Piekielny układ - A.S. Sivar - ebook
NOWOŚĆ

Piekielny układ ebook

Sivar A.S.

4,5

836 osób interesuje się tą książką

Opis

By ochronić swoją młodszą siostrę, Nicole jest gotowa na wiele. Gdy ojciec dziewcząt oferuje wierzycielowi jedną z córek, starsza z nich wyrusza do klubu go-go, aby negocjować z właścicielem. Spodziewa się wszystkiego, tylko nie spotkania z nieziemsko przystojnym bad boyem, roztaczającym wokół siebie zabójczy urok – a taki właśnie jest Bruno Cabrera. Oboje natychmiast zdają sobie sprawę, że właśnie znaleźli się w punkcie, z którego nie ma już powrotu. Rozpoczynają więc niebezpieczną grę, pełną niedopowiedzeń i narastającego erotyzmu…

–  Dobra, mówcie, co powinnam robić. – Ożywiam się.
–  Weźmiesz tę tacę i zaniesiesz do stolika Brunona – wtrąca się Minnie, która właśnie przystanęła obok nas. – Kazał ci się tam zjawić.
Odbieram z rąk Minnie tacę z trzema szklaneczkami wypełnionymi ciemnym alkoholem i odchodzę. Przeciskam się między stolikami i tylko ciężko wzdycham, widząc, jak mężczyźni pożerają mnie wzrokiem, ale staram się sztucznie uśmiechać. Podchodzę do stolika, stawiam na stoliku podkładki, szklaneczki, a przy ostatniej zauważam, że Bruno wzrokiem odsyła swoich kompanów.
–  Usiądź. – Wskazuje miejsce przy sobie. Kiedy tylko siadam, natychmiast się przysuwa, a jego ramię wędruje na skórzane oparcie zaraz za mną. – Ładnie wyglądasz. Pasują ci szpilki. – Uśmiecha się w moją stronę.
Zdziwiona tymi słowami unoszę brew, co zauważa, bo uśmiech na jego twarzy staje się jeszcze szerszy. Nic nie mówiąc, przyglądam się mu przez chwilę, następnie powoli wzrokiem zjeżdżam po czarnej marynarce, białej koszuli, aż do eleganckich spodni i drogich butów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 408

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Rozdział 1

– Chwila! – krzyczę w stronę frontowych drzwi, słysząc, że po raz kolejny ktoś natarczywie w nie wali i opóźnia moje umówione wyjście na drinka.

Podbiegam, przekręcam wszelkie zamki, otwieram i wytrzeszczam oczy. Zaskoczona wpatruję się w stojącą przede mną młodszą siostrę. Co ona tutaj robi? I – co ważniejsze – dlaczego w piątkowe popołudnie jest pod moimi drzwiami, a nie w domu?

Chcę ją o to zapytać, ale nie daje mi wydusić z siebie słowa, bo rzuca mi się na szyję i tuli do mnie z całych sił.

– Przepraszam! Wiem, nie powinno mnie tutaj być, ale musiałam cię zobaczyć – tłumaczy się pośpiesznie, gdy zauważa moją osłupiałą minę.

– Amy, co ty tutaj robisz? – Marszczę brwi i w końcu odzyskuję głos, więc nie daję jej już nic więcej wtrącić. Uwalniam się z jej uścisku, po czym uważnie lustruję śliczną twarz siostry i przepuszczam ją w drzwiach.

– Musiałam przyjechać.

Coraz bardziej nerwowo się jej przyglądam. Jak to musiała? Skonsternowana daję jej znać, że w tej chwili ma zacząć mówić, o co konkretnie chodzi.

– To znaczy musiałam przyjechać do LA, ciebie po prostu chciałam przed tym wszystkim zobaczyć. Dlatego tutaj jestem. – Spuszcza wzrok i ciężko wzdycha.

Nie za bardzo łapię, co miało znaczyć stwierdzenie, że musiała znaleźć się w LA, a już tym bardziej, że „przed tym wszystkim chciała mnie zobaczyć”. Wpatruję się w nią i widzę, że coś jest nie tak. Moja mała, osiemnastoletnia księżniczka, tym razem nie ma odwagi spojrzeć mi prosto w oczy.

– Co jest? – wypalam już bardziej twardo, chcąc poznać prawdziwy powód jej wycieczki. – Co się dzieje, Amy?

– Coś się stało, a ja nie wiem, co mam zrobić. – Ponownie zaczyna mnie tulić, a przy każdym słowie słyszę, jak jej głos coraz bardziej się załamuje. – Tata… On znów ma jakieś problemy.

Wzdycham, ale mam ochotę prychnąć śmiechem. Właśnie takiej odpowiedzi powinnam się spodziewać. Tata znowu ma problemy? A kiedy on ich nie miał? Bo od śmierci mamy i poznania Grace ciągle pakuje się w jakieś bagno, a jego oszczędności z miesiąca na miesiąc topnieją. To nic nowego, już chyba zdążyłam się przyzwyczaić, ale o tej porze Amy powinna spotykać się ze znajomymi, iść na plażę, shopping lub robić inne rzeczy, którym oddają się nastolatki, a nie martwić się dramatami ojca i urządzać sobie wycieczki do dużego miasta, by mnie o nich poinformować.

– Chcesz coś do picia? – W pierwszej kolejności skupiam się właśnie na tym. Widzę, w jakim stanie jest moja mała siostrzyczka, poza tym blisko godzinna podróż autobusem w tym upale musiała ją wykończyć.

Amy nieznacznie kiwa głową.

Nalewam jej soku, podaję, a ona, odbierając szklankę, przytula się do mojej piersi, jakby chciała otrzymać choć odrobinę wsparcia. Nieco mnie to stresuje i powoduje napływ czarnych myśli do mojej głowy. Może faktycznie tym razem dzieje się coś poważnego, a ojciec wdepnął po same uszy? Cholera. Ten to zawsze ma wspaniałe pomysły… Zaczynam się zastanawiać, kto po śmierci mamy stał się rodzicem w naszej rodzinie, bo z pewnością, biorąc pod uwagę nieodpowiedzialne zachowanie ojca, nie on. Dla niego obecnie centrum wszechświata stanowi Grace, a my z Amy jesteśmy tylko balastem. Tak, balastem. To słowo chyba najtrafniej oddaje sposób postępowania ojca. Wkurzam się na samą myśl o tym i próbuję oderwać od niego swoją uwagę, aby nie okazać całego wzburzenia przy siostrze. Z każdą minutą, gdy Amy nic nie mówi, tylko mocno mnie obejmuje, jestem jeszcze bardziej zestresowana.

– Amy, co ty tutaj robisz i co masz na myśli, mówiąc, że tata ma problemy? – odzywam się w końcu. Siostra dopiero teraz przenosi na mnie wzrok, a w jej oczach dostrzegam łzy. Nerwowo przełykam ślinę. Co się, do cholery, dzieje?

– Wychodzisz gdzieś? – Amy zmienia temat, lustrując mnie z góry na dół.

Marszczę brwi, by jej pokazać, że to nie jest czas na tego typu pytania, i w tej chwili ma wyjaśnić, co tutaj robi.

– Może lepiej będzie, jak usiądziesz. – Amy zerka na mnie niepewnie, po czym ciągnie w stronę kanapy w salonie.

Gdy tylko zasiadamy, bez słowa wyjmuje z torebki niewielką karteczkę i mi ją podaje. Skonfundowana wpatruję się w zapisany na niej adres.

– Co to? – pytam.

– Dzisiaj o piątej mam się zgłosić pod ten adres i powołać na niejakiego Brunona.

– Po co? – zadaję te proste zapytania, choć z każdą sekundą jestem coraz bardziej poirytowana i spięta. Co rusz zerkam to na moją małą siostrzyczkę, to na kartkę. Adres nic mi nie mówi, jedynie wnioskuję, że to zachodnia część miasta.

Amy ciężko wzdycha i kieruje wzrok ku szklaneczce stojącej na niewielkim stoliku.

– Nicky, tata ma jakieś poważne problemy. Nie wiem, o co dokładnie chodzi, ale dwa dni temu zadzwonił i uprzedził, że zjawi się u mnie w internacie dwóch mężczyzn. Kazał, abym przystała na to, co mówią, i w niczym się nie sprzeciwiała. Wyjaśnił jedynie, że tylko ja jestem w stanie jakoś mu pomóc, bo jestem jego małą córeczką. – Wraz z tymi słowami po policzkach Amy ciekną pierwsze łzy.

Coś ściska mnie za serce. Natychmiast obejmuję ją ramieniem. Wiem, że ojciec zawsze traktował Amy jak swoje maleństwo, była jego oczkiem w głowie. Odczuwałam to na każdym kroku, ale nigdy nie miałam do niego żalu. Zresztą Amy ciężko byłoby nie kochać, a już tym bardziej gniewać się na nią. Każdemu z największą chęcią pomaga i nie oczekuje nic w zamian. Jest strasznie uczuciowa, wesoła, śliczna i chyba dlatego każdy ją lubi.

– Co było dalej? – dopytuję, a moje serce z każdą chwilą mocniej tłucze o klatkę, ale nie chcę przy Amy okazać swojego zdenerwowania. Przy niej muszę się trzymać. Zresztą jak zawsze, by tylko dowieść, że na starszą siostrę może liczyć.

– Przyszli. Nie wiem, kim byli, ale byli straszni. Dwóch wielkich, napakowanych goryli. Chcieli, żebym z nimi poszła, a kiedy na różne sposoby tłumaczyłam, że teraz nie mogę, bo mam szkołę, dali mi ten adres i kazali zjawić się dziś, zapowiadając, że jeżeli tego nie zrobię, bardzo dobrze wiedzą, gdzie mnie znaleźć. Próbowałam dodzwonić się do taty, ale od tamtego czasu nie odbiera. – Amy płacze, a jej szloch powoli zmienia się w histerię. – Nicky, a jeżeli jemu naprawdę coś się stało?!

– Hej, nie martw się. Na pewno nic mu nie jest. – Ocieram łzy z jej policzków i lekko się uśmiecham, żeby ją w tym upewnić, choć w tej chwili sama nie jestem już tego pewna.

Po śmierci mamy ojciec dał się wciągnąć w jakieś szemrane towarzystwo, w jego interesy i teraz ponosi konsekwencje. Wiedziałam, że tak będzie, wielokrotnie próbowałam wyperswadować mu te piekielne pomysły rozmową, krzykiem, a nawet płaczem, ale oczywiście skończyło się standardowym tekstem: „Teraz Nicole, mamy przynajmniej pewność, którą część moich genów odziedziczyłaś. Powinienem być dumny?”. Serio uważał, że moje młodzieńcze wyskoki równały się z jego obecnym balansowaniem na krawędzi? Na samo wspomnienie coś aż bulgocze w moim wnętrzu, jednak jeszcze w tej samej chwili nachodzi mnie również inne, ważniejsze pytanie. Dlaczego ojciec wolał wciągnąć w to Amy, zamiast o wszystkim poinformować mnie? Fakt, od naszej ostatniej kłótni o jego nową wybrankę serca, która panoszy się w naszym domu, nie mamy najlepszych stosunków i rzadko rozmawiamy, ale przecież Amy to jeszcze dziecko, nie powinna brać odpowiedzialności za jego nierozważne czyny.

– Dzwoniłaś do Grace? Może ona coś wie? – rzucam, gdy ta myśl wpada do mojej głowy. Jeżeli ktoś powinien coś wiedzieć na ten temat, to ta sylikonowa małpa.

– Tak, była załamana. Ciężko było się z nią dogadać, bo tak płakała. Ciągle mówiła o tych problemach i twierdziła, że jestem jego ostatnią deską ratunku.

Gotuję się w środku. Ta krowa płakała? Chyba za zakręconym kurkiem z pieniędzmi, skoro ojciec gdzieś zniknął.

– Nicky, ja nie mogę pozwolić, żeby tacie coś się stało. Zrobię wszystko, aby był bezpieczny. Mam tylko ciebie i jego, nie mogę stracić żadnego z was…

– Ej! Nie stracisz! – zapewniam, bo widzę, że następne łzy żłobią tunele na jej twarzy. Zrywam się z kanapy. – Zostaniesz tutaj – rzucam głosem nieznoszącym sprzeciwu.

– Nicky, ale…

– Nie ma o czym gadać. Zostajesz. Ja spotkam się z tym całym Brunonem i dowiem się, o co chodzi. Nic się nie martw. – Zabieram ze stolika karteczkę z adresem i wkładam do kieszeni białych rurek z przetarciami. Pośpiesznie piszę koleżance z pracy SMS-a, informując, że nici z naszego piątkowego clubbingu, po czym wkładam swoje sandałki na szpilce, przekładam przez ramię łańcuszek chanelki i zbieram się do wyjścia. – Napiszę, gdy będzie po wszystkim. – Daję Amy buziaka w głowę i wychodzę.

***

Gdy tylko taksówkarz zatrzymuje się przed wejściem do jakiegoś luksusowego lokalu, płacę należną kwotę i wysiadam. Z konsternacją wpatruję się w czarne, połyskujące witryny wysokiego apartamentowca. Głęboko wzdycham, omiatając go wzrokiem. Jestem niemalże przekonana, że to jakiś wypasiony klub dla snobów. Szczerze mówiąc, zaczynam się denerwować. Jeszcze raz zerkam na zapisany adres. To pewne – jestem na miejscu. Powoli zbliżam się do zadaszenia, a tam już na wstępie dostrzegam dwóch ubranych w czarne garnitury karków. Ewidentnie mi się przypatrują. Pożerają wzrokiem mój krótki, czarny, koronkowy top, białe rurki i wysokie szpilki. Przewracam oczami z dezaprobatą, ale fakt, przed wyjściem mogłam rozważyć zmianę stroju. Jednak trudno, nic już z tym nie zrobię. Biorę ostatni głęboki oddech i podchodzę do osiłków. Czas mieć to za sobą.

– Szukam pana Brunona – odzywam się, stając bezpośrednio przed jednym z olbrzymów. Widzę, że moje pierwsze słowa nawet go nie ruszyły. – Dostałam ten adres i miałam się tutaj zjawić na piątą. – Dopiero teraz z uniesioną brwią rusza swoje cztery litery i odpina czerwoną linę, która odgradza mnie od niego.

– Możesz iść. Przy recepcji cię pokierują. – Jego gruby głos dosłownie stawia na baczność wszystkie włoski na moim karku.

– Dziękuję – dukam i pośpiesznie oddalam się w stronę ogromnych drzwi.

Przestępuję próg i, tak jak się spodziewałam, wchodzę do spektakularnego wnętrza. Udaję się do recepcji, gdzie znów zostaję otaksowana z góry na dół, tym razem przez kobietę.

– Dzień dobry. Ja do pana Brunona. Miałam zjawić się tutaj na piątą – mówię jeszcze raz to samo, co przed chwilą jej współpracownikowi.

– Rozumiem. Zaraz kogoś po panią przyślę. – Uśmiecha się do mnie uprzejmie, co odrobinę mnie uspokaja. Na moich oczach podnosi słuchawkę i zaczyna telefonować.

Zerkam na nią z ukosa. Jest naprawdę ładna, z pewnością kilka lat starsza ode mnie, ma tak samo długie brązowe włosy jak ja, a do tego świetną figurę. Właśnie takich efektów oczekuje ode mnie wielu z moich podopiecznych po naszych treningach.

– Tak, twierdzi, że była umówiona z Brunonem na piątą… – mówi do słuchawki recepcjonistka, ciągle miło się do mnie uśmiechając. – Przekażę. – Kończy rozmowę i odkłada słuchawkę. – Zaraz ktoś po ciebie przyjdzie. Coś do picia?

– Nie, dziękuję – odpowiadam pośpiesznie i staram się choć wygiąć usta w pozorze uśmiechu.

– Nicky?! – Kiedy zza pleców dobiega do mnie znajomy głos, odwracam się w jego kierunku. Przypatruję się i nie mogę uwierzyć w to, co widzę.

– Kira?! – Natychmiast się zrywam. – Jezu, jak ja cię dawno nie widziałam. – Gdy kumpela wpada w moje ramiona, tulę ją.

