Peccatopolis - Jarosław Kończak - ebook

Peccatopolis ebook

Kończak Jarosław

0,0

Opis

18+ Mroczna, ponura opowieść o upadku miasta Peccatopolis, inspirowana losem Sodomy i dekadenckiego Rzymu. Bestia mieszkająca w głębi każdego z nas przewija się przez karty tej historii - bezlitosnej i nie biorącej jeńców.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 69

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Przerażona dziewczynka miotała się w żelaznym uścisku, dopóki nie usłyszała:

- Cii, malutka. Uspokój się, już dobrze. To tylko ja.

Lermais zarzuciła ojcu rączki na szyję i rozpłakała się w głos z ulgi.

- Tato! Tatusiu! - nie mogła wydusić nic więcej przez ściśnięte gardło.

- Posłuchaj uważnie, córeczko - Gwen przytulał ją jedną ręką, a drugą gładził po

jasnych włosach, jakby to było ich ostatnie spotkanie.

- Dzisiaj tatuś cały dzień chodził w ślad za złymi ludźmi z górnego miasta i

podsłuchiwał ich zamiary. Skrzywdzą nas, jeśli nie uciekniemy.

Dziewczynka załkała i mocniej wtuliła się w ojca.

- Czy słyszysz to chrobotanie na dole? To ucieka robactwo z podpalonych gniazd.

Wojsko zeszło do groty i pali wszystko żywym ogniem - przerwał na chwilę dla zaczerpnięcia odechu - okazuje się, że karaluchy i podobne paskudztwo za bardzo się namnożyło, wychodzi na powierzchnię i zakłóca sen obywatelom.

- Tatusiu, jesteśmy ludźmi, a nie robakami, prawda? - wielkie oczy Lermais patrzyły w

ojca z bezgranicznym zaufaniem.

- Moje ty kochanie. Ci wielcy panowie nie widzą wielkiej różnicy między nami. Spalą

nasz dom, dla nich to tylko wylęgarnia robactwa.

- Więc co robić, tatusiu? Ja nie chcę być żywcem spalona! Gwen chwycił ją za rączkę i wyjrzał przez drzwi.

- Przysięgam, że nie spotka cię taki los. Teraz bądź mądrą, posłuszną córeczką i

chodź za mną, byle po cichu.

***

Ruszyli po dachach skleconych z drewna i wszelkich materiałów jakie dało się do niego doczepić, przybić lub dokleić. Z jednej strony groty rozpalały się kolejne ogniska - to stamtąd ciągnęły wypłoszone z kryjówek roje robactwa. Gryzący czarny dym zaczął wypełniać jaskinię. Od południa ucieczka była niemożliwa - musieliby się przedzierać przez uzbrojonych po zęby żołnierzy z buzdyganami i pochodniami. Gwen wiedział o jeszcze jednym wyjściu na zewnątrz - za ścianą kolczastych krzewów pięła się stromo w górę prawie niewidoczna, ukryta ścieżka. To była ostatnia szansa na ratunek. Ojciec spojrzał z czułością na jasną główkę Lermais i żarliwie zaofiarował bogom własne życie w zamian za tę niewinną istotkę, która po śmierci żony stała się dla niego całym światem.

Doszli już prawie do stóp krętej, niegościnnej ścieżki.

Powiew świeżego powietrza prawie pozbawił oboje przytomności, w górze dało się zauważyć nawet kilka gwiazd. Za dnia nie było tu bezpiecznie, na odludziu czyhało zbyt wielu złodziei i amatorów ludzkiego mięsa.

- Teraz ostrożnie, kochanie - pouczył córkę Gwen - uważaj gdzie staje tatuś i stawiaj

stopy dokładnie…