Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
26 osób interesuje się tą książką
Pierwsza część cyklu „Królestwo śmierci”
Kiedyś pomogłam ocalić królestwo. Teraz jestem w więzieniu z cierni i koszmarów.
Moja zbrodnia? Znajomość miejsca ukrycia potęgi, która mogłaby zmienić świat. A ja przysięgłam bronić go za wszelką cenę. Ten sekret to jedyna rzecz, która trzyma mnie przy życiu.
Nagle pojawia się on. Piękny. Bezlitosny. Mroczne, nieprzeniknione oczy. Niebezpiecznie łobuzerski uśmiech. Nie przybył po to, by mnie ratować. Chce zdobyć sekret dla siebie – i zniszczy każdego, kto stanie mu na drodze.
Nie mam wyboru: muszę zawiązać kruchy, tymczasowy sojusz z mężczyzną, któremu nigdy nie będę mogła zaufać. Ponieważ stawką jest coś więcej niż tylko skradziona księga czy dawne urazy. A za jego maską swobodnego uroku kryje się coś znacznie groźniejszego niż żądza władzy.
Coś, co może zniszczyć nas wszystkich.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 393
Data ważności licencji: 7/17/2031
Tytuł oryginału: This Vicious Dream
Projekt okładki: Story Wrappers
Ilustracje: Champagne Book Design
Mapa: Sarah Waites of The Illustrated Page Design
Redaktor inicjujący: Arkadiusz Nakoniecznik
Redaktorka prowadząca: Agata Then
Redakcja: Beata Kozieł-Kulesza (Lingventa)
Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Barbara Milanowska, Aleksandra Zok-Smoła (Lingventa)
© 2025 by Bingeable Books LLC. All rights reserved.
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
© for the Polish translation by Magdalena Kowalczuk
ISBN 978-83-287-4155-3
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Dla kobiet, które samotnie zmierzyły się z chłodem i mrokiem – I same stały się ogniem, którego potrzebowały. Płońcie.
Mało co na tym świecie irytuje mnie tak, jak deszcz.
Na szczycie listy znajduje się uciekanie przed wrogami.
Natomiast uciekanie przed wrogami w deszczu? Nie do przyjęcia.
Krople rozbryzgują mi się na twarzy, przechylam głowę na bok i mrużę oczy, usiłując dojrzeć cokolwiek w tej ulewie.
Tam.
W oddali majaczy statek: ogromny i ciemny sunie po falach, jakby sam był częścią burzy.
Moje uszy wypełniają skrzypienie drewna i łomot targanych wichurą żagli naszego okrętu – również pokonującego kotłującą się toń – i prawie zagłuszają wrzaski zdjętej trwogą załogi.
Prawie.
Daharak zmierza w moją stronę, jej krok jest pewny, nawet teraz, kiedy statek miota się po falach.
– Wiesz, że to nie jest najlepszy pomysł. Powinnaś zejść pod pokład.
I zostawić resztę, by beze mnie walczyła o przeżycie? Spoglądam na nią hardo.
– Wiesz też, że to nie w moim stylu.
To nie kwestia odwagi. A pewien osobliwy rodzaj tchórzostwa. Nie dam się porzucić, nawet za cenę śmierci.
Moje pragnienie przestrzeni i poznania świata plami hipokryzja. Jakbym mówiła:
Zostawcie mnie, ale bądźcie pod ręką, na wypadek gdybym was potrzebowała.
Daharak zaciska szczęki, ale nie wykłóca się, jedynie odwraca i odchodzi. Jak na tak niską osobę porusza się wyjątkowo długim krokiem. Choć niewysoka i drobna, nikt nie miałby wątpliwości co do jej pozycji.
To ona tu dowodzi.
Zaledwie kilka miesięcy temu, gdy walczyliśmy nie tylko o życie, ale też o wolność całego kontynentu, straciła dwa statki wraz z ludźmi. Strata statków wywołała, rzecz jasna, niemały gniew. Strata ludzi zabolała tak dotkliwie, że Daharak do dziś się nie pozbierała.
Okręt nieprzyjaciela zbliża się nieprzerwanie, w końcu są na tyle blisko, że widzę twarze wrogów. Na naszym pokładzie piraci biegną po broń, wołają między sobą, szykując się do walki.
Boli mnie żuchwa, zmuszam się do rozwarcia szczęki. Przeciwnik nie krzyczy, nie ostrzega. Nie pali się do armat. Wszak nie może ryzykować, że mnie zabije.
To nie napaść, a polowanie.
Nasz statek wystrzeliwuje salwę armatnią, czym wprawia pokład w drżenie. Powietrze wokół okrętu nieprzyjaciela zdaje się świecić, a kiedy dym się rozwiewa, statek jest jeszcze bliżej. Na kadłubie nie ma ani jednej rysy.
Magiczna osłona.
Jeszcze kilka tygodni temu nasza amunicja by się przez nią przebiła, ale ostatnimi czasy wróg ścigał nas z bezwzględnym uporem, nie mieliśmy szans uzupełnić zapasów – zarówno broni, jak i pożywienia.
Słabe światło przecina błyskawica, ukazując blade oblicza załogi. Piraci mnie znają. Mimo moich usilnych starań część z nich nawet mnie lubi.
I jeśli zaraz czegoś nie zrobię – umrą za mnie.
Huk gromu jest tak głośny, że wstrząsa wszystkimi kośćmi w moim ciele. Nawet Daharak nie ryzykowałaby walki podczas takiego sztormu. Ale nie mieliśmy wyboru.
Statek nadal się zbliża. Ludzie królowej Vicany są okrutni i świetnie wyszkoleni. A najgorszy z nich jest Kyldare – prawa ręka i Sprawiedliwość Jej Mości (cudownie ironiczny tytuł).
Sprawiedliwość to dla Vicany obcy koncept.
