Kłamstwa, które przyzywają noc - Tessonja Odette - ebook
NOWOŚĆ

Kłamstwa, które przyzywają noc ebook

Tessonja Odette

0,0

Opis

Z obłudnej sztuki zrodziły się potwory…

Po tym, jak sztuka tchnęła życie w krwiożercze cienie, praca twórcza została zakazana, a utalentowanych artystów zaczęto składać w ofierze Bezgrzesznym – nieśmiertelnym arystokratom żywiącym się krwią ludzi.

 

Potajemne opowiadanie historii już raz prawie powiodło Inanę ku śmierci. Wyznaczono nagrodę za jej głowę, więc teraz musi trzymać się mrocznych zakamarków miasta; tam zarabia marne pieniądze na poszukujących ekscytacji bogaczach desperacko pragnących usłyszeć zakazaną fikcję. Trwa to do czasu, gdy Dominic – jeden z Tępicieli – przypadkowo trafia na jej występ…

 

Dominic jest pół-Bezgrzesznym łowcą potworów. Jednak do łowów potrzebuje artysty wabiącego Pomroki… Potrzebuje Inany. Stawia jej więc ultimatum: jeśli dziewczyna nie zgodzi się mu służyć, on odbierze nagrodę za jej głowę. Dla Inany, kierującej się jedynie wolą przetrwania, wybór jest jasny.

 

Pełen napięć sojusz prowadzi ich w samo serce niebezpieczeństwa. Podczas tej podróży odkrywane są mroczne sekrety – o nich, o otaczającym ich świecie, o zagrożeniach, jakim będą musieli stawić czoła. Najgroźniejsze ryzyko wiąże się jednak z namiętnością rodzącą się między Dominikiem a Inaną. W grę wchodzi bowiem coś znacznie grzeszniejszego. Coś, co może postawić na głowie cały świat.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                                             Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 476

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: The Lies that Summon the Night

Copyright © Tessonja Odette 2026

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka

Redakcja: Anna Kowalska

Korekta: Anna Łakuta-Rudzka, Martyna Góralewska, Emilia Ziarnik

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

Ilustracja na okładce: Maksymilian Rogaliński

Mapa: Charlie Arpie

ISBN 978-83-8418-924-5 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Nota od autorki

Kłamstwa, które przyzywają noc to powieść dla dorosłych z gatunku romansu i fantastyki. Chociaż świat, w którym rozgrywa się akcja, jest mroczny, to miłość łącząca głównych bohaterów nie jest toksyczna. Mimo to w książce pojawiają się potwory, rozlew krwi oraz mroczne motywy. Proszę, zadbaj o siebie podczas czytania.

Oto niepełna lista tego, co można znaleźć w tej powieści:

• tematy dla dorosłych,

• wulgarny język,

• opisowe sceny seksu, niecenzuralne słownictwo, zabawa cieniami i używanie przepasek na oczy,

• religijna i polityczna korupcja,

• przemoc, rozlew krwi oraz jej picie przez wampiryczny gatunek,

• uzależnienie od krwi oraz opisy prób rzucania nałogu,

• horror biologiczny i przerażające sceny,

• wzmianki o zaniedbaniach rodzicielskich,

• wzmianki o przemocy seksualnej,

• wzmianki o morderstwie, fizycznym znęcaniu się oraz okaleczaniu,

• żałoba i utrata bliskich.

Glosariusz

MIEJSCA

ŚWIĘTY KONTYNENT – jedyny kontynent na świecie zamieszkiwany i rządzony przez Bezgrzesznych.

UŚWIĘCONE MIASTO – miasto, którym włada Bezgrzeszny monarcha, znajdujące się pod ochronną kopułą światła ze Świętego Paleniska oraz otoczone murami ze srebra. Jest to najbezpieczniejsze miejsce do mieszkania, ponieważ pozostaje niedostępne dla Cieni. Obecnie istnieje osiem Uświęconych Miast, w tym stolica królewska, Bastion Światła.

CHRONIONA WIOSKA – wioska, którą włada Bezgrzeszny diuk, znajdująca się pod ochronną kopułą światła ze Świętego Paleniska. W przeciwieństwie do Uświęconych Miast, chronionych wiosek nie otaczają mury ze srebra. Niemniej są one prawie tak samo bezpieczne jak Uświęcone Miasta.

MAGIA

ASTROTEURGIA – magia wykorzystująca energie bogów i kosmosu do sprowadzania błogosławieństw na ziemię śmiertelników oraz pomagająca osiągnąć pożądany rezultat.

KOSMOGRAM ASTROTEURGICZNY – koło ceremonialne, w którym zawarte są kąty, układy geometryczne oraz glify ujarzmiające na specyficzne sposoby energie bogów i kosmosu, pomagające praktykować astroteurgię.

ASTROTEURGIA SŁONECZNA – rodzaj potężnej astroteurgii dostępnej jedynie dla Bezgrzesznych i Tępicieli, wykorzystującej energię boga Bastiena oraz właściwości słońca. Wymaga ofiary krwi, a im trudniejszy do osiągnięcia jest cel, tym więcej krwi albo śmierci potrzeba.

ASTROTEURGIA POWSZECHNA – rodzaj astroteurgii, który był powszechnie używany przed Stoma Dniami Ciemności do parzenia eliksirów i toników albo szybkiego przesyłania wiadomości na większą odległość. Obecnie posługiwanie się każdą formą astroteurgii jest zakazane dla przeciętnego człowieka, a tajniki wiedzy są pilnie strzeżone przez kościół.

ŚWIĘTE PALENISKO – szeroka, płytka misa z wyrytym w środku kosmogramem astroteurgicznym. Po podpaleniu tworzy ogromną kopułę słońca nad wyznaczonym obszarem, przez którą nie mogą przedostać się Pomroki. Rozpalenie Świętego Paleniska jest najpotężniejszym czarem w astroteurgii słonecznej, a utrzymanie światła wymaga regularnego składania w ofierze serca.

ABSOLUCJA – astroteurgiczny rytuał przemieniający człowieka w Bezgrzesznego, odzierający jego duszę z grzechów.

CZĘŚCIOWA ABSOLUCJA – astroteurgiczny rytuał zarezerwowany dla Tępicieli, odzierający duszę człowieka z połowy grzechów.

OSOBY

BEZGRZESZNY – człowiek po przejściu rytuału Absolucji, regularnie spożywający krew. Bezgrzeszni uchodzą za nieśmiertelnych i niezdolnych do przyciągania Pomroków.

TĘPICIEL – uważany za pół-Bezgrzesznego. Tępiciele poddają się częściowej Absolucji, podczas której zostają odarci z połowy grzechów. Spożywają krew, chociaż robią to rzadziej od Bezgrzesznych. Doświadczają emocji w mniejszym zakresie niż ludzie.

PÓŁDUSZ – inne określenie Tępiciela.

HIERARCHIA BEZGRZESZNYCH – król Kaelum sprawuje władzę suwerenną nad Świętym Kontynentem. Kościół, monarchowie oraz diukowie służą bezpośrednio pod nim. Bezgrzeszni Książęta są drugimi w kolejności najpotężniejszymi Bezgrzesznymi pod królem. Dołączają do rodziny królewskiej poprzez namaszczenie po Absolucji. Obecnie istnieje siedmiu Bezgrzesznych Książąt, a każdy z nich rządzi swoim własnym Świętym Miastem. Diukowie są trzecimi w kolejności najpotężniejszymi Bezgrzesznymi pod królem. Otrzymują pozycję w ramach nagrody za zasługi oraz pobożność i dostają terytorium, nad którym sprawują władzę jako diukowie. Król, książęta i diukowie mogą posługiwać się astroteurgią słoneczną, żeby podpalać Święte Paleniska, ale nie mogą używać jej do innego celu ani posługiwać się innymi rodzajami astroteurgii. Następnymi najpotężniejszymi Bezgrzesznymi są Tępiciele. Chociaż pozostają Bezgrzesznymi tylko w połowie, to ich pozycja obrońców kontynentu, łowców nagród oraz pogromców Pomroków, wraz z pozwoleniem na używanie astroteurgii, sprawiają, że są oni powszechnie szanowani, choć także wzbudzają postrach. Na samym dole hierarchii Bezgrzesznych znajdują się lordowie i damy. Dostają tytuły w ramach nagrody za zasługi oraz pobożność, więc często zajmują role przywódcze i stanowiska honorowe wśród niższych warstw społecznych. Nie mają żadnej wiedzy o astroteurgii. Bezgrzeszni każdej rangi spożywają krew i znajdują się ponad prawem, jeśli chodzi o czyny i zachowanie, w tym wybieranie źródeł krwi.

KOŚCIÓŁ – podlega bezpośrednio królowi Kaelumowi, a księża są najpotężniejszymi ludźmi na Świętym Kontynencie. Sprawują pieczę nad całą wiedzą o astroteurgii oraz stanowią organ sądowy i wojskowy. Jako jedyni mogą przeprowadzać rytuał Absolucji oraz praktykować niektóre rodzaje astroteurgii, trzymając się surowych przepisów.

POTWORY

POMROK – w połowie świadomy cień zrodzony z ludzkich grzechów. Często przyjmuje formę ludzką, chociaż czasem można je zobaczyć pod postacią zniekształconych zwierząt; śledzą ludzi i przyciąga je grzech. Jeśli się je sprowokuje, mogą stać się agresywne. W trakcie dnia oddalają się w ciemne miejsca i nie mogą stać bezpośrednio na słońcu. Są wrażliwe na srebro, więc nie przekraczają ścian i barier stworzonych z tego metalu. Mogą zostać przepędzone w ciągu dnia albo ścięte płonącym nożem, ale później formują się na nowo, a w nocy dzieje się to szczególnie szybko. Pomrok może zostać zabity tylko przez Tępiciela i po przemienieniu się we Wcielonego.

WCIELONY – Pomrok, który zainteresował się konkretnym człowiekiem, przeobraził się w niego i go skonsumował. Pomrok przybiera wtedy fizyczną formę. Wygląda jak swoja ofiara i posiada jej wspomnienia. Jest przekonany o swoim człowieczeństwie, więc wszystko, co przypomni mu o tym, że nie jest człowiekiem, sprowokuje go do przemocy.

HISTORIA/MITOLOGIA

STO DNI CIEMNOŚCI – według legendy przed pięciuset laty ludzie stali się tak niegodziwi, że dziewięcioro bogów i bogiń postanowiło ukarać ich, sprowadzając na świat ciemność na sto lat.

ROK BASTIENA – ósmy rok w każdej dekadzie, którego bogiem patronem jest Bastien. W stolicy oddaje się mu szacunek w Sobótki, wykonując rytuał pokutniczy mający na celu wybłaganie przebaczenia u bogów i zakończenia zagrożenia ze strony Pomroków.

SIEDEM LUDZKICH GRZECHÓW – uważa się je za siedem najmroczniejszych stron ludzkości: duma, żądza, lenistwo, łakomstwo, chciwość, zazdrość i gniew.

SIEDEM ŚWIĘTYCH CNÓT – uważa się je za siedem największych cnót, które ludzkość musi ucieleśnić, żeby zasłużyć na boskie przebaczenie: pokora, miłosierdzie, pracowitość, umiar, hojność, podziw i cierpliwość.

ENERGIA LUNARNA – znana także jako grzech, jest zrodzoną z Vanny częścią bogów, kosmosu i ludzkości. Vanna to bogini Księżyca reprezentująca ciemną stronę wszystkiego, naturalne zakończenie każdego cyklu oraz konieczne przeciwieństwo i odpowiednik energii solarnej. Obecnie energia lunarna i wszystko związane z księżycem jest uznawane za grzeszne i złe.

Dziewięcioro bogów

Bogowie mateczni:

• Bastien, bóg słońca, reprezentujący życie, światło i stworzenie,

• Vanna, bogini księżyca, reprezentująca śmierć, mrok i zniszczenie.

Ich dzieci, siedmioro pomniejszych bóstw:

• Herald, bóg dobrobytu, reprezentujący energie od chciwości po hojność,

• Serafina, bogini miłości, reprezentująca energie od żądzy po miłosierdzie,

• Malen, bóg mądrości, reprezentujący energie od dumy po pokorę,

• Lilith, bogini sprawiedliwości, reprezentująca energie od gniewu po cierpliwość,

• Sylas, bóg żniw, reprezentujący energie od łakomstwa po umiar,

• Dian, bogini piękności, reprezentująca energie od zazdrości po podziw,

• Kole, bóg celu, reprezentujący energie od próżniactwa po pracowitość.

Dla każdego, kto kiedykolwiek uleczył złamane serce i stał się dzięki temu silniejszy

Rozdział pierwszy

Inana

Gdy po raz pierwszy wyszeptałam opowieść na wietrze, zrobiłam to w przekonaniu, że skończy się to moją śmiercią. Choć byłam wtedy zaledwie dzieckiem, to rozumiałam konsekwencje popełnienia takiej zbrodni. Tworzenie sztuki jest kłamstwem, kłamanie to grzech, a grzeszenie wabi cienie, które straszą w ciemności. Lecz mimo to zamiast uciec przed tym, co zrobiłam, czekałam z zapartym tchem, bezpieczna na słońcu, nie odrywając wzroku od lasu na skraju mojej wioski. Nie miałam odwagi nawet mrugnąć, ponieważ nie chciałam, by umknął mi widok cieni przemykających między drzewami. Oznaki wskazującej na to, że rozbudziłam apetyt potwora z mroku.

Kiedy po godzinie nie pojawiło się żadne niebezpieczeństwo, nie poczułam ulgi.

Byłam rozczarowana.

Nie dlatego, że chciałam umrzeć; tak właściwie to chciałam poczuć, że żyję. Zdusić przepełniającą mnie tęsknotę zrodzoną nie z grzechu, lecz z pisma świętego.

Nie ma kłamstwa większego od fikcji,

Grzechu piękniejszego od sztuki.

Nie należy oddawać się tym rozkoszom,

Gdyż sam diabeł jest ich muzą.

Bogowie, te wersy tak bardzo mnie poruszyły. Chociaż miały przestrzegać przed zajmowaniem się zakazaną sztuką, to ja nigdy ich w ten sposób nie odbierałam. Dla mnie brzmiały zachęcająco. Przypominały wyzwanie. Czy mogłabym usnuć opowieść tak fascynującą, że zwróciłabym na siebie uwagę samego diabła? Tak piękną, że dręczące ludzkość Pomroki zapragnęłyby mojej śmierci?

To nie był ostatni raz, kiedy wyszeptałam w świat fikcję. To był dopiero początek i ostatecznie opowiadanie historii doprowadziło do mojej zguby. Dwukrotnie zostałam przyłapana na zbrodniach.

Za pierwszym razem straciłam ukochanego.

A za drugim wolność.

Lecz, co zabawne, to w niewoli czułam największą swobodę. Przynajmniej w noce takie jak ta.

Przed sobą widzę pomieszczenie bez okien. Wzywa mnie. Oddychając miarowo, idę w jego kierunku ciemnym korytarzem wraz ze swoimi towarzyszami. W otaczającej nas ciszy rozbrzmiewa jedynie szmer naszych pantofli szurających po podłodze, a powietrze tętni wyczuwalną mieszanką przerażenia i zniecierpliwienia. Wiemy, co nas czeka, gdyż dla żadnego z nas występowanie w Leżu Nędzników nie stanowi nowości.

Tej nocy przybyło nas ponad tuzin – artystów i kryminalistów. Jako dwudziestosześciolatka nie znajduję się ani wśród najmłodszych, ani najstarszych. Są tu nastolatka i mężczyzna dwa razy starszy ode mnie. Większość z nich, podobnie do mnie, jest na kontrakcie u pana Rockefellera, dobrze ubranego dżentelmena idącego na przedzie. Reszta już wywiązała się z umowy i pojawiła się, by zarobić. W ciągu dwóch lat znajdę się w ich gronie. A po kolejnym roku uzbieram na bilet na statek i będę mogła bezpiecznie opuścić ten pieprzony kontynent.

Muszę tylko przetrwać do tego czasu.

Przeszywa mnie dreszcz, kiedy do moich uszu docierają pierwsze nuty melodii – rytmiczne, wygrywane na instrumencie strunowym. W miejscu, gdzie wszystkie formy twórczej sztuki są zakazane, ten dźwięk mrozi krew w żyłach. Powinnam być już do tego przyzwyczajona. W ciągu tego roku spędzonego pod kuratelą pana Rockefellera, w ciągu roku występowania w Leżu Nędzników, niejednokrotnie słyszałam muzykę. Lecz dla mnie to chyba nigdy nie przestanie brzmieć niepokojąco. I czarująco zarazem.

Im bliżej drzwi się znajdujemy, tym głośniej rozbrzmiewa melodia, tak samo jak wybuchy śmiechu i rozmowy. Przygotowuję się na ostrą woń alkoholu, która z pewnością wkrótce zaatakuje moje nozdrza, i liczę na to, że nie wyczuję w niej ostrej nuty krwi. Jeśli tej nocy zjawili się jacyś Bezgrzeszni…

Przełykam gulę podchodzącą mi do gardła. Chociaż pan Rockefeller ma wpływ na pozostałych arystokratów i może nas przed nimi ochronić, to nie uratuje nas przed Bezgrzesznymi.

Przynajmniej wszyscy mamy na twarzach maski, a nasze tożsamości dodatkowo ukrywają ubrania: jedwabne szaty zapinane na szkarłatne wstążki wszyte w niewielkich odstępach od talii do szyi oraz welony w tym samym kolorze. Nikt nie zobaczy moich rudawych blond włosów ani piegów na policzkach. Przez wąskie otwory nie dostrzegą pewnie nawet szarych tęczówek. Ujrzą jedynie najróżniejsze zdobienia na maskach – to jedyne, co nas rozróżnia, poza wzrostem i budową ciała. Na mojej znajdują się eleganckie kwieciste filigrany oraz aureola z wąskich kolców, przypominająca promienie słońca, z których zwisają koraliki z brązu, podzwaniające i kołyszące się wraz z każdym moim ruchem.

Wreszcie przekraczamy próg; chwilowo oślepia mnie przejście z ciemnego korytarza do w pełni oświetlonego pokoju. Mrugając, staram się przyzwyczaić oczy do blasku lśniących kryształowych żyrandoli zawieszonych nad naszymi głowami; ich złote światło odbija się od srebrnych ścian, podłogi i sufitu, jeszcze bardziej rozjaśniając pomieszczenie. Jest tu tak jasno, że prawie boli mnie od tego głowa, lecz powinnam być za to wdzięczna. Srebro i światło to dwie rzeczy odpędzające Pomroki – potwory cienie, rodzące się z ludzkich grzechów.

Takie było pierwotne przeznaczenie tego pokoju: miało zostać podziemnym schronem. Uświęcone Miasta, takie jak Nalheim, otoczone są wysokimi murami ze srebra oraz kopułą światła wydobywającego się ze Świętego Paleniska ustawionego w samym centrum miasta. Schrony mają zapewnić bezpieczeństwo arystokracji, gdyby musieli uciekać albo gdyby podstawowe zabezpieczenia Nalheimu przestały z jakiegoś powodu działać. Lecz zamiast zachować to sanktuarium na wypadek kataklizmu, pan Rockefeller przemienił je w klub dla szanowanej elity miasta. Miejsce, gdzie może bezpiecznie dać swoim kolegom zaznać grzechu.

Rockefeller prowadzi nas na sam środek pomieszczenia, a my się rozdzielamy, żeby widownia mogła zobaczyć, jaka rozrywka ich dzisiaj czeka. Pomimo braku okien pomieszczenie przypomina pałacowy salonik z moich wyobrażeń: welurowe fotele uszaki oraz stoły zastawione wykwintnym jedzeniem. W srebrnych ścianach wyryto wzór adamaszkowy, na suficie znajdują się kasetony, a podłogi są wypolerowane na wysoki połysk. Jest to nadzwyczaj ekstrawaganckie wykorzystanie najbardziej pożądanego metalu na tym kontynencie.

Kilka par oczu wędruje w naszym kierunku, ale większość osób nadal pochłonięta jest rozmowami albo piciem drinków i rozsiadaniem się wygodnie w fotelach. Wszyscy ubrani są w najlepsze surduty i cylindry, a także w jedwabne suknie balowe o żywych kolorach lub koronkowe i z brokatu. Oni również kryją twarze za maskami, lecz ich są zrobione z porcelany i pozbawione są wszelkich cech, podczas gdy nasze stanowią małe dzieła sztuki. Goście chcą w ten sposób pokazać, że w przeciwieństwie do nas nie są grzesznikami. Oni nie biorą udziału w nieprawym tworzeniu sztuki. Oni tylko na to patrzą. Oceniają. Pławią się w blichtrze tego, co publicznie potępiają.

Melodia się zmienia, rozbrzmiewają nowe nuty i wreszcie dostrzegam solistkę. Siedzi na kolanach szczupłego mężczyzny, na jej twarzy brakuje maski, ma przymknięte powieki, a źrenice powiększone. Palcami wciąż zwinnie pociąga za struny harfy, choć się pochyla, na szyi ma krwawiące nakłucia, a pod halkami, po pończochach kończących się wysoko na udach, błądzi para dłoni.

Ten widok mrozi mi krew w żyłach.

Rozpoznaję ją. Pracowała w Leżu Nędzników tylko dorywczo, ponieważ kilka lat temu odpracowała swoją wolność u pana Rockefellera. Nie spotkałam jej od wielu miesięcy. I teraz rozumiem czemu. Wiem, kto siedzi za nią – nawet nie muszę na niego patrzeć. Widzę to po naturalnej swobodzie jego ruchów oraz po tym, że zdaje się świecić tak promiennie jak żyrandole i otaczające nas srebrne ściany. Sprawia takie wrażenie, bo tylko on w tym pomieszczeniu nie rzuca cienia.