– No, jakieś osiem lat! – Szczerzy się do mnie, na co sama nie mogę ukryć radości. – Ale ty wyglądasz… Normalnie pozazdrościć. – Taksuje mnie z góry na dół. – Pewnie dalej wszyscy faceci za tobą latają i przebierasz w nich do woli. – Udaje znudzenie, jakby to było w moim wypadku coś normalnego.

Wybucham śmiechem. Akurat co do tego grubo się myli. Już od dawna z nikim nie byłam i w niczym nie przebierałam. W głównej mierze musiałam skupić się na skończeniu własnej edukacji, znalezieniu pracy i pomóc ojcu w wydatkach związanych ze szkołą Amy. Poza tym musiałam mieć za co żyć, gdy stwierdziłam, że już dłużej nie wytrzymam pod jednym dachem razem z Grace.

– Błagam, tylko nie mów, że nadal jesteś z Olivierem. – Kira krzywi się wymownie.

– Oszalałaś?! – prycham na nią. – Rozstałam się z nim zaraz po balu maturalnym, a jakiś czas temu usłyszałam od Jane, że zmajstrował dzieciaka naszej babce od angielskiego.

– Że co?! – Kira wpatruje się we mnie rozbawiona. – Nie wierzę! Naprawdę?! – Kiwam głową i dosłownie w tym samym czasie obie wybuchamy śmiechem. – Nicky, ale co ty tutaj robisz? – pyta, poważniejąc i marszcząc przy tym czoło.

Wzdycham ciężko, a mój dobry humor pryska jak bańka mydlana.

– Przyszłam na spotkanie z niejakim Brunonem. Ojciec ma jakieś problemy. Zresztą szkoda gadać. – Macham ręką, by odpuściła. – A ty? – Zmieniam temat i staram się znów nieco rozpogodzić.

– Pracuję.

– Ooo… Nieźle. – Przypatruję się jej skrupulatnie. – Swoją drogą, naprawdę ładne miejsce, takie szykowne, a zarazem zmysłowe. – Daję upust swoim wrażeniom, omiatając wzrokiem całość kosztownego pomieszczenia. – Jednak nie słyszałam jeszcze o tym klubie. – Uśmiecham się.

Kira odwzajemnia się lekkim półuśmiechem, ale zaraz przenosi wzrok za mnie.

– Amy? – pyta jakiś gruby głos za moimi plecami.

Odwracam się i zauważam wysokiego, mocno zbudowanego blondyna w eleganckich spodniach i czarnej polówce, z tatuażem w trupie czaszki na przedramieniu. Ruszam w jego kierunku, ale nie udzielam odpowiedzi. Cholera, wiedzą jak ma na imię moja siostra? Nie jest dobrze. Gdy tylko się z nim zrównuję, zerkam przez ramię na Kirę, a ta wodzi po mnie niepewnym wzrokiem. Pokazuję jej, by nie pisnęła nawet słowa i mnie nie wydała.

– Tędy. – Mężczyzna wskazuje drogę.

Podążam eleganckim korytarzem, rozglądając się przy tym na boki. Wnętrze naprawdę robi wrażenie. Same wykładziny, oświetlenie, rzeźby… Nawet boję się pomyśleć, ile musiały kosztować.

Idę zaraz przy swoim nowym, „trupim” znajomym, a z każdym krokiem echo stukotu moich obcasów zagłusza ciszę między nami. Po drodze mijamy jedne drzwi, drugie, trzecie… Aż wreszcie docieramy na tył budynku.

– Na prawo. – Osiłek otwiera drzwi, wchodzi, a ja, łapiąc ostatnie głębokie oddechy, staram się przygotować mentalnie na to spotkanie.

W końcu przestępuję próg, a zaraz za nim zauważam dwóch kolejnych facetów. W mig się odwracają i z góry na dół taksują mnie wzrokiem.

– Przecież to, kurwa, nie ona! – drze się dość przystojny trzydziestoparoletni brunet w czarnej koszuli. Zrywa się w moją stronę twardym krokiem, a ja przystaję jak wryta na ten nieoczekiwany zwrot akcji. Dostrzegam też, że całe towarzystwo uważnie mi się przygląda.

Nie jestem pewna, co się dzieje i dlaczego tak im przeszkadza, że przyszłam w imieniu Amy, ale nie zamierzam tak łatwo dać się przerazić, a już tym bardziej nie dam się przegonić, nie uzyskawszy żadnych odpowiedzi.

– Ty jesteś Bruno? – Odzyskuję śmiałość i pytam tego narwańca, gdy przystaje bezpośrednio przede mną.

– To nie Bruno – udziela mi odpowiedzi mężczyzna, który prowadził mnie do tego gabinetu. – Bruno zaraz się zjawi.

– Skąd masz, do cholery, ten adres? – Ten krzykacz znów się do mnie drze.

Zirytowana zwracam się do niego:

– Jestem siostrą Amy i drugą córką Stranda.

Cała trójca patrzy na mnie zszokowana.

– Po waszej reakcji widzę, że znacie mojego tatusia – wypalam wrednie, na co ten krzykliwy dupek unosi brwi w zdziwieniu, ale już sekundę później zaczyna się niebezpiecznie uśmiechać.

– No proszę, o starszej córeczce Strand nic nie wspominał.

– Jakie problemy ma ojciec i dlaczego Amy została w to wplątana? – zadaję kolejne pytanie, gdy widzę, jak zerkają na siebie z uśmieszkami na twarzach.

– Mamy umowę. Sto tysięcy za pracę Amy w tym miejscu – wtrąca kolejny, na co dosłownie wybałuszam oczy.

– Słucham?! – Aż się cofam. – O czym ty pieprzysz?! – W tym oszołomieniu już nawet nie panuję nad słownictwem.

– Tak zostało ustalone ze Strandem, ale więcej na ten temat powie ci Bruno.

Gapię się na nich oszołomiona. Chyba sobie ze mnie jaja robią. Amy ma dla nich pracować? Po moim trupie. Nigdy się na to nie zgodzę, a to, co ojciec im naobiecywał, mało mnie obchodzi. Co za palant! W taki sposób Amy miałaby mu pomóc?! Pracując dla tych wstrętnych typów? Ojciec naprawdę powinien zacząć się leczyć!

– Jesteście powaleni, jeżeli myślicie, że się na to zgodzę! – wypalam wściekle. Już nawet nad sobą nie panuję. Mierzę wzrokiem krzykacza, a następnie drugiego z mężczyzn, tego w białej koszuli. Nie wiem, co jest grane, ale z pewnością nie pozwolę, żeby zbliżyli się do Amy.

– A kto cię pyta o zgodę, skarbie? – drwi krzykacz. – Podobno twoja mała siostrzyczka bardzo kocha tatusia. Strand przekonywał, że z pewnością mu pomoże, więc proszę… Oto sposób. – Wskazuje uniesionymi rękoma na całość pomieszczenia i uśmiecha się z wyższością.

Gniew dosłownie rozsadza mnie od środka, a co więcej, wiem, że ten dupek ma rację. Amy dla ojca zrobiłaby wszystko.

– Teraz rozumiem, dlaczego nic nie wspomniał o tobie – ciągnie krzykacz. – Jesteś cholernie pyskata. Takich tutaj zdecydowanie nie potrzebujemy. – Wymownie na mnie zerka, a jego kolejny obleśny półuśmiech powoduje we mnie falę wzburzenia. – Pogadaj z Brunonem i lepiej przyprowadź siostrzyczkę, dopóki umowa obowiązuje.

– Ile masz lat? – Na nieoczekiwane pytanie kolegi narwańca unoszę pytająco brew, co ten zauważa. – Zapytałem, ile masz lat. – Przypatruje mi się, jakbym świeciła niczym neon reklamowy.

– Dwadzieścia siedem – odpowiadam, nie wiedząc, jakie to ma znaczenie.

– Daj spokój. To bez sensu. Nie nadaje się – wtrąca wredny krzykacz.

– Ślepy jesteś?! Weź, kurwa, spójrz na nią, jest niezła. Bruno będzie zachwycony. Do tego jest w idealnym wieku, nie opędzi się od klientów.

– Zna Kirę. Gadała z nią w holu, więc będzie miała kogoś, kto jej wszystko wytłumaczy – wtrąca się wielkolud, który mnie tu przyprowadził.

