Ogród w chmurach - Romain Potocki - ebook + audiobook

Ogród w chmurach ebook

Romain Potocki

0,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Która trafi w pierwszej kolejności na wydawnictwznak.pl i platformę b2b

NAJBARDZIEJ BRAWUROWA FRANCUSKA POWIEŚĆ OSTATNICH LAT

Południe Francji. Rozgrzany beton, odrapane klatki schodowe, wąskie balkony ze schnącym praniem. A ponad tym wszystkim, na dwudziestym drugim piętrze – kwitnący ogród, którego nie powinno tu być.

Robert ma siedemnaście lat, problem z jąkaniem, chorą matkę i klucz do wejścia na dach wieżowca. Sadzi tam agapanty, krokusy i róże chantilly, żeby ukryć… marihuanę. Wchodzi w interesy, których nie rozumie, w dzielnicy, z której nikt nie jest w stanie się wyrwać.

Jest jeszcze księgarnia trochę szalonej Sophie, która wierzy, że Rimbaud i Melville mogą ocalić człowieka. To azyl dla outsiderów, pełen bałaganu i magii. Gdzieś między półkami działów „Historie zapierające dech" i „Poezja po Hiroszimie” Robert odkrywa, że można mówić inaczej, myśleć inaczej, że są inne wyjścia niż te, które zna.

Ogród w chmurach to opowieść o dorastaniu w świecie bez złudzeń. Historia pachnąca kwiatami i marihuaną, gdzie w brutalność blokowisk wdzierają się poezja książek i blask śródziemnomorskiego słońca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 294

Data ważności licencji: 6/27/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału LE JARDIN DANS LE CIEL

Copyright © Éditions Albin Michel – Paris 2025

Copyright © for the translation by Joanna Kluza

Tłumaczenie wierszy s. 131, 163, 247–248, 343, 393, 397–398: Copyright © for the translation by Agnieszka Fulińska

Projekt okładki Eliza Luty

Elementy na okładce Cloud Study (Early Evening) by Simon Denis | rawpixel.com; Leo Arslan | pexels.com; Oktay Köseoğlu | pexels.com; 2H Media | Unsplash; Narathorn | pexels.com

Redaktorka nabywająca Eliza Kasprzak-Kozikowska

Redaktorka prowadząca Katarzyna Homoncik-Gajda

Korekta Magdalena Tytuła, Lidia Nowak

Opieka redakcyjna Natalia Hipnarowicz-Kostyrka

Opieka promocyjna Aleksandra Kosman

ISBN 978-83-8427-734-8

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Plik przygotował Woblink

woblink.com

dla Siham dla Fanny, Flavii i Delii dla księżnej, wszystkim tym które nauczyły mnie czytać żyć i śmiać się, a przede wszystkim Tobie moja światłości bez której książka ta nie byłaby wcale albo nie aż tak szalona

Ale tak działa przyjaźń: uczymy się grać na boisku innych1. Virginie Despentes,Vernon Subutex

PROLOG

Księgarnia była zamknięta.

Nie zamknięta, „dopóki niebo nie przestanie być takie szare”, „z powodu dobrej książki” albo „dlatego, że zatęskniłam za morzem”, jak widniało niekiedy na wywieszkach Sophie.

Nie, po prostu zamknięta.

Wejście zabite deskami. Brudna farba na pustych witrynach. I ani jednej absurdalnej wywieszki, żeby człowiek łatwiej przełknął gorzką pigułkę.

Zapiął kołnierz ciężkiej marynarskiej kurtki (co nigdy nie było łatwe przy jednym palcu mniej), ale i tak nie pozbył się dreszczy na plecach.

Od tylu już lat nie nocował w swoim dawnym mieście. Zresztą sądził, że nigdy tu nie wyląduje. Tylko że pewna zła noc rzuciła go na brzeg i kazała gnać do księgarni, tak jak zrobiłby to kiedyś: tuż po przebudzeniu i nieważne, że trzeba będzie długo dzwonić, zrozumieją.

I mu otworzą.

Pretensje podpłynęły mu do gardła niepohamowanym strumieniem: „Coś ty sobie myślał? Że przez cały ten czas będziemy na ciebie czekać? Że wystarczy pchnąć drzwi, przepraszam, że mnie nie było, i do grobowej deski, jak dawniej?”.

„Naprawdę kretyn z ciebie, nie do wiary!”, rechocze mu w głowie jej głos.

Przeciera twarz dłonią. Życie to jednak ściema. Właśnie ograbiono go z przeszłości, a on nie może mieć o to żalu do nikogo, w każdym razie nie do tej, której imię ciągle króluje na drewnianym szyldzie nad drzwiami:

KSIĘGARNIA SOPHIE

Czynna codziennie(oprócz wtorków i innych wyjątków)

Uśmiecha się do siebie, sam na chodniku.

Człowiek nadaje księgarni nazwę.

Nie imię.

A gdy tak się tu uśmiecha, siłą rzeczy przenosi się wstecz. Daleko, bardzo daleko, do czasów, gdy był kimś innym. Kimś innym, kto miał wszystkie palce.

DWADZIEŚCIA LAT WCZEŚNIEJ

Są tacy, co robią jak trzeba.

Ja nie.

Ja?

Z tego, co mówią, jestem z tych dzikich.

A skoro niewiele się odzywam, to nie ja będę zaprzeczał.

Kumple?

Jak najbardziej, chociaż nie na pęczki…

OK, wcale.

Nawet z klientami?

Cóż… to są klienci.

Przybijają piątkę jeden z drugim i biorą, co im daję, za tyle, ile wołam.

Właśnie to jest dobre w moim biznesie: człowiek nie musi się odzywać. To, co sprzedaję, normalnie brak słów, żeby to opisać. Kiedy już tego spróbujesz, nie marzysz o niczym innym. I zrobiłbyś wszystko, byleby mieć więcej.

Niech ci się nie wydaje, że uważam się za kogoś, kim nie jestem. Nie, mówię, jak jest, tyle w temacie.

A prawda polega na tym, że jestem tylko dzieciakiem, który miał szczęście.

Nikt by nie pomyślał, co?

Faktycznie, jeśli by zobaczyć mnie takiego, w wieczór siedemnastych urodzin, zupełnie samego na dachu mojego budynku…

Cóż chcesz: lubię być sam, nie wiem, czy już to mówiłem.

Nawet w urodzinowy wieczór, jasne.

Zwłaszcza w urodzinowy wieczór.

A poza tym wcześniej nigdy tu nie przychodziłem. Prawda jest taka, że windy padły z tysiąc lat temu i nigdy nikt się nie pojawił, żeby je naprawić. A tak w ogóle to trzeba mieszkać aż tak wysoko albo kompletnie zwariować, żeby dymać na piechotę dwadzieścia dwa piętra! Ja mam to gdzieś. Skoro trzeba wleźć na górę, żeby nareszcie pobyć samemu, pasuje mi.

Kiedy otworzyłem drzwi, ja pierdolę, aż mnie zaryło: dwudzieste drugie piętro, kurwa, dwudzieste drugie!

Jestem idiotą, pieprzę bez sensu.

Jeśli nigdy tu nie wchodziłeś, nie potrafisz sobie wyobrazić, jak to wysoko, ten dach świata. A przede wszystkim, jakie to wielkie.

Wszędzie powietrze… cisza też… czysty żwir, który mruczy pod butami, prawdziwa opuszczona kotłownia z działającym kranem i nie całkiem przegniłym zadaszeniem… A w dole moja dzielnia, nigdy jej takiej nie widziałem. I morze, tam, na drugim końcu miasta. Ta przestrzeń na dachu, czad! A potem…

Ale zbaczam z tematu.

Jeszcze ktoś pomyśli, że to, co mi się przydarzyło, zawdzięczam sobie – i to prawda, że właziłem na dach w kolejnych dniach. Jednym słowem, jeszcze ktoś pomyśli, że opowiadam od końca.

I będzie miał rację.

Bo szczerze mówiąc, wszystko, co mi się przytrafiło, to sprawka Demby.

Demba to cieć w B2, moim budynku.

Przedstawiciel ludu Soninké z Mali, który zjawia się na klatce schodowej wczesnym rankiem, kiedy to ludzie wracają po nocy na chatę. Taszczy te swoje wiadra i miotły, miły dla wszystkich, a po drodze sprawdza, czy nikt nie kima w piwnicy.

Dlaczego mnie lubi?

Nie mam pojęcia.

To prawda, że słowa obu nam sprawiają potężny kłopot – to, jak człowiek nie potrafi porządnie się wysłowić, zbliża. Demba twierdzi, że przypominam mu kuzyna stamtąd. Jak popatrzeć na moją arabską gębę, trudno w to uwierzyć: Demba i ja tak naprawdę nie mamy wspólnego „stamtąd”.

Ale do rzeczy, nie o tym jest ta historia.

Historia jest o tym, że Demba ma zawroty głowy – facet mieszka na drugim piętrze i to już dla niego za wysoko! No więc kiedy SONIDEM zamknął drzwi na kłódkę i nikomu oprócz niego nie wolno było wchodzić na dach, pewnego poranka kiedy pałętałem się bez celu, Demba zatrzymał mnie na klatce. A potem wyjął z kieszeni ogromny pęk kluczy, odpiął jeden z nich i mi podsunął.

– Wiem, że wchodzisz na górę… Nie, nie, nic nie mów, skoro nikogo z tobą nie ma… Po prostu jak będziesz schodził, powiesz mi, czy wszystko w porządku… Dzięki temu sam nie będę musiał sprawdzać.

Dziadek podsunął mi idealny plan!

Tylko że to nie było wszystko.

Ponieważ nawet na samej górze, na dwudziestym drugim piętrze, w moim rewirze… potrzebowałem pozwolenia, żeby kręcić własne lody. A takich numerów nie robiło się na piętrze Demby.

Nie, żeby na mojej dzielni choćby kiwnąć palcem, to znaczy robić coś, co się liczy, należało się dogadać z Jo Cyganem. Ale nie szukajcie: na dzielni nie tak się mówi. Tutaj nazywają go jego arabskim imieniem:

El Ghaïb, „ten, którego nie widać”.

To niezbyt przydatna informacja, od razu mówię: jeżeli człowiek nie chce natychmiast umrzeć, nie woła Jo, w żadnym wypadku!

Niektórzy twierdzą, że kiedyś był łowcą skinów. Albo że początki koki na dzielni to on. Albo jeszcze że któregoś wieczoru z kumplami zabił jakiegoś kolesia gaśnicą.

Naprawdę? Nikt nie wie.

Mówi się jedynie, że jest wysoki jak drzewo, uzbrojony po zęby i że ma wydziarany cały ryj. I że nie należy do tych, których człowiekowi żal ani nic z tych rzeczy, kiedy zmienia się wiatr.

Ale nie miałem wyboru: jeżeli chciałem rozkręcić własny biznes, biznes, na którym zarobię mnóstwo kasy, i to szybko… musiałem pogadać z El Ghaïbem. Nawet jeśli plątał mi się język.

A przede wszystkim musiałem mu sprzedać cholernie dobrą nawijkę.

Jo był zszokowany, że szuka go taki lamus jak ja.

W każdym razie tak właśnie pomyślałem, kiedy pewnej nocy o trzeciej nad ranem niespodziewanie wyciągnęło mnie z łóżka dwóch typów, którzy najwyraźniej nie musieli dzwonić do drzwi.

Zawiązali mi oczy, wrzucili mnie do bagażnika i pojechaliśmy. Wylądowałem na jakiejś klatce schodowej, gdzie porządnie cuchnęło szczynami, ale i tak weszliśmy aż na dwunaste piętro.

Jak nic Jo też lubi wysokości.

Kiedy zdjęli mi opaskę, bolały mnie oczy, bo te bydlaki tak mocno ją ścisnęły! Stanąłem przed pięcioma zamaskowanymi typami, tak dopakowanymi, jakby dopiero co wrócili z siłowni.

Był jeszcze szósty koleś, olbrzym rozwalony na fotelu, a naprzeciw niego krzesło. On nie nosił maski. Za to miał pod pachami dwie klamki.

Teraz dotarło do mnie, dlaczego nazywają go El Ghaïb – ten, którego nie widać, którego już nie ma, który zniknął. Jo miał odkrytą gębę, jak najbardziej. Ale gęba była tak mocno wydziarana, że człowiek nie potrafiłby powiedzieć, jak wyglądała wcześniej.

Skinął na mnie.

Usiadłem.

Nie bardzo wiem, co tamtych pięciu king kongów z tyłu miało we łbach – maska niespecjalnie pomaga odczytać emocje – ale na jego całkiem zamalowanej gębie wyraźnie dostrzegałem oczy Jo. W dodatku chyba było mu, jak by to powiedzieć… mnie żal, naprawdę żal. Tak jakby zostało mi już niewiele czasu, więc lepiej mieć to za sobą.

– To ty, Niemowa?

– …

– No pewnie. A jak nie, to jak się nazywasz?

– Ro… Ro…

– Ach tak, ale ze mnie palant, przecież mówili: ty jesteś tym dzieciakiem o cudacznym imieniu!

Ludzie zadają ci pytania, a potem nie dają czasu na odpowiedź: ledwie się na czymś zatniesz, odpowiadają za ciebie!

Słowa i ja, jak by to powiedzieć… to dziwne. Nigdy nie wiem, czy się wydostaną. Ani jak. Czasami to działa. A czasami nie, nie działa. Wcale. Właśnie dlatego mówią na mnie Niemowa – chociaż w rzeczywistości nie zawsze nim jestem.

A poza tym wtedy nie było tak samo: miałem słowa na końcu języka, gotowe wyskoczyć. Całe godziny spędziłem przed lustrem w łazience na powtarzaniu – podobno w zwyczajnym życiu istnieją jąkający się aktorzy, którzy mówią normalnie, gdy wychodzą na scenę, więc dlaczego nie ja?

Nikt się więcej nie odzywał. Zapadła totalna cisza. Słychać było tykające sekundy na ogromnym złotym zegarku na ręce jednego z kolesiów za Jo. Która mogła być godzina? Pojęcia nie mam. W każdym razie i tak za późno, żeby się wycofać.

Co do mnie, czekałem na pytanie.

No i pytanie padło:

– Podobno chcesz hodować kwiaty na mojej dzielni? Prawdziwe kwiaty, z łodygami i płatkami?

Jo wypluwał słowa, prawie nie otwierając ust. Piątka otaczających nas king kongów się zawahała. W końcu jednak nie mogli zrobić nic innego: wybuchnęli śmiechem, klepiąc się porządnie po plecach. Nawet u Jo pojawił się grymas – najwyraźniej uśmiech przekraczał jego możliwości.

Nie odezwałem się.

Czekałem na ciszę.