Nie rzuca go żaden Bezgrzeszny.

Całkowicie rozgrzeszeni, wolni od starzenia się i śmierci, Bezgrzeszni rządzą ludzkością jako najczystsza forma człowieka. Jako jedyni nie przyciągają Pomroków, a więc nic, co robią, nie może być złe.

Zaciskam szczęki. Przenoszę spojrzenie z nakłuć w szyi kobiety na zaczerwienione od krwi usta Bezgrzesznego. On również nie ma na twarzy maski, więc widzę wysokie kości policzkowe, puste, niebieskie oczy oraz złote włosy opadające na czoło. Nie musi ukrywać tego, kim jest ani co robi. Nie musi posilać się swoją ofiarą na osobności. Może wybrać sobie na źródło, kogo tylko zechce, i zmusić do spożywania swojej krwi, czym zniewala go i uzależnia od siebie.

Pan Rockefeller wita gości i zapowiada początek rozrywki na tę noc. Oderwawszy wzrok od Bezgrzesznego i zniewolonej przez niego kobiety, podchodzę pewnym krokiem do pustego, marmurowego podium, podciągam odrobinę szatę i na nie wchodzę. Rozstawieni po całym pomieszczeniu artyści robią to samo – niektórzy dzierżą w dłoniach instrumenty, a inni pędzle i szkicowniki albo jeszcze inne przyrządy artystyczne. Kilkoro, podobnie do mnie, ma puste ręce, chociaż w moim przypadku wkrótce się to zmieni.

Prostuję się, łącząc palce przy talii. Udaję nieustraszoną w obliczu uwagi. Choć maska zapewnia mi anonimowość, zawsze czuję się w tym momencie naga. Jestem zbyt widoczna. Zbyt odsłonięta. Lecz nie zamierzam tego po sobie pokazywać.

Pan Rockefeller zaczyna chodzić między widzami, wymieniając szeptem pokusy.

Brzeszczot żongluje mieczami bez rozlewu krwi.

Bard ma pobliźnione dłonie zabójcy, ale jego głos brzmi anielsko.

Kochanek tańczy niczym książę z dawno zapomnianych bajek.

Bałamutka ma uda gładkie jak jedwab oraz ołówek, którym cię między nie powiedzie.

Szwaczka potrafi utkać opowieść tak okropną i zarazem pełną nadziei, że poruszy cię do głębi.

Nie posługujemy się swoimi prawdziwymi imionami, nawet kiedy rozmawiamy ze sobą nawzajem. Inana Westwood odeszła w zapomnienie, a jej miejsce zajęła Szwaczka. Dzięki słowom mojego pracodawcy zbiera się przy mnie grupka gości żądnych wrażeń, jakie tylko ja mogę zapewnić.

Moi widzowie zachowują niewielką odległość, a ich ciała są odrobinę odchylone, jakby obawiali się, że zarażę ich nikczemnością na odległość. Gdyby naprawdę się bali, to nie przyszliby do Leża Nędzników. Prawdę mówiąc, oni tylko udają obrzydzonych. Dostrzegam ekscytację kryjącą się za ich maskami, nerwowe wyczekiwanie tańczące w dreszczach przeszywających ich pięknie ubrane ciała. Oni są równie spragnieni co Bezgrzeszni, lecz nie pragną krwi. Są tak wygłodniali jak Pomroki, ale ich głodu nie zaspokoją ciała.

Harfistka gra coraz wolniej i widzowie podejmują ostateczne wybory. Część z nich wciąż trzyma się ścian, żeby bardziej przekonująco zachować aurę obojętności. W tej grupie, na szczęście, znajduje się także Bezgrzeszny, który wciąż nie wstał z fotela. Zerkam ostrożnie w jego kierunku i napięcie znika z moich ramion. Dopóki trzyma się na uboczu, mogę dać z siebie wszystko podczas występu. W przeciwnym razie musiałabym pozostać przeciętna, zapewniając przy tym widzom rozrywkę. Bezgrzeszni zdają się mieć słabość do najbardziej utalentowanych osób w Leżu Nędzników.

Serce podchodzi mi do gardła, gdy znowu spoglądam na harfistkę. Uśmiecha się tak błogo, lecz jej spojrzenie okazuje się całkowicie puste. Jak to jest być odurzonym krwią Bezgrzesznego? Czy pozostały w niej choćby ostatki świadomości, obijające się bezradnie o ściany więzienia umysłu? Czy to dzięki temu nadal gra tak dobrze? Może to jedyny przejaw buntu w chwili, gdy reszta ciała stała się posłuszna?

Wolę tego nie wiedzieć. Tylko ktoś znajdujący się w jej położeniu mógłby odpowiedzieć na te pytania, a ja nigdy nie chciałabym się tam znaleźć. Może wdzięczność za to, że nie jestem nią, świadczy o moim egoizmie, ale altruizm nie pomaga w przetrwaniu ludziom wyjętym spod prawa.

Kiedy Bezgrzeszny opuszcza głowę i przyciska zaostrzone kły do ziejących śladów po ugryzieniach na szyi zniewolonej, jego spojrzenie wędruje na mnie. Patrzy mi prosto w oczy. Albo może tylko mi się tak zdaje. Raczej nie mógłby zobaczyć moich oczu z miejsca, w którym siedzi. Odrywam od niego wzrok i równie raptownie melodia się urywa. Zamiast muzyki słyszę teraz jedynie łomot swojego serca.

Może nie być martwa, uzmysławiam sobie. Mogła stracić chwilowo przytomność z powodu utraty sporej ilości krwi. Nie każdy Bezgrzeszny osusza ofiary do cna. Niektórzy mają swoich pupili.

Nie każdy Bezgrzeszny poprzestaje na piciu krwi, szepcze moja najmroczniejsza strona.

Powstrzymuję się od potarcia blizny na klatce piersiowej, tej schowanej pod szatą, i przypominam sobie, dlaczego ryzyko jest tego warte. Dlaczego wrócę tu nawet po odpracowaniu swojego kontraktu.

Ponieważ tylko w ten sposób zdołam uzbierać pieniądze na ucieczkę z kontynentu.

I będę mogła przy tym spełniać swoje najmroczniejsze pragnienie.

Robiąc głęboki wdech, przenoszę wzrok na widownię zebraną przy moim marmurowym podeście.

– Historia ma opowiada o kobiecie, która straciła serce – oznajmiam tęsknym tonem, ledwo słyszalnym w gwarze, jaki powstał, gdy każdy artysta zaczął występ.

Niewzruszone oczy przymykają się za maskami: najwidoczniej moi widzowie zaczynają się zastanawiać, czy dobrze wybrali. Jest to zamierzony zabieg i wykorzystuję ten czas, żeby poluzować wstążki przy szacie. Przód ubrania się rozchyla, odsłaniając linię pomarszczonej tkanki, biegnącą od mostka i znikającą między piersiami.

Widzowie otwierają szerzej oczy na widok mojej blizny. Wzbudziłam ich zainteresowanie.

Zniżam głos i z lekką chrypką oznajmiam:

– Historia ma opowiada o kobiecie, która straciła serce – powtarzam, tym razem bardziej złowrogo.

Spod szaty wyjmuję wspomniany bijący organ.

– Historia ma opowiada o miłości i zdradzie.

Rozdział drugi

Inana

Grupka zebranych wokół mnie osób przybliża się, kiedy śmiałym gestem prezentuję serce bijące w mojej dłoni. Stworzyłam je z czerwonego jedwabiu przeszywanego lśniącymi, sztucznymi rubinami przypominającymi krople krwi. Nici, których końce zawiązałam sobie na palcach, uruchamiają miniaturowy miech wypełniający narząd powietrzem. Wraz z każdym pociągnięciem małego palca serce drga. Pulsuje. Tętni.

Stworzenie go zajęło mi dwa miesiące. Po ukończeniu kilku wersji, metodą prób i błędów, udało mi się wreszcie zrealizować swoją wizję. Mogłabym opowiedzieć swoją historię bez niego, ale jeśli mam już ryzykować życie dla sztuki, wolę zrobić to z rozmachem.

– Kiedy straciłam serce po raz pierwszy – ciągnę, podnosząc jedwabny organ z czcią i wpompowując w niego rytmicznie powietrze – odebrano mi je łagodnie. Była to kradzież delikatna i słodka. Pełna zdławionych szeptów i niewinnych pocałunków. Oddałam je z uśmiechem. Lecz za drugim razem…

Pociągam za nici nieco mocniej, pompując miech nierówno i gwałtownie. Znowu zniżam głos.

– Za drugim razem zabrano mi je przemocą. – Miażdżę serce w dłoni i przyciskam je do blizny. Widzowie spoglądają mi w oczy, a ich źrenice rozszerzają się za szczelinami w maskach. – Choć tożsamość złodzieja się nie zmieniła, on odmienił się całkowicie. Niegdyś tak piękny, stał się groteskową bestią z kłami i szponami. Nasza rozłąka trwała cztery lata i w tym czasie oddał swoje serce innej; mrocznej i nikczemnej bogini księżyca.

Budzi się we mnie gniew, gdy ostatnie słowa wychodzą z moich ust. Kłamstwo, które smakuje kwasem. Tak właściwie powinnam powiedzieć, że mój ukochany oddał swoje serce słońcu, ale ludzie od najmłodszych lat są uczeni nienawidzić księżyca. I nie bez powodu. Wszyscy czytamy w dzieciństwie te same pisma święte opisujące nikczemność jego bogini. Wiemy, co wydarzyło się pięć wieków temu, kiedy to każde z dziewięciorga bóstw odwróciło się od ludzkości, ponieważ stała się ona zbyt zdeprawowana. Ukryli światło władającej planety, pogrążając nas w Stu Dniach Ciemności. Jednak to Vanna, bogini księżyca, nadała postać fizyczną ludzkim grzechom, pozwalając, by zmaterializowały się jako Pomroki. To pod jej nocnym niebem potwory się rozwijają, podczas gdy światło słoneczne zmusza je do pozostawania w ukryciu.

Jedynym bóstwem, które okazało litość, był bóg słońca, Bastien. Kiedy czas ciemności dobiegł końca, stworzył pierwszego Bezgrzesznego, króla Kaeluma. Zmazał jego wszystkie grzechy i podarował mu nieśmiertelność oraz powierzył rytuał Absolucji dający mu możliwość przemieniania innych ludzi w Bezgrzesznych. A potem ofiarował królowi wyjątkowy rodzaj astroteurgii – boską niebiańską magię – żeby mógł korzystać z mocy słońca i chronić nas przed Pomrokami. Jedyną trwałą karą pozostało to, że Bezgrzeszni muszą żywić się krwią grzeszników.

W piśmie świętym zapisano, że Pomroki znikną, kiedy Bezgrzeszni utracą łaknienie krwi. To będzie oznaczać, że odpokutowaliśmy swoje winy i znowu zostaliśmy pobłogosławieni przez bogów. Ale najpierw ludzkość musi przestać grzeszyć.

Ta noc jest dowodem na to, jak dobrze nam idzie.

Na wspomnienie księżyca moi widzowie przeklinają pod nosem Vannę.

– Nie sądziłam, że miłość może przemienić człowieka w bestię – oznajmiam – ale jego uczucie do królowej nocy okazało się bezgraniczne. Nieokiełznane. Jedynym, co stało mu na przeszkodzie w całkowitym połączeniu się z ukochaną, było serce, które odebrał mi lata wcześniej.

Wciąż przyciskając dłoń do klatki piersiowej, wsuwam jedwabne serce pod gors halki i wymieniam je na inne dzieło.

W moim głosie pobrzmiewa nuta mroku, gdy kontynuuję:

– Teraz miłość przyszła do mnie pod postacią diabła. Nie wiem, gdzie podziały się jego delikatne dłonie oraz słodkie obietnice. Tym razem sięgnął po moje serce szponami ostrymi jak brzytwy. Rozszarpał skórę, przedarł się przez klatkę z żeber i rozdarł je na pół.

Nachylam się i rozsuwam palce, odsłaniając znajdujący się pod nimi pokurczony motek czerwonego jedwabiu. Szkarłatne wstęgi przelewają się przez dłoń, lśniąc od wszytych w nie czerwonych kryształków.

– Lecz mu wciąż było za mało – dodaję – gdyż dwa kawałki serca można z łatwością zszyć na nowo. Mój ukochany okazał się skrupulatną bestią. Przebił to, co zdobył niegdyś z ogromną czułością, a następnie rozerwał na kawałeczki.

Przekręcam wewnętrzną stronę dłoni w kierunku podłogi i u moich stóp lądują maleńkie strzępy jedwabiu połączone z moimi palcami czerwoną nicią przypominającą delikatne strużki krwi.

Kiedy znowu przyciskam wolną dłoń do blizny, z otworu w szacie wylewają się kolejne szkarłatne wstążki.

– Mój ukochany był rzetelny – stwierdzam głosem tak cichym, że słuchająca grupka nachyla się do mnie. – I żądny krwi. A gdy ze mną skończył, nie została mi ani kropla. To był mój koniec. A przynajmniej tak myślałam. Gdyż czym jest życie bez serca? Jak można oddychać, kiedy nic nie napełni twoich płuc powietrzem? Nikt nie mógł mnie uratować. Nikt nie mógłby mnie poskładać. Nikt nie potrafiłby zlepić serca, które zostało tak okrutnie rozszarpane. Tak samo myślał mój ukochany. Lecz popełnił błąd. Zostawił moje ciało w kawałkach, zamiast pożreć w całości, wraz z krwią, kośćmi i tkanką. A czy ktokolwiek potrafi reperować lepiej od szwaczki?

Przenoszę wzrok na dłoń i nici zawiązane na moich palcach. Następna część występu wymaga precyzji, uwagi.

– Choć brakowało mi serca, to wciąż została we mnie nić życia, nadzieja wielkości główki igły. – Unoszę jeden sznurek, a następnie kolejny i zawijam je sobie na palcach, po czym przeplatam je między sobą, aż wreszcie kawałki materiału leżące u moich stóp zaczynają się poruszać. – Tyle mi wystarczyło, by zacząć szyć. Choć nieodwracalnie utraciłam niektóre kawałki serca, to użyłam tego, co zdołałam pozbierać. Ususzony kwiatek zachowany minionej cudownej wiosny. Koronkowa wstążka, która była cenną pamiątką z dzieciństwa. Podniszczony list przeczytany przeze mnie tysiąc razy. Koc, dzięki któremu nigdy nie marzłam.

Pot zbiera się za moją maską, kiedy dalej ostrożnie przeplatam nici, wznosząc do bogów modły, których nigdy nie wysłuchają, żeby moje dzieło się nie poplątało. Ku mojej wielkiej satysfakcji kawałki łączą się w całość i gdy nawijam na palec ostatni sznurek, przyciągając kłębek materiału w kierunku dłoni, on znowu nabiera kształtu serca, lecz tym razem nie jest z czerwonego jedwabiu, a stanowi zlepek niedopasowanych skrawków poprzyszywanych po drugiej stronie. Z szerokim uśmiechem na ustach prezentuję serce spoczywające na mojej dłoni i rozpala się we mnie duma. Skonstruowanie tego zajęło mi nawet więcej czasu niż stworzenie bijącego serca. Nie wiem, jakim cudem znalazłam w sobie tyle cierpliwości, żeby tego dokonać.

Odrywam wzrok od swojego dzieła, by spojrzeć na pełną podziwu widownię.

Bogowie, świadomość, że ich oczarowałam, jest przecudowna. Właśnie tego pragnęłam od momentu, kiedy w młodości po raz pierwszy opowiedziałam historię. Balansowanie na ostrzu noża między pięknem a niebezpieczeństwem jest najcudowniejszym uczuciem na świecie. To lepsze od jakiegokolwiek innego osiągnięcia. Lepsze od pochwał słownych. Lepsze od seksu.

Może księża nie mylą się co do artystów?

Sądzą, że naszym największym grzechem nie jest uleganie pokusie tworzenia, lecz to, że nie potrafimy oprzeć się diabłu. Próżniaczo lekceważymy niebezpieczeństwa, prawa i konsekwencje. Pałamy żądzą tego, co zakazane. Czujemy dumę z tworzenia nielegalnych dzieł. Według tego, co zapisano w piśmie świętym, w sztuce objawia się każdy z siedmiu grzechów: chciwość, zazdrość, łakomstwo, próżniactwo, żądza i duma. Każde pociągnięcie pędzla stanowi kłamstwo. Każdy wers poezji fabrykację. Każdy akt tworzenia jest szydzeniem z bogów, którzy nas porzucili. A my robimy to ciągle od nowa.

Ja również.

Mogłam wyciągnąć wnioski za pierwszym razem, kiedy zostałam przyłapana na nielegalnym tworzeniu i tym samym skazana na śmierć. Po ucieczce z więzienia powinnambyła na dobre zapomnieć o opowiadaniu historii, ale tak się nie stało. Nawet po tym, jak zmieniłam tożsamość i rozpoczęłam nowe życie w zakładzie włókienniczym. Nie należało kraść resztek jedwabiu ani naszywać na nie stokrotek, gdy pozostałe pracownice spały w łóżkach piętrowych. Tym bardziej nie należało mamrotać pod nosem historii, kiedy szyłam, ponieważ właśnie na tym zostałam przyłapana za drugim razem. Potem odsprzedano mnie panu Rockefellerowi – co było aktem litości, zważywszy na to, co zazwyczaj dzieje się z kryminalistami. Z resztą raczej nie mogłabym na to liczyć, gdyby ktokolwiek wiedział o zbrodni, którą popełniłam wcześniej.

– Historia ma opowiada o kobiecie, która straciła serce. – Tym razem mówię powoli, jakbym śpiewała widowni serenadę, rytmicznie i miarowo. – Historia ma opowiada o miłości i zdradzie. Ale gdy ukochany zostawił mnie na pewną śmierć, ja pozszywałam swoje krwawiące serce. Pozszywałam rany, używając ścięgien jak nici.

Pozwalam, by w moim głosie pojawiła się nuta nadziei, co prawdopodobnie jest w tej całej historii największym kłamstwem. W najprawdziwszej wersji nie ma nawet jej cienia. Są w niej tylko nienawiść, ból oraz serce, którego nigdy nie udało mi się poskładać. Kałuże krwi na brudnej podłodze celi, igła ściskana w dłoni. Pragnienie nie naprawienia, lecz zniszczenia. Zadania ran. I, gdyby było to możliwe, zabicia.

Nie taką jednak historię obiecałam widowni. Nawet jeśli otaczają mnie teraz zamożni i uprzywilejowani ludzie, to i tak cenią sobie nadzieję oraz szczęśliwe zakończenia.

Mrugając, odpędzam okruchy wspomnień i rozpływam się w zaciszu swojej fikcji.

– Potwór otworzył moją klatkę piersiową, wyrwał mi serce i odebrał życie. Ale ja wyszarpałam się szponom śmierci i teraz stoję przed wami. Choć nie urodziłam się z pozszywanym sercem ani nie zamierzałam go mieć…

Wykrzywiam usta w nieszczerym uśmiechu. Widownia, co prawda, nie zobaczy go przez maskę z brązu, lecz z pewnością go usłyszy. Chcę zostawić ich ze złudną wiarą.

– To moje serce z łat jest jak każda inna zreperowana rzecz. Piękne. Silniejsze. Nowe.

Pochylam głowę i dygam, a kilka osób klaszcze niepewnie. Nieważne, czy dobrze się bawili, oni i tak nie okażą tego brawami. Zbyt wylewne pochwalenie artysty byłoby niczym zasugerowanie, że sztuka może sprawiać przyjemność, a więc nie powinno się jej uznawać za grzech.

Lecz nawet gdyby ktokolwiek postąpił na tyle pochopnie, by stwierdzić coś takiego, to nie miałoby znaczenia. Sam fakt, że Pomroki lgną do artystów bardziej niż do kogokolwiek innego – bardziej niż do morderców, cudzołożników i złodziei – stanowi dowód ich nikczemności. Gdyż Pomroki zrodziły się z ludzkich grzechów.

Kiedy wreszcie się prostuję, przede mną nie ma już prawie nikogo. Pozostała tylko jedna para. Raczej nie czekają na bis. Są głęboko pogrążeni w rozmowie, więc chyba nie zauważyli, że mój występ się zakończył. Odwracając się, przygotowuję się do powtórzenia historii przed kolejną widownią. Ostrożnie wygładzam oba jedwabne serca, chowając nici i wstążki w odpowiednich miejscach, i szczególnie uważam przy tym drugim. Sznurki muszą zostać ułożone w odpowiedniej kolejności, żeby organ z materiału dość łatwo się rozpadał, a potem składał na nowo. Chowam je wraz z krwawymi wstęgami z powrotem pod halkę i zawiązuję wstążki szkarłatnej szaty.

Kiedy podnoszę wzrok, w pobliżu już czeka grupka osób. Do tego zjawiło się kilka nowych, przez co w pomieszczeniu zrobił się jeszcze większy tłok. Otwieram usta, gotowa zacząć od początku…

Lecz zaciskam gwałtownie szczęki.

Moje spojrzenie zatrzymuje się na ciemnych oczach i nagle brakuje mi słów. Puls mi przyspiesza i dopiero po kilku szybkich uderzeniach serca pojmuję dlaczego. Nie jest tak, ponieważ ten mężczyzna zjawił się tu teraz, ani dlatego, że okazuje się wyższy od niemal każdej innej osoby.

Nie. Stało się tak, gdyż on nie ukrywa swojej tożsamości pod maską.

A zza jego pleców wyziera srebrna rękojeść miecza.

Ubrał się w czarną lnianą koszulę oraz ciemny skórzany kaftan, choć wszyscy inni mają na sobie kolorowe, eleganckie stroje.

Ze wszystkich Bezgrzesznych to spotkania z nim obawiałam się najbardziej.

Pieprzony Tępiciel.

Rozdział trzeci

Inana

Wśród Bezgrzesznych istnieje hierarchia.

Pierwszy jest ról Kaelum. On rządzi stolicą – Uświęconym Miastem znajdującym się w samym centrum Świętego Kontynentu. Pod nim znajdują się Bezgrzeszni Książęta. Jest ich siedmiu i są członkami rodziny królewskiej nie ze względu na więzy krwi, lecz dzięki namaszczeniu w następstwie Absolucji. Każdy książę rządzi własnym Uświęconym Miastem znajdującym się za srebrnymi murami, podobnym do Nalheim, gdzie znajduję się obecnie. Pod książętami usytuowani są Bezgrzeszni Diukowie. Przedstawiciele wszystkich trzech rang mają możliwość władania astroteurgią słoneczną – boską magią pozwalającą im podpalać Święte Paleniska, tworzące wokół miast kopuły ze światła. Jednakże ziemie należące do diuków nie są chronione murami ze srebra, przez co stają się bardziej podatne na ataki Pomroków. Lecz i tak są bezpieczniejsze od wiosek pozbawionych wszelkiej ochrony.

Na samym dole hierarchii znajdują się Bezgrzeszni lordowie i damy. Nie są częścią monarchii ani nie mogą posługiwać się astroteurgią. Zamiast rządzić w danych rejonach, przewodzą arystokracji. Wszyscy dobrzy obywatele chcą zostać przemienieni w Bezgrzesznych, niezależnie od swojej rangi. Pragną być nagrodzeni za swoją pobożność rytuałem Absolucji odzierającym duszę z grzechów. Dołączenie do rodziny królewskiej nie jest łatwe, więc większość osób pragnie po prostu znaleźć się wśród Bezgrzesznych ziemian.

Bezgrzeszny ze zniewoloną harfistką to jeden z takich lordów. Choć wśród podobnych sobie znajduje się na najniższym szczeblu, to wśród ziemian i ludu zajmuje najwyższą pozycję, i jest ostatnią osobą, której uwagę chciałabym przykuć. Lub raczej było tak, zanim do grona widzów dołączył Tępiciel.

Mężczyzna stoi z tyłu grupki zebranej przy moim podium i jego spojrzenie jest zbyt ożywione, zbyt przenikliwe, a do tego utkwione prosto we mnie. Przekrzywiam odrobinę głowę, tylko po to, by poczuć ciężar maski oraz zwisających z niej paciorków. Przypomnieć sobie, że on nie widzi mojej twarzy. Gdybyśmy kiedykolwiek spotkali się na ulicy, nie połączyłby mnie z osobą, która stoi na tym podeście.

Jestem bezpieczna.

Albo na tyle bezpieczna, na ile to możliwe.

Tępiciele uchodzą za pół-Bezgrzesznych. Czasami nazywa się ich półduszami, ponieważ tylko połowa ich dusz została zbawiona. Otrzymują częściową Absolucję, ale powód takiej praktyki nie jest powszechnie znany. Według niektórych częściowe odarcie z grzechów pozwala Tępicielom na wykonywanie podłych zadań, na jakie Bezgrzesznych nigdy nie byłoby stać, takich jak zabijanie Pomroków. A inni obstają przy tym, że to dzięki temu mogą posługiwać się potworami z cieni niczym bronią.

Nie mam pojęcia, czy tkwi w tym choćby ziarno prawdy, lecz mężczyzna stojący przede mną wyraźnie różni się od Bezgrzesznego lorda. Podczas gdy tamten wyglądał prawie na rozświetlonego z powodu braku cienia, to otaczająca Tępiciela przestrzeń zdaje się ciemnieć. Jego posturze brakuje naturalnego wdzięku, a twarz nie jest ani delikatna, ani perfekcyjna. Wygląda na nieco starszego ode mnie; może mieć maksymalnie trzydzieści lat. Ma szerokie ramiona i lekko przekrzywiony nos, jakby został kiedyś złamany, a na ostro zarysowanej szczęce rysuje się nieznaczny zarost. Ciemne włosy są trochę za długie i opadają falami od czoła do karku. Rzuca się w oczy. Jego pozornie zaniedbany wygląd silnie kontrastuje z tym, co można zobaczyć w tym pomieszczeniu: z efektownymi fryzurami dżentelmenów, z ich ekspercko woskowanymi wąsami oraz barwnymi surdutami. To nie czyni go mniej atrakcyjnym od nich. Po prostu jego uroda wydaje się niekonwencjonalna. Jest piękny jak burza z piorunami – zapierający dech w piersi pomimo niebezpieczeństwa, jakie ze sobą niesie. Albo może właśnie z jego powodu okazuje się tak pociągający.

To ten potężny facet jest tutaj najwyższy rangą. Tępiciele podlegają bezpośrednio członkom rodziny królewskiej, więc mają więcej władzy od ziemian. Miecz na jego plecach stanowi tego dowód, gdyż tylko oni, poza księżmi, mogą nosić przy sobie broń. A do tego zrobioną z tak cennego srebra.

O bogowie, samo ujrzenie Bezgrzesznego lorda w Leżu Nędzników jest rzadkością, a teraz do tego zjawił się tu Tępiciel. Dłonie mam wilgotne od potu. W przeciwieństwie do Bezgrzesznych lordów, Tępiciele nie szukają rozrywek. Ich główny cel to polowanie na Pomroki oraz osoby wyjęte spod prawa.

Skoro znajdujemy się w Uświęconym Mieście, gdzie potwory nie mają wstępu, to pozostaje tylko jedna opcja.

A to cholernie ogromny problem, ponieważ ja bez wątpienia jestem poszukiwana. Nie za stokrotki naszyte na jedwab w zakładzie włókienniczym. To tylko drobne wykroczenie, za które właścicielka sprzedała mnie Rockefellerowi. Nie, moja poprzednia zbrodnia była znacznie poważniejsza.

Uciekłam Bezgrzesznemu.

Zaciskam dłonie w pięści, żeby skupić się na czymś poza łomoczącym sercem, i robię wdech, próbując się uspokoić. A potem, wyduszając z siebie słowa, które mogą przypieczętować mój los, znowu rozpoczynam swoją opowieść.

Występ wypada nienajlepiej. Tak samo następny i kolejny. Nici plączą się w drugiej części historii i serce nie składa się tak, jak powinno. Przy trzecim razie rezygnuję z rekwizytów. Przestaję też odsłaniać bliznę.

Nie ma znaczenia to, że Tępiciel wysłuchał tylko połowy historii, a potem znikł. Zachwiał moją pewnością siebie i myślę, że to nawet lepiej. Gawędziarka bez talentu nie zwraca na siebie uwagi.