Przysłuchuję się tej rozmowie i wcale nie podoba mi się to, co słyszę. Gdzie ja, do cholery, trafiłam? Klienci? Jest niezła? W idealnym wieku? Gdy nadal rozprawiają nad czymś, rozglądam się dokładniej po kosztownym pomieszczeniu. Zerkam na nich niepewnie, każdy z nich wygląda dość elegancko, a mnie właśnie w tej chwili ogarnia niebywała fala przerażenia. Nie, to niemożliwe!

– Co to za miejsce? – pytam, choć odpowiedź już chyba znam. Wpatruję się w nich pełna obaw, gdy krzykacz zbliża się do mnie z łajdackim uśmiechem.

– Jeszcze się nie domyśliłaś, skarbie?

– To… To burdel?! – dosłownie piszczę, wymawiając te słowa.

– Wolimy określenie klub nocny bądź agencja towarzyska, ale owszem, mamy tutaj różnorodną ofertę. Wszystko dla naszych klientów. – Szczerzy się, a moje serce zaczyna wykonywać kilkaset uderzeń na minutę. Boże…

W momencie, gdy drzwi ponownie się otwierają, a do środka wchodzi kilku kolejnych rozgadanych mężczyzn, już nawet nie próbuję ukryć swojego wzburzenia. Szukam wzrokiem gościa, który najbardziej odpowiada mojemu wyobrażeniu alfonsa, a kiedy dostrzegam jednego po pięćdziesiątce, w idealnie skrojonym czarnym garniturze i bordowej koszuli, zdecydowanym krokiem przemierzam odległość między nami. Całe towarzystwo gapi się na mnie oniemiałe, ale mam to gdzieś. Podchodzę do faceta i staję z nim twarzą w twarz.

Powolnym ruchem gałek ocznych taksuje mnie bezwstydnie z góry na dół, po czym na jego usta wstępuje zuchwały uśmiech.

– Ty jesteś ten cały Bruno, czy jak ci tam? – wypalam bezceremonialnie.

Facet patrzy na mnie rozbawiony, po czym zerka na swoich kompanów. Gdy widzę, że zamierza otworzyć usta, dodaję:

– Mam w dupie, jakie długi ma u ciebie mój ojciec, ale w życiu nie pozwolę ci tknąć mojej siostry. Jesteście obrzydliwi, ona ma dopiero osiemnaście lat! Co z was za ludzie?! Chcecie, żeby nastolatka pracowała w takim miejscu i odpowiadała za czyny swojego ojca? Jeżeli tak, nie macie na co liczyć, nie zgadzam się. Nie wiem, czym wam podpadł ojciec i mnie to nie obchodzi, ale jej nie dostaniecie! Rozumiesz?! – Już mam szukać w głowie dalszych argumentów, jakimi go zarzucę, ale on gestem dłoni mi przerywa, więc na chwilę milknę.

– Słońce, ja nie jestem Bruno. – Zaczyna się bezczelnie uśmiechać, na co dopiero teraz, lekko oszołomiona jego słowami, odwracam się w stronę reszty mężczyzn.

W pomieszczeniu dostrzegam ich siedmiu, jednak kiedy w końcu mój wzrok spoczywa na tym, który siedzi w fotelu za biurkiem i obserwuje mnie w zamyśleniu, dosłownie zamieram.

Dobry Boże…

W jednej chwili moje serce zaczyna bić o wiele mocniej, oddech z niewytłumaczalnych powodów więźnie mi w gardle, a nogi najzwyczajniej miękną, jakby mimo tej odległości między nami zadziałała jakaś nieznana siła, pochłaniająca mnie do reszty i nakłaniająca do przekroczenia narzuconej samej sobie kilka lat temu granicy.

Nadal z szokiem wpatruję się w jego osobę i choć bardzo chcę, nie mogę oderwać od niego oczu. Jest młody, już na wstępie widzę, że niezwykle pewny siebie, a co najważniejsze – uderzająco przystojny. Czuję, że robi mi się strasznie gorąco. Łapię głęboki oddech, by ostatecznie wziąć się w garść i cokolwiek w końcu powiedzieć, bo moje zachowanie jest niedopuszczalne.

Nie ustępuję jego niebieskiemu, wpijającemu się we mnie spojrzeniu, jestem zahipnotyzowana widokiem znajdującego się przede mną demona seksu. Bez żadnych emocji wodzi po mnie tymi surowo pięknymi oczami, a potem nieśpiesznie podnosi się z obrotowego, skórzanego fotela, poprawia swoją idealnie dopasowaną niebieską marynarkę i obchodzi biurko, zmierzając w moją stronę. Jezu… Czuję zawrót głowy, moje usta niekontrolowanie się rozchylają, by zaczerpnąć nieco powietrza. Więc jeżeli do tej pory myślałam, że ochłonęłam i odzyskałam równowagę, ten osobnik właśnie na nowo mnie jej pozbawił.

Nie spuszczam z niego wzroku. Jego widoczne mięśnie klatki piersiowej napierają od spodu na materiał ciemnej koszuli, kusząc wręcz do ich odkrycia i badania. Głośno przełykam ślinę. Z całych sił próbuję przestać pożerać go wygłodniałym spojrzeniem, jednak wiem, że marnie mi to musi wychodzić, bo ślinka dosłownie cieknie mi na jego widok. Nie wiem też do końca, co się ze mną dzieje, ale gdy on tak bez zawahania zaczyna zmniejszać dystans między nami, z każdą chwilą moje serce coraz bardziej intensywnie uderza o klatkę, a mój puls niebezpiecznie przyspiesza.

– Bruno, ona… – odzywa się krzykacz, ale Bruno ucisza go gestem dłoni.

– Zostawcie nas. – Jego niezwykle męski, aksamitny głos spływa po mnie niczym kolejne erotyczne doznania.

Cholera, co ze mną nie tak? To nie powinno wyglądać w ten sposób. Nie po to tutaj przyszłam… Dobra, przyznaję, jest niezły, nawet bardzo, już na pierwszy rzut oka widzę, że jest niezwykle zdeterminowany, stanowczy i ma dominującą naturę. Z takim kobieta na pewno trafiłaby do niekończącego się raju, a każdy jego najmniejszy ruch i emanujący od niego magnetyzm zapierałby dech w piersiach i zapewniał dawkę adrenaliny, jedynie będąc w pobliżu.

Biorę następny głębszy oddech i próbuję w końcu wziąć się w garść. Te myśli… Te obrazy… To naprawdę musi się skończyć. Dlaczego nie mogę lecieć na miłych i dobrych chłopców? – pytam sama siebie, ale kiedy tylko jeden z tych nieodpowiednich właśnie przystaje przede mną, to pytanie zaraz z krzykiem ucieka z mojej głowy, a jego miejsce zastępuje nieodparte, nienasycone pożądanie.

Nadal się we mnie wpatruje, to robi się nieco niezręczne. Z tak bliska zadzieram głowę, by móc podziwiać te atletyczne barki, dzikie, niebieskie oczy, ciemne, ułożone na bok włosy i ten cholernie seksowny, lekki zarost. Biorę kolejny głęboki wdech i otula mnie zapach jego orientalnych perfum. Pachnie bosko – uwodzicielsko, wyrafinowanie, a zarazem zmysłowo. Przełykam ślinę, podczas gdy obraz jego nagiego, umięśnionego ciała już mimowolnie kształtuje się w mojej głowie i nie chce jej opuścić. Zagryzam wargę, moje myśli niebezpiecznie zaczynają krążyć wokół tych niegrzecznych scen. On, łóżko, ubrania na podłodze, zmięta pościel… Nie, nie, nie! Jak poparzona wyrywam się z tego niemoralnego stanu otępienia. Naprawdę muszę z tym skończyć! Jest grzesznie atrakcyjny, ale koniec, to nie ma żadnego znaczenia.

Cała reszta mężczyzn opuszcza gabinet, a ja zostaję sam na sam z tym, który ot tak pozbawia mnie mojego przyzwoitego wyciszenia. Nieśpiesznie wracam spojrzeniem do jego oczu i z konsternacją się w nie wpatruję.

– Ty jesteś… Bruno? – W końcu odzyskuję głos i wyłapuję w nim nutę niedowierzania.

