni posługiwali się czarną magią, od której zyskali niechlubną nazwę. Używali jej jako tej silniejszej, ale najwyraźniej robili to źle, skoro wciąż nie udało im się dojść do celu. Dlaczego atakowali dzisiaj? W dodatku wiedząc, że są skazani na porażkę? Gdzie jakiś cel?

Wrócił myślami do chwili obecnej. Przeciwnik stanął, a jego ręce dyndały niczym u bezwładnej marionetki. Nastąpiło wyczerpanie. Sterujący stracił możliwość przelania w niego swojej mocy na długie godziny. Dopóki to się nie stanie albo nie zostanie uwolniony, nie będzie w stanie zrobić nic, prócz mówienia. Przyjrzał się rywalowi. Nie mógł być starszy od niego, z tą różnicą, że wyglądał znacznie solidniej. Lepiej zbudowany, o ostrzejszych rysach twarzy i oczach w kolorze przezroczystego strumienia, zupełnie niepasujących do czarnych jak smoła włosów.

Nigel opuścił zasłonę, choć magia wciąż otaczała przeciwnika delikatną mgiełką. Nie atakował. Czarny spoglądał z autentycznym przerażeniem w oczach.

— Nie zabijaj — szepnął.

Rasac złapał twarz chłopaka palcami. Właśnie to powinien zrobić. Nie zważając na narastający opór, wytwarzany przez strach, potarł kciukiem o palec wskazujący tuż przed jego oczami, wpuszczając do umysłu czarnego odrobinę magii. Wróciła zapełniona wspomnieniami tamtego. Bezsprzecznie urodził się czarny i tak został wychowany — brutalnie i niegodziwie, by być właśnie taki. Wystarczyło. Zignorował całą resztę, wyrzucając niechciane informacje ze swojej głowy.

Odsunął się krok i zacisnął pięść, wzmacniając duszące opary wokół wroga. Chłopak padł na kolana, niezdolny ruszyć się z miejsca. Nigel zauważył, że nie spuszcza z niego wzroku. Zawahał się. Znał cel tej niemej prośby i jej przyczynę. Nie wierzył temu, co przemknęło we wspomnieniach podczas przeglądania. Znalazł w nich nutę nienawiści do systemu, w którym czarny został wychowany. Czy mógł temu ufać? Nie trzeba wytrawnego maga do wytworzenia takiej iluzji uczuć.

A jednak coś go powstrzymywało — ludzka intuicja. Magia nakazywała zabić. Zacisnął pięść mocniej i patrzył na chłopaka duszącego się niewidzialnym pyłem.

Gwałtownie rozluźnił pięść i opuścił rękę, zdając sobie sprawę, że pozwolił drugiej magii na odrobinę władzy. Cofnął się nieznacznie, otoczywszy siebie i czarnego kopułą chroniącą. Magia ostrzegawczo zaiskrzyła, wyczuwając zbliżające się osoby.

Spojrzał przez ramię, dostrzegając swoich przełożonych. Tylko ich tu brakowało. Syknął pod nosem, odwracając się ku chłopakowi. Może zdąży chociaż zacząć.

— Ou te faʻatagaina oe e alu saoloto ma faasaoloto oe mai le oona uliuli o lou agaga — szepnął.

Powtórzył to kilkukrotnie, za każdym razem wywołując grymas bólu na twarzy czarnego. To skomplikowana procedura wymagająca czasu. I bolesna. Skończy później, wstęp powinien wystarczyć na jakiś czas. Przynajmniej, dopóki nie zostaną sami.

Ledwo skończył mówić, kolorowa mgła otoczyła wroga, uwalniając od związku z jego Wyższymi. Ten popatrzył zaskoczony na Nigela. Nie zdawał sobie sprawy, że ktoś z łatwością umie to uczynić. Nikt już nim nie zawładnie, jeśli się nie zwiąże.

— Mauruuru mo te tohu i taku ora, ka tukuna atu e ahau ki a koe, ka oati ahau ki te mahi ki a koe — odpowiedział.

Nigel zerknął niepewnie. Czarni posługiwali się językiem Maori podczas inkantacji, on Samoańskim. Rozumiał oba, lecz Maori ranił jego uszy. Nie chciał brać go jako służącego, darował wolność, więc niech ją ma.

— Ou te talia le taulaga ma lafoai loʻu saolotoga.

Czarny wstał z kolan i skłonił się głęboko, niczym nieskrępowany.

— Zostanę, jeśli pozwolisz.

Nigel westchnął.

— A mogłem cię zabić — mruknął.

Teraz się go nie pozbędzie. Zamierzał powiedzieć, żeby spadał, gdy wiatr przyniósł powiew złowrogiej magii. Rozejrzał się. Na placu nie pozostał żaden wróg, zaklęcie przychodziło z daleka. Od razu rozpoznał rozkaz dla czarnego, nakazujący powrót. Magia próbowała złapać go i teleportować, lecz powiewy przelatywały przez ciało niczym zwykłe muśnięcia powietrza.

Nigel uśmiechnął się na tak demonstracyjny dowód siły jego mocy. Czarny natomiast stał przestraszony, jakby huragan miał go porwać, dopiero po chwili zrozumiawszy, że faktycznie został uwolniony.

— Nie zostawiaj mnie — poprosił Nigela. — Wiesz, że mnie zabiją, jedni albo drudzy.

Rasac bił się z własnymi myślami. To prawda. Jeśli go zostawi, nie zdoła wystarczająco szybko schować się, nim odnajdą go Wyżsi. Ciągle dokładał sobie kłopotów. Według prawa Gildii Ruin mógł wziąć pod opiekę wiele osób, dopóki za nich odpowiadał.

Odbywał się turniej, na którym przewodniczący Wyższych ścierał się z czarodziejem broniącym kogoś, kogo chciał zostawić pod opieką. Jeśli czarodziej wygrał, osoba zostawała w Ruinie, jeśli nie — znikała bezpowrotnie. Żadne prawo nie wspominało jednak o wzięciu pod skrzydła dotychczasowego wroga.