Podczas piątego i zarazem ostatniego wystąpienia nerwy ustępują i pozostaje jedynie głuche brzęczenie. Wypowiadam kończący opowieść wers i dygam, chociaż widownia okazuje się na tyle pijana, że nikt tego nie dostrzega. Zawsze tak to wygląda w Leżu Nikczemników. To jedno z niewielu miejsc, w których tak porządni obywatele mogą spożywać alkohol bez ograniczeń. Choć łakomstwo jest grzechem i zazwyczaj przyciągnęłoby Pomroki, to w miastach otoczonych murami, jak Nalheim, potwory nie stanowią zagrożenia. Tylko trzeba to robić w ukryciu. W przeciwnym razie zwykli żyjący pobożnie mieszkańcy dowiedzieliby się, że to utopijne miasto jest fikcją.

Pan Rockefeller wraca na środek pomieszczenia, żeby podziękować swoim gościom, i kończy dzisiejsze spotkanie. Podczas gdy garstka osób zostaje i dopija drinki, wielu od razu zaczyna kierować się do wyjścia. Ci drudzy, naturalnie, są spragnieni kolejnych zakazanych czynów, którym zamierzają oddawać się w burdelach oraz kasynach. Właśnie tacy są nasi szanowni ziemianie. Przynajmniej, dzięki zasadom klubu Rockefellera, wiedzą, że nie powinni szukać u nas dalszej – i bardziej intymnej – rozrywki. Nie można nas dotykać ani z nami rozmawiać. Mają prawo tylko na nas patrzeć, kiedy stoimy na podestach i czekamy, aż znikną ostatni goście. Dopiero gdy nikt nie będzie mógł zobaczyć naszego wyjścia, możemy opuścić gardę i wrócić do baraków będących naszym domem.

Teraz, kiedy sen znajduje się tak blisko, ogarnia mnie zmęczenie po całym tygodniu. Zabawianie gości w Leżu Nędzników nie jest jedyną fuchą artystów. Niektórzy pracują w domach uciechy, podczas gdy inni, tak jak ja, sprzątają najróżniejsze budynki należące do Rockefellera. Przenoszę spojrzenie na kolegów. Zdają się podzielać moje wyczerpanie. Szerokie ramiona Barda opadają, ściskana w dłoni mandolina wydaje się maleńka przy jego ogromnej sylwetce, a maska przypominająca pysk wilka odrobinę się przekrzywiła. Palce Kochanka drgają i zastanawiam się, czy tak jak ja chciałby rozmasować obolałe stopy. Przez cały wieczór tańczył i okręcał niewidzialną partnerkę na podeście, więc nie byłabym zaskoczona. Brzeszczot, która nie potrafi stać w bezruchu, podrzuca jednym z noży, podczas gdy Bałamutka…

– Szwaczka, tak? – Głos należy do mężczyzny i jest niepokojąco aksamitny.

Prostuję się sztywno, kiedy nieznajomy rusza swobodnym krokiem w moim kierunku. Nie ma cienia, jego złote włosy połyskują w świetle żyrandoli, a usta są zaczerwienione od krwi harfistki.

Mrugam i wpatruję się w niego, licząc na to, że Bezgrzeszny lord to halucynacja zrodzona ze zmęczenia, choć powinnam już wiedzieć, jak daremna jest nadzieja.

Zatrzymuje się przed moim podestem i patrzy na mnie z pustką na twarzy.

– Zejdź – rozkazuje słodkim głosem, przeciągając to jedno słowo. Gdy mówi, koniuszki zaostrzonych kłów wysuwają się spod górnej wargi. – Nie lubię wyciągać szyi.

Kurwa. To nie dzieje się naprawdę. Co takiego zrobiłam, by przyciągnąć jego uwagę? Co prawda przestałam myśleć o nim jako o zagrożeniu po tym, jak zjawił się tu Tępiciel, lecz kolejne słabe występy powinny były uczynić mnie mniej interesującą. Moje serce bije szybko i nieregularnie. Gdzie się podział Rockefeller?

Rozglądam się szybko, jednak nie odnajduję gospodarza. Chociaż, z drugiej strony, co takiego mógłby zrobić? Bezgrzeszni nie muszą przestrzegać zasad panujących w Leżu Nędzników. Oni mogą dotykać, mówić i brać, cokolwiek zechcą, i nikt ich nie powstrzyma. Ani ja, ani mój pracodawca, ani nawet moi towarzysze przyglądający się temu z przerażeniem. Czy to samo wydarzyło się tamtej nocy, kiedy harfistka zagrała tu po raz ostatni? Jeśli tak, to mnie przy tym nie było. Nie przyjaźnię się też z pozostałymi artystami na tyle blisko, by być włączaną w takie plotki.

Niektórzy goście przystają, żeby zobaczyć, co się dzieje, lecz robią to z zaciekawienia, nie współczucia czy zmartwienia.

Bezgrzeszny mruży powieki.

– Nie zamierzam się powtarzać, grzesznico.

Przygryzam wewnętrzną stronę policzka, przypominając sobie o jego rozkazie. Na drżących nogach zstępuję z marmurowego podestu. Mężczyzna jest wysoki, ale ja również nie należę do najniższych, więc nasze oczy znajdują się na tej samej wysokości. Oddałabym teraz wszystko, by móc się skurczyć, zapaść się w sobie, chociaż może byłoby gorzej, gdyby nade mną górował.

– Czym… mogę służyć… mój lordzie? – Wypowiedź brzmi nienaturalnie, słowa wypadają z moich ust w zlepkach.

– Boisz się mnie? – Na jego twarzy pojawia się pierwszy ślad jakiejkolwiek emocji. Okrutna radość. – Strach jest cnotą tylko wtedy, gdy pojawia się w obliczu zła. Obawianie się Bezgrzesznego to ogromna niegodziwość.

Wydymam wargi, ponieważ nie potrafię udzielić żadnej odpowiedzi, która by go zadowoliła. Tak naprawdę nigdy nie obawiałam się zła – Pomroków czy ciemności – tak bardzo jak Bezgrzesznych. Żaden Pomrok nie próbował otworzyć mojej klatki piersiowej.

– A ja myślałem, że na mnie czekasz – stwierdza. – Widziałem, jak mi się przyglądałaś przed występem. Zazdrościłaś swojej przyjaciółce? – Machnięciem dłoni wskazuje drugi koniec pomieszczenia.

Zerkam w tamtym kierunku, na fotel, w którym spędził cały wieczór. Bezwładne ciało harfistki leży przed nim na podłodze. Niewidzącymi oczami wpatruje się przed siebie, a jej skóra ma niezdrowy niebieskawy odcień.

Wygląda na cholernie martwą.

– Zazdrość jest grzechem, czyż nie? – dodaje, znowu ściągając na siebie moją uwagę.

Nienawiść rozpala mnie od środka, szybko podsycając wściekłość. Chociaż gniew to kolejny ciężki grzech, to nigdy nie potrafiłam się mu oprzeć.

Bezgrzeszny wykrzywia usta i znowu się odzywa:

– Podobno twój występ był wulgarny. Powiedziano mi, że obnażałaś piersi. To ma być według ciebie sztuka? Dla mnie coś takiego nie nadaje się do klubu dla dżentelmenów o czystych sercach. Może w domu publicznym poczułabyś się bardziej jak u siebie?

Muszę z całej siły powstrzymać się od komentarza, ale kiedy mężczyzna unosi wyniośle brew, zdaję sobie sprawę z tego, że on się ze mną nie droczy. Mówi całkiem poważnie.

– Odpowiedz – fuka.

Podskakuję.