Kyldare stoi przy rumplu, nasze spojrzenia spotykają się na krótką chwilę. Na jego twarzy maluje się wyraźnie ekscytacja wywołana polowaniem. Statki płyną bok w bok i kadłub jego okrętu skrobie o nasz z przeraźliwym zgrzytem.
Przetacza się przeze mnie zimna furia. Coś w moim wnętrzu – coś, co udało mi się ukrywać przez dłuższy czas – otwiera ślepie i mruczy z zadowoleniem.
Serce łomocze mi w piersi, nagły lęk stawia zaporę pomiędzy mną a… tym czymś.
Sięgam niezgrabnie do barierki i zaciskam dłonie na gładkim drewnie.
Nie korzystam ze swojej mocy. Na niewiele by się to zdało, kiedy są tak pieczołowicie osłonięci.
Kotwiczki spadają na pokład i nasza załoga natychmiast odcina ich liny, zarówno mieczami, jak i mocą.
Pluski w oddali świadczą o tym, że części udało się zareagować w porę. Jednak Kyldare ma ze sobą dość żołnierzy. Kołyszą się w powietrzu, opadają na nas niczym pająki na pajęczynie. Ciężkie buty uderzają o pokład.
Woda bryzga, kolejne ciała wpadają w toń. Ale to nie wystarcza. Kotwiczka zahacza się o reling zaledwie kilka kroków ode mnie. Wyciągam miecz i przecinam przymocowaną do niej linę.
Żadnego odgłosu. To był test.
Kolejne trzy kotwiczki.
Przecinam dwie liny. Jeden plusk.
Buty na deskach.
Przywołane przeze mnie płomienie ruszają z rykiem na napastnika, wiatr porywa jego krzyki.
Spłonięcie to okropna śmierć. Więc gdy moje płomienie połykają mężczyznę w całości, wyrzucam go za burtę.
– Nie ma za co.
Deszcz przechodzi w bezlitosną nawałnicę. Gdzieś tam słychać gromy, wiatr szarpie żagle, napinając olinowanie do granic możliwości. Lodowate kropelki kłują skórę i moczą ubranie. Oddycham z trudem, zimne powietrze miesza się z żarem, który buzuje głęboko w moim wnętrzu, domagając się uwolnienia.
Kyldare nie mógłby wybrać lepszego momentu na atak. Moc szaleje w mojej piersi niczym uwięzione zwierzę. Wypuszczam ją, kiedy następny żołnierz przeskakuje przez reling. Jednak przesiąknięte wodą powietrze dławi przyzywane płomienie.
Dla kolejnego śmiałka, który się na mnie rzuca, moja moc stanowi zaledwie drobną niedogodność, ale mimo to zatrzymuję go w miejscu – mężczyzna tańczy dziko, unikając płomieni liżących stopy.
Krótka chwila nieuwagi wystarczy.
Biorę zamach i tnę go w kark. Jego głowa turla się po pokładzie.
Powstrzymuję odruch wymiotny.
Znów dudnienie buciorów. Mój miecz przeszywa kolejne ciała. Jednemu z żołnierzy udaje się rozciąć moje ramię, na tyle głęboko, że syczę z bólu.
– Ma być żywa! – rozlega się wrzask i żołnierz się wzdryga.
Zanurzam miecz w jego trzewiach.
Dzięki za pomoc, Kyldare.
Wykorzystuję okazję, by zbiec po schodkach na główną część statku. Od razu rzuca się na mnie inny żołnierz z uniesionym mieczem i pada martwy na deski, nie zrobiwszy nawet trzech kroków.
Lonn kiwa do mnie głową, wyciąga broń z pleców tamtego, okręca się i wraca w wir walki. Kątem oka dostrzegam Daharak, zaledwie kilka kroków dalej. Walczy jak opętana; jej ostrze to smuga, piratka sunie pewnie przez śliski pokład.
Czyjaś dłoń chwyta mnie za ramię. Odwracam się w stronę, z której nadchodzi, i wbijam miecz w udo żołnierza.
Mężczyzna klnie i zatacza się do tyłu. Zaciskam dłonie na rękojeści miecza. Kiedy go wyciągam, tryska krew. Trafiłam w tętnicę.
Żołnierz nie żyje. Zdążył się zorientować, że umiera, widać to na jego twarzy. Odsuwam się.
Stalowe ostrza zgrzytają o siebie. Wycie wiatru miesza się z krzykami umierających, stukotem metalu i grzmotami. Deszcz bezlitośnie smaga nasze ciała.
Statek kołysze się pod moimi stopami, potykam się i trafiam na kolejny miecz. Kyldare nakazał swoim ludziom pojmać mnie żywcem, ale żołnierza przede mną ogarnęła niepohamowana żądza mordu, twarz ma wykrzywioną, zęby obnażone.
Tracę równowagę i w akcie desperacji uwalniam falę mocy. Ciepło rozchodzi się wokół, odganiając deszcz, ale brak mu siły przebicia – to jak rozpalać przemokniętą hubkę. Zgrzytam zębami, wysilam się mocniej, płomienie wiją się w stronę napastnika. Z jego ust płyną przekleństwa. I również atakuje mnie mocą.
Niewidzialny podmuch uderza mnie w bok głowy.
Nie jestem pewna, co to za moc, ale jest niezwykle skuteczna. Nogi się pode mną uginają, kolana uderzają o pokład.
Zaciskając szczęki, omiatam się ogniem, dopóki nie wstaję ponownie na równe nogi.
Kolejny cios, tym razem po drugiej stronie czaszki.
Nie mogę walczyć z czymś, czego nie widzę.
Ogarnia mnie furia, mojej mocy to wystarcza; woda wypełniająca powietrze wokół nas nagle przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Mrugam kilka razy i celuję w żołnierza.