Powtarzałem sobie w głowie moje pierwsze zdanie. Powinno zabrzmieć jak wystrzał.

– Czy… czy… znasz opowieść Magiczny świat Tistou?

– Nie, a kto to? Koleś z dzielni?

Ciągnąłem bez tchu.

Podobno mówienie bez zacinania się to jedynie kwestia oddechu.

Ma… Ma… Magiczny świat Tistou to ksią… książka. Historia chłopca o imieniu Ti… Tistou – jak widać, to nie pomaga – który jest synem han… han… handlarza bronią.

Jeden z king kongów dotknął olbrzymiej klamki przy pasku, jakby dawał do zrozumienia, żebym za bardzo nie pajacował przy nich z kwestią broni, no i żebym się wreszcie zdecydował, czy jestem Niemową, czy nie, bo przecież teraz mówię.

Ścisnąłem poślady i dodałem:

– Starzy Ti… Tistou są bardzo na… nadziani. Handlarze bro… bronią, ale le… legalnie, od dwóch pokoleń. No więc kiedy puszczają go do szkoły, to że… żeby był najlepszy.

Znów nabrałem tchu. Rzuciłem okiem na Jo. W porządku, słuchał. Tak jak zrobiłby to pitbull, ale jednak słuchał.

– Nadchodzi początek roku szkolnego. Jego matka jest cała sz… sz… szczęśliwa, normalnie mega! Tylko że dzieciak w szkole za… za… zasypia, to za bardzo wkurwiające. W rezultacie dostaje jedynkę i go wywalają.

– Ja też ciągle spałem w gimnazjum! – zarechotał jeden z king kongów. – No bo już wtedy paliłem splify…

Jo podniósł dłoń i tamten się zamknął. Wszyscy lubią opowieści, doskonale to wiedziałem. Nawet niewidzialni faceci.

– Mów dalej.

– Jego rodzice są zdegustowani. Ale nie chcą iść do dy… dyrektora. Nie, za… za… zabierają dzieciaka ze szkoły! I wciskają go swojemu o… ogrodnikowi… No jasne, mają własnego o… ogrodnika! A następnego dnia oddają go do człowieka numer dwa w fabryce bro… broni, kumpla jego ojca. I tak co dru… drugi dzień przez… całą książkę.

Nawet pomimo masek widziałem, że kolesie nie jarzą. Wykładałem dalej kawa na ławę:

– Z jednej strony masz o… ogrodnika Wąsika, który pokazuje dzieciakowi kwiaty i wszy… wszystkie kolory, jakie tylko istnieją, i jak to j… jest żyć na pełnej petardzie. A z drugiej kumpla oj… ojca, który pokazuje mu całe g… gówno świata: pu… pu… pudło, dzielnice ruder, i mówi, że jak chce, żeby to należało do niego, nie mo… może niczego dotykać, bo jest synem sze… sze… szefa.

Nabrałem głęboko powietrza, a potem spojrzałem na Jo.

Zobaczyłem, jak maleńki napis „Revolución” wytatuowany nad jego lewą brwią się unosi. Ale zupełnie co innego wyszło z jego ust:

– Długo jeszcze będziesz przynudzał? Bo dzisiaj w nocy mamy do oklepania po ryju jeszcze paru gości.

– Zaczekaj, już ko… kończę. Kiedy Ti… Tistou zasuwa razem z o… ogrodnikiem, widzi, że posiada su… su… supermoc! To znaczy nie od ra… razu widzi, to o… ogrodnik mu o tym mówi.

– Co mu mówi?

– Że ma zielone pa… pa… palce.

– Dzieciak za dużo zioła skręcał i dlatego ma zielone palce! – rzucił jeden z king kongów. – Ja też zacząłem skręcać, jak się jeszcze opierdalałem, i nabrałem supermocy.

Śmiech king kongów.

Machnięcie Jo.

Cisza.

Smród szczyn.

– Co to za historia z tymi zielonymi palcami? – warknął Jo.

– Jego m… moc polega na tym, że może sprawić, żeby k… kwiaty rosły w… wszędzie. Je… jednym ruchem! Wy… wystarczy, że wsadzi palce do ziemi albo nawet dotknie nimi muru.

– No i?

– No więc dzieciak nie jest aż takim i… idiotą, na jakiego wygląda. Którejś nocy opuszcza dom, idzie do pu… pudła i wszystkiego dotyka pa… palcami. A na drugi dzień pu… pudło jest całe w k… kwiatach! Kolejnej nocy to samo: idzie na dzielnię, kładzie pa… palce i wszystko wygląda jak Di… Di… Disneyland, tak jest pięknie! I wszyscy mają ro… robotę przy tu… turystach, którzy wbijają, żeby zobaczyć kwiaty.

– Turyści nie są dobrzy dla biznesu – chrząknął Jo.

– Nie, ale ro… rozumiesz, co mam na myśli. Nie mów, że ni… nigdy nie marzyłeś, jak by to by… było, gdyby nas nie powsadzali do betonowych kla… klatek w sa… samym środku niczego.

