Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 274

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Osiem gór - Paolo Cognetti

Góry to nie tylko śnieg, przepaści, granie, potoki, jeziora i pastwiska. Góry to sposób życia. Kolejne kroki, milczenie, czas i właściwa miara. Pietro jest dzieckiem z miasta, nieco humorzastym samotnikiem. Jego matka pracuje w poradni rodzinnej na przedmieściach, ojciec jest chemikiem, który każdego wieczoru wraca z pracy przepełniony złością. Choć różni, połączyła ich wspólna pasja – góry. To w nich poznali się i pokochali, i związali ze sobą tak mocno, że nawet rodzinna tragedia nie była w stanie ich rozdzielić. Gdy odkrywają Granę, maleńką wieś w dolinie u stóp masywu Monte Rosa, czują, że znaleźli swoje miejsce na ziemi. To tam Pietro spędza odtąd wszystkie letnie wakacje i poznaje Brunona, rówieśnika o włosach w odcieniu konopnego sznurka i o szyi spalonej słońcem, który zamiast odpoczywać, musi paść krowy. W czasie tych letnich miesięcy Pietro zaczyna wędrować po górach ze swoim ojcem, odkrywa tajemnice doliny i opuszczonych budynków, zdobywa strome ścieżki. Wtedy też zawiązuje się jego przyjaźń z Brunonem, która – choć często na odległość – przetrwa bardzo długo.

Opinie o ebooku Osiem gór - Paolo Cognetti

Fragment ebooka Osiem gór - Paolo Cognetti

Tytuł oryginału:

LE OTTO MONTAGNE

Copyright © 2016 by Paolo Cognetti.

First published in Italy by Giulio Einaudi editore, Torino, 2016.

This edition published in agreement with the Author through MalaTesta Lit. Ag., Milano

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autora: © Roberta Roberto

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Emilia Grzeszczak, Maria Zając, Anna Just

ISBN: 978-83-8110-418-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Bądź zdrów! Bądź zdrów i pomny słów,

Że ten się modli szczerze,

Kto szczerze kocha wszelki płód –

Człowieka, ptaka, zwierzę.

S.T. Coleridge, Pieśń o starym żeglarzu,

przeł. J. Kasprowicz

Ojciec miał własny styl chodzenia po górach. Niezbyt medytacyjny – to była jedna wielka zaciętość i brawura. Niezmordowanie parł w górę w ciągłej pogoni za kimś albo za czymś, a gdy szlak mu się dłużył, skracał go sobie, wybierając największą stromiznę. Przy nim nie było mowy o przystawaniu, narzekaniu na głód, zmęczenie czy na ziąb, za to wolno było śpiewać jakąś piękną piosenkę, zwłaszcza podczas burzy albo w gęstej mgle. I z głośnym wyciem puszczać się po szreni.

Matka, która znała go od dziecka, opowiadała, że nawet w tamtych czasach nie czekał na nikogo, cały pochłonięty ściganiem wspinaczy, którzy na szlaku byli wyżej niż on, dlatego potrzeba było mocnych nóg, by zasłużyć na jego zainteresowanie. I ze śmiechem dawała do zrozumienia, że tak właśnie go zdobyła. Sama w późniejszym okresie od forsownych marszów wolała siedzenie na łąkach, zanurzanie stóp w potoku albo poznawanie nazw ziół i kwiatów. A gdy już stanęła na szczycie, najbardziej lubiła spoglądać na odległe wzniesienia, myśleć o górach swojej młodości i wspominać, kiedy w nich była i w czyim towarzystwie. Natomiast ojca dopadało wówczas coś w rodzaju rozczarowania i chciał już tylko wracać do domu.

Sądzę, że były to odmienne reakcje na doświadczanie tej samej tęsknoty. Moi rodzice wyjechali do miasta, gdy oboje mieli około trzydziestki. Porzucili rolniczą Wenecję Euganejską, gdzie matka się urodziła i gdzie wychował się ojciec, sierota wojenny. Ich pierwszymi górami, pierwszą miłością były Dolomity. Wspominali o nich czasem, kiedy byłem jeszcze zbyt mały, by uczestniczyć w rozmowie, ale docierały do mnie niektóre słowa wyróżniające się niczym przenikliwe, brzemienne w znaczenie dźwięki. Catinaccio, Sassolungo, Tofany, Marmolada. Wystarczyło jedno z tych słów w ustach ojca, a oczy matki zaczynały błyszczeć.

Uświadomiłem sobie po jakimś czasie, że były to miejsca narodzin ich miłości: pewien ksiądz zabrał ich tam, gdy byli jeszcze dziećmi, i po latach, któregoś jesiennego poranka, ten sam ksiądz pobłogosławił ich małżeństwo u stóp Tre Cime di Lavaredo, przed wejściem do stojącego tam kościółka. Ten górski ślub był mitem założycielskim naszej rodziny: zawarty mimo sprzeciwu rodziców matki – powodu nie znałem – w obecności paru przyjaciół, w wiatrówkach zamiast ślubnej sukni i garnituru, z nocą poślubną na pryczy w schronisku Auronzo. Śnieg błyszczał już na półkach skalnych Cima Grande. Była wrześniowa sobota 1972 roku, koniec sezonu alpinistycznego – dla nich na ten rok i na wiele kolejnych lat: następnego dnia zapakowali do samochodu skórzane górskie buciory, pumpy, jej brzemienność i jego umowę o pracę i pojechali do Mediolanu.

Opanowanie nie należało do cnót cenionych przez mojego ojca, ale w mieście przydałoby się mu bardziej niż powietrze. Mediolańskie realia były takie: w latach siedemdziesiątych mieszkaliśmy w kamienicy stojącej przy szerokiej ruchliwej ulicy; pod jej asfaltem, mówiono, płynęła rzeka Olona. Prawdą jest, że w deszczowe dni ulicę zalewało – ja zaś wyobrażałem sobie, że podziemny nurt porykuje w ciemności, nadyma się i przelewa przez studzienki kanalizacji – ale nieustannie wezbrana była inna rzeka: ciąg samochodów, furgonetek, skuterów, ciężarówek, autobusów i karetek pogotowia. Mieszkaliśmy wysoko, na siódmym piętrze, dwa szeregi bliźniaczych budynków po obu stronach ulicy dodatkowo wzmacniały hałas. W niektóre noce ojciec nie wytrzymywał, wstawał z łóżka, na oścież otwierał okno, jakby chciał złorzeczyć miastu, nakazać mu milczenie albo wylać na nie strumień wrzącej smoły; stał przez jakąś minutę, patrząc w dół, potem wkładał kurtkę i wychodził na spacer.

Z naszych okien widzieliśmy dużo nieba. Niezależnie od pory roku było jednorodnie białe, orane jedynie lotem ptaków. Na niewielkim balkonie, sczerniałym od dymu i pokrytym pleśnią od częstych deszczy, matka z uporem hodowała kwiaty. Pielęgnowała swoje roślinki i jednocześnie opowiadała mi o wsi swojego dzieciństwa, o sierpniowych winnicach, o liściach tytoniu suszących się na żerdziach, o szparagach, które, jeśli chcemy, by pozostały delikatne i białe, należy zbierać, zanim wystawią główki z gruntu, i potrzeba specjalnego talentu, by dostrzec je tuż pod ziemią.

Teraz jej dobre oko okazało się przydatne w zupełnie innej dziedzinie. W Wenecji Euganejskiej pracowała jako pielęgniarka, ale w Mediolanie znalazła zatrudnienie w charakterze asystentki sanitarnej w Quartiere degli Olmi, Dzielnicy Wiązów, blokowisku na zachodnim krańcu miasta. Podobnie jak całe poradnictwo rodzinne, w ramach którego pracowała, było to stanowisko utworzone niedawno i miało na celu pomagać kobietom podczas ciąży, a później towarzyszyć im przez pierwszy rok życia dziecka. Matka lubiła tę pracę. Tyle tylko że miejsce, w które ją wysłano, przypominało raczej tereny misyjne. Wiązów w tej okolicy było doprawdy niewiele: dzielnicowa toponimia, te wszystkie ulice noszące nazwy od olch, jodeł, modrzewi i brzóz, brzmiała jak szyderstwo w otoczeniu składającym się z dwunastopiętrowych bloków nękanych wszelkiego rodzaju nieszczęściami. Do obowiązków mojej matki należało kontrolowanie środowiska, w którym żyło niemowlę, i bywały takie wizyty, po których przez parę dni nie mogła się otrząsnąć. Najpoważniejsze przypadki musiała zgłaszać do sądu rodzinnego. Kosztowało ją to wiele, więcej niż samo wysłuchanie solidnej porcji obelg i gróźb pod swoim adresem, nie miała jednak wątpliwości, że postępuje słusznie. Nie była jedyną, która wierzyła w sens tej pracy: głębokie poczucie solidarności i wspólnej kobiecej odpowiedzialności za powierzone dzieci łączyło ją z pracownicami opieki społecznej, pedagożkami i nauczycielkami.

Ojciec, przeciwnie, zawsze był samotnikiem. Pracował jako chemik w fabryce zatrudniającej dziesięć tysięcy osób, bezustannie wstrząsanej strajkami lub zwolnieniami, i jeśli coś działo się w pracy, wieczorem wracał do domu, kipiąc ze złości. Podczas kolacji ze sztućcami uniesionymi w powietrzu śledził w milczeniu telewizyjne wiadomości, jakby oczekiwał, że zaraz wybuchnie kolejna wojna światowa, i klął pod nosem przy każdym doniesieniu o morderstwie, o kryzysie rządowym, o podwyżce cen ropy, o wybuchu bomby niewiadomego pochodzenia. Z nielicznymi kolegami z pracy, których zapraszał do domu, dyskutował wyłącznie o polityce, co nieodmiennie kończyło się kłótnią. Dla komunistów był antykomunistą, dla katolików – radykałem, dla każdego, kto chciałby wcisnąć go w ramy jakiegoś kościoła czy partii – wolnomyślicielem; ale czasy nie sprzyjały uchylaniu się od etykietek i koledzy przestali go w końcu odwiedzać. On zaś dalej chodził do fabryki z takim nastawieniem, jakby miał co rano zajmować stanowisko w okopach. I dalej nie spał w nocy, ściskał rzeczy z przesadną siłą, wkładał sobie zatyczki do uszu, łykał pastylki na ból głowy oraz wybuchał gwałtownym gniewem: wtedy do akcji wkraczała matka, która w ramach obowiązków małżeńskich wzięła na siebie także ten, aby wyciszać mojego ojca i amortyzować ciosy w jego walce ze światem.

W domu oboje nadal mówili w dialekcie weneckim. W moich uszach brzmiał niczym ich wspólny sekretny język, echo poprzedniego tajemniczego życia. Niczym pozostałość przeszłości, podobnie jak fotografie, które matka umieściła na stoliku przy drzwiach wejściowych. Często zatrzymywałem się, by na nie popatrzeć: pierwsza przedstawiała jej rodziców w Wenecji podczas jedynej w ich życiu podróży, w którą dziadek zabrał babcię z okazji srebrnych godów. Na drugiej, wykonanej w porze winobrania, pozowała cała rodzina: dziadkowie siedzieli pośrodku, wokół nich trzy dziewczyny i jeden chłopak, kosze winogron na klepisku. Trzecia uwieczniała mojego wuja, jedynego męskiego potomka dziadków, w stroju alpinisty, z przełożonym przez ramię zwojem liny wspinaczkowej, jak stoi uśmiechnięty obok mojego ojca na tle krzyża wieńczącego górski szczyt. Umarł młodo i po nim dostałem imię, choć w rodzinnym słowniku ja byłem Pietro, a on – Piero. Jednak żadnej z osób na fotografiach nie poznałem osobiście. Rodzice nigdy nie zabierali mnie do nich w odwiedziny ani też tamci nie przyjeżdżali z wizytą do Mediolanu. Kilka razy w roku matka wsiadała do pociągu w sobotę rano i wracała w niedzielę wieczorem nieco bardziej zgaszona niż przed wyjazdem, potem jej przechodziło i życie biegło dalej. Było zbyt wiele spraw do zrobienia i osób do otoczenia opieką, by jeszcze hodować własne smutki.

Jednak przeszłość wyskakiwała z ukrycia w najmniej oczekiwanych chwilach. Podczas długiej jazdy samochodem, który rano wiózł mnie do szkoły, matkę do poradni, a ojca do fabryki, matka niekiedy intonowała jakąś starą piosenkę. Zaczynała pierwszą zwrotkę w ulicznym korku i po krótkiej chwili ojciec do niej dołączał. Słowa opowiadały o górach w czasie pierwszej wojny światowej: Pociąg wojskowy, Valsugana, Testament kapitana. Znałem te historie na pamięć: oto dwudziestu siedmiu chłopaków wyruszyło na front, a tylko pięciu wróciło do domu. Gdzieś nad brzegami Piawy stoi krzyż postawiony dla matki, która prędzej czy później przyjdzie go odszukać. Zaś zostawiona daleko ukochana tęskniła, wzdychała, ale w końcu męczyła się czekaniem i wychodziła za kogoś innego; umierający żołnierz ofiarowywał jej pocałunek, a dla siebie prosił o kwiat. Były tam słowa w dialekcie, stąd rozumiałem, że rodzice zabrali je ze sobą z poprzedniego życia, ale wyczuwałem też coś innego, dziwniejszego: że te piosenki jakimś sposobem opowiadały o nich. To znaczy o nich dwojgu osobiście, inaczej nie dało się wytłumaczyć wzruszenia, które ich połączone głosy wyraźnie zdradzały.

Czasem w wietrzne dni, nieczęsto, zazwyczaj jesienią albo w zimie, w głębi mediolańskich alej pojawiały się góry. Wyrastały znienacka za zakrętem albo nad wiaduktem i wzrok rodziców – nawet nie musieli ich sobie wskazywać – natychmiast wędrował w tamtym kierunku. Szczyty były białe, niebo niecodziennie błękitne, w powietrzu unosiła się atmosfera niewypowiedzianej cudowności. Tu, na nizinie, mieliśmy hałas fabryk, przepełnione blokowiska, zamieszki na ulicach, maltretowane dzieci, nastoletnie matki; tam, w górach, panował śnieg. W takich chwilach matka pytała o nazwy szczytów, a ojciec rozglądał się wokół, dostrajając swój wewnętrzny kompas do miejskiej geografii. Gdzie my jesteśmy? Na viale Monza? Na viale Zara? W takim razie to jest Grigna, mówił po zastanowieniu. Tak, to najpewniej ona. Dobrze pamiętałem tę opowieść: Grigna była piękną, okrutną wojowniczką, rycerzy przybywających, by wyznać jej miłość, kazała zabijać strzałami z łuku, dlatego Bóg za karę zamienił ją w górę. I teraz stała przed nami w całej okazałości, pozwalała się podziwiać przez przednią szybę samochodu całej naszej trójce, a każde z nas słało do niej inną niewypowiedzianą myśl. Później światła się zmieniały, przez ulicę przechodził pieszy, ktoś z tyłu naciskał klakson, mój ojciec posyłał go do wszystkich diabłów, ze złością wrzucał bieg i przyspieszał, zostawiając za sobą moment szczerej łaski.

Nadszedł koniec lat siedemdziesiątych, Mediolanem targały zamieszki, a moi rodzice z powrotem włożyli górskie buciory. Nie kierowali się na wschód, skąd przybyli, lecz na zachód, jakby chcieli uciec jeszcze dalej: do Val d’Ossola, Val d’Aosta, Valsesii, w tereny wysokie i surowe. Matka powie mi później, że gdy przyjechała tam po raz pierwszy, ogarnęło ją nieoczekiwane poczucie osaczenia. W porównaniu do łagodnych wzniesień Wenecji Euganejskiej i Trydentu-Górnej Adygi te zachodnie doliny wydały się jej wąskie, mroczne, ściśnięte niczym gardło; skała była wilgotna i czarna, wszędzie płynęły potoki i kaskady. Ileż wody, myślała. Musi tu obficie padać. Nie zdawała sobie sprawy, że cała ta woda bierze się z jednego niezwykłego źródła, ani też nie wiedziała, że razem z ojcem idą właśnie na jego spotkanie. Zostawili za sobą dolinę i wspinali się aż do miejsca, gdzie znów zaświeciło na nich słońce, otwarła się przestrzeń i przed oczami stanęła im Monte Rosa. Arktyczny świat, wieczna zima wisząca nad letnimi pastwiskami. Matkę ten widok przeraził. Ojciec zaś mówił, że to doświadczenie było dla niego niczym odkrycie innego porządku wielkości, niczym wyjście z gór dla ludzi i wkroczenie w góry dla olbrzymów. I oczywiście zakochał się od pierwszego wejrzenia.

Nie potrafię podać dokładnego miejsca, gdzie to się stało. Czy to była Macugnaga, Alagna, Gressoney, Ayas? Wówczas co roku zmienialiśmy miejsce pobytu, podążając tam, gdzie ojca pchał niespokojny włóczęgowski duch, kręcąc się wokół masywu, który go zachwycił. Lepiej od dolin pamiętam domy, jeśli można tak je nazwać: wynajmowaliśmy domek kempingowy albo pokój w pensjonacie i zatrzymywaliśmy się tam na dwa tygodnie. Nigdy nie było dość miejsca, by uczynić z nich gościnną przestrzeń, ani też nie mieliśmy czasu, by cokolwiek tam polubić, ale takie rzeczy ojca zupełnie nie interesowały, nawet nie zdawał sobie z nich sprawy. Zaraz po przyjeździe na miejsce zmieniało się ubrania, ojciec wyciągał z torby kraciastą koszulę, sztruksowe spodnie i wełniany sweter: ubrany w swoje stare rzeczy sprawiał wrażenie innego człowieka. Spędzał te krótkie wakacje na szlaku, wychodził wcześnie rano i wracał wieczorem albo następnego dnia zakurzony, opalony, zmęczony i szczęśliwy. Przy kolacji opowiadał nam o kozicach i skalnych koziorożcach, o nocach na biwaku, o rozgwieżdżonym niebie, o śniegu, który tam, wysoko, padał nawet w sierpniu, a kiedy był naprawdę zadowolony, kończył słowami: „Szkoda, że was tam ze mną nie było”.

Rzecz w tym, że matka za żadne skarby nie chciała chodzić po lodowcu. Żywiła wobec niego irracjonalny nieprzezwyciężony lęk: mawiała, że dla niej góry kończą się na trzech tysiącach metrów, na wysokości Dolomitów. Od trzech tysięcy wolała dwa tysiące – pastwiska, potoki, lasy – i bardzo kochała także tysiąc, gdzie pulsowało życie wiosek zbudowanych z kamienia i drewna. Gdy ojciec był na szlaku, ona lubiła wychodzić ze mną na spacer, pić kawę w barze przy placu, siedzieć na łące i czytać mi książkę albo wdawać się w pogwarki z przechodzącymi. Nie najlepiej znosiła nasze nieustanne zmiany miejsca. Chciała domu, który mogłaby uczynić swoim, miejscowości, do której mogłaby wracać, i często starała się ojca na to namówić. Odpowiadał, że nie mamy dość pieniędzy, by pozwolić sobie na wynajem dwóch mieszkań, jednego w Mediolanie i drugiego w górach. W końcu wytargowała sumę, która powinna wystarczyć, i obiecał, że czegoś poszuka.

Wieczorem, po sprzątnięciu resztek kolacji ze stołu, ojciec rozkładał na nim mapę i zabierał się do studiowania trasy na następny dzień. Obok miał szarą broszurę Włoskiego Klubu Alpejskiego i pół szklanki grappy, którą popijał małymi łykami. Matka wykorzystywała ten czas, siedząc w fotelu albo na łóżku i czytając: na godzinę lub dwie zagłębiała się w świat powieści i była jak nieobecna. Wówczas ja siadałem ojcu na kolana, by widzieć, co robi. Był wtedy wesoły i rozmowny, całkiem inny niż ten ojciec z miasta, do którego byłem przyzwyczajony. Z przyjemnością pokazywał mi mapę i uczył, jak się ją czyta. To jest potok, pokazywał, to jeziorko, a to grupa pasterskich szałasów. Tutaj po kolorze możesz poznać las, pastwisko, rumowisko i lodowiec. Te kręte linie oznaczają wysokość: im bliżej są siebie, tym bardziej strome jest wzniesienie, aż po miejsca, których nie da się pokonać, a gdzie rozmieszczone są rzadziej, teren wznosi się łagodnie i to tam biegną ścieżki, widzisz? A te punkciki z liczbą obok oznaczają szczyty. Właśnie na nie się wspinamy. Schodzimy dopiero wtedy, gdy nie można już iść wyżej. Rozumiesz?

Nie, nie potrafiłem zrozumieć. Musiałem na własne oczy zobaczyć ten świat, który dawał mu tyle radości. Wiele lat później, kiedy już razem chodziliśmy w góry, ojciec mówił, że doskonale pamięta, jak objawiło się moje powołanie. Któregoś ranka, gdy matka jeszcze spała, zbierał się do wyjścia. Sznurując buty, dostrzegł mnie nagle przed sobą ubranego i gotowego do drogi. Musiałem przygotować się już w łóżku. W panującym mroku przestraszyłem go, jakbym miał więcej niż te moje ówczesne sześć czy siedem lat: w jego opowiadaniu byłem już tym, kim stanę się później, byłem zapowiedzią dorosłego syna, zjawą z przyszłości.

– Nie chcesz jeszcze pospać? – zapytał mnie cicho, by nie budzić matki.

– Chcę iść z tobą – odpowiedziałem, a przynajmniej on tak twierdził. Ale może chciał to tylko w taki sposób wspominać.

CZĘŚĆ PIERWSZAGóra dzieciństwa

Rozdział pierwszy

Wieś Grana leżała w odgałęzieniu jednej z tamtejszych dolin, ignorowanym przez przejeżdżających, uznawano ją za miejsce, gdzie nie ma czego szukać, zamknięte od góry stalowoszarymi graniami, a od dołu utrudniającym dostęp urwiskiem. Ze szczytu urwiska ruiny samotnej wieży czuwały nad leżącymi odłogiem polami. Szutrowa droga odbijała od lokalnej szosy i prowadziła serpentynami w górę, aż do stóp wieży; dalej łagodniała, opasywała wzniesienie i kładąc się na pozór równo, prowadziła po zboczu w głąb doliny. Był lipiec 1984 roku. Na łąkach trwały sianokosy. Dolina była szersza, niż się wydawało, patrząc od dołu, miała las po zacienionej stronie i tarasy po słonecznej. Na samym dole wśród kęp krzewów płynął potok. Od czasu do czasu dostrzegałem, jak błyszczy w słońcu, i to była pierwsza rzecz, która mi się w Granie spodobała. W tamtym czasie pochłaniałem powieści przygodowe. Miłość do rzek zaszczepił we mnie Mark Twain. Pomyślałem, że tam, w dole, będzie można łowić ryby, pływać i nurkować, ściąć jakieś drzewo, zbudować z niego tratwę, i pochłonięty marzeniami nie zauważyłem zabudowań, które pojawiły się za zakrętem.

– To tu – powiedziała matka. – Jedź powoli.

Ojciec zwolnił i dalej posuwaliśmy się w żółwim tempie. Od samego wyjazdu posłusznie spełniał wszystkie jej polecenia. Wychylała się na prawo i lewo i przez kurz unoszący się spod kół samochodu przyglądała się uważnie oborom, kurnikom, drewnianym stodołom, spalonym albo zapadającym się ruderom, traktorom na przydrożu, prasom do belowania słomy. Z jakiegoś podwórza wyskoczyły dwa czarne psy z dzwonkami przy obrożach. Nie licząc kilku nowszych budynków, cała miejscowość wyglądała jak postawiona z tego samego szarego kamienia co góra, na której zboczu ją zbudowano, podobna była do skalnej wychodni albo wiekowego osuwiska. Nieco wyżej pasły się kozy.

Ojciec nic nie powiedział. Matka, która sama znalazła to miejsce, kazała mu zaparkować na placyku i wysiadła z samochodu, udając się na poszukiwanie właścicielki domu, my zaś zabraliśmy się do wyładowania bagaży. Jeden z dwóch psów podbiegł do nas, ujadając, a ojciec zrobił coś, czego nigdy jeszcze u niego nie widziałem: wyciągnął przed zwierzęciem dłoń do obwąchania, powiedział coś łagodnie i podrapał je za uchem. Może lepiej sobie radził z psami niż z ludźmi.

– No i? – zapytał, rozluźniając pasy mocujące bagażnika dachowego. – Jak ci się tu podoba?

Jest przepięknie, miałem ochotę odpowiedzieć. Wiele obiecujący zapach siana, obory, drewna, dymu i Bóg wie czego jeszcze uderzył mnie w nozdrza, gdy tylko wysiadłem z samochodu. Ale nie byłem pewny, czy to dobra odpowiedź, więc powiedziałem tylko:

– Wygląda na całkiem fajne miejsce. A ty co myślisz, tato?

Ojciec wzruszył ramionami. Podniósł wzrok znad walizek i rzucił okiem na stojącą przed nami szopę. Konstrukcja zapadała się po jednej stronie i z pewnością całkiem by się rozleciała, gdyby nie dwa podpierające ją słupy. Wewnątrz w równych stosach spoczywały bele siana, a na samej górze leżała dżinsowa koszula, którą ktoś ściągnął i zapomniał zabrać.

– Wychowałem się w podobnym miejscu – powiedział w taki sposób, że nie potrafiłem odgadnąć, czy to dobre, czy złe wspomnienie.

Chwycił rączkę walizki i już miał ją podnieść, ale coś innego przyszło mu do głowy. Popatrzył na mnie i widać było, że pomysł, który mu zaświtał, musiał go nieźle rozbawić.

– Jak myślisz, czy przeszłość może się wydarzyć ponownie?

– To trudne – odparłem wymijająco. Ciągle zadawał mi tego rodzaju pytania. Postrzegał we mnie inteligencję podobną do swojej, obdarzoną zdolnościami do logiki i matematyki, i uważał, że jego obowiązkiem jest wystawiać ją na próbę.

– Popatrz na ten potok. Widzisz? – powiedział. – Załóżmy, że woda to czas, który płynie. Jeśli tu, gdzie my jesteśmy, jest teraźniejszość, to gdzie jest przyszłość?

Zastanowiłem się. Pytanie wydawało się proste. Dałem najbardziej oczywistą odpowiedź:

– Przyszłość jest tam, gdzie płynie woda, w dole.

– Błąd – orzekł ojciec. – Na szczęście.

Potem jakby pozbył się jakiegoś ciężaru, zawołał tak samo jak wtedy, gdy brał mnie na barana:

– Hopsa!

I pierwsza z dwóch walizek upadła na ziemię z głuchym łoskotem.

Dom, który wynajęła matka, znajdował się w górnej części wsi, przy niewielkim placyku z poidłem pośrodku. Nosił ślady dwojakiego pochodzenia: pierwszymi były mury, balkony z poczerniałego modrzewia, porośnięte mchem kamienne dachówki, pokryty sadzą ogromny komin – i to była część zabytkowa. Cała reszta była już tylko stara. Śladami tego były podłoga z linoleum, kwiecista tapeta na ścianach, wiszące szafki i zlew w kuchni, wszystko to wyblakłe i pokryte pleśnią. Tylko jeden element wyróżniał się na tle panującej w środku przeciętności: sczerniały żeliwny piecyk, masywny i surowy, z mosiężną klamką u drzwiczek paleniska i czterema fajerkami do gotowania. Musiał pochodzić z innego domu i innego czasu. Ale sądzę, że matce podobało się przede wszystkim to, czego tam nie było, bo wybrała dom niemal całkiem pusty. Zapytała właścicielki, czy możemy go nieco urządzić, a ona odpowiedziała tylko:

– Róbcie, co chcecie.

Kobieta nie wynajmowała domu od wielu sezonów i z pewnością nie sądziła, że tego lata trafi się jej najemca. Była szorstka w obejściu, lecz nie niegrzeczna. Myślę, że czuła się zakłopotana, bo zeszła prosto z pola i nie zdążyła się przebrać. Przekazała matce wielki żelazny klucz, dokończyła wyjaśnienia dotyczące ciepłej wody, zaprotestowała słabo przed przyjęciem koperty, którą matka dla niej przygotowała.

Ojca nie było w środku już od jakiejś chwili. Dla niego jeden dom wart był tyle samo co inny, a następnego dnia musiał być w pracy. Wyszedł na balkon, żeby zapalić, i z rękami opartymi o balustradę patrzył na okoliczne wierzchołki. Wydawało się, że studiuje uważnie rzeźbę terenu, szukając miejsca, z którego najlepiej przypuścić szturm na szczyty. Wrócił do środka po odejściu właścicielki, oszczędzając sobie pożegnań, w mrocznym nastroju, który zdążył go już opanować; powiedział, że idzie coś kupić na obiad i że chce wyjechać przed wieczorem.

Gdy tylko wyjechał, matka przeobraziła się w osobę, jakiej wcześniej nie znałem. Rankiem, gdy tylko wstała z łóżka, układała drewienka w palenisku piecyka, zwijała w kulkę kawałek gazety i pocierała zapałkę o szorstkie żeliwo. Nie przeszkadzał jej dym rozchodzący się po kuchni ani koc, którym się okrywaliśmy, dopóki nie zrobiło się ciepło, ani swąd kipiącego mleka na rozgrzanym żeliwie. Na śniadanie dawała mi opieczony chleb i marmoladę. Myła mi pod kranem twarz, szyję i uszy, potem wycierała ścierką i wysyłała mnie na dwór, żebym wyszedł na wiatr i słońce i pozbył się wreszcie swojej miastowości.

Pierwszym celem moich wypraw badawczych stał się potok. Dwóch granic nie wolno mi było przekraczać: w górnym biegu drewnianego mostka, za którym brzegi robiły się strome i ściskały potok w wąskiej gardzieli, a w dolnym zarośli u stóp urwiska, gdzie woda spływała na dno doliny. Taki obszar matka mogła objąć wzrokiem z balkonu, ale dla mnie nawet tyle wystarczyło za całą rzekę. Na początku potok biegł w podskokach, pienił się w niewielkich bystrzynach, obmywał wielkie głazy, z których wyglądałem, przypatrując się srebrnym refleksom tańczącym na dnie. Niżej zwalniał, jakby z młodzieńca przeobrażał się w dorosłego, rozgałęział się i opływał porośnięte młodymi brzozami wysepki, po których mogłem przeskoczyć na drugi brzeg. Jeszcze dalej sterta zwalonych pniaków tworzyła wodną zaporę. W tym właśnie miejscu kończył się żleb. Idąca nim kiedyś zimowa lawina ściągnęła tu pnie i gałęzie gnijące teraz w wodzie, ale wtedy nie miałem jeszcze pojęcia o tych sprawach. Dla mnie był to po prostu moment w życiu potoku, w którym napotkał przeszkodę, zatrzymywał się, a jego woda mętniała. Za każdym razem siadałem tam i przypatrywałem się wodorostom falującym tuż pod jej powierzchnią.

Na przybrzeżnych łąkach jakiś chłopak wypasał krowy. Matka mówiła, że to bratanek męża właścicielki domu. Zawsze miał ze sobą żółtą plastikową laskę z zagiętą rączką, którą dźgał krowy w bok, kierując je niżej, tam gdzie trawa była wysoka. Było ich siedem, miejscowej rasy valdostana pezzata castana, wszystkie młode i niespokojne. Chłopak krzyczał na nie, kiedy szły samopas, i zdarzało się, że biegł za jedną czy drugą, przeklinając głośno, a kiedy wracał z pastwiska, wspinał się po zboczu, co jakiś czas przeciągle wołając: oj, oj, oj albo: ej, ej, ej, dopóki niechętnie nie ruszyły za nim w kierunku obory. Na pastwisku zaś rozsiadał się na ziemi i obserwował wszystko z wysoka, ostrugując kawałek patyka składanym nożem.

– Nie możesz tu siedzieć – powiedział mi, kiedy po raz pierwszy się do mnie odezwał.

– Dlaczego? – zapytałem.

– Depczesz trawę.

– A gdzie mogę siedzieć?

– Tam.

Wskazał na przeciwległy brzeg potoku. Nie wiedziałem, jak się tam dostać, ale nie chciałem ani go o to pytać, ani negocjować możliwości przejścia po jego trawie. Wszedłem więc do wody w butach. Starałem się iść przez nurt prosto i nie okazywać po sobie wahania, jakby obcowanie z rzekami było dla mnie codzienną sprawą. Przeszedłem, usiadłem na kamieniu w mokrych skarpetkach i butach, z których wylewała się woda, ale kiedy popatrzyłem na drugi brzeg, chłopak nawet na mnie nie spojrzał.

W ten sposób spędzaliśmy całe dnie, on po jednej stronie, ja po drugiej, nie obdarzając się choćby spojrzeniem.

– A może się z nim zakolegujesz? – zagadnęła mnie matka któregoś wieczoru przy piecyku.

Po wielu zimach bez mieszkańców dom przesiąkł wilgocią, więc rozpalaliśmy ogień przed kolacją i aż do pory nocnego spoczynku zostawaliśmy przy palenisku, by się ogrzać. Każde z nas czytało swoją książkę i od czasu do czasu, między jedną a druga stroną, ożywał płomień, a z nim nasza rozmowa. Wielki czarny piecyk przysłuchiwał się temu, co mówiliśmy.

– Ale jak? – zapytałem. – Nie wiem, co powiedzieć.

– Powiedz mu cześć. Zapytaj, jak się nazywa. Zapytaj, jakie imiona mają jego krowy.

– Jasne, dobranoc – odparłem, udając, że pochłania mnie lektura.

W relacjach międzyludzkich matka była znacznie bardziej do przodu niż ja. Jako że we wsi nie było sklepów, znalazła gospodarstwo, w którym kupowała mleko i ser, ogród, którego właściciel sprzedawał nam nieco warzyw, i tartak, gdzie zaopatrywała się w ścinki drewna. Dogadała się też z chłopakiem z serowarni, który rano i wieczorem przyjeżdżał dostawczakiem po bańki z mlekiem, żeby przywoził jej chleb i trochę zakupów. I nie wiem, jak to zrobiła, ale tydzień później na balkonie wisiały skrzynki, w których posadziła geranium. Teraz nasz dom widać było z daleka i zdążyłem już usłyszeć, jak nieliczni mieszkańcy Grany witają się z matką, mówiąc jej po imieniu.

– To i tak nie ma znaczenia – powiedziałem minutę później.

– Co nie ma znaczenia?

– Kolegowanie się. Bycie samemu też jest fajne.

– Ach tak? – odparła matka. Podniosła oczy znad książki i bez uśmiechu, jakby chodziło o bardzo poważną sprawę, dodała: – Jesteś pewien?

Postanowiła mi pomóc. Nie wszyscy by się z tym zgodzili, lecz moja matka niezłomnie wierzyła w konieczność interweniowania w życie innych ludzi. Parę dni później zobaczyłem chłopaka od krów w naszej kuchni. Siedział na moim stołku i jadł śniadanie. Prawdę powiedziawszy, wywąchałem go wcześniej, niż zobaczyłem, bo czuć było od niego oborą, sianem, zsiadłym mlekiem, wilgotną ziemią i drzewnym dymem – zapachem, który od tamtej pory już na zawsze stał się dla mnie zapachem gór i który odnajdywałem we wszystkich górach świata. Nazywał się Bruno Guglielmina. To nazwisko noszą wszyscy mieszkańcy Grany, podkreślił, ale tylko on ma na imię Bruno. Był o kilka miesięcy starszy ode mnie, urodził się w listopadzie siedemdziesiątego drugiego roku. Pałaszował herbatniki, które matka mu podsuwała, jakby jeszcze nigdy w życiu nie jadł czegoś podobnego. Okazało się też, że nie tylko ja mu się przypatrywałem na pastwisku, ale i on badał mnie wzrokiem, choć obaj udawaliśmy, że się ignorujemy.

– Podoba ci się potok, co? – zapytał.

– Tak.

– Umiesz pływać?

– Trochę.

– A łowić ryby?

– Chyba nie.

– Chodź, coś ci pokażę.

To powiedziawszy, zeskoczył ze stołka, ja wymieniłem spojrzenia z matką i pobiegłem za nim, nie zastanawiając się dłużej.

Bruno zaprowadził mnie w miejsce, które już znałem, w cień niewielkiego mostu spinającego brzegi potoku. Gdy stanęliśmy nad wodą, polecił mi półgłosem, bym się ukrył i był najciszej, jak potrafię. Następnie dyskretnie wychylił się znad przybrzeżnego głazu, tyle zaledwie, ile było konieczne, by obserwować wodę. Pokazał mi ruchem ręki, żebym jeszcze czekał. Usłuchałem, przyglądając mu się jednocześnie: miał jasne włosy w odcieniu konopnego sznurka i szyję spaloną słońcem. Nosił za duże, podwinięte do kostek i opadające w kroku spodnie, wyglądał w nich jak karykatura dorosłego. Zachowanie też miał dorosłe, jakąś powagę w głosie i ruchach: kiedy przywołał mnie gestem, natychmiast posłuchałem. Wychyliłem się zza głazu, by zobaczyć, czemu się tak przygląda. Nie wiedziałem, czego mam wypatrywać: w tym miejscu woda spływała niewielką kaskadą i poniżej uskoku utworzył się mały zacieniony zbiornik, głęboki może do kolan. Woda na powierzchni była niespokojna, poruszona spadkiem wody. Na obrzeżach zbiornika unosiła się gruba na palec warstwa piany, solidna gałąź leżąca w poprzek nurtu zatrzymywała mokre liście i trawę. Nie było to nic szczególnego, tylko woda spływająca z gór, a jednak ten widok z niewiadomej przyczyny oczarowywał mnie za każdym razem.

Po dłuższej chwili przypatrywania się zbiornikowi dostrzegłem coś pod powierzchnią wody i uświadomiłem sobie, że to coś jest żywe. Jeden, dwa, trzy, cztery szczupłe cienie z pyszczkami zwróconymi pod prąd, niemal zupełnie nieruchome, tylko ich ogony machały niespiesznie w prawo i w lewo. Od czasu do czasu któryś z tych cieni przemieszczał się błyskawicznie i zatrzymywał w innym miejscu, czasem muskał grzbietem powierzchnię i wracał w dół, ale zawsze z pyszczkiem zwróconym w stronę kaskady. Znajdowaliśmy się w stosunku do nich w dolnym biegu potoku, dlatego jeszcze nas nie dostrzegły.

– To pstrągi? – zapytałem.

– Ryby – odpowiedział Bruno.

– I cały czas tu są?

– Nie. Czasem zmieniają dziurę.

– Ale co robią?

– Polują – wyjaśnił.

Dla niego to wszystko było całkiem naturalne. Tymczasem ja właśnie dowiadywałem się czegoś zupełnie nowego. Dotąd byłem przekonany, że ryba płynie z prądem rzeki, co zdawało mi się łatwiejsze od mozołu walki z nurtem. Pstrągi poruszały ogonem tylko tyle, ile potrzebowały, by pozostać w miejscu. Ciekawiło mnie, na co polują. Może na muszki, które unosiły się tuż nad lustrem wody, jakby złapane w niewidzialną pułapkę. Obserwowałem tę scenę, próbując ją lepiej zrozumieć, aż wreszcie Bruno stracił cierpliwość: skoczył na równe nogi, zamachał rękami i pstrągi znikły w mgnieniu oka. Podszedłem, chcąc się lepiej przypatrzeć. Rozpierzchły się z centrum zbiornika we wszystkich kierunkach. Spojrzałem w głąb wody i jedyne, co zobaczyłem, to błękitnobiały żwir zalegający na dnie. Zaraz jednak musiałem porzucić obserwacje i gnać za Brunem, który już zwinnie wdrapywał się na przeciwległy brzeg potoku.

Nieco wyżej nad brzegiem sterczał samotny budynek podobny do stróżówki. Niszczał wśród pokrzyw, malinowych krzewów i wysychających na słońcu gniazd szerszeni. We wsi stało wiele podobnych ruder. Bruno uchwycił się kamiennego muru przy narożniku, tam gdzie był najbardziej spękany, podciągnął się i w dwu ruchach usadowił na oknie pierwszego piętra.

– Dawaj! – powiedział, odwracając się w dół. Zaraz jednak zapomniał, że ma na mnie poczekać, może dlatego, że nie widział niczego trudnego w tej wspinaczce albo nie przyszło mu do głowy, bym potrzebował pomocy, a może po prostu tak był nauczony: że czy łatwe, czy trudne, każdy musi sam sobie radzić.

Ruszyłem w jego ślady, jak umiałem. Pod palcami poczułem szorstki, ciepły, suchy kamień. Porysowałem sobie ręce na parapecie okna, spojrzałem do środka i zobaczyłem Bruna, jak przez otwór w podłodze schodzi po drabinie na parter. Najwyraźniej uznał, że wszędzie za nim pójdę.

Pogrążony w półmroku parter przedzielony był niskimi ściankami na cztery równe części podobne do zbiorników. Czuć było zapach stęchlizny i przegniłego drewna. W miarę jak moje oczy przyzwyczajały się do ciemności, zaczynałem dostrzegać porozrzucane na podłodze puszki, butelki, stare gazety, porwane na strzępy koszule, dziurawe buty, pordzewiałe części narzędzi. Bruno nachylał się nad okrągłym, gładkim, białym kamieniem w kształcie koła umieszczonym w rogu pomieszczenia.

– Co to jest? – zapytałem.

– Żarno – odpowiedział. Po chwili dodał: – Kamień młyński. Do mielenia zboża.

Podszedłem, żeby się przypatrzeć. Wiedziałem, co to kamień młyński, ale nigdy jeszcze nie widziałem go na własne oczy. Wyciągnąłem rękę. Był zimny i lepki, otwór w środku porósł mchem zostawiającym na palcach osad podobny do zielonego błota. Czułem, jak swędzi mnie zadrapana przed chwilą skóra na rękach.

– Musimy go postawić na sztorc – powiedział Bruno.

– Po co?

– Żeby go przeturlać.

– Przeturlać? Gdzie?

– Jak to gdzie? Na dół!

Pokręciłem głową, nic nie rozumiejąc. Bruno cierpliwie wyjaśnił:

– Postawimy go. Przeturlamy na zewnątrz. A potem wrzucimy do potoku. Ryby wyskoczą na brzeg, a my je sobie zjemy.

Pomysł wydał mi się od razu wspaniały i równocześnie niemożliwy do zrealizowania. Ten kamlot był na nas dwóch za ciężki. Ale tak pięknie było sobie wyobrazić, jak turla się w dół, tak wspaniale pomyśleć, że jesteśmy zdolni do czegoś takiego, że postanowiłem przemilczeć swoje wątpliwości. Ktoś wcześniej musiał już tego próbować, bo między żarnem a posadzką wbito parę klinów do rozszczepiania drewna. Weszły na tyle głęboko, że dawały punkt zahaczenia. Bruno wziął solidną pałkę wyglądającą na stylisko kilofa albo łopaty i kamieniem zaczął wbijać ją jak gwóźdź w szczelinę między żarnem a posadzką. Kiedy końcówka weszła, pod stylisko wcisnął kamień i zaklinował go stopą.

– Teraz mi pomóż – polecił.

– Co mam robić?

Stanąłem obok niego. Mieliśmy obaj, używając ciężaru naszych ciał, cisnąć stylisko w dół, by jego drugi koniec, oparty na dolnym kamieniu jak na osi, uniósł żarno do góry. Uwiesiliśmy się więc na stylisku i kiedy moje stopy oderwały się od ziemi, poczułem przez chwilę, że żarno się porusza. Wymyślony przez Bruna patent był dobry i z lepszą dźwignią pewnie by zadziałał, ale stare drewno wygięło się pod naszym ciężarem, zaskrzypiało i w końcu trzasnęło, a my znaleźliśmy się na ziemi. Bruno skaleczył się w rękę. Zaklął i zaczął nią machać w powietrzu.

– Zraniłeś się? – zapytałem.

– Pieprzony kamlot – jęknął, wysysając ranę. – Prędzej czy później cię stąd zabiorę.

W przypływie nagłej złości wspiął się po drabinie i znikł mi z oczu. Chwilę potem usłyszałem, jak zeskakuje z okna i biegnie dalej.

Wieczorem nie mogłem zasnąć. Podniecenie nie pozwalało mi zmrużyć oka: dzieciństwo przeżywałem samotnie i nie byłem przyzwyczajony, by robić coś we dwóch. Sądziłem, że i w tym jestem podobny do ojca. Jednak tamtego dnia doświadczyłem czegoś nowego: zaskakującego doświadczenia intymności, które mnie równocześnie pociągało i przerażało niczym próg, za którym rozciąga się nieznana ziemia. Żeby się uspokoić, zająłem głowę myślami. Przypomniałem sobie potok: kaskadę, zbiornik, pstrągi poruszające ogonami, by trwać w miejscu, płynące z prądem liście i małe gałęzie. I pomyślałem o pstrągach atakujących błyskawicznie swoją zdobycz. Zaczynałem coś rozumieć, a mianowicie, że dla rzecznej ryby wszystko przychodzi z góry: owady, gałązki, liście, po prostu wszystko. Dlatego patrzy w górę, oczekując na to, co ma przyjść. Jeśli miejsce, w którym zanurzasz się w potoku, to teraźniejszość, myślałem, to przeszłością jest woda, która przepłynęła i podąża w dół, gdzie już nic dla ciebie nie ma, zaś przyszłość to woda spływająca z wysoka, niosąca ze sobą niebezpieczeństwa i niespodzianki. Przeszłość jest w dolinie, przyszłość w górze. Tak powinienem był odpowiedzieć ojcu. Czymkolwiek jest przeznaczenie, mieszka ono w górach, które mamy nad głowami.

Później także te