Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 228
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
„Niech wasza mowa będzie:Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi”.
(Mt 5,37).
Poświęcam tę pracę mojemu Bogu,który wywiódł mnie z ciemności do światła.
Autor
Książka została napisana pierwotnie w języku angielskim w 2003 roku, a następnie przetłumaczona przez autora na język polski, poprawiona i uzupełniona 8 lutego 2022 roku.
Zatoka lasu zstępuje
w rytmie górskich potoków…
Jeśli chcesz znaleźć źródło,
musisz iść do góry, pod prąd.
Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj,
wiesz, że ono musi tu gdzieś być –
Gdzie jesteś, źródło?…Gdzie jesteś, źródło?!
Cisza…
Strumieniu, leśny strumieniu,
odsłoń mi tajemnicę
swego początku!
(Cisza – dlaczego milczysz?
Jakże starannie ukryłeś tajemnicę twego początku).
Pozwól mi wargi umoczyć
w źródlanej wodzie,
odczuć świeżość,
ożywczą świeżość.
Święty Jan Paweł IITryptyk rzymski, Medytacje: I. STRUMIEŃ
Spadli na małą uśpioną wioskę niczym zgraja zgłodniałych wilków na nic niepodejrzewającą ofiarę. Cała okolica była jeszcze spowita zimną mgłą przedświtu, kiedy grube gardłowe ryki i jasne trzaskające płomienie syczących pochodni przedarły zastygłe powietrze. Rozkaz był prosty: ukarać nikczemnych chłopów! Nie oddali należnej ilości zboża! Już dwa razy im wybaczono i jakoś uszło im to płazem, ale tym razem musieli zapłacić i to srogo!
Młody śmiałek cwałował na czele grupy jeźdźców. Jego twarz wykrzywiona była w grymasie zbliżającej się zemsty, pieniąca się w szale; ciało zakute w zbroję, odbijającą migocące światło łuczywa, miecz wskazywał na szybko przybliżające się lepianki.
– Spalić je! Spalić! – Ostre słowa uszły z sykiem z jego wykrzywionej twarzy i z wielokrotnym łoskotem odbiły się w pobliskim lesie.
Niebawem rozsierdzeni żołdacy wpadli do uśpionej wioski i zaraz czerwono-żółte języki poczęły lizać słomę chat. Wkrótce ogień chwycił i zagrody stanęły niczym pochodnie na tle czarnej jak smoła nocy.
Najazd został celowo zaplanowany na krótko przed świtem. Element zaskoczenia uznano bowiem za kluczowy dla powodzenia akcji.
Wystraszeni chłopi zaczęli wyskakiwać w małych zbitych grupkach tylko po to, aby stwierdzić, że grozi im niechybna zagłada; ich oblicza ściśnięte były strachem. Wkrótce puste i uśpione ulice zapełniły się chmarami dziko krzyczących i biegających w popłochu wieśniaków. Wyłaniali się jak duchy wyrzucane z jakieś starej, zapomnianej jaskini; w podartych powiewających koszulach, z zaspanymi, klejącymi się powiekami i rozczochranymi włosami. Ich płochliwe, nabrzmiałe strachem oczy pomykały od jednej płonącej chaty do drugiej; nie wiedzieli, co robić ani dokąd uciekać.
Młodzik, najwidoczniej przywódca zgrai, teraz wskazał mieczem zagrody z bydłem.
– Brać dobytek! Dobytek! – Próbował przedrzeć się przez wszechogarniający zgiełk, ale kiedy wrzawa wybuchła, nikt go już nie słuchał.
Jednym kopnięciem krzepki żołdak wywalił furtkę. Właśnie chciał położyć swoje łapska na małej beczącej owieczce, kiedy dotarł do niego zachrypły głos starca, grzmiący za jego plecami.
– Zostaw moje owce, barbarzyńco!
Mówiąc to, wieśniak podniósł wykrzywiony kostur, żeby uderzyć intruza. Ten obrócił się z szelmowskim uśmiechem, porzucił beczące jagnię i zamachnąwszy się, odcisnął swój but na brzuchu chłopa. Starzec opadł na kolana i zajęczał chrapliwie, wyrzucając z siebie potok rdzawo oleistej masy. Najeźdźca nie czekał, aż chłop wstanie. Zaciskając palce na rękojeści ciężkiego miecza, podniósł go, a potem po prostu puścił. Ostrze przybiło mężczyznę do ziemi.
Dokładnie zaplanowana akcja zamieniła się w zwyczajną rzeź.
Inny młokos, podekscytowany napadem, przykuł swoje oczy do młodej kształtnej kobiety, tulącej z drżeniem dziecko. Trzęsła się na całym ciele, patrząc ze zgrozą na zapaloną żądzą twarz wygłodniałego oprawcy. Ten jednym ruchem swoich pazurów oderwał kwilące niemowlę od jej piersi i cisnął nim o ziemię. Zmrożona szokiem niewiasta patrzyła, jak tłusta masa krwi, wnętrzności i białawo trzaskającej chrząstki wypływa spod żelaznego buta żołnierza. Potem poczuła, jak jego brudne, bezwstydne pazury wbijają się w jej delikatne ciało. Kiedy zaczęła krzyczeć, gryząc zaciekle ręce oprawcy i zapierając się o jego zbroję, wyciągnął miecz i zwyczajnie ją uderzył.
Naraz cała wioska stała się miejscem niepohamowanej orgii. Liczne ciała, brutalnie podeptane i pocięte na kawałki, pokrywały przesiąkniętą krwią, rozoraną ziemię. Oszalałe od grozy dzieci przypatrywały się tej masakrze: bite, kaleczone, gwałcone, rozrywane na kawałki kobiety, miażdżone niemowlęta, zabijani jak zwykłe bydło mężczyźni.
Dowódca przyglądał się bezradnie tym scenom. Nie mógł uwierzyć, że to, co widzi, dzieje się naprawdę. Z początku wrzasnął kilka razy, ale w pochłaniającej wszystko wrzawie nie był w stanie zapanować nad swymi ludźmi.
Nagle gruba warstwa ciemności przesłoniła mu wzrok. Rechoczące ryki, przeciągłe jęki i postękiwania, błagania o litość i zawodzenia, wszystko to zlało się w jeden rozdzierający uszy pęd potarganego krzyku. Jego głowa zaczęła się bezwiednie kręcić, aż odpadła w odśrodkowym wirze na wskroś rozsadzającego bólu. Wszędzie wokół siebie widział czerwone i żółte łopoczące plamy krwi i ognia. Jego uszy rozdzierała lawina wrzasku i drwiny. Potem błysk oślepiającego światła przeciął mu wzrok. Poczuł się, jakby ktoś przeniósł go do innej rzeczywistości, całkowicie odcięty od obrazów, które dotąd oglądał.
Otworzył oczy. Na tle ognistej ściany zobaczył postać Chrystusa umierającego na krzyżu. Pan pokryty był wrzącym potem, a jego ciało zsieczone, fioletowo posiniaczone i nabrzmiałe opuchlinami. Kosmyki oleisto-brązowych włosów przylegały do zapadniętych, strawionych gorączką policzków. Krew ciekła nerwiastymi kanalikami, kapiąc z wytarganych na oścież ran, mieszała się z perłami wody i wsiąkała w szczeliny surowego drzewa. Przywódcy oddziału zdawało się, że rzężący, krztuszący się krwią Zbawiciel usiłuje mu coś powiedzieć. W ostatniej próbie, zbierając resztki życiodajnych mocy, które jeszcze tliły się w jego ciele, Jezus z wielkim wysiłkiem podniósł głowę, spojrzał na młodego rycerza i ledwie wychrypiał przez zaschnięte wargi:
– Powstrzymaj rzeź! Powstrzymaj rzeź! – Po czym jego głowa opadła, brodą opierając się o piersi.
W tej chwili przywódca, mrugając, przejrzał. Cierpki zapach krwi i spalonych ciał na nowo wdarł się w jego nozdrza. Instynktownie zatkał nos. Pogrom wciąż trwał. Wśród pożogi jego drgające załzawione oko napotkało skradającą się sylwetkę żołnierza z podniesionym mieczem. Przygotowywał się do zadania ciosu kobiecie leżącej pod jego nogami.
Z zaciśniętymi do białości pięściami, rozprutymi wściekłością wargami, czując nieugaszony pożar winy, Roland podbiegł do żołnierza i jednym uderzeniem wytrącił mu broń z ręki. Oszołomiony osiłek nie wiedział, co się dzieje. Zanim zdołał odwrócić głowę, następny cios zwalił go z konia.
Następnie mściwe oczy przywódcy podążyły za innym z jego podwładnych. Ten miał właśnie udusić dziecko płaczące przy ciele swej rozprutej matki. Kapitan oplótł palce wokół ostrza miecza. Kiedy morderca zaciskał grube palce na łabędziej szyi chłopca, nagle jakiś ciężki przedmiot zwalił mu się na potylicę. Była to rękojeść miecza. Uścisk brutala popuścił i jego cielsko zwaliło się na ziemię.
– Kapitanie! Czyś ty oszalał?! – Uszy przywódcy zarejestrowały nagle ostre upomnienie. Rozpoznał głos. To był Roderick, jego zastępca. Dowódca spojrzał na jego twarz. Była pokryta sadzą, połyskiwała potem. – Kapitanie! Bijesz własnych ludzi! Czyś ty oszalał?! – Roderick bardziej krzyczał, niż pytał. Ale przywódca tylko wrzeszczał:
– Zatrzymać rzeź! Zatrzymać rzeź! – Biegał jak opętany, wzniecając straszny popłoch i wydzierając się, aż ochrypł: – Zatrzymać rzeź! Zatrzymać rzee…
Zastępca podniósł rękę. Nagle szczęk broni ucichł, ustępując miejsca wszystko przenikającej ciszy. Wkrótce krąg żołnierzy otoczył swojego przywódcę. Ale on nie był już przywódcą, czuł to wyraźnie. Teraz Roderick, jego zastępca, wysoki i krzepki młodzieniec, przejął dowodzenie.
– Kapitanie! Dlaczegoś zaatakował własnych ludzi?! – grzmiał nad swoim dotychczasowym zwierzchnikiem, żądając wyjaśnienia, a jego nadęte policzki zaszły purpurą. Pozostali żołnierze niemo przypatrywali się napiętnowaniu, stojąc w bezruchu.
– Zabijaliście chłopów! – wypalił otoczony.
Zastępca, pełen zdziwienia, zmrużył brwi.
– To właśnie mieliśmy robić! Ukarać psubratów! – odburknął.
– Niee!!! – odparował buntownik. – Nie mieliście zabijać chłopów, tylko wziąć bydło! Musiałem to przerwać! Zachowaliście się jak dzikie zwierzęta! Co w was wstąpiło?! – beształ ich.
– Kapitan oszalał! – wypalił rozdrażniony zastępca. – Zwiążcie go i odprowadźcie do zamku. Tam się wytłumaczy – zakończył kłótnię. – Wynośmy się stąd! Robota skończona!
Zaczynało świtać, kiedy przygnębiony kordon żołnierzy wracał do zamku. Wyglądali jak karawana strapionych duchów, ciągnąca na tle budzącego się poranka.
Wkrótce pierwsze promienie słońca przedarły się przez blado-szarawy horyzont. Teraz muskały tlące się popioły, jakby uważając, żeby nie poparzyć sobie delikatnych macek światła. Cała ta sceneria wywoływała głęboko przenikający dreszcz, który długo pozostawał w umyśle. Szarawo-żółte pustkowie wyglądało jak z księżyca.
Na skraju pobojowiska stała mała grupka chłopów; byli to ci, którzy cudownie przeżyli najazd. Ich ciała osmalone były sadzą, a ich twarze bardziej osłupiałe od twarzy najeźdźców, którzy właśnie odjechali.
Wkrótce żarzące się zgliszcza rozdmuchał poranny wiatr. Bezkres nieba obudził się z długiego, głębokiego snu, zrzucając żółtawo-ołowianną powłokę świtu i przyoblekając się w jasny błękit dnia. Nadleciało stado ptaków i zaczęło krążyć niespokojnie nad pogorzeliskiem, przypatrując się badawczym wzrokiem wypalonej plamie, jak gdyby wyczuwały instynktownie, że to musi być miejsce jakiejś wielkiej zbrodni.
Dwoje ludzi zajmowało dużą, wytwornie urządzoną salę.
Jeden był dystyngowanym arystokratą w średnim wieku o poważnych, ostrych rysach twarzy i długich, siwiejących włosach. Siedział za masywnym stołem na rzeźbionym krześle z wysokim oparciem. Jego łokcie opierały się o blat, a ręce obejmowały szczupły podbródek, wskazując, że jest gotów słuchać.
Drugi człowiek był wysokim, pięknie ukształtowanym młodzieńcem. Stał wyprostowany. Strumienie światła, płynące z bocznego okna, padały na jego twarz i ukazywały oblicze młodego chłopca, gładkie i łagodnie usposobione, bez jakichkolwiek zmarszczek czy blizn. Gęste, kasztanowe włosy okalały zachmurzone czoło. Duże, błękitne oczy błyszczały nadzwyczaj intensywnie, rzucając niespokojne spojrzenie na siedzącego przed nim księcia.
Ściany komnaty były przyozdobione barwnymi gobelinami. Na lewo znajdował się marmurowy kominek. W rogu, za plecami magnata, na podstawce wykonanej z plecionego drutu, stała klatka z kolorową papugą. Ptak nerwowo potrząsał głową, ostrząc dziób o cienkie pręciki. Naprzeciw znajdowały się szerokie, obrotowe drzwi, wykonane z rzadkiego drewna. Sufit składał się z dużych kwadratów, z których wyłaniały się jakieś rzeźbione twarze, najprawdopodobniej poprzednich właścicieli zamku.
– Powiedz mi, Rolandzie, dlaczegoś zaatakował własnych ludzi? – zapytał Reginald, książkę Yorku, kierując pytanie do rycerza, który właśnie został wprowadzony przed jego oblicze.
Nie krzyczał, nie podnosił głosu, ton miał łagodny, ponieważ bardzo cenił tego wojownika. Właściwie lubił Rolanda najbardziej, ponieważ ten był ucieleśnieniem wszelkich rycerskich cnót: odwagi i honoru, był też niekwestionowanym mistrzem we wszelkich turniejach; wywoływał zazdrosne tęsknoty w sercach dam dworu. Jednak to, co Reginald docenił najbardziej, to posłuszeństwo. Był więc niezmiernie zdziwiony wydarzeniami tego poranka i tym, że jego najlepszy żołnierz właśnie się zbuntował.
Roland, stojąc przed swoim panem, nie czuł strachu. Z jego oblicza emanowała zadziwiająca mieszanka spokoju i opanowania. Stał wyprostowany i poważny, od czasu do czasu mrugając czerwonymi, wciąż piekącymi od dymu oczami; brwi przypalone miał ogniem. Aura jakiejś nieziemskiej szlacheckości biła z tej twarzy, która całkowicie pokryta była sadzą. Nie była to szlachetność pochodząca z wysokiego urodzenia, ale ta naturalna, która płynie z prawego serca.
Tak, każdy wiedział, że Roland nie jest zwykłym rycerzem. Łagodny, spokojny wyraz twarzy nadawał mu wygląd łudząco podobny do psotnego wiejskiego chłopca, chociaż już dawno przekroczył ten wiek, wszak niedawno obchodził swoje dwudzieste szóste urodziny. Na rycerza pasowany był w wieku dwudziestu jeden lat. W czasie tych pięciu lat, jako żołnierz księcia, wykazał się niebywałym kunsztem. Ostatecznie, w zeszłym roku, żeby przypieczętować jego osiągnięcia, książę mianował go kapitanem swojej prywatnej armii. Było to wielkie wyróżnienie dla młodego rycerza i każdy gratulował mu wtedy z powodu tego zaszczytu. Ludzie przepowiadali mu długą i wspaniałą karierę.
Teraz, biorąc pod uwagę ten hańbiący incydent w wiosce, Reginald był naprawdę zaskoczony. Zatem z wielką uwagą oczekiwał wyjaśnień młodzieńca.
– Wasza Miłość, mój dobroczyńco i panie – zaczął Roland podniosłym tonem – ci żołnierze zabijali niewinnych ludzi…
– Niewinnych?! – zdziwił się władca. – Przecież wiesz, że ci dranie nie oddali nam zboża i że już dwa razy uszło im to na sucho.
– To prawda, miłościwy panie, ale wiedz, że ci chłopi mieli ziarna ledwo dla siebie, nie mówiąc już o daninie dla nas. Głodują! Widziałem ich twarze! To było żądanie ponad ich możliwości!
Słysząc taką odpowiedź, Reginald walnął pięścią w stół, wstał i pochylił się do przodu, opierając ręce o blat stołu. Jego policzki zaszły purpurą.
– Ponad ich możliwości?! A co ty wiesz o możliwościach rolniczych chłopów?! – wypalił prosto w oczy swojego sługi. Chmurka śliny i zgniły oddech zaatakowały twarz rycerza. Jego oblicze pozostało jednakże niewzruszone. Furia księcia nie zachwiała młodzieńcem.
Niezłomność Rolanda spowodowała, że pieniący się ton arystokraty zelżał. Władca zdał sobie sprawę, że właśnie zbeształ swojego najlepszego żołnierza, a z powodu takiej drobnostki nie chciał go stracić. Potrzebował go!
Postanowił wpoić nieco wiedzy nierozumnemu słudze. Wstał z krzesła i zbliżył się do niego. Papuga zaczęła nagle skrzeczeć, jakby coś w tej rozmowie ją drażniło. Pan odwrócił się w jej stronę:
– Zamknij dziób, paskudne ptaszysko! – krzyknął, a potem zwrócił się do Rolanda: – A czy ty wiesz, mój przyjacielu, że gdyby nie pobory, które ściągamy od chłopów, nie moglibyśmy utrzymać zamku, Królestwa, prowadzić wojny, a co dotyczy ciebie… – Tutaj postąpił kilka kroków z powrotem, stanął za stołem i posyłając Rolandowi pełne wyrzutu spojrzenie, dokończył: – A co dotyczy ciebie, nie mógłbyś uczestniczyć w tych wszystkich turniejach, bankietach, zabawach. Nie mógłbyś udać się na wojnę i wybić się, nie miałbyś na sobie tej zbroi, konia, miecza… Gdyby nie pobory z pracy niewolników, sam musiałbyś się o to wszystko zatroszczyć! – Przystanął, oczekując odpowiedzi młodzieńca.
Był pewien, że po tych wyjaśnieniach Roland zrozumiał swój błąd i zmieni zdanie. Ale się mylił.
– Źle mnie zrozumiałeś, mój panie. Nie jestem przeciwko nakładaniu chłopom obciążeń – odpowiedział rycerz, pełen powagi i dostojeństwa – ale nie będę przyglądał się bezczynnie, jak żołnierze zabijają niewinnych ludzi!
Ta odpowiedź na nowo rozgniewała szlachcica. Choć próbował, nie mógł zrozumieć myślenia swojego podwładnego. Było ono absurdalne, zupełnie nieprzystające do realiów życia. Coś zmieniło jego najlepszego rycerza ponad wszelką miarę. Coś stało za tym, jakaś dziwna, pozaziemska moc, której źródła nie mógł zgłębić. Walczył z nieodpartą chęcią, żeby huknąć na Rolanda, wyrwać go z tej odrętwiającej przypadłości. Z drugiej strony rozpaczliwie usiłował go nie stracić. Uspokoiwszy się nieco, zebrał wszystkie sposoby perswazji, zbliżył swoje usta do ucha rycerza i wyszeptał przez na wpół zaciśnięte zęby:
– Na miłość boską! Rolandzie! Co się z tobą stało?! – Nie zauważył, że właściwie go błagał. Odbierając w odpowiedzi tylko drażliwe skrzeczenie papugi, położył rękę na ustach, jakby chciał zdławić wydobywające się przekleństwo. Dłużej nie mógł wytrzymać. Niekończące się wyczekiwanie i obezwładniająca cisza dobijały go. – Rolandzie – podjął po chwili, a jego głos brzmiał jakby wychodził zza grobu. – Słyszysz mnie? Dlaczegoś się zbuntował? – Przypatrywał się spokojnemu, niewzruszonemu obliczu żołnierza, jakby adorował zapierający dech w piersiach posąg; wstrzymał nawet oddech.
– Powiedziałem to już Waszej Wielmożności – padła krótka odpowiedź.
Reginald potrząsnął głową. Był zdruzgotany. Każda broń, za którą chwytał, okazywała się bezskuteczna, tępa. Roland pozostawał niewzruszony w swoim przekonaniu, że postąpił słusznie.
Książę, nie widząc innego wyjścia, postanowił zagrać ryzykowną kartą. Ni stąd, ni zowąd, zmienił nagle nastrój i stanął przed swoim wasalem, odsłaniając klawiaturę swoich na wpół zgniłych, wybrakowanych zębów w tym, co miało być serdecznym uśmiechem.
– Z pewnością nic takiego nie stało się w wiosce. Czy ty wiesz, że jesteś moim najlepszym żołnierzem?… – przerwał, przyjmując zwodniczo uprzejme spojrzenie; uśmiechnął się nawet szerzej, poklepując Rolanda, pełen uznania dla jego niezrównanych osiągnięć. – Jesteś najlepszym żołnierzem, jakiego to Królestwo kiedykolwiek miało. Tak, Rolandzie, i to Królestwo potrzebuje twojej służby. Potrzebuje twoich umiejętności jak nigdy przedtem. Ale posiada ono PEWNE STARE, UŚWIĘCONE TRADYCJĄ PRAWA, KTÓRYCH NIE MOŻNA ZMIENIĆ! – tłumaczył szlachcic. Następnie zmienił ton z wyjaśniającego na doradzający: – Przemyśl swoje zachowanie, Rolandzie. Wiesz, co towarzyszy takim akcjom: zgiełk, ogień, krzyki i tym podobne. Wiesz, że łatwo wtedy o błędy; jesteś zmieszany i nie wiesz, co robisz. Czasami to się zdarza i ja to rozumiem, ale trzeba umieć się do tego przyznać. – Spojrzał na rycerza nadzwyczaj poważnym i przenikliwym wzrokiem; jego wyłupiaste oczy błyszczały zimnym, wyrachowanym światłem. Zasugerował: – Rolandzie, gdybyś tak publicznie ogłosił, iż powodem twojego buntu był chwilowy zamęt, twój honor zostałby przywrócony.
Nastąpiło długie, bardzo długie, niezwykle długie wyczekiwanie.
–ALE MOJE ZACHOWANIE NIE BYŁO BŁĘDEM! – odpowiedział w końcu Roland.
Słysząc to, Reginald stracił ostatnią iskrę nadziei.
– Bardzo dobrze, to wystarczy! – zakończył jałową rozmowę. Był widocznie podenerwowany. – Zdajesz sobie oczywiście sprawę, że postawiłeś się w niebezpiecznej sytuacji? – Rzucił mu pochmurne spojrzenie. Zastanowił się przez chwilę, a później dodał: – Nie mam innego wyjścia, jak tylko wtrącić cię do lochu. Tam będziesz miał czas, żeby jeszcze raz przemyśleć swoje postępowanie. To wszystko! – warknął, po czym zawołał: – Straże!
Nagle w drzwiach pojawiło się dwóch krzepkich osiłków, zawsze gotowych wykonywać rozkazy swego pana.
– Zakujcie tego rycerza w kajdany i wsadźcie do lochu. Wykonać!
Strażnikom nie trzeba było mówić tego dwa razy. Wzięli Rolanda pod ramiona, aczkolwiek ostrożnie, i powoli wyprowadzili go z komnaty. Nie stawiał oporu. Wiedział, że postąpił słusznie.
Dwie migocące pochodnie, wydzielające wstęgi czarnego dymu, oświetlały ich drogę do celi. Mdłe, stęchłe powietrze miało zapach piwnicznej zgnilizny. W korytarzu nie było okien, nic dziwnego, bo znajdowali się głęboko pod ziemią. W obu jego końcach umieszczono jednak otwory wentylacyjne. Dopuszczały one odrobinę świeżego powietrza, które ledwo docierało do cel. Tunel, którym szli, miał półkolisty kształt o ścianach z granitowych kamieni. Wzdłuż, po obu jego stronach, znajdowały się wejścia do poszczególnych cel, zamknięte kutymi wrotami.
Strażnicy prowadzący więźnia zatrzymali się właśnie przed takimi drzwiami. Jeden z nich grzebał przez chwilę przy kluczach, bo miał kłopot z dopasowaniem właściwego do zamka. W końcu udało mu się i zardzewiała furtka zaskrzypiała, ustępując pod naporem buta dozorcy.
Żołnierze wprowadzili więźnia do środka. Zapach zgnilizny wdarł się w jego nozdrza. Przez jakiś czas zbierało mu się na wymioty i kaszlał obficie, gdyż nie był przyzwyczajony do takiego powietrza. Cela była małym pomieszczeniem, zbudowanym również z granitu. W słabym, skaczącym świetle pochodni więzień zobaczył wielkie aksamitne języki ciemnozielonego mchu i szare grzyby wyrastające z wilgotnych, śliskich ścian.
Pomieszczenie było tak niskie, że tylko kobiety mogły stać tu wyprostowane. Z tego powodu wszyscy trzej mężczyźni musieli się nieco pochylić. Taka postawa była niewygodna na dłuższą metę, więc strażnicy od razu zabrali się do roboty. Polecili dozorcy przynieść świeżej słomy i wody w naczyniu, posadzili więźnia na legowisku i przykuli go do ściany. Potem jeden z nich krótko pouczył Rolanda, że gdyby bardzo czegoś potrzebował, powinien zawołać dozorcę. Odchodząc, żołnierze zapytali go, czy ma jeszcze jakieś pytania, a kiedy potrząsnął głową, zamknęli wrota i odeszli. Razem z żołnierzami odeszło światło. Przez jakiś czas uwięziony nasłuchiwał przytłumionych kroków strażników, stukających obcasami o kamienną posadzkę.
*
Wkrótce echo butów ucichło i Roland pozostał sam.
Otoczył go nieprzenikniony płaszcz zimnego mroku. Jedyny dźwięk, jaki odbierały jego uszy, to miarowe kapanie wody, sączącej się gdzieś ze skalnej szczeliny. Nagle dobiegło do niego dziwne, niepokojące chrobotanie. Dreszcz trwogi przeszył mu plecy! To prawdopodobnie myszy albo szczury, pomyślał. Słyszał wyraźnie drapanie i piski. Wiedział, że tu są, chociaż ich nie widział. Było to dziwne, niedające się wyrazić uczucie przebywania z kimś, kogo się nie widziało, ale kogo obecność wyraźnie się czuło. Coś nawet przebiegło mu po nodze. Na dobrą chwilę znieruchomiał! Nie mrugał ani się nie ruszał.
Po jakimś czasie przyszedł do siebie. Mimo wszystko szczury nie są takie złe, stwierdził z wyraźnie odczuwalną ulgą. Nie przywykł do takiego towarzystwa, ale zrozumiał, że teraz będzie musiał.
Dopiero kiedy zasłona ciemności zamknęła się nad nim, zaczął sobie uświadamiać, że tuż pod delikatną powłoką jasnego dnia rozciąga się inny świat – świat wszem czyhającego lęku i rozbrajającej niepewności; odosobniony tajemniczy świat pełen nagłych wybuchów strachu, wyjącej rozpaczy i druzgocącego przygnębienia; niepozorny, a jednak jakże rzeczywisty świat, którego istnienia przedtem nie był nawet świadomy.
– Tam będziesz miał czas, żeby jeszcze raz przemyśleć swoje postępowanie! – Sowa księcia wciąż brzmiały mu w uszach jak odbijające się z łoskotem kulki zerwanego naszyjnika.
Taaak, z pewnością przemyślę moje życie, pomyślał dziwnie rozkojarzony.
Czy postąpiłem słusznie, atakując własnych ludzi? Tak.
Czy zbuntowałem się przeciwko władzy Królestwa? Z pewnością tak.
Dlaczego się zbuntowałem? Bo to, co widziałem, było okropne, a jednak prawdziwe.
Nie dowierzał swoim wspomnieniom. Nie mógł uciec od nasilającego się wrażenia, że te straszne sceny, które stawały mu teraz żywo przed oczyma, nie były jedynie wytworem jego nieposkromionej wyobraźni, ale konkretnymi zdarzeniami zakotwiczonymi w konkretnym miejscu i czasie. Zaczął się zagłębiać w mroczne, wielokrotnie zakrzywione niewiadome swojego niedawnego, a już rozpływającego się w czasie czynu.
Czy mógł skreślić tę akcję, której jedynym błędem było to, że jakoś wymknęła się spod kontroli? Nie, w żaden sposób!
Może… Przeszedł na inny tok myślenia i dumał, dając się ponieść myślom… Może to sama akcja była zła, niemoralna? Bał się podążyć tym tropem. Nieee!, pomyślał, to nie może być to! Najazd był konieczny! Chłopi nie oddali zboża! Ja zaś wykonywałem tylko rozkazy swojego pana. A rozkaz pana lennego dla rycerza jest rzeczą świętą… Jest rzeczą świętą, jest…
Panieee!
Jego myśli stawały się coraz bardziej pogmatwane. Nie mógł przebić się przez uporczywie rosnącą mgłę niejasności. Jego umysł był zmieszany, wywrócony do góry nogami, pełen niedających się połączyć sprzeczności.
Już nic nie wiedział!
Czy jestem rycerzem…?
Człowiekiem…?
Kim jestem…?!
Jaki cel miało moje życie…?!
Pytał siebie, a raczej oskarżał:
– Ach! Ten cuchnący, czarny loch! Doprowadza mnie do szału! Paanie! – krzyknął w przypływie rozpaczy. – Czy zamieniam się w szaleńca?! Czy tracę rozum?! Paanie, usłysz!
Zaczął płakać, dławiąc się jak noworodek szukający po omacku piersi matki. Nagle poczuł, jak dwie krople pęcznieją mu na policzku i spływają w dół. Spuścił głowę, zagrzebując ją w ostrej, kłującej słomie. Poczuł zadraśnięcie na policzku. Przetarł palcem po mrowiącej ranie i skosztował. Krew! Rozdarł sobie policzek o jakiś ostry kawałek łodygi.
Zaczął błądzić wykolejonymi myślami jak samotny wilk, który nie może znaleźć w lesie drogi do domu.
Zastanawiał się, jak teraz wygląda jego twarz. Czy to nadal ta sama, nieskazitelna buzia chłopca, czy może już stara, pomarszczona twarz długo przetrzymywanego więźnia?
Z tysiąca rozłupanych kawałków swojego nienaturalnie wytężonego umysłu próbował sklecić nowy obraz siebie. Zacisnął klapiące nerwowo powieki, zagryzł zęby, aż przeraźliwie zgrzytnęły, i wśród wrzących oparów rozbieganych obrazów zobaczył trzęsącego się starca z poczochranymi kudłami i rechoczącym uśmiechem na bezzębnej twarzy! Boże! Czy to mógł być on? Spanikował!
Czy straciłem rozum?!
Zatopił trzęsące się palce w tych kudłach, a jego zasępione bruzdami, poorane czoło przywarło do zimnej posadzki. Teraz powoli zaczynał sobie uzmysławiać zupełną głupotę tego wielkiego, a jednak nic niezmieniającego wybryku! Widział wyraźnie, jaki to był szalony czyn! A co za hańba! Oby już nigdy nie wystawiał swej głupiej głowy na światło dzienne!
Nie miałem wpływu na los tych ludzi! Chłopi, tak jak przedtem, dalej będą okradani, gwałceni i zabijani!… Tylko ja, Roland, dotąd szanowany i podziwiany rycerz, tkwię w więzieniu. Wkrótce będę przez wszystkich wytykany palcami i wyśmiewany! Czy ktoś to zauważy? Nikt! Świat, tak jak zawsze, dalej będzie trwał w swojej obłudzie.
Zastanawiał się, ilu ludzi takich jak on trzeba wtrącić do więzienia, żeby świat się zmienił: stu, tysiąc, a może milion? Może nawet gdyby zbuntowało się całe rycerstwo, nic by to nie dało?
Powoli podniósł głowę, ale wszystko, co odbierały jego oczy, to była jednolita powłoka nieprzeniknionej ciemności. Nie, to nie jest sen!
Więzienie jest rzeczywiste, a ja naprawdę to zrobiłem, zbuntowałem się!
Ale kiedy?! Dzisiaj czy wczoraj? Przed chwilą? Godzinę temu? Dwie godziny temu? Kiedy?! Uległ panice. Nie wiedział nawet, ile czasu minęło. Czy naprawdę się zbuntował, czy był to tylko figiel, jaki spłatał mu los? Jeśli tak, to będzie musiał poskarżyć się księciu! Niesprawiedliwie rujnowali jego młode życie! A on nie chciał cierpieć! Nie był na to przygotowany. Jaki jest sens bólu, samotności i cierpienia? Czy ktoś mu powie?! Chciał wiedzieć – i to już! Bo jeśli go nie ma, to co robił w tym zatęchłym miejscu? Marnował swój czas! A były to jego najlepsze lata!
Właśnie teraz powinien biec ze swoją ukochaną przez zielone, pachnące łąki; powinien przyciskać ją do serca i mówić jej, jak bardzo ją kocha! Zamiast gnić w tej parszywej celi, powinien siedzieć z nią pod lasem na pniu, jak to zwykł robić, tuląc ją do serca i rozkoszując się ostatnimi chwilami zachodzącego słońca!
– Słońce! – wyszeptał z nutą rozbudzonej nostalgii. Czy kiedykolwiek je jeszcze zobaczę? Czy kiedykolwiek jeszcze będę słyszał wesołe ćwierkanie ptaków? Czy kiedykolwiek jeszcze będę tańczył i bawił się w zamku?
I znowu głowa mu opadła. Łzy potoczyły się szybko przyspieszającymi strumieniami. W jednej głupiej chwili straciłem to wszystko! Czy to możliwe? Wstał i próbował iść, żeby udowodnić sobie, że to więzienie to tylko zły sen, jakieś przywidzenie. Ale zaledwie postąpił krok naprzód, zaraz poczuł uścisk twardego łańcucha.
Był w więzieniu! To naprawdę się działo! To nie był koszmar, lecz brutalna rzeczywistość!
Musiał zmienić swoje myślenie. Rozwodzenie się nad tym, co minęło, nie miało sensu. Musiał myśleć naprzód. Nie wszystko jeszcze stracone! Gdyby się poprawił, jak radził mu książę, z pewnością by mu wybaczono. Wiedział, że Reginald darzy go życzliwością i że wyciągnąłby go z tej opresji, gdyby tylko się podporządkował.
Tak, to takie proste! Myśl ta nęciła teraz jego niespokojną głowę. Upokórz się! Powiedz, że twój umysł był chwilowo przyćmiony, a znowu będziesz wolny! To takie łatwe, tak śmiesznie łatwe, tak niewiarygodnie łatwe!
Ale czy przez takie POPRAWIENIE SIĘ nie żyłby do końca życia w hańbie? Czy byłby nadal tym samym Rolandem? Nie! Okłamywał samego siebie. Nic już nie będzie takie jak przedtem. Jego bunt był jak czarna plama na czystej kartce papieru! Nigdy nie będzie jej w stanie usunąć. A nawet gdyby udało mu się ją jakoś zetrzeć, każdy by się nadal śmiał i pytał: „Gdzie jest ta brzydka plama, którą widzieliśmy tutaj? Czy nie usunąłeś jej?”
Nie ma sposobu na wymazanie mojej winy, zakończył zrezygnowany. Ona jest jak kropla kwasu, który pada na nowy, lśniący stół. Sam kwas wprawdzie może być usunięty, ale wypalone miejsce pozostaje na zawsze! I żadne skrobanie ani drapanie nie usunie go, ponieważ sięga zbyt głęboko. Nawet, gdyby ktoś zaharował się na śmierć, ścierając połowę blatu, plama nadal pozostanie w świadomości robotnika i tych, którzy ją widzieli! Czyż ktoś z nich nie powie, pijąc przy wytartym stole: gdzie jest ta plama, którą żeśmy tutaj widzieli? Czy nie usunąłeś jej?
Posłaniec w spiczastym hełmie i srebrnej kolczudze przemknął na koniu przez kamienny most, wzbijając za sobą tumany kurzu. Wjechał na duży dziedziniec. Gromadka wystraszonych kur i innego drobiu rozpierzchła się z gdaczącym jazgotem spod dudniących kopyt. Zatrzymał parskającego rumaka, zeskoczył zeń i rozejrzał się dookoła.
Kilka kroków dalej znajdowała się duża jabłoń. Przywiązał wierzchowca do drzewa. Nozdrza gońca wydęły się i zaczerpnął haust orzeźwiającego powietrza. A było ono przesycone wiosennymi zapachami kwitnących drzew. Bzyczenie pszczół drażliwie dzwoniło mu w uszach. Obrócił się na pięcie, żeby obejrzeć posiadłość.
Po prawej stronie, z wysokiej po kolana trawy, wyrastała długa stodoła z bocznymi zabudowaniami. Kilku chłopów trudziło się w pobliżu, załadowując na drewniany wóz połyskującą w słońcu słomę. Do stodoły przylegały otwarte stajnie, z których dochodziły przytłumione odgłosy rżenia i parskania koni. Dalej była zadaszona kuźnia. Tęgi kowal pracował właśnie nad podkową, uderzając zawzięcie młotem, przez co wypełniał powietrze potokami iskier i brzękiem kutego żelaza. Przybysz obejrzał się.
Za sobą zobaczył połyskującą srebrem wstęgę odległego strumienia. Potok szedł zakolem, szemrząc cicho pod kamiennym mostem, przez który mężczyzna właśnie przejechał. Garstka chlapiących się w wodzie dzieci robiła dużo hałasu.
[…]
Pozostało jeszcze 90% zawartości tej książki.
Olśnienie
isbn: 978-83-8423-482-2
© Adam Groegel i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Maria Bickmann-Dębińska
korekta: MAQ PROJECTS
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
