Ojciec, którego miało nie być - Joanna Turkowska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Ojciec, którego miało nie być ebook i audiobook

Joanna Turkowska

2,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Wierzyła, że ludzie dotrzymują obietnic. Teraz ktoś wykorzysta jej naiwność.

Marta i jej synek mają swój mały, szczęśliwy świat. Życie płynie spokojnie, do chwili, gdy pojawia się tajemniczy mężczyzna. Czego chce? Co planuje dać w zamian? Wizja nowego, piękniejszego życia budzi niepokój bohaterki, ale również kusi.

Bliscy mówią Marcie, że jest zbyt ostrożna. A ona musi zdecydować, czy wierzyć sobie i swoim lękom, czy posłuchać innych i otworzyć się na nieznane.

Są tacy, którzy poznali prawdę. Kobiety z przeszłości. Stary człowiek, który usłyszał więcej, niż by chciał. Synek Marty, pragnący ją ochronić nawet za cenę szczerości. Czy ktoś ją ostrzeże?

Czy chcąc podarować dziecku wszystko, co najlepsze, Marta odbierze mu to, co podstawowe?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 289

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 13 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jan Pasterski

Oceny
2,0 (1 ocena)
0
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Efaszka102

Z braku laku…

Nie wiem, czy to kwestia mojej wrażliwości, smętnego głosu lektora, czy też deszczowego dnia, ale popadłam w przygnębienie.
00



Prolog

Zawsze marzyłam o dziecku. Kiedy byłam mała, najbardziej lubiłam bawić się lalkami – jak stereotypowa dziewczynka z reklamy. Potem wyrosłam z lalek, za to dorosłam do niepokoju. Bałam się, że nigdy nie zostanę mamą. Jak czegoś za bardzo pragniesz, może się to nie ziścić, prawda? Los bywa złośliwy.

Ale oto jest. Mój synek. Leży tuż obok w moim łóżku, macha nóżkami jak duży żuk i wpatruje się we mnie. Jest tak piękny, że nie mogę pomieścić w sobie zachwytu – dosłownie wypływa ze mnie razem ze łzami. Dotykam maleńkiej dłoni z miniaturowymi paznokietkami. Zaciska się na moim palcu. Nachylam się, wdycham jego zapach i pocieram nosem jego policzek. Mój synek. Jest ze mną. I jest idealny.

Mijają kolejne tygodnie i miesiące. Mały zaczyna gaworzyć, siadać, chodzić, mówić. Moja miłość nie słabnie. Jesteśmy jak zgrany duet. Spotykam się z opinią, że macierzyństwo jest męczące. Nic na to nie odpowiadam, bo ja jestem bezwarunkowo i całkowicie szczęśliwa. Wdzięczna za to, co mam – za niego.

Nie chcę myśleć o tamtym człowieku. O kimś, kto może się upomnieć o mój skarb. Tak bardzo staram się o nim zapomnieć, że prawie mi się udaje.

I to jest mój błąd.

1

MARTA

Przez całe popołudnie próbuję sobie wmawiać, że nie wydarzyło się nic niepokojącego. Składam ubrania Jonasza, odkurzam i zbieram zabawki do dużego kosza w rogu dziecięcego pokoju. To mógł być przypadek. Albo coś mi się zdawało.

Jonasz tymczasem, szczęśliwy, że wrócił z przedszkola, wciąż ma mi coś do powiedzenia.

– Mama, patrz, jak skaczę! Jak kangul!

– Nieźle! – Próbuję się uśmiechnąć. – Ale może uda ci się lądować na palcach? Tak supercicho, jak szpieg. Potrafisz?

Sąsiedzi piętro niżej na pewno będą mi wdzięczni. Chociaż nie, tak naprawdę nie oczekuję ich wdzięczności. Nie chcę tylko, żeby ktoś źle myślał o moim synku.

Jonasz próbuje skakać bezgłośnie, ale szybko mu się to nudzi.

– Wiesz, jaką minę robi kot Antka? – Marszczy nos w nieudanej próbie naśladowania kota. – Taką! Pokazał mi w przedszkolu!

Unoszę kąciki ust z nadzieją, że to wystarczy. Prawda jest taka, że potrzebuję chwili spokoju. Wysypuję klocki na podłogę i ruszam do kuchni. Muszę pomyśleć. Mija pięć minut ciszy, która nie daje żadnych odpowiedzi, po czym słyszę:

– Mamo, chodź! Patrz, jaką zlobiłem wieżę!

Na litość boską. Co mnie obchodzi cholerna wieża?

Hej, hej, przywołuję się do porządku. Czy to wina twojego synka, że widziałaś tego mężczyznę w pobliżu waszego domu albo wydawało ci się, że widzisz? Nie? To weź się w garść.

Wychodzę z kuchni, wycieram ręce szmatką i tłumiąc westchnienie, wchodzę do pokoju syna. Warszawa jest duża, ale nie aż tak duża, żeby facet nie mógł mieć czegoś do załatwienia akurat na moim osiedlu.

– Piękna wieża – mówię, zerkając na stos klocków ułożonych jeden na drugim.

Ale co takiego ciekawego jest na naszym osiedlu? Klub seniora? Szkoła tańca „Wesołe pszczółki”?

Chyba że to nie był on. Może ktoś podobny, nie miałam czasu się przyjrzeć. Poza tym prawie go nie znam, prawda? Wymieniłam z nim kilka maili i zobaczyłam go jeden jedyny raz.

Pamiętam, jak długo wybierałam ubranie, które będzie wyglądało niezobowiązująco. Wtedy, stojąc przed lustrem już gotowa do wyjścia, poczułam, że to przecież nie ma sensu – równie dobrze mogłam wyjść w dresie i bez makijażu. Doskonale wiedział, że mam trzydzieści siedem lat, a poza tym wcale nie musiałam się mu podobać. Nie mieliśmy się spotkać nigdy więcej. Czy załatwiłabym sprawę przez kuriera, gdyby on się zgodził? Owszem, chodziło mi to po głowie, kusiło, ale nie, nie mogłam mu tego zaproponować. Miałam supeł w brzuchu ze stresu i krótki oddech, ale musiałam go zobaczyć. Zachować minimum odpowiedzialności. Przy drzwiach zawahałam się, czy nie zmyć malinowej, bardzo widocznej szminki, ale ostatecznie wyszłam właśnie taka, wyszykowana. Pojechałam do tej kawiarni w centrum, zamówiłam duże cappuccino i czekałam na niego przy stoliku – zażenowana, niepewna, gotowa do ucieczki. A jednocześnie gotowa zmienić swoje życie.

– Mamo, ale patrz!

– Patrzę…

A jeśli to nie przypadek? Jeśli przyjechał tu specjalnie? Chce mi odebrać dziecko?

Widzę Jonasza ukrytego w obcym domu. Może gdzieś za miastem, może w innym kraju, z dala od wszystkiego, co zna. Wyobrażam sobie, jak mnie woła i płacze, a facet niezdarnie poklepuje go po pleckach, to jednak nie działa, więc uderza mocniej…

Nie. Stop. Nie muszę sobie tego wyobrażać. To się nie wydarzy. Na pewno. Ukradkiem wycieram łzy, żeby Jonasz ich nie zauważył.

– Nie patrzysz! – krzyczy, a ja wiem, że ma rację.

– Patrzę przecież – odpowiadam mimo to.

– Wcale nie! Kłamiesz! – Kopie wieżę i rozrzuca klocki po całym pokoju. – Nie patrzysz, kłamiesz, nie patrzysz!

Jeden z kopniętych klocków uderza mnie w łydkę, głos dziecka wwierca mi się w czaszkę. Stanowczo domaga się tego, czego nie mogę mu teraz dać – uwagi. Łapię go mocno za ramię. Za mocno.

– Przestań! W tej chwili!

Maluch zaczyna płakać i robi mi się wstyd. Przytulam go. Czuję jego szloch i ciepłe smarki na szyi. Mój synek. Moje spełnione marzenie. Cała złość znika w jednej chwili. Zasługujesz na wszystko, co najlepsze, synku, myślę. Zasługujesz na moją uwagę i podziw dla twojej wieży. To nie twoja wina, że strach oplata mi żołądek niczym bluszcz.

– Przepraszam… Nie powinnam krzyczeć. Jestem dziś trochę zmęczona…

– Dlaczego?

Cieszę się, że nie powiedziałam, że jestem zdenerwowana. Ze zmęczenia łatwiej się wytłumaczyć.

– Kiepsko spałam – kłamię.

– Coś ci się śniło?

Odpowiadam, że nie pamiętam. Czy to dobrze, że dziecko mnie o to pyta? Trzylatki nie interesują się jeszcze samopoczuciem rodzica, jego snami i problemami. Jonasz jest inny. Może dlatego, że żyjemy we dwoje, troszcząc się o siebie nawzajem. W dwóch pokojach na trzydziestu ośmiu metrach kwadratowych. Wielka płyta, mało miejsca.

Nie tak to sobie wyobrażałam. Kiedy tylko zorientowałam się, że jestem w ciąży, przyszedł czas na wyprowadzkę z wynajmowanej kawalerki, w której i tak nigdy nie czułam się jak u siebie. Wiedziałam, że mama trzyma dla mnie oszczędności na wkład własny, prawie sto pięćdziesiąt tysięcy. Na resztę postanowiłam wziąć kredyt. Nie miałam wygórowanych oczekiwań. Mały domek w szeregowcu z niewielkim ogródkiem – takie było moje marzenie. Miejsce do wychowywania dziecka, kilka grządek, o które razem będziemy dbać, piaskownica, huśtawka. Ławka na niewielkim tarasie. Ja z kawą, dziecko na huśtawce. Moje marzenia zawsze szły trochę za daleko, tak samo zresztą jak niepokoje.

Wystarczyła jedna wizyta w banku, by pozbawić mnie złudzeń. Pracowałam od zlecenia do zlecenia, nie miałam stałego zatrudnienia. A dla pana w okienku – w kolorowej koszuli, z miłym, obojętnym uśmiechem – liczył się tylko etat.

– Tłumaczę i redaguję książki od dziesięciu lat. Mam stałą współpracę z kilkoma wydawnictwami… – Próbowałam mu wyjaśnić. – Wiele ofert odrzucam. Nigdy nie zabraknie mi pracy.

Nie. Nie dostanę pożyczki, panu w kolorowej koszuli bardzo przykro.

Matka obiecała wziąć kredyt na siebie (ona weźmie, ja będę spłacać). Miała etat w szkole i prowadziła kursy z angielskiego. W przeciwieństwie do mnie była na tyle godna zaufania w oczach banku, by zasłużyć na kredyt. Nie na tyle jednak, by wystarczyło na szeregowiec.

Znalazłam więc to mieszkanie na ósmym piętrze. Winda trzeszczy i hałasuje, ale przynajmniej rzadko się psuje. Sąsiedzi są raczej spokojni i trzymam ich na dystans. W mieszkaniu jest pokój dziecięcy dla Jonasza i salon, w którym śpię. Osobna kuchnia, niewielki stół, przy którym razem jemy posiłki. Wnętrze urządziłam na wzór mieszkań z Ikei – dużo bieli, drewna, sprytnych miejsc do przechowywania. Piaskownicę i huśtawkę mamy na placu zabaw, kwiatki w doniczkach. Zamiast ławki – małe krzesło na balkonie. Kupiłam je na samym początku, zdeterminowana cieszyć się z tego, co mam, i siedziałam na nim tylko raz. Nie mogłam się zdecydować, czy patrzeć na ludzi wielkości paznokcia, czy na chmury, jednostajnie przesuwające się po niebie. Nudy.

Mój syn nie ma domku z ogródkiem. Mój syn nie ma ojca i prawdziwej rodziny. Dzieciństwo drugiej klasy – takie mu ofiarowałam.

– Chodź, pomożesz mi przygotować obiad.

Daję mu ogórka, tępy nóż do krojenia i śmietanę. Wiem, że plasterki będą miały różną grubość, a w śmietanie znajdzie się o wiele za dużo soli, ale wiem też, że syn będzie skupiony. I cichy. Jak dobrze pójdzie, mam siedem minut spokoju, nieokraszonych poczuciem winy, bo dobrze tak pracować razem. No i taki dowód zaufania dobrze wpłynie na jego samoocenę. Tak właściwie to dlaczego częściej nie daję mu podobnych zadań? Będę musiała to zmienić.

Do końca dnia nic już się nie dzieje. Nikt nie dzwoni, nikt nie puka do drzwi, nikogo nie widać, kiedy wychodzimy z Jonaszem na plac zabaw. Chętnie założę, że poranne spotkanie było czymś, co wydarzyło się na marginesie życia – bez powtórek, bez konsekwencji.

Jedno pytanie nie daje mi spokoju. Wtedy w kawiarni byłam z tym mężczyzną całkowicie szczera. Ale… czy on był szczery ze mną?

2

KRZYSZTOF

Wcześniej

Kiedy usłyszał dźwięk przychodzącego SMS-a, od razu pomyślał, że to Kaśka. Minęły już dwa tygodnie, więc od wczoraj na niego czekał. Pomyślał też, że to może być ważna wiadomość, a on siedzi przy stole w podkoszulku i je owsiankę.

Zerknął na wyświetlacz. Miał rację. Dostał zdjęcie od Kaśki. Nie otworzył go na razie. Zostawił telefon na stole, wyrzucił resztę owsianki do toalety. Umył zęby. Założył koszulę. Po namyśle także krawat. Wrócił do kuchni i popatrzył na telefon.

– A jeśli to zła wiadomość, piesku? – zapytał Napoleona.

Zwierzę spojrzało na niego sugestywnie, jakby chciało przekazać, że od tego wszystkiego nie uda mu się uciec. Mały ogonek zamerdał zachęcająco. Wyglądał, jakby go przed czymś ostrzegał albo z niego kpił, ale zawsze sprawiał takie wrażenie z tą swoją malutką wysuniętą dolną szczęką.

Pies słusznie kombinował, jednak Krzysztof nie miał ochoty się rozczarowywać. Nie teraz, kiedy tak stał wystrojony w koszulę i krawat jak na święto.

Otworzył wiadomość. Na zdjęciu test. Dwie kreski. I podpis „Udało się!” – z sześcioma uśmiechniętymi emotikonami. Jeden płakał ze śmiechu. Czy Kaśka uważała, że wiadomość jest strasznie zabawna? Już miał się wkurzyć, ale doszedł do wniosku, że użyła emotikona bezmyślnie, ludzie często to robią.

Będzie ojcem.

– Będę ojcem, Napoleon! Rozumiesz to? Cieszysz się, stary druhu? – Podrapał zwierzę za uszami. Cieszyło się. Całe niewielkie ciałko podskakiwało z entuzjazmem.

Zastanawiał się, czy odpisać na wiadomość, ale postanowił, że musi odwiedzić Kaśkę. Osobiście jej pokazać, jak bardzo docenia fakt, że będzie nosiła jego dziecko. Po drodze mógł też skoczyć do apteki, kupić kwas foliowy i inne witaminy dla ciężarnych. W sumie miał nadzieję, że sama o to już zadbała, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Najwyżej te od niego zużyje później.

Wkładając buty, przypomniał sobie, że ważne są miłe gesty. Kwiaty chyba będą odpowiednie?, pomyślał.

Już miał wychodzić, kiedy przypomniało mu się, że na biurku czeka stos testów do sprawdzenia. Trudno. Smarkacze poczekają. Doskonale wiedział, że niczego ciekawego w nich nie przeczyta. Te dzieci nie były uczone myślenia. Nie interesowały się niczym, a już na pewno nie historią.

Sprawdził, czy w portfelu ma dość gotówki. Policzył, że do wypłaty zostało mu sześć dni, i wyszedł.

Nie miał pojęcia, że zakupy w aptece będą takie przyjemne. Farmaceutka uśmiechała się do niego. W jej oczach był młodym tatą. W rzeczywistości był młodym tatą. Nadal nie mógł w to uwierzyć… A jednak. Odwzajemnił uśmiech, chłonąc jej życzliwość, która mu się należała. Nowa rola podobała mu się coraz bardziej.

– Dziękuję. Miłego dnia – rzucił nonszalancko.

W kwiaciarni wydał więcej, niż planował, bo zaraz po wejściu oznajmił:

– Dzień dobry. Chciałbym kupić kwiaty dla dziewczyny. Jest w ciąży.

– Gratuluję! – Starsza sprzedawczyni wydawała się cieszyć tym faktem, jakby dotyczył jej samej. – Zaraz zrobimy odpowiedni bukiet.

Proponowała wszystkiego za dużo: kwiatów, przybrania, wstążek, celofanu, a on na wszystko się godził. Ten jeden raz można, doszedł do wniosku. Nie chciał wyjść na skąpca i był pewien, że Kaśka doceni gest. Najwyżej przez kolejne sześć dni będzie jadł makaron z masłem i solą.

Na miejsce dojechał autobusem, co było nieco kłopotliwe ze względu na rozmiar bukietu. Dwa razy miał ochotę trzasnąć nim jakąś babę, która wpadała na niego, przygniatając swoim wielkim biustem za każdym razem, kiedy pojazd skręcał.

Kaśka mieszkała na Żoliborzu, sama w piętrowym domu, który zapewne po kimś odziedziczyła. Cóż, jak wszystko się korzystnie ułoży, będzie miała dwoje lokatorów więcej – dziecko i mnie. I Napoleona, więc właściwie troje, przeszło mu przez myśl.

Furtka była otwarta. Zadzwonił bezpośrednio do drzwi. Słyszał kroki. Poprawił paprotkę w bukiecie. Czekał.

3

MARTA

Mija kilka dni i choć moja wewnętrzna mentorka wyjaśnia mi raz po raz rozsądnym tonem, że nie ma powodów do zmartwień – znowu wyolbrzymiasz, nie maluj końca świata na podstawie jednego wydarzenia, którego nie jesteś w stanie obiektywnie zinterpretować – niepokój nie ustępuje. Wkrada się w sny, budzi mnie w nocy, a w dzień nie pozwala się na niczym skupić. Zabiera mi cierpliwość do dziecka.

– Jonasz, zabierz ze stołu te zabawki!

– Jonasz, ile można się kąpać?!

– Jonasz, co mówiłam o kredkach zostawianych na podłodze?!

Patrzę na zdezorientowanego, przestraszonego synka i czuję, że sama nie dam rady. Potrzebuję kogoś z zewnątrz, prawdziwego głosu, który uwolni mnie od natrętnych myśli.

Dzwonię do przyjaciółki. W liceum chodziłyśmy do jednej klasy i chyba nikt nie zna mnie lepiej niż Ola. Dojrzewałyśmy razem. Od kiedy jednak zostałyśmy matkami, nie spotykamy się tak często jak dawniej. A właściwie to od dnia, w którym Ola została matką, bo ona była pierwsza. Wyszła za mąż po trzydziestce i urodziła bliźniaczki. Dziewczynki są o trzy lata starsze od Jonasza, zbyt dorosłe dla niego i zbyt przebojowe. Moim zdaniem, bo Ola uważa, że jak zwykle przesadzam. Nie chcę z nią podejmować tematu, mimo że brak rozmowy oznacza chowanie urazy i pogłębianie dystansu. Mimo że nie mam na świecie nikogo bliższego. Oprócz Jonasza, oczywiście, ale ta relacja jest jednostronna: ja daję, on bierze.

Zapraszam dziewczyny do siebie, przynajmniej będziemy z Jonaszem na własnym terenie.

– Dawno się nie widziałyśmy! Przyjedziemy po obiedzie! – Słyszę przez telefon entuzjazm Oli, szczęśliwie nie mają żadnych planów.

Kończę rozmowę i patrzę na mieszkanie oświetlone przez popołudniowe słońce. Kurzowe koty, warstwa kurzu na półkach, migotliwe cząsteczki tańczące w powietrzu jak maleńkie konfetti. Jakim cudem nie zauważyłam tego wcześniej? Ola ma w domu idealny porządek. Lubię myśleć, że ona woli obejrzeć sobie wieczorem serial, zamiast brać się za sprzątanie, ale dobrze wiem, że Ola w jakiś sposób znajduje czas. I jest do przodu ze wszystkimi nowościami na Netflixie.

Zerkam na zegarek. Dwadzieścia minut na zjedzenie obiadu. Czterdzieści na ogarnięcie mieszkania. Zdążę. Biorę telefon i wpisuję w wyszukiwarkę „zwierzę szybko je”. Pokazuję synkowi film z chomikiem pochłaniającym kawałki marchewki w tempie, którego teraz od niego oczekuję.

– Wiem, co zawsze mówię: trzeba jeść wolno i delektować się smakami – zaczynam, uśmiechając się. – Ale dziś robimy dzień chomika. Sprawdzimy, czy damy radę jeść tak szybko jak on. Wyjątkowo! – zastrzegam. – Co ty na to?

Jonasz śmieje się z chomika, po czym mnie punktuje:

– On nie je, mama! On ma w buzi kieszenie i tam wszystko chowa! Chcesz, żebym schował ziemniaki do kieszeni?

No tak, koniec podchodów. Wyznam mu prawdę.

– Mamy dziś gości, a nie zdążyłam posprzątać. Zjedz sam, dobrze? A ja się zajmę porządkami.

Jonasz wydyma usta.

– Kto przychodzi?

– Ciocia Ola. Z Basią i Hanią.

Potakuje. Nie cieszy się, ale przynajmniej nie protestuje. Zostawiam go w kuchni i łapię za odkurzacz. Może nawet zdążę wskoczyć pod prysznic.

Kochany Jonasz, siedzi spokojnie w kuchni i sam sobie radzi. Biedny mały Jonasz, siedzi sam w kuchni i sam sobie radzi.

Włączam odkurzacz. Patrzę, jak koty błyskawicznie znikają, gdy tylko zbliżam do nich szczotkę. Jest to dziwnie satysfakcjonujące, tak jak rozplątanie sznurówki albo wyciśnięcie pryszcza. Małe sukcesy codzienności.

Goście przychodzą spóźnieni tylko o pięć minut, ale jestem już gotowa. Otwieram drzwi z uśmiechem.

– Hej! – Ściskamy się z przyjaciółką. – Cześć, dziewczynki! – Staram się brzmieć najprzyjaźniej, jak potrafię. Może dziś mnie zaskoczą. Może mój synek będzie się dobrze czuł w ich towarzystwie.

– Mamy coś dla ciebie – mówi Ola do Jonasza. – Basiu, Haniu – ponagla córki.

Ostentacyjnie kierują w jego stronę prezentową torebkę. Trzymają ją obie, jedna prawą, druga lewą ręką, co daje komiczny efekt. Wyobrażam sobie, jakie dyskusje musiały się odbyć po drodze na temat tego, która wręczy prezent. Miło, że obie chciały. Chyba że żadna nie chciała, przychodzi mi do głowy po chwili.

Jonasz odbiera torebkę i wyjmuje ze środka auto. Ogląda je przez parę sekund i już wyrywa mu je z rąk jedna z bliźniaczek. Nie jestem pewna, która.

– Pokażę ci, jak jeździ! – Dziewczynka klęka na podłodze. – Patrz, trzeba go trochę cofnąć, wtedy się robi napęd…

Puszcza samochód po podłodze. Jonasz stoi i patrzy. Na pewno chciałby sam spróbować.

– Myjemy ręce! – wołam, siląc się na wesołość, a przy okazji przejmując auto. – Wiecie, gdzie jest łazienka. Mamy mydło o zapachu jabłka. Prawda, Jonasz?

Bliźniaczki idą z Olą do łazienki, a ja kucam przy synku.

– Chyba podoba się im to auto. Może nie mają takiego w domu – mówię i oddaję je synkowi.

Chłopiec potakuje.

– Jak wyjdą, pobawimy się nim razem, dobrze? – proponuję.

Z łazienki wraca Ola.

– Okej, teraz dzieci idą się bawić do Jonasza, a mamy zrobią sobie kawkę i poplotkują. Pa, pa, sio! – żartuje.

Cała trójka posłusznie wykonuje polecenie. Ola patrzy na mnie uważniej.

– No dobra, Marta, opowiadaj: co się stało? Przez telefon brzmiałaś jakoś dziwnie.

Z pokoju dziecięcego przez chwilę nie dochodzą prawie żadne dźwięki, po czym słychać nie mojego synka i tak! wypowiedziane chórem przez bliźniaczki. Powinnam do nich zajrzeć?

– Ale najpierw kawka – przypomina przyjaciółka. – Wyglądasz naprawdę kiepsko – zauważa.

– Zostaw! – woła Jonasz.

Wstawiam wodę na kawę i nasłuchuję. Muszę sprawdzić, co się dzieje u dzieci. Tylko jak to zrobić, żeby nie wyjść na przewrażliwioną? Już mam zacząć się tłumaczyć, kiedy dociera do mnie, że sytuacja się uspokoiła. Słychać tylko szmer rozmów, wśród nich chłopięcy głos. Jak brzmi? Chyba normalnie. W każdym razie synek nie płacze.

– Zastanawiasz się, czy dziewczynki nie zamknęły Jonasza w szafie, przyznaj się – śmieje się Ola. – A może po prostu się dogadali, co?

Jak zwykle czyta mi w myślach.

– Musisz wyluzować, serio mówię, bo kiedyś zwariujesz. Przecież one nie zrobią mu krzywdy – dodaje.

Kiwam głową dla spokoju. Chyba muszę coś takiego założyć. To prawda, jestem zmęczona nieustannym zamartwianiem się. Poza tym nie chcę zniechęcać przyjaciółki – zwłaszcza teraz, kiedy tak bardzo jej potrzebuję. Stawiam dwa kubki kawy na stole. Podgrzewam mleko.

– Wydaje mi się, że widziałam Krzysztofa – oświadczam bez wstępów.

Ola unosi brwi, otwiera szerzej oczy.

– Tego Krzysztofa?

Kiwam głową z wahaniem.

– Nie jestem na sto procent pewna, czy to był on. Stał po drugiej stronie ulicy, kiedy wchodziłam do klatki. Patrzył na mnie…

– Nie przywitał się ani nic?

– Nie. – Ukrywam się za kubkiem, biorąc łyk kawy. – Wyglądał, jakby mnie obserwował.

– W porządku. Ale widziałaś go, jeśli to on, tylko raz. Tak?

Potwierdzam.

– I nie próbował się do ciebie odzywać?

– Nie.

– Przypomnij mi, jak wy się umawialiście? – dopytuje Ola.

Wraca do mnie obraz dłoni Krzysztofa podającej mi niewielki kartonik w kawiarni. Trudno mi połączyć to wspomnienie z Jonaszem, z moim chłopcem. Tak jakby istniała poprzednia rzeczywistość, w której byłam kimś, kto marzy o dziecku, a potem powstała nowa, w której jestem mamą Jonasza – niezależnie od wszystkiego, co się wydarzyło w tej pierwszej.

– Że mi pomoże, ale nie będzie uczestniczył w życiu dziecka i nie chce ze mną żadnego kontaktu.

Ola potakuje. Tak to właśnie zapamiętała.

– Nie chciał pieniędzy. – Nalewam mleko do obu kubków i siadam przy stole. – Czasami się zastanawiam, czego naprawdę chciał.

– Tego, czego chce każdy gatunek na ziemi, kochana: powielenia swoich genów. To naprawdę niezbyt skomplikowane.

Ton przyjaciółki nie pozostawia miejsca na wątpliwości. Zazdroszczę jej. Chciałabym tak wszystko wiedzieć, a ewentualne pomyłki zbywać machnięciem ręki, jakby nigdy się nie wydarzyły. Tylko że ta konkretna może oznaczać koniec życia, które znam.

– Niewykluczone – potwierdzam bez przekonania. – Zawsze mógł zmienić zdanie – dodaję. – Stwierdzić, że jednak chce poznać dziecko. Albo że chce je mieć dla siebie.

Biorę łyk kawy, jakbym chciała unieważnić te słowa i tę myśl.

– Daj spokój – bagatelizuje przyjaciółka. – Facet nie odbierze ci Jonasza, nie ma takiej opcji. Może sobie iść do stu sądów, żaden nie przyzna mu pełni praw, zapomnij.

– Chyba że zrobi coś innego – szepczę.

Ola nie odrywa ode mnie wzroku. Przez chwilę szuka słów, widzę pracę umysłową skupioną na zadaniu: nie urazić Marty, ona jest taka wrażliwa. Ostatecznie pyta po prostu:

– Boisz się, że go porwie?

Zdanie rezonuje w kuchennej przestrzeni. Wypowiedziane na głos brzmi równie groźnie, co absurdalnie. Mrugam szybko, żeby się nie rozpłakać. Prawda jest taka, że Ola znowu mnie nie rozumie. Ma męża, dwie pewne siebie córki, jest silna i bezpieczna w swoim rodzinnym kokonie. Nikt jej nie śledzi. Nie ma pojęcia, jak to jest balansować na skrawku z trudem zdobytej równowagi, na skraju nienazwanej katastrofy, która zawsze czai się gdzieś blisko.

– Wiele porwań dokładnie tak wygląda – tłumaczę defensywnie, niemal udaje mi się opanować drżenie głosu. – Ojciec porywa dziecko, zabiera je za granicę, czasami poszukiwania trwają latami. Serio na moim miejscu byś się nie przejmowała?

– Nie na twoim miejscu, tylko z tobą. Nie zostawię cię z tym samej, wariatko – wzdycha przyjaciółka. – Choć oczywiście uważam, że świrujesz i nic się nie dzieje.

Patrzę na nią z nadzieją. Czuję, jak ciasny supeł w moim brzuchu się nieco poluźnia. Da się coś zrobić. I może nie jestem całkiem sama.

– Przede wszystkim sprawdźmy, co to za facet. Musimy się dowiedzieć, czy jeszcze komuś „pomagał” – Ola kreśli w powietrzu znak cudzysłowu – na jakich zasadach, i co z tego wynikło. Możesz się zalogować do tej aplikacji?

– Chyba tak…?

Kiedy ostatnio tam zaglądałam? Nawet nie pamiętam.

Otwieram aplikację. Wyszukuję Krzysztofa.

– Ile ma kontaktów? – pyta Ola.

Sprawdzam. Razem ze mną sześć. Jonasz może mieć piątkę rodzeństwa. Dlaczego nie próbowałam dowiedzieć się tego wcześniej? Ach tak, przypominam sobie, że nawet miałam taki pomysł, ale czułam się zbyt skrępowana, a poza tym założyłam, że tamte kobiety nie będą chciały ze mną rozmawiać… Matki nie chwalą się raczej, że ojca swojego dziecka znalazły przez internet. Ciekawe, czy któraś odpowie.

Ola zagląda mi przez ramię.

– Dobra, pięć wyników. BeataM, Nadidi, Ania, Kasik i Chmurka. Napisz do nich.

– Nie wiem, czy nadal tu zaglądają.

– Jeśli nie zaglądają, a wyślesz wiadomość, wyświetli się im?

– Tak.

Ola patrzy na mnie sugestywnie, jakby pytała, na co jeszcze czekam.

To dobre pytanie. Wstrzymuję oddech i gapię się bezmyślnie na wyświetlacz i nicki, które nic mi nie mówią. Część mnie woli pozostać w tym zawieszeniu – póki nie mam odpowiedzi, mogę udawać, że nic się nie dzieje.

– Zapytaj, czy mają dzieci i czy mają kontakt z tym facetem. Zobaczymy. – Ola zawsze wybiera działanie.

Biorę głęboki wdech i zaczynam pisać. Ręce mi drżą. Być może wkrótce dostanę jakieś odpowiedzi. Być może mnie uspokoją. Oczywiście, równie dobrze może się okazać, że jak je dostanę, będę jeszcze bardziej przerażona. Ale klikam „wyślij” i nie mogę już niczego cofnąć. Mogę tylko czekać na to, co będzie dalej.

4

KRZYSZTOF

Wcześniej

Kaśka otworzyła mu drzwi. Wyglądała na zaskoczoną. Miała na sobie dres, który nawet nie wyglądał świeżo.

– Krzysiek… Przyjechałeś.

Zirytowała go tym zdziwieniem i tym dresem (w taki dzień!), ale zacisnął szczęki. Nie odbierze mu dobrego humoru.

– Tak, miałem chwilę i pomyślałem, że podziękuję ci osobiście.

– Podziękujesz… – Patrzyła na niego pustym wzrokiem.

– Dla ciebie. – Wręczył jej pokaźny bukiet. – Mam też coś dla dziecka.

– Nie mów, że malutkie buciki… – Uśmiechnęła się krzywo, odbierając kwiaty i wpuszczając go do środka.

– Buciki kupię, jak zacznie chodzić. Teraz mam coś do jedzenia. – Podał jej witaminy. – A raczej do wchłaniania – zażartował.

Nie zaśmiała się. Na kilka sekund zapadła cisza, po czym Kaśka nabrała powietrza i podjęła rozmowę.

– O, fajnie. Dzięki wielkie. – Z zainteresowaniem zaczęła studiować etykiety. Odniósł wrażenie, że robiła wszystko, żeby nie patrzeć na niego, ale jego mózg odrzucił tę ewentualność. Oczywiście, że miała wszelkie powody, żeby cieszyć się z jego obecności!

– Pewnie masz takie?

– Już mam.

Zachowywała się jak uczennica. A miała trzydzieści pięć lat. Tylko o trzy mniej niż on. Chyba powinna wiedzieć, że niedobór kwasu foliowego może skutkować wadami cewy nerwowej? Pożałował, że nie wyjaśnił jej tego, kiedy spotkali się po raz pierwszy. Powinna brać to wszystko, jak tylko zaczęła planować ciążę, teraz to ostatni moment. Jeśli nie jest za późno.

– Napijesz się herbaty? – zaproponowała.

– Chętnie. Dzięki.

Przyglądał się jej, kiedy krzątała się po kuchni. Średnia budowa ciała, taka akurat. Prosty nos, ładne oczy. Żałował, że nie może stwierdzić, jaki ma naturalny kolor włosów, niestety farbowała je na blond. Im mniej wiedział o niej, tym mniej wiedział o swoim potomku.

– Nie patrz tak na mnie. – Spojrzała na niego z ukosa, po czym odwróciła się tak, że nie widział jej twarzy. Otworzyła szafkę i wybierała kubki z takim zaangażowaniem, jakby to była najważniejsza jej misja na ziemi.

– Ładna jesteś. – Próbował skupić jej uwagę znowu na sobie.

– Taaa. Dzięki.

– Cieszę się, że się zdecydowaliśmy na metodę naturalną. – Nie odpowiedziała mu przez dłuższą chwilę. Nie spodobało mu się to. – Dziecko tak właśnie powinno powstać. Z dwojga ludzi, którzy są blisko.

Kaśka mruknęła coś niewyraźnie. Zbywała go. Czuł wyraźnie, że go zbywa. Dlaczego?

– Nie podobało ci się?

– Było w porządku – stwierdziła. – Ważne, że skutecznie.

– Co masz na myśli?

Krzątała się, nadal unikając patrzenia na niego.

– No wiesz… nie jesteś jakimś… latino loverem – zaśmiała się nerwowo. – Spoko, to raczej oczywiste w naszej sytuacji…

Latino lover – co to w ogóle znaczy? Czuł, że coś w nim narasta, przyspiesza mu puls i oddech, i zaraz przejmie kontrolę. Musiał uważać.

– Trzeba było sobie znaleźć latino lovera. A nie, w tym wieku pewnie byłaś już zbyt zdesperowana.

Postawiła przed nim herbatę i stwierdziła, że musi iść do łazienki. Kiwnął głową z ulgą. Tak, lepiej niech sobie idzie. Niech zniknie mu z oczu.

Słyszał, jak ciężko stawia nogi na schodach. Grubaska. Grubaska, która mówi, że jest kiepskim kochankiem. Słoniowe nogi. Ciężki chód. Jeśli będzie córka, czy też wyrośnie na taką krowę?

Pił herbatę. Starał się uspokoić.

I w pewnym momencie coś wyczuł.

Dym? Tak, to był dym. Dym papierosowy. Kaśka miała gościa i nic mu nie powiedziała?

Wstał i ruszył na górę. Poruszał się bezszelestnie. Starał się usłyszeć rozmowę. To kobieta czy mężczyzna? Na pewno nie mężczyzna, umawiali się z Kaśką na coś. A jeśli…?

Niczego nie słyszał. Żadnego głosu. Ani Kaśki, ani tej drugiej osoby. Za to coraz wyraźniej czuł dym.

Drzwi sypialni były uchylone. Zajrzał do środka. Wtedy ją zobaczył. Stała przy oknie i paliła papierosa. Kaśka. Z jego dzieckiem w brzuchu.

Natychmiast zalała go złość.

– Co robisz? – wysyczał w progu.

– Wkurzyłeś mnie. Muszę sobie zapalić.

Doskoczył do niej, złapał za włosy.

– Idiotko!

Przestraszyła się.

– Co?! Zostaw mnie! Zostaw, kurwa!

Odruchowo zrobiła to samo. Chwyciła jego włosy. Były krótkie, ale kilka mu wyrwała, z obrzydzeniem wytarła dłoń o spodnie.

On nadal ją trzymał. Mocno. Przysunął do niej twarz, chciał, żeby czuła na niej krople śliny, kiedy będzie mówił. Żeby zapamiętała raz na zawsze.

– Nie przeklinaj przy moim dziecku. I nigdy, przenigdy przy nim nie pal. Rozumiesz? – Puścił ją wreszcie.

– Co? – Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. – Co ty mówisz? Spierdalaj z mojego domu!

– Ani teraz, ani kiedy się urodzi. Nigdy. Zapamiętaj to sobie.

– Będę robiła, co chcę. A ty nie poznasz tego dziecka! – Trzęsła się.

– Umawialiśmy się na coś… – Usłyszał w swoim głosie błagalną nutę.

O nie, nie będzie jej błagał. Ma prawo do tego dziecka. Po to są umowy, żeby się ich trzymać.

– Mieliśmy wychowywać je razem. Na równych prawach. Co-parents, zapomniałaś?

– Zmieniłam zdanie. Wyjdź.

Zrobiła krok do tyłu, potem następny, wciąż na niego patrząc, jakby dawało jej to jakąkolwiek przewagę. Udawała dzielną, myślała, że go nabierze.

– Nie.

– Okej, w takim razie ja wychodzę. I wrócę tu z policją. Świr!

Dotarła do schodów, już miała się odwrócić i zejść, kiedy dostrzegł coś w jej spojrzeniu. Pogarda. Uważała się za kogoś lepszego niż on.

Ruszył naprzód. To był jeden prosty ruch – jego ręce na jej klatce piersiowej. Zachwiała się. Spojrzała na niego zdziwiona.

Spadła.

Jej głowa głucho uderzyła o stopień. Potem drugi raz, gdy wylądowała na parterze.

Spojrzał w dół.

Leżała u podnóża schodów.

Zszedł na dół. Spod głowy leciała krew. Oczy półotwarte. Nieruchome.

Kaśka nie żyła. A jego dziecko właśnie w niej umierało.

Widywał podobne sceny w filmach. To był wypadek, nie jest mordercą. Powinien teraz płakać, krzyczeć, przykładać ucho do piersi i sprawdzać, czy wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu serce nadal bije. Powinien wezwać karetkę i w panice robić reanimację.

Na żadną z tych czynności nie miał ochoty.

Dla pewności dotknął jej nadgarstka, nie wyczuł pulsu. Jeszcze raz spojrzał w oczy. Były martwe, nie miał wątpliwości. Poczuł spokój. Jej śmierć nie przeraziła go w najmniejszym stopniu. Jej śmierć przywróciła światu równowagę.

Tak będzie lepiej, pomyślał. Nie brała witamin. Paliła w ciąży. Dziecko nie miało szansy się prawidłowo rozwinąć. Groziła mu niska waga urodzeniowa, mogło zostać wcześniakiem. Porażenie dziecięce czterokończynowe. A jeśli nawet urodziłoby się zdrowe, na jakie wychowanie miało szanse? Jakie wzorce by dostało? Takie dziecko nie mogło mieć jego genów.

Odzyskał kontrolę nad swoim życiem. Wiedział, że następnym razem podejmie mądrzejsze decyzje. Doświadczenie zawsze czegoś uczy.

Tymczasem czekało go sprzątanie. Im szybciej się uwinie, tym mniejsza szansa, że ktoś się tu pojawi. Kaśka raczej nie spodziewała się gości (ten dres!), ale nigdy nie wiadomo. W kuchni znalazł szmatkę do wycierania naczyń, w szafce pod zlewem miała spray do mycia okien. Starł swoje odciski z powierzchni, których dotykał; rozejrzał się z nadzieją, że niczego nie pominął. Cieszył się, że miał zwyczaj zdejmowania butów. Jego grube, zawsze czyste skarpety raczej nie zostawiły śladów.

Wszedł z powrotem na górę, rozejrzał się. O co mogła się potknąć Kaśka przed upadkiem…? To mogło być cokolwiek. Podniósł sweter, rzucił go niedbale. W ten sweter się zaplątała albo o niego potknęła. Bałaganiara.

Zabrał bukiet (tyle pieniędzy w błoto!), wylał wodę z wazonu i schował go z powrotem do szafki.

Już zmierzał ku drzwiom, kiedy sobie przypomniał. Aplikacja. Zrobiło mu się gorąco na myśl, że prawie o tym zapomniał.

Telefon leżał na łóżku w jej sypialni. Jak go odblokowywała? PIN-em 1234? 1111? 4321? Nie. Opuszką palca?

Przyłożył jej kciuk do czytnika linii papilarnych. Nic. Zaczynał się denerwować. Nie chciał być wplątany w żadną dziwną historię. Jest nauczycielem. Kocha swój spokój.

Palec wskazujący i… udało się. Odetchnął z ulgą, pospiesznie przeszukał telefon. Znalazł aplikację. Usunął ją szybko, a razem z nią wszystkie wiadomości, jakie ze sobą wymienili. Zadbał o to, aby na telefonie zostały tylko jej odciski palców.

Mógł wyjść. Wrócić do Napoleona, testów i zacząć pierwszy wieczór reszty swojego życia.

Będzie musiał je staranniej zaplanować. Wiedział jedno: czasami trzeba zacisnąć zęby i robić, co należy.

Redakcja

Izabela Smug

 

Korekta

Agata Jagiełło

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Mariusz Banachowicz

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Joanna Turkowska, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384303900

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog

1

2

3

4

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści