Kapryśny zegar w Umrzykowie - Jarosław Kończak - ebook

Kapryśny zegar w Umrzykowie ebook

Kończak Jarosław

0,0

Opis

15+ Alicja w Krainie Czarów dla dorosłych! Anglia w epoce wiktoriańskiej. Stateczny gentleman zostaje porwany sprzed drzwi swojego klubu w szaloną podróż! Odnajduje się w przedziwnym, pełnym tajemnic mieście, gdzie umarli mają te same prawa co żyjący. Spotyka ciotki Lovecrafta, wplątuje się w aferę z romantycznym poetą - zabójcą i poznaje samego Śmierć. Jak to się skończy? Doprawdy nie mam pojęcia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 149

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Kiedy się ocknąłem, nie leżałem już na cmentarzu. Oglądałem wybrukowany kocimi łbami, zadbany główny plac niewielkiego angielskiego miasteczka. Z ratuszowej wieży szczerzyła się do mnie żeliwna tarcza zegara odlana na kształt trupiej czaszki. Gdzieniegdzie zaróżowił… nie! zażółcił się klomb, wzdłuż ścieżek zasadzono piękne lipy. Ubrani w cylindry i garnitury dżentelmeni przechadzali się pod rękę z paniami wystrojonymi niczym rajskie ptaki. Na rogu ulicy stał gazeciarz i wykrzykiwał jakieś bzdury o kapryśnym zegarze. Niedaleko stał drugi gazeciarz, tyle że ten prześwitywał jak zaparowane szkło i wyraźnie dostrzegałem przez niego wózek kwiaciarza. Podobnie jak jego pełnokrwisty odpowiednik reklamował poranną prasę, ale z jego ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Trzech półrealnych truposzy zasiadło na ławce przed kawiarenką o niezwykłej nazwie „Jeszcze żyw” i ostro rżnęło w pokera. Przez plac przebiegł wyglądający bardzo realistycznie wilkołak, ale nie zwrócił niczyjej uwagi prócz samiczki pudla, która pomachała do niego króciutkim ogonem. Do kawiarni wkroczył najprawdziwszy nagi szkielet, a z wnętrza rozległy się zbulwersowane okrzyki.

- Wracaj do domu, Dorianie!

- Jesteś w wieku kiedy poleruje się gnaty, a nie popija kawę!

- Ha, ha!

- Wynocha, płoszysz żywych!

Zacisnąłem powieki i próbowałem przypomnieć sobie swoje nazwisko.

- Jestem George Harrington. George Harrington. George…

***

Przy kominku na aksamitnym posłaniu dla kota leżał bez znaku życia pokruszony szkielecik, a raczej usypany stosik kocich kosteczek.

- Lillian! - zawołała druga z przebywających w sypialni eleganckich dam. Klęczała na ogromnym arystokratycznym łożu i dyskretnie podglądała ulicę zza firanki.

- Lillian! - powtórzyła głośniej, odwracając głowę w stronę siostry - obudzisz się

wreszcie, ty sparciały, wypchany borsuku?

- Chrrr…? Brblbblll.

- Coś się dzieje. Chyba przybył żywy z Londynu. Młody taki.

- Co? - nieprzytomnie dopytywała Lillian, wiercąc w siostrze jedynym okiem - co

mówisz, Emeline? A gdzie to pobiegła moja Daisy? Daaaaisyyyy!

Emeline uniosła oczy ku sufitowi, biorąc na świadków wszystkie gotowe jej wysłuchać bóstwa, jakie męki intelektualne przechodzi wiodąc ostatnie nieżycie u boku nieboszczki, której ze starości przegniły już nawet myśli.

- Opamiętaj się, wariatko! - odparła niezbyt grzecznie - twoja Daisy to od tysiąca lat

tylko spróchniały szkielet, z którym nie potrafisz się rozstać i który zajmuje tylko miejsce przy kominku.

- Miejsca mamy chyba dosyć - chlipnęła Lillian - cóż byś tam ustawiła? Szafę na

pamiątki po twoich nic niewartych kochankach? Prawda jest taka że mnie nienawidzisz, Emeline! Nienawidzisz jak niepotrzebnego nikomu starego kapelusza.

Czarnowłosa widząc że nadchodzi kryzys, postanowiła zażegnać go w zarodku.

- Uspokój się, kochana - przytuliła do piersi siostrę, która zaczynała już wpadać w

histerię - wiesz, jaka jestem czasem wyrywna. No już, ćśśś… oczko zmruż….

Lalala… przepraszam że bywam wredną czarownicą. Czy wiesz, że ten nowo

przybyły Anglik podobny jest do Howarda? Ma taką samą pociągłą, końską twarz.

- Do naszego Howarda? - zapytała Lillian z błyskiem w oku i otarła łzę - ojej, ojej...

Jak chciałabym żeby był teraz z nami. Jak myślisz Emeline, gdzie też mógł trafić

po śmierci?

„Pewnie błagał o spędzenie Wieczności jak najdalej od nas” - pomyślała Emeline z goryczą, delikatnie głaszcząc siostrę po włosach.

- O, Lillian! Lillian, Lillian… - szepnęła - obie zapomniałyśmy o tylu ziemskich

przyjemnościach. Choćby o smaku potraw. Czy pamiętasz smak? Żyjemy tak

nieznośnie długo… wystaw sobie, że wczorajszego wieczoru przed zaśnięciem

przypomniałam sobie truskawkę. Jej soczysty kolor, zapach świeżości i powiew

wiosny, krzaczki z których je zrywałyśmy za młodu ścigając się, która z nas pożre

więcej zanim puści pierwszego bąka.

Blond upiór przewracał jedynym okiem, starając się przypomnieć sobie cokolwiek z poprzedniego życia.

- Truskawki, Emeline? Nie… ja nie jestem pewna, czy je pamiętam.