Magia ostrzegawczo piekła w umyśle, lecz intuicja wciąż podpowiadała zatroszczyć się o chłopaka. Skinął, podejmując decyzję i owionął czarnego niebieskim pyłem, całkowicie izolując od poszukującej czarnej magii. Ruszył w kierunku swoich Wyższych, a czarny podążył za nim.

— Jak masz na imię? — zapytał Nigel, nawet za siebie nie spoglądając.

— Ren.

— No dobrze, Ren… Utną mi za ciebie głowę, więc milcz, dopóki nie pozwolę ci się odezwać.

— Rozumiem. — Skłonił się do pleców Nigela, nie zwalniając kroku. Zrównali się z Wyższymi.

— Co to za jeden? — spytał przewodniczący.

— Jest mój.

— To czarny.

— Już nie.

Wyższy dmuchną na Rena, czekając, aż magia powróci z żądanymi informacjami.

— Ma wolną wolę, nie zezwalam.

— Prawo nic o tym nie mówi, nie zwiążę go, będę bronił.

Starszy czarodziej otworzył usta, chcąc zaprotestować. W tym samym momencie powietrze wokół zawirowało ostro i pojawił się Najwyższy. Czarodzieje zgięli się w pokłonach. Nigel pozostał niewzruszony, jedynie odsunął się nieznacznie, robiąc miejsce. Najwyższy zatrzymał wzrok na przewodniczącym.

— Nie będzie obrony — zwrócił się do niego, tym samym przyznając, że cały czas obserwował.

— Prawo tak stanowi, nie przyjmę czarnego pod dach bez odpowiednich procedur — mruknął przewodniczący.

— Absurd. Prawo stanowi też, że czarodziej do turnieju ma prawo stanąć wyposażony w pełnię swej mocy. W związku z tym należy zdjąć mu Bariery Mana. — Skinął w stronę Nigela. — Tak chcesz się z nim mierzyć?

Przewodniczący spuścił wzrok, choć miał ochotę zgromić nim Najwyższego za pilnowanie dokładnej znajomości prawa. Od lat absolutnie nie dopuszczał do siebie myśli o ściągnięciu chłopakowi opasek, nie mówiąc o pojedynkowaniu się z nim wtedy na moc.

— Nie — bąknął w odpowiedzi.

— Nie zezwalam więc na coś, co z góry skazane jest na porażkę.

Nigel uśmiechnął się pod nosem. Oto jawny dowód na to, że nawet Wyżsi się go boją, a ich trwogę śmiało brał za przyczynę tego, co z nim robili. Najwyższy zwrócił się ku niemu.

— Co ci podpowiadała magia?

— Zabroniła. — Uśmiech znikł z twarzy młodego czarodzieja, pojawiając się u przewodniczącego.

— Więc?

Nigel zamilkł, zaciskając usta w wąską kreskę. Nie zamierzał rezygnować. Przepłynął przez niego strach stojącego obok Rena.

— Więc zostanie, bo tak postanowiłem. Prawo na to zezwala, jeśli go obronię.

— Powiedziałem, że nie będzie obrony — przypomniał.

— W takim razie po prostu jest mój. — Spojrzał na maga z pytająco uniesionymi brwiami. Najwyższy uważnie zmierzył go wzrokiem.

— Odpowiadasz za każdy jego czyn. Bez względu na to, w jaki sposób go pozyskałeś, dalsze zasady się nie zmieniają — ostrzegł.

Najwyższego otoczyła biała mgła. Nachylił się do młodego czarodzieja, znikając. Wyłącznie Nigel usłyszał, co powiedział.

— Nie wyobrażaj sobie, że podoba mi się twoja bezczelność i brak ukłonów. Zapisuję minusy przy twoim nazwisku, Rasac. Za każdym razem. Kiedyś moja cierpliwość do ciebie się skończy i módl się, żebyś nie miał wtedy założonych barier.

Zniknął, nim chłopak zdążył zareagować. Nigel wymienił spojrzenia z Wyższymi, wzruszając ramionami. W tym przypadku brak ukłonów nie oznaczał braku szacunku i zdawało się, że Najwyższy o tym wie. Otoczył mgłą siebie i Rena, sprawnie przenosząc ich do ruiny.

Lata temu II

Chłopcu huczało w głowie, kiedy się ocknął. Podniósł się z trudem, rozglądając. Cisza i spokój. Zło nie nadeszło, a on żył. Wstał, zataczając się. Nieznośny pisk w uszach nie pozwalał skupić myśli. Co teraz zrobić? Jest dzieckiem. O tym ojciec już nie poinstruował. Wiedział, że kiedyś to z niego wyjdzie. Chyba nie spodziewał się, że tak szybko. Obaj byli nieprzygotowani.

Ruszył chwiejnie przez las, byle dalej od tego miejsca. Nie wróci do domu, nic tam nie czekało. Nie przetrwa sam w domku w środku puszczy. Zawroty głowy powodowały nieprzyjemne mdłości. Opadł na kolana, podnosząc się długie minuty później.

Myśli zbiegły w jeden cel: powinien dotrzeć do Świata Magii, ale nie miał pojęcia jakim sposobem. Zebrał po drodze parę dzikich owoców, napełniając dziwnie skręcający się żołądek. Szedł do zapadnięcia zmroku. W końcu zmęczony ułożył się przy rozłożystym drzewie i zasnął, targany niespokojnymi wizjami.

Obudziło go solidne szturchnięcie. Zerwał się na nogi, dojrzawszy przez sobą dwóch mężczyzn w szatach czarodziejów. Zanim zdążył uciec, jeden z nich złapał go za kaptur szarej peleryny podarowanej przez ojca całkiem niedawno. Skutecznie ogrzewała w chłodne dni i kamuflowała w gęstwienie leśnej.

— Jesteś sam?

Chłopiec popatrzył zdziwiony: usta poruszały się bez dźwięku. Dopiero po chwili zrozumiał — huk wczorajszej eksplozji ogłuszył. Kręcąc głową, wskazał na uszy. Czarodziej przytaknął ze zrozumieniem. Usiadł na ziemi, zachęcając do zajęcia miejsca obok siebie. Nieco oszołomiony chłopiec zrobił, o co został poproszony.

~ Słyszysz mnie?

— Tak — potwierdził, bo głos czarodzieja w jego głowie wybrzmiał głośno i wyraźnie; nie słyszał za to własnej mowy.

~ Odpowiadaj w myślach, przeczytam je. Jesteś sam?

~ Tak.

~ Gdzie rodzice?

~ Zjadły ich zjawy.

~ Jesteś głuchy?

~ Nie. Coś wybuchło, gdy zbierałem owoce.

~ Masz tu rodzinę?

~ Nie.

~ Pójdziesz z nami?

~ Po co?

~ Ochronimy cię.

Chłopiec przezornie mijał się z prawdą, zastanawiając się, ile czarodziej wie. Nawet on, choć jeszcze dziecko, umiał znaleźć nieskrywaną aurę mężczyzn. Nie potrafił określić jej wielkości, ale odczuwał, że nie są zwykłymi ludźmi. Zatem i oni wiedzą o jego mocy. Zaryzykuje.

~ Nie jestem zwykłym dzieckiem.

~ Czujemy.

~ Nie ufam Wam.

~ Nie każę ci tego robić. Ale nie masz wyjścia, jeśli chcesz przeżyć. Jeszcze tysiące zjaw krąży w tych lasach. Miną tygodnie, nim doświadczeni magowie je zabiją.

~ Zgoda. Kiedy to zrobią, wracam do domu.

Twarz czarodzieja pojaśniała. Wstał, podając rękę dziecku. Chłopiec podniósł się sam i spojrzał pytająco, czekając na kierunek, w jakim ma podążać. Poczłapał za mężczyznami, trzymając się nieco z tyłu. Jakoś nie przekonały go te uśmiechy.

Rozdział 2

We wnętrzu gildii Nigel popędził przed siebie. Zbiegł krętymi schodami najniżej jak się dało, dalej labiryntem korytarzy. Ren biegł z tyłu, bez trudu dotrzymując tempa, a mimo to na jego twarzy malował się niepokój. Nie chciałby zgubić się tutaj. To obce miejsce nie tylko ze względu, że to dom dotychczasowych wrogów. Emanowało jakąś niespotykaną energią i nie był to efekt białej magii.

Wzdrygnął się, skręcając gwałtownie za nowym panem. Wpatrywał się bezwiednie w plecy czarodzieja biegnącego przed nim, zwalniając do truchtu. Sam go wybrał. Po głowie krążyły myśli, czy to aby nie akt desperacji przez sytuację w jakiej się znajdował. Wątpił jednak w to złudne przeczucie. Od dawna nosił się z myślą o uwolnieniu od Czarnych. Latami pozostawał jednym z nich. Nie zaprzeczał, choć został wychowany inaczej, a to pozostawiło w nim znacznie większy ślad niż pieczęć Czarnych.

Buntownicy zajmowali się nim przez dziecięce lata. Dziki lud zamieszkujący surowe tereny Świata Magii; czarodzieje mający w głębokim poważaniu zasady Gildii, Stowarzyszenia i konflikty między czarnymi a białymi czarodziejami, żyjący według własnych; nikomu nieznanych zasad. Odcięli się od światów tysiące lat temu, a gildia zostawiła ich w spokoju, od kiedy zasiedlili dalekie, mało warte tereny. Ponoć nie używali magii często, więc nie stanowili zagrożenia.

Pamiętał raczej odwrotny stosunek do magii. Szanowali ją ponad wszystko, lecz używali co rusz, również do codziennych czynności. Przypominali mnichów oddających się energii, którą dysponowali, badający ją w sposób do tej pory dla nikogo niepojęty. Lud z sekretami przekazywanymi ustnie od tysiącleci. Tajemniczy, skryci i gościnni dla tych, którzy potrafili poszanować dar magii. Niewątpliwie silni.

Wpoili wartości, które brutalnie wyciągnięto z jego głowy podczas szkolenia na czarnego. Został nim jak matka, ojciec i cała rodzina od wielu, wielu pokoleń. Został zmuszony do związania się z nimi. Trafił do Buntowników, bo matka broniła jego życia podczas jednej z wojen, gdy był jeszcze niemowlęciem. Odebrała go od nich lata później, a on do tej pory nie zrozumiał, dlaczego trwało to tak długo.

— Elias! Przygotuj izolatkę! — Nigel zwolnił do szybkiego marszu, krzycząc do kogoś, kogo nie mieli w zasięgu. Ren niemal wpadł na jego plecy zajęty rozmyślaniem.

— Jaka izolatka? — zapytał ze zdziwieniem, a przez głos przebijała się drżąca niepewność.

— Sala Zatrzymująca.

Koło nich pojawił się wysoki, starszy mężczyzna odziany w szatę strażnika złożoną z szarych, prostych spodni, szarej koszuli i równie szarej peleryny. Włosy, choć przyprószone siwizną, odznaczały się niewiarygodną wręcz gęstością dostrzegalną na pierwszy rzut oka, zaraz po wyraźnie zaznaczonej, typowo męskiej szczęce.

— Panicz Nigel lubi dziwne skróty — wyjaśnił, skinąwszy młodemu czarodziejowi i przepraszająco się uśmiechnął.

— Panicz? — Ren całkiem się pogubił, rotując wzrokiem pomiędzy jednym a drugim.

— Ach, to niezwykle ciekawa historia na długi nudny wieczór. Przyjdź kiedyś do mnie. — Mrugnął okiem i teleportował się, spełnić życzenie Nigela.

— Nawet o tym nie myśl. — Nigel rzucił czarnemu twarde spojrzenie.

— Postaram się, książę. — Wyszczerzył zęby, niezwykle zadowolony.

— Za krótko się znamy na żarty. Pamiętaj, że zawsze mogę zwrócić cię Czarnym, w końcu nim jesteś — warknął.

Ren zamrugał szybko, ewidentnie zaskoczony tymi słowami. Nie może sobie pozwolić na urażenie go. Nie chciał wracać do dawnego domu, skłonił się więc delikatnie w przeprosinach i zamilkł.

— Mogę o coś zapytać? — odezwał się, gdy wędrowali już dalej.

Nigel machnął ręką, dając znak pozwolenia.

— Po co idziemy do Sali Zatrzymującej?

— Zmieniłeś zdanie i jednak chcesz pozostać czarny? — Zatrzymał się.

— Skądże znowu! — Spuścił wzrok pod podejrzliwym spojrzeniem czarodzieja.

Nigel westchnął. Przejdzie z nim istną przeprawę, nim upewni się, że warty jest choć odrobiny zaufania.

— Podnieś głowę — nakazał.

Ren spojrzał na czarodzieja. Drgnął, bo Rasac uniósł rękę, ale nie protestował, gdy pocierając palcami, wpuszczał do wspomnień opary magii. Nigel cofnął się, nie wyczuwając wrogości. Odwrócił się napięcie, ruszając dalej. Jeszcze dwa zakręty i będą na miejscu.

Parę kroków dalej nagle uświadomił sobie, dlaczego tamten pyta o salę. Uśmiechnął się pod nosem, rozważając głupawy pomysł nastraszenia nowego towarzysza. Szybko zrezygnował, rozumiejąc, że sprzyja to nadmiernemu spoufalaniu się. Powinien traktować go chłodno.

— Nie wiesz, jak wygląda procedura uwalniania. — Bardziej stwierdził, niż zapytał, nie zwalniając kroku.

Ren nieśmiało skinął głową. Czarodzieje winni byli nabywać wszelaką wiedzę na temat różnych rytuałów. Czarni nie zwracali na to zbytniej uwagi i jak mniemał, sporo na tym tracili. Po kilku metrach zdał sobie sprawę, że Nigel nie widział skinięcia.

— Nie bardzo — przyznał.

— Czyli wcale, sądząc po twoim zdziwieniu, gdy cię zabolało na początku i fanfarach, kiedy twoim nie udało się ciebie ściągnąć.

Stanęli wreszcie pod kurtyną mlecznobiałej magii, falującej spokojnie na końcu korytarza. Po chwili wyszedł stamtąd Elias; z wielkim uśmiechem na ustach podszedł do czekających.

— Jest gotowa, upewniłem się, czy nic nie szwankuje. To cholerstwo przeżyje nasze wnuki — zameldował.

— Twoje na pewno — mruknął Nigel, czyniąc aluzję do wieku strażnika. — Dzięki, Elias.

Mężczyzna zamknął usta gotowe do riposty i skłonił się, zauważając, że nie czas na słowne przepychanki. Teleportował się bezszelestnie.

Nigel zwrócił się w stronę Rena. Wpatrywał się w niego jakiś czas, szukając czegokolwiek, co odwiodłoby od tego pomysłu. Ufał swojej intuicji, jednak takie gierki potrafiły skończyć się bardzo źle. Bierze pod opiekę wroga. Westchnął wreszcie niezauważalnie, rezygnując z wymyślania.

— Wytłumaczę ci coś, Ren. Tam na placu dopiero zacząłem uwalnianie. Podejrzewam, że właśnie przestało funkcjonować. Jeśli ma zadziałać na zawsze, trzeba odbyć całą procedurę.

— Dobrze.

— Nie, niedobrze. To nie jest przyjemne. Jest długie i bardzo boli. Uwalniającego też. Podzielę ból, ale nie zamierzam za ciebie cierpieć, rozumiesz?

Ren przytaknął, znienacka uświadamiając sobie, że to Nigel ma nad wszystkim kontrolę i jeśli zechce, zarzuci go bólem. Wyrywanie magicznych pieczęci z serca i duszy raczej nie obejdzie się bez dramatów.

— Robiłeś to wcześniej? — zapytał, przestraszony.

— Raz.

Ren patrzył płonącymi oczami, oczekując czegoś więcej.

— Nie wyszło — przyznał, wzmacniając tym obawy czarnego. — Nie pytaj, bo to nie jest miły widok. Mogę pocieszyć cię tym, że byłem wtedy małym dzieckiem.

Ren stał sparaliżowany. To oczywiste, że taka magia nie jest uprawiana na co dzień. Jak śmiał od młodego czarodzieja wymagać niebywałych czynów? Pewnie niewiele różnili się wiekiem, a on nie skończył jeszcze siedemnastu lat. Zmierzył Nigela. Ma powierzyć swoje życie nastolatkowi?

Analizował sytuację, zerkając na Nigela. Niższy od niego, szczupły, z krzywo ostrzyżonymi, nie do końca brązowymi włosami i wymiętą białą peleryną wyglądał dość niechlujnie. Nie przystało to na czarodzieja głównej gildii. Przemknął wzrokiem po jego twarzy, nie dostrzegając koloru oczu, za to niewielki nos dodawał mu dziecięcego uroku.

A jednak Czarni nie zdołali go porwać z placu po rzuconych przez Nigela zaklęciach. Uświadomił sobie, że ten chłopak to jedyna nadzieja. Albo zostanie czarny i swoją siłą teleportują go z powrotem, albo zostanie tutaj. Zdawał sobie sprawę, że nikt, poza stojącym przed nim czarodziejem, nie da takiej szansy. Jest ich wrogiem i powinien głęboko zastanowić się nad tym, dlaczego Nigel postąpił inaczej.

— Nie zmuszam. Poczułeś zaledwie namiastkę całej procedury. Wyobraź sobie jak straszna jest reszta. Pozwolę ci ze mną zostać bez tego — zaoferował Rasac.

Ren pokręcił głową. To zbyt wiele. Nie powinien ryzykować bezpieczeństwa wybawcy dla własnej wygody.

— To jak wyganianie zła? — dopytywał.

Kąciki ust Nigela drgnęły nieznacznie. Powstrzymał szeroki uśmiech, lecz w oczach zatańczyły iskierki rozbawienia.

— Nie. Uwalnianie białego maga czy kogokolwiek innego wygląda podobnie. Nie chodzi o zło, ale o związek. Boli rozerwanie zapieczętowanej więzi. Im dłuższe, tym trudniejsze do rozwiązania. Zależy od oporu, lojalności, chęci i innych bzdet. — Powstrzymał się przed wytłumaczeniem, że czarna magia wcale nie jest zła a silniejsza i przez to niegodziwie wykorzystywana.

— Oporu? Robi się to na siłę?

— Praktykowano dawno temu — wyjaśnił. — Zbyt czasochłonne i kosztowne. Jak zauważyłeś, teraz się zabijamy.

Ren zacisnął zęby, zdeterminowany.

— Chcę tego — powiedział pewnie — spróbuj na mnie.

Nigel nie wytrzymał i roześmiał się, kładąc mu rękę na ramieniu.

— Nie będę próbował, kretynie. Zrobię to, jeśli jest w tobie choć odrobina dobrej woli. Nie zabrałbym cię tu, gdybym po raz kolejny zamierzał oglądać efekt nieudanego uwolnienia. Właź. — Wskazał na izolatkę.

Czarny przeszedł przez kurtynę magii i stanął na środku pomieszczenia. Zaraz pojawił się Nigel i obaj rozejrzeli się po błyszczącej różnymi kolorami sali. Ren odczuwał swoiste déjà vu, przypominając sobie, że kiedyś znajdował się w podobnym pomieszczeniu. Wzdrygnął się.

Patrzył na czarodzieja, który zaraz uwolni go od wieloletniej służby ciemnej stronie. Nigel stał tyłem, podparty pod boki, jakby całym sobą chłonął tajemniczą aurę tego miejsca. Doprawdy niezwykła chwila. Żywił nadzieję, że spodobał się młodemu czarodziejowi, nie chciał sam walczyć z tym, co nastąpi.

Nigel odwrócił się, wskazując palcem miejsce na końcu sali.

— Stań tam.

Ren zastosował się, czekając na dalsze polecenia; nie otrzymał żadnych. Cofnął się pod ścianę, pchnięty nieoczekiwanym naciskiem mocy.

— Ou te faʻatagaina oe e alu saoloto ma faasaoloto oe mai le oona uliuli o lou agaga…

Słowa Nigela odbijały się echem od ścian pomieszczenia, zagłuszając jego własne myśli napływem magii. Napierała na umysł i wdzierała się w ciało, boleśnie raniąc na razie tylko uszy. Ból głowy wzmógł się, niemal rozsadził czaszkę, nim zorientował się, że broni się przed tym ze wszystkich sił. Nie powinien. Rozluźnił się, szybko czując różnicę.

Zerknął na Nigela, szukając na jego twarzy aprobaty lub jakiegokolwiek potwierdzenia, że postępuje odpowiednio. Nie dostrzegł nic, prócz pełnego skupienia. Ku wielkiemu zdziwieniu odkrył, że czarodziej stoi zupełnie swobodnie, a ręce trzyma w kieszeniach. Miotał potężną magią, używając do tego jedynie umysłu.

Zdziwiony, przestał skupiać się na magii wdzierającej się do czaszki. Wydawało się, że pływa w próżni, w nicości. Słowa docierały w zwolnionym tempie i dziwił się, że chłopak jest w stanie cokolwiek mówić.

— Tuu lou mafaufau saoloto ia lava mai le mea na tuʻuina i ai. Tuʻu ia e maua fua e mafai ona e faʻatautaia oe lava. Lou finagalo o lou finagalo lea. E le mafai e seisi ona faʻamalosi lou loto e aunoa ma lau faʻatanaga.

Głos czarodzieja wbijał się w skronie. Fala gorąca, która ogarnęła czaszkę, coś zrobiła. Krzyknął. Jakby ktoś zabrał kawałek niego. Przestało mu się podobać. Złapał się za skronie, bo szarpnięcie magii znów coś wydarło. Jęczał, obejmując głowę dłońmi.

Szarpnięcie powtórzyło się kilkukrotnie, za każdym razem słabsze i mniej bolesne. Zdał sobie sprawę z mgły otaczającej oczy, gdy przestał cokolwiek widzieć. Strach opanował. A jeśli ten czarodziej robi coś zupełnie innego? Zaufał naiwnie nieznajomemu. Chciał odejść, ale umysł nie panował nad ciałem.

— Tuʻu lou agaga faʻasaʻolotoina ia lava mai le mea na tuʻuina i ai. Tuʻu ia e maua fua e mafai ona e faʻatautaia oe lava. Lou finagalo o lou finagalo lea. E le mafai e seisi ona faʻamalosi lou loto e aunoa ma lau faʻatanaga.

Kolejne zaklęcie dosięgło klatki. Cofnął się pod naporem mocy, próbującej wejść do wnętrza. Wcale nie chciał jej wpuszczać. Oparł się o ścianę, oddychając głęboko. Spoglądał na Nigela, którego wzrok biegał naokoło, szukając wejścia. Ren dał się złapać na spojrzenie i w jednej chwili magia dostała się do duszy, ogarnęła całe ciało.

Padł na kolana, wrzeszcząc. Jakiś potwór rozrywał od środka, darł pazurami po jego… czym? Nie rozumiał, gdzie znajduje się dusza, czuł ból wszędzie. Nieokreślony, wszechobezwładniający.

— Boli! — krzyknął.

Nigel drgnął, obudzony z transu i przyjrzał się Renowi. Oczywiście, że boli, ostrzegał przecież. Jego też bolało. Odczuł to dopiero teraz i żałował, że dał się wybić ze skupienia. Całe ciało płonęło żywym ogniem. Skoncentrował się na słowach, zmuszał umysł do oddzielenia od ciała. Nie przestając mówić, wciągnął powietrze głęboko w płuca i powoli je wypuszczał.

Zająknął się. Poczuł w ustach metaliczny smak, odkrywając, że krew spłynęła do gardła. Czyżby nie posiadał wystarczającej siły? Raczej potrafił ocenić swoje możliwości. Bał się. Jeśli przerwie, z Rena nic nie zostanie; umrze. Starcie dwóch przeciwnych magii rozerwie go na strzępy. Musi zostać w nim tylko jedna, tylko jego.

Odruch wymiotny wstrząsnął ciałem. Zerknął na Rena. Z nim działo się gorzej, choć z całych sił próbował rozłożyć cierpienie po równo. Turlał się po ziemi, obejmując ramionami. Spokój oznaczać będzie spalenie pieczęci. Zaschło mu w gardle, ale nie czas na rozpoczęcie kolejnej inkantacji.

Nigel uklęknął na kolano, łapiąc się za klatkę, jakby dostał obuchem. Wyrwał mu się cichy jęk. Wstał, zaraz opadając z powrotem. Wydawało się, że pójdzie łatwiej. Kilkukrotne powtórzenie miało wystarczyć, tymczasem prawie mylił się w słowach, tak wiele razy je powtarzał. Rena nie pieczętował przypadkowy czarodziej; raczej potężny mag.

Zacisnął pięść, wzmagając własne zaklęcie. Szarpał się z niewidzialną magią kogoś innego, powstrzymując narastające mdłości. Minęły długie minuty, nim Ren uspokoił się i zaczął oddychać powoli i głęboko, wciąż leżąc na ziemi.

— Nie chcę więcej — wycharczał — nie rób tego. — Zwrócił wzrok ku Nigelowi. — Wolę umrzeć.

Nigel współczuł mu z całego serca, ale nie planował przerywać. Nie zamierzał ponownie oglądać nieudanego uwolnienia. Doprowadzi to do końca, choćby za cenę własnego życia.

Chwilowo zdolny się poruszać, wstał i zmienił miejsce. Oparł się o ścianę, mrucząc pod nosem zaklęcia pośredniczące. Da im chwilkę przerwy. Odetchnął głęboko, płynnie wchodząc w inkantację.

— Tuʻu lou fatu faʻasaʻolotoina ia lava mai le mea na tuʻuina i ai. Fai fua e mafai ai ona e faʻatonutonuina oe. Lou finagalo o lou finagalo lea. E le mafai e seisi ona faʻamalosi lou loto e aunoa ma lau faʻatanaga.

Ren krzyknął, ponownie skulony. Nigel zamknął oczy, usilnie wywołując skupienie. Wrzaski chłopaka nie pozwalały na koncentrację. Ból rozsadzał głowę. Miał serdecznie dosyć i zaczynał żałować, że wziął sobie podopiecznego. Oczy zaszły łzami, tracił oddech. Odepchnął w stronę czarnego część cierpienia, ale widząc, co się z nim dzieje, zabrał je z powrotem.

Wypowiadał słowa mechanicznie, kompletnie nie wiedząc, jak długo to robi. Ren przestał się ruszać, sparaliżowany bólem i gdyby nie dochodzące jęki pomyślałby, że go zabił.

Nigela przy świadomości utrzymywała własna magia, która piekła równie boleśnie, próbując uleczyć powstające niewidzialne rany. Mówił coraz wolniej i ciszej, łzy ciekły strumieniami po policzkach. Każde słowo paliło żywym ogniem w gardle i klatce. Nie wyobrażał sobie tego, co czuł Ren.

Nie umiał rozpoznać, kiedy zacząć zakończenie. Nie dostanie żadnych znaków. Wyczuje moment dokonania ostatecznego uderzenia mocą. Jednocześnie powinna wepchnąć się w każdą cząstkę czarnego: do umysłu, duszy i serca. A później wydrze ją z niego wraz z niechcianą czarną magią i wpuści kojące, lecznicze zaklęcie. Jeśli zdąży.

Uznał, że dość się nagadał. Dokończył inkantację, biegle wchodząc w ostatnią. Ren nie stawiał oporu. Nigel nie był pewny, czy jest nieprzytomny, czy poprzednie zaklęcia tak dobrze zadziałały. Osłabł, czując swoją materię w ciele czarnego. Wyczuwał rytmy życiowe Rena: krążenie krwi, powolne bicie serca — miarowe, co odrobinę go uspokoiło, choć wydawało się nieco zbyt wolne.

Zmusił się do ostatecznego skupienia i złapał spalone pieczęcie. Owinął je swoją magią, szarpiąc. Wrzask Rena powielał się echem od ścian pomieszczenia i zmieszał w głowie Nigela z sykiem rozpadających się w drobny mak pieczęci. Ginęły bez karmiącej magii, niczym ryby bez wody.

Zakręciło mu się w głowie. Łapczywie złapał powietrze, zdając sobie sprawę, że widzi Rena przez mgłę. Ostatnim wysiłkiem woli wypchnął z siebie uzdrawiające zaklęcie, wlewając w ciało chłopaka. Tym samym pozbawił samego siebie dodatkowej pomocy. Padł nieprzytomny na podłogę.

Lata temu III

Chłopiec milczał przez całą drogę. Bez protestów zgodził się, by czarodzieje zaprowadzili do jaskini i teleportowali do innego świata — Świata Magii. Właśnie tam powinien się teraz znaleźć. Podążanie za mężczyznami to jedyne wyjście. Miną długie lata, nim zrozumie, co naprawdę się wydarzyło i co powinien zrobić. Do tego czasu będzie potrzebował ochrony i wsparcia.

Zaprowadzono go do ruin starego zamku, do gildii, i potraktowano jakby mieszkał tu od dawna. Jakiś czarodziej wyleczył jego uszy twierdząc, że nic się nie uszkodziło, więc ogłuszenie minęłoby samoistnie. Przydzielono mu pokój i kazano spać, a następnego dnia zjawić się w dużej sali, w której dziś został zapoznany z miejscem. Nie widząc innego wyjścia, tak też uczynił.

Biegiem zmierzał w stronę dużej sali zaraz po tym, jak czyjś głos brutalnie wdarł się do myśli, przeganiając resztki snu. Nie brzmiał przyjaźnie.

— Rasac — usłyszał za sobą głos wypowiadający jego nazwisko i zatrzymał się raptownie.

— Kim jesteś? — spytał równie cicho mężczyzny znienacka stojącego w korytarzu.

— Przyjacielem twojego rodu, paniczu Rasacu. Stało się coś złego, skoro tu trafiłeś. Dostaniesz teraz ochronę, ale pamiętaj, że to ostatnie miejsce, w którym powinieneś się znaleźć. Uważaj na niego. — Wskazał palcem przed siebie, jakby przenikając ściany i zniknął.

— Zaczekaj! — Chłopiec wyciągnął rękę, lecz mężczyzna rozpłynął się w powietrzu.

Kim był? Dlaczego ostrzegał i przed czym? Skąd znał to nazwisko? Serce biło mocno i szybko, gdy chwilę później przemierzał dalsze korytarze. Pchnął drzwi sali, wchodząc do środka.

— Usiądź. Wszystko ci wytłumaczę. — Jakiś czarodziej wskazał głęboki fotel, w którym niemal utonął, wykonując rozkaz. — Jak się nazywasz?

— Nigel. Nigel Rasac, proszę pana.

— No dobrze, Najdżelu…

— Nigel, tak normalnie — poprawił. Tak na niego mówiono bez względu na to, jak powinno czytać się to imię.

— Nie ważne. — Machnął ręką z rozpromienioną twarzą. — Mam na imię Secra. Jestem przewodniczącym Wyższych i będę twoim opiekunem. Teraz milcz i słuchaj, bo prawa są trudne i jest ich naprawdę wiele.

Rozdział 3

Elias przyszedł pod salę sprawdzić, jak chłopaki sobie radzą. Nadszedł akurat, gdy falującym przejściem wstrząsnął rozbłysk tak potężny, aż zwątpił, czy aby starożytna magia to wytrzyma. Wibracje przeszły przez ciało od podłogi. Strach ścisnął za gardło. Wprawdzie nie zapytał kim jest znajomy Nigela i co zamierzają robić w izolatce. Powinien był.

Stał przed kurtyną magii, niepewny czy wejść do środka. Jeśli działo się coś poważnego, może wszystko zepsuć, powodując zakłócenia. A jeśli właśnie zobaczył koniec odprawianych tam sztuczek, powinien sprawdzić, czy wszystko w porządku. Sterczał kilka minut, aż zdecydował się wejść.

Był prawie po drugiej stronie, kiedy zasłona wypchnęła go z powrotem. Upadł, zaskoczony, podpierając się rękami. W takim razie tym bardziej nie zostawi ich samych. Usiadł pod ścianą naprzeciwko i czekał cierpliwie, wpatrując się palącym wzrokiem w falujące powietrze, mieniące się dynamicznymi barwami czerwieni.

Kolory z minuty na minutę traciły na intensywności, a on czekał, coraz bardziej zniecierpliwiony. Wreszcie uznał, że sala go wpuści i wszedł do środka raźnym krokiem. Rozejrzał się, natychmiast przypadając do Nigela. Potrząsnął nim bez skutku. Sprawdził oddech, identycznie postępując z jego kolegą. Nie wiedział, dlaczego obaj są nieprzytomni, ale martwił się.

Przeciągnął Rena, chcąc mieć ich obu w zasięgu ręki. Krążące po izolatce resztki zużytej energii uderzały w niego raz po raz niczym piłeczki do ping-ponga. Najwyraźniej Nigel wyzwolił naprawę silne uderzenie mocy albo kilkanaście mniejszych w krótkim czasie. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby nie zrobił tego w sali chroniącej.

Wzrok mężczyzny padł na Bariery Mana na nadgarstkach Nigela, popularnie nazywanymi opaskami. Jedna z nich ledwo wisiała, rozerwana. Druga posypała się w drobny mak pod dotykiem Eliasa.

Ren usiadł gwałtownie. Mrowienie rozchodziło się po całym ciele. Obmacał ręce i tułów, sprawdzając, czy jest cały. Swoista lekkość jaką odczuwał, zwróciła uwagę. Spojrzał na strażnika.

— Już jestem wolny? Dlatego mi dziwnie?

— Nie mów, że dokonywał uwolnienia? — Elias chwycił się za głowę, bo czarny potwierdził. — Szaleniec — szepnął.

— Co mu? — Ren skinął na Nigela.

— Nie mam zielonego pojęcia, ja tu tylko sprzątam. — Mężczyzna rozłożył bezradnie ręce. Długie minuty później Nigel jęknął i otworzył oczy.

— Aaa — syknął — moja głowa. — Usiadł, obejmując kolana ramionami. — Gdzie to zasrane uleczanie?

Zauważył pękniętą opaskę i przyłożył do niej dłoń. Krótkim impulsem rozerwał ją całkiem. Spadła na podłogę z cichym brzękiem. Roztarł w palcach pył z tej drugiej. Sprawa rozwiązana. Pewność siebie trochę przerosła możliwości. Zeszło długo i ciężko, bo szarpał się jeszcze sam ze sobą.

Nie wziął pod uwagę narzuconych ograniczeń i po fakcie zdał sobie sprawę, jak lekkomyślnie postąpił. Gdyby bariery nie puściły, wszystko diabli by wzięli. Rena by rozerwało, a sam sobie mógł zrobić porządną krzywdę. Widowiskowy pokaz głupoty. Spojrzał na Rena. Na jego młodziutkiej twarzy malowało się zdziwienie pomieszane z odrobiną przerażenia. Po gwałtownym rytuale ciemne niczym noc włosy zwichrzyły się, tworząc coś na kształt gniazda. Nigel niemal parsknął śmiechem na ten widok. Powstrzymał się, spojrzawszy w szeroko otwarte oczy chłopaka i wąskie usta złożone w niemym pytaniu. Wyraźnie miał się dobrze, choć z zewnątrz nie potrafił stwierdzić, czy uwolnienie się udało.

— Wpuściłem w ciebie stabilizator, prawda? — Bardzo nie chciał zaraz oglądać, jak wolna wola robi z niego świra.

— Że co?

Nigel westchnął, pocierając palcami przed jego oczami. Drobinki magii wróciły z pełną pulą informacji. Nie tylko wyrównał stan i wyleczył powstałe rany, ale uwolnienie przebiegło w pełni prawidłowo. Odetchnął z ulgą. Dopiero teraz zwrócił uwagę na Eliasa wbijającego w niego wzrok ze zmarszczonymi brwiami.

— Procedura uwalniania wymaga poinformowania o tym osoby trzecie — rzekł sucho.

— Ci kretyni z chęcią pozwolą mi się zabić — mruknął, ubliżając elicie gildii. — Kogo interesuje, co ja robię?

— Mnie!

Nigel lekceważąco machnął ręką. Nic go nie obchodziło, prócz odczuwanej ulgi. Znajome mrowienie polepszyło samopoczucie, naprawiając powstałe uszkodzenia. Czuł powracającą moc. Uśmiechnął się sam do siebie.

— Nie widzę w tym niczego zabawnego — skomentował Elias.

Nigel odpowiedział szerszym uśmiechem. Mężczyzna długo nie przestanie się gniewać.

— Cieszę się, że jesteś przy mnie — odpowiedział po prostu.

Lata temu IV

Nigel stał na podwyższeniu wraz z przewodniczącym i czekał, co nastąpi. Niewiele mu powiedziano. W Gildii Ruin mieszkał ponad rok, a wciąż nie połapał się w panujących zasadach. Ciągle robił coś źle.

Ubrał pełen strój czarodzieja: białe, luźne spodnie, gryzącą koszulkę w tym samym kolorze, do tego pelerynę z kapturem zapiętą pod szyją. Nie znosił tego stroju i unikał go jak ognia, narzucając jedynie pelerynę. Na ważne okazje zakładał cały, w przeciwnym razie dostawał szlaban i umierał z nudów w swoim pokoju.

Secra kazał mu chodzić do szkoły czarodziejów. To jedna z niewielu rzeczy, które szczerze uwielbiał. Cieszyło go panowanie nad własną mocą. Nauczyciele dawali sporo cennych wskazówek, natychmiast i sprawnie przez niego wykorzystywanych. Wyróżniał się na tle innych uczniów. Był lepszy, dysponował większą mocą i zdecydowanie szybciej uczył się sztuczek, których wcześniej nie potrafił.

Z tego względu od pół roku, oprócz do szkoły, chodził też na zajęcia do Secry. Opiekun przerabiał z nim materiały dla starszych czarodziejów. Niedawno zaproponował związek z gildią. Propozycji przedstawianych przez Secrę w gruncie rzeczy nie dało się odrzucić. Zwykle funkcjonowały niczym grzecznościowy rozkaz. Nie rozumiał wszystkiego, ale domyślał się, że to z uwagi na posiadany przez niego avanoa — potencjał, określający możliwy rozwój mocy.

Ćwiczył też sam, a dzięki temu potrafił dużo więcej, niż pokazywał. Nikomu się do tego nie przyznał i na razie nie zamierzał. Czasem w gildii działy się dziwne rzeczy. Kto wie, do czego przydadzą się własne tajemnice.

Patrzył teraz na przewodniczącego, z niecierpliwością czekając, co się będzie działo. Sala pozostawała pusta.

— Myślałem, że będzie więcej ludzi — odezwał się, oczekując widowni, skoro uroczystość należała do ważnych.

— Bądź cicho i pozwól mi się skupić. Daj ręce.

Chłopiec posłusznie wyciągnął dłonie wewnętrzną stroną do góry i pozwolił mężczyźnie zawiesić nad nimi swoje.

Odetchnął głęboko, czując pieczenie. Spojrzał na zamknięte oczy Secry. Może też powinien? Przymknął powieki, spoglądając na energię przy dłoniach jedynie przez małą szparkę. Ciepło rozeszło się wyżej po przedramionach, całym ciele aż dotarło do klatki i tam pozostało.

Trochę kłuło, trochę łaskotało. Starał się nie ruszać, powstrzymując miliony pytań kłębiących się w głowie. Opiekun nie należał do wyrozumiałych. Beształ z byle powodu i wciąż kazał uważać na to, w jaki sposób używa magii.

Do niewygodnych myśli dołączył głos mężczyzny bełkoczącego inkantacje, których znaczenia kompletnie nie rozumiał. Dopóki nie działa mu się krzywda, pozwalał przewodniczącemu wlewać w siebie magię.

Niby czemu nie? Ledwo skończył dziewięć lat. Nie wiedział o tym i o innych światach zupełnie niczego. Potrzebował osoby, która przez następne lata będzie mówiła mu, co powinien robić.

Oczekiwał, że z czasem sprawy zaczną się wyjaśniać, tymczasem ostanie miesiące niczego nie zmieniły. Przeciwnie — chaos w głowie zwiększył się do rozmiarów na tyle dużych, że przeszkadzał w nauce. Głównie z tego powodu w kółko otrzymywał reprymendy od Secry. A ten nigdy nie zapytał, czy wszystko w porządku. Z niewyjaśnionych źródeł znał jego pochodzenie i domyślił się, że zjawy wypłynęły z ciała ojca. Widząc łzy na wspomnienia, szorstko nakazywał się nie mazać.

— Ała! — wrzasnął, doznając niepohamowanego bólu, w który przerodziło się przyjemne dotąd ciepło.

Zabrał ręce w odruchu obronnym, patrząc na zadowolonego mężczyznę. Wcale nie podobała mu się jego mina, choć nie potrafił powiedzieć, dlaczego.

— I co, strasznie?

— Nie — burknął w odpowiedzi, pocierając nagle zziębnięte dłonie. — Bardzo mi zimno.

— Nie przejmuj się, to normalne. Przejdzie. Jutro widzimy się na naukach. Możesz odejść.

— Ale ja chcę wiedzieć, co się właściwie stało?

— Później. — Machnął ręką, odprawiając chłopca.