On zbliża się jeszcze bardziej, a jego usta szybko wyginają się w seksownym półuśmiechu, co dosłownie rozkłada mnie na łopatki. Czuję, jak ta bijąca od niego potężna siła wytwarza coś na wzór magnetycznego przyciągania między nami. Jakieś mrowienie rozchodzi się po mojej skórze, mój oddech znacznie przyśpiesza, gdy on stoi tak zaledwie o krok, wpatruje się we mnie tym płomiennym spojrzeniem i chłonie mnie, jakby wczytywał się w moją duszę.

– Owszem. Coś nie tak? – wypowiada te słowa z wyraźną satysfakcją, przez co jestem pewna, że musiał dobrze odczytać, jak zareagowałam na jego osobę.

– Chyba nie tego się spodziewałam – staram się wytłumaczyć swoje zdumienie i nawet na moment nie przestaję go obserwować.

– Uwierz, ja również. – Znów lubieżnie się uśmiecha, a jego wzrok leniwie przejeżdża od mojej twarzy, przez czarny top, aż do szpilek.

– Ile ty masz w ogóle lat? – Moje usta bezwiednie zadają to idiotyczne, nie na miejscu pytanie, za co w myślach morduję samą siebie, a przy tym palę się ze wstydu. Co mnie, do diabła, podkusiło? Nawet nie wiem, po co zadałam to pytanie. Co mnie to w zasadzie obchodzi? Szlag…

– Trzydzieści dwa. – Ku mojemu zaskoczeniu odpowiada bez zająknięcia. Zdziwiona unoszę brwi, bo ot tak udzielił odpowiedzi. – A ty, skarbie? – Wyraźnie zadowolony wbija się bardzo śmiałym spojrzeniem w moje oczy.

– Dwadzieścia siedem. I jestem Nicky… kotku – ironizuję, na co on reaguje zalążkiem grzesznego uśmiechu.

– Napijesz się czegoś… Nicky? – Podchodzi do barku w rogu pomieszczenia, po czym z rozbawieniem na twarzy zerka na mnie pytająco. – Whisky, martini?

Widzę, że specjalnie sobie ze mną pogrywa, ale nie dam mu tej satysfakcji i nie pokażę, że w jakikolwiek sposób mnie to rusza albo bulwersuje.

– Poproszę martini – odpowiadam miękko.

Nadal się we mnie wpatruje, jakby na coś czekał. Patrzę na niego, nie wiedząc, co to wszystko ma znaczyć, a on już po chwili zaczyna się łajdacko uśmiechać.

– Zabrakło tego „kotku”.

Przewracam oczami. Dobra, czas zakończyć te koleżeńskie pogawędki. Może być cholernie przystojny, ale nie przyszłam tutaj po to, aby szukać kolejnych przygód. Zresztą przy mojej definicji niegrzecznych chłopców on i tak rozpieprza skalę. Nawet nie ma takiej opcji.

Spokojnym, pełnym gracji krokiem znów do mnie podchodzi i wręcza mi szklaneczkę z martini. Z uśmiechem upija łyk swojej whisky. Robię to samo. Coś musi dodać mi odwagi do tej rozmowy.

– Moja siostra nie będzie dla ciebie pracować – mówię pewnym głosem, by dotarły do niego moje słowa.

Chwilę nic nie mówi, tylko mi się badawczo przygląda. Opiera się biodrami o biurko i upija kolejny łyk alkoholu.

– Siostra nie, ty będziesz – wyparowuje ot tak, wskazując na mnie swoim trunkiem.

Dosłownie wytrzeszczam oczy, a moim ciałem wstrząsa ogień.

– Chyba oszalałeś! Nie będę pracować jako… – Nie chcę powiedzieć tego słowa na głos, ale nie znajdując w tym momencie żadnego innego, wypalam: – Jako dziwka!

Zdziwiony moim wybuchem marszczy brwi, jednak zaraz w jego wzrok wkrada się coś przerażającego, co jest dla mnie niczym nieme ostrzeżenie. Postanawiam nieco ochłonąć, by swoim tonem nie prowokować go jeszcze bardziej.

– Posłuchaj… – zaczynam.

– Nie, to ty posłuchasz – przerywa mi natychmiast. – Twój stary dostał ode mnie sporo gotówki. W zamian jego córka miała przyjść, by to odpracować. Myślisz, że było po mojej myśli wprowadzać tutaj osiemnastkę? Co z tego, że miała być śliczna? Ja nie prowadzę, kurwa, agencji dla modelek. Ale, dobra, zgodziłem się, znalazłem jej miejsce w klubie jako kelnerce, a teraz ty mi tutaj wyskakujesz ze swoimi pretensjami? Masz je do kogoś, kieruj je do niego, nie do mnie. Nie wiem, jak to rozegracie, nie obchodzi mnie to, ale jutro widzę tutaj jedną z was.

Z trudem przełykam ślinę, gdy on twardym, ostrym wzrokiem przeszywa mnie niemal na wskroś. Z łatwością odczytuję, że wcale nie wygląda, jakby żartował, jednak nie mogę zrobić tego Amy. Miałaby pracować jako kelnerka w klubie go-go? Chyba oszaleli! Nigdy jej tutaj nie puszczę. To nie jest dla niej. Jest za dobra, a przede wszystkim za młoda. Pożrą ją w tym miejscu niczym jagnię rzucone w stado wilków.

Wzdycham ciężko, a w moje myśli ciągle wkrada się jeszcze jedno.

– Ile pieniędzy ci wisi? – pytam, bo może moje oszczędności będą w stanie to pokryć.

Bruno cały czas wpatruje się we mnie, a ja, by ugasić swoje szalejące z przerażenia, a może jednak też trochę podniecenia serce, upijam kolejny łyk martini.

– Sto tysięcy.

Aż się krztuszę. Kaszlę, żeby złapać choć odrobinę powietrza. Bruno natychmiast poklepuje mnie dłonią w plecy, a gdy w końcu łapię oddech, przytrzymuję się jego twardego ramienia i niepewnie zerkam mu w oczy.

– Ty chyba sobie żartujesz…

– Przykro mi – ucina.

Piorunuję go wzrokiem. No, z pewnością mu przykro. Odwracam się do niego tyłem, bo do moich oczu jak na zawołanie napłynęły łzy. Boże… Nie wiem, co zrobić. Nie mam tylu pieniędzy, a co ważniejsze obawiam się, że oszczędzając na wszystkim, na czym tylko się da, nawet za kilka lat nie będę ich mieć. Moja pensja i tak już została uszczuplona przez comiesięczne wydatki na wynajem mieszkania i wsparcie dla Amy, by tylko mogła żyć godnie i nie odmawiać sobie wszystkiego. Ojciec, oczywiście przez wzgląd na zdanie Grace, ograniczył się jedynie do opłacania internatu oraz wydzielania Amy pieniędzy na jedzenie i niezbędne szkolne wydatki. Jednak jeśli chodzi o inne sprawy, stwierdził, że powinna radzić sobie sama. Kiedy o tym wszystkim usłyszałam, znów doszło między nami do kłótni. Wiedziałam, że to sprawka sylikonowej Grace, ale i tak nie zdołałam przemówić ojcu do rozumu. Ta siksa, gdyby tylko mogła, już dawno wysłałaby Amy do pracy, żeby całość pieniędzy ojciec wydawał jedynie na nią.

Zrezygnowana przeczesuję włosy, a to, że Bruno nic nie mówi, przeraża mnie jeszcze bardziej. On naprawdę nie ma zamiaru odpuścić?

Biorę kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić, a gdy tak się dzieje, w końcu postanawiam uzyskać kolejne odpowiedzi.

– Jak to ma wyglądać? Co takiego miałabym robić, aby cię spłacić? – pytam niepewnie, gdy nie mam już nawet innego pomysłu.

– Będziesz u mnie pracować wieczorami. W klubie nocnym – jako kelnerka.

– Jako kelnerka w klubie? – dopiero teraz ponownie na niego patrzę.

– Owszem, jeżeli chcesz, zaraz tam zejdziemy i wszystko ci pokażę. – Poważnie wpatruje się w moją twarz, sondując reakcję.

Nieznacznie kiwam głową, a jestem tak spięta, że nawet taki niepozorny ruch wydaje mi się katorgą.

– Dodatkowo będziesz mi pomagać w dzień – dodaje po chwili.

– Przykro mi, tego nie dam rady zrobić. Mam stałą pracę – wtrącam pośpiesznie.

– Gdzie?

– W siłowni – odpowiadam, na co zdziwiony unosi brwi. – Jestem trenerką personalną – tłumaczę, widząc jego pytające spojrzenie. – Ale dobrze, jako kelnerka mogę pracować, nawet codziennie, jeżeli tylko mi obiecasz, że moją siostrę zostawicie w spokoju. Ona jest nie do tknięcia.

– Masz moje słowo.

– Jak długo będę musiała u ciebie pracować, żeby spłacić dług? – poruszam następny ważny aspekt.

– Średnio kelnerki dostają u nas sześć tysięcy miesięcznie. Oczywiście każda napiwki ma dla siebie.

– Sześć tysięcy… – kalkuluję w myślach, a moje oczy praktycznie wychodzą z orbit. – Kurwa, prawie półtora roku. – Patrzę z niedowierzaniem. Jego twarz nie wyraża w tym momencie żadnych emocji.

– Jeżeli nie jesteś pewna…

– To co – weźmiecie moją nastoletnią siostrę? – kończę chamsko za niego.

– Owszem, ale wolałbym tego uniknąć. – Zbliżając się do mnie, uśmiecha się złowieszczo, co mnie rozsierdza. – Polubiłem cię, Nicky. Wyglądasz na niegrzeczną dziewczynkę, więc jeżeli się postarasz i ładnie poprosisz, może zastanowię się nad umorzeniem części długu. – Bierze w palce mój podbródek, unosi go i z wyraźną satysfakcją patrzy w moje oczy.

Coś we mnie właśnie wybucha. Jeżeli myśli, że pójdę z nim do łóżka tylko po to, by szybciej stąd zniknąć, to się grubo pomylił. Mogę być kelnerką, ale nie będę robić za prostytutkę, a jeżeli zechcę się z nim przespać, zrobię to, ale nie za pieniądze i na własnych warunkach.

– Wiesz, Bruno, nie lubię się prosić. – Strzepuję jego dłoń z mojego podbródka i odchodzę do drzwi. – Pokażesz mi w końcu moje nowe miejsce pracy? – pytam, a w moim głosie pojawia się obcesowość.

– Z największą przyjemnością. – Bruno z łajdackim uśmiechem zbliża się do drzwi, otwiera je i gestem dłoni wskazuje, bym szła.

Zamyka, po czym razem idziemy długim korytarzem. Skręcamy w jedną z alejek, aż wreszcie na końcu holu stajemy przed wypolerowanymi czarnymi drzwiami z dwoma ochroniarzami po obu stronach. Faceci witają się skinieniem głowy z idącym obok mnie demonem seksu. Staram się na niego nie zerkać, ale beznadziejnie mi to wychodzi, bo ciągle to robię. Stwierdzam też, że ma naprawdę niezły gust. Jego ciemna koszula w połączeniu z niebieską marynarką, spodniami do kompletu i parą luksusowych oksfordów, stanowi niesamowity zestaw, a z rękami włożonymi nonszalancko do kieszeni eleganckich spodni wygląda doskonale.

Kiedy tylko wchodzimy do wnętrza klubu, moje uszy zalewają dźwięki muzyki, a ja nie wiem, dlaczego zaczynam się uśmiechać. Chyba naprawdę brakuje mi imprez, skoro słysząc dudnienie nawet w takim miejscu, czuję to całą sobą i mam ochotę zacząć w najlepsze wywijać.

Mój wzrok w końcu przyzwyczaja się do półmroku, a ja z zafascynowaniem przyglądam się całej sali. Króluje w niej czerń i bordo. Na wielkim podeście oczywiście nie obeszło się bez rury i skąpo ubranej dziewczyny, która już daje popisy dla mężczyzn siedzących przy samej scenie z banknotami w dłoniach. Zerkam dalej w stronę baru i zauważam tam dwóch barmanów, a na hokerach cztery dziewczyny i Kirę, ubraną w jakiś skąpy top, lateksową mini i cholernie wysokie kozaki na szpilce. Wybałuszam oczy, bo wcześniej miała na sobie coś zupełnie innego.

– Idziesz? – ponagla mnie Bruno, a ja dopiero teraz uświadamiam sobie, że widząc to wszystko, stanęłam jak wryta.

Niepewnie zerkam na niego, a później za jego plecy, na Kirę. Widzę, że Bruno non stop przypatruje mi się badawczo, ale ja chyba potrzebuję trochę czasu na przetrawienie tego wszystkiego. Jedynie nieznacznie kiwam głową w odpowiedzi na jego pytanie i powoli ruszam.

– W tej części znajdują się loże. Właśnie nimi będziesz się zajmować. Obsłużysz klientów, trochę się do nich pouśmiechasz, porozmawiasz, posłuchasz komplementów i tyle. Reszta cię nie obchodzi. Pasuje? – Zerka na mnie wyczekująco.

– Tak – odpowiadam, ale zaraz mój wzrok pada na dwie spore klatki ustawione w najlepiej widocznej części klubu.

– Dziewczyny w nich tańczą. – Bruno rozwiewa moje wątpliwości. – Gdybyś chciała, daj znać.

– Pozostanę przy obsłudze klientów. – Patrzę na niego oburzona, na co znów na jego usta wstępuje ten pieprzny uśmiech. – I jeżeli myślisz, że wyjdę tak ubrana – wskazuję na Kirę – to zapomnij.

– Nie musisz. Tylko dziewczyny z pokojów VIP tak chodzą, ewentualnie masażystki i tancerki.

– Macie tutaj gabinet masażu? – Unoszę brwi, bo to akurat dość dziwne.

On patrzy na mnie i dosłownie sekundę później bombarduje mnie śmiechem.

– Ciekawa nazwa dla tego miejsca. Będę musiał na poważnie rozważyć twoją sugestię. – Nadal się cieszy, przez co szybko dociera do mnie, że owszem, chodzi o masaże, tyle że miejsc intymnych.

– Ciekawe, że dziwki nazywasz masażystkami – cedzę ironicznie, ale on znów zuchwale się uśmiecha.

Zauważywszy to, wywracam oczami, a zaraz za jego plecami dostrzegam niepewnie machającą do mnie Kirę. W mojej głowie natychmiast zapala się czerwona lampka. Skoro ona jest tak ubrana, to w takim razie czym konkretnie się tutaj zajmuje? Naprawdę, po tych wszystkich planach, jakie miała na przyszłość, skończyła w tym miejscu? Okej, zawsze lubiła seks, ale bez przesady. Nadal wpatruję się w nią uważnie, co zauważa Bruno.

– To Kira – oznajmia.

Unoszę brew i teraz to ja znacząco się uśmiecham.

– Wiem. – Widzę, że patrzy na mnie, nie rozumiejąc, co mam na myśli. – Chodziłyśmy razem do szkoły – wyjaśniam, a on w międzyczasie przywołuje do nas Kirę.

– Skoro się znacie, wprowadzisz jutro Nicky we wszystko. – Bruno zwraca się do Kiry, a ta wyraźnie zmieszana wpatruje się w niego. – Będzie kelnerką przy lożach, wyjaśnisz jej co i jak.

– Dobrze. – Kira zerka raz na mnie, raz na Brunona, znów na mnie i nie umyka jej to, że wciąż wpatruję się w jej wyzywający strój. Uśmiecha się jakoś bez przekonania i zbliża usta w stronę mojego ucha. – Błagam, nie oceniaj.

Bez słowa daję jej znak oczami, że pogadamy innym razem i na spokojnie, gdy tylko nie będziemy pod ostrzałem spojrzeń Bruno. Staram się do niej nieznacznie uśmiechnąć, ale jeszcze w tym samym czasie dociera do mnie odgłos jakiegoś pogwizdywania i donośnych rozmów, więc uciekam wzrokiem od Kiry i pośpiesznie odwracam się w kierunku hałasu. Zauważam, że do klubu weszło kilkunastu głośno zachowujących się mężczyzn w świetnych humorach, pożądliwie zerkających na wszelkie zebrane w pomieszczaniu kobiety. Przyglądam się temu obrazowi lekko oszołomiona. Widzę, jak zerkają na Brunona, po czym podniesioną dłonią witają się z nim, a następnie, wskazując palcami i dokładnie mnie oglądając, szczerzą się jeszcze bardziej, zaczynają wyć jak jakieś psy i dają kciuki w górę, jakbym była na jakimś, kurwa, castingu. Zirytowana unoszę brew i wzdycham. Przysięgam, niech ja tylko dodzwonię się do ojca…

– Muszę zobaczyć coś jeszcze, czy mogę już wracać do domu? – pytam Brunona, bo nie mam zamiaru spędzić dzisiaj w tym miejscu ani minuty dłużej.

– Jeżeli nie masz więcej pytań, oczywiście możemy wracać.

Nie czekam, tylko szybko przemierzam odległość do drzwi i wychodzę. Czuję, że Bruno jest zaraz za mną, ale mnie nie dogania. Na końcu holu odwracam się w jego kierunku, a jego oczy powolnym ruchem ślizgają się od moich nóg, przez talię, do twarzy.

– Na którą mam się jutro stawić? Pracuję do osiemnastej, więc weź pod uwagę, że tak jak dzisiaj nie wchodzi w grę – mówię nieco opryskliwie, ale nic na to nie mogę poradzić. Jeżeli to wszystko na co dzień ma tak wyglądać, jak przy tych natarczywych jaskiniowcach, to chyba przed każdym wieczorem pracy w tym miejscu będę musiała zaopatrzyć się w małpeczkę z wysokoprocentowym trunkiem, by ich nie roznieść.

Bruno przystaje bezpośrednio przede mną i poraża mnie wzrokiem.

– Siódma. Odwieźć cię? – pyta nieoczekiwanie, przez co patrzę na niego lekko oszołomiona.

– Nie, dziękuje. Mam sporo do przetrawienia, więc spacer z pewnością mi się przyda – oznajmiam wymownie.

– W takim razie daj mi na chwilę swój telefon. – Uśmiecha się, na co z konsternacją wpatruję się w niego, ale podaję mu iPhone’a. – Odblokuj, chyba że mam zgadywać? – Znów mnie rozkłada na łopatki swoim śnieżnobiałym uśmiechem. Robię, co mówi, i mu go oddaję. Patrzę, jak wystukuje numer, a następnie zaczyna dzwonić. Już sekundę później z jego kieszeni rozlega się dźwięk przychodzącego połączenia. Nadal nie oddaje mojego telefonu, tylko usilnie z zadziornym uśmiechem coś na nim wklepuje, po czym blokuje go i mi oddaje. – Proszę.

– Dzięki. – Biorę aparat z jego rąk, po czym zmierzam w stronę wyjścia, ale już po niespełna trzech krokach podbiega i łapie mnie za ramię. Jego dotyk sprawia, że przechodzi przeze mnie elektryzujący dreszcz, rozsyłający impuls po całym moim ciele. Zdziwiona zerkam na przystojną twarz mężczyzny.

– Nie pożegnałaś się ze mną – udaje oburzonego.

– Ach, no tak, gdzie moje maniery. Do widzenia. – Przewracając oczami, wyciągam w jego kierunku dłoń.

Zerka na nią z rozbawieniem, a następnie przenosi spojrzenie na moją twarz.

– Mówisz do mnie „kotku”, a chcesz się żegnać uściśnięciem dłoni? – W formie pytania jego brwi wędrują w górę. – Liczyłem na coś bardziej wyszukanego.

– To się przeliczyłeś – odburkuję sucho, co go wyraźnie rozbawia. – Na razie – rzucam i już w następnej chwili, nawet się nie obracając, wychodzę na zewnątrz.

Skinieniem głowy żegnam się z dwoma ochroniarzami i szybkim krokiem kieruję w stronę postoju taksówek. Rozkoszuję się ostatnimi promieniami słońca na swojej twarzy, przemierzając kolejne metry. Gdy tylko po mojej dłoni rozchodzi się wibracja nadchodzącego SMS-a, pośpiesznie go odczytuję:

Już nie mogę się doczekać naszej współpracy. Twój kotek.

Przewracam oczami, ale kiedy tylko dostrzegam nazwę, pod jaką się zapisał, rozbawiona parskam pod nosem. Kotek. Boże… Mijając ludzi, szczerzę się jak ostatni przygłup do telefonu, ale nic nie mogę poradzić, rozłożył mnie tym na łopatki. Naprawdę nie wiem, co jest ze mną nie tak. Zamiast się szczerzyć, powinnam być przerażona, uciekać, myśleć, co zrobić, żeby tylko się z tego wykręcić, ale coś w moim wnętrzu ciągnie mnie do owego niegrzecznego chłopca, zresztą jak przez całe życie. Pod tym względem jestem do granic możliwości popaprana. Wzdycham ciężko. Dobra, może byłoby miło, ale też zdaję sobie sprawę, że to nie może się wydarzyć. Tak, Bruno jest nieziemsko przystojny, ale do tego z pewnością niebezpieczny. Obiecałam sobie już dawno temu, że kończę z takimi mężczyznami, choćby nie wiem jak mnie kręcili, i tego postanowienia muszę bezwzględnie się trzymać.

Z takimi wnioskami i telefonem w dłoni pokonuję kolejne metry, aż w końcu docieram na postój taksówek.

ROZDZIAŁ 2

Po ostatnim treningu żegnam się ze swoją podopieczną, po czym biorę się za składanie sprzętu. Dostrzegłszy wchodzącą do sali Beth, nie mogę się nie uśmiechnąć. Z wkurzoną miną niesie jedną z gum do fitnessu i wiem, że zaraz zostanę zlinczowana za odwołanie wczorajszego wyjścia.

– Błagam, litości! – śmieję się, gdy Beth, zbliżając się w moją stronę, uderza gumą o swoją dłoń.

– Teraz to litości?! Szykowałam się dwie godziny! Chociaż raz kreski eyelinerem wyszły mi prosto, a ty błagasz o litość?! Nawet nie ma opcji! – zdziela mnie gumą, na co chichoczę jeszcze głośniej.

– Kreski eyelinerem wyszły ci prosto? – Z rozbawieniem przyglądam się jej twarzy. – Sądząc po tych, które masz teraz, śmiem wątpić – nabijam się, za co znów dostaję gumą w pupę.

– Krowa!

– Pff! – oburzam się, a na twarz blond pieguski natychmiast wstępuje szeroki uśmiech. – A serio to przepraszam za wczoraj, Beth. – Poważnieję i zerkam przepraszająco w jej zielone oczy. – Siostra wpadła z niezapowiedzianą wizytą. Znowu jakieś problemy z ojcem… Musiałam się tym zająć i dzisiaj rano dopilnować, żeby Amy wróciła prosto do internatu – tłumaczę się.

– Spoko, teraz rozumiem. Nie ma o czym gadać. – Beth uśmiecha się do mnie pojednawczo. Wie, że moje stosunki z ojcem nie należą do najlepszych. Zawsze mogłam się przed nią wygadać z gnębiących mnie problemów, ale tym razem chyba odpuszczę sobie wprowadzanie jej w ten dramat. To zbyt wiele.

– Obiecuję, nadrobimy to – zapewniam i staram się szczerze uśmiechnąć.

– Ma się rozumieć, w przeciwnym wypadku oberwiesz kettlem.

Śmieję się z tej groźby. Odkładam na miejsce cały sprzęt, po czym chwytam przyjaciółkę pod ramię i wychodzimy z sali treningowej.

Dopiero w szatni orientuję się, że godzina mojej nowej pracy nieubłagalnie się zbliża. Pośpiesznie udaję się pod prysznic i biorę go w zadziwiająco szybkim tempie – jak na mnie. Przebieram się w dopasowany komplet ze spódniczką i sznurowanym po bokach topem golfem w kolorze cappuccino, wkładam swoje czarne szpilki, suszę włosy, poprawiam dość mocny makijaż, zabieram spakowaną torebkę, a następnie opuszczam klub fitness.

Za dwadzieścia siódma udaje mi się dotrzeć przed luksusowy lokal. Zostawiam swoje TT na parkingu przed apartamentowcem, po czym, już nawet nie wiem, który raz w ciągu dwóch dni, próbuję dodzwonić się do ojca. Opieram się biodrami o drzwi i wsłuchuję w jeden sygnał, drugi, trzeci… Aż w końcu dociera do mnie śpiewne:

– Halo? – rzuca ojciec, jakby, kurwa, nic się nie działo, jakbym od ponad dwudziestu czterech godzin wydzwaniała tylko po to, aby zapytać, co u niego słychać.

– Cudownie, że w końcu odebrałeś – docinam już na wstępie.

– O, Nicky! Dobrze cię słyszeć – mówi nad wyraz wesoło, co mnie rozsierdza do reszty. Mam wrażenie, że on sobie w tej chwili robi ze mnie jaja. – Wybacz, że dopiero teraz odebrałem, ale załatwiałem ważne sprawy.

– Świetnie… – wcinam się uszczypliwie. – A dotyczyły one może tych stu tysięcy, które wisisz Brunonowi, czy może z tym już dałeś sobie spokój, bo masz córkę, która odpracuje dług w klubie go-go? – wypalam bezceremonialnie, by wiedział, że to nie jest nasza miła, rodzinna pogawędka. – Normalny jesteś!? Co za ojciec postępuje tak jak ty?! Naprawdę chciałeś wysłać Amy do pracy w klubie nocnym?! Jak mogłeś zrobić coś takiego?! – wrzeszczę do słuchawki wszystko to, co w tym momencie napływa do mojej głowy. Nie mogę się opanować. Jestem wściekła i mam zamiar powiedzieć mu to, a także o wiele więcej.

– Po pierwsze, nie tym tonem – odzywa się donośnie i niezwykle gburowato. Słyszę, że to ten jego ostrzegawczy i gromiący mnie ton, jednak nie mam zamiaru odpuścić. Tym razem przesadził, i to grubo, więc nie zamierzam trzymać języka za zębami. – A po drugie, przecież nawet tam nie dotarła.

– Nie dotarła, ale nie dzięki tobie! – wtryniam się pośpiesznie.

– Krzyknij jeszcze raz, a zakończymy rozmowę.

Na jego grubiańskie słowa ogarnia mnie jeszcze większa fala wzburzenia. Do niego naprawdę nic nie dociera. Podchodzi do tematu tak, jakby nic się nie działo. To chore. Równie dobrze z takim podejściem mógłby płodzić córki i sprzedawać je za niezły szmal do arabskich haremów. Szlag mnie trafia, ale staram się brać spokojniejsze oddechy, żeby się uspokoić.

– Zresztą ciebie nikt nie prosił, żebyś to akurat ty tam poszła – wypala ostro, a moje próby powściągnięcia się od wypowiadania dalszych obelg właśnie ulegają destrukcji.

– Że co?! Czy ty się, do cholery, słyszysz?!

– Mówiłem coś. Nie potrafisz rozmawiać jak cywilizowany człowiek i drzesz się jak rozhisteryzowana wariatka, więc nie mamy o czym rozmawiać. Cześć – ucina i się rozłącza.

– Tato! – drę się, ale to na nic, bo moje słowa już do niego nie docierają.

Jestem wściekła. Co za pieprzony palant! Mam ochotę z całej siły przywalić w auto, aby tylko pozbyć się choć części tej złości, ale szkoda lakieru. W tym rozgorączkowaniu biorę kolejne uspokajające oddechy, zamykam oczy i wsłuchuję się w szum przejeżdżających przecznicę dalej samochodów. Stoję tak chwilę, studzę swoje zapędy, a kiedy w końcu natłok głosów w mojej głowie, rzucających wyzwiskami w stronę mojego ojca cichnie, powoli ruszam w stronę klubu.

Podchodzę do wejścia i tym razem ochroniarz od razu odpina linę ze słupka i przepuszcza mnie do wnętrza.

Wchodzę i wymuszonym uśmiechem witam się z kobietą z recepcji, którą także tutaj wczoraj widziałam.

– Jesteś Nicky, prawda? – pyta, na co nieznacznie kiwam głową. – Kira zaraz po ciebie przyjdzie. Tak po za tym jestem Sara, miło mi. – Wyciąga w moją stronę dłoń.

Ściskam ją i staram się przywołać na twarz bardziej entuzjastyczny uśmiech, jednak nic z tego. Marnie mi to wychodzi. Jestem zestresowana i choć chcę, nic nie mogę z tym zrobić.

– Mnie również – silę się chociaż na taką odpowiedź.

– Wyglądasz na odrobinę wystraszoną. – Sara uśmiecha się do mnie pokrzepiająco.

– Cóż, biorąc pod uwagę, że zostałam do tego zmuszona przez mojego fantastycznego ojca oraz waszego jeszcze wspanialszego Brunona, to tak, jestem cholernie przerażona – mówię, a ona zaczyna chichotać. Zerka w moje oczy, stara się utrzymać poważną minę, zakrywa usta dłonią, ale zaraz znów się śmieje, a przy tym chrumka, przez co sama zaczynam się śmiać pod nosem.

– Wiesz, Bruno nie jest aż taki zły – odzywa się, gdy w końcu opanowuje swoje chrumkanie. – Oczywiście, o ile mu nie podpadniesz, bo wtedy lepiej… – Gdy się zacina, unoszę znacząco brew, nie rozumiejąc, co to miało znaczyć. – Po prostu wtedy wiej. – Znów chichocze.

– Zrobię to z największą przyjemnością, o ile masz na zbyciu sto tysięcy – rzucam.

– Przykro mi, po wczorajszych zakupach zostały mi zaledwie sześćdziesiąt trzy dolary, ale jak chcesz, pożyczę ci, może cię poratują.

Zaśmiewam się pod nosem. Już ją lubię. Jest wesoła i ostro trzepnięta, przez co nad wyraz przypada mi do gustu.

– Dzięki, to z pewnością pomoże – zapewniam, co spotyka się z jej kolejnym uśmiechem.

– Zapytaj, może Bruno zgodzi się rozłożyć to na raty – dodaje rozbawiona.

– Pewnie. Spytam również, czy nie będzie tak wspaniałomyślny, aby rozłożyć całość na kolejne trzy pokolenia – oświadczam i już po chwili obie na nowo chichoczemy.

Śmiejąc się, jakoś mimowolnie zerkam za siebie i zauważam wchodzących do holu trzech starszych mężczyzn, którzy z bezwstydnymi uśmiechami przypatrują się pożądliwie mnie i Sarze, a potem coś pod nosem komentują. Przewracam oczami.

– Ale tej miny to się lepiej pozbądź. – Sara wskazuje na moją twarz, więc domyślam się, że mój grymas musiał być dość wymowny.

Kuźwa, przecież to dziadki. Z czego jej zdaniem mam się cieszyć?

Moja nowa koleżanka z rozbrajającym uśmiechem na ustach dwoma palcami wskazującymi unosi kąciki moich ust.

– Tak zdecydowanie lepiej – dodaje zachwycona.

Choć chcę, nie mogę się nie uśmiechnąć.

– Nicky!

Na dobiegający z tyłu pisk Kiry odrywam się od recepcji. Moja kumpelka przystaje przede mną, otwiera ramiona i mnie przytula. Szybko dostrzegam, że dziś jej strój jest odrobinę mniej wyzywający. Ma czerwoną sukienkę ze sporym dekoltem, ale przynajmniej nie włożyła tych okropnych butów.

– Chodź, pokażę ci co i jak, a później wprowadzę w twoje zadania. – Ciągnie mnie, więc przez ramię odwracam się do Sary i macham jej na pożegnanie. – Z tej strony są biura, gabinet Brunona, Marca i szatnia. – Wskazuje na hol, którym wczoraj szłam ze swoim „trupim” kolegą. – Góra cię raczej nie obchodzi… – Zerka na mnie niepewnie, dlatego domyślam się, co dzieje się na górze.

– Rozumiem, że tam są wszelkie pokoje zabaw i masażu.

– Tak to można ująć. – Zawstydzona nawet na mnie nie patrzy, tylko prowadzi obok schodów do dalszej części holu. – Tutaj są nasze garderoby, a tymi drzwiami – wskazuje na nie – i tamtymi wejdziesz do klubu.

– Kira…

– Nie oceniaj, proszę – przerywa mi pośpiesznie, ale ja nawet nie ten temat chciałam zacząć. Patrzę na nią, a w jej brązowych oczach maluje się ból.