Jego krzyki to muzyka dla moich uszu.
Głowa pulsuje mi jak otwarta rana, gdy kolejny żołnierz rzuca się na mnie, warcząc wściekle.
Moje ramię ugina się z bólu pod ciężarem miecza, ale zamachuję się raz po raz, choć krople deszczu przesłaniają mi wzrok. Gdy to możliwe, pomagam sobie mocą, ale w tej ulewie jest prawie bezużyteczna.
Kiedy statek znów się przechyla, a ciała – żywe i martwe – ślizgają się na prawo, ryzykuję i rozglądam się, żeby policzyć ocalałych. Błyskawica na ułamek sekundy rozświetla obraz rzezi.
Przegrywamy.
Nie. Po tylu miesiącach, kiedy Kyldare i jego ludzie zawsze byli o krok za nami… to niemożliwe.
Ale taka jest prawda.
I boleśnie ciąży w trzewiach.
Kyldare idealnie wybrał moment. Za dwa dni dotarlibyśmy na ląd, gdzie mieliśmy odnowić zaopatrzenie. Załoga mogłaby odpocząć, nacieszyć się świeżym jadłem i odespać znój podróży.
Powietrze przecina krzyk. Po mojej lewej widzę Carixa padającego na pokład w kałuży krwi. Oddech więźnie mi w gardle.
To nie jest zwykła walka. Ale powolna, nieunikniona masakra ludzi, których jedyna przewina polega na tym, że mnie przyjęli. Ludzi, którzy pomagali mi, drocząc się delikatnie, gdy po wojnie budziłam się w nocy z krzykiem. Ludzi, którzy każdego ranka upierali się na wspólne treningi, żebym nie wyszła z wprawy.
O bogowie, jakże bym chciała, żeby Prisca tu była. Z jej mocą wszystko wyglądałoby inaczej.
– Madinia Farrow. – Czyjś głos wybrzmiewa ponad bitewną wrzawą i obracam się na pięcie.
Za mną stoi Kyldare, wygląda na rozbawionego i pewnego siebie. Dźwięki walki na moment cichną, jakbyśmy znaleźli się w bańce.
– Możesz to powstrzymać.
– Ani mi się waż! – przekrzykuje zgiełk Daharak.
Zimne, niebieskie oczy patrzą ponad moim ramieniem. Kyldare wykrzywia wargi i ciężki supeł strachu skręca mi żołądek.
Nagle wrzask przeszywa moje uszy. Głos jest młody i przerażony. To córka kucharza, Carosa. Dziewczynka mająca zaledwie osiem zim. Jeden z ludzi Kyldare’a złapał ją w pasie i przykłada jej ostrze do gardła.
– Ty chory draniu.
Mięsień w szczęce Kyldare’a drga. Macha ręką i żołnierz ciągnie Carosę do nas. Z oddali docierają do mnie błagalne krzyki jej matki.
Obie miały być bezpieczne pod pokładem.
– Ułatwię ci decyzję – stwierdza Kyldare. – Twoje życie za jej.
Odrywam spojrzenie od jego twarzy, spoglądam w okrągłe, szare oczy. Dolna warga Carosy drży, dziewczynka uspokaja ją, próbując zdobyć się na odwagę.
Wracam wzrokiem do Kyldare’a.
– Zgoda.
– Madinia! – ryczy Daharak.
– Rozkaż swoim żołnierzom odejść – kontynuuję.
W oczach Kyldare’a pojawia się błysk triumfu, ale naraz mruży je podejrzliwie – prawdopodobnie przez moją uległość.
– Jeden fałszywy ruch, a młoda zginie. Jej matka również. Wszyscy na tym statku.
Zwężam oczy w szparki i przyglądam mu się od stóp obutych w lśniące buty do głów. Opanowałam to spojrzenie do mistrzostwa w czasie dorastania na królewskim dworze. Pod jego wpływem wszyscy czują się malutcy. Upokorzeni.
Kyldare nie stanowi wyjątku. Czerwieni się.
– Albo zaraz stąd znikną, albo nigdzie nie idę.
– Nie masz wyboru. – Uśmiecha się z przekąsem.
Kiedy zerka na żołnierza trzymającego Carosę, wiem już, co zamierza.
Mężczyźni są tak przewidywalni. A kiedy ci źli zostają zawstydzeni, mają w zwyczaju wyżywać się na innych. Nie potrafią się temu oprzeć.
Carosa krzyczy. Wie, co nadchodzi.
Unoszę ostrze, przykładam je sobie do gardła. Kyldare nieruchomieje z uniesioną dłonią.
Nikt się nie porusza.
– Nie zrobiłabyś tego – syczy.
– Nie uratowałabym się od twojego towarzystwa? – Prycham. – Najłatwiejsza decyzja w moim życiu.
Postępuje krok naprzód i przysuwa broń do tętnicy z boku mojej szyi.
Istnieją gorsze sposoby na śmierć. Zresztą wolałabym umrzeć, niż dać jego owładniętej żądzą władzy królowej…
– Dobra. – W jego oczach płonie pragnienie zemsty, ale tym razem kiwa żołnierzowi głową. Obrzydliwiec puszcza Carosę, która biegnie przez pokład i wspina się na najbliższą linę, wysoko ponad naszymi głowami.
Sprytna dziewczyna.
Powoli, jeden po drugim, żołnierze Kyldare’a opuszczają okręt Daharak.
Piratka podchodzi do mnie z pobladłą z trwogi twarzą.
– Jeśli z nim pójdziesz, wszystko na marne. Wszyscy zginęli bezsensowną śmiercią.
Ledwie powstrzymuję wzdrygnięcie. Daharak za dobrze mnie zna. Doskonale wie, gdzie jest mój czuły punkt.
Niebo przecina błyskawica, po niej rozlega się grzmot.
– Musisz mi zaufać – mówię.
Kręci głową i chwyta mnie za rękę. Gdy ściska moją dłoń, gula w gardle ustępuje pulsującemu bólowi. Powinnam była wiedzieć. Chwile szczęścia, które z nimi dzieliłam, były zbyt piękne, by mogły trwać dłużej.
– Opiekuj się nimi – szepczę.
– Nie pozwól im się złamać – odpowiada równie cicho. – Znajdę cię. Jakimś cudem cię znajdę.
Ostatni żołnierz schodzi ze statku i naszym oczom ukazuje się pełnia zniszczeń. Nie zaprzątają sobie głowy ciałami poległych towarzyszy. Obserwuję, jak piraci zaczynają wyrzucać je za burtę.
Rekiny czeka dziś prawdziwa uczta.
– A więc? – Kyldare podaje mi rękę.
Ignoruję go, wymijam i ruszam w stronę jego statku. Morze uspokoiło się na tyle, że załoga przerzuciła trap pomiędzy okrętami. Wdrapuję się na śliskie deski.
Nie jestem pewna, czy wystarczy mi odwagi, żeby rzucić się na niebyłą łaskę rekinów.
Kyldare zaciska palce na moim łokciu, idzie zaraz za mną.
– Nie chciałbym, żebyś spadła.
Ponownie nie zaszczycam go żadną reakcją, nie chcę też patrzeć za siebie na ludzi, których zostawiam. Znam Daharak, przyjdzie po mnie. Nie tylko przez wzgląd na naszą przyjaźń, ale ponieważ wie, co się wydarzy, jeśli grymuar dostanie się w niepowołane łapska.
Po drugiej stronie żołnierz chwyta mnie za ramię, jego dłoń zaciska się tuż obok głębokiej szramy na bicepsie. Z trudem powstrzymuję grymas bólu.
– A zatem… – mruczy Kyldare, opadając na pokład za mną. Łapie mnie za brodę. Jego chwyt jest na tyle mocny, że zdradzieckie łzy wzbierają mi w kącikach oczu.
– Gdzie on jest? Wiem już, że nie było go na statku. Gdzieś go schowała?
Uśmiecham się do niego złośliwie.
– Och, w takim razie zdaje się, że gdzieś go zapodziałam.
Kyldare robi zamach i nagle wszystko spowija czerń.
Trzy lata później
Gdy wieje wiatr, wieża zaczyna trzeszczeć.
Słyszę wszystko. Gałęzie drzew stukające o mury. Wycie omiatającego ją wiatru. Pohukiwanie sowy w oddali.
Jednak najgłośniejsze są nieustające szepty tego czegoś, o czym nie pozwalam sobie myśleć – jego nawoływania, nakazujące mi to odnaleźć.
Z wysiłkiem próbuję choćby poruszyć palcem, powieką. Ale to na nic. Moje ciało pozostaje nieruchome, oczy zamknięte. Jestem uwięziona.
W mojej piersi wzbiera panika, ale po tylu latach udaje mi się ją bezlitośnie stłumić. Przekuwam ją w zimną furię.
Jeszcze nie czas.
Jeszcze nie. Ale blisko.
Ktoś ośmiela się naruszyć przestrzeń mojej wieży. Mojego więzienia.
Nie ten, na kogo czekałam. Ktoś inny.
Sięgam po pożyczoną moc, pozwalam, by jej wici wysunęły się z ciała i popłynęły w dół, głęboko, przez kamień i stal, do mokrej trawy poniżej.
Nakazuję im sunąć dalej, aż wślizgują się w gąszcz cierni otaczających wieżę.
Kiedyś był to ogród różany. Zanim inni uznali mnie za zwierzynę.
Przepełnia mnie wściekłość, moc pozwala mi dostrzec wewnętrznym okiem tego, który się zbliża. To człowiek. Wymachuje toporem, przedziera się przez gałęzie. Gdybym mogła zwinąć się z bólu, zrobiłabym to.
Po tylu latach związania z cierniami czuję się, jakby rozorał moją własną skórę i kości.
Nie muszę nawet zgadywać, czego chce. Nie jest żołnierzem, to nie człowiek Kyldare’a. Ale lina przewieszona przez ramię, topór i wymyślny sztylet u pasa nie pozostawiają wątpliwości.
Wieść o mnie poniosła się daleko i szeroko. A mężczyźni zawsze będą krzywdzić kobiety, których nie mogą kontrolować.
Przez dłuższą chwilę rozważam, czy nie pozwolić mu, by zrealizował swój plan.
Wtedy przynajmniej… to wszystko by się skończyło.
Ale nie. Nie mogę. Z różnych powodów. Co prawda nie potrafię ich teraz przywołać, ale zdają się słuszne i tego postanawiam się trzymać.
Mężczyzna nie dostrzega pnącza, które zbliża się do niego niczym żmija. Nadal przerąbuje się przez mój ogród.
Jedno zwinne cięcie i kolce rozdzierają mu gardło.
Intruz rozdziawia usta i łapie się za szyję, usiłując zatamować krwawienie. Ale moje ciernie są ostre jak brzytwy.
Jego krew karmi moje dzieło, ciernie rosną w siłę, gałęzie unoszą jego ciało wysoko, by dołączyło do pozostałych.
Sześćdziesięciu mężczyzn i cztery kobiety – wszyscy spróbowali tu swojego szczęścia. Czasem zastanawiam się, skąd ta dysproporcja. Lubię myśleć, że to dlatego, iż kobiety rzadziej podnoszą ręce na inne kobiety, zwłaszcza bezbronne i w potrzasku. Ale być może zanadto idealizuję własną płeć.
Świat zapada się w sobie, barwy się rozmywają, ciemnieją, pozwalam, by umysł zabrał mnie stąd gdzieś daleko. W inne miejsce, gdzie nie jestem uwięziona. Gdzie mam cel. Życie.
Twarze już się zatarły. A mój umysł uzupełnia luki własnymi wyobrażeniami. Widzę kobietę z klepsydrą na szyi. Przyjaciel czy wróg? Nie mam pojęcia. Ale odwraca się do mnie, a w jej oczach czai się coś jakby rozczarowanie.
„Miałaś go chronić”.
Szarpię niewidzialne więzy.
„Chronię” – pragnę jej odpowiedzieć. To ze względu na tych bezimiennych, pozbawionych twarzy ludzi z mojej przeszłości poddałam się torturom, które ciągną się latami.
Jakaś niewielka, wrażliwa część mojej istoty była przekonana, że mnie odszukają.
Co dziwne, właśnie ta myśl boli najbardziej. Przez nią wpadam w mrok, aż w końcu mój umysł znów się przejaśnia – minęło kilka godzin, a może dni.
Jestem zupełnie sama.
Ludzie to osobliwe stworzenia.
Nie jestem pewien, czy moja fascynacja nie zrodziła się przypadkiem z faktu, że przez stulecia widziałem wiele ludzkich zachowań niemających żadnego racjonalnego wytłumaczenia.
Choć możliwe, że przyczyną jest to, że sam nie jestem człowiekiem. Natomiast fascynacja sobą nawzajem wydaje się wyjątkowo ludzką cechą.
Jadę przez miasto, tak naprawdę nie rejestrując ani kawałka. Po latach spędzonych na przeczesywaniu królestwa każda kolejna ludzka osada wygląda jak poprzednia.
A to właśnie to królestwo muszę przeszukać. Tyle wiem, choć wiem niewiele.
Mój koń stąpa ciężko po gruntowej drodze, nie zważając na głębokie koleiny wyżłobione przez tysiące powozów.
Tutejsi ludzie chodzą ubrani w połatane łachmany niewiele różniące się od szmat. Ale policzki mają okrągłe, ramiona silne i umięśnione. Zdrowie zawdzięczają najpewniej lasom, które rozciągają się ledwie kilka kilometrów od miasta, i zwierzynie, na którą tam polują.
Przed koniem przebiega dziecko. Lis przystaje, obniża łeb i wydmuchuje powietrze przez chrapy. Pojawia się ojciec dziecka, chwyta malca w ramiona i bąka przeprosiny, choć maluch śmieje się i wymachuje nogami.
Szturcham Lisa, by szedł dalej.
Nigdy nie myślałem o własnym dzieciństwie. Na powierzchnię nie wychodzą żadne wspomnienia, w snach nigdy nie wracam do czasów młodości.
Przebudziłem się całe wieki temu, nagi i sam, porzucony w lesie na obcym kontynencie zamieszkałym przez ludzi w różnym stopniu władających magią.
Powinienembyć jak pusta kartka, jak świeży kawałek gliny. Tymczasem obudziłem się przepełniony głębokim, bezwzględnym gniewem.
Nie wiedziałem za wiele, ale doskwierała mi świadomość, że czegoś mi brakuje. Czegoś tak ważnego, że fala żalu stanęła naprzeciw mojej furii. Ktoś coś mi odebrał. Coś, czego rozpaczliwie potrzebowałem.
Ktokolwiek zgotował mi ten los – bardzo tego pożałuje.
Minęły stulecia, a ja nadal szukam zemsty.
Zatrzymuję się przy bezimiennej gospodzie. Stajenni podchodzą, by odprowadzić Lisa. Koń kłapie zębami na jednego z nich, zaledwie kilka centymetrów od twarzy chłopca.
Wzdycham i staję między nimi. Spoglądam na Lisa.
– Obu nam przyda się strawa i odpoczynek. Bądź grzeczny i nie zabij nikogo.
Chłopcy stajenni bledną. Lis parska, ale w końcu pozwala im się zbliżyć i rusza ciężko do stajni. Jeden z nich podchodzi nieco za blisko zadu zwierzęcia; Lis cały się napina i unosi nogę. Ostra podkowa lśni.
Odchrząkuję. Lis odstawia nogę.
Kręcę głową i wchodzę do gospody. Płacę karczmarce za posiłek, a gdy zmuszam się do przełknięcia ledwie ciepłej potrawki pełnej twardego, żylastego mięsa, mój humor jeszcze się pogarsza. Wchodzę na górę do najlepszego pokoju, jaki to miasto ma do zaoferowania, i przyglądam się pokrytym kurzem podłogom oraz przetartej pościeli.
Moje życie nie powinno tak wyglądać. Przekonanie to przenika mnie do głębi. Nie powinno mnie tu być. Jestem…
Brakujące wspomnienia łaskoczą mózg. Są jak słowo na końcu języka, którego nie sposób znaleźć.
Wykonuję wieczorną toaletę i kładę się na łóżku, przeklinam materac, pościel i własną bezużyteczną głowę…
– Naprawdę wolisz spać tutaj, a nie w lesie?
Wzdycham. Przerzucam sobie rękę przez twarz i zasłaniam oczy. Nie pomaga. Eamonn znów mnie dopadł.
– Muszę powiedzieć, że myślałem, że stać cię na więcej. Gdybyś potrafił wyczuć na tej pościeli to, co ja…
Zginam rękę i otwieram jedno oko. Eamonn siedzi obok w swojej psiej formie – jego ulubionej.
– Jeśli właścicielka pomyśli, że wpuściłem tu psa…
Wydaje z siebie ciche warknięcie, wskakuje na łóżko i przechyla głowę.
– Podrap mnie za uszami. Coś mnie swędzi.
Pokój wypełnia nieprzyjemny zapach jego mokrego futra; ignoruję go i znów zamykam oczy. Z karczmy na dole dochodzi mnie ochrypły śmiech.
Eamonn wpycha włochatą głowę pod moją dłoń. Wzdycham i drapię go za uszami.
– Nie podoba mi się tu – mamrocze.
Przywykłem do tego, że w jakiś niewytłumaczalny sposób jego głos dociera do mnie z wnętrza każdego zwierzęcia, w jakie akurat postanowi się zmienić. Znalazłem go po wojnie Eprotańskiej, kiedy wróciłem na ten kontynent. A może to on znalazł mnie. Z jakiegoś powodu zaangażował się w moje dzieło i od tamtej pory wszędzie za mną łazi.
– Lis potrzebował porządnego odpoczynku.
Prycha.
– Ten koń pewnie cię przeżyje.
Mimo pogardy dla naszego lokum już kilka chwil później smacznie śpi. Ja zaś wiercę się i przewracam z boku na bok i muszę przyznać, że być może miał rację. Może w lesie faktycznie lepiej bym się wyspał. Drzemię, dopóki potrzeba ruchu nie zmusza mnie do wstania.
Gdy wciskam stopy w buty, Eamonn gdzieś znika. Później wróci. Prawdopodobnie w najmniej dogodnym momencie.
Serce wali mi w piersi. Dłonie jakby… drżą. Ogarnia mnie dziwne uczucie. Dziwna świadomość.
Jestem blisko. Bardzo blisko mojego przeznaczenia. Blisko zemsty.
Budzą mnie ostrzegawcze krzyki cierni.
Sięgam do nich pożyczoną mocą. Mocą, której nigdy nie powinnam była dotykać.
Myśl ta zostaje zaraz wyrwana z mojej świadomości, skupiam się na zbliżających się mężczyznach.
Moje serce dudni niczym bęben.
W końcu.
Kyldare siedzi na koniu, niedbale szarpie lejce i unosi jedną rękę, dając pozostałym znak, żeby się zatrzymali. Zaciska usta, widząc cmentarzysko, które przygotowałam specjalnie z myślą o nim.
Sześćdziesiąt cztery ciała owinięte pnączami, ustawione przy wejściu do wieży. Spośród nich wyziera kilka krwistoczerwonych róż.
Czasem wydaje mi się, że te ciernie kierują się własnym pomyślunkiem. Nie widzę innego wyjaśnienia dla powstających tu i ówdzie fantazyjnych wzorów z głów i kończyn.
Witaj, Kyldare. Zostawiłam miejsce specjalnie dla ciebie.
– Suka w jakiś sposób korzysta z jego mocy – bąka żołnierz u boku Kyldare’a. – Jesteś pewien, że go nie ma?
Kyldare odwraca powoli głowę, odrywając wzrok od trupów. Kiedy jego spojrzenie pada na żołnierza, mężczyzna wyraźnie się kurczy.
– Rozebrałem ją do naga i przeszukałem. A potem zostawiłem uwięzioną na trzy lata. Przez pierwsze dwa co miesiąc przyjeżdżałem tu, aby ją przesłuchiwać. A ty nadal uważasz, że udało jej się go przede mną ukryć?
Nie jestem pewna, do czego się odnoszą. Wiem jedynie, że ma to jakiś związek z tą mroczną mocą, którą władam. Mocą, której nigdy nie powinnam była dotykać.
Ale jego słowa naruszają moje wspomnienia. Wnikają głęboko. Przypominam sobie, jak wisiałam w tej okrągłej wieży, skuta łańcuchami, uwieszona u ściany, a jego ludzie przypatrywali mi się lubieżnie.
Może zostawię cię tu na jakiś czas. Dopóki nie zechcesz współpracować. Sparaliżowaną, ale świadomą, gdy będę bezcześcić twoje ciało. Zapłodnię cię, będę patrzeć, jak pęczniejesz i rodzisz moje potomstwo, a ty będziesz mogła tylko wyć bezgłośnie.
Powinnam być mu wdzięczna. To te słowa coś we mnie przełamały. To one pozwoliły mi sięgnąć na oślep po mroczną moc, która wzywała mnie szeptem od lat.
Poczytalność to niewielka cena za moc, która pobudza moje ciernie.
Skręca mnie ze zniecierpliwienia. Czekałam na tę chwilę. Pułapki są gotowe.
Moje kończyny z wysiłkiem sprzeciwiają się mocy wiedźmy, która towarzyszy Kyldare’owi.
Nie. Jeszcze nie. Czekajcie.
Czekanie to najgorsza tortura. Rok wyglądałam powrotu Kyldare’a. Sądząc po jego hardym spojrzeniu, królowa musiała zażądać, by zdobył informacje, których potrzebuje, bez względu na wszystko.
Zbliż się, Kyldare. Pogadajmy.
Żołnierze zsiadają z koni i przywiązują zwierzęta do drzewa przynajmniej sto kroków od mojej wieży.
Zbliżają się powoli. Obecność Kyldare’a jest dla mnie jak trucizna. Powoli przesącza się przez szczeliny w ścianach wieży, ciężka i dusząca. Dalej walczę, by uwolnić bezużyteczne członki.
Tłumię znajomą panikę. Od tak dawna przygotowywałam się na tę chwilę, że wydaje się kolejną senną wizją.
Na razie moje mięśnie nie odpowiadają. Na razie moje ciało jest bezużyteczne, uwięzione w kamieniu, podobnie jak ja jestem uwięziona w moim ciele.
Później uderzę.
Coś jeszcze porusza się na obrzeżach mojej świadomości. Coś mrocznego. Coś, co karmiłam miesiącami bólem i żalem, by rosło jak ciernie wokół wieży.
Kyldare szarpie głową i żołnierze rozdzielają się na dwie grupy. Jedna rusza na tyły wieży, próbuje przejść niezauważona przez wejście dla służby.
Jakbym nie czuła, jak stąpają po moim terenie. Ich buty zanurzają się w ziemi, którą posiadłam. Znam każdą gałązkę krzewów poniżej. Każdy kamień tej wieży należy do mnie.
Ostrożnie pozwalam wypłynąć najdrobniejszej nici pożyczonej mocy.
Jestem boleśnie świadoma jej ograniczeń. Wiem, że jeśli wezmę więcej, stanę się potworem, jakiego nie widziano na tym świecie od wieków.
Może to im się właśnie należy.
Wewnętrznym okiem widzę twarze. Znajome twarze. Twarze, których nie rozpoznaję, ale wiem, że kiedyś coś dla mnie znaczyły. Sięgam do nich, ale już to wystarczy, by pnącza zadrżały.
Początkowo poruszają się powoli, wiją się przy ziemi, gdy żołnierze się zbliżają. Jeden z nich wybucha aroganckim śmiechem, przekonany pewnie, że to wiatr porusza liśćmi. Pozostali wyglądają na wystraszonych. I słusznie.
Pierwsza witka unosi się, ostra i czarna niczym cień, i owija się wokół kostki żołnierza. Mężczyzna przeklina i potyka się, próbując ją z siebie zrzucić.
Kolec wbija się w jego udo.
Rozlega się krótki krzyk, gdy pnącza wciągają go w splątany gąszcz.
Pozostali żołnierze się zatrzymują. Jeden jest na tyle mądry, by cofnąć się o kilka kroków. Kręci przy tym głową.
– Idźcie dalej – warczy starszy żołnierz. – Starcie z tym cholerstwem będzie łaską w porównaniu z tym, co zrobiłby z wami Kyldare.
Głupcy.
Zostawiam żołdaków cierniom. Z roztargnieniem zastanawiam się, czy powinien martwić mnie fakt, iż moje pnącza mają na tyle świadomości, by pragnąć krwi. By atakować tych, którzy uważają mnie za ofiarę.
Jednak po chwili wracam do Kyldare’a. Stoi u stóp wieży z dłońmi na biodrach i niezłomnym spojrzeniem.
Otaczają go czterej żołnierze, wszyscy zastygli w miejscu.
Musiały dotrzeć do nich krzyki towarzyszy.
– Zaniechaj tego, Madinio Farrow – woła. – Tylko pogarszasz swoją sytuację.
Gdybym mogła się uśmiechnąć, zrobiłabym to.
Znów zmierzają w moją stronę. Kolejne krzyki przeszywają nocną ciszę, ale nie zwracam na nie uwagi. Kyldare zaciska usta w cienką linię i przyspiesza.
– Rozpierzchnijcie się – rozkazuje. – Nie chcę żadnych niespodzianek.
Żołnierze drżą. Może nawet mogłabym ich żałować, gdyby nie to, że kilku z nich przytrzymywało mnie, kiedy Kyldare obwiązywał moje nadgarstki łańcuchami. Mógł to zrobić, gdy moje ciało zastygło w bezruchu, ale chciał ponapawać wzrok szarpaniną. Upajał się widokiem tego, jak dociera do mnie, że nikt mnie nie uratuje.
Nie mogę się doczekać, aż zobaczę podobne emocje na jego twarzy.
Moje pnącza suną w stronę żołnierzy, więc powściągam nieco moc. Jeśli wszystko ma pójść zgodnie z planem, Kyldare musi się zbliżyć.
Rzucam okiem na drugą stronę wieży. Kolejny żołnierz krzyczy z bólu, rozrywany przez pnącza. Ten człowiek chwycił mnie kiedyś za pierś i ją wykręcił, a gdy krzyknęłam, śmiał się obrzydliwie.
Jego krew karmi rośliny. Karmi mroczną moc. Karmi mnie.
Pierwszy raz siła paraliżu zaczyna słabnąć – biorę długi, głęboki oddech.
Wypełnia mnie poczucie triumfu i otwieram oczy. Moja pułapka jest gotowa. Kyldare musi jedynie przestąpić próg drzwi u dołu wieży, a obezwładni go ten sam czar, jaki jego wiedźma rzuciła na mnie. Teraz moje tortury staną się jego udziałem.
Żołnierze otaczający Kyldare’a są przerażeni. Pojedynczym ruchem głowy posyła ich w stronę wieży.
Tchórz.
Jeden z mężczyzn zamyka na chwilę oczy, modli się do jakiejś nieznanej mi bogini. Nie był tu wcześniej. Nigdy osobiście nie wyrządził mi krzywdy. Może okażę mu łaskę.
Pozostali ruszają do przodu. Ignoruję instynkt nakazujący mi ich zamordować. Muszą tu wejść, żeby Kyldare poszedł za nimi.
Za wieżą w ziemię wsiąka jeszcze więcej krwi i niewidzialne więzy krępujące moje kończyny znikają. Pierwszy raz od roku siadam prosto.
Moje mięśnie powinny być wiotkie, ale to mogłoby pokrzyżować plany Kyldare’a, dlatego temu zapobiegł. Jestem słaba, zamroczona i czuję się, jakby moje członki były przymocowane do czyjegoś ciała, ale mogę chodzić. Muszę.
Przerzucam jedną nogę przez krawędź łóżka. Potem drugą.
Pierwsza próba stanięcia kończy się upadkiem z powrotem na łóżko. Zamierzam je spalić. Ale jeszcze nie teraz.
Kyldare robi kolejny krok naprzód.
A ja staję.
Chwiejnym krokiem zbliżam się do łańcuchów przy ścianie, unoszę je, moje kolana uginają się pod ich ciężarem.
Żołnierze zaczynają wspinaczkę po schodach. Kyldare odchyla ramiona i podchodzi do drzwi wieży.
Moje serce przyspiesza, plecy się prostują. Już prawie.
Ciernie wyją ostrzegawczo, więc zamykam oczy, skupiam się na ziemi daleko w dole.
Zbliża się jakaś mroczna obecność. Obecność w jakiś sposób znajoma, ale zdecydowanie niemile widziana.
Mężczyzna przywiązuje konia kawałek dalej, za końmi żołnierzy, zerka na nie przelotnie.
Jego wierzchowiec kłapie zębami w kierunku czekających zwierząt, mężczyzna coś do niego szepcze, ale nie potrafię dosłyszeć słów. Kładzie dłonie na biodrach, a ja mimowolnie zwracam uwagę na mięśnie uwidaczniające się pod czarną koszulą oraz szerokie ramiona.
Instynkt aż we mnie huczy. Przybysz jest niebezpieczny.
Gdy zerka na moją trupią kolekcję, ciemna brew wędruje w górę. Nie jestem pewna, czy jego usta drgają w wyrazie przerażenia, czy uznania.
Następnie nieznajomy spogląda na Kyldare’a, który jakby wyczuł na sobie jego wzrok – zatrzymuje się i zerka przez ramię.
Nie. Nie, nie, nie!
– Ani kroku dalej – rzuca Kyldare. – Jesteśmy tu na rozkaz królowej.
Przybysz uśmiecha się, ukazując proste, białe zęby i pojedynczy dołeczek w prawym policzku. Ujmujący uśmiech. Ale nikt nie pomyślałby na jego widok, że wyraża zadowolenie.
– W takim razie to chyba dobrze, że nie służę waszej królowej.
Kyldare odwraca się i rusza w kierunku nieznajomego.
Nie!
Nie w tę stronę!
Moje członki zaczynają drżeć. Jeden z cierni sunie w jego stronę, ale jest powolny, ślamazarny.
Co się ze mną dzieje?
Czuję się, jakby moja kontrola nad mroczną mocą osłabła, mam teraz dostęp jedynie do cieniutkiej strużki. Każdego dnia z mozołem gromadziłam coraz większe pokłady tej mocy. I nagle znów jestem niemal bezbronna.
Żołnierze Kyldare’a biegną po schodach, słyszę ich kroki.
Żółć wzbiera mi w żołądku, całe ciało wpada w drgawki, ogarnia mnie nowa furia. Nie dam się więcej skrzywdzić.
Wściekłość pomaga, rzucam się do działania. Podczas ostatniej „wizyty” jeden z żołnierzy zostawił tu swój płaszcz, robię z niego prowizoryczną torbę, upycham łańcuchy w zakurzony materiał i obwiązuje go sobie wokół ramion. Skoro nie będzie mi dane pokonać Kyldare’a jego własną bronią, przynajmniej zadbam o to, by sam nie wykorzystał jej przeciwko innym.
Drzwi otwierają się z rozmachem, drewno uderza o kamień. Do pomieszczenia wchodzi pierwszy z żołnierzy. Dyszy, dobywając miecza.
Cała wieża drży. Mężczyzna rozgląda się, jego oczy ogromnieją, kiedy dostrzega puste łoże. Ściąga łopatki i rusza na mnie. Nie waham się ani chwili.
Wyskakuję przez okno.
– I po niej! – ryczy jeden z żołnierzy.
Serce podskakuje mi do gardła. Strach skręca mi żołądek, gdy spadam.
Łapią mnie moje ciernie. Wyczuwam… rozpacz, kiedy kolce rozcinają moją skórę, choć starały się, jak mogły, by mnie nie zranić. Gdy odstawiają mnie na ziemię za wieżą, przy ciele jednego z żołnierzy, odpowiadam im wdzięcznością i czułością.
Pochylam się i prawie tracę równowagę. Udaje mi się jednak złapać miecz poległego, zabieram też pochwę i sakiewkę. Dzięki temu dotrę przynajmniej do najbliższego miasta.
Ciernie przecinają powietrze, cofają się i wbijają do wieży. Rozlegają się zduszone okrzyki – żołnierze wylatują przez okna, ponabijani na ciernie grubości ludzkiego ramienia. Jeden krztusi się własną krwią, a drugi wije się w agonii.
Moja moc płynie teraz ledwie wyczuwalną strużyną. Nie rozpoznaję już Kyldare’a i nieznajomego. Ciernie rozstępują się przede mną, tworząc ścieżkę, więc przeciskam się między nimi i okrążam wieżę. Księżyc w pełni zapewnia dość światła, bym zobaczyła Kyldare’a wpatrującego się w ruiny wieży i w swoich martwych żołnierzy. Zaciska usta i rzuca się jak najdalej od wieży, z dala od moich cierni.
O nie.
Przybysz obserwuje, jak Kyldare wsiada na konia. Z westchnieniem odwraca się i spogląda na wieżę. Stąd widzę jego profil – ostre linie, szeroka szczęka i pewne zmysłowe piękno, które bez wątpienia zapewnia mu mrowie kobiet chętnych wskoczyć do jego łoża.
Raz jeszcze wodzi wzrokiem po ciałach.
– Wiem, że tu jesteś – mówi, a ja zamieram. – Ciekawy wybór – woła, wskazując na kolekcję czaszek zawieszonych wysoko w gąszczu. Zatrzymuje wzrok na jednej z róż w towarzystwie długiej kości udowej. – Podoba mi się, jak to zaaranżowałaś.
Z jakiegoś powodu moje policzki zalewa żar.
– Nadal się ukrywasz? – zagaja. – Nie jest to najmilsza postawa ze strony kogoś, kto właśnie został uratowany.
Ciernie rozstępują się tak gwałtownie, że mężczyzna cofa się o krok. Spoglądam w ciemne, nieodgadnione oczy. Coś przemyka przez twarz mężczyzny. Jakby… mnie rozpoznał.
– Uratowany? – syczę. – Uważasz, że mnie uratowałeś?
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji
