Królowa podstępna i mściwa - Stacia Stark - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Królowa podstępna i mściwa ebook i audiobook

Stark Stacia

4,5
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

46 osób interesuje się tą książką

Opis

Czwarta, ostatnia część cyklu „Królestwo kłamstw”.

Ceną miłości jest strata. Prędzej czy później wszyscy w końcu ją płacimy. W każdym życiu.

Niektóre chwile są zbyt bolesne, by dało się je przetrwać. Niektóre chwile cię złamią, jeśli im na to pozwolisz. Ja jednak nie mogę dopuścić do tego, żeby cokolwiek mnie złamało. Ponieważ mamy jedną jedyną szansę, by wygrać tę wojnę. Jedną jedyną szansę, by zapewnić lepsze życie wszystkim w czterech królestwach. Nawet wtedy, kiedy nasi wrogowie jednoczą siły, a nasi sojusznicy są zmuszeni do zdrady swoich królestw, swoich ludów… i samych siebie. I nawet gdy Regner planuje coś tak okrutnego, tak niewyobrażalnie złego, iż wydaje się niemal pewne, że musi zgasnąć ostatnia tląca się iskra nadziei.

Chyba że zabijemy go pierwsi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 583

Data ważności licencji: 1/10/2030

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 56 min

Lektor: Karolina Kalina

Data ważności licencji: 1/10/2030

Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Karolinqa_

Nie oderwiesz się od lektury

Kocham całą tą serię. Polecam każdemu serio haha
00



Tytuł oryginału: A Queen This Fierce and Deadly

Projekt okładki: © Moonpress, www.moonpress.co

Ilustracje: @samaiya.art

Mapa: Sarah Waites of The Illustrated Page Design

Redaktorka prowadząca: Agata Then

Redakcja: Justyna Techmańska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Aleksandra Zok-Smoła, Beata Kozieł-Kulesza (Lingventa)

© 2024 by Bingeable Books LLC. All rights reserved.

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026

© for the Polish translation by Emilia Niedzieska

ISBN 978-83-287-3563-7

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2026

–fragment–

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Cristinie Weiner.

Dla Ciebie wkradłabym się do lochów despotycznego króla.

Życie to w większości bańka mydlana,

Tylko dwie rzeczy są trwałe jak skała:

Życzliwość wobec tych w potrzebie

I odwaga wobec siebie*.

ADAM LINDSAY GORDON

* W przekładzie tłumaczki. ↩

Mapka

Prolog

PRISCA

Regner schylił się i razem z Zathrianem i Eadrikiem podnieśli przedmiot, który starannie ukrywali.

Lustro.

Gdy fale zastygłe milczeniem spoczną…

A odbicie zwiedzie…

Moc Conretha uderzyła w lustro, ale ono zamiast zamarznąć i rozpaść się na milion kawałków, odbiło ją.

Strach eksplodował w moich trzewiach. Przywołałam moc.

Na próżno.

Czas się nie zatrzymał.

Miałam jeszcze moc. Nie wyczerpała się. Mój kuzyn stał koło Regnera z uśmiechem na ustach.

Zneutralizował mnie.

Dlatego tu był. Oszczędzał swoją moc tylko po to.

Podstęp. Regner poświęcił kilku najważniejszych ludzi, aby zyskać pewność, że jego osłony wydadzą się nam bezużyteczne, dzięki czemu Conreth nie będzie mógł się powstrzymać i użyje swojej mocy…

Zabójcza siła zmierzała z powrotem w kierunku naszych statków. Ale zamiast w Conretha, trafiła w nas.

Rzuciłam się w stronę Loriana, chcąc go osłonić, ale moc jego własnego brata trafiła go prosto w pierś.

Lorian spojrzał wtedy na mnie, na jego pięknej twarzy pojawiło się zrozumienie.

Zobaczyłam, jak bezgłośnie wypowiada:

W innym życiu.

Zamieniał się w lód, oczy stawały się puste. Zniknął.

Przez chwilę jeszcze czułam go obok siebie, jego duszę wtuloną we mnie.

Kocham cię.

Lód eksplodował na tysiące kawałków.

Conreth wykrzyknął imię brata.

Wszyscy krzyczeli, chowając się za osłoną.

Dźwięk ucichł.

Nie.

Nie, Lorian nie odszedł.

Obiecał.

Chcę, żebyś poczuła, jak bardzo cię kocham. Zawsze będziemy razem. Ty i ja.

Bez wahania złapałam klepsydrę zawieszoną na szyi. Telean krzyczała.

Nie, Nelayra, nie! To cię zabije!

Zatrzymałam czas jedną myślą. Czułam, że Zathrian próbuje mnie zneutralizować, ale nie mógł już nic zrobić. Zużył całą moc.

Pewnego dnia mi za to zapłaci. I to słono. Bardzo słono.

Napędzała mnie teraz wściekłość. Grzmiała w mojej duszy.

Zamroziłam czas, ale to nie wystarczyło.

Nie, bo nawet gdyby czas zaczął płynąć od nowa, Loriana nadal by nie było.

Głos Telean zdawał się odbijać echem w moim umyśle.

Świat musi pozostać w równowadze.

Nie dbałam o świat.

Ale ostrzeżenia, które otrzymałam, niezmiennie dźwięczały mi w uszach.

Ysara, współczucie migotało w jej oczach.

Ciesz się chwilami spędzonymi z księciem fae. Ale wiedz jedno – nie możesz go zatrzymać.

Widząca królowej, jej głos pozbawiony emocji. Krwiożerczy Książę umrze.

Bogowie zażądali jego śmierci. Dostali to, czego chcieli. Ale sprowadzę go z powrotem.

Nie przyjmowałam do wiadomości, że to niemożliwe. Zabronione. Że jeśli mi się uda, zostanę ukarana za zuchwałość.

Odrzucając głowę do tyłu, krzyknęłam i przyciągnęłam całą moc, co do ostatniej kropelki. Zostało jej tak niewiele, a jednak czerpałam z każdego zakamarka. A gdy już nic nie zostało – sięgnęłam po więcej.

Oszalała z bólu przez ułamek chwili czułam obecność Loriana.

– Puść – wyszeptał. To jedno słowo zawierało tyle miłości, że nagle poczułam, jakby ktoś zmiażdżył mi pierś.

Nie puściłam. Zacisnęłam palce mocniej. I jeszcze bardziej szarpnęłam za nić czasu.

Wyobraziłam sobie, jak dusza Loriana powraca do jego ciała. Wyobraziłam sobie, jak te wszystkie rozbite kawałeczki się scalają.

Klepsydra się rozgrzała, jakby sam pradawny artefakt domagał się, żebym przestała. Przeszywający ból głowy powalił mnie na kolana. Zacisnęłam zęby i cały czas próbowałam. Lorian nie mógł mnie zostawić. Nie…

Krew ciekła mi z nosa, z uszu. Nic nie działało.

Mimo to nie przestawałam.

W każdym życiu, żbiku. Nieważne, co się stanie, pamiętaj. Ty i ja na zawsze razem.

Obnażyłam zęby i z całych sił przeciwstawiłam się bogom i prawom natury.

W każdym życiu, Lorian.

1

PRISCA

Kawałki Loriana zawisły w powietrzu, lodowy posąg niczym rozbita waza zastygł w chwili uderzenia.

Straciłam zbyt wiele bliskich osób w zbyt krótkim czasie. Z nim nie mogłam się pożegnać. Nie zniosłabym tego. Rozpadłabym się na kawałeczki tak małe, jak lodowe odłamki, na które teraz patrzyłam. Ścisnęłam więc klepsydrę tak mocno, aż rozbolała mnie ręka, i starając się ze wszystkich sił, przywoływałam moc.

Krawędzie mojej duszy zaczęły się spopielać, jej drobne fragmenty ulatywały jak pył. Krew spływała mi z oczu niczym łzy. Zamrugałam i skupiłam się na moim partnerze.

W końcu czas cofnął się o sekundę. A potem o kolejną. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Nie mogłam oddychać. Nie mogłam myśleć. Użyłam magii jak liny, aby go do siebie przywiązać.

I nie puszczałam jej.

Nie mogłam go zawieść. Nie wyrażałam na to zgody.

Przez ciało przetoczyła się dziwna, przyprawiająca o zawrót głowy fala. Nagle tuż obok pojawiły się dwie kobiety o rysach niesamowicie podobnych do moich.

Wstrząsnął mną szloch. Kobieta po lewej… Gdyby nie delikatne zmarszczki wokół oczu, można by nas uznać za bliźniaczki.

Kiedyś nienawidziłam Ysary za to, że nie chciała pokazać mi swojej twarzy.

Teraz zrozumiałam, że widzę ją każdego dnia w lustrze.

To była moja matka. Moja prawdziwa matka.

Jakaś część mnie miała nadzieję, że udało jej się wydostać z tamtego domu, kiedy mnie porwano. Że gdzieś jednak żyje. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo byłam naiwna, trzymając się tej nadziei.

Ale zrezygnowanie z niej bolało.

Druga kobieta miała oczy dokładnie tego samego koloru, co ja. Z tym że jej były stare i złowrogie, a uśmiech sugerował, że zna wszystkie tajemnice tego świata – i żadna z nich nie robi na niej wrażenia. To była ta, która potrafiła sprawić, że jej wrogowie zamienili się w niedołężnych starców. Ta, która w ostatnich chwilach życia rzuciła się do ataku i zamieniła stolicę Eprothy w Przeklęte Miasto.

Moja babcia.

Matka wyciągnęła rękę, jakby chciała pogłaskać mnie po policzku. Ale od jej dłoni nie biło ciepło. Nigdy nie było mi dane tego doświadczyć.

– Puść, Nelayra. Nie bez powodu to zakazane – powiedziała miękkim, delikatnym głosem.

– Nie mogę.

Jej oczy wypełniły się takim smutkiem, aż ścisnęło mnie w piersi.

– Kocham go. Przepraszam.

Babcia wykrzywiła usta.

– Niech dziecko samo wybierze swój los. Tak jak my.

Obie były martwe. Czy to było ostrzeżenie? Nadal przywoływałam moc. Babcia roześmiała się, zerkając na moją matkę.

– Takie lekkomyślne lekceważenie prawa. Jakbym patrzyła na siebie w młodości.

Ścisnęło mi się serce. Furia tej kobiety zrównała z ziemią całe miasto. Czy moim przeznaczeniem było siać podobne spustoszenie?

– Proszę, Nelayra – błagała matka. – Jeśli to zrobisz…

Babcia rzuciła jej surowe spojrzenie, po czym przeniosła wzrok na mnie.

– Jeśli nie dołączysz do nas po śmierci, choć jest to bardzo mało prawdopodobne, spotkają cię konsekwencje. Bardzo poważne konsekwencje.

Wiedziałam o tym, jak tylko sięgnęłam po klepsydrę, aby spróbować cofnąć czas. Ale wiedziałam też, że nic mnie nie powstrzyma. Nic.

Pokręciła głową, w jej oczach zamigotała litość.

– Myślisz, że znasz cierpienie. Będziesz musiała zmagać się z konsekwencjami tej decyzji do końca życia.

– Bez niego nie uratuję naszego królestwa. – Bez niego nie potrafiłabym żyć.

Jej spojrzenie zrobiło się jeszcze bardziej surowe.

– Nie próbuj usprawiedliwiać się w taki sposób, dziewczyno. Płynie w tobie moja krew. Królowa, która oddaje moc byle komu. Od własnej wnuczki oczekuję czegoś więcej.

Wstyd ścisnął mnie za gardło i opuściłam głowę. Matka podeszła bliżej, objęła moją twarz i tym razem mogłam niemal poczuć ciepło jej dłoni.

– Kochałam twojego ojca równie mocno. Ja też bym go nie posłuchała. – Zawahała się, jakby chciała coś jeszcze dodać, ale zacisnęła usta. Wyciągnęła rękę, w której trzymała bursztynową kulę światła, w identycznym kolorze, co nasze oczy. Jednym ruchem nadgarstka przycisnęła ją do mojej klatki piersiowej i światło wniknęło we mnie.

Kiedy spojrzała na moją babcię, ta przewróciła oczami.

– Och, już dobrze, niech ci będzie.

Jej bursztynowy ogień zapłonął jeszcze jaśniej.

– Zmień świat, moja droga wnuczko. I ulecz nasze królestwo.

LORIAN

Miałem przedziwne wrażenie, że coś poszło nie tak. W piersi gęstniało uczucie… niepokoju.

Bum!

Odwróciłem się gwałtownie. Przetoczyła się przeze mnie fala ekscytacji, ponieważ bariera opadła, a niektórzy ludzie na łódkach zaczęli jaśnieć i atakowali flotę Regnera, kierując w nią odzyskaną moc.

Wydałem z siebie triumfalny śmiech.

Zapach Priski poczułem, zanim ją zobaczyłem. Spodziewałem się euforii, tymczasem jej twarz była śmiertelnie blada. Rzuciła się do ataku, jak przystało na mojego żbika. Tak ją nazywałem. Jej stopa przesunęła się za moją, próbując podciąć mi nogi.

Coś było nie tak.

Pozwoliłem jej odepchnąć się kilka kroków do tyłu, w głąb pokładu, równocześnie próbując dotknąć jej twarzy.

I wtedy wszystko eksplodowało.

Zdołałem jedynie wyciągnąć ręce w jej stronę, próbowałem ją chwycić…

Ale siła wybuchu porwała ją w powietrze. W oczach miała dziki strach, kiedy rzuciła się w moją stronę.

Obróciłem się, chcąc złapać jej ramię, nogę, cokolwiek. Nie zdążyłem. Poleciała w bok i zniknęła pod lodowatą wodą.

Powietrze przeszyły krzyki, a po chwili zastąpił je przytłumiony szum w uszach.

Choć słona woda zakłócała mi zmysły, płynąłem do Priski.

Gdzie była, gdzie była, gdzie była?

– Prisca! – ryknąłem.

Na powierzchni unosiły się płonące szczątki statku, czarny dym dodatkowo ograniczał widoczność. Zanurkowałem głęboko, mrużąc oczy w spienionej wodzie. Moje serce biło głośno i nierówno, jakby próbowało zgrać się z jej rytmem.

Z sercem Priski.

W głowie wirowało. Płuca płonęły żywym ogniem, kierowałem się czystym instynktem. Każdy cień, każda unosząca się sylwetka przynosiła przypływ nadziei, po którym następował miażdżący ciężar rozczarowania.

W desperacji skupiłem się na tym, że wciąż czułem łączącą nas więź.

Więź, która słabła. Sięgnąłem po moc i za pomocą wiatru spróbowałem odepchnąć szczątki statku.

Nie waż się mnie zostawić, żbiku.

W oddali mignęły jasnoblond włosy, które w morskiej toni jawiły się niczym latarnia morska. Na ten widok zebrałem ostatki sił i ruszyłem do Priski. Tonęła, połykana przez wygłodniałe fale. Twarz miała trupio bladą, oczy zamknięte.

Nie oddychała.

Złapałem ją i przycisnąłem usta do jej warg, wdmuchując w nie odrobinę powietrza, jaka pozostała mi w płucach.

Walcz, Prisca. Proszę.

Odpychając się mocno nogami, płynąłem na powierzchnię, cały czas próbując zmusić ją do oddychania.

Po długich sekundach wyłoniliśmy się z wody i chłodne, życiodajne powietrze uderzyło mnie w twarz. Wziąłem głęboki, pełen desperacji wdech i ponownie złączyłem nasze usta.

– Lorian!

Zerknąłem w kierunku rozgorączkowanego głosu. Na łódce wśród hybryd stała Madinia. Pewnie Galon użył swojej mocy i skierował ją w naszą stronę. Wepchnąłem Priscę na pokład i natychmiast wskoczyłem za nią.

Łódź zakołysała się niebezpiecznie, kilka hybryd krzyknęło.

Madinia przykucnęła przy Prisce i odgarnęła włosy z jej twarzy.

– Musisz zrobić tak, żeby jest serce znowu zaczęło bić. Widziałam raz, jak uzdrowiciel Regnera dokonał czegoś podobnego.

Przycisnąłem dłonie do klatki piersiowej Priski i zacząłem ucis­kać. Jej ciało pozostało bezwładne. Żadnej reakcji.

Byłem cały odrętwiały. Czułem się, jakbym patrzył na cudze ręce, które próbują uratować moją partnerkę. Jakby to ktoś inny pochylił się i wdmuchiwał powietrze do jej płuc.

Na pokładzie zapanowała niesamowita cisza. Nikt nawet nie drgnął.

Uciskałem mocniej, szybciej, ruchy stały się coraz bardziej gorączkowe.

Poczułem pod palcami, jak pęka żebro. Miałem wrażenie, jakby ktoś roztrzaskał moje.

– Nie wiem, co zrobiłaś – wyjąkałem. – Ale nie możesz mnie zostawić. Kurwa, wracaj, albo dołączę do ciebie i zawlekę cię tu z powrotem.

– Ona odeszła – usłyszałem.

Warknąłem. Niebo przecięła błyskawica. Gdzie była moc, kiedy jej potrzebowałem?

– Krwiożerczy Książę próbuje uratować swoją partnerkę – szepnął ktoś inny. – Lepiej cicho sza.

Madinia pochyliła się, sprawdzając puls Priski. Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, pokręciła głową.

Zignorowałem ją i uderzyłem pięścią w klatkę piersiową Priski. Kolejne żebro pękło. O bogowie.

– Proszę. Proszę, żbiku.

Więź między nami zanikała. Czułem ją, choć ledwo. Kurczowo się tego uczepiłem.

Nie tak miało się to skończyć. Nie zamierzałem się z tym pogodzić. Nikt nie mógł ode mnie tego oczekiwać.

Ruch.

Przez jedną straszną chwilę myślałem, że tylko to sobie wyobraziłem.

A potem z ust Priski wylała się woda. Madinia naciskała na moje ręce, próbując ułożyć Priscę na boku. Obróciłem ją ostrożnie, wiedząc, co zrobiłem jej delikatnym kościom.

Woda wylewała się z płuc niekończącym się strumieniem. Wreszcie Prisca przestała kaszleć. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała.

Oddychała.

Ale oczy pozostały zamknięte.

MADINIA

Odległy krzyk mew powtarzał się jak refren. Dźwięk mieszał się z pokrzykiwaniami piratów, którzy wymieniali się uwagami, dokonując drobnych napraw na statku. Ich głosy brzmiały pogodnie, bo dobrze wiedzieli, ile mają szczęścia, że w ogóle żyją.

Na ustach czułam smak soli, włosów w żaden sposób nie dało się okiełznać. Uniosłam twarz ku słońcu, wygrzewając się w jego cieple jak kotka.

Minęły trzy dni, odkąd zniszczyliśmy barierę.

A Prisca wciąż się nie obudziła.

Sam fakt, że oddychała, zakrawał na cud, zważywszy na to, jak bardzo była blada. Leżała nieruchomo jak głaz. Ścisnęło mnie w żołądku na samą myśl o niej, więc powoli wciągnęłam słone powietrze, aby oczyścić umysł.

Daharak dała Lorianowi i Prisce kajutę niedaleko swojej. Lorian nie wyściubiał z niej nosa. Każdy, kto chciał tam zajrzeć, był zmuszony do interakcji z oszalałym Krwiożerczym Księciem. Sam król fae wielokrotnie próbował z nim porozmawiać, za każdym razem bezskutecznie. Mnie raz udało się zerknąć, ale tylko dlatego, że samozwańczy strażnik zasnął z głową na łóżku Priski. Jej twarz przynajmniej odzyskała część utraconego koloru.

Bariera przestała działać. W chwili, gdy to się stało, Regner zdołał w jakiś sposób zatopić statek Priski i Loriana.

Większość piratów zginęła. Telean udało się przeżyć jedynie dzięki temu, że któryś z ocalałych korsarzy cały czas ją trzymał i w ten sposób uratował przed utonięciem.

Tymczasem ciotka Priski chodziła po pokładzie z dziwnym wyrazem twarzy. Jakby czuła, że coś poszło strasznie nie tak, ale nie potrafiła odgadnąć co.

Reszta świętowała. Eryndan nie żył, a Regner został zmuszony do odwrotu, ponieważ ludzie odzyskali moc ze zniszczonej bariery. Z miasta dochodziły pogłoski, że mieszkańcy Eprothy nagle zyskali więcej magii, niż mogliby sobie kiedykolwiek wymarzyć.

W moją stronę zmierzała Daharak. Szła z typowym dla siebie zawadiackim luzem, ale usta miała zaciśnięte.

– Tak myślałam, że cię tu znajdę. Lorian chce cię widzieć.

– Prisca się obudziła?

– Nie.

Ogarnęła mnie panika.

– Powinna się już obudzić. Co mówią uzdrowiciele?

– Że nie ma fizycznych przyczyn, które by jej to uniemożliwiały. Żebra się zrosły, a płuca są zdrowe. Moja uzdrowicielka najpierw upewniła się, czy nie działa na nią jakaś magia. Ceri właśnie sprawdziła ją ponownie i powiedziała, że moc Priski albo się wyczerpała, albo została stłumiona do tego stopnia, że w zasadzie jest tak, jakby już jej nie miała.

Skierowałam wzrok na wodę. Moc, którą władała Ceri, była bardzo rzadko spotykana. Na tyle rzadko, że gdyby nie to, że była piratką, Regner wciągnąłby ją w szeregi swoich asesorów. Na szczęście wykorzystywała swój dar do leczenia.

– Prisca wyczerpała moc podczas bitwy – powiedziałam. – Zresztą jak my wszyscy. Ale to, co się z nią dzieje, nie ma sensu.

Daharak westchnęła.

– Kto wie, co jest normalne dla mocy, jaką włada? Tak czy inaczej w życiu czegoś takiego nie widziałam. – Kiedy skierowałam na nią wzrok, odwróciła się i spojrzała w stronę horyzontu, tam gdzie jeszcze niedawno znajdowała się bariera uniemożliwiająca opuszczenie kontynentu.

– Już planujesz następny ruch – szepnęłam.

– Regner został zmuszony do ucieczki. Jego sojusz z Gromalią przestał istnieć, a przynajmniej dopóki Rekja nie zdecyduje, komu zaufać. Skoro bariera zniknęła, nic mnie już nie ogranicza.

– Chodzi o to, o czym tak usilnie starałaś się nie wspominać od dnia, w którym Prisca uratowała twoje statki?

Królowa piratów była wyjątkowo skryta odnośnie do broni, za którą uganiała się od lat. Teraz, gdy w końcu ją miała, nie mogłam przestać się zastanawiać, kogo planuje nią zaatakować.

Rzuciła mi rozbawione spojrzenie.

– Mam własnych wrogów. A po zniszczeniu bariery jestem wolna.

– Tylko nie zapomnij zabrać mnie ze sobą.

Daharak Rostamir wyglądała na taką, co dotrzymuje słowa. Ale… Nie chciałabym ryzykować utraty szansy na opuszczenie tego kontynentu.

Przyglądała mi się przenikliwym wzrokiem. Zachowałam kamienny wyraz twarzy.

– Nie zmieniłaś zdania.

– Nie. I nie zmienię.

– Rozumiem i szanuję to. Nie zapomnę cię zabrać.

Skinęłam głową, wewnętrzne napięcie zaczęło powoli ustępować. Musiałam zaufać królowej piratów. Nigdy nie przychodziło mi to łatwo, ale skoro fae były skłonne wierzyć jej słowom, to ja chyba też mogłam.

– Pójdę się dowiedzieć, czego chce Lorian.

Kakofonia pokładowych dźwięków zaczęła przycichać, gdy zostawiłam Daharak zapatrzoną rozmarzonym wzrokiem w dal i ruszyłam w stronę kajuty Priski i Loriana. Z każdym krokiem hałas zastępowała niepokojąca, zagęszczająca powietrze cisza. Odgłosy statku stawały się przytłumione, jakby sam świat obawiał się tego, co znajdowało się za drzwiami kajuty.

Spojrzałam na Martha, który właśnie wychodził ze swojej kabiny i przywitał się ze mną kiwnięciem głowy. Jak wielu z nas, zrobił się ponury. Ale u kogoś o tak pogodnym usposobieniu było to szczególnie szokujące i rażące.

– Powodzenia – powiedział.

Zmarszczyłam brwi. Im bliżej kajuty Loriana byłam, tym powietrze bardziej gęstniało i przytłaczało. Niepokój ściskał żołądek, ale jakoś zdołałam się pozbyć nieprzyjemnego uczucia i otworzyłam drzwi.

Odwrócił głowę, na moment nasze spojrzenia się skrzyżowały, jego zielone oczy płonęły, tak że uciekłam od nich wzrokiem.

To nie był Lorian.

To był Krwiożerczy Książę.

Najpotężniejszy fae na całym kontynencie patrzył, jak jego partnerka z dnia na dzień słabnie. Napięcie było aż nadto widoczne, w zbielałych kostkach palców zaciśniętych pięści, w szaleńczym błysku w oczach, który uchwyciłam w tym jednym spojrzeniu, w ostrej, metalicznej woni w powietrzu – jakby zaraz miała uderzyć błyskawica.

– Potrzebujesz chwili, żeby się pozbierać? – zapytałam.

– Uważaj. – Zanucił półgłosem. Najwyraźniej moja próba rozbawienia się nie powiodła.

– Prisca pewnie by…

– Zrobiłaby wiele rzeczy, gdyby była przytomna. Ale nie jest.

Miałam dość kulenia się ze strachu. Wyprostowałam się, uniosłam głowę i z ulgą zobaczyłam, że Lorian znów wpatruje się w Priscę.

– Czego chcesz?

Jego spojrzenie znów przeniosło się na mnie. Aż parzyło. Żołądek się zasupłał. Prisca była nieprzytomna, więc cała nadzieja w Lorianie. Musiał zachować zdrowy rozsądek, inaczej czekał nas marny los.

– Co się z tobą dzieje? – zażądałam odpowiedzi.

Po twarzy przemknął mu cień.

– Nic. Muszę uwolnić trochę mocy. To wszystko. – Jego spojrzenie powróciło do Priski, jakby oderwanie od niej wzroku na zbyt długo sprawiało mu fizyczny ból. – Vicer nie odpowiedział na wiadomość Galona. Powinien już wrócić. Musimy znać aktualną sytuację hybryd, zarówno tych w obozie, jak i tych, którzy ruszą w stronę Przełęczy Asric.

I chciał, żebym to ja się tym zajęła.

Przez chwilę się zastanawiałam. Potrafiłam się szybko przemieszczać, miałam dość mocy. A jeśli Vicer miał kłopoty, byłam przekonana, że mogę mu pomóc. Poza tym, choć wolałabym pozostać blisko statku, który miał mnie zabrać do nowego życia, tego typu myśli nie miały znaczenia, jeśli groziła nam przegrana w wojnie z Regnerem i utrata jakiejkolwiek przyszłości.

– Dobrze, zrobię to.

Lorian skinął głową. To był ten zimny najemnik, którego Prisca prawdopodobnie poznała wtedy nad rzeką. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego się w nim zakochała. Mój wzrok wrócił do Priski. Była tak cholernie blada.

– Nic jej nie będzie – powiedziałam. To na pewno się tak nie skończy. Ani dla Priski, ani dla nas. Po prostu to wiedziałam.

Ale jeśli się myliłam…

– Wiem. – Lorian wypowiedział te słowa z pełnym przekonaniem, jakby nie akceptował innej możliwości. Ostry, metaliczny zapach ponownie wypełnił powietrze.

Przełknęłam pchające się na język słowa, które i tak niczego by nie zmieniły, i wyszłam.

2

KRÓLOWA

Wbiłam paznokcie w zakrywającą mi usta dłoń. Kiedy druga ścisnęła mi skórę pod żebrami, szarpnęłam się.

– Ciii.

Głos był znajomy.

Jęknęłam, a wtedy uścisk się nasilił.

– Wasza Wysokość popełniła błąd, przychodząc tutaj. Sugeruję pomodlić się do swoich bogów, żebyśmy to przeżyli.

Pelysian pozwolił mi odwrócić głowę na tyle, abym mogła spojrzeć mu w oczy. Wzrok miał surowy. W mojej piersi coś zelżało, gdy odwrócił spojrzenie i zatrzymał je na tysiącach potworów uwięzionych w kopalni. Jeszcze nigdy go takim nie widziałam, jego twarz była pozbawiona koloru i napięta z przerażenia.

– Wychodzimy – wyszeptał. – Teraz.

Powoli, jakby się bał, że krzyknę i ściągnę śmierć na nas oboje, odsunął dłoń od moich ust. Spojrzałam na niego tak, jak na to zasługiwał.

Zignorował mnie, skinął energicznie głową i gestem nakazał, bym poszła za nim. Nie chciałam jednak wychodzić bez amuletu. Kiedy się zawahałam, wyszczerzył zęby w sposób, który jasno dawał do zrozumienia, że mnie stąd wyniesie, jeśli uzna to za konieczne.

Dotychczas uważałam go za lojalnego poddanego. Wiedział, że nie możemy ryzykować, aby któreś z nas zostało schwytane. I traktował mnie wedle tego przekonania.

Nie podobało mi się to.

Poszłam za nim jednak, z wdzięcznością wdychając świeższe powietrze i zostawiając potwory za sobą. Jednak widok ich naprężonych łańcuchów już na zawsze miał pozostać w mojej pamięci.

Po skręceniu w lewo rozejrzałam się za jakimś osłoniętym miejscem, w którym moglibyśmy przez chwilę porozmawiać. Nie zamierzałam wychodzić bez amuletu.

Każdy mój mięsień zesztywniał, kiedy Pelysian zamarł w bezruchu. Dzięki swojej mocy słyszał nawet najcichsze szepty.

Serce podskoczyło mi w piersi, gdy spojrzał w moją stronę rozbieganym wzrokiem. Złapał mnie za rękę i wciągnął w niewielką wnękę. Była za mała. Pokręciłam głową.

Na jego twarzy rozpętała się burza. Własnym ciałem mocno przycisnął mnie do kamiennej ściany. Na szczęście słabe oświetlenie działało na naszą korzyść, ale ryzyko, że nas zauważą…

Serce Pelysiana waliło tuż przy moim uchu. Stałam zaklinowana między nim a twardym granitem. Oboje drżeliśmy.

W końcu i ja to usłyszałam. Kroki zmierzające w naszą stronę.

Rozległy się niskie głosy. Poczułam przypływ adrenaliny.

Co ja robiłam?

Miałam okazję uciec. Mogłam być gdziekolwiek, a tymczasem tkwiłam w stworzonym przez Sabiuma piekle, zaledwie kilka kroków od stworzeń napuszczanych na wrogów i strażników, którzy aresztowaliby mnie bez wahania.

Czy aż tak przywykłam do życia w obezwładniającym strachu, że nie byłam już w stanie odnaleźć się w innej rzeczywistości? Czy po to przetrwałam tyle lat pod jarzmem Sabiuma, by zaprzepaścić to wszystko jedną głupią decyzją?

– Stworzenia są dziś niespokojne – odezwał się kobiecy głos.

– Pewnie trzeba je nakarmić. Król lubi je głodzić, żeby były bardziej agresywne. Jesteś nowa, prawda?

– Tak.

Mężczyzna zachichotał pod nosem.

– Co takiego zrobiłaś, że skończyłaś tutaj?

Kobieta nie odpowiedziała, ograniczając się do poirytowanego syknięcia. Byli teraz tak blisko, że ich głosy zdawały się odbijać echem w moim ciele. Ręka Pelysiana przesunęła się w okolice mojego biodra. Wyciągnął sztylet.

Nic nie ucieszyłoby mnie tak bardzo jak śmierć tych strażników, ale jeśli ktoś by ich znalazł, zanim zdołalibyśmy stamtąd wyjść, nasze szanse na przeżycie znacznie by zmalały.

Skupiłam się i w mojej dłoni zaiskrzyła moc. Liczyłam, że wystarczy na przetrwanie najbliższych chwil.

– Skąd wziął aż tyle tych bestii? – zapytała kobieta.

– Jedna fae hoduje je gdzieś u siebie i od lat przekazuje królowi. Mówi, że jest strażniczką czy coś w tym stylu. – Mężczyzna się roześmiał. Był tak blisko, że aż się wzdrygnęłam. Dłoń Pelysiana zacisnęła się ostrzegawczo na moim ramieniu. – Fae, te bydlaki, nie mają pojęcia, co ich czeka. – Przeszedł obok i po chwili jego głos ucichł. Stworzenia zaczęły piszczeć, prawdopodobnie wyczuwając, że ktoś się do nich zbliża.

Pot spływał mi po plecach równą strużką.

Pelysian trzymał mnie jeszcze przez kilka długich minut, póki nie zyskał pewności, że tamci odeszli. W końcu wyciągnął mnie z niewielkiego zagłębienia i wciąż trzymając mnie za ramię, ruszył korytarzem.

Nie protestowałam. I tak zorientowałby się, że ktoś się zbliża, zanim by nas usłyszano.

Byliśmy już niedaleko wyjścia. Zdusiwszy chęć wybiegnięcia na świeże powietrze i otwartą przestrzeń, przyglądałam się Pelysianowi. Był pokryty kurzem i miał czujne spojrzenie kogoś, kto podróżował od wielu dni.

– Skąd wiedziałeś, że tu jestem? – spytałam.

– Od mojej matki. Czy twoja moc zadziała na nas oboje?

– Mało prawdopodobne. Jest niewielka. – Przyznanie się do czegoś takiego bolało, ale Pelysian i tak wiedział, czym dysponuję. Chociaż… Może właśnie dzięki niej nas nie znaleźli. – Nie możemy jeszcze wyjść. Amulet gdzieś tu jest. – Wszystko by się zmieniło, gdybym zabrała Sabiumowi ten niewielki artefakt. Wreszcie to ja miałabym władzę.

Pelysian wbił we mnie wzrok, zaciskając dłonie na moich ramionach i wbijając palce w skórę.

– Amulet jest ukryty w jaskini gdzieś pod nami. Nie ma sposobu, żebyśmy się do niego dzisiaj dostali.

Spojrzałam mu w oczy. Przepełniała je furia, ale nie dostrzeg­łam ani krztyny kłamstwa. Poza tym, gdyby mógł dostać się do amuletu, prawdopodobnie próbowałby go zabrać dla siebie właśnie w tej chwili.

– Ale… Wiesz, jak do niego dotrzeć.

– Tak. Tyle że potrzebowalibyśmy grupy potężnych fae albo hybryd.

Frustracja wbiła we mnie ostre zębiska. Wszystko na nic. Stracony czas, podjęte ryzyko… Na marne.

Pelysian puścił mnie, kręcąc głową.

– Bariera zniknęła, Wasza Wysokość.

Zaparło mi dech w piersiach.

– A Jamic?

– Jest bezpieczny.

Ciężar przygniatający pierś zniknął, aż niemal unosiłam się z radości. Hybrydowej dziedziczce w jakiś sposób udało się uchronić mojego syna przed grożącym mu niebezpieczeństwem, a jednocześnie zadać Sabiumowi cios, o którym nie zdoła tak szybko zapomnieć.

Być może stanowiła większe zagrożenie, niż przypuszczałam.

– Według moich informatorów Jamic z własnej woli pomógł zniszczyć barierę – odpowiedział Pelysian.

Rozpierała mnie duma. Mój syn był potężny. Nie miało znaczenia to, że wmuszono w niego skradzioną moc. Teraz cała należała do niego. I najwyraźniej wiedział, jak się nią posłużyć. Chociaż rozsądnie sprzymierzył się z hybrydową dziedziczką, aby powstrzymać Sabiuma przed zdobyciem tej mocy, sojusz był tymczasowy.

Gdy tylko znów będziemy razem, połączymy nasze siły.

– A co z amuletem? – spytałam.

– Skoro rzeczywiście nie boisz się ryzykować życia, potrzebujemy księgi, którą król zabrał wtedy z zamku. To ona odmieni losy tej wojny.

Moje serce przyspieszyło. Wiedziałam, że jest ważna, choćby po tym, że Sabium strzegł jej jak oka w głowie.

– Dlaczego?

– Ta księga to grymuar, zawiera pradawną wiedzę i czarną magię. To właśnie dzięki grymuarowi Sabium mógł kłamać i manipulować z taką łatwością.

Z całych sił starałam się zachować kamienną twarz. Zawsze traktowałam Pelysiana jak narzędzie, którego używałam do różnych zadań, choć przyświecał mi jeden cel – zemsta.

A on tymczasem coś przede mną ukrywał. Wiedział, do czego służyła ta księga i dlaczego była tak ważna. I dopiero teraz mi o tym mówił.

Aż się gotowałam w środku, patrząc, jak podchodzi do ściany i zerka na strażników. Niewykluczone, że przestał mi być potrzebny. Mogłabym posłużyć się nim jak przynętą, wystawić go na pewną śmierć i uciec.

Ale jeśli by go nie zabili, tylko torturowali, nie byłabym w stanie wrócić do zamku i odnaleźć księgi.

Czy w ogóle mogłabym wrócić? Może gdybym pojechała na targ i udała przed strażnikami, że straciłam przytomność. Może pomógłby mi jakiś uprzejmy kramarz? Mogłabym wrócić do zam­ku dosłownie na chwilę i poszukać grymuaru.

Zamarłam. Czy naprawdę zdobyłabym się na coś takiego?

Tak.

Jamic był wolny, ale Sabium zabiłby go przy pierwszej nadarzającej się okazji. Tak powiedział.

A jeśli odnajdziesz grymuar, staniesz się tak potężna jak Sabium. Cały kontynent ci się pokłoni.

Myśl była upajająca. Wszystko, co osiągnął Sabium, cała zgromadzona moc, te ujarzmione bestie…

Wszystko to mogło być moje.

Razem z Jamikiem moglibyśmy rządzić tym kontynentem. A pewnego dnia skierować wzrok ku odległym królestwom.

Terytorium, którym władał Sabium, wydawałoby się mizerne w porównaniu z tym, które bym stworzyła. To ja żyłabym wiecznie. A on zwyczajnie by umarł. Na tę myśl uniosłam kąciki ust. Dziwne uczucie. Od tak dawna się szczerze nie uśmiechałam.

– Nelia tu jest – wyszeptał Pelysian.

Moje mięśnie się napięły. Kazałam jej odejść.

Wyciągnęłam szyję, próbując zajrzeć ponad masywnym ramieniem Pelysiana, i zobaczyłam, jak w krzakach na wzgórzu poruszyły się liście.

– Spróbuję odwrócić ich uwagę, żebyś mogła uciec – powiedział Pelysian.

– Nie. Użyję mocy.

– Nelia zna jej ograniczenia.

Ona jedyna zawsze była lojalna, nie oczekując niczego w zamian. Najbliżej miana… przyjaciółki.

Lojalność powinno się nagradzać. Jedyna rzecz, jakiej nauczył mnie ojciec i w co niezmiennie wierzyłam.

– Ryzykuje życie – warknęłam. – Powstrzymaj ją.

– Za późno – stwierdził żałobnym głosem Pelysian. – Wie, że tu jestem. Że jesteśmy w pułapce. Przygotuj się do ucieczki.

Po zboczu potoczył się kamień, wylądował blisko strażnika. Mężczyzna zamarł.

– Pokaż się – rozkazał.

Gałąź drzewa trzasnęła. Strażnik pognał w górę zbocza, poruszając się niewyobrażalnie szybko. Kilku jego kompanów natychmiast opuściło swoje stanowiska i także ruszyło w pościg.

Pelysian odciągał mnie od kopalni. Puściłam się biegiem, przeklinając Nelię, której krzyki przeszywały noc. Kazałam jej odjechać.

Ale nie zrobiła tego. Wiedziała, że przyda mi się ktoś, kto odwróci uwagę strażników, i się poświęciła.

Słuszna ofiara. W końcu moje życie było warte o wiele więcej niż jej. Mimo to wolałabym myśleć, że dożyje starości, ciesząc się bogactwem w bezpiecznym miejscu. To byłaby odpowiednia nagroda za jej lojalność.

Kiedy się potknęłam, Pelysian przyciągnął mnie do siebie i praktycznie zaniósł na szczyt wzniesienia, kierując się w przeciwną stronę niż strażnicy. Przeszukiwali las, próbując znaleźć kogoś, kto mógł być z Nelią.

Nagle rozległ się huk. Odwróciłam się, jakby za sprawą jakiejś dziwnej siły. Ciało Nelii potoczyło się po zboczu i zatrzymało niedaleko wejścia do kopalni. Szyję miała wygiętą pod nienaturalnym kątem, wpatrywała się we mnie pustym wzrokiem, niemal oskarżycielsko.

Pelysian popchnął mnie w zarośla. Ręce mi się trzęsły, przez całe ciało przetaczała się nieskończona furia.

Nelia była moja. A strażnicy Sabiuma mi ją odebrali.

Spojrzałam Pelysianowi w oczy. Były mroczniejsze niż zwykle, przepełnione żalem. Nie wiedziałam, że coś go łączyło z Nelią.

Najwyraźniej o wielu rzeczach nie wiedziałam.

– To się nazywa konsekwencje – stwierdził z goryczą. – Mówiłem, żeby tu nie przychodzić. Wasza Wysokość mnie nie posłuchała. Proszę tu zostać. Pójdę poszukać naszych koni.

MADINIA

Kaelin Stillcrest była wysoką kobietą, która poruszała się z pewnością siebie charakterystyczną dla mężczyzn z rodu fae. Już samo to wzbudzało podziw.

Niestety niewiele więcej. Przyglądałam się jej przez dłuższy czas, jak warczała na bladego mężczyznę, który tylko kiwał głową i zaciskał kuszę tak mocno, aż pobielały mu knykcie.

Stillcrest odwróciła się do mnie, zmierzyła wzrokiem od stóp do głów i ruszyła w moją stronę. Odpowiedziałam jej znudzonym spojrzeniem.

– Coś za jedna?

– Madinia Farrow.

– Czego chcesz?

Rzuciłam jej lekceważące spojrzenie.

– Zobaczyć się z Vicerem.

Jeden z jej ludzi ruszył, jakby miał zamiar pójść go poszukać, ale zatrzymał się w pół kroku na widok uniesionej ręki Stillcrest.

– A kim ty właściwie jesteś, że tak sobie tu przychodzisz i domagasz się spotkania z moimi ludźmi?

Zrobiłam znudzoną minę. Wiedziałam, że ją tym bardzo zdenerwuję.

– Obie dobrze wiemy, że Vicer nie jest jednym z twoich ludzi. Poślesz po niego czy mam sama go poszukać?

Uważnie obserwując reakcję Kaelin, podniosłam rękę, w której zapłonęła kula ognia.

Zrobiła krok do tyłu i schowała się za jednym ze swoich żołnierzy. Jej zachowanie dobitnie uświadomiło mi, z kim mam do czynienia.

Prisca osłoniłaby własnym ciałem swoich ludzi. Taka już była. Mogłam się nie zgadzać z jej ślepą lojalnością i poświęceniem, ale właśnie te cechy charakteryzowały doskonałą królową.

Przeskakiwałam wzrokiem między strażnikiem a Stillcrest, dając do zrozumienia, że jej reakcja nie umknęła mojej uwadze. Oblała się rumieńcem, w jej oczach zapłonął gniew. Otworzyła usta.

– Madinia. – Vicer zgrabnie wcisnął się między nas. – Co tu robisz?

Rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie.

Zatrzymałam w sobie moc, choć trwało to dłużej niż zwykle. Uparta iskra tliła się w dłoni, jakby i ona była rozczarowana, że nic nie stanie w płomieniach.

– Przysłano mnie, bo nie odpowiedziałeś na nasze wiadomości.

Vicer zamarł. Zerknął na Stillcrest, ale nic nie powiedział. Kiedy się w końcu odezwał, jego głos był śmiertelnie poważny.

– Blokowałaś wiadomości od naszej królowej?

Stillcrest najpierw zbladła, a chwilę później oblała się rumieńcem.

– Blokowałam przekazanie szczegółowych informacji o moich oddziałach. Zresztą ona nie jest moją królową, a przynajmniej dopóki nie zasiądzie na tronie z koroną na głowie. Nawet wtedy będzie musiała udowodnić, że na to zasługuje. Mój lud ma dość życia pod królewskie dyktando.

To, co mówiła, nie było pozbawione sensu. I uwierzyłabym jej, tyle że widziałam, jak paraduje po obozie niczym samozwańcza władczyni.

Vicer popatrzył na Stillcrest z takim obrzydzeniem, że ta spuściła wzrok. Ale natychmiast spojrzała mu ponownie w oczy i jeszcze bardziej się zarumieniła. Cieszyło mnie jej zakłopotanie, choć wiedziałam, że to dziecinada.

Vicer wyłowił moje spojrzenie.

– Chodź.

Poszłam za nim w głąb obozu, lawirując między namiotami ustawionymi w równych rzędach. Wszystkie uszyto z płótna w różnych kolorach ziemi. Obóz stapiał się z otaczającym lasem, a mieszkające w nim hybrydy nosiły różne maskujące odcienie zieleni i brązu. Nawet ze wskazówkami, które przekazał nam Vicer, trudno było znaleźć to miejsce. Żołnierze Regnera mogli po prostu stosować metodę eliminacji, przeszukując każdy zakątek jego królestwa, aż w końcu trafiliby na ten obóz. I wtedy nawet kamuflaż nic by nie pomógł.

Kilka par zaciekawionych oczu zwróciło się w naszą stronę, więc Vicer szybko zaprowadził mnie do namiotu obok czegoś, co wyglądało na zbrojownię. Między namiotami wiły się ścieżki, w powietrzu unosił się zapach dymu z ogniska, pieczonego mięsa i sosnowych igieł.

– Wiem, że zniszczyliście barierę – powiedział, gdy weszliśmy do namiotu. Wystrój był skromny, niewielkie łóżko polowe i krzesło. Vicer gestem nakazał mi je zająć, ale pokręciłam głową.

– Niektórzy z tutejszych ludzi nagle doświadczyli napływu mocy – zaczął Vicer. – Nawet Kaelin była zmuszona przyznać, że to niesamowite osiągnięcie.

Wzruszyłam ramionami.

– Lorian i Prisca chcą wiedzieć, co się tu dzieje – zaczęłam. – Z tego, co widzę, nikt się nie ruszył w kierunku Przełęczy Asric.

Kaelin prawdopodobnie miała w obozie szpiegów, więc wolałam nie mówić, że hybrydowa dziedziczka leży obecnie nieprzytomna.

Vicer zacisnął nasadę nosa.

– Hybrydy, które udało nam się wydostać z miasta… – Jego szare oczy zalśniły. – Większość z nich zatrzymała się tutaj na jedzenie i odpoczynek, a potem odeszła w małych grupach, żeby kontynuować swoją wędrówkę. Moi ludzie założyli obozy w różnych zakamuflowanych miejscach na drodze do przełęczy. Zaczekają w nich na sygnał do przeprawy, kiedy Regner odeśle poukrywanych żołnierzy.

Ta część planu miała sens. Była wręcz genialna. Ale…

– A co z pozostałymi?

– Staram się. – Otworzył usta, po czym je zamknął. W jego oczach mignęła frustracja.

– O co chodzi?

– Mają coraz mniej czasu. Uważają ten obóz za swój dom. I nie chcą stąd odejść. Zbliżają się zwiadowcy Regnera. Kaelin twierdzi, że jej ludzie zabiją każdego, kto znajdzie obóz. Tyle że jeśli zwiadowcy nie wrócą do swoich dowódców, ci wyślą kolejnych.

Obok namiotu przebiegło kilkoro dzieci, śmiejąc się beztrosko, jak to potrafią tylko takie maluchy. Jeśli żelaźni strażnicy znajdą to miejsce, taki śmiech ucichnie na zawsze.

Spojrzałam Vicerowi w oczy.

– Oto co zrobimy.

PRISCA

Było mi bardzo, bardzo wygodnie.

Świat dookoła zamienił się w przyprawiający o mdłości wir. Ale tu, z policzkiem przyciśniętym do twardej ziemi, byłam bezpieczna.

Tutaj nic złego nie mogło mi się stać.

Nie było bólu. Ani smutku. Ani odpowiedzialności.

– Tchórz – wyszeptał głos. – On na ciebie czeka.

Zmarszczyłam czoło, ale wydawało się to nierealne. Niemniej jednak wirowanie zwolniło, a z bardzo daleka zawołał ochrypły głos:

– Prisca.

W głosie usłyszałam coś, od czego zabolało mnie serce. Sprawiało, że chciałam podnieść głowę, nawet jeśli oznaczało to powrót do tej okropnej, chaotycznej plątaniny dookoła.

– Żbiku. Proszę.

Głos przebił się przez ciemny zamęt nade mną i dźgnął w brzuch. Miałam nadzieję, że nigdy nie będę musiała słuchać, jak ten potężny mężczyzna błaga. Nigdy.

Unosząc głowę, oparłam dłonie o twardą ziemię i się dźwignęłam.

Świat nabrał ostrości.

Wzrok Loriana, otępiały z wyczerpania, napotkał mój. Dlaczego był taki zmęczony? Nigdy nie miał problemów ze snem.

Wziął moją twarz w dłonie. Dołączył do mnie tutaj, w oku huraganu. Świat nieprzerwanie wykonywał swój niespieszny piruet.

– Obudziłaś się. – Jego pocałunek był rozpaczliwy, smakował smutkiem i beznadzieją. Lorian oderwał się od moich ust i pocałował w czoło.

Nie leżałam na twardej ziemi. Nie, poduszka pod głową była miękka.

– Uzdrowicielka! – ryknął Lorian. Drzwi się otworzyły, kobieta podeszła do mnie. Przycisnęła palce do mojego nadgarstka i zmarszczyła brwi na coraz szybszy puls.

Pomieszczenie lekko się zakołysało, ale tym razem wiedziałam, że to nie było tylko złudzenie. Statek. Byliśmy na statku…

Ogarnął mnie ślepy strach i rzuciłam się w stronę Loriana, przyciągając go do siebie.

– Żyjesz. – Przytuliłam się do niego, chłonąc jego zapach.

Zmarszczył brwi w zakłopotaniu.

– To ty prawie umarłaś.

Udało mi się. Mówił, oddychał i żył. Sprzeciwiłam się bogom. I zrobiłabym to dla niego tysiące razy, gdybym musiała.

Ale w pamięci wciąż miałam obraz Loriana, który roztrzaskuje się na milion kawałków. Udręka ugodziła w pierś, całym ciałem wstrząsnął dreszcz.

– Daj nam chwilę – zwrócił się do uzdrowicielki. Kobieta wyszła z kajuty, nie kłopocząc się zamykaniem drzwi. Kąciki moich ust samowolnie się uniosły.

– Znowu zachowałeś się nierozsądnie, książę?

Zignorował to.

– Prisca. O co chodzi? – Jego głos był niski, kojący, ale na szczęce drgnął mu mięsień, a spojrzenie miał przyćmione niepokojem.

– Kiedy… Kiedy Conreth zaatakował Regnera, ten użył lustra, żeby odbić jego moc i przekierować ją na nas. Myślę, że to musiało być lustro, które podarował ludziom Faric, jeden z tych bogów mącicieli, od których wszystko się zaczęło – powiedziałam z goryczą. – Moc Conretha… trafiła w ciebie. – W ustach zebrała się ślina, gdy po raz kolejny ogarnął mnie obrzydliwy strach. – Umarłeś, Lorian.

Głos mi się załamał. Zamrugałam, powstrzymując napływające do oczu łzy.

– Zamieniłeś się w lód. Widziałam, jak się rozpadasz.

Jego twarz straciła kolor.

– I sprowadziłaś mnie z powrotem. Dlatego prawie umarłaś.

Ktoś wciągnął gwałtownie powietrze. W drzwiach stał Conreth, opierał się jedną ręką o framugę i wpatrywał w nas z rozpaczą. Wyłowił spojrzenie Loriana, a wtedy poczułam pieczenie w piersi.

Przyrzekłam sobie, że pewnego dnia zapłaci za wszystko, co zrobił Lorianowi. Ale teraz… teraz nie musiałam.

Właśnie dowiedział się, co zrobił – że zabił własnego brata.

A jego oczy…

Patrzyłam na króla fae i widziałam, że coś w nim pękło. W jednej chwili stał się cieniem dawnego siebie, pustą skorupą.

Choć sobie na to zasłużył, zrobiło mi się go żal.

Conreth wyszedł bez słowa i zamknął za sobą drzwi. Lorian natychmiast skupił się z powrotem na mojej twarzy.

Odchrząknęłam.

– Chcę usiąść.

Kiedy kładł mi pod głowę kilka poduszek, rozejrzałam się po kabinie. Zaburczało mi w brzuchu. Lorian podszedł do drzwi, otworzył je i zaczął z kimś rozmawiać.

– Uzdrowicielka za chwilę wróci – powiedział. – Opowiadaj. Wszystko.

I tak zrobiłam. Łzy spływały mi po policzkach, gdy wspominałam o tym, jak zdesperowana, potykając się o własne nogi, próbowałam do niego dobiec. Opowiedziałam, jak mnie zostawił i że przez chwilę czułam jego obecność tuż obok, a Telean krzyczała, ostrzegając, bym nie robiła tego, co zrobiłam chwilę później. Mówiłam o mojej matce i babce, o konsekwencjach, przed którymi przestrzegały, i o tym, że nie czułam już ani iskierki mocy, nawet z klepsydrą na szyi.

Gdy skończyłam, byłam wyczerpana. Łzy przestały płynąć po mojej twarzy. Lorian wyglądał, jakbym uderzyła go pięścią w brzuch. Złapał mnie za podbródek i wtedy zauważyłam, że trzęsie mu się ręka.

– Ty… Nie muszę ci mówić, jakie to było niebezpieczne. Już to wiesz. Z wszelkimi konsekwencjami zmierzymy się razem. Ale musisz mi coś obiecać, Prisca. Obiecaj, że już nigdy nie zrobisz czegoś takiego.

– Wątpię, żebym była w stanie to powtórzyć – odpowiedziałam. Nie wspomniałam o tym, że czułam, jak skrawki mojej duszy spalają się na popiół. Że czułam, jak bogowie domagają się coraz więcej, choć zabrali wszystko. I że gdyby nie zjawiły się moja matka i babka, aby oddać mi mizerną resztkę tego, co pozostało z ich jestestwa…

Prawdopodobnie już bym nie istniała.

Część mnie zastanawiała się, czy matka i babka nie były zwyczajną halucynacją. Czy będąc tak blisko śmierci, po prostu nie wyobraziłam sobie tych, których najbardziej chciałam zobaczyć.

Ale wyraźnie pamiętałam łagodny uśmiech matki. I szelmowskie spojrzenie babci.

Zmień świat, moja droga wnuczko. I ulecz nasze królestwo.

Ulecz nasze królestwo.

– Co się stało? – zapytałam. – Poczułam, jak bariera znika.

Lorian skinął głową. Wstał i otworzył drzwi, gestem zapraszając uzdrowicielkę do środka. Była drobną kobietą o ciemnych włosach, prawie tak mocno kręconych jak moje. Oczy błyszczały jej ciekawością, ale szybko przybrała oceniające spojrzenie, jakie tysiące razy widziałam u Tibrisa.

– Jestem Ceri – przedstawiła się. – Jak się czujesz?

– Dobrze – odpowiedziałam. – Słabo – poprawiłam, gdy Lorian popatrzył na mnie spod zmrużonych powiek. – I… nie czuję mocy.

Po zmierzeniu pulsu, sprawdzeniu, czy oddycham prawidłowo, i zbadaniu każdego centymetra mojego ciała za pomocą magii, orzekła, że potrzebuję odpoczynku. Nie byłam zaskoczona. Ze zmęczenia zaczęłam się trząść.

– A moja moc?

– Nie za dużo wiem o mocy takiej jak twoja – przyznała. – Zakładam, że to po prostu osłabienie organizmu. Nie widziałam wcześniej czegoś takiego, ale spodziewam się, że moc wróci.

– Dziękuję – odparłam, próbując uciszyć głos, który pytał, co zrobię, jeśli tak się nie stanie.

Otworzyła drzwi i gestem przywołała młodą dziewczynę, która przyniosła dwie miski na tacy. Uzdrowicielka wzięła je od niej i skinęła w podzięce.

– To ja dziękuję – powiedziała Ceri. – Matka mojej babki miała rodzinę w Myrthos. Kontynent na wschodzie – wyjaśniła, gdy zmarszczyłam brwi. – Całe życie marzyłam, żeby ją odwiedzić. Teraz, skoro zniknęła bariera, będę mogła to zrobić. – Skłoniła głowę przede mną i Lorianem, położyła tacę na stoliku nocnym, po czym szybko wyszła.

– Czyli umarłem – zadumał się Lorian. – Wiedziałem, że coś się stało, bo zobaczyłem na moment Cavisa. Ale nie przypuszczałem, że chodziło o coś takiego. Nasz statek eksplodował, a ty tonęłaś. Nie mogłem cię znaleźć. – W jego oczach zagościła udręka. – Miałem wrażenie, jakby minęły całe wieki, zanim znów zaczęłaś oddychać.

Cavis. Na myśl o nim zapiekły mnie oczy. Miałam nadzieję, że naprawdę zaznał spokoju.

Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się nad innymi słowami Loriana. Statek eksplodował? Oczywiście, że tak, bo moc Conretha musiała ominąć Loriana. Ale to znaczyło, że…

– Telean? – Wzięłam gwałtowny wdech, próbując wstać z łóżka.

Lorian delikatnie pchnął mnie do tyłu.

– Nic jej nie jest. Zatroszczył się o nią jeden z piratów Daharak.

Opadłam z powrotem na poduszki, wyczerpana nagłym zrywem. Próbowałam zignorować panikę, która buzowała w piersi. To nie potrwa długo. Odzyskam siły. I moc.

Rozległo się pukanie i Lorian posłał mi szelmowski uśmiech.

– Najwyraźniej już wiedzą, że się obudziłaś. Wejść – powiedział i otworzyły się drzwi, ukazując Rythosa, Galona, Martha i Telean.

Byli cali i zdrowi. Policzki aż rozbolały mnie od uśmiechu.

Wszyscy stłoczyli się w małej kajucie.

– Przestraszyłaś nas, kochana – pożalił się Rythos, siadając na brzegu łóżka.

– Wiem. Przepraszam.

Lorian szturchnął mnie, żebym zaczęła jeść, podczas gdy pozostali mówili jedno przez drugie.

– Regner uciekł. – Rythos się uśmiechnął. – Po śmierci Eryndana i zniszczeniu bariery najwyraźniej uznał, że bogowie mu nie sprzyjają, a przynajmniej nie wtedy.

– Poczeka na odpowiedni moment – mruknął Marth.

Galon uniósł brew, ale skinął twierdząco głową.

– Przegrupuje siły.

Zerknęłam na Telean. Jak dotąd nie odezwała się ani słowem, tylko patrzyła. Jej wzrok padł na klepsydrę na mojej piersi. Przyglądała się jej przez dłuższą chwilę, w końcu spojrzała mi w oczy. Przeszedł mnie dreszcz.

– Odkąd wyciągnęli mnie z wody, mam wrażenie, że coś jest nie tak – stwierdziła. – Jakby świat się zmienił. Jakby umknęło mi coś niesłychanie ważnego.

– Pytaj, o co chcesz – powiedziałam z zamarłym sercem.

– Nie muszę. Twoja mina mówi wszystko. Użyłaś mocy w sposób, który jest absolutnie zabroniony. Dla własnej korzyści. Naraziłaś życie nas wszystkich. Splunęłaś bogom w twarz. I prawie zginęłaś.

Ciotka pokręciła głową, a ja zwiesiłam ramiona. Telean była mi bliska jak matka. Wiedziałam, że będzie rozczarowana, ale odraza na jej twarzy… Bolała bardziej, niż mogłam przypuszczać.

Niemniej jednak wszyscy zebrani w kajucie zasługiwali na to, by wiedzieć, co się stanie. Ponieważ konsekwencje, jakie przyjdzie mi ponieść, prawdopodobnie odczują również oni.

– Tak. Lorian umarł, a ja cofnęłam czas.

Nikt się nie odezwał. Galon zaciskał zęby. Marth zbladł. Rythos wpatrywał się w Loriana z przerażeniem w oczach.

Telean rzuciła mu świdrujące spojrzenie, jakby to on był wszystkiemu winien.

– Taka była wola bogów.

Furia wstrząsnęła mną tak bardzo, aż zagrzechotały kości.

– Chrzanić bogów – warknęłam.

Moja ciotka zrobiła wielkie oczy, ale nie mogłam się powstrzymać i mówiłam dalej:

– Co bogowie zrobili dla hybryd? Jak nam pomogli? Zesłali nam tylko cierpienie. Nie będę przepraszać za to, że ocaliłam mojego partnera.

Cofnęła się od łóżka, jej spojrzenie niczym sztylet wbiło się w moją pierś. Jakby mnie nie poznawała.

– Spodziewałam się po tobie czegoś więcej. Twoja matka i babka byłyby zawiedzione.

Otworzyłam usta, aby powiedzieć, że z nimi rozmawiałam, ale Lorian wstał i rozkazał z obojętną miną:

– Wyjdź.

Miałam ochotę zaprotestować, ale Galon pokręcił głową i spojrzał na Loriana. Na jego skórze pojawiły się iskierki.

Odwróciłam się z powrotem do Telean i wpatrywałam się w nią, nie mając pojęcia, co powiedzieć. Jej spojrzenie złagodniało, ale zacisnęła usta i wyszła.

– Ma prawo czuć zażenowanie – powiedziałam, przerywając ciszę. – I niesmak. Ciągle mnie ostrzegała, żebym nigdy nie używała mocy do czegoś takiego. A i tak to zrobiłam. – Popatrzyłam Lorianowi w oczy. Wpatrywał się we mnie uważnie, jakby przygotowywał się na cios. – I zrobiłabym to ponownie.

– Jasne, że tak – zgodził się Galon. Lorian nie spuszczał ze mnie wzroku, w jego oczach dostrzegłam czułość.

– Ciotka ci wybaczy.

Miałam taką nadzieję. Ale nawet wiedząc, że bogowie ukarzą mnie za to cierpieniem, nie żałowałam. Zwyczajnie nie miałam na to siły.

Zaczęłam ziewać, więc Lorian nakazał reszcie opuścić kajutę. Galon wspomniał, że na statku był Natan. Kiedy więc obudziłam się kilka godzin później, nalegałam na rozmowę z nim.

Pochodziliśmy z tej samej wioski. Kiedyś był zwykłym chłopcem, przyjacielem o radosnym usposobieniu, ale o spojrzeniu więźnia, który pił, aby znieczulić ból Ceremonii Obdarowywania i Zabierania.

Myślałam, że nie żyje. Nie sposób było zapomnieć tego, jak dołączył do nas na tamtym ledwo zdatnym do żeglugi statku handlowym. Zabrał ze sobą tylu ludzi, ilu tylko mógł, i razem z nami próbował zniszczyć barierę.

Szkoda, że Tibris nie mógł tego zobaczyć. Nie poznałby swojego przyjaciela z dzieciństwa.

– Prisca… – Lorian odezwał się błagalnym głosem, w jego oczach zamigotała frustracja. Rozumiałam go. Patrzenie na półżywą partnerkę sprawiało mu ból.

– Galon ma rację. Regner opracuje nowy plan. Musimy zacząć się przygotowywać.

– W porządku – zgodził się, unosząc rękę, gdy próbowałam wstać z łóżka. – Ale niech on tu przyjdzie. Poślę po niego.

Gdy czekaliśmy na Natana, przyniesiono nam ciepłą wodę. Odświeżyłam się, po czym usiadłam na brzegu łóżka, zmuszona przyznać, że i tak nie dałabym rady dotrzeć na główny pokład. Musiałam szybko dojść do siebie. Nie było czasu na bezczynne leżenie.

Lorian obserwował mnie ponurym wzrokiem. Kiedy Natan zapukał, poszedł mu otworzyć.

– Pięć minut – zaznaczył.

Nawet nie miałam siły się kłócić. Byłam zbyt zajęta wpatrywaniem się w mężczyznę, który kiedyś był moim przyjacielem. W dniu, w którym zabito dziadków Liny, a ją zabrano do miasta, próbował udawać, że się tym nie przejął. Ale widziałam przerażenie w jego spojrzeniu.

Po tamtym chłopcu nie było ani śladu. Twarz miał jak wyrytą w kamieniu. Pod oczami pojawiły się ciemne obwódki, ale stał wyprostowany, emanując naturalną pewnością siebie – ustąpiła miejsca dawnej swawoli i zuchwalstwu, które zakładał jak ulubioną tunikę.

– Prisca.

Skinęłam głową.

– Natan.

– Nikt nie chce mi powiedzieć, gdzie jest Tibris.

Westchnęłam. Nie dziwiło mnie, że wszyscy nabrali wody w usta.

– Próbuje przekonać grupę rebeliantów do sprzymierzenia się z nami – wyjaśniłam, pomijając fakt, że w rzeczywistości był ich zakładnikiem. To, że wyraziłam chęć rozmowy, nie oznaczało, że od razu wyjawię mu wszystkie nasze plany.

Oczy Natana zabłyszczały z ciekawości.

– Mówią, że twoim partnerem jest Krwiożerczy Książę. – Spojrzał na Loriana, a po chwili ponownie na mnie. – Nie chciałem uwierzyć, dopóki nie zobaczyłem was razem na statku.

– Nie nazywaj go tak.

Lorian rzucił mi spojrzenie, w którym dostrzegłam coś między czułością a irytacją. Natan popatrzył na mnie spod zmrużonych powiek jak na obcą osobę. Westchnęłam.

– Sprawy się skomplikowały.

– Rozumiem.

– Myślałam, że… Zginąłeś. Jak pozostali z naszej wioski.

Przełknął ślinę.

– Wyjechałem wtedy do Mistrun sprzedać wilcze skóry. Kiedy wróciłem, było już za późno. Prawie wszyscy nie żyli. Została nas garstka.

Ścisnęło mnie w piersi.

– Przykro mi. – Słowa nie oddawały tego, co czułam, ale Natan pokiwał głową.

– Vicer powiedział, co stało się z Tholem.

Przytaknęłam, wyobrażając go sobie samego w tamtej ciemnej jaskini. Dopiero po trzeciej próbie udało mi się odezwać.

– Chcieliśmy go zabrać, ale żołnierze Regnera kręcili się po okolicy. Pochowamy go jak należy, kiedy to wszystko się skończy. Obiecuję.

– Tropił cię. – W spojrzenie Natana wkradła się nieufność. Zesztywniał, choć Lorian tylko przekrzywił głowę. Nie zbliżył się do niego nawet o milimetr.

Zapomniałam, jak bardzo onieśmielał tych, którzy nie należeli do jego najbliższego otoczenia. Kiedy rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie, uniósł nieznacznie kąciki ust.

– Tak – potwierdziłam. – Ale pomógł nam znaleźć to. – Unios­łam klepsydrę. – Nie zabiłam go, Natan. Wiesz, że nie mogłabym tego zrobić.

Zmarszczył brwi.

– Nigdy tak nie twierdziłem.

Ale pomyślał.

Na razie postanowiłam odpuścić.

– Ilu mamy po naszej stronie?

– Jeśli masz na myśli tych, którzy zwrócili się przeciwko Regnerowi, tysiące. Caddaril Tasak i jego zbiry rozpętali chaos na terenie całej Eprothy. Jeśli chodzi o mnie? Mam kilkuset ludzi. Coraz więcej ucieka z wiosek, żeby uniknąć poboru. W jednej wiosce, na wschód od naszej, sprzeciwiono się asesorowi podczas ceremonii. Strażnicy, zanim sami zostali zabici, wyrżnęli połowę mieszkańców. Ci, co przeżyli, zdecydowali się do nas dołączyć.

Trudno było to sobie wyobrazić. Strażnicy, kapłanki i asesorzy Regnera zadbali o to, by okoliczne społeczności zwróciły się przeciwko sobie na samą wzmiankę, że ktoś z nich jest hybrydą. W dniu śmierci dziadków Liny kapłanka wyznaczyła nagrodę za dostarczenie informacji o „zdeprawowanych”. Sto złotych monet. Dla kogoś, kto miał niewiele, taka kwota była oszałamiająca, zapewniała dostatnie życie dwóm kolejnym pokoleniom.

Natan najwyraźniej czytał mi w myślach, ponieważ pokręcił głową.

– Teraz jest inaczej, Prisca. Wiem, że trudno w to uwierzyć. Oczywiście są tacy, którzy zawsze będą wierzyć w kłamstwa króla, ale coraz więcej ludzi budzi się z tego letargu. – Uśmiechnął się nagle. – A teraz, gdy nie ma już bariery i wielu będzie miało więcej mocy… To tylko kolejny dowód na to, że ich magia nie trafiła do bogów.

Duma rozgrzała mi pierś. Udało nam się.

– A ci, którym nie uda się uciec? – zapytałam łagodnie.

Natanowi zrzedła mina.

– Wiesz, co ich spotka. Z każdym dniem robi się coraz bardziej niebezpiecznie.

– Może nie wszyscy muszą do nas dołączyć – zauważył Lorian. – Przynajmniej na razie.

– Co masz na myśli?

Lorian odepchnął się od ściany.

– Tym, którzy uciekną, nie będzie łatwo. Za to ci, którzy zostaną, będą doskonale przygotowani i uzbrojeni w żelazo fae.

Serce zabiło mi mocniej i wyobraziłam sobie zamęt, jaki moglibyśmy wywołać.

– Mogliby zwrócić się przeciwko armiom Regnera, kiedy ten najmniej by się tego spodziewał.

Natan skubał nitkę wystającą z koszuli.

– To niebezpieczne.

– A co nie jest.

Podniósł głowę, w jego oczach pojawił się błysk.

– Pogadam z resztą.

– Dziękuję, Natan. Za… Za wszystko.

– Nie dziękuj. Pewnego dnia ty i twój lud wrócicie do waszego królestwa. My, ludzie, zostaniemy z tym, co ocaleje z Eprothy. Nie mamy innego wyboru, jak zadbać, aby cokolwiek zostało.

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji