39,99 zł
NIGDY NIEPUBLIKOWANY W POLSCE DEBIUT JEDNEJ Z NAJWAŻNIEJSZYCH PISAREK NASZYCH CZASÓW
Pewnego dnia w środku miasta pojawia się dziwna dziewczynka. Ma szerokie jak u pływaczki ramiona, w ręce trzyma pusty kubeł, a jej twarz przypomina księżyc w pełni. Nie wie, kim jest ani skąd pochodzi. Wydaje się jednak, że wie więcej, niż ujawnia – ale każdy, kto próbuje odkryć jej sekret, czuje się, jakby patrzył w mętne lustro… A dziewczynka ma tylko jedno pragnienie. Czy to bunt przeciw dojrzewaniu, czy desperacka obrona przed okrutną rzeczywistością?
A co, jeśli wcale nie jest osobą, za którą wszyscy ją uważają?
Jenny Erpenbeck, laureatka Międzynarodowej Nagrody Bookera, w swojej mistrzowskiej, wielowarstwowej prozie ukazuje los jednostki jako polityczną alegorię i uniwersalną przypowieść o pamięci, wyobcowaniu i brutalności dorastania. Stawia przy tym fundamentalne pytania: czy człowiek może samodzielnie kształtować własną tożsamość? I czy ma szansę się uchronić przed złem?
Erpenbeck zyskała sławę dzięki Opowieści o starym dziecku, jednej z najlepszych powieści debiutanckich, jakie kiedykolwiek napisano.
Michel Faber, autor książki Szkarłatny płatek i biały
W Opowieści o starym dziecku autorka wykazuje się mistrzowską precyzją, analizując psychologię tajemniczej outsiderki za pomocą języka ostrego jak skalpel – bez cienia sentymentalizmu. Pomimo mrocznej tematyki jest to pełna napięcia opowieść, która z empatią przemawia do outsidera drzemiącego w każdym z nas.
Rachel Hore, „The Guardian”
(…) książkę Jenny Erpenbeck można odczytać jako przypowieść o życiu w komunistycznej NRD, charakteryzującym się dobrowolną amnezją, izolacją i podporządkowaniem się władzy. Jednak ta pełna napięcia i niepokoju opowieść ma szerszy wydźwięk. Jej bohaterka wpisuje się w długą tradycję niemieckich postaci literackich, które w wyniku traumy stały się niezdolne do wyrażania swoich myśli, pozbawione pamięci lub zatrzymane w rozwoju, takich jak Woyzeck Büchnera, Kaspar Hauser Wassermanna i Oskar Matzerath z powieści Güntera Grassa Blaszany bębenek.
„The Independent”
Kiedy ukazała się ta ponura, ale fascynująca powieść, Erpenbeck została okrzyknięta jedną z najbardziej wyrazistych i oryginalnych postaci niemieckiej literatury współczesnej.
„The Independent”
Intensywna i pięknie napisana.
„Time Out”
Od dawna nie czytałam niczego tak dobrego – tak orzeźwiającego, bezkompromisowego i pełnego życia.
Nicole Krauss, autorka zbioru opowiadań Być człowiekiem
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 103
Data ważności licencji: 7/3/2029
Kairos (gr.) to wyjątkowy, doskonały moment, szczęśliwe zrządzenie losu, w którym kumulują się szanse, energia i działanie, a do głosu dochodzi prawda.
Kairos to chwila, w której kształtuje się nasz świat.
To moment, którego nie możemy przeoczyć.
Seria Kairos to książki, które mówią nam coś ważnego o czasach, w których żyjemy. Niektóre są ostrzeżeniem, inne pokazują, jacy jesteśmy i dokąd zmierzamy. Powieści z różnych stron świata, pisane w różnych językach, oddające polifoniczność rzeczywistości.
Nie przegap tych książek, jeśli chcesz zrozumieć ducha naszych czasów.
W serii ukazały się:
Ulrich A. Boschwitz, Podróżny, tłum. Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
Ahmed Saadawi, Frankenstein w Bagdadzie, tłum. Magdalena Zawrotna
Adeline Dieudonné, Prawdziwe życie, tłum. Beata Geppert
Sofi Oksanen, Psi park, tłum. Katarzyna Aniszewska
Jennifer Egan, Domek z piernika, tłum. Anna Gralak
Jenny Erpenbeck, Kairos, tłum. Eliza Borg
Tytuł oryginału Geschichte vom alten Kind
Copyright © 1999, Jenny Erpenbeck All rights reserved
HEIMSUCHUNG Copyright © 2008, Jenny Erpenbeck All rights reserved
Copyright © for the translation by Eliza Borg The translation of this book was supported by a grant from the Goethe-Institut
Projekt okładki Kira Pietrek
Ilustracja na okładce ©Ángel Hernández
Redaktorka nabywająca Agata Pieniążek
Redaktorka prowadząca Paulina Jóźwik
Redakcja Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
Korekta Małgorzata Sikora-Tarnowska, Justyna Ostafin
Koordynator produkcji Jakub Kornacki
Opieka promocyjna Magdalena Wymazała
ISBN 978-83-8427-205-3
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
Dla mojej matki
Gdy ją znaleziono, stała na głównej ulicy w mieście, z pustym kubłem w ręce, i nic nie mówiła. Kiedy później zabrała ją policja, zapytano ją rutynowo, jak się nazywa, gdzie mieszka, rodzice, kim są, wiek, ile ma lat. Czternaście, odpowiedziała dziewczynka, ale nazwiska nie potrafiła podać, ani tego, gdzie mieszka. Policjanci najpierw się do niej zwrócili per pani, teraz jednak przeszli na ty. Powiedzieli: Musisz przecież wiedzieć, skąd się tu wzięłaś, gdzie byłaś, zanim zjawiłaś się tutaj z tym swoim pustym kubłem. Dziewczynka najzwyczajniej nie mogła sobie tego przypomnieć, nie mogła przypomnieć sobie początku. Była kompletną sierotą, a wszystko, co miała i co znała, to ten pusty, trzymany przez nią kubeł. Przez cały czas, gdy zadawano jej pytania, nie wypuszczała go z rąk. Jeden z policjantów próbował obrazić dziewczynkę, mówiąc: Kubeł zimnej wody, co? Ale ona nawet nie zauważyła, że to mogłoby ją obrazić, i odpowiedziała po prostu: Tak.
Poszukiwania rodziny nic nie dały. Wprawdzie dziewczynka istniała w całej okazałości swego dużego i grubego ciała, co się jednak tyczyło jej pochodzenia i przeszłości, spowijała ją tak zupełna nicość, że to jej istnienie od początku wydawało się naznaczone czymś niewiarygodnym. Niemniej dziewczynka była i należało coś z nią zrobić. Zabrano jej więc kubeł, ujęto za pulchną rękę i odstawiono do domu dziecka.
Dziewczynka ma dużą, usianą plamami twarz przypominającą księżyc w pełni, na którym kładą się cienie, szerokie ramiona jak u pływaczki, a od ramion w dół wygląda jak wyciosana z jednego kloca, nie widać żadnej wypukłości w miejscu, gdzie powinny być piersi, ani wcięcia na wysokości talii. Nogi są krzepkie, podobnie jak ręce, mimo to dziewczynka nie sprawia przekonującego wrażenia, może z powodu włosów. Te są nijakie, ani długie, ani krótkie, na karku wystrzępione, ni to brązowe, ni to naprawdę czarne, w najlepszym razie tak czarne jak materiał sztandaru, który za długo wisiał na słońcu i przez to całkiem wyblakł, a chwilami wydają się prawie szare. Dziewczynka porusza się wolno, a kiedy czasem musi się ruszyć trochę szybciej, na grzbiecie jej nosa pojawiają się maleńkie kropelki potu. Wie, że urosła za bardzo, dlatego wciąga głowę w ramiona. Kuli się, jakby w ten sposób musiała poskromić jakąś wielką siłę szalejącą w jej ciele.
Dom dziecka, do którego policja odstawiła dziewczynkę, to największy sierociniec w mieście. Położony na samym skraju tego miasta, w dzielnicy graniczącej z lasem, składa się z kilku obiektów rozrzuconych na rozległym i chaotycznie zabudowanym terenie. Znajdują się tam budynki mieszkalne, przedszkole, szkoła dla młodszych i druga dla starszych klas, ponadto pawilon kuchni, sala gimnastyczna, aula, wybetonowany plac, boisko piłkarskie i szopy, w których ulokowane są różne warsztaty – uczniowie mają uczyć się w nich ciężkiej pracy, jakiej będzie od nich wymagało życie. Wokół tego wszystkiego ciągnie się ogrodzenie, z jedną jedyną bramą, pilnowaną przez portiera; to z nim trzeba rozmawiać, jeśli chce się wyjść poza sierociniec albo wejść na jego teren. W soboty i niedziele przechodzą przez tę bramę odwiedzający swoje dzieci rodzice, wyglądający biednie albo dobrze sytuowani, płaczący i niepłaczący, ale do niektórych dzieci nie przechodzą przez bramę ani rodzice zabiedzeni, ani dobrze sytuowani, ani płaczący, ani w ogóle żadni. Tę bramę przekraczają także obcy, którzy chcą zostać rodzicami, przychodzą, by obejrzeć dzieci, ale do niektórych wychowanków nie przychodzą nawet tacy. Są takie dzieci, tak nieczyste, tak przerośnięte albo tak odstręczające, że nawet nie trzeba ich odsyłać z powrotem, po prostu nikt ich w ogóle nie ogląda, bo i tak nie przeszłyby przez sito, które utkano na potrzeby tej selekcji. Są, ale ich nie widać. Z pewnością będzie się do nich zaliczać także dziewczynka. Jednak jej niewidoczność sprawia wrażenie, jakby była zasadniczej natury – cała postać dziewczynki jest tak jakoś powykrzywiana, nawet sposób, w jaki ona chodzi, jest tak zwichrowany, że każdy, kto chciałby ją wziąć za rękę, sięgnąłby dosłownie w nicość.
Tego wciąż jeszcze ciepłego jesiennego dnia będzie więc mogła całkiem spokojnie przechadzać się po skąpo porośniętym trawą boisku, nawet jeśli na jego skraju, na okalających je grubych drewnianych balach siedzą rodzice albo ci, którzy chcieliby nimi zostać. Bo chociaż rodzice lub też ci, którzy pragną nimi być, wpatrują się w boisko i podczas różnych zabaw obserwują dzieci, swoje albo te, które mają nimi zostać, dziewczynki nie zauważają, jakby była ukryta przed ich wzrokiem. Nikt z zaniedbanych i płaczących oraz innych rodziców ani też nikt z tych obcych, którzy dopiero pragną być rodzicami, nie zobaczy jej, jak idzie po boisku. Właśnie tak to sobie umyśliła. Podczas gdy inni zawsze starają się wyrwać z każdego ogrodzonego miejsca, z więzienia, zakładu pracy, domu dla obłąkanych czy koszar, dziewczynka, całkiem na odwrót, wdarła się właśnie na taki otoczony parkanem teren, do tego domu dziecka, i nie istnieje choćby cień prawdopodobieństwa, że ktokolwiek wpadnie na pomysł, by wyprowadzić ją za bramę i wyrzucić z powrotem w świat.
Tak więc dziewczynka przechadza się całkiem spokojnie po boisku i chodząc po nim, obgryza paznokieć. A gdy zaraz pierwszego dnia, kiedy tak sobie krąży i obgryza paznokieć, potrąca ją jakiś maluch, i to tak mocno, że dziewczynka o mało nie upada na brudną ziemię i musi się podeprzeć ręką – wtedy wprawdzie przez jedną krótką chwilę zaczyna chlipać, ale nie jest jej wcale przykro. Fakt, że jakiś maluch potrącił ją tak mocno, że aż musiała się rozpłakać, budzi w niej bowiem nadzieję, że będzie jej dozwolone zająć jedno z najniższych miejsc w wewnętrznej hierarchii klasy, może nawet najniższe, a ono jest najbezpieczniejsze, bo jest dokładnie tym miejscem, którego wymogom z pewnością będzie mogła sprostać. Toteż nawet nie otrzepuje ręki z czarnej ziemi, lecz idzie dalej i jeszcze trochę pochlipuje, a potem znów zaczyna obgryzać paznokieć, teraz zabrudzony.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
