Ostatni papież - Dariusz Hryciuk - ebook + książka

Ostatni papież ebook

Dariusz Hryciuk

0,0
27,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Sensacja skrojona na miarę samego Craiga Smitha!

Kim będzie ostatni papież...?

Nie wiadomo, kiedy to się stanie, pewne jest jednak,

że świat, który znamy, przeminie.

Jak mógłby więc wyglądać ten dzień,

po którym już nie będzie następnego?

Ostatni papież to dynamiczna i wielowątkowa powieść futurystyczna, której akcja toczy się w niedalekiej przyszłości. Tekst zapomnianej przepowiedni św. Malachiasza przypadkowo wpada w ręce księdza Bernarda pracującego w Tajnych Archiwach Watykanu. Proroctwo ujawnia, kto będzie ostatnim papieżem, po którym ma nadejść Antychryst. Przełożeni księdza nie pozwalają jednak, by proroctwo ujrzało światło dzienne. Starają się podstępem pozbyć księdza, nakazując mu wyjazd z Rzymu. Ksiądz próbuje na własną rękę odnaleźć przepowiednię i rozwikłać tajemnicę ostatniego papieża. Jego losy po latach splatają się z Davidem Stone'em, błyskotliwym i niepokornym dziennikarzem, który postanowił zerwać z pustym światem mainstreamowego blichtru. Wspólnie będą musieli powstrzymać Patricka Bohra – najbardziej wpływowego człowieka w historii...

Mocna, dynamiczna powieść Dariusza Hryciuka nie pozwala się od siebie oderwać. I to jest główny z nią problem, bowiem rozpoczęcie lektury wieczorem gwarantuje nieprzespaną noc.

Tomasz Terlikowski - Fronda.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 391

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



SPIS TREŚCI

Bohaterowie powieści

Rozdział 1.

Gala

Rozdział 2.

Maski spadają

Rozdział 3.

Farma

Rozdział 4.

Spotkanie

Rozdział 5.

Europa w Lugano

Rozdział 6.

Indie

Rozdział 7.

Bez pamięci

Rozdział 8.

Bezdomny

Rozdział 9.

Konsystorz

Rozdział 10.

Pomogę ci

Rozdział 11.

Wieczne Miasto

Rozdział 12.

Wojna

Rozdział 13.

Początek Armagedonu

Przypisy

Inne tytuły

Re­dak­cja:

Elżbie­ta Mam­czarz

Ko­rek­ta:

Zespół Wy­daw­nic­twa VAR­SO­VIA

Re­dak­cja tech­nicz­na:

Anna Szeląg

Pro­jekt okładki:

Ama­de­usz Tar­goński

Na okładce wy­ko­rzy­sta­no zdjęcia:

© Be­boy – Fo­to­lia.com; © Ro­man Si­ga­ev – Fo­to­lia.com; © da­bo­ost – Fo­to­lia.com; © for­play­day – Fo­to­lia.com; © ka­ty­au – Fo­to­lia.com; © cra­nach – Fo­to­lia.com

Co­py­ri­ght © 2014 by Wy­daw­nic­two VAR­SO­VIA

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone.

Książka, ani żadna jej część, nie może być prze­dru­ko­wy­wa­na ani w ja­ki­kol­wiek inny sposób re­pro­du­ko­wa­na czy po­wie­la­na me­cha­nicz­nie, fo­to­op­tycz­nie, za­pi­sy­wa­na elek­tro­nicz­nie lub ma­gne­tycz­nie, ani od­czy­ty­wa­na w środ­kach pu­blicz­ne­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy. W spra­wie ze­zwo­leń należy zwra­cać się do:

Wy­daw­nic­two VAR­SO­VIA

e-mail:biu­ro@var­so­via.biz

www.var­so­via.biz

ISBN 978-83-61463-14-6

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

BO­HA­TE­RO­WIE PO­WIEŚCI

(w ko­lej­ności al­fa­be­tycz­nej):

o. Ber­nard, Sta­niew­ski Ber­nard, pro­boszcz kościoła w Barg­town

Bohr Pa­trick, właści­ciel Kon­sor­cjum Ba­bel

Bow­man He­len, miesz­kan­ka far­my w Barg­town

Cla­mat­ti An­to­nio, pre­mier Włoch

kard. Co­ma­stri Le­onar­do, se­kre­tarz sta­nu Sto­li­cy Apo­stol­skiej

Do­no­van Rob, or­ga­ni­za­tor Gali Dzien­ni­ka­rza Roku

Grönberg Gu­staw, kanc­lerz Nie­miec

Heu­ston Dona, dzien­ni­kar­ka

o. John, pro­boszcz pa­ra­fii Świętego Pio­tra i Pawła w No­wym Jor­ku

Le­pasé Jean, pre­mier Fran­cji

kard. Mar­cel­lo Lu­igi, pre­fekt Taj­nych Ar­chiwów Wa­ty­ka­nu

Mar­co­ni Ve­ro­ni­ca, dziew­czy­na Da­vi­da Sto­ne’a

abp Me­nam­phil Tho­mas, ce­re­mo­niarz pa­pie­ski

Mikołaj III, pa­pież

Mi­les Bob, sty­li­sta

bp Mo­krzyc­ki Ka­rol, me­tro­po­li­ta kra­kow­ski

Mon­trel Mal­colm, pre­zy­dent Szwaj­ca­rii

Mo­un­ta­ro José, pre­mier Hisz­pa­nii

Mu­arez Mi­gu­el, pre­zy­dent In­dii

bp O’Brian Evan

bp Pa­dew­ski Bartłomiej

Par­ker Mar­ga­ret, se­kre­tar­ka Pa­tric­ka Boh­ra, właści­cie­la Kon­sor­cjum Ba­bel

Pa­ter­son Ed­die, miesz­ka­niec far­my w Barg­town

Pot­ter Mark, dy­rek­tor Me­tro­po­li­tan Ope­ra

Ray­an Pe­ter, kon­gres­men, wi­ce­prze­wod­niczący se­nac­kiej Ko­mi­sji ds. Mediów No­wo­cze­snych

Ro­ben Paul, pre­mier Wiel­kiej Bry­ta­nii

Ro­oney Mor­gan, re­dak­tor na­czel­ny „New York Ti­me­sa”

kard. Ru­ini Ma­rio

Say­es Es­ther, wi­trażyst­ka, właści­ciel­ka far­my w Barg­town

Say­es Sa­mu­el, brat Es­ther Say­es

Sim­mon­so­wie Dan­ny i Bar­ba­ra, miesz­kańcy far­my w Barg­town

Ste­in­feld Grieg, dy­rek­tor Między­na­ro­do­we­go In­sty­tu­tu Fi­zy­ki Sto­so­wa­nej w Bruk­se­li

Sto­ne Da­vid, dzien­ni­karz

Ste­el Ru­dolf, szef ochro­ny Pa­tric­ka Boh­ra

bp Świ­der­ski To­masz

To­nel­lo Lu­cia­no, ad­iu­tant Ri­char­da Whor­to­na

Whor­ton Ri­chard, ge­ne­rał, szef sił ope­ra­cyj­nych NATO

ks. Zwi­rel­li Ma­teo, Re­dak­tor Ra­dia Wa­ty­kańskie­go

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

Roz­dział 1GALA

Dziw­ne to cza­sy, pomyślał Da­vid Sto­ne, oglądając wie­czor­ne wy­da­nie wia­do­mości. Dona Heu­ston, jak za­wsze ema­nująca sub­telną ele­gancją, właśnie po­da­wała dzie­sięciu mi­lio­nom Ame­ry­kanów zgro­ma­dzo­nym przed te­le­wi­zo­ra­mi in­for­ma­cje o zakończo­nym przed go­dziną szczy­cie chińsko-in­dyj­skim, na którym pre­zy­den­ci obu krajów pod­pi­sa­li po­ro­zu­mie­nie po­ko­jo­we.

Da­vid stał w kuch­ni swe­go wiel­kie­go domu i srebr­nym szpi­kul­cem kru­szył lód. Po­miesz­cze­nie wypełniały odgłosy sześciu włączo­nych jed­no­cześnie te­le­wi­zorów, usta­wio­nych w dwóch rzędach. Dwa z nich pre­zen­to­wały wia­do­mości dwóch kon­ku­ren­cyj­nych sta­cji, trze­ci był oknem umożli­wiającym podgląd naj­now­sze­go re­ali­ty show, „Mężowie i żony”, w którym małżon­ko­wie, po­dzie­le­ni na dwa obo­zy, mie­li jedną misję – znisz­czyć part­ne­ra! Sta­ny Zjed­no­czo­ne osza­lały na punk­cie tego te­le­wi­zyj­ne­go gnio­ta. Co­dzien­nie dzie­więćdzie­siąt mi­lionów głod­nych pry­mi­tyw­nej sen­sa­cji lu­dzi ślęczało przed od­bior­ni­ka­mi i eks­cy­to­wało się prze­bie­giem starć pomiędzy żona­mi pu­blicz­nie wy­zy­wającymi swo­ich mężów od nie­udacz­ników a mężami za­rzu­cającymi żonom, że są kiep­skie w łóżku. Czwar­ty te­le­wi­zor po­ka­zy­wał jakiś pro­gram o gwałtow­nych zmia­nach kli­ma­tycz­nych na zie­mi. Lek­tor re­cy­to­wał li­ta­nię ka­ta­klizmów: Au­stra­lia od roku za­sy­pa­na jest nie­mal me­tro­wym śnie­giem, Hisz­pa­nia zma­ga się z po­wo­dzią stu­le­cia – z za­la­nej północ­no-za­chod­niej części kra­ju ewa­ku­owa­no po­nad pół mi­liona lu­dzi. Na po­zo­stałych dwóch ekra­nach le­ciały tan­det­ne ko­me­die ro­man­tycz­ne. Ów sposób ogląda­nia te­le­wi­zji zupełnie nie prze­szka­dzał Da­vidowi, prze­ciw­nie, uspo­ka­jał go. To było coś w ro­dza­ju za­wo­do­we­go zbo­cze­nia. W jego fa­chu być na bieżąco sta­no­wiło wa­ru­nek nie tyl­ko od­nie­sie­nia suk­ce­su, ale na­wet utrzy­ma­nia się na po­wierzch­ni. Ze­brał kawałki po­kru­szo­ne­go lodu, wrzu­cił do szklan­ki i zalał swoją ulu­bioną whi­sky. Mi­kro­fa­la już pra­co­wała nad jego obia­dem, a właści­wie ko­lacją. Miał dziś bar­dzo pra­co­wi­ty dzień i wrócił później niż zwy­kle. Od­sta­wił do lodówki po­jem­nik z lo­dem. Pomyślał, że musi w końcu zna­leźć czas, żeby ją na­pra­wić. Od ty­go­dnia nie za­ma­wiała je­dze­nia. Ogólnie to bar­dzo do­bry mo­del, użytecz­ny dla lu­dzi pro­wadzących taki tryb życia jak Da­vid. Miała dostęp do in­ter­ne­tu i chi­py na każdej półce i w każdej prze­gro­dzie. Brak pro­duk­tu w przy­pi­sa­nym mu miej­scu spra­wiał, że in­te­li­gent­na lodówka au­to­ma­tycz­nie składała zamówie­nie i następne­go dnia ku­rier do­star­czał bra­kujące rze­czy. Ide­al­ne roz­wiąza­nie dla każdego, kto nie ma cza­su trosz­czyć się o tak pro­za­iczną czyn­ność jak za­ku­py.

Da­vid roz­siadł się w fo­te­lu na­prze­ciw ścia­ny z te­le­wi­zo­ra­mi i trzy­mając w dłoni przy­jem­nie zim­ne szkło z al­ko­ho­lem, sku­pił się na wia­do­mościach. Dona z wyraźnym przejęciem mówiła o tra­ge­dii, która ro­ze­grała się na balu ma­tu­ral­nym w małej miej­sco­wości w sta­nie Ohio. Czte­rech kom­plet­nie pi­ja­nych osiem­na­sto­latków za­mor­do­wało swo­je­go na­uczy­cie­la hi­sto­rii i raniło pięcio­ro rówieśników. Je­den z chłopaków przy­niósł broń ojca. Tłuma­czy­li, że to miał być tyl­ko żart, że chcie­li prze­stra­szyć ko­legów. Kie­dy bel­fer przyłapał uczniów na za­ba­wie pi­sto­le­tem, oso­biście doświad­czył jego śmier­cio­nośnej siły. Spa­ni­ko­wa­ny spraw­ca zaczął strze­lać na oślep do uczest­ników za­ba­wy. Aku­rat wy­bie­ra­no króla i królową balu.

Ta­kie wia­do­mości nie wywoływały już w Da­vi­dzie emo­cji. Po­sma­ko­wał odro­binę whi­sky i uznał, że nie jest jesz­cze do­sta­tecz­nie schłod­zo­na. Kie­dy co­dzien­nie ma się do czy­nie­nia z tra­ge­dia­mi, można się na nie uod­por­nić. Lu­dobójstwo kil­ku tysięcy Ni­ge­ryj­czyków sprzed mie­siąca, groźba woj­ny w Azji Południo­wo-Wschod­niej czy dra­stycz­ny wzrost współczyn­ni­ka sa­mobójstw wśród Ame­ry­kanów robił na nim nie większe wrażenie niż in­for­ma­cja o wzroście cen ropy naf­to­wej na świa­to­wych ryn­kach. Znie­czu­li­ca jest oczy­wi­stością wpi­saną w zawód dzien­ni­ka­rza, tak jak krzy­wy nos u za­wo­do­wych bok­serów.

Da­vid po­de­rwał się z fo­te­la na dźwięk mi­kro­fa­li sy­gna­li­zującej, że kur­cza­czek jest już chru­piący i go­to­wy do spożycia. Nie dane mu było go skosz­to­wać, bo dźwięk dzwon­ka u drzwi zawrócił go w pół dro­gi. Nie mu­siał na­wet wyglądać przez ju­da­sza. Do­sko­na­le wie­dział, że to Ve­ro­ni­ca. Tyl­ko ona ko­mu­ni­ku­je swo­je przy­by­cie in­ten­syw­nym dzwo­nie­niem, wa­le­niem, bo już na­wet nie pu­ka­niem, do drzwi i okrzy­kiem: „Ko­cha­nie, otwórz. Zgu­biłam klu­cze!”.

Ona do­pro­wa­dzi mnie kie­dyś do sza­leństwa!, pomyślał Da­vid i po­wol­nym kro­kiem pod­szedł do drzwi.

Ko­bie­ta – chodzący cha­os – wpa­ro­wała do miesz­ka­nia.

— Ko­cha­nie, mam na­dzieję, że nie za­po­mniałeś o dzi­siej­szej gali — po­wie­działa, szu­kając cze­goś w swo­jej ogrom­nej podręcznej tor­bie.

— To tech­nicz­nie nie­możliwe. Od ty­go­dnia mniej więcej trzy razy dzien­nie mi o tym przy­po­mi­nasz — po­wie­dział nie­dba­le, idąc w stronę kuch­ni i cze­kającej na nie­go ko­la­cji.

Ve­ro­ni­ca Mar­co­ni miała nie­by­wałą zdol­ność zakłóca­nia wszel­kie­go porządku. Jej głos, sposób by­cia, wygląd zresztą też, dosłownie wszyst­ko w niej krzy­czało. Wpro­wa­dzała jakiś dziw­ny nie­pokój. Nie­ustan­nie się spie­szyła i za­wsze spóźniała.

— No, wresz­cie zna­lazłam! — za­krzyknęła z pasją. Za­war­tość jej to­reb­ki leżała roz­sy­pa­na na sto­le w sa­lo­nie. — A już myślałam, że zo­sta­wiłam go u ko­sme­tycz­ki. Spójrz, ko­cha­nie, naj­now­szy „New York Ti­mes”, a na pierw­szej stro­nie two­je zdjęcie i pod­pis: „Da­vid Sto­ne – Dzien­ni­karz Roku”. Czyż to nie uro­cze?

Ve­ro­ni­ca po­deszła do Da­vi­da i ma­chała mu przed no­sem płachtą z jego twarzą wy­dru­ko­waną na kre­do­wym pa­pie­rze naj­po­czyt­niej­szej ga­ze­ty w Sta­nach. Unie­możli­wiała mu je­dze­nie.

— Ve­ro­ni­ca, przed chwilą wróciłem do domu. Je­stem głodny. Czy mógłbym w spo­ko­ju dokończyć moją ucztę?

— Ależ oczy­wiście, ko­cha­nie. Na­prawdę cu­dow­ne zdjęcie wy­bra­li na okładkę. Wpraw­dzie widać na nim parę zmarsz­czek… — za­chi­cho­tała. — O! Jest. Na ósmej stro­nie. — Zaczęła czy­tać frag­ment ar­ty­kułu: — „Dwu­dzie­ste­go dru­gie­go czerw­ca dwa tysiące dwu­dzie­ste­go piątego roku w gma­chu ope­ry no­wo­jor­skiej Da­vid Sto­ne od­bie­rze na­grodę dla naj­lep­sze­go dzien­ni­ka­rza roku. Swo­im ta­len­tem i błysko­tli­wością spra­wił, że Ko­mi­sja jed­nogłośnie przy­znała mu to pre­stiżowe wyróżnie­nie”. Słyszałeś, ko­cha­nie? Ta­len­tem i błysko­tli­wością! Je­stem z cie­bie taka dum­na! — wes­tchnęła en­tu­zja­stycz­nie ko­bie­ta-de­mol­ka i zaczęła całować Da­vida.

— Dzięki, Ve­ro­ni­co, ale jakoś nie mam ocho­ty tam iść — po­wie­dział, próbując de­li­kat­nie uwol­nić się z jej uści­sku. — To tar­go­wi­sko próżności, fałszy­wych uśmiechów i hi­po­kry­zji. Wszy­scy będą mi mówić, jak bar­dzo się cieszą, że to właśnie mnie dali tę na­grodę, i nie­szcze­rze gra­tu­lo­wać, a w myślach prze­klną mnie na naj­bliższe tysiąc lat. Wiesz prze­cież, że nie znoszę ta­kich im­prez.

— No co ty! Nie mów tak! To twój wiel­ki dzień. Będziesz sławny, uwiel­bia­ny. Co za suk­ces! Nie możesz opuścić tej uro­czy­stości. Je­steś na niej naj­ważniej­szym gościem — zakończyła te­mat Ve­ro­ni­ca, pa­kując roz­rzu­co­ne rze­czy do to­reb­ki. — A swoją drogą, Mi­siacz­ku, to chy­ba po­win­nam się na cie­bie ob­ra­zić. Je­stem w domu już od kil­ku mi­nut, a ty nic nie po­wie­działeś na moją nową fry­zurę. Spędziłam pra­wie cały dzień u fry­zje­ra i ko­sme­tycz­ki. Na­wet so­bie nie wy­obrażasz, jak bar­dzo je­stem zmęczo­na. Ro­bert do­ra­dził mi, żebym nie zmie­niała ko­lo­ru włosów. Mówi, że są bar­dzo słabe i za­le­cił mi ku­rację wi­ta­mi­nową. Wiesz, to jakiś nowy wy­na­la­zek na­ukowców z Eu­ro­py. — Naśla­dując prze­sad­ne ru­chy mo­del­ki, po­deszła do dużego lu­stra wiszącego na ścia­nie w przejściu między sa­lo­nem a kuch­nią.

„Mi­sia­czek” – to jed­no z naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nych słów, ja­kie znał. I w do­dat­ku tym bez­na­dziej­nym słowem Ve­ro­ni­ca zwra­cała się do nie­go od za­wsze. Strasz­nie go to drażniło.

Le­d­wie zdążył przełknąć pierw­szy kęs tak wspa­nia­le pachnącego kur­cza­ka, za­dzwo­nił te­le­fon. W kie­sze­ni miał mi­nia­tu­ro­wy apa­rat wiel­kości pudełka zapałek, który służył do wy­bie­ra­nia nu­merów. Udo­sko­na­lo­ny sys­tem pod­czer­wie­ni umożli­wiał połącze­nie urządze­nia z im­plan­tem za­in­sta­lo­wa­nym w małżowi­nie usznej, służącym za słuchawkę i mi­kro­fon jed­no­cześnie. Nie do końca ufał tej no­wej tech­no­lo­gii, ale ro­zu­miał, że zmia­ny są nie­unik­nio­ne i nie da się przed nimi uciec. Po­nad rok temu pod­dał się pro­ste­mu za­bie­go­wi wsz­cze­pie­nia im­plan­tu w ucho. Małe ukłucie, porówny­wal­ne z umieszcze­niem kol­czy­ka w małżowi­nie, a ile z tym wy­go­dy. A do tego spa­dało znacz­nie ry­zy­ko za­cho­ro­wa­nia na raka mózgu, poważnego za­grożenia, które stwa­rzał sys­tem sta­rej te­le­fonii komórko­wej sprzed paru lat.

— Halo — rzu­cił z lekką iry­tacją.

— Wi­taj Da­vi­dzie, z tej stro­ny Dona Heu­ston. Właśnie czy­tam naj­now­sze­go „New York Ti­me­sa”. I co widzę! Two­je zdjęcie i in­for­mację o na­gro­dzie. Przyj­mij moje ser­decz­ne gra­tu­la­cje.

— Je­stem to­tal­nie za­sko­czo­ny. Nie spo­dzie­wałam się ta­kiej uprzej­mości z two­jej stro­ny. Dziękuję ci bar­dzo, Dona.

— Nie za­czy­naj, Da­vi­dzie. Te na­sze woj­ny są zupełnie bez­sen­sow­ne. Nie sądzisz? Pro­po­nuję za­ko­pać topór wo­jen­ny. Zgo­da przy­nie­sie więcej ko­rzyści nam oboj­gu.

— Niech tak będzie, sko­ro sama Dona Heu­ston po­kor­nie pro­si o pokój. Jakżebym mógł odmówić?

— Świet­nie, w ta­kim ra­zie spo­tka­my się wie­czo­rem na gali. Jesz­cze raz ci gra­tu­luję. Do zo­ba­cze­nia.

Ve­ro­ni­ca, gdy tyl­ko usłyszała na­zwi­sko Dony Heu­ston, prze­niosła za­in­te­re­so­wa­nie ze swo­jej no­wej fry­zu­ry na Da­vi­da.

— Czy to ta sławna Dona do cie­bie dzwo­niła? — za­py­tała pod­eks­cy­to­wa­na, wska­zując na je­den z te­le­wi­zorów, na którym naj­po­pu­lar­niej­sza od lat te­le­wi­zyj­na pre­zen­ter­ka in­for­mo­wała społeczeństwo o ak­tu­al­nej tra­ge­dii.

— Ona sama. Cie­kaw je­stem, co knu­je. Na ekra­nie może i wygląda jak uoso­bie­nie do­bro­ci, ale w rze­czy­wi­stości to żmija. Nie można jej ufać. — Da­vid odłożył te­le­fon i przełykając ślinę, zro­bił ko­lej­ne po­dejście do ko­la­cji.

— Je­steśmy ra­zem od trzech lat, a ty nie po­wie­działeś mi, że znasz Donę Heu­ston — za­uważyła z wy­rzu­tem Ve­ro­ni­ca.

— Jest jesz­cze kil­ka­set in­nych osób, które znam, a o których ci nie po­wie­działem.

Roz­drażnie­nie w Da­vi­dzie na­ra­stało. Wskazówki ze­ga­ra nie­ubłaga­nie zmie­rzające ku go­dzi­nie sie­dem­na­stej przy­po­mi­nały o uro­czy­stej gali, która roz­pocz­nie się już za dwie go­dzi­ny. Cza­su co­raz mniej, a on był kom­plet­nie nie­przy­go­to­wa­ny. Smo­king, od­da­ny wczo­raj do pral­ni, ciągle jesz­cze nie zo­stał ode­bra­ny. Na za­pro­sze­niu wyraźnie za­zna­czo­no, że inny strój nie będzie mile wi­dzia­ny. Ban­da kil­ku­set wy­fra­czo­nych pin­gwinów za­dzio­bałaby każdego in­dy­wi­du­alistę ubra­ne­go w sztruk­sową ma­ry­narkę i ulu­bio­ne je­an­sy. No i nie zamówił jesz­cze taksówki. Prze­cież nie po­je­dzie na taką uro­czy­stość swo­im BMW. Był to wpraw­dzie świet­ny mo­del, wy­po­sażony w naj­no­wo­cześniej­sze roz­wiąza­nia i wyglądający jak mo­bil z przyszłości, ale może właśnie dla­te­go nie wy­pa­dało po­ka­zać się w nim na ta­kim fe­sti­wa­lu próżności. I jesz­cze przemówie­nie, zupełnie o nim za­po­mniał. Lau­re­aci po­przed­nich edy­cji przy­go­to­wa­li mowy roz­miarów re­fe­ra­tu aka­de­mic­kie­go, w którym pod nie­bio­sa wy­no­si­li Ko­misję do spraw Mediów No­wo­cze­snych za „wie­ko­pom­ny wkład w misję in­for­ma­cyjną”, pod­kreślając ciągle rosnącą rolę środków ma­so­we­go prze­ka­zu w świe­cie. Da­vi­da, za­pra­sza­ne­go rok­rocz­nie, nie­mal za­wsze za­le­wała fala mdłości na tych od­czy­tach. Jesz­cze tyle rze­czy do zro­bie­nia, a cza­su nie­wie­le… No i kur­czak cze­ka.

Leżący na bla­cie ku­chen­ne­go stołu te­le­fon za­dzwo­nił po­now­nie.

— Słucham — warknął wyraźnie już zły dzien­ni­karz roku.

— Dzień do­bry, pa­nie Sto­ne. Tu Ste­ven Ro­gers, praw­da, właści­ciel pral­ni „Czy­ste ma­rze­nia”. Wczo­raj był pan uprzej­my oddać swój smo­king do pra­nia, praw­da, i jak widzę, nie ze­chciał go pan jesz­cze ode­brać — za­brzmiało uniżenie w mi­nia­tu­ro­wej słuchaw­ce.

— Tak wiem. Po pro­stu nie miałem wczo­raj cza­su…

— Ależ nic nie szko­dzi, pa­nie Sto­ne! Ja wszyst­ko, praw­da, ro­zu­miem. Nasi spe­cjal­ni klien­ci mają spe­cjal­ne przy­wi­le­je. Za pół go­dzi­ny mój pra­cow­nik przy­wie­zie pański smo­king, praw­da, czyściut­ki jak ma­rze­nie.

— Dziękuję panu bar­dzo. A czymże so­bie zasłużyłem na sta­tus spe­cjal­ne­go klien­ta? Prze­cież piorę u was do­pie­ro po raz pierw­szy.

— Oj, pa­nie Sto­ne — zaśmiał się pan Ro­gers te­atral­nie — już pan do­brze wie. Proszę przyjąć moje naj­szczer­sze, praw­da, gra­tu­la­cje — dodał.

— Dziękuję raz jesz­cze — zakończył roz­mowę Da­vid.

— Mam do cie­bie ogromną prośbę, ko­cha­nie. Mu­sisz mi ko­niecz­nie do­ra­dzić, w co mam się ubrać — za­szcze­bio­tała Ve­ro­ni­ca. — Cały wczo­raj­szy dzień spędziłam w Cen­trum Han­dlo­wym. Tam zupełnie nic nie ma, wy­obraź so­bie! Od­wie­dziłam chy­ba z tysiąc sklepów i właści­wie nic cie­ka­we­go nie zna­lazłam — jęknęła z niekłamaną roz­paczą w głosie.

— To ile su­kie­nek kupiłaś ? — za­py­tał Da­vid pobłażli­wie.

— Tyl­ko czte­ry — uśmiechnęła się ko­kie­te­ryj­nie i po­spie­szyła w stronę schodów pro­wadzących na drugą kon­dy­gnację ich miesz­ka­nia.

Na piętrze znaj­do­wało się pięć po­koi, trzy małe, sy­pial­ne, i dwa duże. Je­den z nich był pra­cow­nią Da­vi­da, urządzoną w sposób dość su­ro­wy jak na tak zamożnego człowie­ka. Stało tam tyl­ko sta­re, sty­lo­we biur­ko, które po­da­ro­wał mu jego oj­ciec, a na nim dwa mo­ni­to­ry, dru­kar­ka, kil­ka długo­pisów i sto­sy kar­tek pa­pie­ru, ułożone w sposób zdra­dzający przy­wiąza­nie do porządku, ale nie do pe­dan­ty­zmu. Pod oknem zasłoniętym kre­mową ro­letą leżały równo ułożone sto­sy ga­zet z po­przed­nie­go mie­siąca. Star­sze wy­rzu­cał. Dru­gi pokój należał do Ve­ro­ni­ki. Naj­ważniej­szym w nim miej­scem była służąca jako sza­fa wnęka – tak duża, jak cała pra­cow­nia Da­vi­da. Te pro­por­cje wyraźnie wska­zy­wały na prio­ry­te­ty miesz­kańców domu. Wnękę wypełniały trzy rzędy wie­szaków, ob­szer­na półka na ka­pe­lu­sze, szaf­ki na buty, od­dziel­na prze­gro­da na fu­tra i płasz­cze oraz ko­mo­da na dro­bia­zgi.

Ko­bie­ta rzu­ciła się do po­szu­ki­wa­nia czte­rech ostat­nio za­ku­pio­nych su­kie­nek, by za­pre­zen­to­wać je uko­cha­ne­mu i uj­rzeć, na wi­dok której w jego oku po­ja­wi się ten wyjątko­wy błysk ozna­czający za­chwyt.

Dzięki Bogu, pomyślał Da­vid, widząc biegnącą na górę Ve­ro­nicę, może na­resz­cie uda mi się coś zjeść. Spoj­rzał wro­go na leżący nie­da­le­ko te­le­fon, jak­by prze­czu­wając, że za chwilę znów za­dzwo­ni.

— Cho­le­ra, czy nie możecie mi dać kwa­dran­sa spo­ko­ju! — wrzasnął, prze­krzy­kując ostry dźwięk apa­ra­tu. — Cze­go! — warknął.

— Dzień do­bry, pa­nie Sto­ne — za­szem­rał je­dwa­bi­sty głos po dru­giej stro­nie li­nii. — Je­stem Do­ris Co­oper, asy­stent­ka pana Roba Do­na­va­na z biu­ra or­ga­ni­za­cyj­ne­go dzi­siej­szej gali. Chciałabym się upew­nić, czy wszyst­ko u pana w porządku i czy nic nie stoi na prze­szko­dzie pańskie­mu przy­by­ciu.

— Ach, taka mała kon­tro­la — zażar­to­wał sar­ka­stycz­nie. — Na wy­pa­dek, gdy­bym się, broń Boże, roz­myślił.

— W rze­czy sa­mej — od­parła nie­zrażona.

— Spo­koj­nie. Wszyst­ko jest OK. Mam tyl­ko mały dy­le­mat… Za­sta­na­wiam się, czy po­wi­nie­nem zamówić taksówkę czy przy­je­chać moim gar­bu­sem. Jest dość wysłużony, ale jak na ta­kie­go sta­rusz­ka całkiem nieźle się trzy­ma. Jak pani myśli? — za­py­tał Da­vid, ra­dy­kal­nie zmie­niając ton. Nie było po­wo­du, żeby się na ko­bie­cie wyżywał.

— Żółty ko­lor taksówki nie będzie pa­so­wał do czer­wo­ne­go dy­wa­nu na pod­jeździe — zde­cy­do­wała bez wa­ha­nia.

— Co za­tem pani pro­po­nu­je? — Te­raz był już roz­ba­wio­ny.

— Białą li­mu­zynę. O osiem­na­stej trzy­dzieści przyślemy po pana sa­mochód.

— Będę wdzięczny — zakończył roz­mowę.

— Mi­siacz­ku, je­steś go­to­wy na szok? — wrzasnęła z piętra Ve­ro­ni­ca.

— W two­jej obec­ności za­wsze muszę być go­to­wy na szok — mruknął półgłosem.

Ve­ro­ni­ca wol­nym kro­kiem zeszła po scho­dach. Wyglądała atrak­cyj­nie. Jak za­wsze. To, jak wygląda, li­czyło się dla niej tak bar­dzo, jak nic na świe­cie. Wygląd, jej je­dy­ne hob­by i efekt ciężkiej pra­cy, sta­no­wił dla Ve­ro­ni­ki jed­no­cześnie powód do chlu­by i głębo­kich kom­pleksów. Miała na so­bie kre­ację jej ulu­bio­ne­go pro­jek­tan­ta, Don Giu­sep­pe, guru mody i li­de­ra ko­bie­cych ran­kingów mo­do­wych. Na­zy­wała się „Pocałunek słońca”. Kre­mo­wa suk­nia z miękkie­go je­dwa­biu leżała ide­al­nie na zgrab­nej fi­gu­rze Ve­ro­ni­ki. Choć długa do ko­stek, odsłaniała sub­tel­nie nogi w wy­so­kim sek­sow­nym roz­cięciu. W głębo­kim de­kol­cie połyski­wał orien­tal­ny, złoty na­szyj­nik na cie­niut­kim łańcusz­ku, ide­al­nie uzu­pełniając ów wy­szu­ka­ny strój. Całości dopełniały mar­ko­we szpil­ki na nie­bo­tycz­nym ob­ca­sie.

— I co? — za­py­tała ko­kie­te­ryj­nie.

— Wyglądasz ślicz­nie. — Da­vid przyglądał się jej uważnie.

— Po­do­bam ci się? Na­prawdę? Chciałabym, żebyś tego wie­czo­ru był ze mnie tak dum­ny, jak ja je­stem z cie­bie.

— Jest ba­jecz­nie — szepnął, składając de­li­kat­ny pocałunek na jej jesz­cze nie­po­ma­lo­wa­nych ustach.

Gale, przyjęcia, ko­la­cje w dro­gich re­stau­ra­cjach i oczy­wiście po­ka­zy mody wy­zna­czały prze­strzeń, w której Ve­ro­ni­ca czuła się jak ryba w wo­dzie. Poza tą strefą czuła się nie­pew­nie. Tra­ciła grunt pod no­ga­mi. Gdy­by żyła w cza­sach wik­to­riańskich, z pew­nością byłaby damą dwo­ru, twier­dziła. Uwiel­biała high life. Uwiel­biała bywać i błysz­czeć. „To mi zo­stało prze­zna­czo­ne”, zwykła po­wta­rzać.

Mogła so­bie na to po­zwo­lić. Pokaźny majątek jej ojca sza­co­wa­no na okrągłą kwotę trzy­stu pięćdzie­sięciu mi­lionów do­larów. Erick Mar­co­ni był właści­cie­lem czter­dzie­stu je­den ho­te­li na wschod­nim wy­brzeżu. Po­cho­dził z ro­dzi­ny włoskich emi­grantów, którzy przy­byw­szy do wy­brzeży kon­ty­nen­tu ame­ry­kańskie­go, za­in­we­sto­wa­li wszyst­kie oszczędności w pa­pie­ry war­tościo­we. Oj­ciec Eric­ka, Leon Mar­co­ni, nie miał pojęcia o biz­ne­sie. Miał za to jedną rzadką cechę – był upar­ciu­chem uwiel­biającym iść pod prąd. W tam­tym okre­sie wszy­scy ma­so­wo ku­po­wa­li ak­cje na giełdzie, licząc na dwu­dzie­sto-, no może trzy­dzie­sto­pro­cen­to­we w ska­li roku zy­ski. On, wbrew tren­do­wi, wszyst­ko, co miał, ulo­ko­wał w fun­du­szach długo­ter­mi­no­wych. Pamiętny czar­ny czwar­tek1, kie­dy to w ciągu kil­ku go­dzin wie­lu lu­dzi stra­ciło do­ro­bek całego życia, gdy z hu­kiem spadły ceny prak­tycz­nie wszyst­kich ak­cji, ob­ra­cając w pył lśniący par­kiet ame­ry­kańskiej giełdy, nie zmiótł ani Le­ona, ani jego pie­niędzy. Kie­dy w następnych mie­siącach giełda zaczęła od­ra­biać stra­ty, nie po­ja­wiło się na niej na­zbyt wie­lu gra­czy. Spo­ra ich część do­ko­nała żywo­ta w po­bli­skich rze­kach albo na sznu­rze prze­rzu­co­nym przez gałęzie oko­licz­nych drzew. Wówczas Leon wy­co­fał pie­niądze z fun­du­szy i po­sta­wił wszyst­ko na ak­cje małej fir­my sa­mo­cho­do­wej, o której działalności nie miał oczy­wiście bla­de­go pojęcia. Spodo­bała mu się po pro­stu włosko brzmiąca na­zwa. Oka­zało się wkrótce, że był to strzał w dzie­siątkę. W ciągu trzech lat po­mnożył za­in­we­sto­wa­ne pie­niądze aż piętna­sto­krot­nie. Kupił za nie mały ho­tel w cen­trum No­we­go Jor­ku. I tak przez lata powiększał ka­pi­tał i bu­do­wał nowe ho­tele. Kie­dy umarł, majątek odzie­dzi­czył Erick. Zdołał go już po­dwoić. I pew­nie byłby jed­nym z najszczęśliw­szych lu­dzi w całych Sta­nach Zjed­no­czo­nych, gdy­by nie fakt, że nie do­cze­kał się spad­ko­bier­cy. Ve­ro­ni­ca, je­dy­ne dziec­ko bo­ga­te­go ho­telarza, była jego oczkiem w głowie, ale nie miała, nie­ste­ty, żyłki do in­te­resów. Zaj­mo­wało ją tyl­ko pro­jek­to­wa­nie wnętrz w ho­telach ojca i moda. Wszyst­ko inne uważała za nud­ne i ze wzgardą zrzu­cała na bar­ki ku­cha­rek i sprząta­czek. Da­vi­da po­znała pod­czas wy­wia­du, który prze­pro­wa­dzał z jej oj­cem. Szyb­ko zde­cy­do­wa­li się za­miesz­kać ra­zem.

Da­vid podjął ko­lejną próbę zje­dze­nia ko­la­cji. Kie­dy tyl­ko usiadł do stołu, roz­legł się dzwo­nek do drzwi.

— Ja otworzę! — Ve­ro­ni­ca już biegła do hol­lu.

— Dzień do­bry — przy­wi­tał się mężczy­zna ubra­ny w ko­szulkę z na­pi­sem „Czy­ste ma­rze­nia”. — Mam dla pana Sto­ne’a prze­syłkę z pral­ni.

— Ko­cha­nie! Smo­king przy­wieźli! — krzyknęła i po­frunęła na górę, żeby poświęcić się żmud­nej sztu­ce nakłada­nia ma­ki­jażu.

Dwa głębo­kie wde­chy i wy­de­chy były roz­pacz­liwą próbą za­pa­no­wa­nia nad sobą. Da­vid jesz­cze nie po­go­dził się z myślą, że wszyst­ko tego dnia sprzy­sięgło się prze­ciw­ko nie­mu i jego ko­la­cji.

Za­pro­sił posłańca do środ­ka. — Ile je­stem wi­nien?

— Sto piętnaście do­larów. — Wyjął z tor­by podręczny ska­ner i prze­sunął urządze­nie nad wewnętrzną stroną dłoni Da­vi­da. Ska­ner ostrym pi­skiem za­sy­gna­li­zo­wał ukończe­nie trans­ak­cji. Mężczy­zna z uśmie­chem wręczył dzien­ni­ka­rzo­wi wi­zytówkę fir­my:

— Będzie­my szczęśliwi, jeśli ze­chce pan sko­rzy­stać po­now­nie z na­szych usług.

— Dziękuję.

— Mógłbym pana pro­sić o au­to­graf? Dla córki — za­py­tał nieśmiało, wyciągając z tor­by eg­zem­plarz „New York Ti­me­sa”.

No, no. To całkiem miły epi­zod, pomyślał Da­vid. Au­to­graf dla pra­cow­ni­ka pral­ni jako początek nie­przy­zwo­icie wiel­kiej po­pu­lar­ności. Był roz­po­zna­wal­ny i do­tych­czas, ale dzien­ni­ka­rzy rzad­ko pro­si się o au­to­gra­fy. Najczęściej pro­si się ich o to, żeby wy­szli albo nie wty­ka­li nosa w nie swo­je spra­wy. Pod­pi­sał się na ga­ze­cie.

Spoj­rzał na swoją dłoń, za po­mocą której do­ko­nał przed chwilą fi­nan­so­wej trans­ak­cji, i uświa­do­mił so­bie, że od­czu­wa w niej lek­ki, ale nie­przy­jem­ny ból. Ten dys­kom­fort to­wa­rzy­szył mu już od kil­ku ty­go­dni, ale był na tyle niekłopo­tli­wy, że o nim za­po­mi­nał.

Bli­zna po za­bie­gu była już prak­tycz­nie nie­wi­docz­na. Dwa lata temu w szpi­ta­lu miej­skim pod­dał się wsz­cze­pie­niu chi­pa pod skórę wewnętrznej części pra­wej dłoni. Za­bieg nie był bo­le­sny. Był wy­ko­ny­wa­ny za po­mocą małego urządze­nia w kształcie biu­ro­we­go zszy­wa­cza. Je­den strzał i po wszyst­kim. Przez następne dwa ty­go­dnie należało zażywać ta­blet­ki prze­ciw­za­pal­ne za­po­bie­gające in­fek­cji.

Chip za­in­sta­lo­wa­ny w dłoni zastępował wszyst­ko to, co do­tych­czas nosiło się w port­fe­lu: kartę kre­dy­tową, pie­niądze, dowód tożsamości, pra­wo jaz­dy, pasz­port, a na­wet kartę stałego klien­ta w po­bli­skim su­per­mar­ke­cie. Chip za­wie­rał również hi­sto­rię chorób jego po­sia­da­cza, którą – po prze­ska­no­wa­niu dłoni – można było wyświe­tlić na mo­ni­to­rze każdego ga­bi­ne­tu le­kar­skie­go. Dawał i inne możliwości, na przykład zlo­ka­li­zo­wa­nia de­li­kwen­ta przez sys­tem sa­te­li­tar­ny w każdym miej­scu na świe­cie, z dokładnością do dzie­sięciu metrów. Prze­kaz in­for­ma­cji między chi­pem a kom­pu­te­rem był dwu­stron­ny, co ozna­czało, że można było nie tyl­ko od­czy­ty­wać za­pi­sa­ne na nim in­for­ma­cje za po­mocą ska­ne­ra, ale też do­da­wać nowe. Pie­niądze w tra­dy­cyj­nej po­sta­ci prak­tycz­nie już nie ist­niały w Sta­nach. Wszyst­kie trans­ak­cje prze­pro­wa­dza­no elek­tro­nicz­nie: Ręka – ska­ner – pik­nięcie – dziękuję. Każdy sklep, każdy przed­siębior­ca czy usługo­daw­ca, jed­nym słowem wszy­scy pro­wadzący jakąkol­wiek działalność, mu­sie­li mieć sprzęt do od­czy­tu in­for­ma­cji z dłoni. I wszy­scy mu­sie­li mieć chi­py. La­tem 2015 roku rząd wydał ustawę ob­li­gującą każdego oby­wa­te­la do pod­da­nia się w naj­bliższym punk­cie me­dycz­nym nie­odpłat­ne­mu za­bie­go­wi umiesz­cze­nia urządze­nia wiel­kości zia­ren­ka ryżu w swo­jej dłoni. Nie­prze­kra­czal­nym ter­mi­nem było piętnaście mie­sięcy. Za­ko­do­wa­nie chi­pa, za­pis in­for­ma­cji i wszczepie­nie zaj­mo­wało pół go­dzi­ny. Za­an­gażowa­ny był w to za­da­nie cały per­so­nel me­dycz­ny kra­ju. Tak ogrom­ne przed­sięwzięcie prze­bie­gało jed­nak bar­dzo spraw­nie dzięki kon­se­kwent­nej pra­cy lo­gi­stycz­nej tysięcy lu­dzi na całym świe­cie, pra­cujących nad wdrożeniem wy­na­laz­ku.

Naj­ważniej­szym i najtrudniej­szym eta­pem prac było stwo­rze­nie gi­gan­tycz­nej bazy da­nych, za­wie­rającej kom­plet­ne in­for­ma­cje o każdym dosłownie człowie­ku na świe­cie. Do jej utwo­rze­nia po­trzeb­ny był su­per­kom­pu­ter. I taki zbu­do­wa­no. Jesz­cze w la­tach osiem­dzie­siątych XX wie­ku roz­poczęły się pra­ce nad stwo­rze­niem pro­to­ty­pu. Sze­fem pro­jek­tu był dok­tor Grieg Ste­in­feld, Nie­miec z po­cho­dze­nia, dy­rek­tor Między­na­ro­do­we­go In­sty­tu­tu Fi­zy­ki Sto­so­wa­nej w Bruk­se­li. Był sy­nem ge­ne­rała Jo­se­pha Ste­in­felda, kie­row­ni­ka taj­nej Jed­nost­ki Badań Na­uko­wych III Rze­szy, której w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej przy­zna­no naj­wyższy sta­tus utaj­nie­nia i pod­le­gającej bez­pośred­nio Hi­tle­ro­wi. Na­wet Him­m­ler nie miał do niej dostępu. Po upad­ku Adol­fa Hi­tle­ra ślad po ge­ne­rale za­ginął.

Dok­tor Grieg Ste­in­feld poświęcił całe życie pra­cy nad su­per­kom­pu­te­rem. W 1983 roku do­ko­na­no pierw­szej próby jego uru­cho­mie­nia. Pro­to­typ był ogrom­ny. Zaj­mo­wał trzy przy­sto­so­wa­ne od­po­wied­nio piętra In­sty­tu­tu. Wy­ma­gał jesz­cze wie­lu ulep­szeń, ale sta­no­wił praw­dzi­wy przełom: epo­ka chipów prze­stała być mrzonką. Sta­wała się rze­czy­wi­stością.

Obec­ny, udo­sko­na­lo­ny sys­tem działał bar­dzo spraw­nie. Każdy z pięciu kon­ty­nentów obsługi­wa­ny był przez kom­pu­ter cen­tral­ny. Ame­ry­kański pierw­szy znaj­do­wał się w No­wym Jor­ku, ame­ry­kański dru­gi – w Bu­enos Aires, eu­ro­pej­ski – w Bruk­se­li, azja­tyc­ki – w To­kio i au­stra­lij­ski – w Syd­ney. Po­nad­to od­dziel­ny ser­wer miał każdy kraj, re­gion, stre­fa i mia­sto. Każdemu człowie­ko­wi na zie­mi przy­pi­sa­no in­dy­wi­du­al­ny nu­mer będący kom­bi­nacją sześciu liczb po trzy cy­fry. Każda se­kwen­cja roz­po­czy­nała się od trzech szóstek umożli­wiających wejście do sys­temu, dru­ga trójka uru­cha­miała kom­pu­ter kon­ty­nentalny, trze­cia – była właściwa dla kom­pu­tera kra­jo­we­go, czwartą przy­porządko­wa­no kom­pu­terowi re­gionu, piątą – kom­pu­terowi stre­fy, a ostat­nia, szósta trójka, uru­cha­miała kom­pu­ter mia­sta. W ten oto sposób każdy otrzy­mał swój nu­mer. Nikt nie mógł prześli­zgnąć się nie­zau­ważony. Nie było ta­kiej możliwości. Nie mogło też za­braknąć nu­merów: trzy dni po śmier­ci ja­kie­goś oby­wa­te­la, in­for­ma­cje za­war­te pod jego nu­merem były ka­so­wa­ne, a nu­mer otrzy­my­wał inny oby­wa­tel.

Rok to wy­star­czająco długi okres, by za­pa­miętać swój nu­mer. Nu­mer Da­vi­da to 666 125 428 120 221 118.

Ból ręki nie był zbyt in­ten­syw­ny, ale do­kucz­li­wy. Sto­ne wyjął z ap­tecz­ki maść i dokład­nie wma­so­wał ją w dłoń. Za pół go­dzi­ny po­win­no przejść.

Wresz­cie kil­ka mi­nut dla mnie, pomyślał, uśmie­chając się lek­ko kąci­kiem ust. Uśmiech szyb­ko zniknął z jego twa­rzy na wi­dok kur­cza­ka. Zdążył wy­stygnąć do cna, a zim­ny był do ni­cze­go. Z doświad­cze­nia wie­dział, że sma­ko­wałby jak kapeć. Zresztą, jak tu jeść kur­cza­ka, kie­dy ma się ręce uba­bra­ne maścią znie­czu­lającą.

Ze­gar po­ka­zy­wał go­dzinę osiem­nastą. Postęp w sa­mo­ist­nym roz­wiązy­wa­niu się pro­blemów związa­nych z galą przy­niósł odro­binę ulgi skołata­nym ner­wom Da­vi­da.

Praw­do­po­dob­nie nie­mały w tym udział miała też dru­ga już szklan­ka porządnie schłod­zo­nej whi­sky, którą się właśnie ra­czył, za­sia­dając na­prze­ciw te­le­wi­zorów. Nie sku­piał uwa­gi na jed­nym. Co kil­ka­naście se­kund jego wzrok prze­ska­ki­wał z wia­do­mości na te­le­dysk, le­d­wie za­trzy­mał się na sce­nie pocałunku między ak­to­ra­mi ko­me­dii ro­man­tycz­nej, a już za chwilę po­wra­cał do wia­do­mości.

Miał po­dzielną uwagę. To niezbędna ce­cha każdego dzien­ni­ka­rza, a zwłasz­cza Dzien­ni­ka­rza Roku. Je­dy­nie w pierw­szym okre­sie swo­jej ka­rie­ry, kie­dy pra­co­wał w małym piśmie ka­to­lic­kim, miał ten kom­fort, że mógł się zaj­mo­wać tyl­ko jedną sprawą. Po jej za­mknięciu sięgał po następną. Nig­dy wówczas nie zda­rzyło mu się pro­wa­dzić kil­ku te­matów jed­no­cześnie. Pra­co­wał tam dwa lata. W re­dak­cji ty­go­dni­ka „Mo­dern Ca­tho­lic” sta­wiał pierw­sze kro­ki w świe­cie mediów. Jako stażysta nie miał dostępu do sen­sa­cji mrożących krew w żyłach. Zresztą ty­go­dnik rzad­ko ta­kie te­maty za­miesz­czał. Pi­smo miało pro­fil w dużej mie­rze for­ma­cyj­ny. Sta­li czy­tel­ni­cy ocze­ki­wa­li, że będzie pro­pa­go­wało określone war­tości i dla tych war­tości je ku­po­wa­li. Nie­ste­ty, licz­ba za­in­te­re­so­wa­nych te­matyką re­li­gijną re­gu­lar­nie top­niała i pi­smo zban­kru­to­wało. Da­vid szcze­rze tego żałował. Nie za­ra­biał wie­le, ale at­mos­fe­ra pra­cy w re­dak­cji była bar­dzo ludz­ka, cze­go już nie doświad­czył nig­dzie in­dziej. Tu właśnie szli­fo­wał swój warsz­tat pi­sar­ski, tu zdo­był sporą wiedzę na te­mat dok­try­ny chrześcijańskiej i Kościoła ka­to­lic­kie­go.

Czy był ka­to­li­kiem? Trud­no po­wie­dzieć. Obec­nie nie przykładał wiel­kiej wagi do kwe­stii re­li­gij­nych. Czas mu na to nie po­zwa­lał. Jed­nak pew­ne za­sa­dy mo­ral­ne, które za­szcze­piła mu pra­ca w „Mo­dern Ca­tho­lic”, po­zo­stały w nim i nie­jed­no­krot­nie od­gry­wały roz­strzy­gającą rolę w wątpli­wych etycz­nie sy­tu­acjach życio­wych.

Przez wie­le następnych lat pra­co­wał w te­le­wi­zji, wspi­nając się po ko­lej­nych szcze­blach ka­rie­ry. Początko­wo jako re­por­ter lo­kal­nych wia­do­mości, po­tem jako pre­zen­ter w stu­dio. Poważny wy­pa­dek wstrzy­mał tę wspi­naczkę. Re­ha­bi­li­ta­cja trwała okrągły rok, ale wrócił do za­wo­du. Zajął się pracą w reżyser­ce. Zo­stał asy­sten­tem reżyse­ra sta­cji „New York 24”, co ozna­czało, że był człowie­kiem do wszyst­kie­go: ka­me­rzystą, dźwiękow­cem, mon­tażystą. Sześć lat w te­le­wi­zji dało mu porządnie w kość. W taki sposób mogą funk­cjo­no­wać je­dy­nie ci, którzy nie mają życia oso­bi­ste­go i nie śmią o nim ma­rzyć.

Ko­lej­ne trzy lata był me­nadżerem w ra­diu „Jazz FM”. Raz w ty­go­dniu pro­wa­dził trzy­go­dzinną au­dycję o hi­sto­rii mu­zy­ki. W porówna­niu do te­le­wi­zyj­ne­go wyścigu ra­dio było za­le­d­wie prze­bieżką. Od­po­czy­wał tam. Za­letą i jed­no­cześnie wadą tej pra­cy była sta­bi­li­za­cja. W miarę re­gu­lar­ny czas pra­cy, wie­le mo­no­ton­nych, a wręcz pełnych le­ni­stwa dni bu­dziło w nim pra­gnie­nie wy­zwań. I do­stał, cze­go chciał. Pew­ne­go gorącego lip­co­we­go dnia za­dzwo­nił asy­stent Mor­ga­na Ro­oneya, re­dak­to­ra na­czel­ne­go „New York Ti­me­sa”, z ofertą pra­cy. Da­vid przyjął ją bez wa­ha­nia. Zo­stał re­por­te­rem działu po­li­tycz­ne­go, po roku awan­so­wał na zastępcę sze­fa działu, a obec­nie od dwóch lat był sze­fem tego działu.

Znużyła go ka­ko­fo­nia dźwięków do­bie­gających z te­le­wi­zorów. Wyłączył je i puścił Bar­ry’ego Whi­te’a. Czas biegł nie­ubłaga­nie. Naj­wyższa pora włożyć smo­king i przy­go­to­wać się psy­chicz­nie do gali. Spo­wol­nio­ne ru­chy, opusz­czo­ne ra­mio­na, ciężkie wes­tchnie­nie, kwaśna mina – wszyst­ko to wyraźnie do­wo­dziło jego niechęci na samą myśl o cze­kającym go długim wie­czo­rze wśród śmie­tan­ki to­wa­rzy­skiej No­we­go Jor­ku. Sku­pił się na przemówie­niu. Najchętniej wy­garnąłby im wszyst­kim, że są bandą żerującą na ludz­kich dra­ma­tach, zresztą tak jak i on sam, że wca­le go nie cie­szy to wyróżnie­nie, że ono nie jest dla nie­go żad­nym za­szczy­tem. To nie był do­bry za­rys przemówie­nia.

Po­wszech­nie sądzi się, że grze­chem śmier­tel­nym jest kry­ty­ko­wa­nie własne­go śro­do­wi­ska za­wo­do­we­go. Da­vid miał gdzieś tę za­sadę. Zbyt dużo wie­dział, zbyt dużo wi­dział. Znał większość wpływo­wych lu­dzi w tym kra­ju: dzien­ni­ka­rzy, pre­zen­terów, re­dak­torów na­czel­nych, in­we­storów i po­li­tyków. Pra­co­wał z nimi, ale nie­wie­lu sza­no­wał.

Po­wi­nie­nem za­dzwo­nić do Lin­dy, pomyślał. Wy­brał jej nu­mer.

— Cześć, Lin­da. Nie mam pojęcia, jak to zro­bisz, ale ko­niecz­nie umów mnie na ju­tro z Pa­tric­kiem Boh­rem, tym od Kon­sor­cjum Ba­bel. Po­trze­bu­je­my wy­wia­du z nim do następne­go nu­me­ru.

— Cześć. Prze­cież wiesz, że to nie­możliwe. Każda ga­ze­ta w Sta­nach próbuje go dopaść i żad­nej się to jesz­cze nie udało. Na ja­kiej pod­sta­wie sądzisz, że mi się to uda?

— Uda się. Zo­ba­czysz. Pra­cuję nad tym już parę mie­sięcy. — W jego głosie za­brzmiała ogrom­na pew­ność sie­bie.

— Kie­dy dzwo­nię do jego biu­ra, za­wsze odkładają słuchawkę, gdy tyl­ko wymówię tytuł na­szej ga­ze­ty.

— Ten fa­cet z pew­nością ma coś do ukry­cia, sko­ro nie chce roz­ma­wiać z dzien­ni­ka­rza­mi. Mu­si­my zmie­nić tak­tykę. — Za­milkł na chwilę. Szu­kał w głowie ja­kie­goś podstępu. — Po­wiedz im, że je­stem pre­ze­sem Fe­de­ral­ne­go Urzędu Ochro­ny Kon­ku­ren­cji. Od­kry­liśmy pew­ne nie­pra­widłowości w jego fir­mie i chciałbym je z nim wyjaśnić. Po­win­no za­działać.

— Do­brze. Jak chcesz. Ale jak się Mor­gan o tym do­wie, to…

— To co? — prze­rwał jej w pół słowa. — Prze­sta­nie mnie lubić?

Zaśmia­li się obo­je.

— Go­dzi­na jest nie­istot­na. Do­sto­suję się do nie­go. Bądź prze­ko­nująca.

— Po­wo­dze­nia na gali, Da­vi­dzie. — Lin­da odłożyła słuchawkę.

Gala! „Pa­nie i Pa­no­wie. Ta przeświet­na uro­czy­stość…”. Nie. Za bar­dzo li­zu­sow­skie. „Sza­now­ni Państwo, mam ogrom­ny za­szczyt ode­brać na­grodę…”. To też bez sen­su.

Sto­ne układał w głowie tekst przemówie­nia, do­pra­co­wując przed lu­strem szczegóły swe­go wyglądu. W smo­kin­gu pre­zen­to­wał się na­prawdę ele­ganc­ko. Ide­al­nie układał się na jego szczupłej syl­wet­ce. Czerń je­dwa­biu połyski­wała ciepło. Współgrała z ko­lo­rem włosów, których długość nie mieściła się w ka­te­go­rii „krótkie”, ale też nie prze­kra­czała ka­te­go­rii „za długie”. Za­cze­sa­ne do tyłu, do­da­wały Da­vi­do­wi po­wa­gi. I tak już wy­so­ki, zy­skał do­dat­ko­we dwa cen­ty­me­try dzięki ob­ca­som la­kierków.

— Ve­ro­ni­ca! — zawołał. — Po­spiesz się! Za kwa­drans przy­je­dzie li­mu­zy­na.

— Możesz tu przyjść, Mi­siacz­ku? Włos mi się wkręcił w na­szyj­nik. Nie mogę so­bie po­ra­dzić.

Scho­dzi­li po scho­dach, kie­dy usłysze­li klak­son. Da­vid ostat­ni raz rzu­cił okiem na swo­je od­bi­cie w lu­strze.

Li­mu­zy­na cze­kała na pod­jeździe apar­ta­men­tow­ca Sto­ne’a, go­to­wa za­wieźć ich tam, gdzie pod sto­py gości rzu­co­no czer­wo­ny dy­wan.

Roz­dział 2MA­SKI SPA­DAJĄ

Tłumy fo­to­re­por­terów już od go­dzi­ny cze­kały przed wejściem do gma­chu Me­tro­po­li­tan Ope­ra2. Spo­dzie­wa­no się sa­mych sław, lu­dzi z pierw­szych stron ga­zet. Uro­czy­stość tej ran­gi wy­ma­gała szczególnych środków ostrożności, dla­te­go spośród chma­ry sępów obiek­ty­wu tyl­ko nie­licz­ni do­sta­li od Ko­mi­sji do spraw Mediów No­wo­cze­snych imien­ne wejściówki. Wśród gapiów sta­li gęsto roz­sta­wie­ni, ubra­ni w czar­ne gar­ni­tu­ry pra­cow­ni­cy fir­my ochro­niar­skiej, którzy do­ci­skając pal­cem le­wej ręki mi­krosłuchawkę w uchu, rozglądali się wokół uważnie, wy­pa­trując oznak ja­kie­go­kol­wiek nie­bez­pie­czeństwa. Co kil­ka mi­nut na pod­jeździe po­ja­wiała się li­mu­zy­na i na czer­wo­ny dy­wan w błysku fle­szy wkra­czała ni­czym bóstwo z Olim­pu ko­lej­na oso­bi­stość, roz­dając uśmie­chy, po­zdra­wiając unie­sioną ręką szpa­ler re­por­terów. U szczy­tu schodów uczest­ników gali witał oso­biście Mark Pot­ter, dy­rek­tor ope­ry, obok którego stała Pa­try­cja, jego asy­stent­ka, dys­kret­nie pod­po­wia­dając mu per­so­na­lia gościa. W tym roku nie­mal wszy­scy po­twier­dzi­li swe przy­by­cie. Je­dy­nie Pa­trick Bohr wymówił się ważnymi spra­wa­mi, jak to ujął, na­tu­ry za­wo­do­wej. Wśród za­pro­szo­nych był bur­mistrz No­we­go Jor­ku z żoną, sześciu kon­gres­menów, w tym prze­wod­niczący se­nac­kiej Ko­mi­sji do spraw Mediów No­wo­cze­snych, am­ba­sa­do­ro­wie Ka­na­dy i Mek­sy­ku, me­tro­po­li­ta No­we­go Jor­ku kar­dy­nał Ro­gers, wszy­scy człon­ko­wie Ko­mi­sji do spraw Mediów No­wo­cze­snych, właści­cie­le i pre­ze­si naj­większych sta­cji te­le­wi­zyj­nych w kra­ju, re­dak­to­rzy na­czel­ni no­wo­jor­skich ga­zet, przed­sta­wi­cie­le lo­kal­nych mediów, in­we­sto­rzy i ob­ser­wa­to­rzy uro­czy­stości.

Li­mu­zy­na Sto­ne’a dojeżdżała na miej­sce.

— Wspa­nia­le wyglądasz, ko­cha­nie — szepnęła Ve­ro­ni­ca, ocze­kując po­dob­ne­go kom­ple­men­tu ze stro­ny Da­vi­da.

Mil­czał. Był w podłym na­stro­ju. Żałował, że wypił wcześniej te dwie szkla­necz­ki whi­sky. I to na pu­sty żołądek. Te­raz głód dawał o so­bie znać. I cho­ciaż wy­da­wał się zupełnie nie­istot­ny w kon­tekście tak uro­czy­stej chwi­li, drażnił. Po­czuł mdłości na myśl, że za chwilę będzie mu­siał wysiąść, przy­brać uprzej­my wy­raz twa­rzy i sta­wić czoła całemu temu to­wa­rzy­stwu. Miał jesz­cze przed ocza­mi twarz ko­bie­ty ze sta­re­go for­da, który za­trzy­mał się obok jego li­mu­zy­ny na czer­wo­nym świe­tle. Było w niej coś in­try­gującego. A może to tyl­ko przy­wi­dze­nie wywołane krążącymi w żyłach pro­mi­la­mi? Nie miał pew­ności.

Do­bre ma­nie­ry nie były jego naj­moc­niejszą stroną. Dużo można by po­wie­dzieć o Da­vi­dzie, ale na pew­no nie to, że jest „całkiem miłym fa­ce­tem”. W branży miał opi­nię wy­niosłego non­kon­for­mi­sty. Pro­gra­mo­we nie­posłuszeństwo wo­bec przełożonych i wy­so­ki po­ziom pro­fe­sjo­na­li­zmu spra­wiał, że jego szef, Mor­gan Ro­oney, nie po­tra­fił określić jed­no­znacz­nie swo­je­go sto­sun­ku do Sto­ne’a: czy ko­cha go za te­ma­ty, których do­star­cza, czy nie­na­wi­dzi za sposób by­cia i nie­sub­or­dy­nację.

Drgnął, gdy li­mu­zy­na się za­trzy­mała i ciem­noskóry młodzie­niec w białej ma­ry­nar­ce otwo­rzył przed nim drzwi. Oślepiły ich błyskające wokół fle­sze. Wszyst­kie oczy skie­ro­wa­ne były na ho­no­rową parę. Ve­ro­ni­ca za­trzy­mała się, po­zując do zdjęć. Czuła się wspa­nia­le. Przez całe swo­je życie ma­rzyła o po­dob­nej sce­nie. Wi­dy­wała ta­kie w fil­mach i w plot­kar­skich ma­ga­zy­nach. Te­raz ona sama stała na czer­wo­nym dy­wa­nie, w świe­tle re­flek­torów i w sa­mym cen­trum wy­da­rzeń. Da­vid nie silił się na uśmiech. Uniósł je­dy­nie rękę do góry w kur­tu­azyj­nym geście przy­wi­ta­nia i ująwszy Ve­ro­nicę za łokieć, szyb­kim kro­kiem pod­szedł do Mar­ka Pot­te­ra.

— Ser­decz­nie wi­ta­my, pa­nie Sto­ne. Czu­je­my się za­szczy­ce­ni, że możemy gościć Dzien­ni­ka­rza Roku. Za­pra­sza­my. Ho­stes­sa wskaże państwu drogę.

— Dziękuję. Cieszę się, że mogę tu być — skłamał Sto­ne.

W holu bu­dyn­ku przy­wi­tała ich ho­stes­sa, roz­ciągając mięśnie twa­rzy w wyćwi­czo­nym uśmie­chu.

— Proszę tędy. — Wy­stu­dio­wa­nym ge­stem wska­zała im wejście na salę.

— Je­stem taka pod­eks­cy­to­wa­na, Mi­siacz­ku! Co za wspa­niała uro­czy­stość! A wi­działeś tych wszyst­kich fo­to­grafów? Wiesz, je­den z nich po­wie­dział, że je­stem najład­niejszą ko­bietą na gali.

— Wszyst­kim to mówią. Gość do­sta­je tan­det­ny kom­ple­ment, a oni lep­sze ujęcie. To za­wsze działa.

Ve­ro­ni­ce zro­biło się przy­kro.

— To było złośliwe, Da­vi­dzie. Prze­cież oni wszy­scy przy­je­cha­li tu z two­je­go po­wo­du. To two­je święto, a ty masz minę jak ska­za­niec — stro­fo­wała go szep­tem i nie oglądając się na jego re­akcję, kon­ty­nu­owała roz­ma­rzo­nym to­nem. — Ja w każdym ra­zie je­stem z cie­bie bar­dzo dum­na i… wiesz, co so­bie pomyślałam? Że gdy­byś po­pro­sił mnie o rękę, to bym się zgo­dziła.

Da­vid za­wsty­dził się sam przed sobą tego, co w tej chwi­li pomyślał.

— Co mówiłaś? Nic nie słychać w tym kosz­mar­nym hałasie! — skłamał gładko. Nie za­mie­rzał po­dej­mo­wać te­ma­tu. Li­czył na to, że Ve­ro­ni­ca nie zdąży powtórzyć swo­jej ofer­ty. Nie prze­li­czył się. Do­strzegł zbliżającego się w ich stronę Mor­ga­na Ro­oneya.

— Przyj­mij moje gra­tu­la­cje, Da­vi­dzie — wołał już z da­le­ka. — Wiesz, jaki to pre­stiż dla re­dak­cji, że jej dzien­ni­karz do­stał tę na­grodę! W dzie­sięcio­let­niej tra­dy­cji kon­kur­su je­steś pierw­szym na­grodzonym dzien­ni­karzem „New York Ti­me­sa”. — Na­czel­ny pro­mie­niał ze szczęścia i dawał wy­raz radości, me­to­dycz­nie po­kle­pując ramię Da­vi­da. Na­gle ści­szył głos. — Coś ci zdradzę. To in­for­ma­cja po­uf­na. Za­cho­waj ją dla sie­bie. CNN za­ofe­ro­wało ko­mi­sji dzie­sięć ba­niek za prze­for­so­wa­nie kan­dy­da­tu­ry ich człowie­ka. Do­wie­działem się przed chwilą. Oczy­wiście, nie ma mowy o ko­rup­cji, bo ofi­cjal­nie miała to być do­ta­cja wspie­rająca sta­tu­to­we cele ko­mi­sji. Coś poszło nie tak, no i wy­bra­li cie­bie, ty­gry­sie. — Uścisnął dłoń Da­vi­da i od­szedł po­spiesz­nie rozgłaszać da­lej tę po­ufną wia­do­mość.

Mor­gan Ro­oney zbliżał się do sześćdzie­siątki. Ob­se­syj­nie dbał o swój wi­ze­ru­nek. Dwóch spe­cja­listów od pu­blic re­la­tions nie­ustan­nie ana­li­zo­wało każde słowo i gest sze­fa naj­większej ga­ze­ty w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Ta bez­u­stan­na kon­tro­la nad naj­mniej­szym dro­bia­zgiem spra­wiała, że w każdej en­cy­klo­pe­dii pod hasłem „po­praw­ność po­li­tycz­na” można by za­mieścić jego zdjęcie. Każde za­gad­nie­nie mu­siał prze­myśleć set­ki razy, i nig­dy nie po­dej­mo­wał ry­zy­kow­nych de­cy­zji. Utrzy­ma­nie do­brej mar­ki ga­ze­ty było dla nie­go naj­ważniej­sze, a jego życio­wa de­wi­za brzmiała: „Ści­gaj skan­da­le u in­nych, sam się ich nie do­pusz­czaj”.

Mo­nu­men­tal­na sala kon­cer­to­wa wyglądała im­po­nująco. Am­fi­te­atr płonął ośle­piającym bla­skiem ju­pi­terów. Naj­bar­dziej wy­eks­po­no­waną część sce­ny, prze­zna­czoną zwy­kle dla dy­ry­gen­ta, zaj­mo­wał tym­cza­so­wo kon­fe­ran­sjer. Na za­ple­czu uwi­ja­li się lu­dzie od nagłośnie­nia, oświe­tle­nia i cze­go tam jesz­cze. Ka­me­rzyści pra­co­wa­li gorączko­wo, sta­rając się być w co naj­mniej dwóch miej­scach jed­no­cześnie.

Te­atry ope­ro­we całego świa­ta mają w so­bie pewną magię, ale bez aku­stycz­nej wie­dzy ich ge­nial­nych bu­dow­ni­czych po­zo­stałyby głuche. W Me­tro­po­li­tan Ope­ra, te­atrze mu­zycz­nym o naj­większej na świe­cie licz­bie miejsc, aku­sty­ka na­prawdę robi wrażenie.

Dzien­ni­ka­rza Roku i jego to­wa­rzyszkę uho­no­ro­wa­no miej­sca­mi w loży głównej. Pro­wa­dziła ich tam ho­stes­sa, gdy na­tknęli się na kon­gres­me­na Pe­te­ra Ray­ana, wi­ce­prze­wod­niczącego se­nac­kiej Ko­mi­sji do spraw Mediów No­wo­cze­snych.

— No, no! Kogóż to moje oczy widzą! Dzien­ni­karz Roku we własnej oso­bie! Moje gra­tu­la­cje, Sto­ne.

Da­vid utonął w niedźwie­dzim uści­sku spo­co­ne­go, otyłego ol­brzy­ma. Le­d­wie zdołał się uwol­nić od jego ka­resów. Ta­jem­nicą po­li­szy­ne­la były ho­mo­sek­su­al­ne ciągoty kon­gres­me­na.

— Nic nie mów! — za­krzyknął. — Two­ja mina mówi sama za sie­bie. Bar­dzo się cie­szysz, jak widzę, to­wa­rzy­stwem tych wszyst­kich snobów. — Przy oka­zji… — zająknął się, ści­szył głos. — Nie miałem jesz­cze spo­sob­ności ee… po­dziękować ci za przysługę. Gdy­by to się roz­niosło… Sam wiesz, ja­kie mogłyby być ee… kon­se­kwen­cje. Je­stem two­im dłużni­kiem. Umiem się od­wdzięczyć za ee…, że tak to ujmę, dys­krecję. Uważajmy tę sprawę za za­mkniętą. Tym­cza­so­wo — dokończył po­spiesz­nie na wi­dok pod­chodzącego do nich prze­wod­niczącego Ko­mi­sji do spraw Mediów No­wo­cze­snych, pod­sta­rzałego dan­dy­sa ze sty­lową laską przy no­dze.

— Wi­tam, pa­nie Sto­ne. Proszę przyjąć moje szcze­re słowa uzna­nia — po­wie­dział wy­niosłym to­nem, po­zując na an­giel­skie­go gen­tel­ma­na.

— Dziękuję. — Da­vid skinął głową le­d­wie do­strze­gal­nie.

— Do­bry wieczór, kon­gres­me­nie — rzu­cił nie­dba­le w stronę po­li­ty­ka.

— Moje usza­no­wa­nie, pa­nie prze­wod­niczący. Do­praw­dy, wspa­niała uro­czy­stość — kłaniał się sztucz­nie roz­pro­mie­nio­ny Ray­an. Przy­wołał na twarz uśmiech tak fałszy­wy, że gdy­by hi­po­kry­zja przy­brała płynną po­stać, spłynęłaby na par­kiet spo­rych roz­miarów kałużą.

— Pa­no­wie wy­baczą. Obo­wiązki! Wi­nie­nem przy­wi­tać się z po­zo­stałymi gośćmi.

— Na­tu­ral­nie, na­tu­ral­nie — ucie­szył się, nie wie­dzieć dla­cze­go, kon­gres­men.

— To nie była przysługa. — Da­wid powrócił do prze­rwa­nej roz­mo­wy bez zbędnych wstępów. — Rze­czy­wi­stość wygląda zupełnie in­a­czej.

— Nie ob­cho­dzi mnie ta two­ja rze­czy­wi­stość — syknął. — Istot­ne jest je­dy­nie to, że nic na ten te­mat nie na­pi­sałeś. Rze­czy­wi­stość jest sprawą względną. Chy­ba nie muszę tego tłuma­czyć Dzien­ni­ka­rzo­wi Roku — dodał szy­der­czo. — Li­czy się to, co na­piszą w pra­sie. To pra­sa kreu­je rze­czy­wi­stość. — Wy­mie­rzył pa­lec w dzien­ni­ka­rza. — Ty, Sto­ne, właśnie ty, kreu­jesz rze­czy­wi­stość! — Na pożegna­nie klepnął Da­vi­da w ramię i ru­szył w dal­szy obchód.

„Ty, Sto­ne, właśnie ty, kreu­jesz rze­czy­wi­stość!”, zadźwięczało w głowie Da­vi­da. Kon­gres­men miał rację. Źle się stało, że mu nie wyjaśnił wszyst­kie­go. Bo nie zro­bił mu żad­nej przysługi. To Mor­gan zmu­sił go do za­ta­je­nia tej in­for­ma­cji. Dwa ty­go­dnie temu do re­dak­cji zgłosiła się jakaś ko­bie­ta. Chciała roz­ma­wiać z Da­vi­dem. Twier­dziła, że ma dla nie­go pewną in­for­mację. I opo­wie­działa mu dra­ma­tyczną hi­sto­rię jej kilkunastoletnie­go syna, Ste­ve­na, który przed laty był mo­le­sto­wa­ny przez Pe­te­ra Ray­ana. Za­nim wy­bra­no go do Kon­gre­su, przez wie­le lat pra­co­wał w szko­le pod­sta­wo­wej. Był jej dy­rek­to­rem. Pod pre­tek­stem do­dat­ko­wych lek­cji zmu­szał chłopca do po­zo­sta­wa­nia w szko­le i tam go wy­ko­rzy­sty­wał. Dziec­ko wsty­dziło się po­wie­dzieć o tym mat­ce. Dla­te­go cały ten pro­ce­der trwał całymi la­ta­mi. To sil­nie za­bu­rzyło psy­chikę chłopca. Stał się małomówny, za­mknięty w so­bie, lękli­wy. Do dziś jest pod stałą opieką psy­chia­try. Kie­dy w końcu mat­ka zdołała wyciągnąć z syna, co się dzie­je, Ray­an do­stał man­dat kon­gres­me­na i roz­stał się ze szkołą. Mat­ka tym­cza­sem do­wie­działa się, że Ste­ve nie był je­dy­nym mo­le­sto­wa­nym przez nie­go dziec­kiem. Ro­dzi­ce połączy­li siły. Mie­li nie­zbi­te do­wo­dy. Do­ma­ga­li się nagłośnie­nia spra­wy i zadośćuczynie­nia. Ray­an próbował ugo­dy. Za­pro­po­no­wał ro­dzi­com piętnaście mi­lionów do­larów w za­mian za mil­cze­nie. Da­vid prze­pro­wa­dził własne śledz­two, które po­twier­dziło wszyst­kie za­rzu­ty. To była sen­sa­cja roku! Ale nie cho­dziło tyl­ko o sen­sację. Nie tyl­ko to nim kie­ro­wało. Chciał rzecz opi­sać, bo uważał, że kon­gres­men nie po­wi­nien ujść spra­wie­dli­wości. Tekst był gotów do dru­ku, kie­dy Ro­oney nie­spo­dzie­wa­nie we­zwał go do swe­go ga­bi­ne­tu. W to­nie tak ostrym, ja­kie­go nie używał nig­dy wcześniej, od­rzu­cił pu­bli­kację i za­bro­nił mu węszyć wokół Ray­ana. Gro­ził dys­cy­pli­nar­nym wy­wa­le­niem z pra­cy. Z dys­cy­pli­narką w pa­pie­rach i z wil­czym bi­le­tem nie zna­lazłby ro­bo­ty na­wet w ga­zet­ce szkol­nej pro­win­cjo­nal­ne­go li­ceum. Mor­gan Ro­oney zmiótłby go z po­wierzch­ni za­wo­do­we­go życia. Należał do gro­na naj­bar­dziej wpływo­wych osób w Sta­nach. Po­wodów tak sta­now­czej po­sta­wy na­czel­ne­go Da­vid mógł się je­dy­nie domyślać.

Gość ho­no­ro­wy gali i jego to­wa­rzysz­ka zajęli w końcu swo­je miej­sca w loży. Da­vid mu­siał jesz­cze ode­brać gra­tu­la­cje od kil­ku osób i wy­mie­nić z nimi uści­ski dłoni. Ve­ro­ni­ca, ob­sy­py­wa­na ze­wsząd kom­ple­men­ta­mi, chłonęła tę at­mos­ferę całą sobą. Roz­pie­rała ją duma, czuła się taka piękna, taka uwiel­bia­na! Da­ro­wała so­bie roz­mowę o małżeństwie. Powróci do te­ma­tu ju­tro. Te­raz chciała przeżyć jak naj­in­ten­syw­niej każdą se­kundę swo­jego try­um­fu.

— Pa­nie Sto­ne, ze­chce pan pójść ze mną do cha­rak­te­ry­za­tor­ni? To po­trwa dosłownie chwilę — za­py­tała młoda ko­bie­ta z bar­dzo fi­ne­zyj­nie ułożoną fry­zurą.

— Aż tak źle wyglądam, że po­trze­buję ma­ki­jażu? — zażar­to­wał.

— Wygląda pan świet­nie, ale ka­me­ra wi­dzi in­a­czej niż ludz­kie oko — uśmiechnęła się. — Stąd su­ge­stia reżyse­ra.

Właści­wie to po­trze­bo­wał ma­ki­jażu. Na jego twa­rzy, choć sub­tel­nie, widać było jed­nak następstwa krążącego w żyłach al­ko­ho­lu. Oczy miał podkrążone z nie­wy­spa­nia. Po­szedł za cha­rak­te­ry­za­torką. We­szli do prze­stron­ne­go po­ko­ju, w którym pod ścia­na­mi usta­wio­no rząd to­a­le­tek, a na­prze­ciw każdej z nich wi­siało duże, rzęsiście oświe­tlo­ne lu­stro. Sto­ne usiadł obok Vin­cen­ta, kon­fe­ran­sje­ra, który miał pro­wa­dzić galę. Jego ma­ki­jaż był pra­wie go­to­wy.

Ko­bie­ta z wy­pra­co­wa­nym ucze­sa­niem sta­ran­nie nakładała ko­lej­ne war­stwy pu­dru ma­tującego na twarz bo­ha­te­ra wie­czo­ru. Próbowała po­roz­ma­wiać z Da­vi­dem, ot tak, z czy­stej uprzej­mości i dla skróce­nia cza­su za­bie­gu, ale on, nie­obec­ny du­chem, od­po­wia­dał półsłówka­mi albo mil­czał.

Za kil­ka mi­nut znaj­dzie się w cen­trum ogrom­nej sali, a goście na wi­dow­ni będą ocze­ki­wać, że po­wie coś, co roz­pro­szy nudę tego wie­czo­ru. Kłębiły się w nim nie­we­sołe i ne­ga­tyw­ne emo­cje. Zawiódł małego Ste­ve­na, jego matkę oraz inne dzie­cia­ki skrzyw­dzo­ne przez tę ka­na­lię, Ray­ana. Tłumił po­czu­cie winy, ale od­zy­wało się ono w naj­mniej odpo­wiednich oko­licz­nościach. Znaj­do­wał nie­jed­no uspra­wie­dli­wie­nie dla sie­bie, jed­nak ostat­nie ba­stio­ny przy­zwo­itości pod­su­wały mu nie­ustan­nie jedną myśl: odpuścił, bo się wy­stra­szył. I nic nie zmie­ni fak­tu, że było to z jego stro­ny tchórzo­stwo. Roz­cza­ro­wało go śro­do­wi­sko, w którym się ob­ra­cał. Mier­ziło go wszech­obec­ne zakłama­nie, dy­so­nans między tym, co lu­dzie myślą, a tym, co mówią. I co robią. Powiąza­nia to­wa­rzy­skie były po sto­kroć ważniej­sze niż ko­deks ety­ki dzien­ni­kar­skiej. Odpo­wiedni wi­ze­ru­nek i po­praw­ność po­li­tycz­na stały się ab­so­lut­ny­mi prio­ry­te­ta­mi, praw­domówność – nie­wy­ba­czalną wadą. Ko­rup­cja, choć wszech­obec­na, bywała trud­na do udo­wod­nie­nia. Kosz­mar­nie dro­dzy praw­ni­cy sta­wa­li na głowie, żeby „wręcze­nie ko­rzyści majątko­wych” zastąpić nie­na­ce­cho­waną ne­ga­tyw­nie nazwą, choćby taką, jak „da­ro­wi­zna”, a wspo­ma­gało ich fa­tal­nej jakości pra­wo­daw­stwo.

I jesz­cze na dokładkę Ve­ro­ni­ca! Drażniła go co­raz bar­dziej. Da­vid nie­raz pro­sił Boga o od­po­wiedź na py­ta­nie, które so­bie sta­wiał: jaki sens ma ten ich związek.

Sie­dział w fo­te­lu cha­rak­te­ry­za­tor­ki i przyglądał się so­bie. Wi­dział w lu­strze, jak stop­nio­wo na jego twa­rzy po­ja­wia się gładka ma­ska tu­szująca wszel­kie nie­do­sko­nałości. I to była isto­ta tego sys­te­mu. Każda ze zna­nych mu osób nosiła na twa­rzy jakąś maskę. Praw­dzi­wa twarz jest zbędna, prze­szka­dza w ka­rie­rze i w ogóle w życiu. Ma­ska od­po­wia­dająca ak­tu­al­nej mo­dzie wszyst­ko ułatwiała. Da­vid mu­siał przy­znać przed sa­mym sobą, że i on przyłączył się do tej ma­skarady. Miał pełną świa­do­mość tego sta­nu rze­czy i je­dy­ne, co go różniło od po­zo­stałych, to na­ra­stająca po­trze­ba wy­rwa­nia się z tego kosz­ma­ru. Temu pra­gnie­niu to­wa­rzy­szyła od­wa­ga, której po­ziom stop­nio­wo ura­stał do roz­miarów po­zwa­lających na za­ak­cep­to­wa­nie kon­se­kwen­cji. Ty, Sto­ne, właśnie ty, kreu­jesz rze­czy­wi­stość!, za­brzmiały mu w głowie słowa Pe­te­ra Ray­ana.

— Skończo­ne — oznaj­miła cha­rak­te­ry­za­tor­ka.

Da­vid sie­dział jesz­cze przez chwilę i wpa­try­wał się w swo­je ob­li­cze.

— Uwa­ga, za mi­nutę za­czy­na­my! — roz­legł się w głośni­kach głos z reżyser­ki.

Na to hasło w lu­dzi jak­by pio­run strze­lił. Ze zwie­lo­krot­nioną ener­gią rzu­ci­li się w wir zajęć, trza­skały drzwi, na­ra­stał gwar pod­nie­co­nych głosów.

Tyl­ko Sto­ne sie­dział i bez­myślnie gapił się w lu­stro.

— Pa­nie Sto­ne, nie po­do­ba się panu? — za­py­tała nie­pew­nie ko­bie­ta.

— Wręcz prze­ciw­nie, jest do­brze. Po­wie­działbym na­wet, że zbyt do­brze — szepnął. Sięgnął do stojącego na sto­li­ku pudełka i wyjął kil­ka chu­s­te­czek do de­ma­ki­jażu. Zde­cy­do­wa­ny­mi ru­cha­mi zaczął zmy­wać twarz.

— Co pan robi, pa­nie Sto­ne! — jęknęła ze zgrozą cha­rak­te­ry­za­tor­ka.

— Po­zby­wam się tej cho­ler­nej ma­ski.

— Trzy­dzieści se­kund do roz­poczęcia — roz­legło się z głośników.

— Chce­cie występu Dzien­ni­ka­rza Roku? Będzie­cie go mie­li — wy­rzu­cił z sie­bie Da­vid, nie­omal biegnąc ku sce­nie. — Ale nie w ma­sce. Niech wszy­scy zo­baczą, jak wygląda praw­dzi­wa twarz na tym balu przy­pu­dro­wa­nych pysków! — do­rzu­cił z pasją.

— O czym pan mówi? — Ko­bie­ta z ar­ty­styczną fry­zurą sunęła za nim oszołomio­na, ści­skając w dłoni słoiczek z podkładem.

— Pa­nie Sto­ne! Proszę się przy­go­to­wać. — Głos z dyżurki roz­począł od­li­cza­nie — dzie­sięć, dzie­więć…

Kur­ty­na uniosła się w górę i oczom widzów uka­zał się kon­fe­ran­sjer, Vin­cent, do­sko­nały Vin­cent, jak za­wsze sze­ro­ko uśmiech­nięty.

— Przed państwem człowiek, który otrzy­mał za­szczyt­ny tytuł Dzien­ni­ka­rza Roku! Za­pra­szam na scenę pana Da­vi­da Sto­ne’a.

Ze­rwała się bu­rza oklasków.

Da­vid po­czuł się wol­ny. Upa­jał się tym nie­zna­nym mu dotąd sta­nem. Opi­nia in­nych była te­raz zupełnie bez zna­cze­nia. Li­czyła się tyl­ko praw­da, li­czyła się uczci­wość wo­bec sa­me­go sie­bie. Ze­rwał muszkę. Prze­szka­dzała mu w swo­bod­nym od­dy­cha­niu.

Na sce­nie obok Vin­cen­ta po­ja­wił się prze­wod­niczący Ko­mi­sji do spraw Mediów No­wo­cze­snych i za­ra­zem kanc­lerz ka­pi­tuły przy­znającej wyróżnie­nie. Trzy­mał w ręku złotą sta­tu­etkę wy­obrażającą gęsie pióro. Obaj uśmie­cha­li się z zakłopo­ta­niem na wi­dok Da­vi­da bez musz­ki i bez ma­ki­jażu. Kie­dy dzien­ni­karz pod­szedł do mi­kro­fo­nu, wręczo­no mu ogrom­ny bu­kiet kwiatów i prze­wod­niczący, skon­ster­no­wa­ny, bez słowa podał lau­re­ato­wi błyszczącą w świe­tle mi­goczących fle­szy na­grodę. Bra­wa cichły. Za­padła krępująca ci­sza.

Da­vid głośno przełknął ślinę.

— Wszy­scy za­pew­ne sądzą, że Dzien­ni­karz Roku wygłosi te­raz pełne fra­zesów przemówie­nie i wie­lo­krot­nie wy­ra­zi wdzięczność ka­pi­tu­le za przy­zna­nie mu tego wyróżnie­nia. Roz­cza­ruję was. Jeśli tego ocze­ku­je­cie, możecie iść do domu. Jeśli chce­cie usłyszeć kil­ka słów praw­dy, to tra­fi­liście pod właściwy ad­res — roz­począł Da­vid.

Sala za­marła.

— Pa­nie prze­wod­niczący — zwrócił się do stojącego obok star­sze­go pana. — Panu, mimo wszyst­ko, należą się słowa po­dzięko­wa­nia. Dziękuję, że po­mi­mo kuszącej roz­mia­ra­mi łapówki od CNN, jed­nak mnie przy­zna­no to wyróżnie­nie. Czyż to nie szla­chet­ne? — Spoj­rzał w stronę pu­blicz­ności. — Na­grodźmy bra­wa­mi tego za­cne­go człowie­ka! — zawołał te­atral­nie. — Cze­mu nie klasz­cze­cie? — za­py­tał z uda­wa­nym zdzi­wie­niem. — Praw­da! Prze­cież nie wie­cie, o czym ja mówię. Pan kanc­lerz jakiś czas temu do­stał od CNN dzie­sięć mi­lionów w ele­ganc­kiej ko­per­cie w za­mian za na­grodę dla ich człowie­ka. Łapówka? Och nie! To prze­cież ta­kie brzyd­kie słowo! Na pew­no znaj­dzie się ja­kieś wytłuma­cze­nie, praw­da? — Wyjął mi­kro­fon ze sta­ty­wu i pod­szedł do kom­plet­nie zdez­o­rien­to­wa­ne­go kanc­lerza ka­pi­tuły. — Proszę nam po­wie­dzieć, co pan zro­bił z tak ogromną sumą? — za­py­tał i zbliżył mi­kro­fon do ust osłupiałego kanc­lerza. Na jego twa­rzy ma­lo­wało się nie­do­wie­rza­nie i wściekłość.

Po­czer­wie­niał na twa­rzy. Za­krył dłonią mi­kro­fon.

— Zapłacisz mi za to — wy­sy­czał przez zaciśnięte zęby.

— Czyżby? — zri­po­sto­wał Da­vid z łobu­zer­skim uśmie­chem.

Reżyser pa­trzył na scenę i nie wie­rzył, że to wszyst­ko dzie­je się na­prawdę.

— Wyłączyć mi­kro­fo­ny! — huknął. — Ochro­na! Wy­pro­wa­dzić tego wa­ria­ta! — W słuchaw­ce za­in­sta­lo­wa­nej w uchu za­brzmiało po­twier­dze­nie wy­ko­na­nia po­le­ce­nia.

Dźwiękow­cy w stu­diu tkwi­li przy kon­so­le­cie jak za­cza­ro­wa­ni. Żaden nie za­re­ago­wał. Chcie­li usłyszeć dal­szy ciąg przed­sta­wie­nia. Ka­me­rzyści nie spusz­cza­li wzro­ku z gwiaz­dy wie­czo­ru. Sprzęt pra­co­wał na mak­sy­mal­nym zbliżeniu. Ale się gościu po­sta­rał! Jesz­cze trochę, a zo­sta­nie Gwiazdą Roku!

— Jeśli ogląda nas pro­ku­ra­tor fe­de­ral­ny, to chciałbym do nie­go za­ape­lo­wać, żeby przy­go­to­wał dla pana kanc­le­rza jakąś wy­godną celę, w miłym to­wa­rzy­stwie. Naj­le­piej ko­legów kon­gres­menów. Choć z dru­giej stro­ny, nie je­stem pe­wien, czy ho­mo­sek­su­ali­sta i pe­do­fil na sąsied­niej pry­czy to od­po­wied­nio miłe to­wa­rzy­stwo. — Odwrócił się w stronę wi­dow­ni i zawołał: — Kon­gres­me­nie Ray­an, może pan opo­wie za­bra­nym tu gościom o swo­jej nie­od­ległej przeszłości? Za­mknął pan usta mnie i mo­je­mu na­czel­ne­mu, panu Mor­ga­no­wi Ro­oney­owi. Czas oso­biście po­in­for­mo­wać opi­nię pu­bliczną o swo­ich małych grzesz­kach. Co pan czuł, kie­dy pan gwałcił tych małych chłopców?

Wi­dow­nia była po­ru­szo­na. Przez salę prze­biegł szmer. Szep­ta­no, rozglądając się do­okoła, szu­ka­no wzro­kiem Ray­ana. Sie­dział na wi­do­ku, w pierw­szym rzędzie, tuż przy sce­nie, z której prze­ma­wiał Da­vid.

— Oto mój ar­ty­kuł, którego nie mogłem opu­bli­ko­wać w „New York Ti­me­sie”. — Sto­ne wyjął z wewnętrznej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki złożone na pół kart­ki pa­pie­ru. — Tu jest wszyst­ko na te­mat Ray­ana. Jesz­cze jako dy­rek­tor szkoły mo­le­sto­wał małych chłopców, a po­tem próbował zapłacić ro­dzi­com tych dzie­ci za mil­cze­nie. Dla­cze­go Mor­gan Ro­oney, re­dak­tor na­czel­ny ga­ze­ty, utem­pe­ro­wał nie­po­kor­ne­go dzien­ni­ka­rza, który chciał po­in­for­mo­wać opi­nię pu­bliczną, kim jest człowiek wy­bra­ny przez Ame­ry­kanów na kon­gres­me­na, nie wiem. Bądźcie z sie­bie dum­ni, Ame­ry­kanie! — wy­skan­do­wał ni­czym kan­dy­dat na pre­zy­den­ta pod­czas wy­bor­cze­go spo­tka­nia.

Da­vid zszedł ze sce­ny i z ukłonem podał kart­ki siedzącej naj­bliżej Do­nie Heu­ston.

— Niech naj­po­pu­lar­niej­sza pre­zen­ter­ka w kra­ju zro­bi z tego użytek.

Wie­dział, że to ko­niec jego ka­rie­ry dzien­ni­kar­skiej. A jed­nak po­czuł się le­piej. Był to wi­nien Ste­ve­no­wi i in­nym dzie­cia­kom. Praw­da mu­siała uj­rzeć światło dzien­ne, in­a­czej byłby równie win­ny jak Ray­an.

— Jeśli ist­nie­je jesz­cze spra­wie­dli­wość w tym kra­ju, kon­gres­men Ray­an po­wi­nien zo­stać po­sta­wio­ny przed sądem, a nie za­sia­dać w kon­gre­sie — po­wie­dział do­bit­nie, patrząc Do­nie w oczy.

Pe­ter Ray­an sie­dział w fo­te­lu i nie mógł uwie­rzyć, że to wszyst­ko dzie­je się na­prawdę. Wie­le razy śniło mu się, że stoi przed ogromną wi­dow­nią, która się z nie­go śmie­je, a on płonie ze wsty­du. Tak jak te­raz. Ale to nie był sen. Przy­po­mniał so­bie to, co po­wie­dział Da­vi­do­wi kil­ka­naście mi­nut wcześniej: „Ty, Sto­ne, właśnie ty, kreu­jesz rze­czy­wi­stość!”. Wy­kra­kał to so­bie. Po­wie­dział w złą go­dzinę. No i stało się! Sto­ne właśnie wy­kre­ował nową rze­czy­wi­stość se­na­to­ra, ruj­nując starą. Cały świat kon­gres­me­na walił się w gru­zy.

Ray­an ze­rwał się z fo­te­la i nie­przy­tom­ny z gnie­wu runął na Da­vi­da i na oczach tysięcy gości ze­bra­nych w ope­rze i mi­lionów przed te­le­wi­zo­ra­mi zaczął go dusić.

— Ty ka­na­lio. Je­steś skończo­ny! Skończo­ny! — wrzesz­czał.

Ochro­nia­rze oprzy­tom­nie­li. Rzu­ci­li się do po­mo­cy. Po­trze­ba było aż trzech, żeby odciągnąć osza­lałego kon­gres­me­na od jego ofia­ry i kata w jed­nej oso­bie. W akom­pa­nia­men­cie pogróżek i prze­kleństw wy­wle­czo­no go za ku­li­sy.

— Pan również pójdzie z nami, pa­nie Sto­ne. — Je­den z ochro­nia­rzy ode­brał Da­vi­do­wi mi­kro­fon i ujął go za łokieć. Dru­gi stał obok, gotów wes­przeć ko­legę.

Ve­ro­ni­ca za­marła. Za­cisnęła dłonie na poręczach i nie była w sta­nie się po­ru­szyć. Po­wta­rzała bezgłośnie: „To nie­praw­da. To nie może być praw­da. Ja chy­ba śnię”. Wi­działa, jak ochro­nia­rze pro­wadzą Da­vi­da i zni­kają za drzwia­mi wyjścio­wy­mi. Od­zy­skała władzę w no­gach. Po­biegła za nimi.

— Da­vid! — krzyknęła roz­pacz­li­wie. — Co tu się dzie­je, do cho­le­ry? Możesz mi to wytłuma­czyć?

Sto­ne odwrócił się do dziew­czy­ny i spoj­rzał jej w oczy.

— To