27,00 zł
Sensacja skrojona na miarę samego Craiga Smitha!
Kim będzie ostatni papież...?
Nie wiadomo, kiedy to się stanie, pewne jest jednak,
że świat, który znamy, przeminie.
Jak mógłby więc wyglądać ten dzień,
po którym już nie będzie następnego?
Ostatni papież to dynamiczna i wielowątkowa powieść futurystyczna, której akcja toczy się w niedalekiej przyszłości. Tekst zapomnianej przepowiedni św. Malachiasza przypadkowo wpada w ręce księdza Bernarda pracującego w Tajnych Archiwach Watykanu. Proroctwo ujawnia, kto będzie ostatnim papieżem, po którym ma nadejść Antychryst. Przełożeni księdza nie pozwalają jednak, by proroctwo ujrzało światło dzienne. Starają się podstępem pozbyć księdza, nakazując mu wyjazd z Rzymu. Ksiądz próbuje na własną rękę odnaleźć przepowiednię i rozwikłać tajemnicę ostatniego papieża. Jego losy po latach splatają się z Davidem Stone'em, błyskotliwym i niepokornym dziennikarzem, który postanowił zerwać z pustym światem mainstreamowego blichtru. Wspólnie będą musieli powstrzymać Patricka Bohra – najbardziej wpływowego człowieka w historii...
Mocna, dynamiczna powieść Dariusza Hryciuka nie pozwala się od siebie oderwać. I to jest główny z nią problem, bowiem rozpoczęcie lektury wieczorem gwarantuje nieprzespaną noc.
Tomasz Terlikowski - Fronda.pl
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 391
Bohaterowie powieści
Rozdział 1.
Gala
Rozdział 2.
Maski spadają
Rozdział 3.
Farma
Rozdział 4.
Spotkanie
Rozdział 5.
Europa w Lugano
Rozdział 6.
Indie
Rozdział 7.
Bez pamięci
Rozdział 8.
Bezdomny
Rozdział 9.
Konsystorz
Rozdział 10.
Pomogę ci
Rozdział 11.
Wieczne Miasto
Rozdział 12.
Wojna
Rozdział 13.
Początek Armagedonu
Przypisy
Inne tytuły
Redakcja:
Elżbieta Mamczarz
Korekta:
Zespół Wydawnictwa VARSOVIA
Redakcja techniczna:
Anna Szeląg
Projekt okładki:
Amadeusz Targoński
Na okładce wykorzystano zdjęcia:
© Beboy – Fotolia.com; © Roman Sigaev – Fotolia.com; © daboost – Fotolia.com; © forplayday – Fotolia.com; © katyau – Fotolia.com; © cranach – Fotolia.com
Copyright © 2014 by Wydawnictwo VARSOVIA
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka, ani żadna jej część, nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. W sprawie zezwoleń należy zwracać się do:
Wydawnictwo VARSOVIA
e-mail:biuro@varsovia.biz
www.varsovia.biz
ISBN 978-83-61463-14-6
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
(w kolejności alfabetycznej):
o. Bernard, Staniewski Bernard, proboszcz kościoła w Bargtown
Bohr Patrick, właściciel Konsorcjum Babel
Bowman Helen, mieszkanka farmy w Bargtown
Clamatti Antonio, premier Włoch
kard. Comastri Leonardo, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej
Donovan Rob, organizator Gali Dziennikarza Roku
Grönberg Gustaw, kanclerz Niemiec
Heuston Dona, dziennikarka
o. John, proboszcz parafii Świętego Piotra i Pawła w Nowym Jorku
Lepasé Jean, premier Francji
kard. Marcello Luigi, prefekt Tajnych Archiwów Watykanu
Marconi Veronica, dziewczyna Davida Stone’a
abp Menamphil Thomas, ceremoniarz papieski
Mikołaj III, papież
Miles Bob, stylista
bp Mokrzycki Karol, metropolita krakowski
Montrel Malcolm, prezydent Szwajcarii
Mountaro José, premier Hiszpanii
Muarez Miguel, prezydent Indii
bp O’Brian Evan
bp Padewski Bartłomiej
Parker Margaret, sekretarka Patricka Bohra, właściciela Konsorcjum Babel
Paterson Eddie, mieszkaniec farmy w Bargtown
Potter Mark, dyrektor Metropolitan Opera
Rayan Peter, kongresmen, wiceprzewodniczący senackiej Komisji ds. Mediów Nowoczesnych
Roben Paul, premier Wielkiej Brytanii
Rooney Morgan, redaktor naczelny „New York Timesa”
kard. Ruini Mario
Sayes Esther, witrażystka, właścicielka farmy w Bargtown
Sayes Samuel, brat Esther Sayes
Simmonsowie Danny i Barbara, mieszkańcy farmy w Bargtown
Steinfeld Grieg, dyrektor Międzynarodowego Instytutu Fizyki Stosowanej w Brukseli
Stone David, dziennikarz
Steel Rudolf, szef ochrony Patricka Bohra
bp Świderski Tomasz
Tonello Luciano, adiutant Richarda Whortona
Whorton Richard, generał, szef sił operacyjnych NATO
ks. Zwirelli Mateo, Redaktor Radia Watykańskiego
Dziwne to czasy, pomyślał David Stone, oglądając wieczorne wydanie wiadomości. Dona Heuston, jak zawsze emanująca subtelną elegancją, właśnie podawała dziesięciu milionom Amerykanów zgromadzonym przed telewizorami informacje o zakończonym przed godziną szczycie chińsko-indyjskim, na którym prezydenci obu krajów podpisali porozumienie pokojowe.
David stał w kuchni swego wielkiego domu i srebrnym szpikulcem kruszył lód. Pomieszczenie wypełniały odgłosy sześciu włączonych jednocześnie telewizorów, ustawionych w dwóch rzędach. Dwa z nich prezentowały wiadomości dwóch konkurencyjnych stacji, trzeci był oknem umożliwiającym podgląd najnowszego reality show, „Mężowie i żony”, w którym małżonkowie, podzieleni na dwa obozy, mieli jedną misję – zniszczyć partnera! Stany Zjednoczone oszalały na punkcie tego telewizyjnego gniota. Codziennie dziewięćdziesiąt milionów głodnych prymitywnej sensacji ludzi ślęczało przed odbiornikami i ekscytowało się przebiegiem starć pomiędzy żonami publicznie wyzywającymi swoich mężów od nieudaczników a mężami zarzucającymi żonom, że są kiepskie w łóżku. Czwarty telewizor pokazywał jakiś program o gwałtownych zmianach klimatycznych na ziemi. Lektor recytował litanię kataklizmów: Australia od roku zasypana jest niemal metrowym śniegiem, Hiszpania zmaga się z powodzią stulecia – z zalanej północno-zachodniej części kraju ewakuowano ponad pół miliona ludzi. Na pozostałych dwóch ekranach leciały tandetne komedie romantyczne. Ów sposób oglądania telewizji zupełnie nie przeszkadzał Davidowi, przeciwnie, uspokajał go. To było coś w rodzaju zawodowego zboczenia. W jego fachu być na bieżąco stanowiło warunek nie tylko odniesienia sukcesu, ale nawet utrzymania się na powierzchni. Zebrał kawałki pokruszonego lodu, wrzucił do szklanki i zalał swoją ulubioną whisky. Mikrofala już pracowała nad jego obiadem, a właściwie kolacją. Miał dziś bardzo pracowity dzień i wrócił później niż zwykle. Odstawił do lodówki pojemnik z lodem. Pomyślał, że musi w końcu znaleźć czas, żeby ją naprawić. Od tygodnia nie zamawiała jedzenia. Ogólnie to bardzo dobry model, użyteczny dla ludzi prowadzących taki tryb życia jak David. Miała dostęp do internetu i chipy na każdej półce i w każdej przegrodzie. Brak produktu w przypisanym mu miejscu sprawiał, że inteligentna lodówka automatycznie składała zamówienie i następnego dnia kurier dostarczał brakujące rzeczy. Idealne rozwiązanie dla każdego, kto nie ma czasu troszczyć się o tak prozaiczną czynność jak zakupy.
David rozsiadł się w fotelu naprzeciw ściany z telewizorami i trzymając w dłoni przyjemnie zimne szkło z alkoholem, skupił się na wiadomościach. Dona z wyraźnym przejęciem mówiła o tragedii, która rozegrała się na balu maturalnym w małej miejscowości w stanie Ohio. Czterech kompletnie pijanych osiemnastolatków zamordowało swojego nauczyciela historii i raniło pięcioro rówieśników. Jeden z chłopaków przyniósł broń ojca. Tłumaczyli, że to miał być tylko żart, że chcieli przestraszyć kolegów. Kiedy belfer przyłapał uczniów na zabawie pistoletem, osobiście doświadczył jego śmiercionośnej siły. Spanikowany sprawca zaczął strzelać na oślep do uczestników zabawy. Akurat wybierano króla i królową balu.
Takie wiadomości nie wywoływały już w Davidzie emocji. Posmakował odrobinę whisky i uznał, że nie jest jeszcze dostatecznie schłodzona. Kiedy codziennie ma się do czynienia z tragediami, można się na nie uodpornić. Ludobójstwo kilku tysięcy Nigeryjczyków sprzed miesiąca, groźba wojny w Azji Południowo-Wschodniej czy drastyczny wzrost współczynnika samobójstw wśród Amerykanów robił na nim nie większe wrażenie niż informacja o wzroście cen ropy naftowej na światowych rynkach. Znieczulica jest oczywistością wpisaną w zawód dziennikarza, tak jak krzywy nos u zawodowych bokserów.
David poderwał się z fotela na dźwięk mikrofali sygnalizującej, że kurczaczek jest już chrupiący i gotowy do spożycia. Nie dane mu było go skosztować, bo dźwięk dzwonka u drzwi zawrócił go w pół drogi. Nie musiał nawet wyglądać przez judasza. Doskonale wiedział, że to Veronica. Tylko ona komunikuje swoje przybycie intensywnym dzwonieniem, waleniem, bo już nawet nie pukaniem, do drzwi i okrzykiem: „Kochanie, otwórz. Zgubiłam klucze!”.
Ona doprowadzi mnie kiedyś do szaleństwa!, pomyślał David i powolnym krokiem podszedł do drzwi.
Kobieta – chodzący chaos – wparowała do mieszkania.
— Kochanie, mam nadzieję, że nie zapomniałeś o dzisiejszej gali — powiedziała, szukając czegoś w swojej ogromnej podręcznej torbie.
— To technicznie niemożliwe. Od tygodnia mniej więcej trzy razy dziennie mi o tym przypominasz — powiedział niedbale, idąc w stronę kuchni i czekającej na niego kolacji.
Veronica Marconi miała niebywałą zdolność zakłócania wszelkiego porządku. Jej głos, sposób bycia, wygląd zresztą też, dosłownie wszystko w niej krzyczało. Wprowadzała jakiś dziwny niepokój. Nieustannie się spieszyła i zawsze spóźniała.
— No, wreszcie znalazłam! — zakrzyknęła z pasją. Zawartość jej torebki leżała rozsypana na stole w salonie. — A już myślałam, że zostawiłam go u kosmetyczki. Spójrz, kochanie, najnowszy „New York Times”, a na pierwszej stronie twoje zdjęcie i podpis: „David Stone – Dziennikarz Roku”. Czyż to nie urocze?
Veronica podeszła do Davida i machała mu przed nosem płachtą z jego twarzą wydrukowaną na kredowym papierze najpoczytniejszej gazety w Stanach. Uniemożliwiała mu jedzenie.
— Veronica, przed chwilą wróciłem do domu. Jestem głodny. Czy mógłbym w spokoju dokończyć moją ucztę?
— Ależ oczywiście, kochanie. Naprawdę cudowne zdjęcie wybrali na okładkę. Wprawdzie widać na nim parę zmarszczek… — zachichotała. — O! Jest. Na ósmej stronie. — Zaczęła czytać fragment artykułu: — „Dwudziestego drugiego czerwca dwa tysiące dwudziestego piątego roku w gmachu opery nowojorskiej David Stone odbierze nagrodę dla najlepszego dziennikarza roku. Swoim talentem i błyskotliwością sprawił, że Komisja jednogłośnie przyznała mu to prestiżowe wyróżnienie”. Słyszałeś, kochanie? Talentem i błyskotliwością! Jestem z ciebie taka dumna! — westchnęła entuzjastycznie kobieta-demolka i zaczęła całować Davida.
— Dzięki, Veronico, ale jakoś nie mam ochoty tam iść — powiedział, próbując delikatnie uwolnić się z jej uścisku. — To targowisko próżności, fałszywych uśmiechów i hipokryzji. Wszyscy będą mi mówić, jak bardzo się cieszą, że to właśnie mnie dali tę nagrodę, i nieszczerze gratulować, a w myślach przeklną mnie na najbliższe tysiąc lat. Wiesz przecież, że nie znoszę takich imprez.
— No co ty! Nie mów tak! To twój wielki dzień. Będziesz sławny, uwielbiany. Co za sukces! Nie możesz opuścić tej uroczystości. Jesteś na niej najważniejszym gościem — zakończyła temat Veronica, pakując rozrzucone rzeczy do torebki. — A swoją drogą, Misiaczku, to chyba powinnam się na ciebie obrazić. Jestem w domu już od kilku minut, a ty nic nie powiedziałeś na moją nową fryzurę. Spędziłam prawie cały dzień u fryzjera i kosmetyczki. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo jestem zmęczona. Robert doradził mi, żebym nie zmieniała koloru włosów. Mówi, że są bardzo słabe i zalecił mi kurację witaminową. Wiesz, to jakiś nowy wynalazek naukowców z Europy. — Naśladując przesadne ruchy modelki, podeszła do dużego lustra wiszącego na ścianie w przejściu między salonem a kuchnią.
„Misiaczek” – to jedno z najbardziej znienawidzonych słów, jakie znał. I w dodatku tym beznadziejnym słowem Veronica zwracała się do niego od zawsze. Strasznie go to drażniło.
Ledwie zdążył przełknąć pierwszy kęs tak wspaniale pachnącego kurczaka, zadzwonił telefon. W kieszeni miał miniaturowy aparat wielkości pudełka zapałek, który służył do wybierania numerów. Udoskonalony system podczerwieni umożliwiał połączenie urządzenia z implantem zainstalowanym w małżowinie usznej, służącym za słuchawkę i mikrofon jednocześnie. Nie do końca ufał tej nowej technologii, ale rozumiał, że zmiany są nieuniknione i nie da się przed nimi uciec. Ponad rok temu poddał się prostemu zabiegowi wszczepienia implantu w ucho. Małe ukłucie, porównywalne z umieszczeniem kolczyka w małżowinie, a ile z tym wygody. A do tego spadało znacznie ryzyko zachorowania na raka mózgu, poważnego zagrożenia, które stwarzał system starej telefonii komórkowej sprzed paru lat.
— Halo — rzucił z lekką irytacją.
— Witaj Davidzie, z tej strony Dona Heuston. Właśnie czytam najnowszego „New York Timesa”. I co widzę! Twoje zdjęcie i informację o nagrodzie. Przyjmij moje serdeczne gratulacje.
— Jestem totalnie zaskoczony. Nie spodziewałam się takiej uprzejmości z twojej strony. Dziękuję ci bardzo, Dona.
— Nie zaczynaj, Davidzie. Te nasze wojny są zupełnie bezsensowne. Nie sądzisz? Proponuję zakopać topór wojenny. Zgoda przyniesie więcej korzyści nam obojgu.
— Niech tak będzie, skoro sama Dona Heuston pokornie prosi o pokój. Jakżebym mógł odmówić?
— Świetnie, w takim razie spotkamy się wieczorem na gali. Jeszcze raz ci gratuluję. Do zobaczenia.
Veronica, gdy tylko usłyszała nazwisko Dony Heuston, przeniosła zainteresowanie ze swojej nowej fryzury na Davida.
— Czy to ta sławna Dona do ciebie dzwoniła? — zapytała podekscytowana, wskazując na jeden z telewizorów, na którym najpopularniejsza od lat telewizyjna prezenterka informowała społeczeństwo o aktualnej tragedii.
— Ona sama. Ciekaw jestem, co knuje. Na ekranie może i wygląda jak uosobienie dobroci, ale w rzeczywistości to żmija. Nie można jej ufać. — David odłożył telefon i przełykając ślinę, zrobił kolejne podejście do kolacji.
— Jesteśmy razem od trzech lat, a ty nie powiedziałeś mi, że znasz Donę Heuston — zauważyła z wyrzutem Veronica.
— Jest jeszcze kilkaset innych osób, które znam, a o których ci nie powiedziałem.
Rozdrażnienie w Davidzie narastało. Wskazówki zegara nieubłaganie zmierzające ku godzinie siedemnastej przypominały o uroczystej gali, która rozpocznie się już za dwie godziny. Czasu coraz mniej, a on był kompletnie nieprzygotowany. Smoking, oddany wczoraj do pralni, ciągle jeszcze nie został odebrany. Na zaproszeniu wyraźnie zaznaczono, że inny strój nie będzie mile widziany. Banda kilkuset wyfraczonych pingwinów zadziobałaby każdego indywidualistę ubranego w sztruksową marynarkę i ulubione jeansy. No i nie zamówił jeszcze taksówki. Przecież nie pojedzie na taką uroczystość swoim BMW. Był to wprawdzie świetny model, wyposażony w najnowocześniejsze rozwiązania i wyglądający jak mobil z przyszłości, ale może właśnie dlatego nie wypadało pokazać się w nim na takim festiwalu próżności. I jeszcze przemówienie, zupełnie o nim zapomniał. Laureaci poprzednich edycji przygotowali mowy rozmiarów referatu akademickiego, w którym pod niebiosa wynosili Komisję do spraw Mediów Nowoczesnych za „wiekopomny wkład w misję informacyjną”, podkreślając ciągle rosnącą rolę środków masowego przekazu w świecie. Davida, zapraszanego rokrocznie, niemal zawsze zalewała fala mdłości na tych odczytach. Jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, a czasu niewiele… No i kurczak czeka.
Leżący na blacie kuchennego stołu telefon zadzwonił ponownie.
— Słucham — warknął wyraźnie już zły dziennikarz roku.
— Dzień dobry, panie Stone. Tu Steven Rogers, prawda, właściciel pralni „Czyste marzenia”. Wczoraj był pan uprzejmy oddać swój smoking do prania, prawda, i jak widzę, nie zechciał go pan jeszcze odebrać — zabrzmiało uniżenie w miniaturowej słuchawce.
— Tak wiem. Po prostu nie miałem wczoraj czasu…
— Ależ nic nie szkodzi, panie Stone! Ja wszystko, prawda, rozumiem. Nasi specjalni klienci mają specjalne przywileje. Za pół godziny mój pracownik przywiezie pański smoking, prawda, czyściutki jak marzenie.
— Dziękuję panu bardzo. A czymże sobie zasłużyłem na status specjalnego klienta? Przecież piorę u was dopiero po raz pierwszy.
— Oj, panie Stone — zaśmiał się pan Rogers teatralnie — już pan dobrze wie. Proszę przyjąć moje najszczersze, prawda, gratulacje — dodał.
— Dziękuję raz jeszcze — zakończył rozmowę David.
— Mam do ciebie ogromną prośbę, kochanie. Musisz mi koniecznie doradzić, w co mam się ubrać — zaszczebiotała Veronica. — Cały wczorajszy dzień spędziłam w Centrum Handlowym. Tam zupełnie nic nie ma, wyobraź sobie! Odwiedziłam chyba z tysiąc sklepów i właściwie nic ciekawego nie znalazłam — jęknęła z niekłamaną rozpaczą w głosie.
— To ile sukienek kupiłaś ? — zapytał David pobłażliwie.
— Tylko cztery — uśmiechnęła się kokieteryjnie i pospieszyła w stronę schodów prowadzących na drugą kondygnację ich mieszkania.
Na piętrze znajdowało się pięć pokoi, trzy małe, sypialne, i dwa duże. Jeden z nich był pracownią Davida, urządzoną w sposób dość surowy jak na tak zamożnego człowieka. Stało tam tylko stare, stylowe biurko, które podarował mu jego ojciec, a na nim dwa monitory, drukarka, kilka długopisów i stosy kartek papieru, ułożone w sposób zdradzający przywiązanie do porządku, ale nie do pedantyzmu. Pod oknem zasłoniętym kremową roletą leżały równo ułożone stosy gazet z poprzedniego miesiąca. Starsze wyrzucał. Drugi pokój należał do Veroniki. Najważniejszym w nim miejscem była służąca jako szafa wnęka – tak duża, jak cała pracownia Davida. Te proporcje wyraźnie wskazywały na priorytety mieszkańców domu. Wnękę wypełniały trzy rzędy wieszaków, obszerna półka na kapelusze, szafki na buty, oddzielna przegroda na futra i płaszcze oraz komoda na drobiazgi.
Kobieta rzuciła się do poszukiwania czterech ostatnio zakupionych sukienek, by zaprezentować je ukochanemu i ujrzeć, na widok której w jego oku pojawi się ten wyjątkowy błysk oznaczający zachwyt.
Dzięki Bogu, pomyślał David, widząc biegnącą na górę Veronicę, może nareszcie uda mi się coś zjeść. Spojrzał wrogo na leżący niedaleko telefon, jakby przeczuwając, że za chwilę znów zadzwoni.
— Cholera, czy nie możecie mi dać kwadransa spokoju! — wrzasnął, przekrzykując ostry dźwięk aparatu. — Czego! — warknął.
— Dzień dobry, panie Stone — zaszemrał jedwabisty głos po drugiej stronie linii. — Jestem Doris Cooper, asystentka pana Roba Donavana z biura organizacyjnego dzisiejszej gali. Chciałabym się upewnić, czy wszystko u pana w porządku i czy nic nie stoi na przeszkodzie pańskiemu przybyciu.
— Ach, taka mała kontrola — zażartował sarkastycznie. — Na wypadek, gdybym się, broń Boże, rozmyślił.
— W rzeczy samej — odparła niezrażona.
— Spokojnie. Wszystko jest OK. Mam tylko mały dylemat… Zastanawiam się, czy powinienem zamówić taksówkę czy przyjechać moim garbusem. Jest dość wysłużony, ale jak na takiego staruszka całkiem nieźle się trzyma. Jak pani myśli? — zapytał David, radykalnie zmieniając ton. Nie było powodu, żeby się na kobiecie wyżywał.
— Żółty kolor taksówki nie będzie pasował do czerwonego dywanu na podjeździe — zdecydowała bez wahania.
— Co zatem pani proponuje? — Teraz był już rozbawiony.
— Białą limuzynę. O osiemnastej trzydzieści przyślemy po pana samochód.
— Będę wdzięczny — zakończył rozmowę.
— Misiaczku, jesteś gotowy na szok? — wrzasnęła z piętra Veronica.
— W twojej obecności zawsze muszę być gotowy na szok — mruknął półgłosem.
Veronica wolnym krokiem zeszła po schodach. Wyglądała atrakcyjnie. Jak zawsze. To, jak wygląda, liczyło się dla niej tak bardzo, jak nic na świecie. Wygląd, jej jedyne hobby i efekt ciężkiej pracy, stanowił dla Veroniki jednocześnie powód do chluby i głębokich kompleksów. Miała na sobie kreację jej ulubionego projektanta, Don Giuseppe, guru mody i lidera kobiecych rankingów modowych. Nazywała się „Pocałunek słońca”. Kremowa suknia z miękkiego jedwabiu leżała idealnie na zgrabnej figurze Veroniki. Choć długa do kostek, odsłaniała subtelnie nogi w wysokim seksownym rozcięciu. W głębokim dekolcie połyskiwał orientalny, złoty naszyjnik na cieniutkim łańcuszku, idealnie uzupełniając ów wyszukany strój. Całości dopełniały markowe szpilki na niebotycznym obcasie.
— I co? — zapytała kokieteryjnie.
— Wyglądasz ślicznie. — David przyglądał się jej uważnie.
— Podobam ci się? Naprawdę? Chciałabym, żebyś tego wieczoru był ze mnie tak dumny, jak ja jestem z ciebie.
— Jest bajecznie — szepnął, składając delikatny pocałunek na jej jeszcze niepomalowanych ustach.
Gale, przyjęcia, kolacje w drogich restauracjach i oczywiście pokazy mody wyznaczały przestrzeń, w której Veronica czuła się jak ryba w wodzie. Poza tą strefą czuła się niepewnie. Traciła grunt pod nogami. Gdyby żyła w czasach wiktoriańskich, z pewnością byłaby damą dworu, twierdziła. Uwielbiała high life. Uwielbiała bywać i błyszczeć. „To mi zostało przeznaczone”, zwykła powtarzać.
Mogła sobie na to pozwolić. Pokaźny majątek jej ojca szacowano na okrągłą kwotę trzystu pięćdziesięciu milionów dolarów. Erick Marconi był właścicielem czterdziestu jeden hoteli na wschodnim wybrzeżu. Pochodził z rodziny włoskich emigrantów, którzy przybywszy do wybrzeży kontynentu amerykańskiego, zainwestowali wszystkie oszczędności w papiery wartościowe. Ojciec Ericka, Leon Marconi, nie miał pojęcia o biznesie. Miał za to jedną rzadką cechę – był uparciuchem uwielbiającym iść pod prąd. W tamtym okresie wszyscy masowo kupowali akcje na giełdzie, licząc na dwudziesto-, no może trzydziestoprocentowe w skali roku zyski. On, wbrew trendowi, wszystko, co miał, ulokował w funduszach długoterminowych. Pamiętny czarny czwartek1, kiedy to w ciągu kilku godzin wielu ludzi straciło dorobek całego życia, gdy z hukiem spadły ceny praktycznie wszystkich akcji, obracając w pył lśniący parkiet amerykańskiej giełdy, nie zmiótł ani Leona, ani jego pieniędzy. Kiedy w następnych miesiącach giełda zaczęła odrabiać straty, nie pojawiło się na niej nazbyt wielu graczy. Spora ich część dokonała żywota w pobliskich rzekach albo na sznurze przerzuconym przez gałęzie okolicznych drzew. Wówczas Leon wycofał pieniądze z funduszy i postawił wszystko na akcje małej firmy samochodowej, o której działalności nie miał oczywiście bladego pojęcia. Spodobała mu się po prostu włosko brzmiąca nazwa. Okazało się wkrótce, że był to strzał w dziesiątkę. W ciągu trzech lat pomnożył zainwestowane pieniądze aż piętnastokrotnie. Kupił za nie mały hotel w centrum Nowego Jorku. I tak przez lata powiększał kapitał i budował nowe hotele. Kiedy umarł, majątek odziedziczył Erick. Zdołał go już podwoić. I pewnie byłby jednym z najszczęśliwszych ludzi w całych Stanach Zjednoczonych, gdyby nie fakt, że nie doczekał się spadkobiercy. Veronica, jedyne dziecko bogatego hotelarza, była jego oczkiem w głowie, ale nie miała, niestety, żyłki do interesów. Zajmowało ją tylko projektowanie wnętrz w hotelach ojca i moda. Wszystko inne uważała za nudne i ze wzgardą zrzucała na barki kucharek i sprzątaczek. Davida poznała podczas wywiadu, który przeprowadzał z jej ojcem. Szybko zdecydowali się zamieszkać razem.
David podjął kolejną próbę zjedzenia kolacji. Kiedy tylko usiadł do stołu, rozległ się dzwonek do drzwi.
— Ja otworzę! — Veronica już biegła do hollu.
— Dzień dobry — przywitał się mężczyzna ubrany w koszulkę z napisem „Czyste marzenia”. — Mam dla pana Stone’a przesyłkę z pralni.
— Kochanie! Smoking przywieźli! — krzyknęła i pofrunęła na górę, żeby poświęcić się żmudnej sztuce nakładania makijażu.
Dwa głębokie wdechy i wydechy były rozpaczliwą próbą zapanowania nad sobą. David jeszcze nie pogodził się z myślą, że wszystko tego dnia sprzysięgło się przeciwko niemu i jego kolacji.
Zaprosił posłańca do środka. — Ile jestem winien?
— Sto piętnaście dolarów. — Wyjął z torby podręczny skaner i przesunął urządzenie nad wewnętrzną stroną dłoni Davida. Skaner ostrym piskiem zasygnalizował ukończenie transakcji. Mężczyzna z uśmiechem wręczył dziennikarzowi wizytówkę firmy:
— Będziemy szczęśliwi, jeśli zechce pan skorzystać ponownie z naszych usług.
— Dziękuję.
— Mógłbym pana prosić o autograf? Dla córki — zapytał nieśmiało, wyciągając z torby egzemplarz „New York Timesa”.
No, no. To całkiem miły epizod, pomyślał David. Autograf dla pracownika pralni jako początek nieprzyzwoicie wielkiej popularności. Był rozpoznawalny i dotychczas, ale dziennikarzy rzadko prosi się o autografy. Najczęściej prosi się ich o to, żeby wyszli albo nie wtykali nosa w nie swoje sprawy. Podpisał się na gazecie.
Spojrzał na swoją dłoń, za pomocą której dokonał przed chwilą finansowej transakcji, i uświadomił sobie, że odczuwa w niej lekki, ale nieprzyjemny ból. Ten dyskomfort towarzyszył mu już od kilku tygodni, ale był na tyle niekłopotliwy, że o nim zapominał.
Blizna po zabiegu była już praktycznie niewidoczna. Dwa lata temu w szpitalu miejskim poddał się wszczepieniu chipa pod skórę wewnętrznej części prawej dłoni. Zabieg nie był bolesny. Był wykonywany za pomocą małego urządzenia w kształcie biurowego zszywacza. Jeden strzał i po wszystkim. Przez następne dwa tygodnie należało zażywać tabletki przeciwzapalne zapobiegające infekcji.
Chip zainstalowany w dłoni zastępował wszystko to, co dotychczas nosiło się w portfelu: kartę kredytową, pieniądze, dowód tożsamości, prawo jazdy, paszport, a nawet kartę stałego klienta w pobliskim supermarkecie. Chip zawierał również historię chorób jego posiadacza, którą – po przeskanowaniu dłoni – można było wyświetlić na monitorze każdego gabinetu lekarskiego. Dawał i inne możliwości, na przykład zlokalizowania delikwenta przez system satelitarny w każdym miejscu na świecie, z dokładnością do dziesięciu metrów. Przekaz informacji między chipem a komputerem był dwustronny, co oznaczało, że można było nie tylko odczytywać zapisane na nim informacje za pomocą skanera, ale też dodawać nowe. Pieniądze w tradycyjnej postaci praktycznie już nie istniały w Stanach. Wszystkie transakcje przeprowadzano elektronicznie: Ręka – skaner – piknięcie – dziękuję. Każdy sklep, każdy przedsiębiorca czy usługodawca, jednym słowem wszyscy prowadzący jakąkolwiek działalność, musieli mieć sprzęt do odczytu informacji z dłoni. I wszyscy musieli mieć chipy. Latem 2015 roku rząd wydał ustawę obligującą każdego obywatela do poddania się w najbliższym punkcie medycznym nieodpłatnemu zabiegowi umieszczenia urządzenia wielkości ziarenka ryżu w swojej dłoni. Nieprzekraczalnym terminem było piętnaście miesięcy. Zakodowanie chipa, zapis informacji i wszczepienie zajmowało pół godziny. Zaangażowany był w to zadanie cały personel medyczny kraju. Tak ogromne przedsięwzięcie przebiegało jednak bardzo sprawnie dzięki konsekwentnej pracy logistycznej tysięcy ludzi na całym świecie, pracujących nad wdrożeniem wynalazku.
Najważniejszym i najtrudniejszym etapem prac było stworzenie gigantycznej bazy danych, zawierającej kompletne informacje o każdym dosłownie człowieku na świecie. Do jej utworzenia potrzebny był superkomputer. I taki zbudowano. Jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku rozpoczęły się prace nad stworzeniem prototypu. Szefem projektu był doktor Grieg Steinfeld, Niemiec z pochodzenia, dyrektor Międzynarodowego Instytutu Fizyki Stosowanej w Brukseli. Był synem generała Josepha Steinfelda, kierownika tajnej Jednostki Badań Naukowych III Rzeszy, której w czasie drugiej wojny światowej przyznano najwyższy status utajnienia i podlegającej bezpośrednio Hitlerowi. Nawet Himmler nie miał do niej dostępu. Po upadku Adolfa Hitlera ślad po generale zaginął.
Doktor Grieg Steinfeld poświęcił całe życie pracy nad superkomputerem. W 1983 roku dokonano pierwszej próby jego uruchomienia. Prototyp był ogromny. Zajmował trzy przystosowane odpowiednio piętra Instytutu. Wymagał jeszcze wielu ulepszeń, ale stanowił prawdziwy przełom: epoka chipów przestała być mrzonką. Stawała się rzeczywistością.
Obecny, udoskonalony system działał bardzo sprawnie. Każdy z pięciu kontynentów obsługiwany był przez komputer centralny. Amerykański pierwszy znajdował się w Nowym Jorku, amerykański drugi – w Buenos Aires, europejski – w Brukseli, azjatycki – w Tokio i australijski – w Sydney. Ponadto oddzielny serwer miał każdy kraj, region, strefa i miasto. Każdemu człowiekowi na ziemi przypisano indywidualny numer będący kombinacją sześciu liczb po trzy cyfry. Każda sekwencja rozpoczynała się od trzech szóstek umożliwiających wejście do systemu, druga trójka uruchamiała komputer kontynentalny, trzecia – była właściwa dla komputera krajowego, czwartą przyporządkowano komputerowi regionu, piątą – komputerowi strefy, a ostatnia, szósta trójka, uruchamiała komputer miasta. W ten oto sposób każdy otrzymał swój numer. Nikt nie mógł prześlizgnąć się niezauważony. Nie było takiej możliwości. Nie mogło też zabraknąć numerów: trzy dni po śmierci jakiegoś obywatela, informacje zawarte pod jego numerem były kasowane, a numer otrzymywał inny obywatel.
Rok to wystarczająco długi okres, by zapamiętać swój numer. Numer Davida to 666 125 428 120 221 118.
Ból ręki nie był zbyt intensywny, ale dokuczliwy. Stone wyjął z apteczki maść i dokładnie wmasował ją w dłoń. Za pół godziny powinno przejść.
Wreszcie kilka minut dla mnie, pomyślał, uśmiechając się lekko kącikiem ust. Uśmiech szybko zniknął z jego twarzy na widok kurczaka. Zdążył wystygnąć do cna, a zimny był do niczego. Z doświadczenia wiedział, że smakowałby jak kapeć. Zresztą, jak tu jeść kurczaka, kiedy ma się ręce ubabrane maścią znieczulającą.
Zegar pokazywał godzinę osiemnastą. Postęp w samoistnym rozwiązywaniu się problemów związanych z galą przyniósł odrobinę ulgi skołatanym nerwom Davida.
Prawdopodobnie niemały w tym udział miała też druga już szklanka porządnie schłodzonej whisky, którą się właśnie raczył, zasiadając naprzeciw telewizorów. Nie skupiał uwagi na jednym. Co kilkanaście sekund jego wzrok przeskakiwał z wiadomości na teledysk, ledwie zatrzymał się na scenie pocałunku między aktorami komedii romantycznej, a już za chwilę powracał do wiadomości.
Miał podzielną uwagę. To niezbędna cecha każdego dziennikarza, a zwłaszcza Dziennikarza Roku. Jedynie w pierwszym okresie swojej kariery, kiedy pracował w małym piśmie katolickim, miał ten komfort, że mógł się zajmować tylko jedną sprawą. Po jej zamknięciu sięgał po następną. Nigdy wówczas nie zdarzyło mu się prowadzić kilku tematów jednocześnie. Pracował tam dwa lata. W redakcji tygodnika „Modern Catholic” stawiał pierwsze kroki w świecie mediów. Jako stażysta nie miał dostępu do sensacji mrożących krew w żyłach. Zresztą tygodnik rzadko takie tematy zamieszczał. Pismo miało profil w dużej mierze formacyjny. Stali czytelnicy oczekiwali, że będzie propagowało określone wartości i dla tych wartości je kupowali. Niestety, liczba zainteresowanych tematyką religijną regularnie topniała i pismo zbankrutowało. David szczerze tego żałował. Nie zarabiał wiele, ale atmosfera pracy w redakcji była bardzo ludzka, czego już nie doświadczył nigdzie indziej. Tu właśnie szlifował swój warsztat pisarski, tu zdobył sporą wiedzę na temat doktryny chrześcijańskiej i Kościoła katolickiego.
Czy był katolikiem? Trudno powiedzieć. Obecnie nie przykładał wielkiej wagi do kwestii religijnych. Czas mu na to nie pozwalał. Jednak pewne zasady moralne, które zaszczepiła mu praca w „Modern Catholic”, pozostały w nim i niejednokrotnie odgrywały rozstrzygającą rolę w wątpliwych etycznie sytuacjach życiowych.
Przez wiele następnych lat pracował w telewizji, wspinając się po kolejnych szczeblach kariery. Początkowo jako reporter lokalnych wiadomości, potem jako prezenter w studio. Poważny wypadek wstrzymał tę wspinaczkę. Rehabilitacja trwała okrągły rok, ale wrócił do zawodu. Zajął się pracą w reżyserce. Został asystentem reżysera stacji „New York 24”, co oznaczało, że był człowiekiem do wszystkiego: kamerzystą, dźwiękowcem, montażystą. Sześć lat w telewizji dało mu porządnie w kość. W taki sposób mogą funkcjonować jedynie ci, którzy nie mają życia osobistego i nie śmią o nim marzyć.
Kolejne trzy lata był menadżerem w radiu „Jazz FM”. Raz w tygodniu prowadził trzygodzinną audycję o historii muzyki. W porównaniu do telewizyjnego wyścigu radio było zaledwie przebieżką. Odpoczywał tam. Zaletą i jednocześnie wadą tej pracy była stabilizacja. W miarę regularny czas pracy, wiele monotonnych, a wręcz pełnych lenistwa dni budziło w nim pragnienie wyzwań. I dostał, czego chciał. Pewnego gorącego lipcowego dnia zadzwonił asystent Morgana Rooneya, redaktora naczelnego „New York Timesa”, z ofertą pracy. David przyjął ją bez wahania. Został reporterem działu politycznego, po roku awansował na zastępcę szefa działu, a obecnie od dwóch lat był szefem tego działu.
Znużyła go kakofonia dźwięków dobiegających z telewizorów. Wyłączył je i puścił Barry’ego White’a. Czas biegł nieubłaganie. Najwyższa pora włożyć smoking i przygotować się psychicznie do gali. Spowolnione ruchy, opuszczone ramiona, ciężkie westchnienie, kwaśna mina – wszystko to wyraźnie dowodziło jego niechęci na samą myśl o czekającym go długim wieczorze wśród śmietanki towarzyskiej Nowego Jorku. Skupił się na przemówieniu. Najchętniej wygarnąłby im wszystkim, że są bandą żerującą na ludzkich dramatach, zresztą tak jak i on sam, że wcale go nie cieszy to wyróżnienie, że ono nie jest dla niego żadnym zaszczytem. To nie był dobry zarys przemówienia.
Powszechnie sądzi się, że grzechem śmiertelnym jest krytykowanie własnego środowiska zawodowego. David miał gdzieś tę zasadę. Zbyt dużo wiedział, zbyt dużo widział. Znał większość wpływowych ludzi w tym kraju: dziennikarzy, prezenterów, redaktorów naczelnych, inwestorów i polityków. Pracował z nimi, ale niewielu szanował.
Powinienem zadzwonić do Lindy, pomyślał. Wybrał jej numer.
— Cześć, Linda. Nie mam pojęcia, jak to zrobisz, ale koniecznie umów mnie na jutro z Patrickiem Bohrem, tym od Konsorcjum Babel. Potrzebujemy wywiadu z nim do następnego numeru.
— Cześć. Przecież wiesz, że to niemożliwe. Każda gazeta w Stanach próbuje go dopaść i żadnej się to jeszcze nie udało. Na jakiej podstawie sądzisz, że mi się to uda?
— Uda się. Zobaczysz. Pracuję nad tym już parę miesięcy. — W jego głosie zabrzmiała ogromna pewność siebie.
— Kiedy dzwonię do jego biura, zawsze odkładają słuchawkę, gdy tylko wymówię tytuł naszej gazety.
— Ten facet z pewnością ma coś do ukrycia, skoro nie chce rozmawiać z dziennikarzami. Musimy zmienić taktykę. — Zamilkł na chwilę. Szukał w głowie jakiegoś podstępu. — Powiedz im, że jestem prezesem Federalnego Urzędu Ochrony Konkurencji. Odkryliśmy pewne nieprawidłowości w jego firmie i chciałbym je z nim wyjaśnić. Powinno zadziałać.
— Dobrze. Jak chcesz. Ale jak się Morgan o tym dowie, to…
— To co? — przerwał jej w pół słowa. — Przestanie mnie lubić?
Zaśmiali się oboje.
— Godzina jest nieistotna. Dostosuję się do niego. Bądź przekonująca.
— Powodzenia na gali, Davidzie. — Linda odłożyła słuchawkę.
Gala! „Panie i Panowie. Ta prześwietna uroczystość…”. Nie. Za bardzo lizusowskie. „Szanowni Państwo, mam ogromny zaszczyt odebrać nagrodę…”. To też bez sensu.
Stone układał w głowie tekst przemówienia, dopracowując przed lustrem szczegóły swego wyglądu. W smokingu prezentował się naprawdę elegancko. Idealnie układał się na jego szczupłej sylwetce. Czerń jedwabiu połyskiwała ciepło. Współgrała z kolorem włosów, których długość nie mieściła się w kategorii „krótkie”, ale też nie przekraczała kategorii „za długie”. Zaczesane do tyłu, dodawały Davidowi powagi. I tak już wysoki, zyskał dodatkowe dwa centymetry dzięki obcasom lakierków.
— Veronica! — zawołał. — Pospiesz się! Za kwadrans przyjedzie limuzyna.
— Możesz tu przyjść, Misiaczku? Włos mi się wkręcił w naszyjnik. Nie mogę sobie poradzić.
Schodzili po schodach, kiedy usłyszeli klakson. David ostatni raz rzucił okiem na swoje odbicie w lustrze.
Limuzyna czekała na podjeździe apartamentowca Stone’a, gotowa zawieźć ich tam, gdzie pod stopy gości rzucono czerwony dywan.
Tłumy fotoreporterów już od godziny czekały przed wejściem do gmachu Metropolitan Opera2. Spodziewano się samych sław, ludzi z pierwszych stron gazet. Uroczystość tej rangi wymagała szczególnych środków ostrożności, dlatego spośród chmary sępów obiektywu tylko nieliczni dostali od Komisji do spraw Mediów Nowoczesnych imienne wejściówki. Wśród gapiów stali gęsto rozstawieni, ubrani w czarne garnitury pracownicy firmy ochroniarskiej, którzy dociskając palcem lewej ręki mikrosłuchawkę w uchu, rozglądali się wokół uważnie, wypatrując oznak jakiegokolwiek niebezpieczeństwa. Co kilka minut na podjeździe pojawiała się limuzyna i na czerwony dywan w błysku fleszy wkraczała niczym bóstwo z Olimpu kolejna osobistość, rozdając uśmiechy, pozdrawiając uniesioną ręką szpaler reporterów. U szczytu schodów uczestników gali witał osobiście Mark Potter, dyrektor opery, obok którego stała Patrycja, jego asystentka, dyskretnie podpowiadając mu personalia gościa. W tym roku niemal wszyscy potwierdzili swe przybycie. Jedynie Patrick Bohr wymówił się ważnymi sprawami, jak to ujął, natury zawodowej. Wśród zaproszonych był burmistrz Nowego Jorku z żoną, sześciu kongresmenów, w tym przewodniczący senackiej Komisji do spraw Mediów Nowoczesnych, ambasadorowie Kanady i Meksyku, metropolita Nowego Jorku kardynał Rogers, wszyscy członkowie Komisji do spraw Mediów Nowoczesnych, właściciele i prezesi największych stacji telewizyjnych w kraju, redaktorzy naczelni nowojorskich gazet, przedstawiciele lokalnych mediów, inwestorzy i obserwatorzy uroczystości.
Limuzyna Stone’a dojeżdżała na miejsce.
— Wspaniale wyglądasz, kochanie — szepnęła Veronica, oczekując podobnego komplementu ze strony Davida.
Milczał. Był w podłym nastroju. Żałował, że wypił wcześniej te dwie szklaneczki whisky. I to na pusty żołądek. Teraz głód dawał o sobie znać. I chociaż wydawał się zupełnie nieistotny w kontekście tak uroczystej chwili, drażnił. Poczuł mdłości na myśl, że za chwilę będzie musiał wysiąść, przybrać uprzejmy wyraz twarzy i stawić czoła całemu temu towarzystwu. Miał jeszcze przed oczami twarz kobiety ze starego forda, który zatrzymał się obok jego limuzyny na czerwonym świetle. Było w niej coś intrygującego. A może to tylko przywidzenie wywołane krążącymi w żyłach promilami? Nie miał pewności.
Dobre maniery nie były jego najmocniejszą stroną. Dużo można by powiedzieć o Davidzie, ale na pewno nie to, że jest „całkiem miłym facetem”. W branży miał opinię wyniosłego nonkonformisty. Programowe nieposłuszeństwo wobec przełożonych i wysoki poziom profesjonalizmu sprawiał, że jego szef, Morgan Rooney, nie potrafił określić jednoznacznie swojego stosunku do Stone’a: czy kocha go za tematy, których dostarcza, czy nienawidzi za sposób bycia i niesubordynację.
Drgnął, gdy limuzyna się zatrzymała i ciemnoskóry młodzieniec w białej marynarce otworzył przed nim drzwi. Oślepiły ich błyskające wokół flesze. Wszystkie oczy skierowane były na honorową parę. Veronica zatrzymała się, pozując do zdjęć. Czuła się wspaniale. Przez całe swoje życie marzyła o podobnej scenie. Widywała takie w filmach i w plotkarskich magazynach. Teraz ona sama stała na czerwonym dywanie, w świetle reflektorów i w samym centrum wydarzeń. David nie silił się na uśmiech. Uniósł jedynie rękę do góry w kurtuazyjnym geście przywitania i ująwszy Veronicę za łokieć, szybkim krokiem podszedł do Marka Pottera.
— Serdecznie witamy, panie Stone. Czujemy się zaszczyceni, że możemy gościć Dziennikarza Roku. Zapraszamy. Hostessa wskaże państwu drogę.
— Dziękuję. Cieszę się, że mogę tu być — skłamał Stone.
W holu budynku przywitała ich hostessa, rozciągając mięśnie twarzy w wyćwiczonym uśmiechu.
— Proszę tędy. — Wystudiowanym gestem wskazała im wejście na salę.
— Jestem taka podekscytowana, Misiaczku! Co za wspaniała uroczystość! A widziałeś tych wszystkich fotografów? Wiesz, jeden z nich powiedział, że jestem najładniejszą kobietą na gali.
— Wszystkim to mówią. Gość dostaje tandetny komplement, a oni lepsze ujęcie. To zawsze działa.
Veronice zrobiło się przykro.
— To było złośliwe, Davidzie. Przecież oni wszyscy przyjechali tu z twojego powodu. To twoje święto, a ty masz minę jak skazaniec — strofowała go szeptem i nie oglądając się na jego reakcję, kontynuowała rozmarzonym tonem. — Ja w każdym razie jestem z ciebie bardzo dumna i… wiesz, co sobie pomyślałam? Że gdybyś poprosił mnie o rękę, to bym się zgodziła.
David zawstydził się sam przed sobą tego, co w tej chwili pomyślał.
— Co mówiłaś? Nic nie słychać w tym koszmarnym hałasie! — skłamał gładko. Nie zamierzał podejmować tematu. Liczył na to, że Veronica nie zdąży powtórzyć swojej oferty. Nie przeliczył się. Dostrzegł zbliżającego się w ich stronę Morgana Rooneya.
— Przyjmij moje gratulacje, Davidzie — wołał już z daleka. — Wiesz, jaki to prestiż dla redakcji, że jej dziennikarz dostał tę nagrodę! W dziesięcioletniej tradycji konkursu jesteś pierwszym nagrodzonym dziennikarzem „New York Timesa”. — Naczelny promieniał ze szczęścia i dawał wyraz radości, metodycznie poklepując ramię Davida. Nagle ściszył głos. — Coś ci zdradzę. To informacja poufna. Zachowaj ją dla siebie. CNN zaoferowało komisji dziesięć baniek za przeforsowanie kandydatury ich człowieka. Dowiedziałem się przed chwilą. Oczywiście, nie ma mowy o korupcji, bo oficjalnie miała to być dotacja wspierająca statutowe cele komisji. Coś poszło nie tak, no i wybrali ciebie, tygrysie. — Uścisnął dłoń Davida i odszedł pospiesznie rozgłaszać dalej tę poufną wiadomość.
Morgan Rooney zbliżał się do sześćdziesiątki. Obsesyjnie dbał o swój wizerunek. Dwóch specjalistów od public relations nieustannie analizowało każde słowo i gest szefa największej gazety w Stanach Zjednoczonych. Ta bezustanna kontrola nad najmniejszym drobiazgiem sprawiała, że w każdej encyklopedii pod hasłem „poprawność polityczna” można by zamieścić jego zdjęcie. Każde zagadnienie musiał przemyśleć setki razy, i nigdy nie podejmował ryzykownych decyzji. Utrzymanie dobrej marki gazety było dla niego najważniejsze, a jego życiowa dewiza brzmiała: „Ścigaj skandale u innych, sam się ich nie dopuszczaj”.
Monumentalna sala koncertowa wyglądała imponująco. Amfiteatr płonął oślepiającym blaskiem jupiterów. Najbardziej wyeksponowaną część sceny, przeznaczoną zwykle dla dyrygenta, zajmował tymczasowo konferansjer. Na zapleczu uwijali się ludzie od nagłośnienia, oświetlenia i czego tam jeszcze. Kamerzyści pracowali gorączkowo, starając się być w co najmniej dwóch miejscach jednocześnie.
Teatry operowe całego świata mają w sobie pewną magię, ale bez akustycznej wiedzy ich genialnych budowniczych pozostałyby głuche. W Metropolitan Opera, teatrze muzycznym o największej na świecie liczbie miejsc, akustyka naprawdę robi wrażenie.
Dziennikarza Roku i jego towarzyszkę uhonorowano miejscami w loży głównej. Prowadziła ich tam hostessa, gdy natknęli się na kongresmena Petera Rayana, wiceprzewodniczącego senackiej Komisji do spraw Mediów Nowoczesnych.
— No, no! Kogóż to moje oczy widzą! Dziennikarz Roku we własnej osobie! Moje gratulacje, Stone.
David utonął w niedźwiedzim uścisku spoconego, otyłego olbrzyma. Ledwie zdołał się uwolnić od jego karesów. Tajemnicą poliszynela były homoseksualne ciągoty kongresmena.
— Nic nie mów! — zakrzyknął. — Twoja mina mówi sama za siebie. Bardzo się cieszysz, jak widzę, towarzystwem tych wszystkich snobów. — Przy okazji… — zająknął się, ściszył głos. — Nie miałem jeszcze sposobności ee… podziękować ci za przysługę. Gdyby to się rozniosło… Sam wiesz, jakie mogłyby być ee… konsekwencje. Jestem twoim dłużnikiem. Umiem się odwdzięczyć za ee…, że tak to ujmę, dyskrecję. Uważajmy tę sprawę za zamkniętą. Tymczasowo — dokończył pospiesznie na widok podchodzącego do nich przewodniczącego Komisji do spraw Mediów Nowoczesnych, podstarzałego dandysa ze stylową laską przy nodze.
— Witam, panie Stone. Proszę przyjąć moje szczere słowa uznania — powiedział wyniosłym tonem, pozując na angielskiego gentelmana.
— Dziękuję. — David skinął głową ledwie dostrzegalnie.
— Dobry wieczór, kongresmenie — rzucił niedbale w stronę polityka.
— Moje uszanowanie, panie przewodniczący. Doprawdy, wspaniała uroczystość — kłaniał się sztucznie rozpromieniony Rayan. Przywołał na twarz uśmiech tak fałszywy, że gdyby hipokryzja przybrała płynną postać, spłynęłaby na parkiet sporych rozmiarów kałużą.
— Panowie wybaczą. Obowiązki! Winienem przywitać się z pozostałymi gośćmi.
— Naturalnie, naturalnie — ucieszył się, nie wiedzieć dlaczego, kongresmen.
— To nie była przysługa. — Dawid powrócił do przerwanej rozmowy bez zbędnych wstępów. — Rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.
— Nie obchodzi mnie ta twoja rzeczywistość — syknął. — Istotne jest jedynie to, że nic na ten temat nie napisałeś. Rzeczywistość jest sprawą względną. Chyba nie muszę tego tłumaczyć Dziennikarzowi Roku — dodał szyderczo. — Liczy się to, co napiszą w prasie. To prasa kreuje rzeczywistość. — Wymierzył palec w dziennikarza. — Ty, Stone, właśnie ty, kreujesz rzeczywistość! — Na pożegnanie klepnął Davida w ramię i ruszył w dalszy obchód.
„Ty, Stone, właśnie ty, kreujesz rzeczywistość!”, zadźwięczało w głowie Davida. Kongresmen miał rację. Źle się stało, że mu nie wyjaśnił wszystkiego. Bo nie zrobił mu żadnej przysługi. To Morgan zmusił go do zatajenia tej informacji. Dwa tygodnie temu do redakcji zgłosiła się jakaś kobieta. Chciała rozmawiać z Davidem. Twierdziła, że ma dla niego pewną informację. I opowiedziała mu dramatyczną historię jej kilkunastoletniego syna, Stevena, który przed laty był molestowany przez Petera Rayana. Zanim wybrano go do Kongresu, przez wiele lat pracował w szkole podstawowej. Był jej dyrektorem. Pod pretekstem dodatkowych lekcji zmuszał chłopca do pozostawania w szkole i tam go wykorzystywał. Dziecko wstydziło się powiedzieć o tym matce. Dlatego cały ten proceder trwał całymi latami. To silnie zaburzyło psychikę chłopca. Stał się małomówny, zamknięty w sobie, lękliwy. Do dziś jest pod stałą opieką psychiatry. Kiedy w końcu matka zdołała wyciągnąć z syna, co się dzieje, Rayan dostał mandat kongresmena i rozstał się ze szkołą. Matka tymczasem dowiedziała się, że Steve nie był jedynym molestowanym przez niego dzieckiem. Rodzice połączyli siły. Mieli niezbite dowody. Domagali się nagłośnienia sprawy i zadośćuczynienia. Rayan próbował ugody. Zaproponował rodzicom piętnaście milionów dolarów w zamian za milczenie. David przeprowadził własne śledztwo, które potwierdziło wszystkie zarzuty. To była sensacja roku! Ale nie chodziło tylko o sensację. Nie tylko to nim kierowało. Chciał rzecz opisać, bo uważał, że kongresmen nie powinien ujść sprawiedliwości. Tekst był gotów do druku, kiedy Rooney niespodziewanie wezwał go do swego gabinetu. W tonie tak ostrym, jakiego nie używał nigdy wcześniej, odrzucił publikację i zabronił mu węszyć wokół Rayana. Groził dyscyplinarnym wywaleniem z pracy. Z dyscyplinarką w papierach i z wilczym biletem nie znalazłby roboty nawet w gazetce szkolnej prowincjonalnego liceum. Morgan Rooney zmiótłby go z powierzchni zawodowego życia. Należał do grona najbardziej wpływowych osób w Stanach. Powodów tak stanowczej postawy naczelnego David mógł się jedynie domyślać.
Gość honorowy gali i jego towarzyszka zajęli w końcu swoje miejsca w loży. David musiał jeszcze odebrać gratulacje od kilku osób i wymienić z nimi uściski dłoni. Veronica, obsypywana zewsząd komplementami, chłonęła tę atmosferę całą sobą. Rozpierała ją duma, czuła się taka piękna, taka uwielbiana! Darowała sobie rozmowę o małżeństwie. Powróci do tematu jutro. Teraz chciała przeżyć jak najintensywniej każdą sekundę swojego tryumfu.
— Panie Stone, zechce pan pójść ze mną do charakteryzatorni? To potrwa dosłownie chwilę — zapytała młoda kobieta z bardzo finezyjnie ułożoną fryzurą.
— Aż tak źle wyglądam, że potrzebuję makijażu? — zażartował.
— Wygląda pan świetnie, ale kamera widzi inaczej niż ludzkie oko — uśmiechnęła się. — Stąd sugestia reżysera.
Właściwie to potrzebował makijażu. Na jego twarzy, choć subtelnie, widać było jednak następstwa krążącego w żyłach alkoholu. Oczy miał podkrążone z niewyspania. Poszedł za charakteryzatorką. Weszli do przestronnego pokoju, w którym pod ścianami ustawiono rząd toaletek, a naprzeciw każdej z nich wisiało duże, rzęsiście oświetlone lustro. Stone usiadł obok Vincenta, konferansjera, który miał prowadzić galę. Jego makijaż był prawie gotowy.
Kobieta z wypracowanym uczesaniem starannie nakładała kolejne warstwy pudru matującego na twarz bohatera wieczoru. Próbowała porozmawiać z Davidem, ot tak, z czystej uprzejmości i dla skrócenia czasu zabiegu, ale on, nieobecny duchem, odpowiadał półsłówkami albo milczał.
Za kilka minut znajdzie się w centrum ogromnej sali, a goście na widowni będą oczekiwać, że powie coś, co rozproszy nudę tego wieczoru. Kłębiły się w nim niewesołe i negatywne emocje. Zawiódł małego Stevena, jego matkę oraz inne dzieciaki skrzywdzone przez tę kanalię, Rayana. Tłumił poczucie winy, ale odzywało się ono w najmniej odpowiednich okolicznościach. Znajdował niejedno usprawiedliwienie dla siebie, jednak ostatnie bastiony przyzwoitości podsuwały mu nieustannie jedną myśl: odpuścił, bo się wystraszył. I nic nie zmieni faktu, że było to z jego strony tchórzostwo. Rozczarowało go środowisko, w którym się obracał. Mierziło go wszechobecne zakłamanie, dysonans między tym, co ludzie myślą, a tym, co mówią. I co robią. Powiązania towarzyskie były po stokroć ważniejsze niż kodeks etyki dziennikarskiej. Odpowiedni wizerunek i poprawność polityczna stały się absolutnymi priorytetami, prawdomówność – niewybaczalną wadą. Korupcja, choć wszechobecna, bywała trudna do udowodnienia. Koszmarnie drodzy prawnicy stawali na głowie, żeby „wręczenie korzyści majątkowych” zastąpić nienacechowaną negatywnie nazwą, choćby taką, jak „darowizna”, a wspomagało ich fatalnej jakości prawodawstwo.
I jeszcze na dokładkę Veronica! Drażniła go coraz bardziej. David nieraz prosił Boga o odpowiedź na pytanie, które sobie stawiał: jaki sens ma ten ich związek.
Siedział w fotelu charakteryzatorki i przyglądał się sobie. Widział w lustrze, jak stopniowo na jego twarzy pojawia się gładka maska tuszująca wszelkie niedoskonałości. I to była istota tego systemu. Każda ze znanych mu osób nosiła na twarzy jakąś maskę. Prawdziwa twarz jest zbędna, przeszkadza w karierze i w ogóle w życiu. Maska odpowiadająca aktualnej modzie wszystko ułatwiała. David musiał przyznać przed samym sobą, że i on przyłączył się do tej maskarady. Miał pełną świadomość tego stanu rzeczy i jedyne, co go różniło od pozostałych, to narastająca potrzeba wyrwania się z tego koszmaru. Temu pragnieniu towarzyszyła odwaga, której poziom stopniowo urastał do rozmiarów pozwalających na zaakceptowanie konsekwencji. Ty, Stone, właśnie ty, kreujesz rzeczywistość!, zabrzmiały mu w głowie słowa Petera Rayana.
— Skończone — oznajmiła charakteryzatorka.
David siedział jeszcze przez chwilę i wpatrywał się w swoje oblicze.
— Uwaga, za minutę zaczynamy! — rozległ się w głośnikach głos z reżyserki.
Na to hasło w ludzi jakby piorun strzelił. Ze zwielokrotnioną energią rzucili się w wir zajęć, trzaskały drzwi, narastał gwar podnieconych głosów.
Tylko Stone siedział i bezmyślnie gapił się w lustro.
— Panie Stone, nie podoba się panu? — zapytała niepewnie kobieta.
— Wręcz przeciwnie, jest dobrze. Powiedziałbym nawet, że zbyt dobrze — szepnął. Sięgnął do stojącego na stoliku pudełka i wyjął kilka chusteczek do demakijażu. Zdecydowanymi ruchami zaczął zmywać twarz.
— Co pan robi, panie Stone! — jęknęła ze zgrozą charakteryzatorka.
— Pozbywam się tej cholernej maski.
— Trzydzieści sekund do rozpoczęcia — rozległo się z głośników.
— Chcecie występu Dziennikarza Roku? Będziecie go mieli — wyrzucił z siebie David, nieomal biegnąc ku scenie. — Ale nie w masce. Niech wszyscy zobaczą, jak wygląda prawdziwa twarz na tym balu przypudrowanych pysków! — dorzucił z pasją.
— O czym pan mówi? — Kobieta z artystyczną fryzurą sunęła za nim oszołomiona, ściskając w dłoni słoiczek z podkładem.
— Panie Stone! Proszę się przygotować. — Głos z dyżurki rozpoczął odliczanie — dziesięć, dziewięć…
Kurtyna uniosła się w górę i oczom widzów ukazał się konferansjer, Vincent, doskonały Vincent, jak zawsze szeroko uśmiechnięty.
— Przed państwem człowiek, który otrzymał zaszczytny tytuł Dziennikarza Roku! Zapraszam na scenę pana Davida Stone’a.
Zerwała się burza oklasków.
David poczuł się wolny. Upajał się tym nieznanym mu dotąd stanem. Opinia innych była teraz zupełnie bez znaczenia. Liczyła się tylko prawda, liczyła się uczciwość wobec samego siebie. Zerwał muszkę. Przeszkadzała mu w swobodnym oddychaniu.
Na scenie obok Vincenta pojawił się przewodniczący Komisji do spraw Mediów Nowoczesnych i zarazem kanclerz kapituły przyznającej wyróżnienie. Trzymał w ręku złotą statuetkę wyobrażającą gęsie pióro. Obaj uśmiechali się z zakłopotaniem na widok Davida bez muszki i bez makijażu. Kiedy dziennikarz podszedł do mikrofonu, wręczono mu ogromny bukiet kwiatów i przewodniczący, skonsternowany, bez słowa podał laureatowi błyszczącą w świetle migoczących fleszy nagrodę. Brawa cichły. Zapadła krępująca cisza.
David głośno przełknął ślinę.
— Wszyscy zapewne sądzą, że Dziennikarz Roku wygłosi teraz pełne frazesów przemówienie i wielokrotnie wyrazi wdzięczność kapitule za przyznanie mu tego wyróżnienia. Rozczaruję was. Jeśli tego oczekujecie, możecie iść do domu. Jeśli chcecie usłyszeć kilka słów prawdy, to trafiliście pod właściwy adres — rozpoczął David.
Sala zamarła.
— Panie przewodniczący — zwrócił się do stojącego obok starszego pana. — Panu, mimo wszystko, należą się słowa podziękowania. Dziękuję, że pomimo kuszącej rozmiarami łapówki od CNN, jednak mnie przyznano to wyróżnienie. Czyż to nie szlachetne? — Spojrzał w stronę publiczności. — Nagrodźmy brawami tego zacnego człowieka! — zawołał teatralnie. — Czemu nie klaszczecie? — zapytał z udawanym zdziwieniem. — Prawda! Przecież nie wiecie, o czym ja mówię. Pan kanclerz jakiś czas temu dostał od CNN dziesięć milionów w eleganckiej kopercie w zamian za nagrodę dla ich człowieka. Łapówka? Och nie! To przecież takie brzydkie słowo! Na pewno znajdzie się jakieś wytłumaczenie, prawda? — Wyjął mikrofon ze statywu i podszedł do kompletnie zdezorientowanego kanclerza kapituły. — Proszę nam powiedzieć, co pan zrobił z tak ogromną sumą? — zapytał i zbliżył mikrofon do ust osłupiałego kanclerza. Na jego twarzy malowało się niedowierzanie i wściekłość.
Poczerwieniał na twarzy. Zakrył dłonią mikrofon.
— Zapłacisz mi za to — wysyczał przez zaciśnięte zęby.
— Czyżby? — zripostował David z łobuzerskim uśmiechem.
Reżyser patrzył na scenę i nie wierzył, że to wszystko dzieje się naprawdę.
— Wyłączyć mikrofony! — huknął. — Ochrona! Wyprowadzić tego wariata! — W słuchawce zainstalowanej w uchu zabrzmiało potwierdzenie wykonania polecenia.
Dźwiękowcy w studiu tkwili przy konsolecie jak zaczarowani. Żaden nie zareagował. Chcieli usłyszeć dalszy ciąg przedstawienia. Kamerzyści nie spuszczali wzroku z gwiazdy wieczoru. Sprzęt pracował na maksymalnym zbliżeniu. Ale się gościu postarał! Jeszcze trochę, a zostanie Gwiazdą Roku!
— Jeśli ogląda nas prokurator federalny, to chciałbym do niego zaapelować, żeby przygotował dla pana kanclerza jakąś wygodną celę, w miłym towarzystwie. Najlepiej kolegów kongresmenów. Choć z drugiej strony, nie jestem pewien, czy homoseksualista i pedofil na sąsiedniej pryczy to odpowiednio miłe towarzystwo. — Odwrócił się w stronę widowni i zawołał: — Kongresmenie Rayan, może pan opowie zabranym tu gościom o swojej nieodległej przeszłości? Zamknął pan usta mnie i mojemu naczelnemu, panu Morganowi Rooneyowi. Czas osobiście poinformować opinię publiczną o swoich małych grzeszkach. Co pan czuł, kiedy pan gwałcił tych małych chłopców?
Widownia była poruszona. Przez salę przebiegł szmer. Szeptano, rozglądając się dookoła, szukano wzrokiem Rayana. Siedział na widoku, w pierwszym rzędzie, tuż przy scenie, z której przemawiał David.
— Oto mój artykuł, którego nie mogłem opublikować w „New York Timesie”. — Stone wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki złożone na pół kartki papieru. — Tu jest wszystko na temat Rayana. Jeszcze jako dyrektor szkoły molestował małych chłopców, a potem próbował zapłacić rodzicom tych dzieci za milczenie. Dlaczego Morgan Rooney, redaktor naczelny gazety, utemperował niepokornego dziennikarza, który chciał poinformować opinię publiczną, kim jest człowiek wybrany przez Amerykanów na kongresmena, nie wiem. Bądźcie z siebie dumni, Amerykanie! — wyskandował niczym kandydat na prezydenta podczas wyborczego spotkania.
David zszedł ze sceny i z ukłonem podał kartki siedzącej najbliżej Donie Heuston.
— Niech najpopularniejsza prezenterka w kraju zrobi z tego użytek.
Wiedział, że to koniec jego kariery dziennikarskiej. A jednak poczuł się lepiej. Był to winien Stevenowi i innym dzieciakom. Prawda musiała ujrzeć światło dzienne, inaczej byłby równie winny jak Rayan.
— Jeśli istnieje jeszcze sprawiedliwość w tym kraju, kongresmen Rayan powinien zostać postawiony przed sądem, a nie zasiadać w kongresie — powiedział dobitnie, patrząc Donie w oczy.
Peter Rayan siedział w fotelu i nie mógł uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Wiele razy śniło mu się, że stoi przed ogromną widownią, która się z niego śmieje, a on płonie ze wstydu. Tak jak teraz. Ale to nie był sen. Przypomniał sobie to, co powiedział Davidowi kilkanaście minut wcześniej: „Ty, Stone, właśnie ty, kreujesz rzeczywistość!”. Wykrakał to sobie. Powiedział w złą godzinę. No i stało się! Stone właśnie wykreował nową rzeczywistość senatora, rujnując starą. Cały świat kongresmena walił się w gruzy.
Rayan zerwał się z fotela i nieprzytomny z gniewu runął na Davida i na oczach tysięcy gości zebranych w operze i milionów przed telewizorami zaczął go dusić.
— Ty kanalio. Jesteś skończony! Skończony! — wrzeszczał.
Ochroniarze oprzytomnieli. Rzucili się do pomocy. Potrzeba było aż trzech, żeby odciągnąć oszalałego kongresmena od jego ofiary i kata w jednej osobie. W akompaniamencie pogróżek i przekleństw wywleczono go za kulisy.
— Pan również pójdzie z nami, panie Stone. — Jeden z ochroniarzy odebrał Davidowi mikrofon i ujął go za łokieć. Drugi stał obok, gotów wesprzeć kolegę.
Veronica zamarła. Zacisnęła dłonie na poręczach i nie była w stanie się poruszyć. Powtarzała bezgłośnie: „To nieprawda. To nie może być prawda. Ja chyba śnię”. Widziała, jak ochroniarze prowadzą Davida i znikają za drzwiami wyjściowymi. Odzyskała władzę w nogach. Pobiegła za nimi.
— David! — krzyknęła rozpaczliwie. — Co tu się dzieje, do cholery? Możesz mi to wytłumaczyć?
Stone odwrócił się do dziewczyny i spojrzał jej w oczy.
— To
