Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 01.09.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Gotowa czy nie – gra właśnie się rozpoczęła.
Po okrutnej śmierci matki Genevieve Grimm zostaje pozostawiona bez odpowiedzi i poczucia bezpieczeństwa. Gdy tajemniczy przyjaciel rodziny zaprasza ją do Włoch, dziewczyna widzi w tym szansę na odkrycie prawdy. Zamiast magii i obiecanego luksusu, otrzymuje coś zupełnie innego. Trafia do Enchantry – przeklętego pałacu pełnego iluzji, pokus i śmiertelnych sekretów.
Już na progu wita ją Rowin Silver – arogancki, niebezpiecznie przystojny dziedzic posiadłości, który robi wszystko, by ją odprawić. Genevieve ignoruje ostrzeżenia i wkracza do środka tylko po to, by natychmiast zrozumieć swój błąd.
Enchantra to labirynt marmuru i cierni, w którym toczy się bezlitosna gra. Zasady są proste: wygraj albo zgiń. Przegrani trafiają do piekła – i czekają na kolejną rozgrywkę.
Aby przetrwać, Genevieve zawiera niebezpieczny układ z Rowinem. Mogą grać razem – pod warunkiem, że przekonają wszystkich, iż łączy ich prawdziwe uczucie. W świecie, gdzie każde kłamstwo może kosztować życie, a każdy krok prowadzi głębiej w pułapkę, granica między udawaniem a rzeczywistością zaczyna się zacierać.
Bo w Enchantrze obowiązuje tylko jedna zasada – nigdy, przenigdy nie ufaj swojemu sercu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 419
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Enchantra
Copyright © 2025 by Kaylie Smith
Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Finalised cover design by Grupa Wydawnicza Filia using cover artwork designed by Alexandra Purtan | Fenix Cover Designs
Zdjęcia na okładce:
© getgg / Depositphotos.com
© SSilver / Depositphotos.com
© alf061 / Depositphotos.com
Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio
PR & marketing: Karolina Nowak
ISBN: 978-83-8441-412-5
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
SERIA: HYPE
Odważnym, którzy palą mosty pomiędzy sobą a swoimi demonami. A także dla tych, którzy wciąż próbują zapalić zapałkę – zaczekamy na Was.
Dla Deanny, Becci i Night – pomagających mi zachować pełnię władz umysłowych, aby ta powieść mogła powstać. Dzięki, że zawsze odbieracie, gdy dzwonię.
Książka zawiera sceny seksu, przemocy, a także opisy rozlewu krwi, śmierci, zażywania narkotyków, nadmiernego picia alkoholu i dodawania do drinków magicznego afrodyzjaku. Pełną listę możliwych negatywnych bodźców znajdziecie na mojej stronie:
www.kayliesmithbooks.com.
HIERARCHIA ISTOT NADPRZYRODZONYCH
KRÓL DIABŁÓW
KSIĄŻĘ DIABŁÓW
DIABŁY
DEMONY
POTOMSTWO DIABŁÓW I INNYCH ISTOT NADPRZYRODZONYCH
UPIORY
POTOMSTWO DEMONÓW I INNYCH ISTOT NADPRZYRODZONYCH
INNE NIEŚMIERTELNE ISTOTY NADPRZYRODZONE
ŚMIERTELNE ISTOTY NADPRZYRODZONE
Wampiry Zmiennokształtni Chowańce Duchy
Nekromanci Profeci Czarownicy Astrale
RODZAJE UPIORÓW
Cieniste
NAJBARDZIEJ POSPOLITE. KONTROLUJĄ CIENIE I POTRAFIĄ SIĘ W NIE ZMIENIAĆ, ABY POSPIESZNIE PORUSZAĆ SIĘ W MROKU. UMIEJĄ UZDRAWIAĆ ZA POMOCĄ CIENI. ICH MAGIA ODNAWIA SIĘ PODCZAS GŁĘBOKIEGO SNU.
Świetliste
ZDOLNE KONTROLOWAĆ ŚWIATŁO I OGIEŃ, W NIEKTÓRYCH PRZYPADKACH MOGĄ WYKORZYSTYWAĆ ŚWIATŁO DO PRZEMIESZCZANIA SIĘ NA DALEKIE ODLEGŁOŚCI. POTRAFIĄ UZDRAWIAĆ INNYCH Z NIESAMOWITĄ SZYBKOŚCIĄ. UZUPEŁNIAJĄ MAGIĘ, CZERPIĄC ZE SŁOŃCA.
Krwiste
MOGĄ KONTROLOWAĆ KREW. SĄ W STANIE PANOWAĆ NAD INNYMI, ODDAJĄC IM SWOJĄ KREW. PODSYCAJĄ MAGIĘ, WYCIĄGAJĄC ENERGIĘ Z ISTOT ŻYWYCH.
Otchłanne
NAJRZADSZE. OBDARZONE MOCĄ CZYNIENIA SIEBIE I INNYCH NIEWIDZIALNYMI, SĄ W STANIE KONTROLOWAĆ ŚWIATŁO I CIENIE. POTRAFIĄ OTWIERAĆ PORTALE POMIĘDZY WIELORAKIMI MIEJSCAMI I WYMIARAMI, A TAKŻE NA KRÓTKO ZATRZYMAĆ CZAS, CHOĆ SPALAJĄ PRZY TYM SPORO ENERGII.
A ja z latarnią w ręku poszukuję siebie
List do świata – Emily Dickinson
(przekład – Danuta Piestrzyńska)
Piekło składało się z wirującej ciemności i tajemnic, zupełnie jak stojący przed nią mężczyzna.
– Nienawidzę cię – wyznała, gdy czarne smugi magii, które uniosły się z jego rąk, owinęły się wokół jej nadgarstków i szyi, przyciskając ją do ściany labiryntu.
Zmysłowa energia, która w jego towarzystwie opływała jej skórę, sprawiła, że zacisnęła usta, próbując oprzeć się fali pożądania rozpalającej jej żyły. Kiedy jego cienie po raz ostatni tak ją otulały, oddzielało ich od siebie znacznie mniej ubrań.
Przysunął się zaraz po swoich cieniach, aż przywarł torsem do jej piersi.
– Miłość. Nienawiść. Ta sama pasja, lecz pod inną nazwą – wyznał. – Nie sądzisz, że dość łatwo zatrzeć ich granice?
– Nie – warknęła. – Uważam, że zawsze będę wiedziała, że cię nienawidzę.
Powoli się pochylił, aż zatrzymał usta tuż przy jej uchu i powiedział:
– Udowodnij.
Genevieve Grimm pierwsze wrony zobaczyła w centrum Rzymu.
Na początku pojawiały się pojedynczo. Krakały w tle, gdy rankiem chodziła do miejscowej pasticcerii, która szybko stała się jej ulubionym miejscem, w którym jadła śniadania. Będzie tęsknić za tartami z dżemem, gdy opuści miasto i wyruszy w nieznane.
Przez ostatni tydzień każdego ranka pakowała i przepakowywała kufry, martwiąc się, że wybrała niewłaściwe suknie lub zapomniała flakonika ulubionych perfum – albo innych rzeczy, dzięki którym mogłaby zrobić najlepsze pierwsze wrażenie. Popołudniami zwiedzała miasto, starając się w te kilka dni zobaczyć wszystkie najważniejsze miejsca, aby jej siostra Ophelia nie zorientowała się, że porzuciła przygotowany wcześniej plan podróży.
A przynajmniej tak sobie wmawiała.
Tak naprawdę odwlekała wyjazd, myśląc, że to błąd, pokładać tak wielkie nadzieje w nieznajomym, który nawet nie wiedział o jej istnieniu. Albo że powinna poczekać na wyraźny znak, zanim storpeduje starannie ułożone plany siostry.
Kilka dni temu podczas śniadania w cukierni po raz pierwszy zwróciła uwagę na to, że wrony zachowują się jakoś dziwnie. Jedna z tych huncwotek obserwowała ją, siedząc na kwitnącym na różowo oleandrze, gdy Genevieve popijała przed lokalem gorącą czekoladę, przewracając kolejne kartki w książce – grymuarze, który zwędziła Ophelii i potajemnie spakowała do jednego z kufrów. Ponownie popatrzyła na ptaka, którego spojrzenie wydało jej się nieco zbyt przenikliwe. Takie nienaturalne. Niemniej ani razu nie przyszło jej na myśl, że to może być nadprzyrodzone stworzenie.
Nie sądziła również, że pierzaste zwierzęta zmienią się w prawdziwy omen.
Jednak dzień później do pierwszej wrony dołączyła kolejna, a potem krakały za nią, gdy szła na pchli targ Porta Portese i ponownie, gdy wracała do domu, który wynajęła Ophelia. Wieczorem dołączył trzeci ptak. Całe trio do późnej nocy dziobało w okno jej sypialni.
Mimo że Genevieve wyraźnie zdawała sobie sprawę, że z latającymi stworzeniami jest coś nie tak, nadal nie chciała stawić czoła pytaniu, dlaczego ją prześladują. Dopiero po wycieczce do Koloseum, w którym była kolejną postacią pośród morza pospolitych turystów, nie potrafiła dłużej ignorować wron.
Ubrała się tak zwyczajnie, jak tylko mogła, w nadziei, że w ten sposób jakoś zminimalizuje niechcianą uwagę ptaszysk. Włożyła suknię z różowego szyfonu z falbanami na dole i przy rękawach. Złotobrązowe loki upięła w prosty kok na czubku głowy. Nie dodała ani rękawiczek, ani biżuterii – wiedziała, że podobnie jak ona, krukowate kochały się w błyskotkach.
Opłaciło się, bo zupełnie swobodnie dotarła do starożytnego amfiteatru. Oddalając się miarowym krokiem od wynajętego domu, nie zauważyła ani jednej z tych pierzastych łobuziar. Nie widziała też żadnych, gdy chodziła za przewodnikiem po niesamowitej atrakcji turystycznej.
Nie, dopiero kiedy słońce schowało się za horyzontem, a miasto straciło złoty, ciepły blask na rzecz zimnej, srebrzystej poświaty i pożegnała się z grupą, pojawiło się stado. Na wszystkich dachach i latarniach ulicznych siedziały wrony. Widok setek paciorkowatych oczu wpatrujących się w jej twarz pośród gęstego tłumu będzie ją prawdopodobnie prześladował już do końca życia. Podobnie jak wspomnienie palenia w płucach, gdy biegła brukowanymi ulicami Rzymu, ścigana przez krakanie i trzepot skrzydeł podążających za nią wron.
Nie zrobiły jej jednak krzywdy, ani razu nie zadrapały skóry, choć obniżały lot nieco za bardzo, jak na jej gust, przez co otaczający ją ludzie rozpierzchli się, krzycząc z przerażenia. Ptaszyska nie wyrwały jej też włosów, a jedynie pogoniły.
Liczyła na znak i niewątpliwie go dostała.
– Wyjadę! – krzyknęła do skrzydlatych bestii. – Ale potrzebuję nieco więcej czasu!
Ptaki jeszcze bardziej się zbliżyły – muskały skrzydłami jej włosy, plecy, suknię – gdy z coraz większą gorliwością popędzały ją w stronę wynajętego domu.
Biegła chodnikiem do drzwi frontowych, szukając w kieszeni peleryny pozłacanego klucza. Ptaki jednak dotarły również tutaj. Siadały na parapetach i balkonach. Wsadziła klucz do zamka, nasłuchiwała zgrzytu, a następnie wpadła do środka i pobiegła na schody.
Prosiłam tylko o znak, napomniała się w duchu. Teraz już nie mogę zwlekać.
Otworzyła dwuskrzydłowe drzwi do głównego apartamentu, po czym położyła kufry na łóżku. Skrzywiła się, gdy gorączkowe stukanie dziobami o szyby odbiło się echem od ścian. Szpony drapały po szkle, wydając przyprawiający o ciarki pisk, a o okna uderzały atramentowe skrzydła.
– Gdzieś tu jest – mruknęła, rzucając na łóżko suknie, spódnice i bieliznę.
Kiedy w końcu dotarła do samego dna i wyjęła to, czego szukała, hałas ucichł.
Trzymała w palcach czarną kopertę z wytłoczonym misternym, niewielkim wzorem, którego zawijasy ozdobiono błyszczącym srebrem. Na podobnie wyglądającej pieczęci, którą odciśnięto na wosku, widniał rysunek gałązki z kwiatami i owocami dzikiej róży, oplecionej wokół dużej litery „S”. W kopercie znajdował się aksamitny pergamin – bardziej luksusowy niż jakikolwiek papier, którego dotykała. Eleganckim charakterem pisma umieszczono na nim słowa bogatym, szafirowym atramentem.
Wyjęła list z już wcześniej rozdartej koperty, a gdy go rozłożyła, zrobiło jej się ciężko na sercu. Krew jej wrzała, gdy ponownie omiotła wzrokiem wiadomość.
Napisano w posiadłości Enchantra
Najdroższa Tessie,
z całego serca przepraszam Cię za to, że tak długo nie odpisywałem. Sytuacja mojej rodziny stawała się coraz bardziej skomplikowana, obawiam się zatem, że za wiele czasu już go straciłem. Nie będę zanudzał Cię szczegółami.
Zdaję sobie sprawę, że po tak długiej przerwie mamy sobie wiele do powiedzenia, nawet poza tym, o czym pisałaś, więc nalegam, abyśmy zrobili to na żywo.
Bardzo żałuję, że zostawiliśmy sprawy niedokończone i że tak długo się nie odzywałem, ale niezmiernie pragnę naprawić swoje błędy.
Dołączam podarek, który pokryje koszty podróży. Błagam, nie traktuj tego jako jałmużny. Wiem, jak możesz się poczuć, ale mamy więcej, niż potrafimy wydać, a przynajmniej tyle mogę Ci zaoferować, aby odnowić naszą znajomość. Zdaję sobie sprawę, że wiosenna równonoc już niebawem, niemniej nalegam, abyś przyjechała przed jej wigilią, ponieważ będę miał wtedy krótkie wolne od obowiązków u Knoxa. Tak właściwie to usilnie naciskam na Twój przyjazd. W dodatku w tym czasie dojrzeją demoniczne jagody.
Do zobaczenia wkrótce.
Twój dawny przyjaciel
Barrington Silver
Kiedy jeszcze w domu po raz pierwszy otworzyła ten list, zwróciła uwagę na to, że atrament rozmazał się przy niektórych literach, przez co zdawały się one pogrubione. Układały się jednak pośród wersów w zbyt dobrze znany kształt.
Wronę.
– Przeklęte ptaki – mruknęła.
Omen stał się oczywisty – podobnie jak bijące z pergaminu odczucie. Przez ostatnie miesiące uczyła się rozpoznawać delikatne nuty ciepła – magię.
„Zdaję sobie sprawę, że wiosenna równonoc już niebawem, niemniej nalegam, abyś przyjechała przed jej wigilią”.
Genevieve już wcześniej planowała wyjechać z Rzymu ze sporym zapasem czasu przed równonocą, ale biorąc pod uwagę jej nerwy oraz zwiedzanie zabytków…
Lepiej późno niż wcale, prawda?
Wsadziła zaproszenie pomiędzy strony dziennika i zamknęła kufry. Nadszedł czas.
Hałas stada za jej plecami osiągnął punkt kulminacyjny, dzioby waliły o szyby tak mocno, że nie wiedziała, dlaczego szkło się jeszcze nie roztrzaskało. Krakanie stało się ogłuszające, gdy skrzydła nadal trzepotały w rytmie bicia jej serca.
– Przecież wyjeżdżam – warknęła, ściągając kufry z łóżka, choć niemal były dla niej za ciężkie.
Jednak kiedy gotowa do drogi postawiła je na podłodze i się obróciła, zauważyła, że ptaki zniknęły.
Promienie popołudniowego słońca wpadały przez okno, malując wnętrze wagonu sypialnego pierwszej klasy uroczym złotym blaskiem. Toskańska wieś za szybą stanowiła chyba jeden z najbardziej zapierających dech widoków, jakie Genevieve widziała w życiu, jednak nie była w stanie jej się przyglądać, bo bardzo się denerwowała, gdy pociąg pędził do celu.
Ostatni wózek z przekąskami minął jej przedział, dźwięki grzechoczących szklanek i talerzy powoli cichły. Zniecierpliwiona bębniła stopą o podłogę w stałym rytmie, bo nie mogła się doczekać, aż cały skład wjedzie na kolejną stację.
Podróż przez włoskie wsie okazała się niekomfortowa, wyczerpująca i, co gorsza, nużąca. Początkowo chciała czytać jedną z książek, które miała w kufrach, ale kiedy potwierdziła, że podążające za nią wrony to najprawdopodobniej efekt magii znanej jako klątwa, szybko się znudziła.
Prawą ręką dotknęła lewej, z przyzwyczajenia chcąc pokręcić pierścionkiem, bo nieustannie zapominała, że już go nie nosi. Opuściła ręce na kolana i westchnęła z frustracją. Uwięzienie w niewielkim przedziale bez ciekawego towarzystwa okazało się dla niej osobistym piekłem. Samotność wtórowała jej przez cały okres dorastania w rezydencji Grimmów.
Chociaż nieżyjąca już Tessie Grimm uczyła Ophelię sztuki nekromancji, Genevieve skazała się na rozmowy z lalkami i pluszowymi misiami. Starsza siostra w linii sukcesji miała odziedziczyć po matce magię. Młodsza potrzebowała lat, aby pojąć, że skupienie całej uwagi rodzicielki na Ophelii sprawi, że będzie czuła się jak jedynaczka i wywoła w niej stałą potrzebę przebywania między ludźmi. Albo w ich łóżkach.
Genevieve przywykła do ukrywania własnej magii w obawie, że jeśli matka dowie się o jej mocy, będzie ją chronić jak Ophie. Powtarzała sobie, że nie chce mieć nic wspólnego z dziwacznym światem Tessie Grimm. A kiedy zaledwie kilka miesięcy temu matka zmarła, rodzinne dziedzictwo przeszło na Ophelię, która zamiast postępować jak mama, postanowiła wykorzystać nekromancję do rozwiązywania problemów wszelkich nadprzyrodzonych stworzeń, które pojawiały się pod drzwiami ich rezydencji – czarownic, duchów, wampirów, diabłów – przez co do Genevieve dotarło, jak wielką naiwność postanowiła celowo okazać względem świata.
Doświadczenia w Phantasmie – piekielnej grze, do której obie siostry weszły tej jesieni – sprawiły, że zapragnęła zgłębić świat zjawisk nadprzyrodzonych. Genevieve nie obawiała się gry, do której się zgłosiła. Zdawała sobie sprawę, że wyjątkowa odmiana magii – którą wraz z Ophelią odziedziczyły po ojcu – ułatwi unikanie wszelkich przerażających rzeczy podczas prób na Diabelskim Dworze. Dopadła ją jednak frustracja na myśl, że gdyby nie ta moc, zapewne nie przetrwałaby w grze ani jednego dnia.
Genevieve miała sporo okazji, aby opowiedzieć siostrze o swojej nowo odkrytej chęci do nauki, lecz za każdym razem, gdy próbowała to zrobić, nie potrafiła przyznać się do własnej głupoty. Wstydziła się tego, jak długo uciekała przed dziedzictwem własnego rodu oraz przed samą sobą.
Nie była również gotowa mówić o najważniejszym powodzie, dla którego przestała gardzić nadprzyrodzonym światem – o tym, że już nie pragnęła uczuć mężczyzny, który nigdy jej nie kochał…
Z zamyślenia wyrwał ją nagły świst oznaczający, że pociąg zbliżał się do kolejnej stacji – we Florencji. Było to najbliższe miasto jej ostatecznego celu podróży.
Odbicie dziewczyny w szybie nieco się ożywiło.
Tak niewiele dzieliło Genevieve od przystanku końcowego. Wkrótce spotka się z rodziną tak podobną do jej własnej.
Z kieszeni peleryny wyjęła fotografię. Znalazła ją w pokoju matki, schowaną wraz z innymi pamiątkami z życia, które prowadziła, zanim zamieszkała na stałe w Nowym Orleanie. Życia, o którym nic nie wiedziała nawet Ophelia.
Na zdjęciu w sepii obok Tessie stał mężczyzna, obejmując ją w sposób, który przywodził na myśl przyjaźń. Genevieve jednak nieustannie zwracała uwagę na to, że oboje mieli na szyjach medaliony w kształcie serca.
Od kiedy znalazła tę fotografię, nie przestawała zadawać sobie tych samych pytań. Wiedziała, że medalion wiązał się z ich rodzinnym dziedzictwem i po śmierci matki miał trafić w ręce Ophelii. Czy zatem towarzyszący jej na zdjęciu mężczyzna również był nekromantą? Miał dzieci? Czy któreś z nich było… jak ona?
Przez lata ciekawość jedynie narastała, aż Genevieve nie była w stanie dłużej jej się opierać.
Obróciła fotografię, przeczytała zapisane ładnym charakterem pisma matki imiona i nazwiska: „Barrington Silver i Tessie Grimm”.
Ponownie rozbrzmiał świst parowozu, a Genevieve wsunęła zdjęcie z powrotem do kieszeni peleryny. W miarę zbliżania się do stacji rytmiczny stukot kół pociągu na szynach stopniowo zwalniał, a szum lokomotywy cichł, więc wstała, aby pozbierać swoje rzeczy.
Pomimo zawartej w zaproszeniu informacji, że powinna przyjechać do Enchantry przed wigilią wiosennej równonocy, nie wyobrażała sobie, aby pan Silver jej nie przyjął. Po pierwsze, pisał list z wielkim zapałem. Na pergaminie od intensywnych pociągnięć pióra narobił wgłębień. A po drugie, jeżeli odmówi rozmowy po tym, jak dręczył ją klątwą, mogłaby pokusić się o zamordowanie go.
Być może to ostatnie nie było prawdą. Mimo wszystko zaproszenie kierował do jej matki, więc Genevieve prawdopodobnie nawet nie powinna go czytać. Nie wspominając już o wyrzutach sumienia z powodu tego, że zaczęła korespondować z panem Silverem na kilka miesięcy przed śmiercią matki, mając nadzieję na ich ponowne spotkanie, aby sama mogła otrzymać takie zaproszenie. Wysłała sześć listów, choć każdy z nich podpisała imieniem Tessie. Jednak kiedy w końcu otrzymała odpowiedź, matka już nie żyła…
Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi przedziału.
– Panno Grimm – przywitał się pełnym ciepła głosem z włoskim akcentem znajomy mężczyzna z obsługi pociągu. Spojrzała na jego gęste, ciemnobrązowe włosy oraz młodzieńczą twarz. Podczas podróży już kilkakrotnie z nim rozmawiała, co stanowiło miłą odmianę od okropnej samotności. – Życzy sobie panienka, aby spakować posiłek?
Genevieve pokręciła głową. Zrodziła się w niej zbyt wielka ekscytacja, by cokolwiek mogła w siebie wcisnąć.
– Nie, dziękuję, Luca. Ale będę wdzięczna, jeśli pomożesz mi z kuframi.
Mężczyzna przytaknął.
– Oczywiście, panno Grimm.
Wszedł do przedziału, aby wziąć największy bagaż, a następnie wyszedł z nim na korytarz, gdzie zaczekał na nią. Nie oglądając się za siebie na duszną kabinę, niezwłocznie podążyła za chłopakiem wąskim korytarzem. Odczuwała niezmierną ulgę, że w końcu będzie mogła zmienić środek transportu. Idąc, boleśnie obijała się biodrem o mniejszy kufer i ścianę. Knykcie zapiekły, gdy poprawiając chwyt, uderzyła o drewniane panele. Najbardziej na tym kontynencie irytowało ją to, że wszystko było za małe w stosunku do jej bujnych kształtów i nie zapewniało dostatecznej przestrzeni.
Zerknęła przez ramię, aby sprawdzić, czy jest bezpiecznie, po czym uwolniła nieco swojej mocy, przepuszczając ją przez lewą rękę aż do kuferka w dłoni, co sprawiło, że zniknął wraz z jej pięścią.
Kiedy w końcu dotarli do przodu wagonu, wciągnęła w siebie magię, przez co dłoń i bagaż na powrót stały się widzialne, zanim pasażerowie i pracownicy zwróciliby uwagę na jej dziwny wygląd. Drzwi rozsunęły się z cichym sykiem, ukazując tętniący życiem dworzec kolejowy w centrum urokliwego miasta. Dostrzegła kolorowo ubranych przechodniów, poczuła unoszący się w powietrzu zapach kwiatów, który stanowił wyraźną oznakę wiosny, mimo że niebo nad ich głowami zasnuwały ciemne chmury. Owiał ją chłodny wiatr. Okazało się, że klimat w tym miejscu znacznie różnił się od tego w domu. Był o wiele barwniejszy.
Przepuściła Lucę, aby wyszedł na zniszczony peron, następnie czekała, aż postawi jej drugi kufer na ziemi, nim podała mu rękę, by pomógł jej wysiąść z pociągu. Skłonił się przed nią, gdy podała mu plik szeleszczących banknotów, które wyjęła z pozłacanej saszetki na szatelence przy pasku pod peleryną.
Obdarował ją ciepłym uśmiechem, gdy włożyła mu pieniądze do ręki.
– Bardzo miło było panienkę poznać. Będzie mi brakowało uroczego towarzystwa panienki.
– Przykro mi – wyznała szczerze, pochylając się, aby wziąć oba bagaże, gotowa zapomnieć o pociągu. – Ale postaraj się nie popaść w głęboką depresję z powodu mojej zauważalnej absencji w swoim życiu.
Zaśmiał się, gdy odwróciła się na pięcie i weszła pomiędzy podróżnych, kierując się ku umundurowanym mężczyznom, stojącym w nienagannym szeregu przed wyjściem ze stacji. Z udawanym podziwem obrzuciła ich po kolei wzrokiem, czekając na to, który z nich złowi ją spojrzeniem.
Pierwszym, który się poddał, okazał się pan w średnim wieku z gęstą brodą i sękatą laską.
– Hai bisogno di un passaggio, bella ragazza? – zapytał.
– Przepraszam – zaczęła – ale nie znam włoskiego. Czy może mówi pan po angielsku?
– Angielski nie – odparł, kręcąc głową. Uniósł laskę, wskazał dorożkarza, który stał nieco dalej po lewej stronie. – Morello.
– Grazie – powiedziała i odeszła w kierunku wskazanego.
Mężczyzna okazał się przystojny, zaledwie może rok czy dwa starszy od niej. Miał ciemne, zaczesane do tyłu włosy i piwne oczy, które marszczyły się w kącikach, gdy się uśmiechał. Co też zrobił, gdy podeszła.
– To pan jest Morello? – zapytała, patrząc na niego pochlebnie.
– Tak – odparł. – W czym mogę pomóc?
Upuściła bagaże przy jego stopach.
– Muszę dojechać do rezydencji oddalonej o kilka kilometrów od miasta. Mam adres i mapę.
Wyjęła rysunek, który również ukradła spośród pamiątek matki, i go pokazała. Przygryzł wargę, a Genevieve przez chwilę zastanawiała się, czy ją zrozumiał, ale kiedy przeniósł wzrok na prawo i spojrzał na ojca ściskającego syna na pożegnanie, dotarło do niej, że się zastanawiał.
Nad ich głowami rozległo się krakanie.
Genevieve spojrzała gniewnie w niebo na krążące nad nimi trzy wrony.
No przecież się staram! – miała ochotę krzyknąć.
Oderwała wzrok od ptaków i odchrząknęła, przypominając o sobie Morello. Przypilnowała, aby jej kolejne słowa ociekały przesłodzonym akcentem z Południa, który zawsze hipnotyzował jej rozmówców.
– Obiecuję sowity napiwek – poinformowała mężczyznę. – To zapewne nieco dalej niż zwykł pan jeździć, ale byłabym ogromnie wdzięczna, gdyby zgodził się pan mnie podwieźć.
Na widok błagalnego wyrazu jej twarzy wytrzeszczył piwne oczy, które zaraz nieco się zamgliły, przez co poznała, że zaraz przystanie na jej propozycję.
Energicznie pokiwał głową, a następnie schylił się po jej bagaż. Spojrzał na jej dłoń – wyraźnie sprawdzając, czy nie ma pierścionka na palcu – i powiedział:
– Żaden problem, panno…
– Grimm – dokończyła.
– Panno Grimm – powtórzył. – Proszę za mną.
Niemal trzy godziny później dorożka w końcu przemierzyła długi, kręty podjazd prowadzący do rezydencji Barringtona Silvera. Genevieve odciągnęła aksamitną zasłonkę i wyjrzała przez okno. Dostrzegła rozciągający się wokół niej romantyczny krajobraz. Ptaki leciały przed nimi, jakby prowadziły ich na tle o wiele czystszego nieba niż to nad dworcem.
Przynajmniej nie kraczą, pomyślała i wróciła wzrokiem do horyzontu.
Leżąca pośród pagórków winnica rozpościerała się przed nią niczym wspaniały obraz samej matki natury. Na polach ciągnęły się rzędy starannie przyciętych winorośli, a kwitnące drzewa dodawały barwnych plam, gdy wszystko opływał złoty blask słonecznych promieni. Dorożka dojechała do ogromnej bramy. Błyszczące srebrem ornamenty metalowej konstrukcji wydawały się tak misterne, że niemal przysłaniały ozdobny napis na górze, który głosił: „Enchantra”.
Dorożka się zatrzymała. Zdezorientowany Morello zawołał do pasażerki, że dojechali. Kiedy chwilę później otworzył drzwi, w jego oczach dostrzegła troskę.
– Panno Grimm, obawiam się, że twoje wskazówki mogły być błędne.
Uniosła brwi.
– Dlaczego?
Żwir chrzęścił pod jego butami, kiedy podszedł bliżej i podał jej rękę, pomagając wysiąść z dorożki.
Po chwili stanęli przed srebrną bramą. Genevieve powiodła wzrokiem po kolczastych gałązkach oplatających metalowe pręty oraz osobliwych fioletowych jagodach, które wypełniały przestrzenie między nimi, a także leżały na ziemi u ich stóp.
Ponownie wyjęła zaproszenie z kieszeni. Morello z zaciekawieniem obserwował, gdy porównywała pnącze i jagody z wzorem odciśniętej na wosku pieczęci.
– To zdecydowanie właściwe miejsce – potwierdziła na głos.
Morello przeniósł wzrok z koperty na posiadłość za bramą.
– Ale…
Miał rację. Zdecydowanie było „ale”.
Za metalowymi wrotami jak okiem sięgnąć nie było nic poza pustym polem.
Mogę zabrać panienkę z powrotem do miasta – zapewnił Morello. – Bez żadnej dodatkowej opłaty.
Genevieve nadal patrzyła przez bramę. Przyglądając się scenerii, miała z tyłu głowy jakieś przeczucie…
– Panno Grimm? – naciskał dorożkarz.
Przez moment rozważała, czy powinna uznać to za znak, przyjąć propozycję i wrócić na dworzec kolejowy. Nagle jednak dostrzegła, że coś migocze – jak miraż.
Zamrugała i błysk zniknął.
Nad jej głową rozległo się gniewne krakanie. Spojrzała na niebo, które zasnuły ciemne chmury, zwiastujące deszcz. Trzy wrony zataczały nieustające pętle, jakby na coś czekały.
Przebyła całą tę drogę. Zbyt długo o tym marzyła, by teraz zawrócić.
Coś tu na mnie czeka, pomyślała. Tu musi coś być.
Wyprostowała ramiona, patrząc na dorożkarza.
– Nie jadę – zakomunikowała. – Dziękuję za podwiezienie i życzę bezpiecznej drogi powrotnej, zanim załamie się pogoda.
– Ale nie mogę tu panienki porzucić – upierał się Morello. – Jeżeli szukasz miejsca, w którym mogłabyś się zatrzymać…
– Możesz i zostawisz mnie w tym miejscu. – Machnęła ręką. – Nic mi się nie stanie.
– Ale na przestrzeni wielu kilometrów tu nic nie ma – naciskał. – Nie możesz oczekiwać, że tak po prostu porzucę damę na takim pustkowiu.
Westchnęła. Zapomniała, że niektórzy mężczyźni głęboko zatracali się w iluzji słodkiej, niewinnej panienki, którą stworzyła – nie miała jednak czasu, aby się z nim spierać. Musiał odejść.
Przypominając sobie najgorsze spojrzenia matki i siostry, przybrała na twarz najbardziej przerażający wyraz, jaki mogła z siebie wykrzesać. Oczywiście nie znała się tak, jak one, na pracy nekromantki – nie miała lodowatych oczu i bladej cery – ale jakoś musiała sobie poradzić.
Sięgając w głąb siebie po moc, sprawiła, że jej postać stała się migotliwa i przezroczysta.
– A kto powiedział, że jestem damą? – zapytała słodkim głosem.
Morello się odsunął. Kiedy powróciła do fizycznej postaci, wytrzeszczył z przerażenia piwne oczy.
Zbliżyła się do niego o krok.
– Jeśli nie chcesz skończyć jako bohater szeptanej legendy… o człowieku, który pojechał z piękną nieznajomą na odludzie i zniknął bez śladu, radziłabym ci odjechać. Natychmiast.
Morello przełknął ślinę, wrócił do dorożki, chociaż musiała mu przyznać, że nie uciekł w popłochu.
– Najwyraźniej tylko do pewnego stopnia można kogoś wystraszyć, gdy cechuje cię tak urocza aparycja – dumała na głos.
Chociaż lodowate spojrzenie Ophelii często opisywano jako niepokojące, Genevieve miała ciepłe, zachęcające oczy. Błękitne tęczówki okolone gęstymi rzęsami na twarzy w kształcie serca – miała również urocze piegi rozsiane po nosie i różanych policzkach. Nie wspominając o bujnych kształtach sylwetki, przez co miękkim liniom jej ciała daleko było do ostrości nawet w gorsecie. Adoratorzy raz za razem się tym zachwycali.
„Masz urocze piegi”.
„Twoje oczy są najpiękniejsze na świecie”.
„Jesteś tak słodka, że zapewne nie skrzywdziłabyś nawet muchy”.
Mogła się założyć o niemałe pieniądze, że Farrow Henry żałował, że to ostatnie wyszło z jego ust. Zapewne nie rozpoznałby osoby, która wystraszyła Morello.
A mężczyzna bez wątpienia się jej obawiał. Nie czekając na obiecany napiwek, wskoczył na ławkę dorożkarza i pociągnął za wodze, pragnąc jak najszybciej odjechać. Kiedy dźwięki kół i kopyt ucichły w oddali, na niebie rozległ się nieoczekiwany pomruk. Genevieve uniosła głowę i dostrzegła kilka ciemnych chmur. Westchnęła. Najprawdopodobniej strój ulegnie zniszczeniu.
Odwróciła się w kierunku bramy i zmrużonymi oczami ponownie zapatrzyła się w dal, zaciskając palce na srebrnych prętach, nie zważając na kolce, które wbijały się w jej dłonie, gdy skupiała uwagę.
Przez chwilę nic się nie działo, ale zaraz… Aha!
Błysnęła magia.
– Wiem, że tam jesteś – szepnęła.
Czuła się, jakby jej słowa skierowały na nią czyjś wzrok, przez co zadrżała. Obejrzała się przez ramię, ale nikogo za sobą nie zauważyła, poza krętym podjazdem oraz rzędami krzewów z jagodami.
Kra.
Wzdrygnęła się i obróciła twarz w kierunku dużej wrony, która wylądowała na szczycie bramy. Obserwowała uważnie, jak ptaszysko dziobie jagody, którymi obrosła stal.
„W dodatku w tym czasie dojrzeją demoniczne jagody”.
Uniosła rękę, zerwała jasnofioletowy owoc z gałązki i przysunęła sobie przed oczy, żeby dokładnie mu się przyjrzeć. To nie było ani winogrono, ani jagoda, a mimo dziwacznego wyglądu sprawiło, że ślinka napłynęła jej do ust.
No jasne, wyobraziła sobie, że mówi do niej Farrow. Mimo wszystko sama również jesteś demonem.
Zacisnęła usta.
Weszła do Phantasmy częściowo, aby przed nim uciec, ale na korytarzach posiadłości zastała jego rozmyte iluzje, które czaiły się na nią w każdym pełnym pajęczyn kącie. Kiedy nie mogła spać, w środku nocy widziała jego twarz – a gdy zasypiała, pojawiał się również w koszmarach – i w jakiś sposób podążał za nią krok w krok wszędzie, gdziekolwiek by się nie udała, nawet po tym, gdy zdołała wydostać się z wnętrza nawiedzonego dworu z krwawiącymi ścianami.
Widywała mężczyznę na powierzchni gorącej czekolady w kawiarniach. W blasku płomieni. W twarzach nielicznych kochanków, z którymi była, odkąd złamał jej serce. Niekiedy ból po wszystkim, co się między nimi wydarzyło, utrzymywał się w niej, aż traciła z oczu samą siebie. Jakby przez cały ten czas wydawało jej się, że oddycha czystym powietrzem, choć teraz dotarło do niej, że od dawna dusiła się dymem.
Miała nadzieję, że kiedy wyjedzie z Nowego Orleanu, niechciane wspomnienia dadzą jej spokój. Niestety nawet teraz miała w umyśle wyblakły obraz niebieskich oczu, które wpatrywały się w nią przez pomarańczowe płomienie, więc domyślała się, że żadna odległość nie wymaże z jej głowy palącej przeszłości.
Zapomnij o nim, poleciła sobie w duchu, gdy umieściła owoc na języku i rozkoszowała się słodkim sokiem, który zalał jej usta, kiedy rozgryzła lodowatą otoczkę.
– Mmm… – mruknęła z zadowoleniem.
Zerwała kolejną jagodę. A potem jeszcze jedną.
Tak skupiła się na pysznym smaku, że nie zwróciła uwagi na zachodzącą wokół niej zmianę. Skupiła wzrok i wypuściła ostatnią zerwaną jagodę z palców, bo magiczna zasłona połyskująca w powietrzu w końcu się uniosła.
Za bramą rozciągał się majestatyczny labirynt z żywopłotu, którego intensywnie zielone ściany były tak wysokie, że nie była w stanie dostrzec tego, co znajdowało się w środku. Jednak nawet potężny labirynt nie był w stanie przysłonić srebrnej rezydencji, która znajdowała się tuż za nim. Dwie kwadratowe budowle, które wyglądem przypominały wieże przy frontowej fasadzie, pięły się w niebo tak wysoko, że niemal niknęły w chmurach. Całą kamienną strukturę ozdobiono srebrnymi perłami i otulono tymi samymi kolczastymi pnączami, co bramę. Wiedziała, że za metalowymi wrotami ciągnie się podjazd, rozwidlając się przed żywopłotem i biegnąc z dwóch stron do posiadłości. Wszystko pokrywał nietknięty, biały puch.
Śnieg? Dziwne…
Przysunęła się do prętów, jakby dzięki temu mogła lepiej dojrzeć to, co w oddali, aby upewnić się, że lód za wejściem to nie zwidy. Cały teren otaczało srebrne ogrodzenie, jednak posiadłość była tak wielka, że wzrok zwykłej śmiertelniczki nie pozwalał jej stwierdzić, jak daleko się ciągnie.
– Najwyraźniej sama będę musiała się przekonać – powiedziała, a potem zawahała się, nim przywołała magię.
Zastanawiała się, czy ta decyzja również okaże się feralna, jak kilka poprzednich w jej życiu. Kiedy tylko przejdzie przez bramę, może się nieodwracalnie zmienić, chociaż ostatni rok już sprawił, że stała się inna. Przeglądając się w lustrze, nie widziała już naiwnej dziewczyny, którą niegdyś była.
A jednak właśnie te zmiany przywiodły ją do Enchantry. Za bramą coś na nią czekało, odpowiedź na jej dawno już zrodzoną potrzebę. Historia, która pozwoli jej zrozumieć, dlaczego matka nigdy nie mogła być dla niej wsparciem. Towarzystwo, które sprawi, że poczuje, jakby jej miejsce było gdzieś poza rezydencją Grimmów.
Kra.
Genevieve wyprostowała plecy i spojrzała na wronę. Pozwoliła, żeby magia rozpaliła się w jej żyłach, gdy przyjęła bezcielesną postać na tyle, aby prześlizgnąć się za bramę. Kiedy na powrót się zestaliła, powoli przeszła ścieżką, na rozwidleniu skręcając w prawo, aby nie wejść do zielonego labiryntu, który się przed nią rozciągał.
Chwilę później znów poczuła przemożne wrażenie, jakby ktoś się jej przyglądał. Przystanęła.
– Halo? – zawołała, rozglądając się po gęstej roślinności.
W żywopłocie coś zaszeleściło. Gwałtownie wciągnęła powietrze. Nagle ze ściany zieleni wysunęła się cienista postać. Genevieve pisnęła z zaskoczenia. Odsuwając się, nadepnęła na spódnicę, przez co niemal straciła równowagę i upadła.
Kiedy się wyprostowała, spojrzała w parę błyszczących, bursztynowych ślepi czarnego lisa.
Stworzenie przechyliło łebek i przybrało wyczekującą pozę – zwierzak usiadł, krzyżując przednie łapy, jakby czekał na wyjaśnienie, dlaczego wtargnęła na cudzy teren.
– Zostałam wezwana – powiedziała do czworonoga, nawet jeśli głupio się przy tym poczuła. – Widzisz, przysłano mi zaproszenie…
Ciemne stworzenie rzuciło się na nią, wyrwało kopertę z jej palców i uciekło do labiryntu.
– Ej! – krzyknęła, próbując złapać puszysty ogon. Ten jednak wyślizgnął jej się i zniknął. – Żartujesz?
Pod wpływem impulsu stała się niewidzialna i zanurzyła w gęstwinie. Zobaczyła, że znajduje się w jednym z krętych przejść labiryntu, a lis ucieka w prawo. Uniosła spódnicę i pobiegła za nim.
Na szczęście, kiedy stworzenie wbiegło w głąb, stopniowo zaczęło zwalniać, jakby zakładając, że jest bezpieczne. Niestety dla niego bezcielesność Genevieve pomogła jej zakraść się tuż za nie.
Wróciła do ludzkiej postaci i złapała lisa za kark. Wił się, gdy wolną ręką próbowała wyrwać mu czarną kopertę z zębów. Jeszcze mocniej zacisnął szczęki.
Cmoknęła.
– Puszczaj!
Lis warknął cicho, ale przenikliwie. Spiorunował ją wzrokiem złotych ślepi w nieco zbyt ludzki sposób.
– Nie burcz na mnie! To ty tu jesteś zły – skarciła, szarpiąc za kopertę. – Jeśli nie puścisz, będę musiała…
Zanim zdołała dokończyć groźbę, lis wraz z kopertą zmienili się w gęsty, czarny dym. Genevieve zamrugała, nie dowierzając własnym oczom.
Co tu się, do diabła, stało? – dumała z sercem w gardle, gdy powoli się obróciła, szukając wyjaśnienia.
Kra.
Ponownie spojrzała w niebo.
– Sio! – krzyknęła na wronę, która leciała nieco zbyt nisko. Miała dość tych ptaków. – Przyjechałam! Już wypełniłaś zadanie! Czas się odpieprzyć i…
Zanim miała szansę dokończyć, nieżywy ptak z hukiem upadł na ziemię. Wpatrywała się w pierzaste stworzenie, skupiając uwagę na jego wydętym brzuchu.
Jagody…?
– To nie może być nic dobrego – mruknęła, gdy świat zaczął rozmazywać jej się przed oczami. Próbowała się odsunąć, aby wyjść z zagadkowego labiryntu, ale zakręciło jej się w głowie, a stopy odmówiły posłuszeństwa.
Chwilę później pochłonął ją mrok.
Twarzy Genevieve dotknęło coś zimnego i mokrego, gdy cienie wycofały się na krawędzie jej umysłu. Czuła na policzku szybki oddech, gdy ktoś podniósł ją z ziemi i przytrzymał przy czymś twardym i ciepłym.
– Farrow? – wymamrotała, starając się unieść powieki i wyrwać z uścisku, w którym była trzymana. Okazała się jednak zbyt słaba, by walczyć, a ktokolwiek ją niósł, wydawał się silniejszy niż on. A jego zapach… ostra mięta z nutą słodyczy… w niczym nie przypominał wody kolońskiej, którą kropił się Farrow.
– Apuell abon, Umbra – mruknął głęboki, nieznajomy głos.
Jakimś cudem wiedziała, co powiedział – „Grzeczna dziewczynka, Umbra”.
Genevieve nie była w stanie zrozumieć pozostałych słów, gdy cienie ponownie zasnuły jej umysł, a dźwięki zlały się w jeden szum. Po raz ostatni spróbowała otworzyć oczy i zobaczyć tego, kto jej towarzyszył, ale udało jej się dostrzec jedynie złoty błysk, zanim całkowicie pochłonęła ją ciemność.
Nieustannie dręczył ją ten sam koszmar.
Stał nad nią z zapaloną zapałką, gdy desperacko próbowała zniknąć.
– Jesteś demonem. Żałuję, że cię znam. A teraz spłoniesz.
Kiedy Genevieve w końcu się ocknęła, znajdowała się przed bramą Enchantry, obok swoich kufrów. Nie wiedziała, jak się tu znalazła, za to wyczuwała w ustach gorzki posmak.
Genevieve usiadła, jęcząc, gdy chłód przeszył ją aż do kości. Skrzywiła się, wyczuwając na języku okropny smak.
– Co, do diabła…? – szepnęła do siebie, pocierając pulsujące skronie.
Kiedy popatrzyła na bramę, nic za nią nie zobaczyła, a jednak podświadomie wiedziała, że się myli. Uklękła i pochyliła się do przodu, mrużąc oczy, aby przyjrzeć się dziwnym jagodom, które zwisały pomiędzy prętami.
Przed oczami stanęło jej wspomnienie, w którym zrywa owoc, kładzie na języku i…
Wróciła do niej kolejna scena, gdy przeszła przez bramę, wpatrując się w lśniącą posiadłość i rozciągający się przed nią labirynt. Zobaczyła również martwą wronę. I lisa.
Oszalałam?
Odetchnęła głęboko, złapała za pręty, aby podeprzeć się przy wstawaniu i…
Pisnęła z bólu.
Odsunęła dłonie od metalu i przycisnęła je do piersi. Z jej skóry wydobywał się syk magii. Nagle wszystko stało się klarowne w jej głowie. Nie, absolutnie jej nie odbiło. Naprawdę była wrona. I lis. I tajemnicza osoba… która ją niosła…
Wstała, otrzepała suknię, przy czym prawie zakrztusiła się, gdy dostrzegła brud i zagniecenia na materiale. Westchnęła ciężko, złapała za kufry i z niegasnącą determinacją obróciła się w stronę bramy. Sięgnęła do swojej magii i ponownie przeszła przez srebrne pręty. Kiedy tylko wychynęła po drugiej stronie, poczuła, jakby zerwano z jej zmysłów grubą, mglistą przesłonę. Znów miała przed oczami wspaniałą rezydencję w pełnej krasie. Zastanawiała się, czy jagody zadziałały na nią tak, jak powinny, a kiedy pozostawiono ją za bramą, ich magia miała sprawić, by zapomniała o wszystkim, co tu wcześniej widziała.
– Magia to kamień u szyi – narzekała, pozostając w bezcielesnej postaci, gdy weszła w zieloną ścianę labiryntu. Szła prosto przez krzewy oraz puste przestrzenie pomiędzy nimi, aż znalazła się po przeciwległej stronie całej formacji z żywopłotu, zaledwie kilka metrów od wejścia do rozległej rezydencji. Kiedy zbliżała się do schodów z białego marmuru, zauważyła, że na dwuskrzydłowych drzwiach wygrawerowano literę „S”.
Powróciła do cielesnej postaci, upuściła bagaż na ganku, a następnie stanęła na palcach i złapała za srebrną kołatkę. Okrąg stanowiło misternie oddane, metalowe pnącze z kolcami, które wbiły się w jej palce, gdy zastukała, wydobywając głośny, metaliczny brzęk, ogłaszający jej przybycie.
Przez chwilę nic się nie działo. Otaczająca ją cisza była upiorna, niepokoił brak życia wokół. Zanim zdążyła się wycofać, gwałtownie otworzyło się prawe skrzydło. Genevieve wciągnęła powietrze, wyczuwając trzeszczenie niespotykanej mocy, gdy na progu stanął mężczyzna i oparł się o futrynę, rzucając jej przenikliwe spojrzenie dziwnie znajomych bursztynowych oczu.
Nieznajomy o złotych tęczówkach górował nad nią jakieś trzydzieści centymetrów – co wydało jej się imponujące, bo sama miała sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Czarne, zmierzwione włosy miał nieco dłuższe, niż nosili mężczyźni w Nowym Orleanie, zaczesane do tyłu, które lekko kręciły się na końcach. Twarz miał o klasycznej urodzie – kwadratową żuchwę, wydatne kości policzkowe, idealnie prosty nos. U innych mogłoby wydawać się to nudne, ale złote kółko, które przechodziło przez jego pełną dolną wargę, i hipnotyzujące oczy sprawiły, że Genevieve pomyślała, iż jego aparycja jest grzeszna.
Włożył skrojoną na miarę czarną koszulę, która wyraźnie kontrastowała z jego jasną karnacją. Na wierzch zarzucił jedwabną kamizelkę, idealnie otulającą jego umięśnioną sylwetkę. Czarne spodnie w kant trzymały się na biodrach dzięki inkrustowanemu onyksami paskowi. Na palcach miał mnóstwo obsydianowych pierścieni, a pomimo bijącej od niego mrocznej aury, jego wygląd zakrawał na wyrafinowany i celowy. Był zupełnie niepodobny do nijakich kawalerów z jej rodzinnego miasta, którzy nie wkładali wysiłku w to, aby prezentować się stylowo. Na pewno stanowił przeciwieństwo mężczyzny o złotych włosach i niebieskich oczach, którego wciąż widywała w koszmarach.
Byli jak dzień i noc.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
prolog. Mrok
Początek
Rozdział 1. Omen
WIGILIA WIOSENNEJ RÓWNONOCY
Rozdział 2. Zaproszenie
Rozdział 3. Jagody
Rozdział 4. Niezwykle ciepłe powitanie
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
