Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
121 osób interesuje się tą książką
Jodie od zawsze marzyła o tym, by zostać gospodynią domową. Po burzliwym romansie poślubia znanego psychologa, dr. Roya Daviesa, i wprowadza się do jego idealnego domu w Beverly Hills. Jednak bajka szybko dobiega końca. Roy jest zdystansowany, jego przyjaciele postrzegają Jodie jako łowczynię fortuny, a w domu nieustannie żywa pozostaje pamięć o jego zmarłej żonie, Deborah.
Kiedy Jodie dowiaduje się, że przed śmiercią Deborah stała się samotniczką, zaczyna podejrzewać, że to Roy do tego doprowadził. Im bardziej zagłębia się w jego przeszłość, tym mroczniejszy wyłania się jej obraz – pełen obsesji, kontroli i niewierności. Coraz bardziej przekonana, że Roy miał coś wspólnego ze śmiercią Deborah, Jodie wie, że powinna zgłosić się na policję. Musiałaby jednak ujawnić własną tajemnicę. Tajemnicę, która mogłaby ją zniszczyć.
Jodie nie zamierza jednak milczeć. Prawda o Royu okazuje się bowiem znacznie gorsza, niż mogła sobie wyobrazić. Uwięziona w domu zbudowanym na kłamstwach, musi znaleźć sposób na ucieczkę, zanim sama stanie się kolejną „idealną żoną”, która zniknęła.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 342
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Housewife
Copyright © 2026 by Natalie Barelli
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Hayles, 2026
Redaktorka inicjująca: Joanna Jeziorna-Kramarz
Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska
Marketing i promocja: Wiktoria Jadziewicz
Redakcja: Paulina Jeske-Choińska
Korekta: Agnieszka Czapczyk, Lidia Kozłowska
Projekt okładki i strony tytułowe: Tomasz Majewski
Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch
Zdjęcia na okładce: © Heide Benser, © AnnaZhuk, © fatido | Getty Images
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68952-39-1
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
– Przez całe życie mnie nie doceniano – mówię.
Detektyw Bates siedzi pochylony nad papierami, z ramionami zgarbionymi jak u niedźwiedzia. Jest o wiele za duży na to krzesło. Nie wiem, dlaczego nie dadzą mu jakiegoś specjalnego. Nawet długopis ginie w jego dłoni.
– Naprawdę?
Moja siostra mawiała, że sarkazm to sytuacja, w której ktoś mówi jedno, a tak naprawdę ma na myśli coś przeciwnego. Zazwyczaj po to, by się z ciebie pośmiać, ale w żartobliwy sposób.
Czy detektyw Bates jest sarkastyczny? Prawdopodobnie. Siedzę przy stole przykręconym do podłogi w nijakiej sali przesłuchań pozbawionej okien. Jedynym dźwiękiem, poza skrobaniem długopisu detektywa Batesa, jest brzęczenie świetlówki nad moją głową. Nie zakuto mnie w kajdanki. Jeszcze. Poza tym mam na sobie sporo krwi, a koszula Max Mara klei mi się do skóry. Odciągam ją od ciała. Nie jest to wprawdzie moja krew, ale mimo wszystko. Krew wymaga szybkiego działania. Trzeba jak najszybciej namoczyć materiał w zimnej wodzie, żeby plama się nie utrwaliła.
– Czy mogę teraz wrócić do domu?
Detektyw Bates podnosi gwałtownie wzrok.
– Pani dom jest miejscem zbrodni, pani Davies.
Kiwam głową i dwoma palcami osuszam kąciki oczu.
Patrzy na mnie przez chwilę.
– Przepraszam. – Sięga po pudełko chusteczek i mi je podsuwa. Wyciągam jedną.
– Dziękuję.
– Mój kolega wróci lada chwila i będziemy mogli wznowić przesłuchanie. Przepraszam za opóźnienie.
– Rozumiem. Nie ma sprawy – mówię, składając chusteczkę i delikatnie przyciskając ją pod jednym okiem, a potem pod drugim.
Detektyw Bates wraca do pisania raportu, a zegar na ścianie tyka. Do stołu przyklejony jest kawałek starej taśmy klejącej, kruchej i pożółkłej z upływem czasu. Odrywam paznokciem jeden róg. Odłamuje się, pozostawiając lepką smugę.
– Czym pan czyści stół?
Znowu to dziwne spojrzenie.
– Nie wiem. Nie zajmuję się sprzątaniem.
– A kto się tym zajmuje?
– Sprzątaczki.
– Proszę im powiedzieć, żeby namoczyły ściereczkę w occie i poczekały kilka minut. To rozpuści klej. A jeśli to nie zadziała, trzeba wymieszać łyżkę sody oczyszczonej z odrobiną wody, żeby powstała pasta, i delikatnie wyszorować to miejsce gąbką.
– Na pewno przekażę. – Przewraca kartkę przed sobą. – Czym się pani zajmuje, pani Davies?
Pochylam się, by zajrzeć do formularza. Muszę się upewnić, że dobrze to zapisze.
– Jestem gospodynią domową.
Dwa tygodnie wcześniej
– Pobrali się bardzo szybko. Wręcz niesamowicie szybko, jeśli wiesz, co mam na myśli.
Właśnie sięgam po tacę z tartaletkami z kozim serem, karmelizowaną cebulą i tymiankiem, kiedy słyszę, że Meredith coś o mnie mówi. Wiem, że rozmawiają o mnie, bo Roy i ja rzeczywiście pobraliśmy się bardzo szybko. Niecałe trzy miesiące po naszym pierwszym spotkaniu stałam przed ołtarzem w przepięknej sukni ślubnej Elie Saab, a na moim palcu pojawiła się gruba złota obrączka wysadzana diamentami. Cofam się za łuk prowadzący do salonu i nasłuchuję.
– Jest bardzo ładna – mówi Eileen.
– I bardzo młoda – dodaje Meredith. – Powiedziałabym, że jest od niego ze dwadzieścia lat młodsza.
– Typowe – mruczy Eileen.
– Deborah jeszcze nie ostygła – mówi Barb.
– Skąd ten pośpiech? – pyta Eileen.
– Była w ciąży, nie wiedziałaś? – pyta Meredith.
– Jodie była w ciąży? – pyta Eileen.
– Tak!
– Cóż, to wiele wyjaśnia – mówi ze śmiechem Barb.
– Ale teraz już nie jest w ciąży, prawda? – pyta Eileen.
