Partnerzy - Robert Michniewicz - ebook + audiobook + książka

Partnerzy ebook i audiobook

Robert Michniewicz

4,4
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Członek polskiego rządu – lider partii nacjonalistycznej, spędzający z rodziną wakacje na Wyspach Kanaryjskich, otrzymuje intratną propozycję współpracy od hiszpańskiej fundacji, działającej w tajemnicy na zlecenie rosyjskiego wywiadu. Dwoje oficerów Agencji Wywiadu wyrusza na Fuerteventurę, aby obserwować polityka. Polscy agenci nie wiedzą, że Służba Wywiadu Zagranicznego dostała rozkaz od prezydenta Federacji Rosyjskiej, żeby ich zlikwidować. Tropem Polaków podąża doświadczony zabójca. W cieniu tych wydarzeń rosyjscy agenci rozbudowują siatkę wpływów wśród polskich polityków, decydujących o przyszłości kraju.

Co tak naprawdę wydarzyło się na Isla Pequenia i jaki będzie to miało wpływ na sytuację polityczną w Polsce?

Kontynuacja losów oficerów AW Barbary Szymańskiej i Piotra Adamskiego - z powieści Partnerzy. Początek.

Robert Michniewicz – były oficer wywiadu. Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego oraz studiów podyplomowych w Polskiej Akademii Nauk. W 1984 roku jako jeden z prymusów ukończył Ośrodek Kształcenia Kadr Wywiadowczych. W wywiadzie przepracował 23 lata, z czego 11 lat działał za granicą. Realizował zadania wywiadowcze na Bliskim Wschodzie, w Ameryce i Europie. W 2006 roku w stopniu podpułkownika przeszedł na emeryturę. W wolnych chwilach czyta literaturę sensacyjną i marynistyczną, podróżuje i uprawia sport.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 384

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 25 min

Lektor: Bartosz Kurek

Oceny
4,4 (224 oceny)
134
63
20
5
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Veronica41pl
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna i nieodkładana ksiazka, ktora wciaga od pierwszej do ostatniej strony! Gwarancja swietnie spedzonego czasu! Polecam i czekam na kolejne spotkanie z Basia i Piotrem!
20
ewkaj

Nie oderwiesz się od lektury

Sensacja,przygoda, malownicza hiszpańska wyspa Fuerteventura ,dwójka agentów AW a wszystko podane w aktualnym,politycznym sosie współczesnej Polski. Czyta się jednym tchem - jak zwykle autor nie zawodzi!Gorąco polecam i czekam na kolejne spotkanie z dwójką partnerów.
10
Pinokio100

Dobrze spędzony czas

Kontynuacja pierwszej części Partnerzy. Początek. Po spektakularnej akcji w Ukrainie, główni bohaterowie Basia i Piotr, przygotowują się do wyjazdu na urlop, na Dominikanę. Nie wiedzą, że Rosjanie przygotowują wobec nich plan zemsty, za niepowodzenie swojej akcji w Ukrainie. Ich plany wakacyjne ulegają zmianie, gdy otrzymują polecenie wyjazdu na Fuerteventure. W tyn samym kierunku jedzie również pewien polski, nacjonalistyczny polityk, poseł wraz z rodziną. Tak, to nie przypadek. Jak potoczą się ich losy, czy wyjdą z tarczą ze starcia z agentami SWR, o tym dowiecie się z tej książki. Według mnie druga część jest nieco słabsza o pierwszej. Autor niepotrzebnie uwypukla wątek miłosny pomiędzy głównymi bohaterami. Ich dialogi są trochę sztuczne i słabe. Życzę powodzenia autorowi w dalszej twórczości i czekam na dalsze wydawnictwa.
00
a-szwed

Nie oderwiesz się od lektury

Super!
00
mama007

Nie oderwiesz się od lektury

Dobra!!!Lubię takie książki.
00

Popularność




Copy­ri­ght © by Robert Mich­nie­wicz, 2024 Copy­ri­ght © 2024 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca All rights rese­rved

Redak­cja: Anna Pła­skoń-Soko­łow­ska Korekta: Ewa Ski­biń­ska, Maciej Kor­ba­siń­ski Pro­jekt okładki: Daniel Rusi­ło­wicz Zdję­cia na okładce: robert_EM / Unsplash Redak­tor pro­wa­dzący: Kata­rzyna Monika Słup­ska Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze ISBN: 978-83-8382-024-8 War­szawa 2024

Dla moich Rodzi­ców

Zemsta jest jak toczący się kamień – gdy czło­wiek ją poru­szy, wróci do niego z więk­szą prze­mocą.

Jeremy Tay­lor

15 czerwca 2022 roku, godzina 4.00 Lot­ni­sko Cho­pina w War­sza­wie

Wcze­sna pora wylo­tów samo­lo­tów czar­te­ro­wych wynaj­mo­wa­nych przez biura podróży bywa praw­dziwą udręką dla pasa­że­rów. Wobec koniecz­no­ści wyjazdu na lot­ni­sko o trze­ciej nad ranem czę­sto w ogóle nie warto kłaść się spać. Z dru­giej strony wylot na waka­cje o takiej porze prze­kłada się na pra­wie cały dzień do wyko­rzy­sta­nia w miej­scu doce­lo­wym, co nie­któ­rzy, pomimo nie­wy­spa­nia, doce­niają.

Basia Szy­mań­ska, zwana przez kole­gów z Agen­cji Wywiadu „Baszką” – tak jak popu­larna na jej rodzin­nych Kaszu­bach gra kar­ciana, pół nocy nie spała, zasta­na­wia­jąc się, czy zada­nie, któ­rego się pod­jęła, nie zakoń­czy się kom­plet­nym fia­skiem, zarówno w sfe­rze ope­ra­cyj­nej, jak i w kon­se­kwen­cji w odnie­sie­niu do jej zna­jo­mo­ści z Pio­trem Adam­skim.

No wła­śnie, Piotr… – pomy­ślała o męż­czyź­nie, do któ­rego mocno się zbli­żyła za sprawą ich wspól­nych dra­ma­tycz­nych prze­żyć. Ale czy na czymś takim można w ogóle budo­wać przy­szłość? To mniej wię­cej tak, jakby w opar­ciu o syn­drom sztok­holm­ski pla­no­wać szczę­śliwe życie rodzinne. Śmieszne, prych­nęła w duchu. Zaraz też wró­ciło do niej nie­chciane i znacz­nie bar­dziej nie­po­ko­jące pyta­nie. Czy ludzie, któ­rzy zamie­rzają zwer­bo­wać do współ­pracy członka pol­skiego rządu, będą tak nie­fra­so­bliwi, że pozwolą się podejść ofi­ce­rom wywiadu znaj­du­ją­cym się na obcym tere­nie, a w dodatku nie­dy­spo­nu­ją­cym żad­nym wspar­ciem? W sumie zapla­no­wała wielką impro­wi­za­cję, ale czy to ma szansę się udać? Tro­chę zawa­diacko uznała, że skoro nie­dawno pora­dziła sobie ze ści­ga­ją­cymi ją funk­cjo­na­riu­szami Służby Wywiadu Zagra­nicz­nego (SWR) i Fede­ral­nej Służby Bez­pie­czeń­stwa (FSB), i to na ich tere­nie, to musi dać radę Hisz­pa­nom, nawet jeśli dzia­łają na rzecz Rosjan. Poza tym i tak było już za późno na tego typu wąt­pli­wo­ści – za kilka godzin wylą­duje na Wyspach Kana­ryj­skich, a razem z nią figu­rant, któ­rym ma się zająć. Ta kon­sta­ta­cja spra­wiła, że osta­tecz­nie przed pierw­szą zapa­dła w lekki sen.

Gdy po prze­bu­dze­niu z chwi­lo­wej – jak jej się wyda­wało – drzemki zaczęła się zbie­rać do wyj­ścia, dzia­łała w tak auto­ma­tyczny spo­sób, jakby codzien­nie wsta­wała przed trze­cią nad ranem. „Baszka” była nie­odrodną córką swo­ich rodzi­ców, co ozna­czało, że docie­rała z wyprze­dze­niem na wszel­kie spo­tka­nia. Dawało jej to pew­ność, choć cza­sami złudną, że nawet w razie nie­sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ści jak korki czy wypa­dek na tra­sie zawsze zdąży. Zasada ta dosko­nale spraw­dzała się rów­nież w pracy ope­ra­cyj­nej. Poja­wie­nie się przed cza­sem w miej­scu spo­tka­nia z agen­tem dawało sporą szansę dostrze­że­nia cze­goś, co będzie sygna­łem, że służby prze­ciw­nika szy­kują pułapkę. Ozna­czało rów­nież moż­li­wość obser­wo­wa­nia, jak agent się zbliża, i wychwy­ce­nia, że cią­gnie za sobą tak zwany ogon. Choć musiała szcze­rze przy­znać sama przed sobą, że jej zwy­czaj nie zawsze gwa­ran­to­wał pozy­tywny rezul­tat, co potwier­dziło się w końcu lutego w Ole­niwce, w obwo­dzie doniec­kim. Przy­by­cie znacz­nie przed cza­sem i dłu­go­trwałe moni­to­ro­wa­nie rodzin­nego domu agenta o kryp­to­ni­mie „Zadar” nie pozwo­liły na wykry­cie zasadzki pre­cy­zyj­nie przy­go­to­wa­nej przez FSB, rosyj­ską służbę bez­pie­czeń­stwa.

Wystar­czy tych przy­krych wspo­mnień, uznała, otrzą­sa­jąc się z zamy­śle­nia. W końcu wła­śnie zaczy­nała długo wycze­ki­wane waka­cje. Dzi­siaj miała podwójny wen­tyl bez­pie­czeń­stwa, jeśli cho­dzi o punk­tu­alne dotar­cie na lot­ni­sko. Nie dość, że nie spała pra­wie całą noc, to jesz­cze na Okę­cie odwo­ziła ją jej zdy­scy­pli­no­wana mama. Umó­wiły się, że Bożena pod­je­dzie pod blok Basi na Ursy­no­wie o trze­ciej trzy­dzie­ści, ale oczy­wi­ście była na dole już kwa­drans po trze­ciej, a „Baszka” zeszła na dół dwie minuty póź­niej. Korzy­sta­jąc z tras szyb­kiego ruchu S2 i S79, zna­la­zły się przed ter­mi­na­lem odlo­tów za dwa­dzie­ścia czwarta. Zasady panu­jące w stre­fie Kiss & Fly wymu­siły krót­kie poże­gna­nie, zwień­czone zwy­cza­jową mat­czyną prośbą: „Zadzwoń, jak tylko dole­ci­cie”.

Wcho­dząc do budynku, Basia naiw­nie myślała, że znaj­dzie się w wylud­nio­nej o tej porze hali, tym­cza­sem tłum podróż­nych zaj­mo­wał prak­tycz­nie wszyst­kie miej­sca sie­dzące. Miała wra­że­nie, że wkro­czyła w sam śro­dek mro­wi­ska, a ludzie krążą wokół niej w jakimś sen­nym widzie. Prze­ma­sze­ro­wała wzdłuż naj­bliż­szego rzędu sie­dzeń, roz­glą­da­jąc się uważ­nie, ale ni­gdzie nie dostrze­gła Pio­tra.

Usia­dła na nie­wy­god­nym krze­sełku w pobliżu wej­ścia A do hali odlo­tów, wodząc wzro­kiem dookoła. Wyjazd w poło­wie czerwca, czyli jesz­cze przed typo­wym sezo­nem, powi­nien być atrak­cyjny dla związ­ków bez dzieci i osób star­szych, tym­cza­sem było tu tak dużo dzieci i mło­dzieży, jakby kon­tro­wer­syjny mini­ster edu­ka­cji i nauki w obec­nym rzą­dzie łaska­wie zde­cy­do­wał o skró­ce­niu roku szkol­nego. Obser­wu­jąc podróż­nych, napo­tkała wzrok jakie­goś męż­czy­zny, co spe­cjal­nie jej nie zdzi­wiło. Kłę­biący się wszę­dzie ludzie wpa­try­wali się z nie­cier­pli­wo­ścią w roz­kład odlo­tów, szu­kali zna­jo­mych albo po pro­stu naj­bliż­szej toa­lety. Tablica infor­ma­cyjna szcze­gól­nie zwra­cała uwagę, gdyż przy dzie­się­ciu naj­bliż­szych odlo­tach poza zapla­no­wa­nymi godzi­nami startu, por­tem doce­lo­wym oraz nazwą linii lot­ni­czej wciąż nie podano nume­rów sta­no­wisk odprawy. Dla niej to lepiej, bo wia­domo, że gdy tylko zostaną wyświe­tlone te infor­ma­cje, natych­miast ustawi się tam długa kolejka. Swoim zwy­cza­jem Basia wolała zna­leźć się na jej początku.

Nudząc się coraz bar­dziej, zer­kała na prze­mian na wej­ście A i poło­żone nie­da­leko wej­ście B. Głowa krę­ciła się jej jak świa­tło latarni mor­skiej. Była pewna, że Piotr zaraz się pojawi. Skoro nawet postrze­lony przez rosyj­skiego snaj­pera w Mariu­polu zmar­twych­wstał, dotar­cie na Okę­cie nie powinno sta­no­wić dla niego poważ­nego wyzwa­nia. Jej nie­po­kój budził nato­miast fakt, że ni­gdzie nie widziała „Ostera” z rodziną. Dobrze zapa­mię­tała jego twarz, a zdję­cie na wszelki wypa­dek miała zapi­sane w komórce. Według zapew­nień Darka Kowal­skiego z kontr­wy­wiadu Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego figu­rant miał potwier­dzoną rezer­wa­cję na wyjazd z TUI oraz umó­wione ważne spo­tka­nia kilka dni po przy­lo­cie na Fuer­te­ven­turę. A może odwo­łał wszystko wczo­raj wie­czo­rem? – pomy­ślała. Spoj­rzała na ścienny zegar: do odlotu pozo­stały ponad dwie godziny. Wkrótce się okaże, czy jej wyjazd na Wyspy Kana­ryj­skie nie sta­nie się wyłącz­nie wycieczką tury­styczną. Tak naprawdę na­dal było jej tro­chę szkoda, że musiała zamie­nić wcze­śniej zare­zer­wo­wany wyma­rzony pobyt na Domi­ni­ka­nie na tę wycieczkę. Ale co zro­bić, służba nie drużba, jak mówi stare porze­ka­dło. A że z natury była opty­mistką – nie zmie­niły tego nawet nie­dawne smutne prze­ży­cia – wolała myśleć, że waka­cje to waka­cje, to samo słońce i ocean ten sam.

Ponow­nie zwró­ciła uwagę na dostrze­żo­nego wcze­śniej męż­czy­znę. Wła­ści­wie dla­czego ją zain­te­re­so­wał? Może coś w jego wyglą­dzie przy­cią­gnęło jej spoj­rze­nie? Na oko miał około pięć­dzie­siątki, mocno prze­rze­dzone włosy i zupeł­nie zwy­czajną, wręcz pospo­litą twarz. Jego ubra­nie było pognie­cione, jakby nie zmie­niał go od wielu godzin, a może nawet w nim spał. Widziała, że patrzył w jej stronę, ale kiedy ich spoj­rze­nia się spo­tkały, szybko odwró­cił wzrok, dzięki czemu mogła lepiej mu się przyj­rzeć. Już po chwili wie­działa, co jest w nim nie­ty­powe. Po pierw­sze był sam, co w hali przy­lo­tów nie byłoby dziwne, ale tutaj jed­nak sta­no­wiło rzad­kość. A po dru­gie nie miał żad­nego bagażu. Oczy­wi­ście mógł kogoś odpro­wa­dzać, tylko dla­czego kolejny raz patrzył wła­śnie na nią? Przy­pa­dek? Gdyby była w misji za gra­nicą, już zało­ży­łaby, że jest obser­wo­wana. W ojczyź­nie czuła się zde­cy­do­wa­nie bez­piecz­niej, choć wyda­rze­nia z początku marca prze­ko­nały ją, że agenci rosyj­skiej SWR mogą pro­wa­dzić ope­ra­cje także w sto­licy Pol­ski. Nie dawały jej spo­koju rów­nież wykryte przez nią w maju przy­padki, kiedy jeź­dziły za nią zagad­kowe tak­sówki. Wyda­rze­nia te nie miały żad­nych kon­se­kwen­cji i nie powtó­rzyły się w ciągu ostat­niego mie­siąca, co wyda­wało się pod­wa­żać traf­ność jej wcze­śniejszych ocen. Spo­koj­nie, kobieto, jesteś prze­czu­lona, pomy­ślała. Lecisz na waka­cje, więc prze­stań szu­kać duchów przy­naj­mniej do przy­lotu do Puerto del Rosa­rio.

Pięć po czwar­tej zaczęła być zła na swo­jego faceta, że naraża ją na zde­ner­wo­wa­nie. Nie była już taka pewna, że Piotr zdąży. Może zaspał po pra­wie cało­do­bo­wej podróży samo­cho­dem z Kijowa albo cze­goś zapo­mniał, albo na­dal prze­mie­rza zaczy­na­jącą dzień War­szawę… Kiedy się­gnęła po tele­fon, chcąc zwe­ry­fi­ko­wać praw­dzi­wość swo­ich ponu­rych wizji, w wej­ściu A zoba­czyła zna­jomą wysoką syl­wetkę, cią­gnącą dużą ciem­no­zie­loną walizkę na kół­kach. Unio­sła wysoko rękę. Piotr roz­glą­dał się po zatło­czo­nej hali. Co z cie­bie za ofi­cer wywiadu, skoro nie potra­fisz mnie dostrzec? – pomy­ślała uszczy­pli­wie. W końcu albo ją roz­po­znał, albo jego uwagę zwró­ciła jej wycią­gnięta do góry ręka, bo uśmiech­nął się i ener­gicz­nie ruszył w stronę Basi. Nie­po­kój od razu wypa­ro­wał, gdy obser­wo­wała zbli­ża­ją­cego się przy­stoj­nego mło­dego męż­czy­znę o wzro­ście metr dzie­więć­dzie­siąt i cał­kiem impo­nu­ją­cej musku­la­tu­rze. Przez ostat­nie trzy mie­siące nic nie stra­cił ze swo­jej sam­czej atrak­cyj­no­ści, uznała.

– Boże, ale tłum – stwier­dził odkryw­czo, zer­ka­jąc na zebra­nych dookoła ludzi.

– A może by tak „dzień dobry, naj­droż­sza”? Albo „jak dobrze cię widzieć, tęsk­ni­łem”? – zapro­po­no­wała iro­nicz­nie.

Popa­trzył na nią lekko zdzi­wiony.

– Prze­cież widzie­li­śmy się zale­d­wie parę godzin temu – odpo­wie­dział rze­czowo. – I jak pamię­tam, wczo­raj wie­czo­rem kilka razy mówi­łem, że tęsk­ni­łem i cały czas o tobie myśla­łem w Kijo­wie. Zresztą powta­rza­łem to pod­czas każ­dej naszej roz­mowy tele­fo­nicz­nej. Jeśli ruscy mnie pod­słu­chi­wali, mają już kom­pletną teczkę doty­czącą naszych spraw uczu­cio­wych. – Puścił do niej oko, sze­roko się uśmie­cha­jąc. – Ale fak­tycz­nie: dzień dobry, Basiu. – Ostat­nie zada­nie okra­sił kolej­nym uśmie­chem.

– Wystar­czy tego gada­nia. Po pro­stu mnie poca­łuj. – Posta­no­wiła być łaskawa, tym bar­dziej że cie­szyła się z per­spek­tywy dwu­ty­go­dnio­wych wyma­rzo­nych wspól­nych waka­cji. Choć to nie tylko waka­cje, przy­po­mniała sobie. Jed­no­cze­śnie spodo­bało się jej, że Piotr sam wspo­mniał o kwe­stiach uczu­cio­wych.

Adam­skiemu nie trzeba było dwa razy powta­rzać. Pocią­gnął ją za rękę, zmu­sza­jąc do wsta­nia, zła­pał w obję­cia i mocno poca­ło­wał w usta. Potem w męskim zapale uniósł Basię i okrę­cił dookoła, wzbu­dza­jąc zain­te­re­so­wa­nie zaspa­nych pasa­że­rów.

– Chyba nie­któ­rzy nam zazdrosz­czą takiego powi­ta­nia – stwier­dziła, choć taka spon­ta­niczna reak­cja Pio­tra jej paso­wała. Ona też przez ostat­nie mie­siące stę­sk­niła się za nim, za ich dłu­gimi roz­mo­wami, jego doty­kiem. Fak­tycz­nie chciała z nim być.

Aku­rat zwol­niło się miej­sce na ławce i mogli usiąść obok sie­bie. Dopiero wtedy zauwa­żyła zasi­nie­nia i wybro­czyny na jego pra­wej ręce.

– Boże, co ci się stało? – Nie dostrze­gła tego pod­czas ich roz­mowy poprzed­niego wie­czoru, ale wtedy Piotr miał na sobie cienką kurtkę. – Czemu nic nie powie­dzia­łeś?

– Nie chcia­łem cię mar­twić, wia­domo, jak reagują kobiety… Więc było tak: wsia­da­łem w Kijo­wie do samo­chodu, jakiś sza­lony moto­cy­kli­sta prze­je­chał zbyt bli­sko, no i dosta­łem kie­row­nicą w rękę. Poje­cha­łem do szpi­tala, powie­dzieli, że wszystko jest w porządku, a te ślady na pewno nie­długo znikną.

– Pio­truś, mie­li­śmy mówić sobie wszystko. – Basia ener­gicz­nie pogro­ziła mu pal­cem. – Powin­nam wie­dzieć, co się dzieje z moim part­ne­rem… – prze­rwała, uprzy­tam­nia­jąc sobie, że sama nie zasto­so­wała się do tej reguły. Musiała zmie­nić temat. – A niby skąd ty masz takie doświad­cze­nie z kobie­tami, mój miły? „Wia­domo, jak reagują”? W Ukra­inie mówi­łeś, że żad­nych kobiet w twoim życiu dotąd nie było, tylko praca i praca.

– Tak tylko mi się powie­działo. A poza tym jakieś kobiety były, mama, bab­cie… – Sam nie chciał cią­gnąć tematu, który był zbyt bli­sko zda­rze­nia w Kijo­wie, rozej­rzał się więc, szu­ka­jąc pomy­słu, jak zmie­nić wątek. – Czyli lecimy? – Popa­trzył na Basię z tym swoim cha­rak­te­ry­stycz­nym, słod­kim uśmie­chem.

Pomy­ślała, że ta sama rado­sna mina pod­trzy­my­wała ją na duchu w trud­nych chwi­lach prze­dzie­ra­nia się przez front rosyj­sko-ukra­iń­ski, gdy bała się, że wpadną w łapy rosyj­skich opraw­ców. To zamknięty roz­dział, a my musimy szybko zapo­mnieć o tym kosz­ma­rze, stwier­dziła w duchu, choć wie­działa, że obrazy tra­ge­dii, z któ­rymi się zetknęli, jesz­cze długo będą do nich wra­cać.

– Wyobraź sobie, że lecimy! Cho­ciaż sta­no­wi­ska odpraw na nasz odlot jesz­cze nie zostały wyzna­czone. – Odru­chowo spoj­rzała na tablicę infor­ma­cyjną.

– Basiu, a czy mogła­byś mi wytłu­ma­czyć w spo­sób zro­zu­miały dla prze­cięt­nego faceta, dla­czego wła­ści­wie lecimy na Fuer­te­ven­turę, mimo że jesz­cze trzy tygo­dnie temu mie­li­śmy zare­zer­wo­wane waka­cje na Domi­ni­ka­nie?

Wró­ciła wzro­kiem do jego uśmiech­nię­tej twa­rzy. Cho­ler­nie jej się podo­bał. Ale musiała być rze­czowa i na razie uni­kać draż­li­wego tematu.

– Mój ty prze­cięt­niaku, już ci prze­cież mówi­łam, że bar­dziej przy­padł mi do gustu hotel w Playa de Jan­dia, przy samej plaży, w pięk­nym ogro­dzie pal­mo­wym, i jego cudowna oko­lica. A drinki w tam­tej­szych barach to podobno czy­sta poezja. No i nie jest tak gorąco i wil­gotno jak na Domi­ni­ka­nie. Na Kana­rach zawsze czuć przy­jemną bryzę od oce­anu.

– Od dwóch mie­sięcy podob­nie pia­łaś z zachwytu nad hote­lem na Domi­ni­ka­nie. Nie chcę być małost­kowy, ale skąd ta nagła zamiana?

Dobry wykręt, aby nie kon­ty­nu­ować tego tematu, poja­wił się jak na zawo­ła­nie. Na tablicy wyświe­tliły się wła­śnie numery sta­no­wisk odprawy samo­lotu linii Enter Air do Puerto del Rosa­rio.

– O, jest sygnał do odprawy! – ogło­siła Basia pod­eks­cy­to­wa­nym gło­sem i wstała, cią­gnąc Pio­tra za rękę. – Sta­no­wi­ska dwie­ście czter­na­ście do dwie­ście szes­na­ście. Idziemy, nie chcę być na końcu.

Piotr o nic już nie dopy­ty­wał. Oboje chwy­cili za rączki swo­ich wali­zek i ruszyli w głąb ter­mi­nala.

Godzina 4.10 Salon VIP, Lot­ni­sko Cho­pina w War­sza­wie

Kre­mowo-nie­bie­ska kolo­ry­styka wnę­trza salo­nów strefy VIP współ­grała z ele­ganc­kimi obi­ciami wygod­nych mebli i ciem­nym odcie­niem drew­nia­nych rega­łów na książki. O tak wcze­snej porze pomiesz­cze­nia były nie­mal puste, jeśli nie liczyć dwóch osób z per­so­nelu.

Wice­mi­ni­ster Andrzej Tro­icki wraz z rodziną szedł za ste­war­dem aż do zatoczki wyzna­czo­nej przez dwie kanapy i kilka foteli. Syn i córka bez waha­nia rzu­cili się na mięk­kie meble, szu­ka­jąc oka­zji, żeby jesz­cze chwilę podrze­mać. Aż do odlotu rodzice mieli z nimi spo­kój, zamó­wili więc po fili­żance cap­puc­cino.

– Faj­nie tak się żyje. – Anna Tro­icka z zain­te­re­so­wa­niem roz­glą­dała się po wnę­trzu. Była tu pierw­szy raz. – Mogę tak zawsze… – Ziew­nię­cie prze­szko­dziło jej w kon­ty­nu­owa­niu myśli, ale mąż dosko­nale ją rozu­miał. Oboje pocho­dzili z Rud­nik, małej wio­ski w powie­cie łosic­kim, gdzie luk­su­sów nie było. Dla dwu­stu miesz­kań­ców nawet pobli­skie Łosice ze swoim zalud­nie­niem na pozio­mie nie­ca­łych sied­miu tysięcy osób wyda­wały się metro­po­lią, nie wspo­mi­na­jąc o jesz­cze więk­szych Sie­dl­cach poło­żo­nych tro­chę dalej.

Andrzej po ogól­niaku wyje­chał na stu­dia do sto­licy i szybko zła­pał bak­cyla życia w wiel­kim mie­ście. Rodzice go finan­so­wali, bo mieli z czego. Gdy ukoń­czył stu­dia z zakresu finan­sów i rachun­ko­wo­ści w Szkole Głów­nej Han­dlo­wej, ojciec i matka z dumą poka­zy­wali jego dyplom sąsia­dom w Rud­ni­kach. Szybko zna­lazł pracę w jed­nej z naj­więk­szych firm con­sul­tin­go­wych. Wstą­pił do Pol­skiego Stron­nic­twa Naro­do­wego, ponie­waż idee nacjo­na­li­styczne zawsze były mu bli­skie. Nie zapo­mniał o swo­jej pierw­szej miło­ści, Annie, która chęt­nie zgo­dziła się na wspólne życie z nim i prze­pro­wadzkę do sto­licy. Uro­dziło im się dwoje dzieci – czter­na­sto­letni dziś Sta­ni­sław i o cztery lata młod­sza Justyna. W audy­cie nie zro­bił osza­ła­mia­ją­cej kariery, co nie­ocze­ki­wa­nie zre­kom­pen­so­wało mu człon­ko­stwo w par­tii. Przed ostat­nimi wybo­rami par­la­men­tar­nymi wszedł do zarządu. PSN dołą­czyło do sze­ro­kiej koali­cji ugru­po­wań naro­do­wych i nie­ocze­ki­wa­nie dla sie­bie samego Tro­icki zdo­był man­dat. W sej­mie się nie wyróż­niał, podob­nie jak pozo­stali trzej człon­ko­wie par­tii, z któ­rymi stwo­rzył koło posel­skie. Wkrótce został wice­prze­wod­ni­czą­cym stron­nic­twa, co przy­nio­sło mu korzyść, kiedy par­tia rzą­dząca zaczęła mieć pro­blemy z więk­szo­ścią w par­la­men­cie. Zor­ga­ni­zo­wała „łapankę” na poten­cjal­nych sojusz­ni­ków, która spo­tkała się z pozy­tywną odpo­wie­dzią PSN. Jego wła­dze nie nale­żały do ide­ow­ców, a sta­no­wi­ska i kasa zde­cy­do­wały. Zaczęli wspie­rać par­tię rzą­dzącą w gło­so­wa­niach. Jako wice­li­der stron­nic­twa szybko dostał pro­po­zy­cję obję­cia sta­no­wi­ska w rzą­dzie, którą z rado­ścią przy­jął. Został sekre­ta­rzem stanu w Kan­ce­la­rii Pre­zesa Rady Mini­strów, zastępcą mini­stra cyfry­za­cji. Był szczę­śliwy i dumny, nad­zo­ro­wał klu­czowe depar­ta­menty: cyber­bez­pie­czeń­stwa, zarzą­dza­nia danymi i zarzą­dza­nia sys­te­mami. Kupili na kre­dyt nowe czte­ro­po­ko­jowe miesz­ka­nie i stali się „elitą wła­dzy”, jak po cichu żar­to­wał z Anią. Choć tak naprawdę sta­no­wi­sko mini­ste­rialne bar­dzo mu impo­no­wało, a jego żonie nawet jesz­cze bar­dziej. Miesz­kań­com Rud­nik ode­brało mowę na wieść o karie­rze, jaką zro­bił syn sąsia­dów.

Dzi­siaj wybie­rali się na wspa­niale zapo­wia­da­jący się urlop, który przy oka­zji miał zagwa­ran­to­wać Tro­ic­kiemu nowe osią­gnię­cia i – jak ocze­ki­wał – przy­nieść solidny zastrzyk pie­nię­dzy, który bar­dzo by mu się przy­dał. Nasłu­chał się od aktyw­nych na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej kole­gów, jakich korzy­ści można ocze­ki­wać ze strony majęt­nych orga­ni­za­cji poza­rzą­do­wych, zain­te­re­so­wa­nych współ­pracą z waż­nymi poli­ty­kami z obcych kra­jów. W końcu pomi­ja­jąc satys­fak­cję z budo­wa­nia pozy­cji w zagra­nicz­nych orga­ni­za­cjach, kwe­stia spłaty kre­dytu pochła­nia­ją­cego znaczną część jego mini­ste­rialno-posel­skich docho­dów sta­no­wiła stałą przy­czynę jego nie­po­koju. Kaden­cja obec­nego sejmu kie­dyś się zakoń­czy, a on może nie zostać ponow­nie wybrany. Czę­sto zada­wał sobie pyta­nie, co wtedy? I zazwy­czaj nie znaj­do­wał na nie żad­nej opty­mi­stycz­nej odpo­wie­dzi.

Godzina 4.30 Lot­ni­sko Cho­pina w War­sza­wie

Samotny męż­czy­zna w pognie­cio­nym ubra­niu wstał z meta­lo­wej ławki i powoli ruszył za podróż­nymi kie­ru­ją­cymi się do sta­no­wisk odprawy samo­lotu odla­tu­ją­cego na Fuer­te­ven­turę. W znacz­nej odle­gło­ści przed sobą widział młodą kobietę i wyso­kiego męż­czy­znę cią­gną­cego od pew­nej chwili dwie walizki. Nie musiał się spie­szyć – wie­dział, dokąd zmie­rzają, a jego zada­nie nie wyma­gało dogo­nie­nia ich. Kiedy zoba­czył długą kolejkę do sta­no­wisk dwie­ście czter­na­ście do dwie­ście szes­na­ście, zatrzy­mał się obok słupa pod­trzy­mu­ją­cego dach hali i spo­koj­nie obser­wo­wał inte­re­su­jącą go parę. Musiał tylko dopil­no­wać, by odle­cieli, a potem prze­ka­zać infor­ma­cję na ten temat.

TRZY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ

11 marca 2022 roku, godzina 11.10 Ural, pre­zy­dencki bun­kier

Pre­zy­dent Fede­ra­cji Rosyj­skiej Wła­di­mir Putin deli­kat­nie odsta­wił na blat sto­lika fili­żankę z por­ce­lany miśnień­skiej. Uniósł pod­stawkę i z lubo­ścią spoj­rzał na sygna­turę na jej spo­dzie. Dwa skrzy­żo­wane mie­cze – ele­ment z tar­czy her­bo­wej elek­to­rów saskich – potwier­dzały auten­tycz­ność wyrobu. Litery FA wska­zy­wały, że ten rzadki egzem­plarz był prze­zna­czony na stół pol­skiego monar­chy Augu­sta III Sasa. Przy­naj­mniej w sie­dem­na­stym wieku mogło powstać coś waż­nego i pięk­nego pod rzą­dami pol­skiego króla, pomy­ślał Putin. W dzi­siej­szych cza­sach we wła­snym kraju Polacy nie są w sta­nie nawet nor­mal­nie żyć. Uśmiech­nął się zło­śli­wie i wró­cił myślami do por­ce­lany i Augu­sta. Bez udziału Rosji nawet tego władcy by nie było, w końcu to pod osłoną rosyj­skiego kor­pusu ogło­szono go kró­lem. Następ­nie przy­jął wygodną pozy­cję na fotelu, by kon­ty­nu­ować roz­mowę.

– Czy mówi­łem ci, Arka­diju Wisar­jo­no­wi­czu, że pro­ces pro­duk­cji por­ce­lany w Miśni został odkryty pod­czas prac nad sztuką wytwo­rze­nia złota z metali nie­szla­chet­nych? – zagaił.

– Nie, panie pre­zy­den­cie.

– Doko­nał tego w tysiąc sie­dem­set ósmym roku Ehren­fried Wal­ther von Tschirn­haus, choć nie­któ­rzy bada­cze twier­dzą, że ojcem por­ce­lany był alche­mik Johann Frie­drich Böttger. W szystko jedno, fak­tem jest, że pra­co­wali wspól­nie w labo­ra­to­rium w zamku Albrechts­burg w Miśni. Prawda, że to czy­ste piękno? – Putin wycią­gnął rękę z fili­żanką w stronę swo­jego roz­mówcy.

– Fak­tycz­nie, okaz godny podziwu. – Gene­rał Arka­dij Duchow poki­wał z uzna­niem głową, choć o sztuce, a tym bar­dziej o por­ce­la­nie miśnień­skiej nie miał bla­dego poję­cia. Wie­dział nato­miast, że Wła­di­mir Wła­di­mirowicz uwiel­bia przed­mioty dro­gie i rzad­kie, a od czasu swo­jego pię­cio­let­niego pobytu w NRD, jako ofi­cer KGB, był zako­chany w por­ce­la­nie wypro­du­ko­wa­nej w Miśni. Kie­dyś tylko podzi­wiał, teraz było go stać na takie zabytki. Miał nawet spe­cjal­nego asy­stenta wyszu­ku­ją­cego uni­ka­towe egzem­pla­rze por­ce­lany poja­wia­jące się na świa­to­wych aukcjach.

Duchow się­gnął po sto­jącą przed nim fili­żankę. Wyglą­dała iden­tycz­nie jak ta, z któ­rej kawę pił pre­zy­dent, ale tajem­nicą poli­szy­nela było, że tylko Putin pija z ory­gi­nal­nych naczyń, a jego gościom poda­wane są dosko­nale pod­ro­bione fal­sy­fi­katy. Gdyby Duchowa zapy­tano, w czym woli pić kawę, świa­do­mie wybrałby pod­róbkę w oba­wie o moż­li­wość przy­pad­ko­wego stłu­cze­nia zabyt­ko­wego egzem­pla­rza i nega­tywne kon­se­kwen­cje takiej nie­ostroż­no­ści. Pomi­ja­jąc kwe­stię zastawy, był zado­wo­lony, że pre­zy­dent nie sto­so­wał już środ­ków ostroż­no­ści z nie­daw­nego okresu pan­de­mii, gdy wzy­wani do niego ofi­cjele musieli prze­cho­dzić długą kwa­ran­tannę, a kiedy w końcu docho­dziło do spo­tka­nia z władcą, roz­mówcy sie­dzieli w odle­gło­ści około pięt­na­stu metrów od sie­bie. Taka sytu­acja nega­tyw­nie wpły­wała na prze­bieg roz­mów i cał­ko­wi­cie wyklu­czała nawet pozory pouf­no­ści.

Putin wró­cił do pod­su­mo­wa­nia ich spo­tka­nia:

– Arka­diju Wisar­jo­no­wi­czu, omó­wi­li­śmy już naj­waż­niej­sze zada­nia dla cie­bie i naszej uko­cha­nej służby. – Pre­zy­dent czę­sto sta­rał się pod­kre­ślać swoje nie­prze­rwane związki z wywia­dem. Podob­nie zacho­wy­wał się już wcze­śniej, pod­czas ich roz­mowy trwa­ją­cej ponad dwie godziny, która praw­do­po­dob­nie zbli­żała się do wycze­ki­wa­nego przez Duchowa finału. Tego momentu spo­tka­nia z pre­zy­den­tem szcze­gól­nie się oba­wiał, ponie­waż Putin czę­sto na koniec zosta­wiał naj­trud­niej­sze tematy. – W obli­czu pro­wa­dzo­nej przez nas ope­ra­cji w Ukra­inie, a szcze­gól­nie zma­so­wa­nych dzia­łań USA i innych zachod­nich wywia­dów, wasza praca ma ogromne zna­cze­nie. Służba Wywiadu Zagra­nicz­nego, nawet bar­dziej niż dawna KGB, jest i musi być nie­na­ru­szalną pod­stawą ist­nie­nia Rosji. Wiem, że to rozu­miesz i w pełni podzie­lasz moje zda­nie. Znamy się już ponad czter­dzie­ści lat, nie­jedne koleje losu dzie­li­li­śmy. Dla­tego posta­wi­łem na cie­bie w roli dyrek­tora SWR. Jestem pewien, że nie popeł­nisz takich błę­dów jak twoi poprzed­nicy. Nie zawiedź mnie.

Ostat­nie zda­nie, wypo­wie­dziane z pozoru ser­decz­nym tonem, zawie­rało w sobie jed­no­znaczną groźbę. Duchow zda­wał sobie z tego sprawę, w końcu funk­cjo­no­wał w rosyj­skim wywia­dzie od wielu lat i widział już upa­dek nie­jed­nej kariery. Szczę­śli­wie nie były to czasy, gdy dymi­sja z rzą­do­wego sta­no­wi­ska ozna­czała spo­tka­nie twa­rzą w twarz z plu­to­nem egze­ku­cyj­nym, ale zemsta dyk­ta­tora w postaci ode­bra­nia eme­ry­tury i zgro­ma­dzo­nego majątku była per­spek­tywą mro­żącą krew w żyłach, szcze­gól­nie gdy uka­rany miał na karku sześć­dzie­siątkę i brak jakich­kol­wiek moż­li­wo­ści zarob­ko­wa­nia. Kiedy został nie­ofi­cjal­nie powia­do­miony, że pre­zy­dent wybrał go na nowego szefa wywiadu, nie wie­dział, czy ma się cie­szyć, czy bar­dziej oba­wiać o swój los w razie fia­ska któ­rejś z ope­ra­cji, o co nie było tak trudno. Wła­ści­wie przy­jął sta­no­wi­sko dyrek­tora, bo odmowa była dla niego nie mniej groźna niż ewen­tu­alna porażka na sta­no­wi­sku.

– Wła­di­mi­rze Wła­di­mi­ro­wi­czu, zapew­niam cię, że tak jak kie­dyś okre­ślano naszą KGB, będę „tar­czą i mie­czem” dla was. – Celowo nawią­zał do sym­bolu roz­wią­za­nej w 1991 roku służby, licząc, że taka dumna dekla­ra­cja spodoba się Puti­nowi. – Bez waha­nia wyko­nam wszyst­kie powie­rzone mi zada­nia.

Mar­twa mina pre­zy­denta nie pozwa­lała na ocenę, czy łyk­nął zapew­nie­nia nowego dyrek­tora wywiadu. Od jakie­goś czasu mie­wał takie dziwne zacho­wa­nia, jakby nagle się wyłą­czał. Poja­wiły się nawet plotki, że to objawy jakie­goś neu­ro­lo­gicz­nego scho­rze­nia, choć nikt nie był na tyle odważny, aby zasu­ge­ro­wać przy­wódcy bada­nie u spe­cja­li­sty.

Duchow zaczął powoli wsta­wać z fotela, gdy nagle zauwa­żył zmianę na twa­rzy Putina.

– Nie tak szybko, przy­ja­cielu. – Władcy albo coś się przy­po­mniało, albo celowo zwle­kał. – Poza waż­nymi stra­te­gicz­nymi i tak­tycz­nymi zada­niami jest jesz­cze jedna sprawa, którą musisz dla mnie zała­twić. Przy­znaję, że to wstyd, iż przy­wódca mocar­stwa ma podobne pro­blemy. Pamię­tasz oczy­wi­ście tę aferę, za którą pole­ciał twój poprzed­nik? – Pyta­nie było reto­ryczne. Nie tylko ofi­ce­ro­wie rosyj­skiego wywiadu, ale widzo­wie na całym świe­cie mieli oka­zję oglą­dać na ekra­nach swo­ich tele­wi­zo­rów kom­pro­mi­ta­cję SWR, do któ­rej doszło na początku inter­wen­cji Rosji w Ukra­inie. Misterna zasadzka FSB na ofi­ce­rów pol­skiego wywiadu, mająca dostar­czyć waż­nych pro­pa­gan­dowo argu­men­tów uza­sad­nia­ją­cych atak na Ukra­inę, zakoń­czyła się fia­skiem i zabój­stwem funk­cjo­na­riu­szy tej służby przez ludzi SWR, na czele któ­rych stał nie­sław­nej pamięci puł­kow­nik Michaił Sawin. Nie­udany pościg za Pola­kami na tere­nie obwodu doniec­kiego, a potem w rejo­nach fron­to­wych i osta­tecz­nie w Mariu­polu, spo­wo­do­wał, że wywiad rosyj­ski stał się powszech­nym pośmie­wi­skiem. W kon­se­kwen­cji uzy­ska­nych przez pol­skich szpie­gów zeznań Sawina dekon­spi­ru­ją­cych tajne dzia­ła­nia na tere­nie Pol­ski doszło do ujaw­nie­nia rosyj­skiej siatki w War­sza­wie. W efek­cie Putin zdy­mi­sjo­no­wał całe kie­row­nic­two SWR, a nie­szczę­sny Sawin tra­fił do kolo­nii kar­nej na Dale­kiej Pół­nocy. Kole­dzy uwa­żali, że miał wiel­kie szczę­ście, iż zacho­wał życie.

– Pamię­tam, choć wolał­bym zapo­mnieć, że takie zda­rze­nia w ogóle miały miej­sce – odparł Duchow.

– Nie­stety, nasza służba została zhań­biona. – Gry­mas ust pre­zy­denta pod­kre­ślił zna­cze­nie jego wypo­wie­dzi. – Nie możemy pozwo­lić, żeby ktoś pluł nam w twarz. My nie zapo­mi­namy takich znie­wag. Nie­udacz­nicy już ode­szli i ponie­śli karę. Sprawca jest na pół­nocy i mam nadzieję, że bar­dzo cierpi. Pozo­staje kwe­stia wyrów­na­nia rachun­ków z Pola­kami. Ich wła­dze puszą się swoim zaan­ga­żo­wa­niem w pomoc Ukra­inie i za to też kie­dyś nam zapłacą. Ale w tej chwili myślę o tej dwójce, która upo­ko­rzyła SWR. Szcze­gól­nie cho­dzi mi o tę młodą bladź.

Duchow się domy­ślał, czego zażąda pre­zy­dent, ale posta­no­wił nie być zbyt wyrywny.

– Pamię­tasz kodeks Ham­mu­ra­biego? – zapy­tał nie­ocze­ki­wa­nie Putin.

– Nie jestem spe­cja­li­stą od prawa sta­ro­żyt­nego… – stwier­dził ostroż­nie dyrek­tor.

– Nie trzeba być żad­nym spe­cja­li­stą! – Iry­ta­cja pobrzmie­wała w sło­wach i była widoczna na twa­rzy Wła­di­mira Wła­di­mi­ro­wi­cza. – Każdy uczeń sły­szał o pra­wie talionu: kara powinna być równa winie. Oko za oko, ząb za ząb.

– A, to! – Duchow klep­nął się w czoło. – Oczy­wi­ście, że pamię­tam. Każdy to zna.

– I wła­śnie o to mi cho­dzi – zade­kla­ro­wał spo­koj­nie Putin. – Czas przy­po­mnieć tę zasadę sobie i innym. Wina tej bla­dzi i jej przy­du­pasa jest ogromna i jed­no­znaczna. Za to musi ich spo­tkać zasłu­żona kara.

– Bez­dy­sku­syj­nie, zli­kwi­du­jemy ich. Zaraz się za to zabie­rzemy.

– Macie to zro­bić, ale na spo­koj­nie i po cichu. Naj­pierw roz­po­znać wszyst­kie moż­liwe szcze­góły ich życia, przy­go­to­wać ope­ra­cję i sku­tecz­nie ją zre­ali­zo­wać. Tak jak pra­cuje wywiad, jak dzia­ła­li­śmy w naszej KGB. I macie to zała­twić w taki spo­sób, żeby świa­towe media nie miały nawet cie­nia podej­rze­nia, że to nasza robota. Wypadki czę­sto się zda­rzają i trudno im zapo­biec. Rozu­miesz?

– Oczy­wi­ście, Wła­di­mi­rze Wła­di­mi­ro­wi­czu.

– A teraz cię żegnam. Wra­caj do Jasie­niewa i bierz się do pracy. Cze­kam na dobre infor­ma­cje. I pamię­taj, oko za oko, ząb za ząb. Ta zasada doty­czy obcych, ale odnosi się też do swo­ich.

21 marca 2022 roku, godzina 10.00 War­szawa, Amba­sada Fede­ra­cji Rosyj­skiej

Jew­gie­nij Kry­łow, rezy­dent SWR w War­sza­wie, usły­szał puka­nie do drzwi swo­jego gabi­netu. Tro­skli­wie zło­żył czy­tany raport jed­nego z ofi­ce­rów, wsu­nął go do teczki i zawo­łał:

– Pro­szę.

W progu sta­nął nie­pew­nie pierw­szy sekre­tarz Paweł Jaku­szyn. Kry­łow wie­dział, że jego pod­władny jedy­nie pozo­ruje pokorę. Tak naprawdę Jaku­szyn był wyra­cho­wa­nym ofi­ce­rem dążą­cym do osią­gnię­cia suk­cesu. Syn wyso­kiego urzęd­nika admi­ni­stra­cji pre­zy­denc­kiej, bar­dzo dobrze oce­niany w trak­cie szko­le­nia wywia­dow­czego i z pozy­tywną opi­nią za prze­bieg pierw­szej pracy na pla­cówce w Wil­nie, kilka dni temu zastą­pił w skła­dzie rezy­den­tury Andrieja Archi­powa. O nim i jego sza­leń­czych wyczy­nach Kry­łow sta­rał się zapo­mnieć. Pro­wa­dząc waż­nego agenta o pseu­do­ni­mie „Spring”, Archi­pow dał się wcią­gnąć w pułapkę zor­ga­ni­zo­waną przez pol­ski kontr­wy­wiad wspól­nie z ofi­ce­rami Agen­cji Wywiadu Bar­barą Szy­mań­ską i Pio­trem Adam­skim. Gdy wyma­wiał w myślach te nazwi­ska, miał ochotę splu­nąć ze wstrę­tem, pomny tego, jak ci dwoje ujaw­nili dzia­ła­nia SWR w oko­li­cach Doniecka i kie­ro­wa­nej przez Kry­łowa siatki w Pol­sce. Byli jego oso­bi­stymi wro­gami, bo to przez ich pro­wo­ka­cję zgi­nął „Spring”, Archi­pow został ranny i musiał być awa­ryj­nie ewa­ku­owany do Rosji, a dal­sza kariera samego Kry­łowa sta­nęła pod dużym zna­kiem zapy­ta­nia. Do tej chwili nie mógł uwie­rzyć, że nie został kar­nie odwo­łany do cen­trali.

Paweł Jaku­szyn brał udział w ope­ra­cjach likwi­da­cji poli­tycz­nych prze­ciw­ni­ków Rosji oraz osób, które nara­ziły się kie­row­nic­twu SWR. Rezy­dent podej­rze­wał, że te doświad­cze­nia mogły być waż­nym powo­dem dele­go­wa­nia go do War­szawy. Prze­ma­wiał za tym rów­nież bar­dzo krótki okres przy­go­to­wań Jaku­szyna przed wyjaz­dem. Dwa tygo­dnie nie pozwa­lały na zebra­nie kom­plet­nej wie­dzy – nor­mal­nie wyma­gało to trzech do czte­rech mie­sięcy. Jego ocenę potwier­dzała depe­sza, którą dzi­siaj dostał.

– Otrzy­ma­li­śmy wła­śnie depe­szę z cen­trali. Zakła­dam, że nie będziesz nią zasko­czony. To bar­dzo ważne zada­nie dla cie­bie, ale też dla naszej służby. Masz, czy­taj.

Gdy Kry­łow podał mu odszy­fro­waną depe­szę, Jaku­szyn spoj­rzał na kartkę.

Pole­camy pod­jąć natych­mia­stowe roz­pra­co­wa­nie figu­ran­tów „Rosa” i „Don­key” (dane szy­frem rezy­denc­kim – Bar­bara Szy­mań­ska – „Rosa”; Piotr Adam­ski – „Don­key”). Oboje objąć ści­słą obser­wa­cją i gro­ma­dzić wszel­kie moż­liwe infor­ma­cje na ich temat. Zada­niem rezy­den­tury jest wypra­co­wa­nie sytu­acji pozwa­la­ją­cej na likwi­da­cję „R” i „D” w spo­sób unie­moż­li­wia­jący połą­cze­nie tego dzia­ła­nia z naszą służbą. Ocze­ku­jemy na infor­ma­cje i wnio­ski, dzięki któ­rym cen­trala podej­mie decy­zję co do miej­sca i spo­sobu reali­za­cji ope­ra­cji. Zakła­damy, że powinna się ona odbyć poza Pol­ską, choć w razie zaist­nie­nia dogod­nej sytu­acji dopusz­czamy jej prze­pro­wa­dze­nie w kraju waszego urzę­do­wa­nia. Za pro­wa­dze­nie roz­pra­co­wa­nia odpo­wie­dzialny będzie „Chart”. Rezy­dent oraz pozo­stali ofi­ce­ro­wie powinni udzie­lić mu wszel­kiej pomocy. Sprawę należy trak­to­wać jako prio­ry­te­tową.

Pierw­szy sekre­tarz odło­żył doku­ment na biurko. Uniósł głowę, patrząc na prze­ło­żo­nego. „Chart” był pseu­do­ni­mem wła­śnie Pawła Jaku­szyna. Kry­łow nie miał zamiaru zaak­cep­to­wać roli pomoc­nika wzglę­dem młod­szego ofi­cera. Nawet jeżeli w rezul­ta­cie miałby ponieść kon­se­kwen­cje ze strony kie­row­nic­twa SWR.

– Jeżeli uczest­ni­czy­łeś w jakichś usta­le­niach w Jasie­nie­wie, to chcę, żebyś mnie o nich natych­miast poin­for­mo­wał. A wszystko, co będziesz robił w tej spra­wie, masz szcze­gó­łowo uzgad­niać ze mną. Słu­cham. – Wbił wzrok w twarz pod­wład­nego.

– Towa­rzy­szu puł­kow­niku, tuż przed moim wyjaz­dem do Pol­ski zosta­łem wezwany do szefa Zarządu Kontr­wy­wiadu Zagra­nicz­nego. Otrzy­ma­łem całość mate­ria­łów zgro­ma­dzo­nych w związku ze sprawą prze­ciwko obojgu pol­skim szpie­gom: szcze­gó­łowe raporty Fede­ral­nej Służby Bez­pie­czeń­stwa oraz rela­cje z dzia­łań puł­kow­nika Micha­iła Sawina i towa­rzy­szą­cych mu funk­cjo­na­riu­szy. Także wasze raporty z tego, co wyda­rzyło się w War­sza­wie. Załącz­ni­kami były zapisy rela­cji tele­wi­zyj­nych doty­czą­cych dzia­łań zarówno na tere­nach rosyj­skich, jak i w Pol­sce. Szef Zarządu poin­for­mo­wał mnie, że eli­mi­na­cja „Rosy” i „Don­keya” jest klu­czowa dla naszej służby, a moje zaan­ga­żo­wa­nie w sprawę sta­nowi pod­stawę dla dele­go­wa­nia mnie do War­szawy. Mia­łem zapo­znać się z mate­ria­łami i być gotowy do dzia­ła­nia na tere­nie Pol­ski. Poin­for­mo­wano mnie, że pole­ce­nie dla rezy­den­tury dopiero zosta­nie wysłane. I jesz­cze jedno. Zosta­łem „po cichu” powia­do­miony, że podobno reali­za­cją ope­ra­cji jest oso­bi­ście zain­te­re­so­wany nasz pre­zy­dent. To wszystko.

– Zro­zu­mia­łem. – Rezy­dent ważył słowa. Nie wie­dział, czy usły­szał całą prawdę, ale prę­dzej czy póź­niej dowie się o tym. Miał zaufa­nych kole­gów w cen­trali. Posta­no­wił udać, że wie­rzy w słowa Jaku­szyna. – Liczę, że będziesz postę­po­wał zgod­nie z zasa­dami hie­rar­chii w rezy­den­tu­rze. Jeśli wydaje ci się, że samo­dziel­nie możesz odnieść suk­ces, to jest to mrzonka mło­dego ofi­cera. Przy­po­mnij sobie wpadkę Archi­powa. Tylko w zespole możesz zre­ali­zo­wać to zada­nie.

– Tak jest, panie puł­kow­niku. – Powaga w gło­sie ofi­cera była jed­no­znaczna. Na ile grał swoją rolę wobec prze­ło­żo­nego, miało się dopiero oka­zać.

Przy­naj­mniej nie pró­bo­wał powo­ły­wać się na korzystne dla sie­bie sfor­mu­ło­wa­nia zawarte w depe­szy, stwier­dził z zado­wo­le­niem rezy­dent, po czym wyjął z sejfu teczkę z doku­men­tami i podał ją Paw­łowi.

– Tu masz robo­cze notatki swo­jego poprzed­nika Archi­powa. Zwra­cam twoją uwagę na moż­li­wość korzy­sta­nia z Wywia­downi Han­dlo­wej TROP, znaj­du­ją­cej się w Raszy­nie. Jej wła­ści­ciel Janusz Kruk, poli­cjant zmu­szony do odej­ścia na eme­ry­turę za pijań­stwo, czego swoją drogą nie mógł wyba­czyć prze­ło­żo­nym, wła­dzy i „temu gów­nia­nemu kra­jowi”, jak czę­sto mówił, oczy­wi­ście nie wie, kto zleca mu zada­nia. TROP zna­lazł jeden z ofi­ce­rów rezy­den­tury wystę­pu­jący pod legendą biz­nes­mena z RPA. Poli­cjant zaak­cep­to­wał wszyst­kie posta­wione warunki pouf­no­ści współ­pracy i o nic nie pytał, a za swoją robotę dostaje sporą kasę. Która, jak oce­niamy, jest zazwy­czaj jedy­nym docho­dem detek­tywa. Mamy na niego haki, gdyby posta­no­wił być nie­grzeczny. Wpraw­dzie dostaje tyle forsy, że jest na naszej smy­czy, ale nie zaszko­dzi, żebyś go na wstę­pie jesz­cze spraw­dził.

– Dzię­kuję za pomoc, panie puł­kow­niku.

– Mam nadzieję, że nie zle­cono ci doko­na­nia zabójstw obojga Pola­ków? – Kry­łow uważ­nie obser­wo­wał reak­cję „Charta”.

– Nie. I ni­gdy dotąd samo­dziel­nie nie reali­zo­wa­łem likwi­da­cji figu­ran­tów. – Paweł patrzył mu w oczy, co miało sta­no­wić wymowną dekla­ra­cję jego szcze­ro­ści. – Uczest­ni­czy­łem w przy­go­to­wa­niach do podob­nych przed­się­wzięć, ale wyłącz­nie na eta­pie zbie­ra­nia infor­ma­cji o celach i pla­no­wa­niu samych ope­ra­cji.

– Dobrze, zapo­znaj się z tym, co ci dałem, i dzia­łaj. Cen­trala nie wyzna­czyła żad­nych ter­mi­nów, co moim zda­niem ozna­cza, że ope­ra­cja ma być przy­go­to­wana spo­koj­nie i oczy­wi­ście per­fek­cyj­nie. Oso­bi­ście wolał­bym, aby została prze­pro­wa­dzona poza Pol­ską, bo w prze­ciw­nym razie cze­kają nas sądne dni.

– Ja też jestem tego zda­nia – zade­kla­ro­wał gor­li­wie Jaku­szyn. – Odmel­do­wuję się.

22 marca 2022 roku, godzina 11.30 War­szawa, Agen­cja Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego

Puł­kow­nik Józef Sta­re­wicz, naczel­nik Wydziału Rosyj­skiego w Depar­ta­men­cie Kontr­wy­wiadu, wszedł do sekre­ta­riatu dyrek­tora. Na jego widok asy­stentka Dorota Wiśliń­ska uśmiech­nęła się ser­decz­nie. Wie­dział, że jego kla­syczny savoir-vivre, sto­so­wany kon­se­kwent­nie wobec funk­cjo­na­riu­szy wszyst­kich rang, przy­spa­rza mu sym­pa­tii. To czę­sto bar­dziej uła­twiało funk­cjo­no­wa­nie w Agen­cji niż próba wyeg­ze­kwo­wa­nia swo­jej pozy­cji w hie­rar­chii służ­bo­wej.

– Dzień dobry, pani Doroto.

– Dzień dobry, panie puł­kow­niku. Szef czeka na pana.

Zapu­kał i wszedł do gabi­netu. Puł­kow­nik Mak­sy­mi­lian Kopeć, dyrek­tor Depar­ta­mentu Kontr­wy­wiadu, pod­niósł głowę znad prze­glą­da­nych papie­rów.

– Mel­duję się, dyrek­to­rze.

– Tylko nie trza­skaj mi tu obca­sami, bo od rana łeb mi pęka – popro­sił prze­ło­żony. Zamknął teczkę z papie­rami i pod­niósł plik doku­men­tów leżą­cych po pra­wej stro­nie sze­ro­kiego blatu. – Mam dla cie­bie deli­katny temat – zaczął, zer­k­nąw­szy na trzy­mane w ręku kartki. – W sumie cie­kawy zbieg oko­licz­no­ści. Dosta­li­śmy ana­lizę z sek­cji do spraw kon­tak­tów i rów­no­le­gle pismo od mini­stra koor­dy­na­tora.

– Ho, ho, to praw­dziwy zaszczyt. I wszystko dla mnie?

– Józek, nie czas na żarty. A poza tym widzisz kogoś innego w tym pomiesz­cze­niu? – Kopeć spra­wiał wra­że­nie, jakby zna­lazł się w nie­kom­for­to­wej sytu­acji. – Mate­riały przej­rzysz już u sie­bie, ale chciał­bym, żebyś miał na uwa­dze pewne kwe­stie.

– Zamie­niam się w słuch.

– Pismo od mini­stra ma pozo­stać w two­jej sza­fie, a ze sprawą zapo­znaj tylko wybra­nego ofi­cera. Przed pod­ję­ciem jakich­kol­wiek czyn­no­ści musisz mnie poin­for­mo­wać, co i jak zamier­za­cie zro­bić. Ja sam otrzy­ma­łem podobne pole­ce­nie od szefa. Mamy pil­no­wać, aby nie doszło do jakie­goś prze­cieku, bo wtedy cała afera skupi się na nas.

– Maks, a coś w ogóle możemy zro­bić? Bo z tego, co mówisz, wygląda, że zacho­wa­nie sprawy w tajem­nicy jest waż­niej­sze niż usta­le­nie cze­go­kol­wiek.

– Nie prze­sa­dzaj. To ważne wytyczne, sam zro­zu­miesz po prze­czy­ta­niu doku­men­tów. W skró­cie: nasza wpadka może roz­bić koali­cję rzą­dzącą w kraju, a przy­naj­mniej jej zdol­ność do uchwa­la­nia ustaw.

– Nie chcesz chyba powie­dzieć, że mamy roz­po­zna­wać związki z Rosja­nami któ­re­goś z lide­rów par­tii spra­wu­ją­cej wła­dzę?

Kopeć popa­trzył na naczel­nika z nie­jed­no­znaczną miną.

– Jesteś bli­sko.

– Ja pier­dolę… – wymam­ro­tał Sta­re­wicz. – Już kie­dyś mini­ster spraw wewnętrz­nych oskar­żył pre­miera, że ten był rosyj­skim agen­tem. Co prawda tamte zarzuty nie zostały potwier­dzone, ale jesz­cze długo był smród w kraju i nie tylko. Mam nadzieję, że nie przejdę do histo­rii w roli podob­nej do współ­pra­cow­ni­ków Andrzeja Mil­cza­now­skiego. Choć, jak zapewne pamię­tasz, udało mi się wspól­nie z Agen­cją Wywiadu wyeli­mi­no­wać zastępcę dyrek­tora Biura Depar­ta­mentu Bez­pie­czeń­stwa Naro­do­wego, wolał­bym się nie prze­ko­ny­wać, że nasz rząd jest naszpi­ko­wany mniej lub bar­dziej świa­do­mymi współ­pra­cow­ni­kami SWR.

– Józek, spo­koj­nie. – Dyrek­tor podał mu teczkę z doku­men­tami. – Z tego, co tu prze­czy­tasz, aż tak daleko idą­cych wnio­sków nie można wycią­gnąć, ale sprawa jest poważna i trzeba ją zba­dać. Taka nasza rola. I choć nie mówimy o poli­tyku z pierw­szych stron gazet, to wciąż deli­katny temat. Prze­ana­li­zuj mate­riały i cze­kam na wnio­ski.

23 marca 2022 roku, godzina 5.00 War­szawa, ulica Miło­będzka

Wyglę­dów leży w pół­nocno-zachod­niej czę­ści war­szaw­skiego Moko­towa. Oto­czony jest przez Stary Moko­tów i Wierzbno, gra­ni­czy ze Słu­żew­cem, Okę­ciem oraz czę­ściowo z Ochotą. Miło­będzka sta­nowi jakby lekko pochy­loną gór­nym koń­cem w prawo oś tego obszaru. Po wybu­do­wa­niu szpi­tala MSWiA ta nie­po­zorna ulica nabrała zna­cze­nia, gdyż przez tylną bramę szpi­tala można wyje­chać wła­śnie na Miło­będzką. Przez lata pomię­dzy szpi­ta­lem a sta­dio­nem Gwar­dii znaj­do­wał się jeden ważny obiekt w postaci Biura Ochrony Rządu prze­mia­no­wa­nego nie­dawno na Służbę Ochrony Pań­stwa. Potem vis-à-vis bramy do lecz­nicy MSWiA, do nowo­cze­snego budynku z nume­rem 55 z Rako­wiec­kiej prze­niósł się pol­ski wywiad noszący od 2002 roku nazwę Agen­cja Wywiadu.

W zało­że­niu osób odpo­wie­dzial­nych za bez­pie­czeń­stwo AW i SOP wąska ulica pozba­wiona zato­czek do par­ko­wa­nia miała unie­moż­li­wiać usta­wie­nie jakie­go­kol­wiek samo­chodu, który zagra­żałby prze­cho­dzą­cym oso­bom lub umoż­li­wiał inwi­gi­la­cję samych obiek­tów czy ruchu ulicz­nego. I speł­ni­łaby te wyma­ga­nia, gdyby nie sąsia­du­jący teren szpi­tala, gdzie od strony Miło­będz­kiej wygo­spo­da­ro­wano duży par­king. Daw­niej wjazd samo­cho­dem na ten plac wią­zał się z koniecz­no­ścią posia­da­nia prze­pustki lub prze­ko­na­nia pra­cow­nika ochrony, że prze­wozi się osobę chorą, która nie jest w sta­nie dojść o wła­snych siłach do budyn­ków szpi­tal­nych. Od kilku lat szpi­tal – ku zado­wo­le­niu pacjen­tów i ich opie­ku­nów – posta­wił na komer­cja­li­za­cję terenu par­kingu, co w jed­nej chwili zni­we­czyło plany ochrony sie­dziby Agen­cji Wywiadu oraz obiektu Służby Ochrony Pań­stwa.

Teren szpi­tala MSWiA ską­pany w poran­nym słońcu wyglą­dał tak idyl­licz­nie, jakby dookoła miały miej­sce wyłącz­nie miłe zda­rze­nia, a cięż­kie cho­roby i śmierć były wręcz nie­wia­ry­god­nym wymy­słem. Biała toyota corolla kombi z ozna­cze­niami pry­wat­nej tak­sówki zatrzy­mała się przed szla­ba­nem. Auto­mat wypluł pierw­szy tego dnia bilet i uru­cho­mił szla­ban. Po jego pod­nie­sie­niu samo­chód wolno wje­chał na teren par­kingu. Zgod­nie z pla­nem miej­sce par­kin­gowe tuż przy ogro­dze­niu było jesz­cze wolne, podob­nie jak ponad setka innych. Kie­rowca miał jed­nak zapar­ko­wać wła­śnie na tym kon­kret­nym. Wzdłuż ogro­dze­nia szpi­tala kilka lat temu posa­dzono gęsty rząd krze­wów, nato­miast nie­wielka ich część uschła i w rezul­ta­cie tylko z tego jed­nego miej­sca był ide­alny widok na prze­jeż­dża­jące Miło­będzką samo­chody oraz prze­chod­niów. Gdyby ktoś chciał obser­wo­wać także okna w budynku Agen­cji Wywiadu, to pra­wie wszyst­kie sta­no­wi­ska w pierw­szym rzę­dzie dawały taką moż­li­wość.

Kie­rowca toyoty nie wie­dział, że już lata temu w trak­cie jed­nej z narad w gabi­ne­cie rezy­denta wywiadu w Amba­sa­dzie Fede­ra­cji Rosyj­skiej znaj­du­ją­cej się w odle­gło­ści nie­wiele ponad czte­rech kilo­me­trów od sie­dziby pol­skiego wywiadu roz­wa­żano z asto­so­wa­nie doraź­nego pod­słu­chu lase­ro­wego. Rosyj­scy spe­cja­li­ści po dokład­nej ana­li­zie roz­kładu okien w budynku Agen­cji Wywiadu potwier­dzili moż­li­wość pod­słu­chi­wa­nia odby­wa­ją­cych się wewnątrz roz­mów. Byli zdzi­wieni, że w nowej sie­dzi­bie nie zasto­so­wano szyb chro­nią­cych przed pod­słu­chem lase­ro­wym. Naj­cie­kaw­szym miej­scem było ostat­nie, siódme pię­tro, gdzie mie­ściły się gabi­nety sze­fów pol­skiego wywiadu. Nie­stety od strony szpi­tala ulo­ko­wany był jedy­nie gabi­net zastępcy szefa do spraw admi­ni­stra­cyj­nych, które choć cie­kawe, nie sta­no­wiły klu­czo­wego obszaru zain­te­re­so­wa­nia rosyj­skich szpie­gów. Osta­tecz­nie zasto­so­wano inny spe­cja­li­styczny pod­słuch.

Tak­sów­karz opu­ścił obie osłony prze­ciw­sło­neczne, tak jak go poin­stru­owano. Wci­snął rów­nież przy­cisk uru­cha­mia­jący nie­znany mu bli­żej sys­tem i na tym jego zada­nie się skoń­czyło. Nie wie­dział, o co cho­dzi z tymi urzą­dze­niami, ale nie­wiele go to obcho­dziło. Dwa dni temu musiał zosta­wić toyotę w warsz­ta­cie w Bobrowcu koło Pia­seczna, aby zain­sta­lo­wano co trzeba. Ode­brał auto po połu­dniu, umyte i dodat­kowo wypo­sa­żone. Dostał zapew­nie­nie, że w spo­so­bie pro­wa­dze­nia samo­chodu i jego trwa­ło­ści nie nastą­piły żadne zmiany, a dodat­kowo Kruk wypła­cił mu wyna­gro­dze­nie, jakby cały dzień non stop woził klien­tów.

Od ubie­głego roku wraz z kil­koma kole­gami tak­sów­ka­rzami współ­pra­co­wał z Wywia­dow­nią Han­dlową TROP w Raszy­nie. Jej wła­ści­ciel, Janusz Kruk, miał cie­kawe kon­takty z jaki­miś biz­nes­me­nami. Reali­zu­jąc ich czę­sto dziwne zle­ce­nia, zara­biali tak dobrą kasę, że kla­syczne woże­nie pasa­że­rów przy­po­mi­nało dzia­łal­ność cha­ry­ta­tywną. Kruk, zmu­szony do odej­ścia na eme­ry­turę za pijań­stwo, czego nie mógł wyba­czyć prze­ło­żo­nym, cza­sami przy wódce chwa­lił się, że dzięki zada­niom od biz­nes­me­nów żyje mu się lepiej, niż gdy był w służ­bie i otrzy­my­wał tra­dy­cyjne sorty, pre­mie i łapówki. W sumie wszy­scy byli zado­wo­leni, a nie musieli zbyt­nio się naro­bić. Cała ta praca wyglą­dała wpraw­dzie podej­rza­nie, któ­ryś wspo­mniał nawet coś o szpie­gach, ale dopóki przy­no­siła zyski, trzy­mali język za zębami i o nic nie pytali.

Posta­no­wił posie­dzieć w samo­cho­dzie jesz­cze z godzinę albo dwie, bo co miał robić o świ­cie, daleko od domu w Raszy­nie. Po siód­mej wsią­dzie w auto­bus i poje­dzie do rodzi­ców na Ursy­nów. Od dawna obie­cy­wał im pomoc przy remon­cie sta­rego miesz­ka­nia. Na par­king pla­no­wał wró­cić dopiero póź­nym wie­czo­rem, więc miał mnó­stwo wol­nego czasu.

Godzina 8.30 War­szawa, Agen­cja Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego

Roz­mowa Sta­re­wi­cza z majo­rem Dariu­szem Kowal­skim była krótka. Prze­ło­żony wrę­czył Kowal­skiemu mate­riały, po czym kazał mu zamknąć się w pokoju i uważ­nie je prze­stu­dio­wać. Nie był nawet cie­kaw, co pod­władny usta­lił poprzed­niego dnia, dzia­ła­jąc w oko­li­cach Byd­gosz­czy.

Kowal­ski dobrze znał szefa i wie­dział, że ten nie zwykł prze­sa­dzać, dla­tego sprawę potrak­to­wał poważ­nie. Posta­wił na biurku pierw­szą z licz­nych każ­dego dnia her­bat i zasiadł do lek­tury.

Prze­wrot­nie zaczął od doku­mentu otrzy­ma­nego z sek­cji do spraw kon­tak­tów z part­ner­skimi służ­bami spe­cjal­nymi. Mate­riał prze­słany z Cen­trum Wywiadu i Sytu­acji Unii Euro­pej­skiej (EU INT­CENT) sta­no­wił obszerną ana­lizę dzia­łal­no­ści wywiadu rosyj­skiego na tere­nie kra­jów Wspól­noty w ostat­nich mie­sią­cach. Jak zwy­kle sła­bo­ścią opar­tego na infor­ma­cjach prze­ka­za­nych przez służby państw człon­kow­skich doku­mentu był fakt, że służby, chro­niąc wła­sne źró­dła oso­bowe, nie prze­ka­zy­wały naj­bar­dziej war­to­ścio­wych infor­ma­cji. Podob­nie postę­po­wały pol­skie agen­cje. Tym nie­mniej ana­liza miała sporą war­tość, odzwier­cie­dlała różne obszary aktyw­no­ści rosyj­skiej, rów­nież w kon­tek­ście przy­go­to­wań do ataku na Ukra­inę i pierw­szego okresu dzia­łań wojen­nych. Auto­rzy doku­mentu wska­zy­wali na lawi­nowo rosnącą ilość hybry­do­wych przed­się­wzięć Rosjan, co ozna­czało zastą­pie­nie ope­ra­cji pro­wa­dzo­nych przez kadro­wych ofi­ce­rów służb dzia­łal­no­ścią róż­no­rod­nych dzien­ni­ka­rzy, biz­nes­me­nów, eks­per­tów i akty­wi­stów orga­ni­za­cji poza­rzą­do­wych.

Major Kowal­ski pamię­tał nie­dawny przy­kład takiego dzia­ła­nia na tere­nie Pol­ski, zakoń­czony wyda­le­niem z kraju histo­ryka pra­cu­ją­cego w pry­wat­nej uczelni w Puł­tu­sku. Nauko­wiec, poza pro­pa­go­wa­niem poglą­dów zbli­żo­nych do Kremla, zaj­mo­wał się rekru­ta­cją pra­cow­ni­ków uczelni o pro­ro­syj­skim pro­filu. Darek wie­dział, że męż­czy­zna powią­zany był z Rosyj­skim Insty­tu­tem Stu­diów Stra­te­gicz­nych w Moskwie (RISS). Insty­tu­cja ta wie­lo­krot­nie wystę­po­wała w tek­ście doku­mentu EU INT­CENT jako odgry­wa­jąca ważną rolę w przed­się­wzię­ciach wywia­dow­czych reali­zo­wa­nych na tere­nie państw UE. Nie dzi­wiło go to, bio­rąc pod uwagę rodo­wód insty­tutu, który powstał dzięki decy­zji pre­zy­denta Jel­cyna w 1992 roku w wyniku prze­kształ­ce­nia zaple­cza nauko­wego byłego KGB zna­nego jako Naukowo-Badaw­czy Insty­tut Pro­ble­mów Wywia­dow­czych Pierw­szego Głów­nego Zarządu KGB.

Ana­liza EU INT­CENT wska­zy­wała liczne fun­da­cje, think tanki, orga­ni­za­cje cha­ry­ta­tywne czy reli­gijne oraz firmy powią­zane w spo­sób zakon­spi­ro­wany z Rosją i jej fun­du­szami oraz reali­zu­jące roz­ma­ite zada­nia wywia­dow­cze. Duży nacisk poło­żono na rze­sze rosyj­skich uchodź­ców (głów­nie z Krymu, Don­basu i innych zaję­tych tere­nów Ukra­iny) docie­ra­ją­cych do UE. Wska­zy­wano na liczne ujaw­nione przy­padki Rosjan ucie­ka­ją­cych z ojczy­zny, już po wybu­chu wojny z Ukra­iną, któ­rzy byli powią­zani z wywia­dem i przy­go­to­wani do wyko­ny­wa­nia zadań ope­ra­cyj­nych. Podob­nie pomoc dla uchodź­ców z Ukra­iny pro­wa­dzona przez fik­cyjne orga­ni­za­cje cha­ry­ta­tywne była ukie­run­ko­wana na zbie­ra­nie infor­ma­cji o Ukra­iń­cach, szcze­gó­łach pomocy cywil­nej i woj­sko­wej dla Ukra­iny oraz na osła­bia­nie popar­cia kra­jów Unii dla tego kraju. Aktyw­ność Rosji uła­twiał roz­wój mediów spo­łecz­no­ścio­wych umoż­li­wia­ją­cych sys­te­ma­tyczne zbie­ra­nie infor­ma­cji, któ­rych taj­ność nie była zbyt dokład­nie prze­strze­gana, ale rów­nież uła­twia­ją­cych pro­pa­gan­dowe docie­ra­nie do oby­wa­teli Unii z ukry­tymi tezami zbież­nymi z poli­tyką Kremla. Wszystko to miało poma­gać w dłu­go­fa­lo­wym two­rze­niu zaple­cza inte­lek­tu­al­nego, poli­tycz­nego i spo­łecz­nego dla reali­za­cji celów Rosji. Przy­kła­dami wska­zu­ją­cymi na sku­tecz­ność tego typu dzia­łań były oddzia­ły­wa­nia dez­in­for­ma­cyjne mające miej­sce pod­czas wybo­rów, refe­ren­dów czy róż­nych wyda­rzeń wewnętrz­nych. Dopro­wa­dzały one do poważ­nych kon­flik­tów w poszcze­gól­nych spo­łe­czeń­stwach oraz wpły­wały na dez­in­te­gra­cję tych kra­jów.

Ważną rolę w rosyj­skiej aktyw­no­ści odgry­wali oli­gar­cho­wie, któ­rych inte­resy zostały ogra­ni­czone w efek­cie zachod­nich sank­cji, ale dys­po­nu­jąc sie­cią zależ­nych pod­mio­tów gospo­dar­czych, zaj­mo­wali się oni wspie­ra­niem oraz finan­so­wa­niem róż­nego typu orga­ni­za­cji. Ich związki, głów­nie finan­sowe, z fran­cu­skim Zjed­no­cze­niem Naro­do­wym Marie Le Pen, Fide­szem Vik­tora Orbána, for­ma­cją Vox San­tiago Aba­scala, Ligą Mat­teo Salvi­niego spo­wo­do­wały wzrost popu­lar­no­ści tych ugru­po­wań oraz pro­pa­go­wa­nie ich poglą­dów. Wnio­ski pły­nące z ana­lizy suge­ro­wały, że ope­ra­cje reali­zo­wane przez cywilny i woj­skowy wywiad rosyj­ski świad­czą o fak­tycz­nej „cichej” woj­nie pro­wa­dzo­nej prze­ciwko kra­jom zachod­nim.

Gdy major skoń­czył lek­turę, zorien­to­wał się, że w kubku nie ma już ani kro­pli her­baty. Zapa­rzył kolejną i prze­czy­tał pismo od mini­stra koor­dy­na­tora. Z ulgą stwier­dził, że doku­ment nie wiąże się z koniecz­no­ścią potwier­dze­nia powią­zań z rosyj­skimi służ­bami spe­cjal­nymi żad­nego z naj­waż­niej­szych pol­skich poli­ty­ków. Mini­ster ocze­ki­wał spraw­dze­nia przez ABW wszyst­kich czte­rech posłów two­rzą­cych koło Pol­skiego Stron­nic­twa Naro­do­wego. Pole­ce­nie nie zawie­rało żad­nego uza­sad­nie­nia, naka­zy­wało ruty­nową wery­fi­ka­cję pro­fili i kon­tak­tów naro­dow­ców. Pod­kre­ślono przy tym abso­lutną koniecz­ność zacho­wa­nia w tajem­nicy reali­zo­wa­nych przed­się­wzięć ope­ra­cyj­nych. Dla­czego pismo mini­stra koor­dy­na­tora zostało skie­ro­wane do Wydziału Rosyj­skiego? Odpo­wiedź, któ­rej Dariusz udzie­lił sobie sam, sku­piała się na dwóch kwe­stiach: Pol­ska ma obec­nie jed­nego naj­waż­niej­szego wroga i jedy­nie służby rosyj­skie mogły być zain­te­re­so­wane współ­pracą z poli­ty­kami rekru­tu­ją­cymi się ze śro­do­wisk naro­do­wych. Oczy­wi­ście nie mógł wyklu­czyć, że do mini­stra koor­dy­na­tora dotarły jakieś infor­ma­cje doty­czące wska­za­nych poli­ty­ków, któ­rych jed­nak posta­no­wiono nie ujaw­niać funk­cjo­na­riu­szom ABW. Wszystko jedno, każdy styk z poli­ty­kami spra­wu­ją­cymi wła­dzę w kraju bar­dzo kom­pli­ko­wał podej­mo­wane czyn­no­ści ope­ra­cyjne i naka­zy­wał wzmo­żoną ostroż­ność.

Się­gnął po tele­fon i wybrał numer naczel­nika.

– Skoń­czy­łem, ale wolał­bym na spo­koj­nie popra­co­wać nad kon­cep­cjami – oznaj­mił.

– Mel­duj się z rapor­tem jutro o dzie­wią­tej.

– Zała­twione.

28 marca 2022 roku, godzina 9.00 War­szawa, Amba­sada Fede­ra­cji Rosyj­skiej

Rezy­dent patrzył z uwagą na Jaku­szyna rela­cjo­nu­ją­cego usta­le­nia z ostat­nich dni.

– Ludzie Kruka zlo­ka­li­zo­wali „Rosę” już pierw­szego dnia. Nasz sys­tem obser­wa­cji ulicz­nej potwier­dził, że codzien­nie rano poja­wia się w sie­dzi­bie Agen­cji Wywiadu na Miło­będz­kiej. Tak­sów­ka­rze dys­kret­nie towa­rzy­szyli jej po godzi­nach pracy. Po kilku dniach pozna­li­śmy typowe sche­maty jej prze­miesz­cza­nia się i zacho­wa­nia. Usta­li­li­śmy adres jej miesz­ka­nia na Ursy­no­wie oraz adres jej matki, zna­nej zresztą z kilku poby­tów wraz z mężem na pla­ców­kach w Rosji i byłych repu­bli­kach radziec­kich. Znamy jej samo­chód i wiemy, gdzie zawsze par­kuje. W zacho­wa­niu „Rosy” nie zauwa­żono nic, co świad­czy­łoby, że usta­liła obser­wa­cję pro­wa­dzoną przez tak­sów­ka­rzy. Sam nie włą­cza­łem się do tych dzia­łań, żeby nie spa­lić sprawy, w razie gdyby kontr­wy­wiad mnie kon­tro­lo­wał. Zgro­ma­dzi­li­śmy zna­czący zbiór doku­men­ta­cji foto­gra­ficz­nej i wideo. Oto kopie dla was.

Paweł poło­żył na biurku grubą teczkę.

– Dobrze się spi­sa­łeś. A co z „Don­keyem”?

– Figu­rant nie został dotych­czas usta­lony. – Pokrę­cił głową zakło­po­tany. – Nie poja­wił się w pro­wa­dzo­nej przez nasz sys­tem reje­stra­cji. Nie spo­tkał się rów­nież z „Rosą”. Nic nie usta­li­li­śmy na jego temat. Kamień w wodę.

– Nie­do­brze – skwi­to­wał rezy­dent. – Co pro­po­nu­je­cie?

– Suge­ro­wał­bym poin­for­mo­wa­nie cen­trali, że pomimo pod­ję­tych dzia­łań „Don­keya” nie udało się zlo­ka­li­zo­wać. Możemy spró­bo­wać popy­tać naszą agen­turę, ale to wy zna­cie ich moż­li­wo­ści. Czy w ogóle mogą mieć wie­dzę na temat tak niskiej rangi funk­cjo­na­riu­sza AW?

– Agen­tury nie uru­cha­miamy, przy­naj­mniej dopóki nie sta­nie się to nie­zbędne. Może wysłali go za gra­nicę? Do końca lutego był pra­cow­ni­kiem ich amba­sady w Kijo­wie. Mógł prze­cież tam wró­cić.

– Też o tym myśla­łem, choć obec­nie w Ukra­inie nie mamy dużych moż­li­wo­ści, żeby to usta­lić.

– Napi­szę do cen­trali w tej spra­wie. A ty dzia­łaj dalej, tylko jesz­cze dys­kret­niej. Skoro wiemy już, co i kiedy robi „Rosa”, łatwiej będzie ją wyryw­kowo kon­tro­lo­wać. Cały czas mam obawy, że w końcu się zorien­tuje, iż ją obser­wu­jemy.

– Poin­stru­uję Kruka. Oczy­wi­ście pod legendą.

29 marca 2022 roku, godzina 12.00 Ural, pre­zy­dencki bun­kier

Spo­tka­nie dla elity rosyj­skiego biz­nesu zwo­łane w gabi­ne­cie pre­zy­denta Putina było jed­nym z kolej­nych posie­dzeń, pod­czas któ­rych Wła­di­mir Wła­di­mirowicz dys­cy­pli­no­wał oli­gar­chów. Kiedy otrzy­mali zakaz opusz­cza­nia Rosji, krótko przed roz­po­czę­ciem ope­ra­cji prze­ciwko Ukra­inie, wie­dzieli już, że muszą być przy­go­to­wani na różne zaska­ku­jące posu­nię­cia ze strony dyk­ta­tora.

Dzi­siaj nie­wiel­kie grono naj­bo­gat­szych wysłu­chi­wało wykładu wodza, który instru­ował, jak powinni wspie­rać dzia­ła­nia Fede­ra­cji Rosyj­skiej w ramach pro­wa­dzo­nych przez sie­bie biz­ne­sów. Wszy­scy byli świa­domi, że jak zawsze cho­dzi o kasę. Skarb pań­stwa był obcią­żony finan­so­wa­niem wojny, a wydatki gwał­tow­nie rosły. Poza pro­ble­mem z wol­nymi środ­kami znacz­nie poważ­niej­sze trud­no­ści powo­do­wały zachod­nie sank­cje. W związku z nimi trans­fer więk­szych kwot do odbior­ców w Euro­pie Zachod­niej, w Sta­nach i Azji został zamro­żony. Firmy, które repre­zen­to­wali obecni w sali kon­fe­ren­cyj­nej bun­kra, rów­nież bory­kały się z trud­no­ściami, ale dys­po­no­wały fun­du­szami pocho­wa­nymi na takie sytu­acje w róż­nych kra­jach. I wła­śnie po tę kasę wycią­gał ręce ich przy­wódca. Nie dla sie­bie, cho­ciaż może z rado­ścią by to zro­bił. Doma­gał się, aby po cichu wspie­rali współ­pra­cu­jące z Rosją par­tie poli­tyczne, fun­da­cje, insty­tuty, orga­ni­za­cje cha­ry­ta­tywne oraz wiele podob­nych pod­mio­tów. Dzia­łali w nich albo funk­cjo­na­riu­sze rosyj­skich służb, albo agenci czy po pro­stu ludzie przy­chylni Fede­ra­cji i jej aktyw­no­ści na świe­cie.

Sekre­tarz pre­zy­denta obszedł stół, przy któ­rym sie­dzieli, wrę­cza­jąc każ­demu teczkę z inną listą. Po ich otwar­ciu oli­gar­cho­wie już wie­dzieli, komu i ile powinni w naj­bliż­szych tygo­dniach prze­lać. Wobec mająt­ków, jakimi dys­po­no­wali, ocze­ki­wa­nia władcy były skromne. Zresztą nawet gdyby były wyż­sze, i tak każdy miał świa­do­mość, że musi je speł­nić.

Jew­gie­nij Lebie­diew ode­brał prze­zna­czoną dla niego teczkę i gor­li­wie zagłę­bił się w stu­dio­wa­nie doku­men­tów. Nie był zasko­czony ani bene­fi­cjen­tami, ani wska­za­nymi kwo­tami. Uda­jąc, że czyta, prze­niósł się w myślach do jed­nej ze swo­ich posia­dło­ści. Rezy­den­cja na Lazu­ro­wym Wybrzeżu, na wzgó­rzach nad Men­ton, choć nie naj­więk­sza i poło­żona poza pre­sti­żową oko­licą, zawsze była jego ulu­bio­nym domem. Kochał widok na bez­kres Morza Śród­ziem­nego z ogrom­nego wyło­żo­nego mar­mu­rem tarasu. Z jed­nej strony miał odle­głe o kil­ka­na­ście kilo­me­trów Monako, a po dru­giej bli­ską gra­nicę z Wło­chami. Jakże odle­głe były jego myśli od bun­kra, w któ­rym obec­nie się znaj­do­wał. Mier­ziła go ta sytu­acja, gdy z powodu sza­lo­nych ambi­cji pre­zy­denta pod­bu­rzo­nego przez Jurija Kowal­czuka, któ­remu Ukra­ińcy zamknęli nale­żące do niego pro­ro­syj­skie media na Ukra­inie, nie mógł pro­wa­dzić nor­mal­nych inte­re­sów. Jego mają­tek, wyce­niony przez „For­besa” na dwa­dzie­ścia sie­dem miliar­dów dola­rów, potrze­bo­wał spo­koju, aby mógł dalej rosnąć. Nale­żący do Lebie­diewa kon­cern Astra miał duże udziały w rosyj­skim prze­my­śle meta­lur­gicz­nym, gór­nic­twie, ener­ge­tyce i insty­tu­cjach finan­so­wych. Był tak bogaty, a musiał zno­sić prze­by­wa­nie w salo­nie bun­kra, gdzie archi­tekt wnętrz wymy­ślił umiesz­cze­nie na ścia­nach sub­sty­tu­tów okien w postaci kilku pro­wi­zo­rycz­nych wnęk. Elek­tro­niczne urzą­dze­nia umiesz­czone pod ramami tychże stale wyświe­tlały roz­le­głe kra­jo­brazy. Cza­sami nawet prze­lotny wiatr poru­szał pobli­skimi drze­wami. Co za kicz, pomy­ślał z odrazą.

Wie­dział jed­nak, że musi cier­pli­wie odsie­dzieć do końca tego przed­sta­wie­nia. I tak dobrze, że tym razem Putin nie kazał im wszyst­kim towa­rzy­szyć sobie w podróży swoim pocią­giem pan­cer­nym do kolej­nej rezy­den­cji. Już raz Lebie­diew zasma­ko­wał tej wąt­pli­wej atrak­cji i miał potem poważny pro­blem z szyb­kim powro­tem do Moskwy. Po dzi­siej­szej „odsiadce” cze­kał go jesz­cze lot do sto­licy, gdzie mię­dzy innymi spo­tka się z nowym dyrek­to­rem SWR Arka­di­jem Ducho­wem. Roz­mowa będzie doty­czyła tego samego, o czym od dłuż­szego czasu gadał Putin. Będzie bar­dziej kon­kretna i da dowód, że Lebie­diew nie lek­ce­waży pole­ceń „cara”. A potem wresz­cie ruszy w świat. Swo­bodne prze­miesz­cza­nie się zapew­niały mu posia­dane oby­wa­tel­stwa Monako i Księ­stwa Andory.

Za kilka dni gdzieś na Riwie­rze Fran­cu­skiej musi dys­kret­nie spo­tkać się z Fran­ci­sco Her­nan­de­zem, jed­nym ze swo­ich licz­nych wpły­wo­wych zna­jo­mych na połu­dniu Europy. To na niego i kie­ro­waną przez Her­nan­deza fun­da­cję Europa Naro­dów prze­rzuci część zadań, które wła­śnie otrzy­mał. Fran­ci­sco był jego spraw­dzo­nym czło­wie­kiem, choć uni­kali czę­stych bez­po­śred­nich spo­tkań, przy­naj­mniej w Euro­pie. Ich roz­mowa nie powinna wzbu­dzić podej­rzeń służb, w końcu fun­da­cja cały czas szu­kała boga­tych spon­so­rów w Euro­pie, Azji czy na Bli­skim Wscho­dzie. I tak ni­gdy nie anga­żo­wał się w szcze­góły reali­za­cji zadań zle­ca­nych przez SWR takim „wyrob­ni­kom” jak Fran­ci­sco – detale bez­po­śred­nio prze­ka­zy­wali mu ofi­ce­ro­wie wywiadu.

30 marca 2022 roku, godzina 17.20 War­szawa, Ursy­nów

Biały fiat 500 skrę­cił z ulicy Karola Mał­cu­żyń­skiego do garażu pod­ziem­nego. Kiedy brama się otwo­rzyła, samo­chód poje­chał głów­nym kory­ta­rzem, ponow­nie skrę­cił w lewo i zatrzy­mał się na miej­scu par­kin­go­wym. Sil­nik zgasł, ale radio jesz­cze grało. Pio­senka musiała wybrzmieć do końca, bo była to Lemon Tree nie­miec­kiej grupy Fools Gar­den. Basia nie wie­działa, co o tym zde­cy­do­wało, ale na jakimś eta­pie jej nasto­let­niego życia pio­senka stała się ulu­bio­nym kawał­kiem jej i jej taty. Szybko nauczyli się angiel­skich słów pio­senki na pamięć i wiele razy wspól­nie wtó­ro­wali muzy­kom zespołu. Teraz, gdy od dwóch lat ojciec już nie żył, Lemon Tree miała wyjąt­kowe zna­cze­nie, pozo­sta­jąc pamiątką po szczę­śli­wych cza­sach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki