Olśnienie - Groegel Adam - ebook + książka
NOWOŚĆ

Olśnienie ebook

Groegel Adam

0,0

Opis

Wierność ideałom ma swoją cenę

Średniowieczna Anglia, czasy panowania króla Edwarda III. Trwa wyniszczająca wojna z Francją. Roland, lojalny rycerz w służbie księcia Reginalda, uchodzący za wzór cnót i męstwa, otrzymuje rozkaz ukarania chłopów z jednej z podległych wiosek za opóźnienia w dostawie zboża.

Kiedy jednak dociera na miejsce z oddziałem zbrojnych, coś zmusza go do przerwania rzezi. Nieoczekiwanie, zupełnie jakby kierowała nim siła wyższa, Roland zwraca się z mieczem przeciwko własnym ludziom.

Po wszystkim – zhańbiony, z dłońmi splamionymi krwią – trafia do lochów, gdzie musi zmierzyć się z tym, czego dokonał. Ale czy naprawdę postąpił źle? I kto powinien go osądzić – ludzie u władzy, a może sam Bóg?

Za wnioski, do których dojdzie, już wkrótce przyjdzie mu zapłacić wysoką cenę…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 228

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



„Niech wa­sza mowa bę­dzie:Tak, tak; nie, nie. A co nad­to jest, od Złe­go po­cho­dzi”.

(Mt 5,37).

Po­świę­cam tę pra­cę mo­je­mu Bogu,któ­ry wy­wiódł mnie z ciem­no­ści do świa­tła.

Au­tor

Książ­ka zo­sta­ła na­pi­sa­na pier­wot­nie w ję­zy­ku an­giel­skim w 2003 roku, a na­stęp­nie prze­tłu­ma­czo­na przez au­to­ra na ję­zyk pol­ski, po­pra­wio­na i uzu­peł­nio­na 8 lu­te­go 2022 roku.

ŹRÓDŁO

Za­to­ka lasu zstę­pu­je

w ryt­mie gór­skich po­to­ków…

Je­śli chcesz zna­leźć źró­dło,

mu­sisz iść do góry, pod prąd.

Prze­dzie­raj się, szu­kaj, nie ustę­puj,

wiesz, że ono musi tu gdzieś być –

Gdzie je­steś, źró­dło?…Gdzie je­steś, źró­dło?!

Ci­sza…

Stru­mie­niu, le­śny stru­mie­niu,

od­słoń mi ta­jem­ni­cę

swe­go po­cząt­ku!

(Ci­sza – dla­cze­go mil­czysz?

Jak­że sta­ran­nie ukry­łeś ta­jem­ni­cę twe­go po­cząt­ku).

Po­zwól mi war­gi umo­czyć

w źró­dla­nej wo­dzie,

od­czuć świe­żość,

ożyw­czą świe­żość.

Świę­ty Jan Pa­weł IITryp­tyk rzym­ski, Me­dy­ta­cje: I. STRU­MIEŃ

ODSŁONA 1.

Spa­dli na małą uśpio­ną wio­skę ni­czym zgra­ja zgłod­nia­łych wil­ków na nic nie­podej­rze­wa­ją­cą ofia­rę. Cała oko­li­ca była jesz­cze spo­wi­ta zim­ną mgłą przed­świ­tu, kie­dy gru­be gar­dło­we ryki i ja­sne trza­ska­ją­ce pło­mie­nie sy­czą­cych po­chod­ni przedar­ły za­sty­głe po­wie­trze. Roz­kaz był pro­sty: uka­rać nik­czem­nych chło­pów! Nie od­da­li na­leż­nej ilo­ści zbo­ża! Już dwa razy im wy­ba­czo­no i ja­koś uszło im to pła­zem, ale tym ra­zem mu­sie­li za­pła­cić i to sro­go!

Mło­dy śmia­łek cwa­ło­wał na cze­le gru­py jeźdź­ców. Jego twarz wy­krzy­wio­na była w gry­ma­sie zbli­ża­ją­cej się ze­msty, pie­nią­ca się w sza­le; cia­ło za­ku­te w zbro­ję, od­bi­ja­ją­cą mi­go­cą­ce świa­tło łu­czy­wa, miecz wska­zy­wał na szyb­ko przy­bli­ża­ją­ce się le­pian­ki.

– Spa­lić je! Spa­lić! – Ostre sło­wa uszły z sy­kiem z jego wy­krzy­wio­nej twa­rzy i z wie­lo­krot­nym ło­sko­tem od­bi­ły się w po­bli­skim le­sie.

Nie­ba­wem roz­sier­dze­ni żoł­da­cy wpa­dli do uśpio­nej wio­ski i za­raz czer­wo­no-żół­te ję­zy­ki po­czę­ły li­zać sło­mę chat. Wkrót­ce ogień chwy­cił i za­gro­dy sta­nę­ły ni­czym po­chod­nie na tle czar­nej jak smo­ła nocy.

Na­jazd zo­stał ce­lo­wo za­pla­no­wa­ny na krót­ko przed świ­tem. Ele­ment za­sko­cze­nia uzna­no bo­wiem za klu­czo­wy dla po­wo­dze­nia ak­cji.

Wy­stra­sze­ni chło­pi za­czę­li wy­ska­ki­wać w ma­łych zbi­tych grup­kach tyl­ko po to, aby stwier­dzić, że gro­zi im nie­chyb­na za­gła­da; ich ob­li­cza ści­śnię­te były stra­chem. Wkrót­ce pu­ste i uśpio­ne uli­ce za­peł­ni­ły się chma­ra­mi dzi­ko krzy­czą­cych i bie­ga­ją­cych w po­pło­chu wie­śnia­ków. Wy­ła­nia­li się jak du­chy wy­rzu­ca­ne z ja­kieś sta­rej, za­po­mnia­nej ja­ski­ni; w po­dar­tych po­wie­wa­ją­cych ko­szu­lach, z za­spa­ny­mi, kle­ją­cy­mi się po­wie­ka­mi i roz­czo­chra­ny­mi wło­sa­mi. Ich pło­chli­we, na­brzmia­łe stra­chem oczy po­my­ka­ły od jed­nej pło­ną­cej cha­ty do dru­giej; nie wie­dzie­li, co ro­bić ani do­kąd ucie­kać.

Mło­dzik, naj­wi­docz­niej przy­wód­ca zgrai, te­raz wska­zał mie­czem za­gro­dy z by­dłem.

– Brać do­by­tek! Do­by­tek! – Pró­bo­wał prze­drzeć się przez wszech­ogar­nia­ją­cy zgiełk, ale kie­dy wrza­wa wy­bu­chła, nikt go już nie słu­chał.

Jed­nym kop­nię­ciem krzep­ki żoł­dak wy­wa­lił furt­kę. Wła­śnie chciał po­ło­żyć swo­je łap­ska na ma­łej be­czą­cej owiecz­ce, kie­dy do­tarł do nie­go za­chry­pły głos star­ca, grzmią­cy za jego ple­ca­mi.

– Zo­staw moje owce, bar­ba­rzyń­co!

Mó­wiąc to, wie­śniak pod­niósł wy­krzy­wio­ny ko­stur, żeby ude­rzyć in­tru­za. Ten ob­ró­cił się z szel­mow­skim uśmie­chem, po­rzu­cił be­czą­ce ja­gnię i za­mach­nąw­szy się, od­ci­snął swój but na brzu­chu chło­pa. Sta­rzec opadł na ko­la­na i za­ję­czał chra­pli­wie, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie po­tok rdza­wo ole­istej masy. Na­jeźdź­ca nie cze­kał, aż chłop wsta­nie. Za­ci­ska­jąc pal­ce na rę­ko­je­ści cięż­kie­go mie­cza, pod­niósł go, a po­tem po pro­stu pu­ścił. Ostrze przy­bi­ło męż­czy­znę do zie­mi.

Do­kład­nie za­pla­no­wa­na ak­cja za­mie­ni­ła się w zwy­czaj­ną rzeź.

Inny mło­kos, pod­eks­cy­to­wa­ny na­pa­dem, przy­kuł swo­je oczy do mło­dej kształt­nej ko­bie­ty, tu­lą­cej z drże­niem dziec­ko. Trzę­sła się na ca­łym cie­le, pa­trząc ze zgro­zą na za­pa­lo­ną żą­dzą twarz wy­głod­nia­łe­go opraw­cy. Ten jed­nym ru­chem swo­ich pa­zu­rów ode­rwał kwi­lą­ce nie­mow­lę od jej pier­si i ci­snął nim o zie­mię. Zmro­żo­na szo­kiem nie­wia­sta pa­trzy­ła, jak tłu­sta masa krwi, wnętrz­no­ści i bia­ła­wo trza­ska­ją­cej chrząst­ki wy­pły­wa spod że­la­zne­go buta żoł­nie­rza. Po­tem po­czu­ła, jak jego brud­ne, bez­wstyd­ne pa­zu­ry wbi­ja­ją się w jej de­li­kat­ne cia­ło. Kie­dy za­czę­ła krzy­czeć, gry­ząc za­cie­kle ręce opraw­cy i za­pie­ra­jąc się o jego zbro­ję, wy­cią­gnął miecz i zwy­czaj­nie ją ude­rzył.

Na­raz cała wio­ska sta­ła się miej­scem nie­po­ha­mo­wa­nej or­gii. Licz­ne cia­ła, bru­tal­nie po­de­pta­ne i po­cię­te na ka­wał­ki, po­kry­wa­ły prze­siąk­nię­tą krwią, roz­ora­ną zie­mię. Osza­la­łe od gro­zy dzie­ci przy­pa­try­wa­ły się tej ma­sa­krze: bite, ka­le­czo­ne, gwał­co­ne, roz­ry­wa­ne na ka­wał­ki ko­bie­ty, miaż­dżo­ne nie­mow­lę­ta, za­bi­ja­ni jak zwy­kłe by­dło męż­czyź­ni.

Do­wód­ca przy­glą­dał się bez­rad­nie tym sce­nom. Nie mógł uwie­rzyć, że to, co wi­dzi, dzie­je się na­praw­dę. Z po­cząt­ku wrza­snął kil­ka razy, ale w po­chła­nia­ją­cej wszyst­ko wrza­wie nie był w sta­nie za­pa­no­wać nad swy­mi ludź­mi.

Na­gle gru­ba war­stwa ciem­no­ści prze­sło­ni­ła mu wzrok. Re­cho­czą­ce ryki, prze­cią­głe jęki i po­stę­ki­wa­nia, bła­ga­nia o li­tość i za­wo­dze­nia, wszyst­ko to zla­ło się w je­den roz­dzie­ra­ją­cy uszy pęd po­tar­ga­ne­go krzy­ku. Jego gło­wa za­czę­ła się bez­wied­nie krę­cić, aż od­pa­dła w od­środ­ko­wym wi­rze na wskroś roz­sa­dza­ją­ce­go bólu. Wszę­dzie wo­kół sie­bie wi­dział czer­wo­ne i żół­te ło­po­czą­ce pla­my krwi i ognia. Jego uszy roz­dzie­ra­ła la­wi­na wrza­sku i drwi­ny. Po­tem błysk ośle­pia­ją­ce­go świa­tła prze­ciął mu wzrok. Po­czuł się, jak­by ktoś prze­niósł go do in­nej rze­czy­wi­sto­ści, cał­ko­wi­cie od­cię­ty od ob­ra­zów, któ­re do­tąd oglą­dał.

Otwo­rzył oczy. Na tle ogni­stej ścia­ny zo­ba­czył po­stać Chry­stu­sa umie­ra­ją­ce­go na krzy­żu. Pan po­kry­ty był wrzą­cym po­tem, a jego cia­ło zsie­czo­ne, fio­le­to­wo po­si­nia­czo­ne i na­brzmia­łe opu­chli­na­mi. Ko­smy­ki ole­isto-brą­zo­wych wło­sów przy­le­ga­ły do za­pad­nię­tych, stra­wio­nych go­rącz­ką po­licz­ków. Krew cie­kła ner­wia­sty­mi ka­na­li­ka­mi, ka­piąc z wy­tar­ga­nych na oścież ran, mie­sza­ła się z per­ła­mi wody i wsią­ka­ła w szcze­li­ny su­ro­we­go drze­wa. Przy­wód­cy od­dzia­łu zda­wa­ło się, że rzę­żą­cy, krztu­szą­cy się krwią Zba­wi­ciel usi­łu­je mu coś po­wie­dzieć. W ostat­niej pró­bie, zbie­ra­jąc reszt­ki ży­cio­daj­nych mocy, któ­re jesz­cze tli­ły się w jego cie­le, Je­zus z wiel­kim wy­sił­kiem pod­niósł gło­wę, spoj­rzał na mło­de­go ry­ce­rza i le­d­wie wy­chry­piał przez za­schnię­te war­gi:

– Po­wstrzy­maj rzeź! Po­wstrzy­maj rzeź! – Po czym jego gło­wa opa­dła, bro­dą opie­ra­jąc się o pier­si.

W tej chwi­li przy­wód­ca, mru­ga­jąc, przej­rzał. Cierp­ki za­pach krwi i spa­lo­nych ciał na nowo wdarł się w jego noz­drza. In­stynk­tow­nie za­tkał nos. Po­grom wciąż trwał. Wśród po­żo­gi jego drga­ją­ce za­łza­wio­ne oko na­po­tka­ło skra­da­ją­cą się syl­wet­kę żoł­nie­rza z pod­nie­sio­nym mie­czem. Przy­go­to­wy­wał się do za­da­nia cio­su ko­bie­cie le­żą­cej pod jego no­ga­mi.

Z za­ci­śnię­ty­mi do bia­ło­ści pię­ścia­mi, roz­pru­ty­mi wście­kło­ścią war­ga­mi, czu­jąc nie­uga­szo­ny po­żar winy, Ro­land pod­biegł do żoł­nie­rza i jed­nym ude­rze­niem wy­trą­cił mu broń z ręki. Oszo­ło­mio­ny osi­łek nie wie­dział, co się dzie­je. Za­nim zdo­łał od­wró­cić gło­wę, na­stęp­ny cios zwa­lił go z ko­nia.

Na­stęp­nie mści­we oczy przy­wód­cy po­dą­ży­ły za in­nym z jego pod­wład­nych. Ten miał wła­śnie udu­sić dziec­ko pła­czą­ce przy cie­le swej roz­pru­tej mat­ki. Ka­pi­tan oplótł pal­ce wo­kół ostrza mie­cza. Kie­dy mor­der­ca za­ci­skał gru­be pal­ce na ła­bę­dziej szyi chłop­ca, na­gle ja­kiś cięż­ki przed­miot zwa­lił mu się na po­ty­li­cę. Była to rę­ko­jeść mie­cza. Uścisk bru­ta­la po­pu­ścił i jego ciel­sko zwa­li­ło się na zie­mię.

– Ka­pi­ta­nie! Czyś ty osza­lał?! – Uszy przy­wód­cy za­re­je­stro­wa­ły na­gle ostre upo­mnie­nie. Roz­po­znał głos. To był Ro­de­rick, jego za­stęp­ca. Do­wód­ca spoj­rzał na jego twarz. Była po­kry­ta sa­dzą, po­ły­ski­wa­ła po­tem. – Ka­pi­ta­nie! Bi­jesz wła­snych lu­dzi! Czyś ty osza­lał?! – Ro­de­rick bar­dziej krzy­czał, niż py­tał. Ale przy­wód­ca tyl­ko wrzesz­czał:

– Za­trzy­mać rzeź! Za­trzy­mać rzeź! – Bie­gał jak opę­ta­ny, wznie­ca­jąc strasz­ny po­płoch i wy­dzie­ra­jąc się, aż ochrypł: – Za­trzy­mać rzeź! Za­trzy­mać rzee…

Za­stęp­ca pod­niósł rękę. Na­gle szczęk bro­ni ucichł, ustę­pu­jąc miej­sca wszyst­ko prze­ni­ka­ją­cej ci­szy. Wkrót­ce krąg żoł­nie­rzy oto­czył swo­je­go przy­wód­cę. Ale on nie był już przy­wód­cą, czuł to wy­raź­nie. Te­raz Ro­de­rick, jego za­stęp­ca, wy­so­ki i krzep­ki mło­dzie­niec, prze­jął do­wo­dze­nie.

– Ka­pi­ta­nie! Dla­cze­goś za­ata­ko­wał wła­snych lu­dzi?! – grzmiał nad swo­im do­tych­cza­so­wym zwierzch­ni­kiem, żą­da­jąc wy­ja­śnie­nia, a jego na­dę­te po­licz­ki za­szły pur­pu­rą. Po­zo­sta­li żoł­nie­rze nie­mo przy­pa­try­wa­li się na­pięt­no­wa­niu, sto­jąc w bez­ru­chu.

– Za­bi­ja­li­ście chło­pów! – wy­pa­lił oto­czo­ny.

Za­stęp­ca, pe­łen zdzi­wie­nia, zmru­żył brwi.

– To wła­śnie mie­li­śmy ro­bić! Uka­rać psu­bra­tów! – od­burk­nął.

– Niee!!! – od­pa­ro­wał bun­tow­nik. – Nie mie­li­ście za­bi­jać chło­pów, tyl­ko wziąć by­dło! Mu­sia­łem to prze­rwać! Za­cho­wa­li­ście się jak dzi­kie zwie­rzę­ta! Co w was wstą­pi­ło?! – besz­tał ich.

– Ka­pi­tan osza­lał! – wy­pa­lił roz­draż­nio­ny za­stęp­ca. – Zwiąż­cie go i od­pro­wadź­cie do zam­ku. Tam się wy­tłu­ma­czy – za­koń­czył kłót­nię. – Wy­no­śmy się stąd! Ro­bo­ta skoń­czo­na!

Za­czy­na­ło świ­tać, kie­dy przy­gnę­bio­ny kor­don żoł­nie­rzy wra­cał do zam­ku. Wy­glą­da­li jak ka­ra­wa­na stra­pio­nych du­chów, cią­gną­ca na tle bu­dzą­ce­go się po­ran­ka.

Wkrót­ce pierw­sze pro­mie­nie słoń­ca przedar­ły się przez bla­do-sza­ra­wy ho­ry­zont. Te­raz mu­ska­ły tlą­ce się po­pio­ły, jak­by uwa­ża­jąc, żeby nie po­pa­rzyć so­bie de­li­kat­nych ma­cek świa­tła. Cała ta sce­ne­ria wy­wo­ły­wa­ła głę­bo­ko prze­ni­ka­ją­cy dreszcz, któ­ry dłu­go po­zo­sta­wał w umy­śle. Sza­ra­wo-żół­te pust­ko­wie wy­glą­da­ło jak z księ­ży­ca.

Na skra­ju po­bo­jo­wi­ska sta­ła mała grup­ka chło­pów; byli to ci, któ­rzy cu­dow­nie prze­ży­li na­jazd. Ich cia­ła osma­lo­ne były sa­dzą, a ich twa­rze bar­dziej osłu­pia­łe od twa­rzy na­jeźdź­ców, któ­rzy wła­śnie od­je­cha­li.

Wkrót­ce ża­rzą­ce się zglisz­cza roz­dmu­chał po­ran­ny wiatr. Bez­kres nie­ba obu­dził się z dłu­gie­go, głę­bo­kie­go snu, zrzu­ca­jąc żół­ta­wo-oło­wian­ną po­wło­kę świ­tu i przy­oble­ka­jąc się w ja­sny błę­kit dnia. Nad­le­cia­ło sta­do pta­ków i za­czę­ło krą­żyć nie­spo­koj­nie nad po­go­rze­li­skiem, przy­pa­tru­jąc się ba­daw­czym wzro­kiem wy­pa­lo­nej pla­mie, jak gdy­by wy­czu­wa­ły in­stynk­tow­nie, że to musi być miej­sce ja­kiejś wiel­kiej zbrod­ni.

ODSŁONA 2.

Dwo­je lu­dzi zaj­mo­wa­ło dużą, wy­twor­nie urzą­dzo­ną salę.

Je­den był dys­tyn­go­wa­nym ary­sto­kra­tą w śred­nim wie­ku o po­waż­nych, ostrych ry­sach twa­rzy i dłu­gich, si­wie­ją­cych wło­sach. Sie­dział za ma­syw­nym sto­łem na rzeź­bio­nym krze­śle z wy­so­kim opar­ciem. Jego łok­cie opie­ra­ły się o blat, a ręce obej­mo­wa­ły szczu­pły pod­bró­dek, wska­zu­jąc, że jest go­tów słu­chać.

Dru­gi czło­wiek był wy­so­kim, pięk­nie ukształ­to­wa­nym mło­dzień­cem. Stał wy­pro­sto­wa­ny. Stru­mie­nie świa­tła, pły­ną­ce z bocz­ne­go okna, pa­da­ły na jego twarz i uka­zy­wa­ły ob­li­cze mło­de­go chłop­ca, gład­kie i ła­god­nie uspo­so­bio­ne, bez ja­kich­kol­wiek zmarsz­czek czy blizn. Gę­ste, kasz­ta­no­we wło­sy oka­la­ły za­chmu­rzo­ne czo­ło. Duże, błę­kit­ne oczy błysz­cza­ły nad­zwy­czaj in­ten­syw­nie, rzu­ca­jąc nie­spo­koj­ne spoj­rze­nie na sie­dzą­ce­go przed nim księ­cia.

Ścia­ny kom­na­ty były przy­ozdo­bio­ne barw­ny­mi go­be­li­na­mi. Na lewo znaj­do­wał się mar­mu­ro­wy ko­mi­nek. W rogu, za ple­ca­mi ma­gna­ta, na pod­staw­ce wy­ko­na­nej z ple­cio­ne­go dru­tu, sta­ła klat­ka z ko­lo­ro­wą pa­pu­gą. Ptak ner­wo­wo po­trzą­sał gło­wą, ostrząc dziób o cien­kie prę­ci­ki. Na­prze­ciw znaj­do­wa­ły się sze­ro­kie, ob­ro­to­we drzwi, wy­ko­na­ne z rzad­kie­go drew­na. Su­fit skła­dał się z du­żych kwa­dra­tów, z któ­rych wy­ła­nia­ły się ja­kieś rzeź­bio­ne twa­rze, naj­praw­do­po­dob­niej po­przed­nich wła­ści­cie­li zam­ku.

– Po­wiedz mi, Ro­lan­dzie, dla­cze­goś za­ata­ko­wał wła­snych lu­dzi? – za­py­tał Re­gi­nald, książ­kę Yor­ku, kie­ru­jąc py­ta­nie do ry­ce­rza, któ­ry wła­śnie zo­stał wpro­wa­dzo­ny przed jego ob­li­cze.

Nie krzy­czał, nie pod­no­sił gło­su, ton miał ła­god­ny, po­nie­waż bar­dzo ce­nił tego wo­jow­ni­ka. Wła­ści­wie lu­bił Ro­lan­da naj­bar­dziej, po­nie­waż ten był ucie­le­śnie­niem wszel­kich ry­cer­skich cnót: od­wa­gi i ho­no­ru, był też nie­kwe­stio­no­wa­nym mi­strzem we wszel­kich tur­nie­jach; wy­wo­ły­wał za­zdro­sne tę­sk­no­ty w ser­cach dam dwo­ru. Jed­nak to, co Re­gi­nald do­ce­nił naj­bar­dziej, to po­słu­szeń­stwo. Był więc nie­zmier­nie zdzi­wio­ny wy­da­rze­nia­mi tego po­ran­ka i tym, że jego naj­lep­szy żoł­nierz wła­śnie się zbun­to­wał.

Ro­land, sto­jąc przed swo­im pa­nem, nie czuł stra­chu. Z jego ob­li­cza ema­no­wa­ła za­dzi­wia­ją­ca mie­szan­ka spo­ko­ju i opa­no­wa­nia. Stał wy­pro­sto­wa­ny i po­waż­ny, od cza­su do cza­su mru­ga­jąc czer­wo­ny­mi, wciąż pie­ką­cy­mi od dymu ocza­mi; brwi przy­pa­lo­ne miał ogniem. Aura ja­kiejś nie­ziem­skiej szla­chec­ko­ści biła z tej twa­rzy, któ­ra cał­ko­wi­cie po­kry­ta była sa­dzą. Nie była to szla­chet­ność po­cho­dzą­ca z wy­so­kie­go uro­dze­nia, ale ta na­tu­ral­na, któ­ra pły­nie z pra­we­go ser­ca.

Tak, każ­dy wie­dział, że Ro­land nie jest zwy­kłym ry­ce­rzem. Ła­god­ny, spo­koj­ny wy­raz twa­rzy nada­wał mu wy­gląd łu­dzą­co po­dob­ny do psot­ne­go wiej­skie­go chłop­ca, cho­ciaż już daw­no prze­kro­czył ten wiek, wszak nie­daw­no ob­cho­dził swo­je dwu­dzie­ste szó­ste uro­dzi­ny. Na ry­ce­rza pa­so­wa­ny był w wie­ku dwu­dzie­stu je­den lat. W cza­sie tych pię­ciu lat, jako żoł­nierz księ­cia, wy­ka­zał się nie­by­wa­łym kunsz­tem. Osta­tecz­nie, w ze­szłym roku, żeby przy­pie­czę­to­wać jego osią­gnię­cia, ksią­żę mia­no­wał go ka­pi­ta­nem swo­jej pry­wat­nej ar­mii. Było to wiel­kie wy­róż­nie­nie dla mło­de­go ry­ce­rza i każ­dy gra­tu­lo­wał mu wte­dy z po­wo­du tego za­szczy­tu. Lu­dzie prze­po­wia­da­li mu dłu­gą i wspa­nia­łą ka­rie­rę.

Te­raz, bio­rąc pod uwa­gę ten hań­bią­cy in­cy­dent w wio­sce, Re­gi­nald był na­praw­dę za­sko­czo­ny. Za­tem z wiel­ką uwa­gą ocze­ki­wał wy­ja­śnień mło­dzień­ca.

– Wa­sza Mi­łość, mój do­bro­czyń­co i pa­nie – za­czął Ro­land pod­nio­słym to­nem – ci żoł­nie­rze za­bi­ja­li nie­win­nych lu­dzi…

– Nie­win­nych?! – zdzi­wił się wład­ca. – Prze­cież wiesz, że ci dra­nie nie od­da­li nam zbo­ża i że już dwa razy uszło im to na su­cho.

– To praw­da, mi­ło­ści­wy pa­nie, ale wiedz, że ci chło­pi mie­li ziar­na le­d­wo dla sie­bie, nie mó­wiąc już o da­ni­nie dla nas. Gło­du­ją! Wi­dzia­łem ich twa­rze! To było żą­da­nie po­nad ich moż­li­wo­ści!

Sły­sząc taką od­po­wiedź, Re­gi­nald wal­nął pię­ścią w stół, wstał i po­chy­lił się do przo­du, opie­ra­jąc ręce o blat sto­łu. Jego po­licz­ki za­szły pur­pu­rą.

– Po­nad ich moż­li­wo­ści?! A co ty wiesz o moż­li­wo­ściach rol­ni­czych chło­pów?! – wy­pa­lił pro­sto w oczy swo­je­go słu­gi. Chmur­ka śli­ny i zgni­ły od­dech za­ata­ko­wa­ły twarz ry­ce­rza. Jego ob­li­cze po­zo­sta­ło jed­nak­że nie­wzru­szo­ne. Fu­ria księ­cia nie za­chwia­ła mło­dzień­cem.

Nie­złom­ność Ro­lan­da spo­wo­do­wa­ła, że pie­nią­cy się ton ary­sto­kra­ty ze­lżał. Wład­ca zdał so­bie spra­wę, że wła­śnie zbesz­tał swo­je­go naj­lep­sze­go żoł­nie­rza, a z po­wo­du ta­kiej drob­nost­ki nie chciał go stra­cić. Po­trze­bo­wał go!

Po­sta­no­wił wpo­ić nie­co wie­dzy nie­ro­zum­ne­mu słu­dze. Wstał z krze­sła i zbli­żył się do nie­go. Pa­pu­ga za­czę­ła na­gle skrze­czeć, jak­by coś w tej roz­mo­wie ją draż­ni­ło. Pan od­wró­cił się w jej stro­nę:

– Za­mknij dziób, pa­skud­ne pta­szy­sko! – krzyk­nął, a po­tem zwró­cił się do Ro­lan­da: – A czy ty wiesz, mój przy­ja­cie­lu, że gdy­by nie po­bo­ry, któ­re ścią­ga­my od chło­pów, nie mo­gli­by­śmy utrzy­mać zam­ku, Kró­le­stwa, pro­wa­dzić woj­ny, a co do­ty­czy cie­bie… – Tu­taj po­stą­pił kil­ka kro­ków z po­wro­tem, sta­nął za sto­łem i po­sy­ła­jąc Ro­lan­do­wi peł­ne wy­rzu­tu spoj­rze­nie, do­koń­czył: – A co do­ty­czy cie­bie, nie mógł­byś uczest­ni­czyć w tych wszyst­kich tur­nie­jach, ban­kie­tach, za­ba­wach. Nie mógł­byś udać się na woj­nę i wy­bić się, nie miał­byś na so­bie tej zbroi, ko­nia, mie­cza… Gdy­by nie po­bo­ry z pra­cy nie­wol­ni­ków, sam mu­siał­byś się o to wszyst­ko za­trosz­czyć! – Przy­sta­nął, ocze­ku­jąc od­po­wie­dzi mło­dzień­ca.

Był pe­wien, że po tych wy­ja­śnie­niach Ro­land zro­zu­miał swój błąd i zmie­ni zda­nie. Ale się my­lił.

– Źle mnie zro­zu­mia­łeś, mój pa­nie. Nie je­stem prze­ciw­ko na­kła­da­niu chło­pom ob­cią­żeń – od­po­wie­dział ry­cerz, pe­łen po­wa­gi i do­sto­jeń­stwa – ale nie będę przy­glą­dał się bez­czyn­nie, jak żoł­nie­rze za­bi­ja­ją nie­win­nych lu­dzi!

Ta od­po­wiedź na nowo roz­gnie­wa­ła szlach­ci­ca. Choć pró­bo­wał, nie mógł zro­zu­mieć my­śle­nia swo­je­go pod­wład­ne­go. Było ono ab­sur­dal­ne, zu­peł­nie nie­przy­sta­ją­ce do re­aliów ży­cia. Coś zmie­ni­ło jego naj­lep­sze­go ry­ce­rza po­nad wszel­ką mia­rę. Coś sta­ło za tym, ja­kaś dziw­na, po­za­ziem­ska moc, któ­rej źró­dła nie mógł zgłę­bić. Wal­czył z nie­od­par­tą chę­cią, żeby huk­nąć na Ro­lan­da, wy­rwać go z tej odrę­twia­ją­cej przy­pa­dło­ści. Z dru­giej stro­ny roz­pacz­li­wie usi­ło­wał go nie stra­cić. Uspo­ko­iw­szy się nie­co, ze­brał wszyst­kie spo­so­by per­swa­zji, zbli­żył swo­je usta do ucha ry­ce­rza i wy­szep­tał przez na wpół za­ci­śnię­te zęby:

– Na mi­łość bo­ską! Ro­lan­dzie! Co się z tobą sta­ło?! – Nie za­uwa­żył, że wła­ści­wie go bła­gał. Od­bie­ra­jąc w od­po­wie­dzi tyl­ko draż­li­we skrze­cze­nie pa­pu­gi, po­ło­żył rękę na ustach, jak­by chciał zdła­wić wy­do­by­wa­ją­ce się prze­kleń­stwo. Dłu­żej nie mógł wy­trzy­mać. Nie­koń­czą­ce się wy­cze­ki­wa­nie i obez­wład­nia­ją­ca ci­sza do­bi­ja­ły go. – Ro­lan­dzie – pod­jął po chwi­li, a jego głos brzmiał jak­by wy­cho­dził zza gro­bu. – Sły­szysz mnie? Dla­cze­goś się zbun­to­wał? – Przy­pa­try­wał się spo­koj­ne­mu, nie­wzru­szo­ne­mu ob­li­czu żoł­nie­rza, jak­by ad­o­ro­wał za­pie­ra­ją­cy dech w pier­siach po­sąg; wstrzy­mał na­wet od­dech.

– Po­wie­dzia­łem to już Wa­szej Wiel­moż­no­ści – pa­dła krót­ka od­po­wiedź.

Re­gi­nald po­trzą­snął gło­wą. Był zdru­zgo­ta­ny. Każ­da broń, za któ­rą chwy­tał, oka­zy­wa­ła się bez­sku­tecz­na, tępa. Ro­land po­zo­sta­wał nie­wzru­szo­ny w swo­im prze­ko­na­niu, że po­stą­pił słusz­nie.

Ksią­żę, nie wi­dząc in­ne­go wyj­ścia, po­sta­no­wił za­grać ry­zy­kow­ną kar­tą. Ni stąd, ni zo­wąd, zmie­nił na­gle na­strój i sta­nął przed swo­im wa­sa­lem, od­sła­nia­jąc kla­wia­tu­rę swo­ich na wpół zgni­łych, wy­bra­ko­wa­nych zę­bów w tym, co mia­ło być ser­decz­nym uśmie­chem.

– Z pew­no­ścią nic ta­kie­go nie sta­ło się w wio­sce. Czy ty wiesz, że je­steś moim naj­lep­szym żoł­nie­rzem?… – prze­rwał, przyj­mu­jąc zwod­ni­czo uprzej­me spoj­rze­nie; uśmiech­nął się na­wet sze­rzej, po­kle­pu­jąc Ro­lan­da, pe­łen uzna­nia dla jego nie­zrów­na­nych osią­gnięć. – Je­steś naj­lep­szym żoł­nie­rzem, ja­kie­go to Kró­le­stwo kie­dy­kol­wiek mia­ło. Tak, Ro­lan­dzie, i to Kró­le­stwo po­trze­bu­je two­jej służ­by. Po­trze­bu­je two­ich umie­jęt­no­ści jak ni­g­dy przed­tem. Ale po­sia­da ono PEW­NE STA­RE, UŚWIĘ­CO­NE TRA­DY­CJĄ PRA­WA, KTÓ­RYCH NIE MOŻ­NA ZMIE­NIĆ! – tłu­ma­czył szlach­cic. Na­stęp­nie zmie­nił ton z wy­ja­śnia­ją­ce­go na do­ra­dza­ją­cy: – Prze­myśl swo­je za­cho­wa­nie, Ro­lan­dzie. Wiesz, co to­wa­rzy­szy ta­kim ak­cjom: zgiełk, ogień, krzy­ki i tym po­dob­ne. Wiesz, że ła­two wte­dy o błę­dy; je­steś zmie­sza­ny i nie wiesz, co ro­bisz. Cza­sa­mi to się zda­rza i ja to ro­zu­miem, ale trze­ba umieć się do tego przy­znać. – Spoj­rzał na ry­ce­rza nad­zwy­czaj po­waż­nym i prze­ni­kli­wym wzro­kiem; jego wy­łu­pia­ste oczy błysz­cza­ły zim­nym, wy­ra­cho­wa­nym świa­tłem. Za­su­ge­ro­wał: – Ro­lan­dzie, gdy­byś tak pu­blicz­nie ogło­sił, iż po­wo­dem two­je­go bun­tu był chwi­lo­wy za­męt, twój ho­nor zo­stał­by przy­wró­co­ny.

Na­stą­pi­ło dłu­gie, bar­dzo dłu­gie, nie­zwy­kle dłu­gie wy­cze­ki­wa­nie.

–ALE MOJE ZA­CHO­WA­NIE NIE BYŁO BŁĘ­DEM! – od­po­wie­dział w koń­cu Ro­land.

Sły­sząc to, Re­gi­nald stra­cił ostat­nią iskrę na­dziei.

– Bar­dzo do­brze, to wy­star­czy! – za­koń­czył ja­ło­wą roz­mo­wę. Był wi­docz­nie po­de­ner­wo­wa­ny. – Zda­jesz so­bie oczy­wi­ście spra­wę, że po­sta­wi­łeś się w nie­bez­piecz­nej sy­tu­acji? – Rzu­cił mu po­chmur­ne spoj­rze­nie. Za­sta­no­wił się przez chwi­lę, a póź­niej do­dał: – Nie mam in­ne­go wyj­ścia, jak tyl­ko wtrą­cić cię do lo­chu. Tam bę­dziesz miał czas, żeby jesz­cze raz prze­my­śleć swo­je po­stę­po­wa­nie. To wszyst­ko! – wark­nął, po czym za­wo­łał: – Stra­że!

Na­gle w drzwiach po­ja­wi­ło się dwóch krzep­kich osił­ków, za­wsze go­to­wych wy­ko­ny­wać roz­ka­zy swe­go pana.

– Za­kuj­cie tego ry­ce­rza w kaj­da­ny i wsadź­cie do lo­chu. Wy­ko­nać!

Straż­ni­kom nie trze­ba było mó­wić tego dwa razy. Wzię­li Ro­lan­da pod ra­mio­na, acz­kol­wiek ostroż­nie, i po­wo­li wy­pro­wa­dzi­li go z kom­na­ty. Nie sta­wiał opo­ru. Wie­dział, że po­stą­pił słusz­nie.

ODSŁONA 3.

Dwie mi­go­cą­ce po­chod­nie, wy­dzie­la­ją­ce wstę­gi czar­ne­go dymu, oświe­tla­ły ich dro­gę do celi. Mdłe, stę­chłe po­wie­trze mia­ło za­pach piw­nicz­nej zgni­li­zny. W ko­ry­ta­rzu nie było okien, nic dziw­ne­go, bo znaj­do­wa­li się głę­bo­ko pod zie­mią. W obu jego koń­cach umiesz­czo­no jed­nak otwo­ry wen­ty­la­cyj­ne. Do­pusz­cza­ły one odro­bi­nę świe­że­go po­wie­trza, któ­re le­d­wo do­cie­ra­ło do cel. Tu­nel, któ­rym szli, miał pół­ko­li­sty kształt o ścia­nach z gra­ni­to­wych ka­mie­ni. Wzdłuż, po obu jego stro­nach, znaj­do­wa­ły się wej­ścia do po­szcze­gól­nych cel, za­mknię­te ku­ty­mi wro­ta­mi.

Straż­ni­cy pro­wa­dzą­cy więź­nia za­trzy­ma­li się wła­śnie przed ta­ki­mi drzwia­mi. Je­den z nich grze­bał przez chwi­lę przy klu­czach, bo miał kło­pot z do­pa­so­wa­niem wła­ści­we­go do zam­ka. W koń­cu uda­ło mu się i za­rdze­wia­ła furt­ka za­skrzy­pia­ła, ustę­pu­jąc pod na­po­rem buta do­zor­cy.

Żoł­nie­rze wpro­wa­dzi­li więź­nia do środ­ka. Za­pach zgni­li­zny wdarł się w jego noz­drza. Przez ja­kiś czas zbie­ra­ło mu się na wy­mio­ty i kasz­lał ob­fi­cie, gdyż nie był przy­zwy­cza­jo­ny do ta­kie­go po­wie­trza. Cela była ma­łym po­miesz­cze­niem, zbu­do­wa­nym rów­nież z gra­ni­tu. W sła­bym, ska­czą­cym świe­tle po­chod­ni wię­zień zo­ba­czył wiel­kie ak­sa­mit­ne ję­zy­ki ciem­no­zie­lo­ne­go mchu i sza­re grzy­by wy­ra­sta­ją­ce z wil­got­nych, śli­skich ścian.

Po­miesz­cze­nie było tak ni­skie, że tyl­ko ko­bie­ty mo­gły stać tu wy­pro­sto­wa­ne. Z tego po­wo­du wszy­scy trzej męż­czyź­ni mu­sie­li się nie­co po­chy­lić. Taka po­sta­wa była nie­wy­god­na na dłuż­szą metę, więc straż­ni­cy od razu za­bra­li się do ro­bo­ty. Po­le­ci­li do­zor­cy przy­nieść świe­żej sło­my i wody w na­czy­niu, po­sa­dzi­li więź­nia na le­go­wi­sku i przy­ku­li go do ścia­ny. Po­tem je­den z nich krót­ko po­uczył Ro­lan­da, że gdy­by bar­dzo cze­goś po­trze­bo­wał, po­wi­nien za­wo­łać do­zor­cę. Od­cho­dząc, żoł­nie­rze za­py­ta­li go, czy ma jesz­cze ja­kieś py­ta­nia, a kie­dy po­trzą­snął gło­wą, za­mknę­li wro­ta i ode­szli. Ra­zem z żoł­nie­rza­mi ode­szło świa­tło. Przez ja­kiś czas uwię­zio­ny na­słu­chi­wał przy­tłu­mio­nych kro­ków straż­ni­ków, stu­ka­ją­cych ob­ca­sa­mi o ka­mien­ną po­sadz­kę.

*

Wkrót­ce echo bu­tów uci­chło i Ro­land po­zo­stał sam.

Oto­czył go nie­prze­nik­nio­ny płaszcz zim­ne­go mro­ku. Je­dy­ny dźwięk, jaki od­bie­ra­ły jego uszy, to mia­ro­we ka­pa­nie wody, są­czą­cej się gdzieś ze skal­nej szcze­li­ny. Na­gle do­bie­gło do nie­go dziw­ne, nie­po­ko­ją­ce chro­bo­ta­nie. Dreszcz trwo­gi prze­szył mu ple­cy! To praw­do­po­dob­nie my­szy albo szczu­ry, po­my­ślał. Sły­szał wy­raź­nie dra­pa­nie i pi­ski. Wie­dział, że tu są, cho­ciaż ich nie wi­dział. Było to dziw­ne, nie­da­ją­ce się wy­ra­zić uczu­cie prze­by­wa­nia z kimś, kogo się nie wi­dzia­ło, ale kogo obec­ność wy­raź­nie się czu­ło. Coś na­wet prze­bie­gło mu po no­dze. Na do­brą chwi­lę znie­ru­cho­miał! Nie mru­gał ani się nie ru­szał.

Po ja­kimś cza­sie przy­szedł do sie­bie. Mimo wszyst­ko szczu­ry nie są ta­kie złe, stwier­dził z wy­raź­nie od­czu­wal­ną ulgą. Nie przy­wykł do ta­kie­go to­wa­rzy­stwa, ale zro­zu­miał, że te­raz bę­dzie mu­siał.

Do­pie­ro kie­dy za­sło­na ciem­no­ści za­mknę­ła się nad nim, za­czął so­bie uświa­da­miać, że tuż pod de­li­kat­ną po­wło­ką ja­sne­go dnia roz­cią­ga się inny świat – świat wszem czy­ha­ją­ce­go lęku i roz­bra­ja­ją­cej nie­pew­no­ści; od­osob­nio­ny ta­jem­ni­czy świat pe­łen na­głych wy­bu­chów stra­chu, wy­ją­cej roz­pa­czy i dru­zgo­cą­ce­go przy­gnę­bie­nia; nie­po­zor­ny, a jed­nak jak­że rze­czy­wi­sty świat, któ­re­go ist­nie­nia przed­tem nie był na­wet świa­do­my.

– Tam bę­dziesz miał czas, żeby jesz­cze raz prze­my­śleć swo­je po­stę­po­wa­nie! – Sowa księ­cia wciąż brzmia­ły mu w uszach jak od­bi­ja­ją­ce się z ło­sko­tem kul­ki ze­rwa­ne­go na­szyj­ni­ka.

Ta­aak, z pew­no­ścią prze­my­ślę moje ży­cie, po­my­ślał dziw­nie roz­ko­ja­rzo­ny.

Czy po­stą­pi­łem słusz­nie, ata­ku­jąc wła­snych lu­dzi? Tak.

Czy zbun­to­wa­łem się prze­ciw­ko wła­dzy Kró­le­stwa? Z pew­no­ścią tak.

Dla­cze­go się zbun­to­wa­łem? Bo to, co wi­dzia­łem, było okrop­ne, a jed­nak praw­dzi­we.

Nie do­wie­rzał swo­im wspo­mnie­niom. Nie mógł uciec od na­si­la­ją­ce­go się wra­że­nia, że te strasz­ne sce­ny, któ­re sta­wa­ły mu te­raz żywo przed oczy­ma, nie były je­dy­nie wy­two­rem jego nie­po­skro­mio­nej wy­obraź­ni, ale kon­kret­ny­mi zda­rze­nia­mi za­ko­twi­czo­ny­mi w kon­kret­nym miej­scu i cza­sie. Za­czął się za­głę­biać w mrocz­ne, wie­lo­krot­nie za­krzy­wio­ne nie­wia­do­me swo­je­go nie­daw­ne­go, a już roz­pły­wa­ją­ce­go się w cza­sie czy­nu.

Czy mógł skre­ślić tę ak­cję, któ­rej je­dy­nym błę­dem było to, że ja­koś wy­mknę­ła się spod kon­tro­li? Nie, w ża­den spo­sób!

Może… Prze­szedł na inny tok my­śle­nia i du­mał, da­jąc się po­nieść my­ślom… Może to sama ak­cja była zła, nie­mo­ral­na? Bał się po­dą­żyć tym tro­pem. Nie­ee!, po­my­ślał, to nie może być to! Na­jazd był ko­niecz­ny! Chło­pi nie od­da­li zbo­ża! Ja zaś wy­ko­ny­wa­łem tyl­ko roz­ka­zy swo­je­go pana. A roz­kaz pana len­ne­go dla ry­ce­rza jest rze­czą świę­tą… Jest rze­czą świę­tą, jest…

Pa­nie­ee!

Jego my­śli sta­wa­ły się co­raz bar­dziej po­gma­twa­ne. Nie mógł prze­bić się przez upo­rczy­wie ro­sną­cą mgłę nie­ja­sno­ści. Jego umysł był zmie­sza­ny, wy­wró­co­ny do góry no­ga­mi, pe­łen nie­da­ją­cych się po­łą­czyć sprzecz­no­ści.

Już nic nie wie­dział!

Czy je­stem ry­ce­rzem…?

Czło­wie­kiem…?

Kim je­stem…?!

Jaki cel mia­ło moje ży­cie…?!

Py­tał sie­bie, a ra­czej oskar­żał:

– Ach! Ten cuch­ną­cy, czar­ny loch! Do­pro­wa­dza mnie do sza­łu! Pa­anie! – krzyk­nął w przy­pły­wie roz­pa­czy. – Czy za­mie­niam się w sza­leń­ca?! Czy tra­cę ro­zum?! Pa­anie, usłysz!

Za­czął pła­kać, dła­wiąc się jak no­wo­ro­dek szu­ka­ją­cy po omac­ku pier­si mat­ki. Na­gle po­czuł, jak dwie kro­ple pęcz­nie­ją mu na po­licz­ku i spły­wa­ją w dół. Spu­ścił gło­wę, za­grze­bu­jąc ją w ostrej, kłu­ją­cej sło­mie. Po­czuł za­dra­śnię­cie na po­licz­ku. Prze­tarł pal­cem po mro­wią­cej ra­nie i skosz­to­wał. Krew! Roz­darł so­bie po­li­czek o ja­kiś ostry ka­wa­łek ło­dy­gi.

Za­czął błą­dzić wy­ko­le­jo­ny­mi my­śla­mi jak sa­mot­ny wilk, któ­ry nie może zna­leźć w le­sie dro­gi do domu.

Za­sta­na­wiał się, jak te­raz wy­glą­da jego twarz. Czy to na­dal ta sama, nie­ska­zi­tel­na bu­zia chłop­ca, czy może już sta­ra, po­marsz­czo­na twarz dłu­go prze­trzy­my­wa­ne­go więź­nia?

Z ty­sią­ca roz­łu­pa­nych ka­wał­ków swo­je­go nie­na­tu­ral­nie wy­tę­żo­ne­go umy­słu pró­bo­wał skle­cić nowy ob­raz sie­bie. Za­ci­snął kla­pią­ce ner­wo­wo po­wie­ki, za­gryzł zęby, aż prze­raź­li­wie zgrzyt­nę­ły, i wśród wrzą­cych opa­rów roz­bie­ga­nych ob­ra­zów zo­ba­czył trzę­są­ce­go się star­ca z po­czo­chra­ny­mi ku­dła­mi i re­cho­czą­cym uśmie­chem na bez­zęb­nej twa­rzy! Boże! Czy to mógł być on? Spa­ni­ko­wał!

Czy stra­ci­łem ro­zum?!

Za­to­pił trzę­są­ce się pal­ce w tych ku­dłach, a jego za­sę­pio­ne bruz­da­mi, po­ora­ne czo­ło przy­war­ło do zim­nej po­sadz­ki. Te­raz po­wo­li za­czy­nał so­bie uzmy­sła­wiać zu­peł­ną głu­po­tę tego wiel­kie­go, a jed­nak nic nie­zmie­nia­ją­ce­go wy­bry­ku! Wi­dział wy­raź­nie, jaki to był sza­lo­ny czyn! A co za hań­ba! Oby już ni­g­dy nie wy­sta­wiał swej głu­piej gło­wy na świa­tło dzien­ne!

Nie mia­łem wpły­wu na los tych lu­dzi! Chło­pi, tak jak przed­tem, da­lej będą okra­da­ni, gwał­ce­ni i za­bi­ja­ni!… Tyl­ko ja, Ro­land, do­tąd sza­no­wa­ny i po­dzi­wia­ny ry­cerz, tkwię w wię­zie­niu. Wkrót­ce będę przez wszyst­kich wy­ty­ka­ny pal­ca­mi i wy­śmie­wa­ny! Czy ktoś to za­uwa­ży? Nikt! Świat, tak jak za­wsze, da­lej bę­dzie trwał w swo­jej ob­łu­dzie.

Za­sta­na­wiał się, ilu lu­dzi ta­kich jak on trze­ba wtrą­cić do wię­zie­nia, żeby świat się zmie­nił: stu, ty­siąc, a może mi­lion? Może na­wet gdy­by zbun­to­wa­ło się całe ry­cer­stwo, nic by to nie dało?

Po­wo­li pod­niósł gło­wę, ale wszyst­ko, co od­bie­ra­ły jego oczy, to była jed­no­li­ta po­wło­ka nie­prze­nik­nio­nej ciem­no­ści. Nie, to nie jest sen!

Wię­zie­nie jest rze­czy­wi­ste, a ja na­praw­dę to zro­bi­łem, zbun­to­wa­łem się!

Ale kie­dy?! Dzi­siaj czy wczo­raj? Przed chwi­lą? Go­dzi­nę temu? Dwie go­dzi­ny temu? Kie­dy?! Uległ pa­ni­ce. Nie wie­dział na­wet, ile cza­su mi­nę­ło. Czy na­praw­dę się zbun­to­wał, czy był to tyl­ko fi­giel, jaki spła­tał mu los? Je­śli tak, to bę­dzie mu­siał po­skar­żyć się księ­ciu! Nie­spra­wie­dli­wie ruj­no­wa­li jego mło­de ży­cie! A on nie chciał cier­pieć! Nie był na to przy­go­to­wa­ny. Jaki jest sens bólu, sa­mot­no­ści i cier­pie­nia? Czy ktoś mu po­wie?! Chciał wie­dzieć – i to już! Bo je­śli go nie ma, to co ro­bił w tym za­tę­chłym miej­scu? Mar­no­wał swój czas! A były to jego naj­lep­sze lata!

Wła­śnie te­raz po­wi­nien biec ze swo­ją uko­cha­ną przez zie­lo­ne, pach­ną­ce łąki; po­wi­nien przy­ci­skać ją do ser­ca i mó­wić jej, jak bar­dzo ją ko­cha! Za­miast gnić w tej par­szy­wej celi, po­wi­nien sie­dzieć z nią pod la­sem na pniu, jak to zwykł ro­bić, tu­ląc ją do ser­ca i roz­ko­szu­jąc się ostat­ni­mi chwi­la­mi za­cho­dzą­ce­go słoń­ca!

– Słoń­ce! – wy­szep­tał z nutą roz­bu­dzo­nej no­stal­gii. Czy kie­dy­kol­wiek je jesz­cze zo­ba­czę? Czy kie­dy­kol­wiek jesz­cze będę sły­szał we­so­łe ćwier­ka­nie pta­ków? Czy kie­dy­kol­wiek jesz­cze będę tań­czył i ba­wił się w zam­ku?

I zno­wu gło­wa mu opa­dła. Łzy po­to­czy­ły się szyb­ko przy­spie­sza­ją­cy­mi stru­mie­nia­mi. W jed­nej głu­piej chwi­li stra­ci­łem to wszyst­ko! Czy to moż­li­we? Wstał i pró­bo­wał iść, żeby udo­wod­nić so­bie, że to wię­zie­nie to tyl­ko zły sen, ja­kieś przy­wi­dze­nie. Ale za­le­d­wie po­stą­pił krok na­przód, za­raz po­czuł uścisk twar­de­go łań­cu­cha.

Był w wię­zie­niu! To na­praw­dę się dzia­ło! To nie był kosz­mar, lecz bru­tal­na rze­czy­wi­stość!

Mu­siał zmie­nić swo­je my­śle­nie. Roz­wo­dze­nie się nad tym, co mi­nę­ło, nie mia­ło sen­su. Mu­siał my­śleć na­przód. Nie wszyst­ko jesz­cze stra­co­ne! Gdy­by się po­pra­wił, jak ra­dził mu ksią­żę, z pew­no­ścią by mu wy­ba­czo­no. Wie­dział, że Re­gi­nald da­rzy go życz­li­wo­ścią i że wy­cią­gnął­by go z tej opre­sji, gdy­by tyl­ko się pod­po­rząd­ko­wał.

Tak, to ta­kie pro­ste! Myśl ta nę­ci­ła te­raz jego nie­spo­koj­ną gło­wę. Upo­kórz się! Po­wiedz, że twój umysł był chwi­lo­wo przy­ćmio­ny, a zno­wu bę­dziesz wol­ny! To ta­kie ła­twe, tak śmiesz­nie ła­twe, tak nie­wia­ry­god­nie ła­twe!

Ale czy przez ta­kie PO­PRA­WIE­NIE SIĘ nie żył­by do koń­ca ży­cia w hań­bie? Czy był­by na­dal tym sa­mym Ro­lan­dem? Nie! Okła­my­wał sa­me­go sie­bie. Nic już nie bę­dzie ta­kie jak przed­tem. Jego bunt był jak czar­na pla­ma na czy­stej kart­ce pa­pie­ru! Ni­g­dy nie bę­dzie jej w sta­nie usu­nąć. A na­wet gdy­by uda­ło mu się ją ja­koś ze­trzeć, każ­dy by się na­dal śmiał i py­tał: „Gdzie jest ta brzyd­ka pla­ma, któ­rą wi­dzie­li­śmy tu­taj? Czy nie usu­ną­łeś jej?”

Nie ma spo­so­bu na wy­ma­za­nie mo­jej winy, za­koń­czył zre­zy­gno­wa­ny. Ona jest jak kro­pla kwa­su, któ­ry pada na nowy, lśnią­cy stół. Sam kwas wpraw­dzie może być usu­nię­ty, ale wy­pa­lo­ne miej­sce po­zo­sta­je na za­wsze! I żad­ne skro­ba­nie ani dra­pa­nie nie usu­nie go, po­nie­waż się­ga zbyt głę­bo­ko. Na­wet, gdy­by ktoś za­ha­ro­wał się na śmierć, ście­ra­jąc po­ło­wę bla­tu, pla­ma na­dal po­zo­sta­nie w świa­do­mo­ści ro­bot­ni­ka i tych, któ­rzy ją wi­dzie­li! Czyż ktoś z nich nie po­wie, pi­jąc przy wy­tar­tym sto­le: gdzie jest ta pla­ma, któ­rą że­śmy tu­taj wi­dzie­li? Czy nie usu­ną­łeś jej?

ODSŁONA 4.

Po­sła­niec w spi­cza­stym heł­mie i srebr­nej kol­czu­dze prze­mknął na ko­niu przez ka­mien­ny most, wzbi­ja­jąc za sobą tu­ma­ny ku­rzu. Wje­chał na duży dzie­dzi­niec. Gro­mad­ka wy­stra­szo­nych kur i in­ne­go dro­biu roz­pierz­chła się z gda­czą­cym ja­zgo­tem spod dud­nią­cych ko­pyt. Za­trzy­mał par­ska­ją­ce­go ru­ma­ka, ze­sko­czył zeń i ro­zej­rzał się do­oko­ła.

Kil­ka kro­ków da­lej znaj­do­wa­ła się duża ja­błoń. Przy­wią­zał wierz­chow­ca do drze­wa. Noz­drza goń­ca wy­dę­ły się i za­czerp­nął haust orzeź­wia­ją­ce­go po­wie­trza. A było ono prze­sy­co­ne wio­sen­ny­mi za­pa­cha­mi kwit­ną­cych drzew. Bzy­cze­nie psz­czół draż­li­wie dzwo­ni­ło mu w uszach. Ob­ró­cił się na pię­cie, żeby obej­rzeć po­sia­dłość.

Po pra­wej stro­nie, z wy­so­kiej po ko­la­na tra­wy, wy­ra­sta­ła dłu­ga sto­do­ła z bocz­ny­mi za­bu­do­wa­nia­mi. Kil­ku chło­pów tru­dzi­ło się w po­bli­żu, za­ła­do­wu­jąc na drew­nia­ny wóz po­ły­sku­ją­cą w słoń­cu sło­mę. Do sto­do­ły przy­le­ga­ły otwar­te staj­nie, z któ­rych do­cho­dzi­ły przy­tłu­mio­ne od­gło­sy rże­nia i par­ska­nia koni. Da­lej była za­da­szo­na kuź­nia. Tęgi ko­wal pra­co­wał wła­śnie nad pod­ko­wą, ude­rza­jąc za­wzię­cie mło­tem, przez co wy­peł­niał po­wie­trze po­to­ka­mi iskier i brzę­kiem ku­te­go że­la­za. Przy­bysz obej­rzał się.

Za sobą zo­ba­czył po­ły­sku­ją­cą sre­brem wstę­gę od­le­głe­go stru­mie­nia. Po­tok szedł za­ko­lem, szem­rząc ci­cho pod ka­mien­nym mo­stem, przez któ­ry męż­czy­zna wła­śnie prze­je­chał. Garst­ka chla­pią­cych się w wo­dzie dzie­ci ro­bi­ła dużo ha­ła­su.

[…]

Pozostało jeszcze 90% zawartości tej książki.

Olśnie­nie

isbn: 978-83-8423-482-2

© Adam Gro­egel i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Ma­ria Bick­mann-Dę­biń­ska

ko­rek­ta: MAQ PRO­JECTS

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.