Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
W świecie, w którym kobiety są jak kwiaty wiśni – piękne, kruche i nietrwałe – jedna z nich postanawia nauczyć się latać.
Hana, znana jako Yukiko – „Śnieżne Dziecko” – jest żywą lalką stworzoną dla rozrywki mężczyzn. Pod warstwami białego makijażu ukrywa ból córki upadłego samuraja sprzedanej w wieku sześciu lat. Choć włada kilkoma językami i tańczy z bezwzględną perfekcją, jest więźniem Gion – dzielnicy gejsz, gdzie każdy uśmiech ma swoją cenę, a wolność kosztuje osiem tysięcy jenów.
Thomas Bennett, brytyjski tłumacz i fotograf-amator, uciekł do Japonii przed miłosnym skandalem. W Hanie dostrzega to, czego inni nie widzą – głębię i smutek ukryte pod maską. Gdy potajemnie ją fotografuje, dopuszcza się tamashii-nuki – kradzieży duszy. Ale prawda jest inna: to ona ukradła jego duszę.
Jedno zakazane spotkanie w ogrodzie kamiennym świątyni Kennin-ji zmienia wszystko. Hana nosi w sobie dziecko gaijina – dziecko, które skaże ją na hańbę. Staje przed niemożliwym wyborem: poddać się woli bogatego patrona, który spłaci jej dług, czy zniknąć w imię miłości silniejszej niż strach?
Tragiczna, przepiękna opowieść o cenie wolności i sile macierzyńskiej miłości. Dla czytelniczek „Ptaków ciernistych krzewów” i „Wyznań gejszy”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 260
Data ważności licencji: 9/9/2030
Copyright © Magdalena Buraczewska-Świątek
Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja
Joanna Podolska
Korekta
Julia Dałek
Projekt okładki
Iza Szewczyk
Skład i łamanie
Izabela Szewczyk-Martin
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68742-31-2
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań
www.replika.eu
Wstęp
Ta powieść narodziła się z obsesji i niedosytu. Obsesji światem, który już nie istnieje – Japonią epoki Meiji zawieszoną między feudalną przeszłością a przemysłową przyszłością, między samurajami a koleją parową. Niedosytu po filmach takich jak Wyznania gejszyi serialu Szogun, które pokazały mi Japonię, ale zostawiły więcej pytań niż odpowiedzi.
Kim naprawdę były gejsze? Nie te z hollywoodzkich produkcji – idealne, egzotyczne lalki w jedwabnych kimonach – ale prawdziwe kobiety uwięzione w złotych klatkach. Kobiety, które uczyły się przez lata, jak nalewać herbatę tak, by każdy gest był poezją, podczas gdy ich własne pragnienia musiały pozostać niewypowiedziane.
Ostatnia gejsza z Gion – ten tytuł przyszedł do mnie jak wiele najważniejszych rzeczy w życiu: niespodziewanie. Ostatnia – bo każda epoka ma swoją ostatnią przedstawicielkę, kogoś, kto pamięta, gdy wszyscy inni już zapomnieli. Gejsza – nie kurtyzana, ale artystka w świecie, który sztukę cenił tylko jako ozdobę. Z Gion – bo to właśnie ta dzielnica Kioto była sercem „płynącego świata”, gdzie nic nie było stałe oprócz zmiany.
Kiedyś napisałam wiersz Miasteczko gejsz odbiega od prostytucji – bo to pierwsza rzecz, którą Zachód myli. W tym wierszu jest dziewczyna o oczach „zimnych, zdławionych, na wylot” – prawie Chinka z rybackiej wioski, która czeka w drzwiach, przepuszczając przez swoją bladość „resztki modlitw o niedoszłe dzieciństwo”. Nie wiedziałam wtedy, że piszę o Hanie. O dziewczynie, która stanie się Yukiko. O kobiecie, która będzie ostatnią prawdziwą gejszą z Gion – nie dlatego, że po niej nie było innych, ale dlatego, że była ostatnią, która pamiętała, kim gejsza naprawdę jest.
To opowieść w duchu Ptaków ciernistych krzewów – o zakazanej miłości, która ciągnie się przez pokolenia, naznaczona grzechem i tęsknotą. Colleen McCullough umieściła swoją historię w australijskim buszu, ja przenoszę Was do Kioto końca XIX wieku, do świata, gdzie każdy gest ma znaczenie, a milczenie mówi więcej niż słowa.
Hana jest świadkiem końca pewnego świata. Japonia otwiera się na Zachód, pociągi zastępują ryksze, fotografie kradną dusze szybciej niż najbardziej utalentowany malarz. Gejsze w Gion wciąż tańczą, wciąż nalewają sake, ale coś się zmieniło nieodwracalnie. I może właśnie dlatego, gdy Hana spotyka Thomasa Bennetta – brytyjskiego fotografa z aparatem i własnymi demonami – pozwala sobie na jedyną rzecz, której gejsza nie powinna robić: pozwala sobie poczuć.
W kulturze japońskiej istnieje pojęcie mono no aware – słodko-gorzka świadomość przemijania wszystkiego. Piękno kwitnienia wiśni polega na tym, że trwa tylko tydzień. Piękno życia tkwi w jego kruchości. Ta powieść jest o mono no aware. O kobiecie, która wie, że jest ostatnia. O miłości, która wie, że nie ma przyszłości. O świecie, który umiera – i o pięknie tego umierania.
Ale przede wszystkim jest to historia o wyborach. O tym, że w każdej klatce – czy to okiya, czy wiktoriański salon – znajdują się drzwi. Czasem trzeba tylko mieć odwagę, by je otworzyć, nawet jeśli nie wiadomo, co jest po drugiej stronie.
Pisząc tę książkę, odkrywałam prawdę ukrytą w moim własnym wierszu: „herbata to coś więcej niż tylko kolorowa ciecz”. Ceremonia parzenia herbaty, taniec z wachlarzem, sposób wiązania obi – to wszystko było językiem używanym przez kobiety do mówienia o rzeczach, o których mówić nie wolno było. Hana jest ostatnią, która ten język rozumie.
W Wyznaniach gejszy Chiyo staje się Sayuri i znajduje swoją miłość. W Szogunie Mariko poświęca się dla honoru. Ale co z kobietami, które nie chciały być ani bohaterkami, ani ofiarami? Które chciały po prostu żyć?
Hana jest jedną z nich. Nie jest idealna – bywa okrutna, samolubna, zagubiona. Kocha i boi się. Pragnie wolności, ale lęka się jej ceny. Jest jak papierowy motyl z mojego wiersza – piękna i krucha, uwięziona między tym, czym była, a tym, czym mogłaby się stać.
Tytuł niesie w sobie pewien paradoks – bo jak można być ostatnią, skoro gejsze istnieją do dziś? Ale prawdziwe gejsze, te, które były czymś więcej niż tylko rozrywką dla turystów, te, które nosiły w sobie całą tradycję jak święty ogień – one odeszły wraz z epoką Meiji, wraz z Japonią, która wybrała postęp zamiast tradycji.
To nie jest historia z hollywodzkim zakończeniem. To opowieść o tym, że czasem największą odwagą jest przetrwanie. Że miłość może być piękna nawet – a może szczególnie wtedy – gdy jest niemożliwa. I że niektóre historie przetrwają wszystko, jak australijski ptak ciernisty, który śpiewa najpiękniej, umierając.
Bo ostatnia gejsza z Gion to nie ta, która zamknęła za sobą drzwi okiya. To ta, która je otworzyła.
Zapraszam was do Kioto roku 1872. Do świata, który umiera i rodzi się jednocześnie. Do historii Hany – ostatniej, która pamiętała, pierwszej, która zapomniała, jedynej, która przetrwała.
Magdalena Buraczewska-Świątek
Miasteczko gejsz odbiega od prostytucji
mija się zamknięte jeszcze herbaciane pawilony
i słyszy się. wyobraź sobie że w tym ogrodzie
rosną wiśniowe drzewa. nie rodzą od czterech lat.
pachną a nimi zielona herbata. wszystko jak u nas
mimo zatkanego nosa. skośnie przygląda się zza parawanu
prawie Chinka. nałożnica z rybackiej wioski. mówili
że jeśli błękit może być lepszy to ten jest najlepszy.
jak w jej oczach. zimny. zdławiony. na wylot.
czeka w drzwiach i przez bladość przepuszcza resztki
modlitw o niedoszłe dzieciństwo. pamięć upuszczonej
w biegu haftowanej serwetki. Chiyo. kwitnących sadów
i wierzeń że słońce może mocniej świecić i zachodzić
dziewięć razy. pierwszy raz dla kolejnej kobiety
przed zmrokiem co boi się budzić zupełnie sama.
nocny motyl powtarzający rytualnie trasy lotów.
ale bardziej przy kimś kto nie rozumie sztuki.
origami to tylko dodatek do nieskomplikowanych
potrzeb konsumpcji. tak jak piękno jest tylko wtedy
gdy nie przynosi zmęczenia. bo ani przez chwilę
nie chodziło przecież o smak sake. tradycję.
kształt stóp. przesadnie małych i wiecznie zimnych.
może. spragniona miłość na wyprostowanie palców
okaże się altruistyczna i zatrzyma dziewiąty zachód przed
małą japońską dziewczynką zanim dorośnie do niewolniczego
kimona. skarłowacieje do końca. bonsai. straci na wartości
niegodnie. w rytmie cymbałów. westchnień i iluzji
bo herbata to coś więcej niż tylko kolorowa ciecz
Prolog
Londyn, Anglia, 1908
Mama zawsze mówiła, że niektóre historie są jak origami – składasz je warstwa po warstwie, aż powstanie coś pięknego, ale jeśli spróbujesz je rozłożyć, zostanie tylko pognieciony papier i ślady zagięć, które już nigdy nie znikną.
Historię mojej matki znam tylko z tych zagięć. Z rzeczy, których nie powiedziała. Z momentów, gdy patrzyła przez okno i widziała nie Londyn, ale coś innego – miasto, którego nazwy wypowiedzieć nie potrafiła bez łez.
Na komodzie w salonie stoi pojedyncza fotografia. Czarno-biała, lekko pożółkła. Kobieta w kimonie patrzy gdzieś poza obiektyw. Matka mówi, że to jej przyjaciółka z dawnych lat, ale ja wiem lepiej. Wiem po sposobie, w jaki dotyka szkła, jakby dotykała twarzy. Wiem po tym, że czasem, gdy myśli, że nie patrzę, szepcze do fotografii po japońsku – słowa, których mnie nie nauczyła.
Yukiko. Tak brzmi jedno z tych słów. Imię, które nie jest imieniem. Śnieżne dziecko.
Urodziłam się w drodze. Matka często żartuje, że przyszłam do niej między jednym światem a drugim. Urodziłam się między tym, kim matka była, a tym, kim musiała się stać. Między Japonią, którą zostawiła, a Anglią, która nigdy nie stała się jej domem.
Mam oczy, których nie powinnam mieć. W Japonii – mówi matka – wszystkie dzieci mają oczy czarne jak noc. Moje są jak niebo przed burzą. Czasem, gdy matka na mnie patrzy, widzę w jej twarzy ból. Jakby moje oczy przypominały jej o kimś. O czymś. O czasie, gdy papierowe motyle próbowały latać.
Ojca długo nie znałam. Matka mówiła różne rzeczy – że umarł, że wyjechał, że był snem, który śniła w innym życiu. Że może przyjdzie czas, by go poznać. Ale czasem, gdy byłam już prawie uśpiona, opowiadała mi historię. Za każdym razem trochę inną, ale zawsze o tym samym.
O mężczyźnie, który przybył zza morza ze srebrnym pudełkiem kradnącym dusze.
O kobiecie, która tańczyła jak wiatr, ale była uwięziona jak ptak w klatce.
O nocy, gdy padał deszcz i pachniało chryzantemami.
O papierowym motylu, który spróbował latać mimo świadomości, że deszcz go zniszczy.
Nie wiem, która część jest prawdą, a która baśnią. Może w historiach mojej matki to nie ma różnicy?
Mama czasem bywa zamyślona, mówi, że za dużo londyńskiego smogu jak dla kogoś, kto urodził się pod czystym niebem Kioto. Ale ja wiem lepiej. To nie smog. To serce. Serce, które zostawiła gdzieś daleko, w mieście, gdzie gejsze tańczą dla mężczyzn, którzy nie rozumieją tańca.
Miałam sześć lat, gdy matka poprosiła mnie, żebym zapamiętała jej historię. „Pamiętaj o papierowym motylu – powiedziała. – Zapamiętaj go, zanim zapomnę, jak się lata”. Teraz, trzydzieści lat później, spisuję to, co wtedy ledwie rozumiałam… Historię Yukiko, która była Haną. Albo Hany, która musiała być Yukiko.
Matka mówi, że w Japonii jest taki słodki smutek przemijania. Że najpiękniejsze rzeczy są piękne właśnie dlatego, że nie trwają długo. Jak kwiaty wiśni. Jak młodość. Jak miłość między ludźmi, którzy pochodzą z różnych światów.
Może dlatego nigdy nie opowiedziała mi całej historii, ale ja mocno wierzę w to, że ją poznam, choć może niektóre rzeczy są piękne tylko wtedy, gdy pozostają niedopowiedziane. Jak origami – cudne, dopóki nie spróbujesz zobaczyć, jak zostało złożone.
Ale zagięcia zostają. Zawsze zostają. I z tych zagięć próbuję złożyć historię mojej matki. Historię ostatniej prawdziwej gejszy z Gion. Kobiety, która nauczyła się latać, choć miała tylko skrzydła z papieru.
Rozdział 1
Kioto, Japonia, 1872
Kioto pachniało deszczem, który jeszcze nie spadł – tą szczególną wonią wilgoci zawieszonej w powietrzu jak niewidzialna mgła, mieszającą się z zapachem kadzideł płynącym z niezliczonych świątyń miasta.
Hana[1] uniosła podbródek, wdychając to wszystko głęboko, pozwalając zapachom przywołać wspomnienia, których nie powinna pamiętać. Jej matka, Tsukiko[2], nauczyła ją rozpoznawać znaki nadchodzącej burzy, jeszcze zanim świat się rozpadł, zanim ojciec wrócił z ostatniej bitwy bez dwóch mieczy[3], które przez pokolenia definiowały jego klasę, zanim hańba sprowadziła śmierć do ich domu w Narze. „Patrz na małe znaki – mówiła matka, układając białe chryzantemy w popękanym wazonie. – Sposób, w jaki liście odwracają się srebrną stroną do nieba, zapach wiatru, nagła cisza cykad, wszystko ma znaczenie, wszystko coś mówi”.
Teraz, czternaście lat po tym, jak okiya[4]Sakura-ya stała się jej nowym domem – nie, jej całym światem, jak chcieliby inni, jej więzieniem i schronieniem jednocześnie – Hana wciąż słyszała głos matki w szumie bambusów rosnących wzdłuż starożytnego kanału Shirakawa, tym samym, który przepływał przez dzielnicę Gion[5] od czasów, gdy Kioto było jeszcze Heian-kyō, stolicą poetów i dworzan. Codziennie przechodziła tą samą drogą z okiya do ochaya[6], gdzie obsługiwała gości.
Wagasa[7]z lakierowanego papieru spoczywał lekko na jej ramieniu, jeszcze zamknięty, jeszcze niepotrzebny, choć niebo nad dachami pokrytymi szarą dachówką kawara[8] zaczynało przybierać barwę starego ołowiu. Jej kimono tego dnia było w kolorze młodej trawy – bladej, wiosennej zieleni, jak pierwsze pędy bambusa przebijające się przez zmarznięty grunt – z haftem przedstawiającym tsuru – żurawia w locie nad górskim strumieniem – symbol długowieczności i szczęścia. Każda fałda układała się perfekcyjnie dzięki godzinie pracy jej służącej Chiyo, która zawiązała obi[9] tak ciasno, że Hana mogła brać tylko płytkie oddechy charakterystyczne dla kobiet jej profesji – oddech gejszy nie powinien być słyszalny, nie powinien poruszać piersi, powinien być jak wszystko inne w jej świecie: kontrolowany, wyrafinowany, sztuczny.
„Stań się kimś innym – powtarzała sobie jak mantrę buddyjską, jedną z tych, które słyszała każdego ranka z pobliskiej świątyni Kennin-ji[10]. – Yukiko[11] nie czuje bólu, Yukiko nie pamięta przeszłości, Yukiko jest tylko piękną skorupą, namalowaną maską, żywą lalką dla rozrywki mężczyzn”.
Ale Hana – prawdziwa Hana, ta którą pochowała głęboko pod warstwami białego makijażu – pamiętała wszystko.
Pamiętała dzień, gdy wszystko się skończyło i zaczęło jednocześnie – mglisty poranek w kwietniu, gdy miała sześć lat, gdy jej ojciec, były samuraj rodu Matsuda, siedział w ich ogrodzie przez całą noc w pozycji seiza[12]i patrzył na kwitnącą śliwę, którą posadził w dniu jej narodzin. Pamiętała, jak matka ubierała ją w najlepsze kimono – białe z różowymi płatkami wiśni – i jak drżały jej ręce, gdy wiązała małe obi.
– Musisz być dzielna, Hana-chan[13] – szeptała Tsukiko, a jej głos był jak płatki opadające na wodę. – Idziesz do miejsca, gdzie nauczą cię rzeczy, których ja nie mogę ci już dać: jak przetrwać w świecie, w którym nie ma miejsca dla córek upadłych samurajów.
Nie rozumiała wtedy, że długi ojca po utracie pozycji i ziemi były tak wielkie, że jedynym sposobem ich spłacenia była sprzedaż jedynego dziecka. Nie rozumiała, dlaczego matka płakała, układając jej włosy, dlaczego szeptała:
– Zachowaj swoje prawdziwe imię głęboko w sercu, moja mała Hano. Niech Hana kwitnie w tobie, nawet gdy będą próbowali zmienić cię w kogoś innego. Pamiętaj, że jesteś córką samuraja i wnuczką uczonego, że w twoich żyłach płynie krew poetów i wojowników.
Dopiero później, gdy służące w okiya szeptały między sobą, dowiedziała się, że tego samego wieczoru Tsukiko weszła do rzeki Katsura w swoim ślubnym kimonie, z kamieniami przywiązanymi do rękawów – popełniła jigai[14], honorowe samobójstwo kobiety, która nie mogła znieść hańby.
Trzeci tydzień chodzenia tą samą drogą przez Gion, trzeci tydzień spoglądania w górę na to samo okno w kamienicy przy Shirakawa – jednej z tych nowych, brzydkich konstrukcji z czerwonej cegły w stylu zachodnim, które wyrastały w Kioto jak grzyby po deszczu, odkąd cesarz Meiji ogłosił bunmei kaika[15] – „cywilizację i oświecenie”. Te budynki były jak rany w ciele starego miasta, miejsca, gdzie tradycyjna architektura ustępowała zachodniej nowoczesności, a delikatność brutalnej funkcjonalności, gdzie drewno i papier były zastępowane cegłą i szkłem.
W tym konkretnym budynku, jak słyszała od innych gejsz podczas kąpieli w publicznej łaźni, mieszkał gaijin[16]z brytyjskiej ambasady – ten, który nosił dziwne pudełko i kradł twarze kobiet.
– To tamashii-nuki, kradzież duszy.
Słowo przyszło niespodziewanie, przywołane głosem starej Matsumoto-san, która prała kimona w okiya już od czterdziestu lat, której ręce były tak spracowane, że wyglądały jak korzenie starego drzewa.
– Te nowe maszyny gaijinów – szeptała, polerując drewniane sandały specjalną pastą z wosku pszczelego – łapią twoje odbicie w srebrne pudełko i część ciebie zostaje uwięziona na zawsze. Widziałam taką skradzioną kobietę na papierze. Płaska jak cień, czarno-biała jak duch w piekle buddyjskim. A tydzień później ta prawdziwa kobieta umarła, bo jak ciało może żyć, gdy część duszy jest uwięziona?
Hana zwykle nie wierzyła w zabobony służących – w jej domu rodzinnym ojciec, choć samuraj, był człowiekiem oświeconym, czytał księgi konfucjańskie i traktaty o strategii, a matka, córka uczonego, znała klasyczną chińską poezję i mogła dyskutować o filozofii. Ale teraz, stojąc pod oknem gaijina, przypominała sobie wszystkie opowieści o tamashi[17], która może zostać skradziona, uwięziona, rozbita na kawałki.
W oknie na drugim piętrze błysnęło coś srebrnego – jak oko demona z opowieści starej niańki, jak mityczne zwierciadło, jedno z cesarskich regaliów kradnące dusze, jak…
– Yukiko-san[18]! Yukiko-san! Zaczekaj!
Odwróciła się płynnie, wykonując ruch wyćwiczony przez lata pod okiem surowego nauczyciela tańca – pięta obraca się pierwsza na małych kamyczkach ścieżki, potem biodro w jedwabnym szeleście kimona, ramiona zostają w miejscu do ostatniej chwili jak gałęzie wierzby kołysane wiatrem, głowa porusza się na końcu, włosy upięte w tradycyjną fryzurę shimada ozdobioną szpilkami z kości żółwia i koralem kreślą w powietrzu linię.
Młodsza maiko[19] biegła w jej stronę, nieporadnie przytrzymując poły swojego jaskrawoczerwonego kimona z długimi rękawami, które mogły nosić tylko uczennice. Sumire[20] miała dopiero czternaście lat, twarz wciąż okrągłą jak kleiste ciastko ryżowe podczas święta księżyca, policzki naturalnie różowe bez potrzeby używania czerwonego barwnika z krokosza.
– Okāsan[21] cię wzywa – wydyszała Sumire, kłaniając się przy tym niezgrabnie. Wciąż nie opanowała sztuki ukłonu, który powinien być jak spadający liść: naturalny, płynny, pełen wdzięku. – Dziś wieczorem będą zagraniczni goście, bardzo ważni, z ambasady brytyjskiej, sam Parkes-sama[22] będzie, i ten nowy…
– Ten z pudełkiem – dokończyła Hana cicho, modulując głos tak, by brzmiał jak szklany dzwonek na wietrze, czysty i pozbawiony emocji.
Sumire pokiwała głową tak energicznie, że jedna ze szpilek wpiętych w jej włosy prawie wypadła.
– Bennett-san, tak, ten co mieszka w… – Wskazała nieśmiało na ceglaną kamienicę. – Matsumoto-obaasan[23] mówi, że ma całą komnatę pełną skradzionych kobiet, że wiszą na ścianach jak motyle przypięte do deski, że…
– To tylko kopie prawdy, fotografie – przerwała jej Hana, używając nowego słowa, które niedawno weszło do języka. – Obrazy wykonane światłem zamiast pędzlem, nic więcej.
Ale gdy wypowiadała te słowa, czuła ich fałsz na języku jak gorzki smak niedojrzałej kaki. Widziała kiedyś jedno ze zdjęć – znalazła je tydzień temu na ulicy, upuszczone pewnie przez jakiegoś gaijina, pogniecione i zabłocone od deszczu. Twarz kobiety – gejszy z sąsiedniej okiya, Michiko, którą znała – patrzyła z papieru z taką dokładnością, z taką ostrością szczegółów, że Hana poczuła dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. To nie było jak drzeworyty „płynącego świata”, gdzie artysta interpretował rzeczywistość. To było jak… jak gdyby ktoś złapał samą esencję osoby i uwięził ją między włóknami papieru.
– Pospiesz się, Yukiko-san! – błagała Sumire. – Okāsan jest już w złym nastroju, bo O-Katsu znowu się wczoraj upiła i obraziła ważnego klienta z Osaki, a dziś rano przyszedł list z rachunkami za kimona i… – Dziewczyna urwała, przypominając sobie, że gejsza nie powinna plotkować o problemach okiya.
– Tak, rozumiem – odpowiedziała Hana. – Powiedz Okāsan, że będę za czas potrzebny na wypalenie jednego kadzidełka.
Gdy maiko pobiegła z powrotem wąskimi uliczkami Gion, jej czerwone kimono migało między drewnianymi fasadami jak płomień świecy.
Hana pozwoliła sobie na jeden moment słabości. Spojrzała znowu w górę na okno. Srebrne oko wciąż patrzyło na nią, a za szkłem mogła przysiąc, że widzi zarys bladej twarzy – twarz gaijinao włosach koloru pszenicy gotowej do żniw, o oczach, których barwy nie mogła dostrzec z tej odległości, ale których spojrzenie czuła na sobie jak fizyczny dotyk.
Jeśli naprawdę kradniesz dusze – pomyślała, posyłając pytanie do obcego za szkłem – to co zrobisz z moją? Czy zobaczysz Yukiko – perfekcyjną maskę, żywą lalkę? Czy może dostrzeżesz Hanę – dziewczynę, która umarła, gdy jej matka weszła do rzeki?
Zaczął padać deszcz – najpierw pojedynczymi kroplami, jak łzy bogów, potem coraz gęściej, zmywając kurz z ulic, przynosząc zapach mokrej ziemi i świeżości. Hana otworzyła parasol jednym płynnym ruchem i ruszyła w stronę okiya. Jej geta stukały rytmicznie o mokre kamienie.
W oknie na drugim piętrze Thomas Bennett wciąż patrzył za nią. Odsunął się od aparatu fotograficznego, przeklinając pod nosem w trzech językach – angielskim, którym władał od urodzenia, francuskim, którego nauczył się w Oksfordzie, i japońskim, który wciąż szlifował z uporem maniaka opętanego nową obsesją. Pot spływał mu po plecach mimo chłodnego popołudnia, tworząc wilgotne plamy na lnianej koszuli, którą sprowadził z Londynu razem z dwudziestoma identycznymi. Nie ufał japońskim praczkom, które według niego używały za dużo krochmalu ryżowego.
Stanie nieruchomo przez pięć minut – czas potrzebny na ekspozycję przy tym pochmurnym świetle – próbując utrzymać oddech na tyle płytki, by nie poruszyć masywnego aparatu Thomasa Suttona, było torturą godną hiszpańskiej inkwizycji, o której czytał w zakazanych książkach przemyconych z biblioteki ojca. Aparat, jego duma i przekleństwo, kosztował fortunę – trzysta funtów plus koszty transportu drogą morską przez Suez, Ocean Indyjski, Morze Południowochińskie, aż do portu w Yokohamie. Był to najnowszy model z Londynu, z soczewką Petzvala i mechanizmem migawki, który pozwalał na relatywnie krótkie ekspozycje – rewolucja w świecie fotografii, gdzie jeszcze dekadę temu pozowanie do zdjęcia wymagało piętnastu minut absolutnego bezruchu.
Ale było warto. O tak, zdecydowanie było warto – pomyślał.
Już trzeci tydzień z rzędu, dzień w dzień, ta sama gejsza – nie, ta sama kobieta, bo było w niej coś więcej niż w innych gejszach, które fotografował – stawała pod jego oknem i patrzyła prosto w obiektyw, jakby przeczuwała jego obecność, spojrzenie soczewki, tak jak niektórzy wyczuwają nadchodzącą burzę w kościach. To było niemożliwe z punktu widzenia optyki – był na drugim piętrze, aparat ustawiony pod kątem trzydziestu stopni, ukryty za importowaną z Belgii koronkową firanką, którą poprzedni lokator pozostawił w mieszkaniu. Z ulicy powinna widzieć najwyżej odbicie światła w szybie, może cień poruszający się za tkaniną, a jednak…
Zamknął obiektyw obrotową zaślepką i ostrożnie wyjął kliszę – szklaną płytkę wielkości dłoni, pokrytą kolodionem, substancją tak delikatną, że jeden nieostrożny oddech mógł zniszczyć obraz. Emulsja była jeszcze wilgotna – miał może dziesięć minut, zanim wyschnie i obraz zostanie utracony na zawsze, jak sen, który blednie z każdą sekundą po przebudzeniu.
Jego „ciemnia” była w rzeczywistości łazienką – jedynym pomieszczeniem w wynajmowanym mieszkaniu, które dało się skutecznie zaciemnić, zaklejając okno czarnym papierem i uszczelniając szpary pod drzwiami wojskowym kocem. Wannę – importowaną żeliwną konstrukcję, luksus w Japonii, gdzie większość ludzi kąpała się w publicznych łaźniach – przykrył deską sosnową, tworząc w ten sposób prowizoryczny stół laboratoryjny. Chemikalia stały w równych rzędach jak żołnierze szykujący się do bitwy: siarczan żelaza (wywoływacz), kwas octowy (utrwalacz), azotan srebra (uczulacz), cyjanek potasu (do późniejszego złocenia) – każda substancja potencjalnie śmiertelna, każda niezbędna do uchwycenia ulotnego światła.
W rogu, na trójnogu kupionym od handlarza starociami w dzielnicy Teramachi, czerwona lampka rzucała krwawy blask – jedyne bezpieczne światło dla nieutrwalonych jeszcze obrazów, światło, które nie niszczyło delikatnych halogenków srebra, ale pozwalało widzieć wystarczająco, by pracować.
Zanurzył kliszę w pierwszym roztworze, licząc pod nosem metodą, której nauczył go jego mentor w Londynie, stary Szkot McPherson:
– Jeden tysiąc, dwa tysiące, trzy tysiące…
Proces przypominał alchemię średniowiecznych mędrców – połączenie nauki i magii, chemicznej precyzji i artystycznej intuicji. Jeden błąd w proporcjach, jedno drgnięcie ręki, zbyt długa lub zbyt krótka kąpiel w chemikaliach i obraz zniknie jak duch o świcie.
Powoli, jak zjawa materializująca się z mgły nad Tamizą, którą tak dobrze pamiętał z londyńskich poranków, na szkle zaczął pojawiać się obraz. Najpierw zarys architektury – charakterystyczne drewniane kamienice kupieckie Kioto z ich wąskimi fasadami i głębokimi wnętrzami, bambusowe rolety zwisające z okien jak zasłony z koralików. Potem ulica – nieregularne kamienie ułożone w ścieżkę, błyszczące od wilgoci jak obsydian. I wreszcie ona.
Thomas pochylił się niżej, aż nos prawie dotykał szkła. Marszczył brwi w sposób, który jego matka zawsze nazywała „nieprzystojnym”. Coś było nie tak – nie, nie „nie tak”, raczej „inne”, „niepokojące”, „fascynujące” w sposób, którego nie potrafił nazwać. Na wszystkich poprzednich fotografiach, które wykonał gejszom – a miał ich już ponad trzydzieści, starannie skatalogowanych w tekturowych pudełkach z Bristol Board, opisanych jego drobnym, pedantycznym pismem – kobiety wyglądały jak porcelanowe lalki sprzedawane podczas festiwalu Hina-matsuri[24]: piękne, puste, identyczne w swojej sztucznej perfekcji, jakby były produktami tej samej manufaktury.
Ale ta była inna.
Może to było światło – sposób, w jaki popołudniowe słońce, przebijając się przez chmury zwiastujące deszcz, padało na jej twarz pod konkretnym kątem, wydobywając cienie, które gruba warstwa oshiroi[25] miała ukryć, pokazując pod maską topografię prawdziwej skóry. Może to był ten ułamek sekundy – niewielka część chwili – gdy myślała, że nikt nie patrzy, gdy jej prawdziwe ja wynurzyło się jak ryba wypływająca na powierzchnię stawu. Ale Thomas widział coś pod maską, coś, co sprawiło, że jego serce zabiło szybciej: smutek głęboki jak studnie w opuszczonych świątyniach, złość ostrą jak krótki sztylet schowany w rękawie, znużenie tak absolutne, że aż bolesne w swojej szczerości. Jej oczy patrzyły prosto na niego z mokrego kolodionu. Oskarżające. Świadome. Żywe w sposób, w jaki żadna fotografia nie powinna być żywa.
– To tylko pareidolia – mruknął do siebie po angielsku, używając terminu, o którym niedawno przeczytał w czasopiśmie naukowym „Nature” – skłonność ludzkiego umysłu do dostrzegania twarzy i znaczeń w przypadkowych wzorach. To tylko psychologiczny efekt, projekcja moich własnych oczekiwań na przypadkowy układ światła i cieni, nic więcej.
Ale jego ręce drżały, gdy przenosił kliszę do kolejnego roztworu, a kropla potu spadła niebezpiecznie blisko delikatnej emulsji.
Wyszedł z łazienki-ciemni i zamrugał w świetle zachodzącego słońca wpadającego przez wysokie okna – te same, przez które ją obserwował. Jego salon wyglądał jak pole bitwy między cywilizacją zachodnią a japońskim chaosem: książki w trzech językach piętrzyły się na każdej powierzchni jak fortyfikacje oblężnicze – Baudelaire sąsiadował z japońskimi drzeworytami, Darwin leżał na stosie map Kioto, Ruskin był przygnieciony przez traktat o ceremonii parzenia herbaty. Pośrodku tego wszystkiego, jak ołtarz poświęcony nowej religii wieku pary i postępu, stał jego aparat na mahoniowym trójnogu.
Nalał sobie whisky z butelki Glenlivet, którą trzymał na parapecie – jednej z sześciu, które przemycił w swoim bagażu ukryte między chemikaliami fotograficznymi. Szkocka single malt, dwunastoletnia, jedyna rzecz, której naprawdę brakowało mu z domu. Nie, to kłamstwo, którego nie musiał wypowiadać nawet przed samym sobą. Brakowało mu też mglistych poranków nad Tamizą, kiedy światło było miękkie jak aksamit; zapachu deszczu na londyńskim bruku zmieszanego z końskim łajnem i dymem z kominów; nawet przekleństw dorożkarzy w gwarze cockney, którą ledwie rozumiał. Ale nie mógł wrócić. Nie po tym, co się stało. Nie po Charlotte.
Zacisnął powieki, próbując wymazać wspomnienie, które wracało jak przypływ – nieuchronne, niszczące. Charlotte z jej włosami koloru jesiennych liści, rozpuszczonymi na perskiej poduszce w błękitnym salonie. Charlotte śmiejąca się z jego „dziwacznego hobby”, fotografowania, nazywająca go swoim „małym alchemikiem”. Charlotte w ramionach swojego męża, lorda Pembertona, gdy Thomas wszedł niezapowiedziany do salonu, bo zapomniał swojego notesu z ekspozycjami…
Wypił whisky jednym haustem, czując, jak pali gardło, i nalał kolejną porcję – tym razem podwójną.
– To tylko jakaś kurtyzana w drogim przebraniu – powiedział do pustego pokoju po angielsku, potem powtórzył po francusku dla dodania sobie animuszu: – Une putain en soie.
Słowa odbijały się echem od gołych ścian, z których poprzedni lokator zdarł tapety, zostawiając plamy kleju jak ślady po ranach.
– Sprzedają swoje towarzystwo jak każda prostytutka z Whitechapel, tylko owijają to w jedwab i poezję, w ceremonie i gry na tych swoich piekielnych instrumentach.
Ale nawet gdy to mówił, wiedział, że łże jak pies. Widział gejsze podczas ich występów – obserwował je godzinami przez lornetkę teatralną z balkonu kabuki.Sposób, w jaki poruszały składanymi wachlarzami, jakby malowały obrazy w powietrzu, każdy ruch zapisany w jakimś sekretnym alfabecie gestów. Precyzja, jaką wkładały w rytuał parzenia herbaty, gdzie każdy ruch był wyważony co do milimetra. To nie były prostytutki, przynajmniej nie w zachodnim rozumieniu. To były… Kim były? Artystkami? Żywymi dziełami sztuki? Rzeźbami, które oddychają?
I ta konkretna, ta, która patrzyła w jego okno jak w studnię… Kim ona była pod całym tym białym ołowiem i cynobrem, pod warstwami jedwabiu ciężkiego jak zbroja?
Spojrzał na mokrą jeszcze kliszę trzymaną pod światło. Jej twarz patrzyła na niego, uwięziona w szkle i srebrze jak owad w bursztynie.
– Kim jesteś? – zapytał szeptem, najpierw po angielsku, potem po japońsku: – Dare desu ka?
Zegar na ścianie – niemiecki Gustav Becker, który kupił jeszcze w Londynie i przewiózł ze sobą, bo miejscowy sposób liczenia czasu go irytował – wybił szóstą. Cholera jasna! Przyjęcie w okiya było o ósmej, według japońskiego liczenia w „Godzinie Psa”[26], a on musiał się jeszcze przebrać w ten niewygodny frak, który dyplomaci uznawali za „stosowny dla reprezentowania Imperium Brytyjskiego”. Kolejny wieczór udawania, że rozumie niuanse japońskiej etykiety, gdzie każdy gest miał trzy znaczenia, a każde słowo było jak piekąca w oczy cebula – warstwa pod warstwą. Kolejny wieczór tłumaczenia komplementów, które brzmiały jak haiku[27]w japońskim i jak bełkot pijaka w angielskim.
Ale może dziś będzie inaczej? Może dziś spotka ją – tę, która patrzy w górę, tę, która wie, że on patrzy w dół?
Odstawił kliszę ostrożnie na półkę między inne – jego kolekcję dusz, jak zaczął o nich myśleć. Miał już całą galerię: twarze kobiet z Gion, każda piękna jak sen o raju, każda pusta jak maska w teatrze Noh. Oprócz tej jednej.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[1] Hana – japońskie imię żeńskie oznaczające „kwiat”
[2] Tsukiko – „dziecko księżyca”
[3] dwa miecze (daishō) – zestaw katany i wakizashi, symbol statusu samuraja; prawo ich noszenia odebrano w 1876 r. edyktem Haitō-rei
[4]okiya – dom gejsz; miejsce zamieszkania i szkolenia gejsz, zarządzane przez Okāsan (matkę domu)
[5] Gion – najsłynniejsza dzielnica gejsz w Kioto istniejąca od XVII wieku.
[6]ochaya – dom herbaty, herbaciarnia; ekskluzywny lokal w dzielnicy gejsz, w którym odbywały się spotkania z klientami
[7]wagasa – tradycyjny japoński parasol z bambusa i olejowanego papieru
[8]Kawara – tradycyjna japońska dachówka ceramiczna charakteryzująca się falistym kształtem i szarą lub czerwoną barwą. Stosowana od wieków w Japonii do pokrywania dachów świątyń, pałaców i domów mieszkalnych. Nadaje architekturze charakterystyczny, orientalny wygląd.
[9]obi – szeroki jedwabny pas wiązany wokół kimona, w przypadku gejsz może ważyć do 5 kg
[10] Kennin-ji – najstarsza świątynia zen w Kioto, założona w 1202 r.
[11] Yukiko – „śnieżne dziecko”
[12]seiza – formalna pozycja siedząca na kolanach
[13] „-chan” – przyrostek dodawany w języku japońskim do imion dzieci, by nadać im pieszczotliwego, zdrobniałego charakteru
[14]jigai – rytualne samobójstwo kobiet przez podcięcie tętnicy szyjnej lub utonięcie (odpowiednik męskiego seppuku)
[15]Bunmei kaika – „cywilizacja i oświecenie”; hasło modernizacji w epoce Meiji. Era Meiji (1868-1912) – okres gwałtownej modernizacji Japonii po 250 latach izolacji. Nazwa pochodzi od cesarza Meiji (Mutsuhito), który w wieku 15 lat został przywrócony do władzy po obaleniu szogunatu Tokugawa. To czas radykalnych zmian, desperacka modernizacja przy próbie zachowania japońskiej tożsamości.
[16]gaijin – cudzoziemiec, dosł. „osoba z zewnątrz”
[17]tamashi – dusza, duch
[18] Przyrostek „-san” w języku japońskim to powszechnie stosowany, uniwersalny tytuł grzecznościowy, odpowiednik polskiego „Pan” lub „Pani”, używany zarówno do kobiet, jak i mężczyzn. Stosuje się go po imieniu lub nazwisku, aby okazać szacunek, zwłaszcza w stosunku do osób obcych, starszych, lub w sytuacjach formalnych.
[19]maiko – uczennica gejszy
[20] Sumire – „fiołek”
[21]Okāsan – „matka”, tytuł właścicielki okiya, która opiekuje się gejszami jak matka
[22] „-sama” – najbardziej szacowny przyrostek grzecznościowy
[23] „-obaasan” – babcia, starsza kobieta (z szacunkiem)
[24] Hina-matsuri – Święto, Festiwal Lalek, obchodzone 3 marca
[25]oshiroi – biały makijaż na bazie ołowiu, później ryżu, ponieważ wiele gejsz umierało młodo z poczerniałymi twarzami
[26] „Godzina Psa” – w tradycyjnym japońskim systemie 19:00-21:00
[27]haiku – krótka, nierymowana forma poetycka