– Najwyraźniej straciła dziecko – mówi Meredith. Po chwili dodaje szeptem: – Z nimi tak zawsze, prawda? Z takimi jak ona. Jak tylko założą obrączkę na palec, dziecko w magiczny sposób znika w muszli klozetowej. I nie mam oporów, by powiedzieć „dzięki Bogu”.
– Mam to zanieść, pani Davies? – pyta Marie za moimi plecami, na tyle głośno, że goście prawdopodobnie usłyszeli. Marie jest naszą gosposią. Odwracam się i widzę, jak uśmiecha się do mnie złośliwie. Nie dziwi mnie to, bo zawsze tak się do mnie uśmiecha. Na początku myślałam, że to jakaś skaza, że może dziwnie układa usta, ale nigdy nie widziałam, żeby uśmiechała się tak do Roya.
– Nie, dziękuję, dam sobie radę – odpowiadam, po czym wychodzę zza łuku z tacą i z podniesioną głową.
Zazwyczaj nie przejmuję się tym, co ludzie o mnie mówią, ale w tym przypadku jest inaczej.
Te panie, a raczej harpie, jak nazwałaby je moja matka, są przyjaciółkami mojego męża. Chcę je poznać, żeby móc zadać im kilka pytań o mojego męża, bo, jak słusznie zauważyła Meredith, pobraliśmy się bardzo szybko. Chcę zapytać, jaki Roy jest naprawdę. Czy naprawdę lubi podroby. Bo raz je ugotowałam, a on niewiele zjadł, choć mówił, że mu smakowało. Czy ma jakieś ukryte cechy, o których powinnam wiedzieć? Czy kiedykolwiek stracił panowanie nad sobą? Bo ja jeszcze tego nie doświadczyłam, ale cicha woda brzegi rwie. Tak chyba mówią?
Przechodzę z tacą obok harpii, sprawdzając przy okazji, czy nie naniosły błota. Szkoda, że nie zdjęły butów, a przynajmniej mogły nie stawać na środku dywanów w kolorze kości słoniowej i wyblakłego różu.
Chciałam zorganizować przyjęcie urodzinowe Roya na zewnątrz. Mamy piękny taras, który przechodzi w trawnik z doskonałym widokiem na róże. Uwielbiam róże. Gdybym miała ich wystarczająco dużo, rozstawiłabym je po całym domu. Z samego rana poprosiłam Marie, żeby pomogła mi nakryć stoły na trawniku i rozłożyłam najładniejsze obrusy, które wyprasowałam poprzedniego wieczoru, choć były już idealnie wyprasowane. Nie ma nic lepszego niż świeżo wyprasowany obrus w wiosenny dzień, żeby poczuć, jak piękny jest świat. To obrusy z koronkową lamówką, okolone girlandami z małych różyczek.
– Przecież wiesz, że będzie padać – powiedział Roy. – Taka jest prognoza.
Nie zwracam uwagi na prognozy pogody. Gdybym ich słuchała, nosiłabym kalosze w rześkie, pogodne dni i kożuch przy prawie trzydziestu stopniach. Choć zbierały się chmury, zignorowałam ostrzeżenia Roya.
– Kochanie, twoje wysiłki pójdą na marne.
Ale chciałam, żeby impreza odbyła się na zewnątrz. Chciałam lśniącego trawnika, błękitnego nieba i róż. Chciałam, żeby Roy stał tam szczęśliwy, oplatał mnie ramieniem i patrzył na mnie z miłością, jakbym była słońcem. Chciałam, żeby goście wznieśli toast i zaśpiewali mu sto lat, myśląc sobie: „Ależ z nich piękna para”.
A potem zaczęło padać.
***
Roy stoi z innymi przyjaciółmi przy kominku, tak się składa, że pod portretem Deborah. Uśmiecha się do mnie, gdy wchodzę, ale potem zauważa tacę i cmoka z niezadowoleniem.
– Jodie, kochanie, nie musisz tego robić. Marie zrobi to za ciebie. – Odstawia kieliszek szampana na kominek i nie używa podkładki, mimo że leżą tam cztery. Rozstawiłam je wszędzie. W dodatku są dobrej jakości, nie z tektury, ale ładne ceramiczne, z motylami.
– Nic nie szkodzi – mówię, kładąc tacę na stoliku do kawy. – Proszę, częstujcie się. – Spoglądam ukradkiem na panie, które skupiają wzrok na jedzeniu. Wszyscy są zgodni co do jednego: jestem świetną kucharką. Wszystko przygotowałam sama, łącznie z mini bułeczkami z homarem, tartaletkami, kulkami arancini z truflami i grzybami oraz szaszłykami z pasków cukinii nadziewanych miętą. Szykowałam wszystko od siódmej rano, od podstaw, oczywiście włącznie z tortem urodzinowym. Uwielbiam gotować, a dziś chciałam, aby przyjęcie urodzinowe Roya było idealne.
Dla Roya wszystko musi być idealne.
***
– Jak się poznaliście? – pyta Eileen.
Eileen jest żoną Jacka i oboje są nowi w okolicy. Roy poznał Jacka na siłowni i okazało się, że Jack przeczytał jedną z książek Roya. Mój mąż jest psychologiem i napisał pół tuzina poradników, które odniosły duży sukces. Powiedział mi, że Jack rozpoznał go po zdjęciu na tylnej okładce. Roy ma gęste, ciemne włosy, ciemnoniebieskie oczy i chłopięcy uśmiech, więc nietrudno go rozpoznać po zdjęciu, nawet jeśli jest dość stare.
Eileen i ja siedzimy na sofie. Jest nas kilkoro w tym kącie salonu. Rozsiedliśmy się w wygodnych fotelach, a deszcz bębni o okna.
– W International Ballroom – mówi Roy. Sporo wypił i mówi niewyraźnie. – To było na… jak to się nazywało, kochanie?
– Gala dla osieroconych dzieci – odpowiadam, zdejmując z tacy tartaletkę z serem brie i dżemem figowym.
Roy pstryka palcami, ale nie wydaje żadnego dźwięku.
– Dokładnie. To właściwie zabawna historia. Jodie zajmowała się na tej imprezie cateringiem…
Ocieram usta serwetką.
– Byłam kelnerką.
– …a miejsce było wypełnione po brzegi, wiecie sami, jak to bywa. Ledwo można było się ruszyć. I Jodie przeszła z tacą… chyba z czymś takim…
– Niosłam ostrygi Mornay – mówię.
– No i przypadkiem na nią wpadłem, a ona rozlała zawartość tacy na mój smoking!
Eileen się śmieje, a pozostałe panie grzecznie chichoczą. Słyszały już tę historię.
– Więc stałem tam pokryty żółtymi plamami tego czegoś…
– Sosu Mornay.
– Kapało ze mnie tak, że nie uwierzycie.
Wszyscy się śmieją.
– A Jodie od razu zaproponowała, że zapłaci za pranie chemiczne.
– Och – rozczula się Eileen.
Roy uśmiecha się do mnie.
– Biedaczka kucała na podłodze, trzęsąc się i zbierając resztki tego czegoś. – Roy kontynuuje teraz moim głosem, wysokim i przerażonym. – Zapłacę za to, proszę mi wysłać rachunek! Ale jak możecie sobie wyobrazić, rzuciłem okiem na tę piękną istotę… – Roy wykonuje szeroki gest w moim kierunku – …i nagle znalazłem się na podłodze, zbierając z nią oślizgłe kawałki.
Uśmiecham się do niego lekko. To prawda. Oboje kucaliśmy na podłodze, a ja zapisałam mu swój numer na podkładce, żeby mógł mi powiedzieć, ile jestem mu winna. To było najdziwniejsze. Kiedy podałam mu podkładkę, nasze spojrzenia się spotkały. Przez chwilę nic nie mówił, tylko patrzył na mnie, nie mrugając. To było jak scena z filmu, w której wszyscy i wszystko wokół zniknęło, a my byliśmy jedynymi ludźmi na świecie. W końcu musiałam wsunąć mu tę podkładkę do kieszeni marynarki.
– I jak mówią – kontynuuje Roy, wciąż uśmiechając się do mnie – reszta jest historią.
Uśmiecham się do niego i unoszę kieliszek.
– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! – krzyczą wszyscy. Roy lekko się kłania.
Eileen wkłada do ust tartaletkę z figami i serem brie.
– Dobry Boże, są boskie – mówi, zanim przełknie. – Jack, próbowałeś? Nie, nie próbuj. – Eileen zwraca się do mnie. – Zostawi mnie, kiedy zda sobie sprawę, co traci. Biedny Jack. Ożenił się z naukowczynią. Biolożką na dodatek. Jak mu mówiłam przed ślubem, nie umiem ugotować jajka, ale potrafię liczyć karty w Vegas. To też przydatna umiejętność, prawda?
– Mogę ci pokazać, jeśli chcesz – mówię.
Eileen kładzie dłoń na piersi.
– Naprawdę?
– Jeśli pokażesz mi, jak liczyć karty.
Eileen się śmieje.
– Powinnam przynieść ciasto – mówię, wstając z miejsca.
– A ile czasu minęło od tego romantycznego spotkania do ślubu? – pyta Roya Meredith, jakby nie była na weselu. Barb szturcha ją łokciem, a Meredith wydaje stłumiony pisk.
– Mmm… niech pomyślę… – Roy pociera podbródek. Jako znany psycholog, który opublikował sześć książek w pięciu językach, można by pomyśleć, że zorientuje się, co tu się rozgrywa, ale on zupełnie nie łapie.
Siadam z powrotem.
– Trzy miesiące, prawda, Jodie?
– Tak, trzy miesiące.
– Ach tak? To szybko – mówi Barb.
– A więc… Deborah nie żyła już od jakichś sześciu, siedmiu miesięcy, kiedy się pobraliście? – pyta Meredith.
Roy kiwa głową i jak zawsze, gdy pada imię Deborah, łzy napływają mu do oczu.
– Sześć miesięcy. Zgadza się.
– Co się stało? – pyta cicho Eileen.
Roy pociera powieki kciukiem i palcem wskazującym.
– Moja żona popełniła samobójstwo.
Następuje chwila ciszy.
– Bardzo mi przykro – mruczy Eileen. Roy kiwa głową, wciąż trzymając palce na powiekach.
– Bardzo za nią tęsknimy – mówi Meredith z westchnieniem, patrząc na obraz. – Była cudowną osobą, prawda, Roy? Taka czarująca i serdeczna, wspaniała towarzyszka. Gdziekolwiek się pojawiła, robiło się jaśniej, jakby była promykiem słońca. – Odwraca się do mnie i przechyla głowę. – Wybacz, Jodie, że to mówię.
– Ależ nic się nie stało.
Przez chwilę nikt nic nie mówi. Potem Eileen pochyla się w moją stronę i szepcze niewyraźnie, z głową przechyloną w stronę obrazu:
– Nie masz nic przeciwko?
Wpatruję się w Deborah w całej jej okazałości. Mam ochotę powiedzieć, że mam coś przeciwko. Mam bardzo dużo przeciwko. Nie chodzi tylko o ich słowa i ten portret, ale o zdjęcia rozrzucone po całym domu. Patrzą sobie na nich w oczy, biegają po plaży, śmieją się w swoje idealnie rozwiane przez wiatr włosy, biorą ślub…
„Jeśli umrę – powiedziałam kiedyś do Roya – a ty ożenisz się ponownie, czy będziesz trzymał moje zdjęcia w każdym pokoju?”
Uśmiechnął się do mnie w swój charakterystyczny sposób, delikatnie unosząc kącik ust, i ujął moją twarz w dłonie. „Może nie w każdym pokoju” – odparł.
„Więc włożyłbyś mnie do kartonowego pudełka i ukrył w piwnicy?” – drążyłam.
„Nie mamy piwnicy, ale zatrzymałbym mnóstwo twoich zdjęć” – powiedział. „Obiecuję”.
„Cóż, nie chciałabym być na miejscu pani Davies numer trzy. Otaczałyby ją wszystkie duchy poprzednich żon” – wzdrygnęłam się.
„Przeszkadza ci, że trzymam w domu zdjęcia Deborah?” – zapytał z niezadowoleniem.
Udałam, że przez chwilę się nad tym zastanawiam.
„Nie” – skłamałam. „Jeśli kochałeś Deborah tak bardzo, jak twierdzisz, rozumiem, że chcesz, żeby świat o tym wiedział”.
Spojrzał na mnie, jakbym właśnie powiedziała coś okropnego.
„Jeśli?” – powtórzył.
– Nie, nie mam nic przeciwko – mówię teraz Eileen. – Przyzwyczaiłam się do tego. Moim zdaniem jesteśmy po prostu jedną wielką, szczęśliwą rodziną.
Eileen uśmiecha się do mnie bez entuzjazmu i ściska mi dłoń.
– À propos, czy nadal utrzymujesz kontakt z jej rodziną, Roy?
– Deborah nie utrzymywała bliskich kontaktów ze swoimi rodzicami – odpowiada Roy, patrząc w swój kieliszek. – Spotkałem ich tylko dwa razy. Na naszym ślubie, a później… – przesuwa palcami po włosach – na jej pogrzebie. – Kręci głową. – Cudowni ludzie, tacy prawdziwi. Napisałem do nich z informacją, że ponownie się żenię. Pomyślałem, że tak należy postąpić… – Uśmiecha się do mnie smutno. – Ale nigdy mi nie odpowiedzieli.
To pewnie dlatego, że wyrzuciłam ten list do kosza, myślę, ale nie mówię tego na głos.
– Rozważałem nawet zaproszenie ich na ślub, ale Jodie tego nie popierała.
– To nie tak, że jestem zazdrosna – mówię, a oni wszyscy kiwają poważnie głowami, patrząc na swoje drinki, jakby chcieli powiedzieć: „Nie, oczywiście, że nie. Nigdy nam to nie przyszło do głowy”.
Tylko Roy mówi:
– Cóż, jesteś, to znaczy… I do pewnego stopnia jest to zrozumiałe, ale nazywajmy rzeczy po imieniu, kochanie.
Nigdy nie rozumiałam, dlaczego niektórzy tak się upierają, żeby nazywać rzeczy po imieniu, choć nigdy w życiu nie trzymali w ręku szpadla, a bez etykiety w sklepie budowlanym nie odróżniliby szpadla od łopaty czy wideł.
Zbieram okruchy z kolan na rękę.
– Po prostu uważam, że czasem najlepiej dla wszystkich jest zamknąć za sobą pewien rozdział.
Eileen zbliża swoją twarz do mojej. Wyczuwam w jej oddechu ostrą woń szampana.
– Nie sądzę, żeby rozdział został zamknięty. – Odsuwa się i znów patrzy na obraz. – Wiesz, jesteś do niej trochę podobna.
Wzruszam lekko ramionami.
– Czyli mój mąż ma ulubiony typ kobiety.
– Chorowała na depresję? – pyta cicho Eileen.
Roy marszczy brwi.
– To pojawiło się nagle, ale potem ogarnęło ją to całkowicie, jak koszmar, z którego nie mogła się obudzić. Zamknęła się w sobie, a potem… – Roy wybucha płaczem. – Wszystko się skończyło.
Spoglądam na pozostałych. Meredith kręci głową.
– Byliście tak bardzo zakochani i tak bardzo szczęśliwi – mówi, marszcząc brwi. – Zrobiłeś wszystko, co mogłeś.
Roy kiwa głową z powagą.
– Dziękuję, Mer.
– Wiemy, że tak było, Roy, wiemy – mówi Barb.
Roy zwraca się do Eileen.
– Zależało mi, żeby poszła do specjalisty, do psychiatry… ale nie chciała. A wszystko działo się tak szybko. – Roy spogląda w sufit. – Żałuję, że nie zrobiłem więcej – mówi. – Ktoś zajmujący się tym, co ja…
– Pod koniec się już z nią nie widywałyśmy, prawda? – mówi Barb do Meredith.
Meredith smutno kręci głową. Zwraca się do Roya:
– Nie możesz się obwiniać. Bardzo ją kochałeś. Ona ciebie też. Bardzo.
Spowalniam oddech. To sztuczka, której nauczyła mnie siostra, żeby mnie uspokoić, gdy się denerwuję. „Oddychaj przez nos, Jo. Ładnie i powoli”.
Ale to nie działa.
W mojej klatce piersiowej coś pulsuje. Meredith dziwnie na mnie patrzy i zastanawiam się, czy nie oddycham zbyt głośno.
– Nie masz nic przeciwko temu, że tak mówimy o Deborah, prawda, Jodie? – pyta słodko, mimo że zapytała mnie o to pięć minut temu.
– Skąd – kłamię.
– Bo Roy i Deborah, no wiesz… Przepraszam, nie chcę się nad tym rozwodzić, naprawdę nie chcę, ale oni byli idealną parą. Prawda, Barb?
Barb kiwa smutno głową.
– A minęło niewiele czasu, więc… wciąż się do tego przyzwyczajamy. I wciąż ją opłakujemy. Prawda, Roy?
Roy wydaje z siebie coś w rodzaju zduszonego dźwięku.
– Tak.
Nikt nic nie mówi. A ja myślę sobie, że zorganizowałam idealne przyjęcie urodzinowe dla Roya, z satynowymi girlandami, na których zawiesiłam czarno-białe zdjęcia nas dwojga, słodkie, romantyczne ujęcia przeplatane różowymi kryształowymi zawieszkami, a wszystko to zamieniło się w coś w rodzaju spektakularnego hołdu dla Deborah.
Kładę ręce na kolanach.
– Może przyniosę już ciało? To znaczy ciasto?
Chciałam rozluźnić atmosferę, ale żarty nigdy nie były moją mocną stroną. Ten też wypadł beznadziejnie, jak można się było spodziewać. Meredith wzdycha, Barb zakrywa usta dłonią, a po twarzy Roya przelatuje ciemny cień.
Uśmiecham się, pokazując zęby, żeby dać im do zrozumienia, że to był żart.
– Chciałaś coś powiedzieć, Jodie? – pyta Meredith, przechylając głowę i ponownie marszcząc brwi.
Przesuwam serwetki na tacy, choć są już idealnie ułożone. Bardzo się staram, naprawdę, ale znowu czuję to pełzające, gorące, wibrujące uczucie, które bulgocze w mojej klatce piersiowej.
– Właściwie to jest coś, nad czym się zastanawiałam – mówię.
– Co takiego? – pyta Roy.
– Jeśli była taka piękna i utalentowana, jeśli była taką duszą towarzystwa, miała niesamowite życie i milion uwielbiających ją przyjaciół, a wy dwoje byliście tak bardzo zakochani, to dlaczego strzeliła sobie w twarz?
Moja mama mawiała: „Jeśli masz sobie znaleźć faceta, zszyj najpierw usta”. Właściwie to mówiła: „Zszyj sobie te głupie usta”. W każdym razie okazało się, że to była dobra rada. Kiedy poznałam Roya, mówił mi: „Jesteś taka słodka i cicha. Uwielbiam to w tobie. Jesteś oazą spokoju”.
Powinnam była o tym pamiętać, ale oczywiście na to jest już za późno.
Zapada cisza. Słychać nawet spadający okruch brioszki.
– Jodie! – krzyczy w końcu Roy, a na jego przystojnej twarzy maluje się szok i konsternacja. Wtedy Meredith upuszcza kieliszek szampana, a odłamki szkła rozsypują się po kamiennej podłodze.
Wstaję.
– Posprzątam to. – I tak potrzebuję chwili, więc pędzę do kuchni, biorę głęboki oddech, a potem wracam z miotłą i szufelką.
– Jodie, zostaw to – rzuca Roy, gdy wracam. – Marie to zrobi.
Tyle że Marie stoi tak samo nieruchomo jak wszyscy inni, patrząc na Roya z czymś w rodzaju litości zmieszanej z bezradnością. Udaje, że rozgląda się za wolnym miejscem, by odstawić tacę, jakby naprawdę chciała pomóc pani domu, zamiast patrzeć, jak na rękach i kolanach wycieram podłogę.
– Przecież to żaden problem – mówię. Kucam przy Meredith, która przesuwa się o ułamek centymetra. – I tak muszę przynieść ciasto. – Ledwo wyszłam za drzwi z szufelką pełną szkła, gdy słyszę, jak Meredith pyta cichym głosem:
– Czy z nią wszystko w porządku?
Zatrzymuję się i nasłuchuję, ale nie słyszę reszty.
W kuchni stoję przy zlewie i gryzę się w knykieć tak mocno, że moje zęby zostawiają idealne półokrągłe białe ślady. Muszę się uspokoić. Nie mogę tego zepsuć.
Zamykam oczy i wyobrażam sobie róże za oknem, z błyszczącymi kropelkami wody przylegającymi do ich aksamitnych płatków. Myślę o zasłonach, które widziałam w Williams-Sonoma i które od dawna chciałam kupić do naszej sypialni. Są lniane ze splątanymi girlandami róż, ptaków i motyli. Mogę sobie wyobrazić, jak wyglądałyby na naszych oknach, delikatnie falując na wiosennym wietrze.
No i proszę. Już mi lepiej. Otwieram oczy, podnoszę szufelkę i opróżniam ją do kosza. Następnie zdejmuję z kratki do studzenia tort szwarcwaldzki z kremem maślanym i polewą z gorzkiej czekolady i kładę go na talerzu do ciasta. Wyjmuję z lodówki kawałki toffi, które zrobiłam wcześniej, i ostrożnie układam je na wierzchu tortu.
Otwieram szufladę i wyjmuję paczkę wysokich, cienkich urodzinowych świeczek. Umieszczam jedną na środku. To nie są okrągłe urodziny, a zresztą jaki dorosły mężczyzna chciałby zdmuchnąć czterdzieści trzy świeczki? Kto chciałby mieć tyle śliny i zarazków na swojej czekoladowej polewie? Nikt. Poproszę go, żeby zgasił ją palcami albo zrobię to za niego.
Marie wchodzi i kładzie stos brudnych talerzy na blacie. Otwiera stopą kosz na śmieci, zamierzając wrzucić do niego resztki z brudnego talerza.
Spoglądam na potłuczone szkło leżące na koszu.
– Pozwól, Marie, że ja to zrobię.
Patrzy na mnie ze zdziwieniem, ale zanim zdąży zaprotestować, zabieram brudny talerz. – Możesz sprawdzić, czy wszyscy mają kieliszki z szampanem? Zamierzam przynieść tort urodzinowy.
– Oczywiście, pani Davies.
– Dziękuję.
Czekam, aż odejdzie, i wracam do przyglądania się mojemu dziełu. Następnie lekko odsuwam na bok jeden z delikatnych kawałków toffi. Proszę bardzo. To będzie miejsce, w którym ukroję kawałek dla Meredith. Wyjmuję z kosza najcieńsze i najostrzejsze odłamki szkła i oglądam je w dłoni. Wybieram ten, który jest zarówno długi, jak i postrzępiony, i wbijam go w tort, dokładnie tam, gdzie położyłam kawałek toffi oznaczający kawałek dla Meredith.
Nie chodzi o to, że jej nienawidzę, po prostu nie podobało mi się, jak mówiła o moim dziecku, jakie to szczęście, że je straciłam. Nigdy nie byłam w ciąży. Po prostu zamówiłam fałszywy test przez internet. Te testy zawsze wychodzą pozytywnie, gdy się na nie nasika. O to właśnie w tym chodzi, ale Meredith tego nie wiedziała. I nie sądzę, że powinno się tak mówić o dzieciach innych kobiet. Nawet jeśli nigdy tak naprawdę nie istniały.
Właśnie zamierzam wetknąć w ciasto kolejny odłamek szkła, kiedy Eileen wchodzi chwiejnym krokiem, trzymając w palcach pustą butelkę szampana. Odwracam głowę tak szybko, że włosy opadają mi na oczy.
Eileen zastyga w bezruchu, wpatrując się w tort. Przełykam ślinę, szukając wymówek, a ona wyrzuca z siebie:
– O Boże, Jodie, wygląda niesamowicie.
Wypuszczam powietrze z płuc.
– Dziękuję. – Otwieram kosz stopą i strzepuję dłonie.
– Masz taki talent. To musiało ci zająć wiele godzin.
– Uwielbiam gotować, więc wiesz, to dla mnie żaden kłopot.
– Szczęściarz z Roya. Mój mąż będzie z tobą flirtował całą noc, jak tylko to zobaczy, o ile już tego nie robił. Ale teraz mam misję, więc nie mogę się rozpraszać. Potrzebujemy jeszcze jednej butelki szampana. – Podnosi pustą butelkę.
– W lodówce jest ich jeszcze mnóstwo – mówię. Serce wciąż mi wali. Gładzę włosy do tyłu i wsuwam je za ucho.
Eileen przechyla głowę w moją stronę.
– Wiesz, naprawdę jesteś do niej podobna.
Wracam do układania kawałków toffi na moim torcie.
– Do kogo?
– Deborah.
– Tak myślisz? Trudno to stwierdzić na podstawie obrazu.
– Wcześniej oglądałam jej zdjęcie, to na stoliku w przedpokoju – mówi. – Zaczekaj. Pokażę ci. – Odkłada pustą butelkę na blat.
– Nie – mówię szybko. – Nie musisz mi pokazywać.
– Poczekaj chwilę. Zaraz wrócę.
Przyciskam palce do powiek. Wszystko w porządku. Wszystko jest w porządku.
– Proszę – mówi. Wraca, triumfalnie pokazując mi zdjęcie. To zdjęcie z wakacji, na których Deborah stoi na pokładzie łodzi z szarym morzem w tle. Jest uchwycona w trzech czwartych profilu, szeroko uśmiecha się do aparatu, z włosami rozwianymi przez wiatr.
– Spójrz. – Eileen trzyma zdjęcie tuż przed moją twarzą.
Rzucam na nie okiem i wzruszam ramionami, po czym biorę nóż i wygładzam krem maślany.
– Jak już mówiłam, Roy ma swój typ.
– Nie o to chodzi. Spójrz na uszy – mówi, marszcząc brwi. – To takie interesujące… – Dotyka płatka własnego ucha. – Większość ludzi ma opadające płatki uszu. Twoje są przylegające, tak jak u Deborah. Kształt twoich uszu jest bardzo charakterystyczny. To dość niezwykłe, że obie takie macie.
Eileen marszczy brwi, trzymając ramkę przy piersi, czekając chyba, aż się z nią zgodzę. Biorę od niej zdjęcie i kładę je na blacie, twarzą do dołu.
– Chciałaś jeszcze trochę szampana? – pytam.
Eileen mruga.
– No tak, tak. Dziękuję. – Eileen otwiera lodówkę. – Prawdopodobnie jesteście spokrewnione. Powiedziałabym, że dość mocno. To byłby niesamowity zbieg okoliczności! Muszę powiedzieć o tym Royowi. Możecie być kuzynkami…
Zatrzaskuję drzwi lodówki, co sprawia, że Eileen podskakuje. Uśmiecham się, żeby załagodzić sytuację.
– Nie jesteśmy kuzynkami.
Eileen blednie.
– Ja…
– Lubię cię, Eileen, naprawdę cię lubię. Ale nie mów nic Royowi. Wiesz, jaki on jest. Rozmowy o Deborah go zasmucają, rozumiesz?
Eileen patrzy na mnie, a jej twarz drży. Kiwa głową.
– Ja nie… ja…
Ponownie otwieram lodówkę i wyjmuję butelkę Veuve Clicquot. Podaję ją Eileen.
– Proszę, Eileen, niech Roy ją otworzy. On uwielbia otwierać szampana.
Eileen kiwa głową, bierze ode mnie butelkę i wpatruje się w nią, jakby czytała etykietę, ale jej usta drżą.
– Przepraszam, jeśli…
– Nic się nie stało. Tylko nie mów nic Royowi. Jak już mówiłam, to by go zasmuciło. A to nieprawda, więc… – Uśmiecham się, wzruszając ramionami. – Zrobiłabyś mu przykrość bez powodu.
Eileen mruga, szybko kiwając głową.
– Oczywiście. Nie pomyślałam o tym.
– Nic się nie stało, Eileen. Ale musisz obiecać, że nic nie powiesz.
– Boże, obiecuję, że nie powiem. Nic nikomu nie powiem.
– Dziękuję.
Oddala się jeszcze bardziej chwiejnym krokiem niż przedtem, tuląc do siebie butelkę.
Patrzę, jak odchodzi, po czym zapalam świeczkę i przez chwilę wpatruję się w ciasto. Kręcę głową, chichocząc pod nosem, i wyjmuję odłamek szkła, który włożyłam do kawałka ciasta Meredith.
Kręcę głową. Nie bądź głupia, karcę się w duchu. W ten sposób nie zdobędziesz przyjaciół.
– Może przyniosę już ciało? – Roy patrzy na mnie, a jego oczy płoną gniewem.
Ostatni goście wyszli. Dochodzi dwudziesta druga, stoję w naszej sypialni i szykuję się do spania, a Roy właśnie wszedł. Wypił kilka szklaneczek szkockiej, zanim do mnie przyszedł. Poznaję to po jego szklistym spojrzeniu. Czuję to z daleka.
– Dlaczego strzeliła sobie w twarz? – wykrzykuje z niedowierzaniem. – Co z tobą, kurwa, jest, Jodie? Co ty w ogóle próbujesz powiedzieć?
To doskonałe pytanie, ale tego nie mówię. Zamiast tego po prostu wzruszam ramionami, wcierając w ramiona balsam z masłem shea i olejkiem z dzikiej róży. Roy może być teraz na mnie trochę zły, ale mężczyźni nie odchodzą dlatego, że jesteśmy zazdrosne o ich byłe żony. Odchodzą, bo się starzejemy, a na nich zawsze czeka ktoś młodszy i dlatego trzeba wcześnie zadbać o swoją skórę.
– Nic – mówię. – Po prostu byłam ciekawa.
Roy unosi brew.
– Byłaś po prostu ciekawa? Ciekawa, dlaczego sprawiłem, że moja żona poczuła się tak nieszczęśliwa, że się zastrzeliła? O to chodzi? – Przesuwa palcami po włosach. – Wiesz, w czym tkwi twój problem? Jesteś zazdrosna. To cię zżera, Jodie. To cię pochłania. Za każdym razem, gdy ktoś wspomina o Deborah, wariujesz. Zmieniasz się w jakąś… dziwną, zazdrosną sukę.
– Szczerze mówiąc, Roy, jest różnica między wspomnieniem o niej a wielogodzinnym rozpływaniem się nad nią. A w każdym razie to było szczere pytanie. Bo według wszystkich, którzy ją znali, miała wszystko, po co warto było żyć. Pieniądze, urodę… – Rozglądam się po naszej przepięknej sypialni z wysokimi, podwójnymi oknami i beżowym tynkiem. – Ten niesamowity dom… i ciebie. Miała ciebie. Więc jeśli ktoś mógłby mi udzielić szczerej odpowiedzi na temat tego, co ją złamało…
Roy się odwraca.
– Do cholery! Ona nie była gałęzią, która może się złamać. Jest moją żoną! Czy nie możesz okazać odrobiny szacunku?
Podnoszę palec.
– Była twoją żoną, Roy. Ja nią teraz jestem.
Roy przesuwa dłońmi po twarzy.
– Znowu to samo. Jest moją zmarłą żoną.
Patrzę na niego.
– Czyli sam nigdy się nad tym nie zastanawiasz?
– Żartujesz sobie? Nieustannie o tym myślę! Sama to powiedziałaś. Jej życie było idealne, więc dlaczego miałaby robić takie rzeczy? Codziennie zadaję sobie pytanie, co ją do tego doprowadziło. Codziennie, Jodie.
Roy rozpina koszulę szybkimi, zdecydowanymi ruchami.
Przechylam głowę.
– Robić co?
– Co masz na myśli?
– Powiedziałeś: miałaby robić sobie takie rzeczy. Co takiego robiła?
– Nie chcę o tym rozmawiać.
– Dlaczego nie?
Roy rzuca koszulę na krzesło. Przyglądam się mięśniom falującym na jego plecach.
– Może powinnaś z kimś porozmawiać, Jodie – mówi. – Z psychologiem.
Chichoczę.
– Właśnie rozmawiam.
Roy rzuca mi spojrzenie.
– Wiesz, o co mi chodzi.
Wcieram jeszcze trochę balsamu w łokieć.
– Poprosiłeś Deborah, żeby poszła do psychologa?
Nagle Roy stoi przede mną, z pociemniałymi oczami i zaciśniętą szczęką. Wskazuje palcem na moją twarz, a jego usta są tak mocno zaciśnięte, że kiedy wrzeszczy „Wystarczy!”, wygląda jak brzuchomówca bez lalki.
Wpatruję się w niego, nie mrugając. Roy się odwraca, kładzie dłonie na głowie i odchodzi.
– Przyszykuję się do spania – mówię.
***
Wchodzę do łazienki i wpatruję się w swoje odbicie. Serce mi wali. Wszystko robię źle. Chciałam, żeby dzisiejszy dzień był idealny, a go zepsułam.
Unoszę włosy i odwracam się bokiem. Eileen ma rację. Mam malutkie płatki uszu i pasują do nich głównie małe kolczyki, takie jak diamentowe sztyfty, które mam teraz na sobie. W dodatku przylegają do głowy. Przyglądam się ich kształtowi, kręcąc głową. Nie miałam pojęcia, że coś takiego ma znaczenie, ani że Deborah i ja mamy takie same uszy. Wiem, że jesteśmy do siebie trochę podobne, ale nie na tyle, żeby można było założyć, że jesteśmy spokrewnione.
Myję zęby, a później ręce jednym z tych malutkich mydełek w kształcie muszelek, które pachną miętą z nutką lawendy. Kupuję je przez internet i są niesamowicie drogie, ale też przepiękne. Mam ich różne wersje w każdej łazience w domu.
Uwielbiam te mydełka. Kocham je tak bardzo, że mogłabym je zjeść. Biorę ich garść, zbliżam do nosa i powoli wdycham.
Od razu mi lepiej.
***
Mam osiem lat. Jest poniedziałek, Święto Pracy i jedziemy z rodzicami odwiedzić kuzyna ojca w Prescott w Arizonie, bo mama chce, żeby ojciec poprosił go o pieniądze. Nie powiedzieli mi tego, ale ich podsłuchałam. To dlatego, że ojciec stracił pracę na farmie sałaty. Pracował tam jako mechanik, ale jest pijakiem. Tego też mi nie powiedzieli, ale mama zawsze krzyczy na ojca, że nie potrafi utrzymać pracy, bo jest pijakiem.
Wysiadamy z samochodu, a ja stoję tam, wpatrując się w dom z podziwem i zdumieniem. Czuję się, jakbym była we śnie. Nigdy nie widziałam tak pięknego domu. Nie jest to duży dom, prawdopodobnie tej samej wielkości co nasz w Yumie, ale nasz jest okropny i brudny, a ten wygląda jak z bajki. Ma pastelowe okiennice, białe ściany i ładne rabaty kwiatowe.
W łazience pachnie świeżością i czystością, z nutką cytryny. Na półce leżą cztery puszyste jasnoniebieskie ręczniki, starannie złożone, wszystkie dokładnie tego samego rozmiaru. Przy umywalce stoi biała ceramiczna miseczka wypełniona małymi mydełkami w kształcie drobnych kwiatków.
Nigdy nie widziałam czegoś podobnego, a już na pewno nie w naszym domu, gdzie kolory ręczników plasują się między szarym a brązowym i są miejscami tak przetarte, że prześwitują. I bez urazy dla mojej mamy, ale można mówić o szczęściu, jeśli w ogóle trafi się mydło.
Biorę małe mydełko w kształcie kwiatka i przybliżam je do nosa. Pachnie lawendą.
Kiedy następnego dnia wracam ze szkoły, okazuje się, że moja mama praktycznie zdemolowała mój pokój i znalazła mydełka. Wzięłam je wszystkie, owinęłam w papier toaletowy, starannie schowałam do kieszeni bluzy i ukryłam w pudełku pod łóżkiem. Wiem, że od razu przeszukała moje pudełko, bo trzymam tam najcenniejsze rzeczy, a mimo to zdemolowała pokój. Czeka na mnie, trzymając w ręku stary skórzany pasek ojca z kwadratową klamrą, który wisi zawsze na haczyku w szafce pod schodami.
Później, kiedy myślę o mojej matce, zawsze wyobrażam ją sobie pochyloną, z twarzą zmarszczoną w grymasie, z brudnymi kosmykami ciemnoszarych włosów wymykającymi się z kucyka. Niezmiennie syczy na mnie: „Chcesz dostać pasem? Tego chcesz?”. Moja siostra też czasem obrywa pasem, ale rzadko, a nawet wtedy matka nie wkłada w to serca. Kiedy ja dostaję lanie, matka się przykłada.
W każdym razie dostaję pasem. Najwyraźniej kuzynka mojego ojca zadzwoniła i powiedziała, że ktoś z nas ukradł mydełka, jakby nie mogła po prostu kupić ich więcej. Moja siostra płacze, błagając mamę, żeby przestała, zanim mnie zabije. Ojciec jest w salonie, siedzi na kanapie z puszką Budweisera i ogląda telewizję. Musimy naprawdę hałasować, bo podkręca głośność, przez co zagłusza nas sztuczny śmiech.
Tej nocy zostałam zesłana do piwnicy. Mama trzymała mnie tam całą noc. Kiedy stało się to jej ulubioną karą za poważniejsze przewinienia, kazała nawet założyć kłódkę. Wcześniej zamykała mnie na kilka dni w moim pokoju, ale siostra pokazała mi, jak otworzyć drzwi przy pomocy spinacza. Pewnego dnia mama wróciła niespodziewanie do domu i zastała mnie w kuchni. Robiłam tosty, które zamierzałam zabrać do pokoju i ponownie się w nim zamknąć. To dlatego wymyśliła rozwiązanie z piwnicą. Jest tam niesamowicie ciemno, a powietrze jest gęste od zapachu pleśni, starego kurzu i martwych myszy. Oczywiście nie mogę iść do toalety, więc robię pod siebie, co kończy się kolejnym laniem.
Kiedy rodzice zasypiają, moja siostra schodzi na palcach po schodach i siada przy drzwiach.
– Wszystko będzie dobrze, Jo. Nie płacz. Rano cię wypuści. Zostanę tu z tobą całą noc.
Ale nie obchodzi mnie piwnica ani pasek. Przyzwyczaiłam się już do tego wszystkiego. Przez łzy mówię siostrze, jak bardzo pragnęłam tych małych mydełek i jak bardzo chciałam mieć dom, który ładnie by pachniał i był pełen poduszek w pastelowych kolorach, róż w wazonach oraz starannie pościelonych łóżek z dodatkowymi poduszkami.
– Będziesz to wszystko miała, Jo – mówi z drugiej strony drzwi. – Pewnego dnia będziesz miała swój własny piękny dom i łazienkę ze ślicznymi mydełkami i różnokolorowymi ręcznikami puszystymi jak chmurki.
Gdyby tylko mogła mnie teraz zobaczyć. „Spójrz! Mam je!” Gdybym tylko mogła jej powiedzieć to, czego nigdy nie miałam okazji jej powiedzieć. „Kocham cię, Deb. Kocham cię prawie tak samo, jak moje małe mydełka”.
Roześmiałaby się z tego.
Kiedy Deb poznała Roya, odsiadywałam pięcioletni wyrok za nieumyślne spowodowanie śmierci w Perryville. Przeprowadziła się do Los Angeles, żeby zostać modelką, a po wyjściu z więzienia miałam się do niej wprowadzić. Miałyśmy razem założyć firmę cateringową. Nazwałybyśmy ją „Deb & Jo’s Petits Fours”. Ja miałam u nas gotować. Deb nie umiała gotować, ale uwielbiała jeść, zwłaszcza słodycze. Raz dałam jej paczkę ciastek Oreo, które ukradłam ze sklepu spożywczego pani Donnelly, a ona wyglądała na tak szczęśliwą i promienną, jakby połknęła słońce. Od tamtej pory zawsze zgłaszałam się na ochotnika do robienia zakupów spożywczych, żeby móc ukraść więcej słodyczy dla Deb, tylko po to, żeby zobaczyć jej radość.
Jedyne, o czym ciągle myślałam, to wyjście z więzienia, zamieszkanie z siostrą i rozpoczęcie naszej działalności cateringowej.
Przez pierwsze cztery lata pisałyśmy do siebie co najmniej dwa razy w tygodniu i rozmawiałyśmy codziennie przez telefon. Co miesiąc przysyłała mi książki kucharskie, więc gdy inne osadzone czytały romanse z półnagimi mężczyznami na okładkach, ja uczyłam się, jak zrobić idealny crème brûlée. Sekret polega na tym, żeby go nie przypiec. I tuż przed podaniem opalić palnikiem.
Do wyjścia został mi mniej więcej rok. Stałam oparta o ścianę, jedząc jabłko w korytarzu, gdy Deb powiedziała mi o tym przez telefon.
– Hej – powiedziała cicho. – Mam wiadomość.
– Tak?
– Wychodzę za mąż.
Przestałam jeść. Musiałam powtórzyć sobie w głowie te słowa, żeby upewnić się, że dobrze usłyszałam.
– Mówisz poważnie?
Roześmiała się.
– Tak!
Mrugnęłam. Nagle trudno mi było oddychać.
– Kiedy? Jak? Od jak dawna się spotykacie?
Za mną wydzierała się Maureen:
– Jo, pospiesz się! Teraz moja kolej.
Rzuciłam w nią ogryzkiem jabłka, który odbił się od jej czoła.
– Idź stąd. Wczoraj oddałam ci swoją kolej.
Odeszła, szurając nogami i sprawdzając, czy na czole nie ma śladów krwi.
– Wszystko w porządku? – zapytała Deb.
– Jasne. Co mówiłaś?
– Chyba się zakochałam.
Oparłam czoło o ceglaną ścianę, zmuszając się do oddychania.
– Jest bogaty?
Roześmiała się.
– Przestań.
– Żartowałam.
– Tak się składa, że jest bardzo bogaty – powiedziała. – Ma na imię Roy i jest psychologiem. Napisał mnóstwo książek i jest cudowny, a w zeszłym tygodniu wprowadziłam się do jego domu. Ma najpiękniejszy dom w Beverly Hills i nie mogę się doczekać, aż go zobaczysz. Na pewno ci się spodoba.
Przełknęłam gulę, która utknęła mi w gardle.
– Wprowadziłaś się w zeszłym tygodniu?
– Tak – odparła i się roześmiała. – A za miesiąc bierzemy ślub. Chciałam poczekać, aż wyjdziesz, ale…
– Nie, nie. Nie czekaj. Został mi jeszcze rok z kawałkiem.
– Wiem – powiedziała cicho.
– Dlaczego nie powiedziałaś mi o nim wcześniej?
– Nie wiem. Chyba po prostu chciałam się upewnić, że to na serio. – Potem, już bardziej radosnym tonem, dodała: – A kiedy wyjdziesz, to z nami zamieszkasz.
Wyprostowałam się.
– Nie opowiadasz o mnie swojemu psychologowi, prawda?
– To nie jest mój psycholog, to mój narzeczony. I oczywiście, że opowiadam mu o tobie. Dlaczego miałabym tego nie robić?
– Nie, Deb. Mówię poważnie. Co mu powiedziałaś?
– Spokojnie. Powiedziałam mu tylko, że mam siostrę, która ma na imię Jo, że wkrótce ją pozna, że jest zabawna, urocza, trudna do opanowania i fatalnie tańczy.
– Deb, proszę. Czy powiedziałaś mu…
– Nie powiedziałam mu, gdzie jesteś. Myśli, że pracujesz za granicą i spędzisz tam jeszcze jakiś rok.
Nie chodziło o to, że nie chciałam, żeby była szczęśliwa, po prostu nigdy nie przyszło mi do głowy, że może być szczęśliwa z kimś innym niż ze mną. Myślałam, że będziemy szczęśliwe razem, tylko we dwie. Nie zakładałam, że może być inaczej.