– To prawda, że ze dwie, trzy japońskie wiśnie, które kwitną wiosną, nie byłyby złe – rzucił Jo.

Nikt się nie odezwał. Skorzystałem z tego:

– A potem za… zaczekaj! Pewnego dnia wielki szef za… zawozi Ti… Tistou do szpitala. A tam natrafiają na całkiem s… sparaliżowaną dziewczynkę. No a ten palant potrafi powiedzieć tylko tyle, że jest ska… skazana. Że trzeba się z tym… pogodzić i tego typu pie… pierdoły. Za to Ti… Tistou widzi, że to, co ją otacza, jest całkiem s… smutne. Ale gdyby w pokoju były k… kwiaty…

– Jasne, kumam…

– Przypuszczam, że… że zasięgnąłeś in… informacji na mój temat. Pewnie wiesz, że moja ma… ma… matka leży w sz… sz… szpitalu.

Aaaaaaach! Ledwie zaczynałem o niej mówić, nie potrafiłem już sklecić dwóch zdań! Chuj z tym, brnąłem dalej:

– Mo… mo… możliwe, że już dużo jej nie zo… zostało. A ja… ja chciałbym jej ofiarować kwiaty.

Rozdziawił usta. Naprawdę szeroko. Tylko że ja nie dałem mu wtrącić słowa.

– Kiedy Ti… Tistou jest w szpitalu, wszystkiego dotyka pa… palcami. A na drugi dzień dziewczynka budzi się w środku dżu… dżungli. I wsta… wstaje! Jestem pewien, że z moją matką mo… może być tak samo! W zeszłym tygodniu rozmawiałem z le… lekarzami, powiedzieli, że… że… że…

– Jazda, zamknij ryj. Ta twoja bajeczka już i tak za długo się ciągnie, chyba nie będziesz nam tu streszczał całego życia.

– Pozwól mi spróbować, Jo! Pozwól mi hodować k… kwiaty! Dla mojej ma… matki!

Wymierzyłem prosto w serce. Gangusy nie mogą się oprzeć historyjkom o mamusiach – pierdołom o honorze i całej reszcie. Wyczułem, że pięciu gości w maskach porządnie się wzruszyło. Tylko że Jo nie dał się nabrać. Pewnie matka go biła, kiedy był mały.

Zbliżaliśmy się do końca rozmowy kwalifikacyjnej. I nie wyglądało to dobrze.

– Przyjąłem do wiadomości to o twojej matce. Ale to nie wystarczy. Tak naprawdę co to za historia z tymi twoimi kwiatami?

– Poza pokojem ma… matki zamierzałem trochę ich sprzedawać. Nie na… na dzielni, przysięgam! Jedynie w mieście, żeby zarobić trochę ka… kasy. Coś w stylu kwiatowego U… U… Ubera, czaisz?

King kongi zarechotały, a ja wyciągnąłem ostatnią kartę:

– Mam tylko ją, Jo. A tutaj nic się nie dzieje bez ciebie.

Wypaliłem finałową kwestię na jednym wydechu, bez zaczerpnięcia powietrza. Już samo to, że udało mi się wypowiedzieć tyle słów jedno po drugim, to był jakiś kosmos.

Na koniec podniosłem głowę, popatrzyliśmy na siebie z Jo i zdarzyło się coś dziwnego: chociaż koleś był cały wydziarany na ryju i uzbrojony po zęby, ujrzałem w jego oczach błysk. Coś na kształt szacunku, jak mi się zdaje.

Jednak trzeba było mieć jaja, żeby zrobić mu coś takiego.

Jo podniósł dłoń i strzelił palcami.

Jeden z king kongów, ten ze złotym zegarkiem i klamką za paskiem, postąpił krok naprzód. Wyjął z kieszeni wielkiego splifa i podał Jo. Wydziarany koleś wziął potężnego bucha, jakby miał go zjarać na jeden raz. A potem wstrzymał oddech i podsunął splifa z powrotem tamtemu. Następnie odchylił głowę i ścisnął nos u nasady – najwyraźniej to mu pomagało się skupić.

Kiedy już do nas wrócił, wypuszczał dym całym sobą, miał przekrwione oczy i nadal nie wierzył w moją historyjkę.

Z tym że zachował się, jakby uwierzył – ciągle zastanawiam się dlaczego.

Ze względu na moją matkę? Na moje beznadziejne imię? Na te parę słów, które zdołałem przed nim wykrztusić? A może ze względu na to, że czasem oprócz serca zostają jeszcze jaja, kiedy nie ma innego wyjścia?

Kto to wie…

Ja myślę, że Cygan raz w życiu zrobił sobie prezent.

Może po to, by się przekonać, jak to jest.

A potem w końcu odbił piłeczkę. Prosto w ryj.

– No to posłuchaj: pod koniec roku mam ślub chrześnicy. I nie mam nikogo do ogarnięcia kwiatów. Ty się tym zajmiesz.

– …

– Od teraz zostawiam ci ten twój ogród. Nie będziesz się rzucał w oczy i nikt nie będzie ci truł dupy. Tylko jedna rada: nie pogrywaj ze mną, OK?

Spuściłem głowę.

Dałem radę, kurwa. Dałem radę!

– Nie jaraj się, jeszcze nie skończyłem.

Wargi Jo rozciągnęły się w krzywym uśmiechu.

– Tutaj niczego nie sprzedajesz, OK?

– S… s… słowo!

– Zamknij ryj!

– …

– Na dzielni kwiaty rozdajesz. Codziennie.

Jaja sobie ze mnie robił czy co?!

Kurwa, wściekłem się.

Ale stuliłem dziób – miałem jakiś wybór?

Za to Jo dopiero się rozkręcał:

– Po pierwsze, w tym celu potrzebne ci nowe imię. Nic osobistego, to czysty marketing: z tym twoim gównianym imieniem daleko nie zajedziemy. Już nawet nie wspominając o ksywce. Już i tak nie potrafisz sklecić dwóch zdań…

– Nie, ale ty tak na… na poważnie?!

– A wyglądam, jakbym pajacował, gnojku? Jak się robi dla El Ghaïba, pierwsza zasada to: morda w kubeł! Chcesz hodować kwiaty? No to potrzebne ci imię dla kwiaciarza.

Jo ponownie ścisnął nos, zamknął oczy – słyszałem, jak serce mocno mi wali – po czym otworzył i popatrzył złośliwie.

– Tistou! Jasne, Tistou świetnie pasuje.

King kongi dosłownie tarzały się ze śmiechu. Natomiast ja się wściekłem. Przyszedłem, żeby go po cichu wyruchać, a tymczasem to on wyruchał mnie. I to wcale nie po cichu.

– Ej, kwiaciarzu! Kwiaty są konieczne codziennie, OK? Przez cały rok, aż do ślubu mojej chrześnicy!

– …

– Nie chcę od ciebie nic więcej. Ale tyle to już musisz mi dać za te badyle.

– …

– Ee, słuchasz mnie? Co dzień, słyszysz, chcę, żeby miejscowy Tistou o zielonych palcach dawał kwiaty komuś stąd. Pierwszej osobie, jaką napotkasz. A jak nikogo nie spotkasz, przejdziesz się po piętrach. Będziesz mówił, że to prezent od El Ghaïba.

Ludzie często, słysząc, jak w trakcie mówienia w kółko się zacinam, powtarzają informacje po kilka razy. Tak jakbym nie był niemową, tylko głuchym albo idiotą. Nie mogą się powstrzymać. No masakra.

Gdyby wiedzieli, że w głowie słowa same mi płyną.

W czasie gdy to pomyślałem, koleś ze złotym zegarkiem ponownie podał Jo splifa. Tamten spokojnie wziął macha. Potem chyba musiał stwierdzić, że dość tego, że ma co innego na głowie, na przykład połamać komuś żebra – i oczywiście to nie była przenośnia.

– Zaraz, zaraz, ostatnia rzecz, zanim się zdecydujesz: jeżeli coś ci nie pasuje, zapomnij. Bo ja na dzielni mam swoją markę. I nie zamierzam jej spieprzyć przez takiego gnoja jak ty. Więc jak mówię „codziennie kwiaty na dzielnię”, to znaczy codziennie, OK? Powtarzam się, ale po raz ostatni. Jeżeli chociaż jednego dnia zakosisz mi chociaż jeden bukiet, przysięgam, że osobiście powyrywam ci te twoje zielone palce, i to obcęgami!

Piątka king kongów poszła się zeszczać ze śmiechu – najwyraźniej rozszarpywanie kogoś obcęgami przywołało u każdego z nich jakieś wspomnienie z wakacji.

A potem śmiechy ucichły, nie miałem już na nic siły, pokiwałem więc głową na tak, że dobra.

– W porządku, widzę, że się rozumiemy. Jazda, zabierzcie mi stąd tego zasrańca i wywalcie, gdzie jego miejsce. Zaraz, zaraz, jeszcze jedno: gdzie będziesz to robił?

– Ja… ja… ja coś wymyślę.

– Dobra, wymyśl coś, żeby mi nie truć dupy.

– Sło… słowo, Jo.

– I szybko coś wymyśl, Tistou! Bo deal zaczyna się dziś rano. I nie spieprz mi pierwszego bukietu, OK? Ani żadnego innego…

Jak już mówiłem, nie miałem wyboru. Ponownie pokiwałem głową, że dobra, i jeden z king kongów z powrotem zawiązał mi oczy.

Ostatnia rzecz, jaką widziałem, to całkiem wydziarany ryj Jo Cygana, inaczej El Ghaïba, „tego, który zniknął”.

Z wielkim dziecięcym uśmiechem na środku.

INTERLUDIUM

Każde dziecko pragnie robić coś dla wspólnego dobra i czeka z tym, aż dokona się cud: będzie już duże. A potem, kiedy jest już duże, na ogół nie pamięta, co chciało robić, albo z tego rezygnuje. I nic się nie dzieje. Jest po prostu jeszcze jedna dorosła osoba, bez cudu.

Tistou ma dużo szczęścia, bo może działać, będąc małym chłopcem, i tu właśnie zaczyna się cud. I działa, posługując się kwiatami, które – tak samo jak dzieciństwo – są obietnicą i nadzieją.

Jak ten mały człowiek, ta obietnica człowieka, używa kwiatów, żeby przypomnieć byłym dzieciom, którymi jesteśmy, że mogą żyć szczęśliwiej? Tego dowiecie się z mojej opowieści 2.

Maurice Druon,Magiczny świat Tistou, 1967

„Margerytki”. Koleś powiedział, że te farfocle z rozpłaszczonym jajem sadzonym na środku właśnie tak się nazywają, a ja uwierzyłem mu na słowo.

Jasne, bo kiedy ci dranie wywalili mnie z bagażnika na asfalt, pierwsze, co zrobiłem, to wsiadłem w trzy pieprzone autobusy po kolei i dojechałem do centrum. A tam czekałem w deszczu, aż jedyny kwiaciarz w mieście otworzy sklep – bo akurat zależy mi na własnych palcach – i kupiłem bukiet. Mój pierwszy bukiet.

To znaczy kiedy mówię „bukiet”… To były duże, już nieźle przywiędłe margerytki, koleś sprzedał mi je za pół ceny, nie wystarczyło mi na nic innego.

Wsiadłem w autobus jadący w przeciwnym kierunku.

Razem z pięcioma zmarniałymi kwiatami, jak pajac.

Wszyscy się na mnie gapili. Na końcu siedziały nawet maluchy, które darły ze mnie łacha.

Ale co ja na to mogę? Moja matka choruje na jakieś paskudne świństwo, nie ma tego nikt inny na świecie. Tylko że jej nie kwiaty są potrzebne.

Jej jest potrzebna kasa.

Już od dwóch miesięcy rozpada się kawałek po kawałku, jak blok kiepskiego haszu. Lekarze nie dają mi spokoju. Mówią, że musi iść do szpitala, „żeby mieć lepszą opiekę”, i to szybko. Że domowa pielęgniarka już nie wystarczy. Że mięśnie kolejno odmówią jej posłuszeństwa. Że nie będzie już mogła mówić, poruszać się. I że nawet do oddychania konieczna będzie maszyna.

Ale co ja mam im powiedzieć?!

Matki sprzątanie to nasze jedyne źródło dochodów. A do mnie porządnie dotarło, że tej jej choroby nie da się wyleczyć za czekoladowe monety. Tylko że mam siedemnaście lat i rzuciłem szkołę w zeszłym roku, zaraz jak tylko mogłem.

Kiedy człowiek napisze coś takiego w CV…

Co mi zostało? Zaplanować i zrobić jakiś potężny skok? Zapomnij. Albo czatować na psiarnię przy wjeździe na dzielnię, z ryjem w telefonie, a wszystko za parę groszy dziennie? Mowy nie ma.

Na farmę zioła natknąłem się przypadkiem któregoś dnia, jak scrollowałem klipy z rapem na telefonie. Och, zakręceni ci goście z Kalifornii! Legalizacja konopi walnęła im w dekiel. Wstawili superdokładne tutoriale, jak samemu uprawiać zioło, pierwszy lepszy palant dałby sobie radę.

Posiałem Wonder Woman na górze, na dwudziestym drugim piętrze – na stronie napisali, że to jest top. Jakieś dwadzieścia nasion, żeby się zorientować. Zgodnie z instrukcją Kalifornijczyków z rurek PCV skleciłem małą szklarnię i zadekowałem ją w głębi kotłowni, niezbyt daleko od kranu.

Przy upale, jaki panował na dachu, i nawadnianiu kropelkowym własnej roboty rosło to jak głupie! Przez cały czas nic tylko ścinałem, a to ciągle odrastało. A potem któregoś dnia zaczęło kwitnąć. Na wszystkie strony. I śmierdziało!

Musiałem coś zrobić, i to szybko.

Ale co?

Oczywiście liczyłem się z możliwością, że będę musiał pogadać o tym z Jo. Tylko co miałem temu świrowi powiedzieć? Że u niego na dzielni tak po prostu, spokojnie uprawiam sobie trawkę i że będę ją sprzedawać, żeby opłacić „lepszą opiekę” umierającej?

Gdybym tak powiedział, to by mnie zatłukł. I miałby rację. Przecież nie diluje się na cudzym terenie. Tym bardziej jeżeli ten ktoś jest wielki jak drzewo, kompletnie stuknięty i uzbrojony po zęby.

Wszystko zaczęło się od książki.

Wpadła mi w ręce kilka tygodni wcześniej, którejś niedzieli, podczas deszczu. Matka zaciągnęła mnie do swoich znajomków – właściwie to ja ją pchałem na wózku – i dotarcie do B4, dosłownie naprzeciwko, zajęło nam sto lat.

Przez cały czas byłem na dachu. Doczłapywałem się tam z palącymi udami, spompowany, przerażony na myśl, że ktoś się włamał i odkrył moją trawę. I w końcu spędzałem tam całe godziny, pielęgnując swoje młode rośliny, a nawet śpiąc – skoro dzięki temu mogłem uniknąć włażenia po dwudziestu dwóch piętrach…

Już nie bardzo dawałem radę wracać do siebie. Ale w porządku, to było jej ostatnie wyjście przed szpitalem – no dobra, chociaż nie miałem pieniędzy, w końcu musiałem ją oddać – i dlatego przyszedłem.

Matka jak zwykle gadała za wszystkich. Ja natomiast od dawna już nawet nie próbowałem otwierać ust w jej obecności. Jednym słowem: zdychałem z nudów. W pewnej chwili wstałem, zapytałem, gdzie jest kibel – nie potrafiłem powiedzieć „toaleta”, matka dokończyła zdanie za mnie, krótko mówiąc, normalka.

Kibel był na końcu korytarza zastawionego regałami z książkami, jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem! A na sedesie, jakiś dzieciak musiał ją tam zostawić, czekała na mnie książka:

Magiczny świat Tistou

Usiadłem, spuściłem spodnie i… przeczytałem. Chociaż nie byłem z tych, co czytają, przedtem nie wziąłem do rąk nawet jednej książki, a zwłaszcza żadnej lektury szkolnej, ale akurat tamtą, kurwa, przeczytałem! Gdyby nie ona, nie wiem, jak poradziłbym sobie z Jo.

Ale jednego nie przewidziałem: kwiatów. Tego, że trzeba je będzie produkować na poważnie, kwiaty „z łodygami i płatkami”, taa. A na dodatek codziennie dawać je w prezencie, i to od zaraz! Wstawiłem temu pojebowi Jo niezły bajer, żeby założyć po cichu plantację zioła, a on potraktował moją śpiewkę dosłownie.

Przy tym gościu nie ma żadnego drugiego dna.

Wróciłem do internetu. Żeby obejrzeć filmiki o kwiatach. Aż mi się mózg zagotował. Jak toto rośnie, jak żyje. Jak się to zbiera.

Zmieniły się gęby moich nauczycieli. Teraz to były stare, mocno wytapetowane Amerykanki. I te same tutoriale bez końca, jak u tych czubków z Kalifornii! Zupełnie jakby ludzie w tej Ameryce nie mieli nic innego do roboty, tylko filmować rosnące rośliny.

Wyhodowanie jednego bukietu na dachu zajęło mi trzy miesiące.

Trzy miesiące codziennego wpadania do kwiaciarza, żeby zaopatrywać dzielnię. Ale przede wszystkim trzy miesiące chodzenia na pobliskie rondo i z powrotem, żeby nazbierać ziemi dla moich kwiatów – siłą rzeczy rondo się kurczyło, więc musiałem zachować ostrożność.

Trzeba przyznać, że posadziłem mieszaninę wszystkiego, co zdołałem zdobyć w dziale ogrodniczym. Nawet amarylisy, czyli takie coś, co daje tylko jeden duży kwiat w roku – rozmarzyłem się.

Przede wszystkim jednak posiałem lawendę francuską. Mnóstwo. Moje nowe kumpele z drugiego końca świata mówiły, że rośnie szybko, wszędzie i łatwo – i to była prawda. I że jest odporna na wszystko. I to też była prawda. Za to nie bardzo wspomniały, że wychodzi z ziemi w postaci fioletowych dywanów, ani o pszczołach, ani o zapachu rano, kiedy zrywa się wiatr – to niesamowite…

Tylko że to wszystko rosło aż trzy miesiące. W efekcie, żeby starczyło na żarcie i na szpital dla matki – a także na wszystkie wydatki u kwiaciarza – nie miałem wyboru: musiałem wrócić do roboty w Maku. I przez trzy miesiące przewracać w kuchni martwe mięso, bo przecież nikt nie posadzi Araba jąkały przy kasie; mogę was zapewnić, że to motywuje do hodowania kwiatów. Szczególnie tych, które szybko rosną.

O, już ja zadbałem o moje pierwsze kwiaty! Ledwie wracałem na dzielnię, dosłownie katowałem je troskliwością – ileż czasu mi to zajęło!

Ale w pewnym momencie wszystko eksplodowało.

Wszystko naraz!

A wtedy, jak moja lawenda francuska zakwitła, razem z najczystszym ziołem, które właśnie kończyło się suszyć w kotłowni na dwudziestym drugim piętrze, a u moich stóp miasto, gdzie można dostać jedynie hasz – w dodatku kiepskiej jakości – jak by to powiedzieć… dotarło do mnie, że jednak mam słabą szansę, żeby się z tego wygrzebać.

Ale uprzedzam fakty.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 V. Despentes, Vernon Subutex, t. 1, tłum. J. Giszczak, Kraków 2016, s. 20. Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki.

2 M. Druon, Magiczny świat Tistou, tłum. K. Szeżyńska-Maćkowiak, Warszawa 2017, s. 10.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

PROLOG

DWADZIEŚCIA LAT WCZEŚNIEJ

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie